środa, 19 listopada 2025

Afromental. Ci młodzi ze zdjęć to ciągle oni...[WYWIAD]

 Afromental. Ci młodzi ze zdjęć to ciągle oni...[WYWIAD]













fot. Wojciech Koziara 

Chłopaki z Afromental, Tomson, Tomek Torres i Bartek Śniadecki rozmawiali ze mną o swoim dwudziestoleciu, zmianach, które zaszły w nich na przestrzeni lat i swoich największych przebojach. 

Spotykamy się na chwilę przed koncertem w Ustroniu. Jak Wasze samopoczucie przed wejściem na scenę?

Tomson: Przed wejściem na scenę zawsze jest dobrze, aczkolwiek trochę nerwowo.

Nie jest to ani Wasza pierwsza wizyta w Ustroniu, ani w okolicy. Tutejsze miejsca mają coś w sobie, prawda?

Tomson: Jadąc tutaj, faktycznie uświadomiliśmy sobie, że nie jest to nasz pierwszy raz w tym miejscu. Próbowaliśmy sobie przypomnieć, kiedy graliśmy tutaj ostatni raz. Udało się ustalić, że miało to miejsce na przestrzeni ostatnich pięciu lat. (śmiech)

Panowie, jesteście na scenie już 20 lat. Gdybyście mieli podsumować te dwie dekady w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść? Od każdego z Was poproszę po jednym zdaniu. (śmiech)

Tomson: Bardzo dobra zabawa.

Bartek Śniadecki: Super przygoda.

Tomek Torres: Nic nie pamiętam, ale nigdy tego nie zapomnę. (śmiech)

Jak na przestrzeni lat działalności muzycznej zmienialiście się jako muzycy, jako ludzie?

Tomson: Dojrzewamy. Jesteśmy starsi o dwadzieścia lat.

Bartek Śniadecki: Po drodze pojawiały się co raz to nowe inspiracje i pomysły.

Czego dowiedzieliście się o sobie nawzajem przez ten czas?

Tomson: Tak naprawdę dowiedzieliśmy się o sobie bardzo dużo. Tyle o sobie wiemy, na ile nas sprawdzono. Jeśli robisz to, co kochasz, po drodze dowiadujesz się przeważnie dobrych rzeczy.

Piosenka „Story of my life” powstała właśnie z okazji 20. urodzin zespołu. Tomson, o czym myślałeś, tworząc ten utwór?

Tomson: Pisząc tekst, myślałem przede wszystkim o tym, by każdy mógł się z nim utożsamić. Trzeba pamiętać, że nawet jak coś minęło, warto to docenić. Czas nigdy nie jest stracony, zawsze zyskany. To, co robimy, robimy dla Was, ponieważ na koncertach nigdy nie jesteśmy sami. Dzięki Wam za to.

„Ten młody ze zdjęć, to ciągle ja". Macie jakieś swoje ulubione zdjęcia z początków istnienia zespołu, do których lubicie wracać?

Tomek Torres: Oczywiście! Mam ich mnóstwo i mam nadzieję, że... nigdy nie wyciekną. (śmiech)

Kto ma najwięcej? (Śmiech)

Tomson: Na okładce płyty „Playing With Pop”, znajduje się dość spory kolaż naszych prywatnych zdjęć. Bardzo dużo jest ich też w teledysku do utworu, o którym rozmawiamy. Wystarczy dobrze się przyjrzeć.

Tomson, nie da się nie pogadać choć przez chwilę o „The Voice Kids”. Oceniasz umiejętności wokalne dzieci. To bardzo trudne zadanie, prawda?

Tomson: Nie jest to łatwe, choć najtrudniej było za pierwszym razem. Teraz już jest lepiej. Dzieciaki są bardzo dojrzałe. To trudna rola, ale dużo mi daje.

Roxie Węgiel-Mglej, Viki Gabor, Marcin Maciejczak i inni. Zastanawialiście się, czy byliby w tym miejscu, w którym są teraz, gdyby nie udział w programie?

Bartek Śniadecki: Ciężko powiedzieć, ale na pewno ten program im pomógł. Dzięki tego typu programom tworzy się dla nas spora konkurencja.

Tomson: ...więc sami robimy sobie pod górę. (śmiech)

Fajnie tak się spotykać w trasie koncertowej czy na wydarzeniach i obserwować, jak te dzieci się rozwijają?

Tomson: Bardzo fajnie. Tak naprawdę, świetnie jest móc obserwować rozwój każdego artysty i osób, które spotykamy na trasie. Przypomnę ci, że to nie nasze pierwsze spotkanie. (śmiech)

Jakie są Wasze muzyczne inspiracje?

Tomson: Postanowiliśmy wrócić do naszych starych inspiracji. Jedną z nich jest Pharrell Williams. Mam nadzieję, że godnie reprezentujemy ich twórczość na scenie.

Tomku, Ty swojej córeczce miłość do muzyki wszczepiasz od małego. Opowiedz coś więcej o tym.

Tomek Torres: Są teraz takie sposoby... (śmiech)

Panowie, jak wytrzymać ze sobą przez tyle lat w trasie koncertowej?

Bartek Śniadecki: Jest tak, jak w starym, dobrym małżeństwie... (śmiech)

Tomek Torres: Trzeba ze sobą rozmawiać.

Kamil Bednarek o kochaniu chwil, nie tylko tych na scenie [WYWIAD]

Kamil Bednarek o kochaniu chwil, nie tylko tych na scenie [WYWIAD]













,


fot. Małgorzata Krawczyk 

Kamil Bednarek był gwiazdą wieczoru podczas drugiego dnia 33. Święta Trzech Braci. Z red. Mariolą Morcinkovą rozmawiał o powrocie na Śląsk Cieszyński, planach na kolejną płytę. Zgodnie z tytułem utworu, który stworzył wraz z braćmi Golec, zdradził też, jakie chwile kocha najbardziej i za co je docenia.

Spotykamy się przed koncertem w Cieszynie. Jak samopoczucie na chwilę przed wejściem na scenę?

Samopoczucie bardzo dobre. Miałem okazję również odpocząć, bo mieliśmy dzień przestoju. Leciutko się rozleniwiłem, ale jak wejdę na scenę, będzie adrenalina i ogień. (śmiech)

Nie jest to ani Pana pierwsza wizyta w tym mieście, ani w okolicy. Jak wraca się w te strony?

Ostatni raz byłem tutaj kilka lat temu. Koncert świetnie wspominam. W końcu pogoda dopisuje, mamy słońce. Pod tym względem ostatni czas nas nie rozpieszczał. Mam nadzieję, że po tym koncercie znowu pojawi się szansa, by tu wrócić. Jestem chętny. (śmiech)

Singiel „My”, który ukazał się w serwisach streamingowych pod koniec kwietnia, można podobno traktować jako zapowiedź Pana kolejnej, solowej płyty. To prawda?

Nie traktowałbym tego jako zapowiedzi płyty, ale jako mały przedsionek. Cały czas szukam sposobu na połączenie starych brzmień reggae z nowoczesnością. Po premierze fani byli zadowoleni, cieszyli się z mojego powrotu do tego stylu muzycznego. Jest w tym utworze też coś świeżego.

Jaki był proces od pomysłu, po realizację utworu?

To wszystko było bardzo spontaniczne. Ta melodia cały czas gra mi gdzieś w głowie. Na początku myślałem, że trochę tak staro brzmi. Teraz już wiem, że coś w niej jest. To jeden z nielicznych numerów, którego jestem w stanie słuchać po ukazaniu się. Nic mi w nim nie przeszkadza. (śmiech) Cieszę się, że powstał.

Podobno znalazł Pan swój muzyczny nurt, sposób na połączenie nowoczesność z klasycznym reage. Proszę powiedzieć coś więcej. Czy to właśnie w takim klimacie utrzymana będzie płyta?

To początek czegoś, co można jeszcze rozwinąć. Podczas przerwy koncertowej będziemy to szlifować.

5 czerwca w serwisach streamingowych ukazał się utwór „Kocham chwile”, do którego stworzenia zaprosili pana pochodzący z niedaleka bracia Golec. Jak doszło do tej współpracy.

Wszystko dzięki mojemu managerowi. (śmiech) Od dawna planowaliśmy, że zrobimy coś razem. To takie fajne momenty. Chłopaki bardzo dużo pracują. To inspirujące.

W czym zawarta jest siła tego utworu?

Lekkość, którą wprowadzają bracia Golec, połączona jest z istotnym tematem. Utwór uświadamia, że każdy z nas tego czasu ma coraz mniej. Nie zdajemy sobie sprawy, jak różne chwile z naszego życia mogą być piękne. Warto czasem zaryzykować, nie myśleć o tym, co myślą inni i skupić się na tym, by zrobić też coś dla siebie.

Gdyby miał Pan Waszą współpracę zawrzeć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Radość.

Przez utwór przenika wręcz hipnotyzująca, pozytywna energia. Co Pana pozytywnie nastraja?

Pozytywnie nastraja mnie natura. Łapię wtedy spokój.

Odwołując się tutaj do tytułu utworu, za co kocha Pan chwile, jakie docenia najbardziej? 

Zdecydowanie za to, że można do nich wracać. Kolekcjonuję chwile, traktuję je jak album.

Pozytywna energia wręcz Pana roznosi.

To prawda. Jeszcze powinienem skupiać się na naszej rozmowie, a już jestem jedną nogą na scenie. (śmiech)

Wkrótce minie 18 lat od startu Pana muzycznej drogi. Jak na przestrzeni tego czasu zmieniał się Pan jako artysta, jako człowiek?

Wszystko odbywało się metodą prób i błędów. Nigdy nie obwiniałem się za te, które popełniłem. Wiem, że można było zrobić więcej, nie byłem i nie jestem dla siebie zbyt surowy. Dużo przede mną. Trzymajcie kciuki.

Ostatnio zadałam podobne pytanie Viki Gabor. Zastanawiał się Pan kiedykolwiek, czy gdyby nie wziął udziału w „Mam talent” byłby w miejscu, w którym jest teraz?

Trudne pytanie. Wiem, że nie poddałbym się.

Jak program zmienił Pana życie?

Program zmienił moje życie o 180 stopni. Spełniłem prawie wszystkie muzyczne marzenia. Mam mnóstwo planów na nowe.

Agata Passent i jej apetyt na wiersze. W Salonie Poezji im. Jerzego Kronholda spotkanie także z Osiecką [WYWIAD]

Agata Passent i jej apetyt na wiersze. W Salonie Poezji im. Jerzego Kronholda spotkanie także z Osiecką [WYWIAD]














fot. Małgorzata Krawczyk 

14 września Teatr Adama Mickiewicza w Cieszynie po raz kolejny zaprosił widzów i miłośników słowa do Salonu Poezji im. Jerzego Kronholda – poety, reżysera, dyplomaty, współtwórcy Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego bez Granic.

Kameralne spotkanie po raz kolejny cieszyło się ogromnym zainteresowaniem zakochanych w słowie. Gościnią była Agata Passent, dziennikarka, felietonistka Polityki, prowadząca program „Dobry tytuł” w TVP, Kultura i „Motywy” w radiowej Jedynce. Prezeska Fundacji im. Agnieszki Osieckiej, a prywatnie jej córka.

Spotykamy się podczas kolejnej odsłony Salonu Poezji im. Jerzego Kronholda – poety, reżysera, dyplomaty, współtwórcy Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Bez Granic. Kierował się myślą, że zadaniem poety jest pomaganie ludziom w poszukiwaniu nadziei. Zgadzam się z tymi słowami w 100%. Jak Pani się do nich odniesie?

Jeśli sam postawił sobie takie zadanie, jeśli był człowiekiem, który nie unika stawiania sobie zadań - to podziwiam. Na pewno wiele jego wierszy daje nadzieję na to, że wciąż coś nowego, niepodrabialnego, oryginalnego jest możliwe w poezji. Cieszę się bardzo, że salon poezji ma takiego patrona, bo jak wnoszę z lektury jego wierszy - był bardzo związany m.in. z tą okolicą - są odniesienia do konktretnych miejsc, np. opisuje pewne wyrobisko skalne, które zalano i stało się jeziorem. Nigdy tam nie byłam, może kiedyś wybiorę się na podróż śladami Jerzego Kronholda. Co do nadziei, to ja trzymam się do niej w zdrowym dystansie - zbyt duże nadzieje mogą nas sparzyć mocniej niż pokrzywy. Bardzo cenię to, że Kronhold nie bał się pisania o cierpieniu, o śmierci, o chorobie, z pełną świadomością, bez tkliwości - w tym sensie nie oszczędza czytelników ani sam siebie, ale cierpienie innych chyba nie daje nam nadziei, lecz czujemy się w nim mniej samotni. 

Pamięta Pani moment, w którym po raz pierwszy zetknęła się z twórczością Jerzego Kronholda? Co Panią w niej urzekło? 

Późno odkryłam wiersze Kronholda, kilkanaście lat temu, zaintrygował mnie tytuł zbioru “Skok w dal”. Uwielbiam sportowe metafory. Jestem emerytowaną zawodniczką tenisa ziemnego. Sportowa nowomowa często mnie bawi, a jako felietonistka lubię czasem grać wysokim pressingiem, zaś skok w dal jest przepięknym precyzyjnym tańcem w powietrzu. Skaczą w dal zające, kangury, wśród licznych ssaków skacze też człowiek. Wiara czy dobry wiersz, to też mogą być skoki w dal, w nieznane, w otchłań.

Według jakiego klucza wybierała Pani jego wiersze, które zabrzmią dzisiaj w tutejszym Teatrze?

Według przeprowadzki. Parę tygodni temu, po dwudziestu latach mieszkania w centrum miasta, z powodu zmiany szkoły mojego syna podjęłam decyzję, by się przeprowadzić na daleki Ursynów. Większość książek z domowej biblioteki zabrałam w kartony, resztę sukcesywnie oddaję do lokalnych bibliotek, bo wydawcy wysyłają mi setki książek licząc na recenzje lub umieszczenie pisarzy w programach radia lub telewizji, bez pytania, czy te książki potrzebuję. Wciąż powoli kartony  opróżniam, ale idzie to mozolnie, bo pracuję na trzy etaty i wychowuję syna, więc mało czasu mam na porządki. 

Na spotkanie w Cieszynie wybrałam poezję z książek, które były w kartonach na wierzchu. Jak widać merchandising i przypadek liczą się w życiu tak samo jak znajomości. Po znajomości wybrałam wiersze Agnieszki Osieckiej - znałam tę poetkę osobiście… I taka była też prośba od organizatorki Salonu im. Jerzego Kronholda - żeby była Osiecka. 

Gdyby miała Pani zamknąć jego twórczość w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Próbowałeś językiem. 

Czy w twórczości Jerzego Kronholda znajduje Pani wiersz, który ma dla Pani szczególne znaczenie?

 Szcerze powiem, że ja nie przywiązuję się do wierszy, bo mam apetyt na kolejne, ciągle szukam. Ale sięgam po prostu często losowo po czytane wcześniej tomy i zwykle widzę, że nie mam u Kronholda takich, że tak powiem “szlagierów”, bo  jego tomy są bardzo równe - nie ma słabych wierszy Kronholda. Trwający rok jest dla mnie tragiczny jeśli idzie o choroby i umieranie bliskich, ich fizyczne cierpienie. Nie chcę wyliczać kogo straciłam i kto przeżywa agonię. Więc sięgam po wiersze Kronholda o przemijaniu, np. wiersz pt: “W domu starców”.  

Nie zabrakło także poezji Pani mamy, Agnieszki Osieckiej. Jak dobierała Pani jej Mamy, która dzisiaj tu zabrzmi? 

Wybrałam dziesięć wierszy, pochodzą z trzech różnych tomów. Przeczytałam wiersze z cyklu który mama podarowała Muzeum w Pszczynie, to cykl zainspirowany tradycją szopek krakowskich. Coś o tym epizodzie krakowskim opowiedziałam. Chętnie przeczytałabym też jakiś felieton Agnieszki Osieckiej, bo była wspaniałą felietonistką, no, ale to nie salon felietonu… 

Gdyby to Pani miała określić, w czym tkwi wieczny fenomen jej twórczości, co by powiedziała?

Myśli Pani, że ktoś będzie czytał wiersze Agnieszki Osieckiej za czterysta lat? Chyba się nie dowiemy. Staram się jeść dużo warzyw i owoców, ale chyba będzie ciężko! Była genialną pisarką, wyprzedzała swój czas o czym pisze dr Karolina Felberg w biografii “Rodzi się ptak”. Miała słuch do języka, empatię, dobrze współpracowałą z kompozytorami, więc jej poezja jest w ścisłym uścisku z nutami. 

Jakie jest Pani pierwsze wspomnienie, w którym występuje?

Ja się urodziłam stara. Nie żyję wspomnieniami. Żyję zawsze chwilą obecną. Taka robota dziennikarska jest - komentujemy w felietonach czy audycjach to, co jest dziś.

Jak poezję i felietony Pani mamy odbiera Pani po latach, a jak robią to jej kolejne pokolenia fanów?

Młodzież sięga po poezję, prozy Osieckiej właściwie nie czyta. Ja na odwrót - lubię jej sztuki teatralne i felietony. 

M.in. dzięki działalności Fundacji „Okularnicy” im. Agnieszki Osieckiej pamięć o Pani Mamie nie ginie. Założyła ją Pani w 2000 roku, a co za tym idzie, już wkrótce będzie obchodzić 25 lat swojego istnienia. Jaka była droga od pomysłu, do powstania tego miejsca?

Mama zostawiła wielkie archiwum: listy, pamiątki, fotografie. Ponad dekadę opracowywano je. Obecnie przekazane jest to do Biblioteki Narodowej. Fundacja organizowała, dziś przejął organizację Teatr Nowy w Poznaniu, Konkurs Wokalny im. Osieckiej. Tysiące uczestników wystąpiło w nim i wiele znanych wokalistek i aktorów debiutowało w Konkursie. Wyprodukowaliśmy w ramach "Pamiętajmy o Osieckiej" kilkanaście recitali znanych artystów, którzy wcześniej nie śpiewali Osieckiej: Raz Dwa Trzy, Nosowska, Kleszcz, Soyka, Serafińska itd. 

Jedną z artystek, która sięgnęła po repertuar Pani Mamy, jest Maja Kleszcz. Czy miała Pani okazję zetknąć się z repertuarem "Osiecka. De Luxe" na koncercie lub za pośrednictwem płyty pod tym samym tytułem?

Projekt stworzyli na zaproszenie Okularników. A potem we współpracy z Polskim Radiem powstała świetna płyta. 

Jaka piosenka z repertuaru Pani Mamy miała na Panią największy wpływ?

Słoń nadepnął mi na ucho. Piosenki nie mają na mnie wpływu. Raczej trenerzy sportowi, szefowe w pracy, nauczyciele, psycholog i przyjaciele, studia - to raczej wpływa na mnie. 

Czym dla Pni jest poezja? Dlaczego warto po nią sięgać?

Pracą w języku. Wciąż nowe znaczenia, słowa, możliwości polszczyzny mnie dzięki niej zachwycają.

Czy jest jakiś wiersz lub autor, od którego warto zacząć swoją przygodę z poezją? Od jakiego wiersza to Pani ją zaczęła?

Ja żywię się poczuciem humoru, absurdem, satyrą. Więc od poezji purnonsensu. “Wiersze o kotach” T.S. Eliot

Czy czytanie dzieciakom od najmłodszych lat powoduje, że w późniejszym czasie człowiek chętniej sięga po różnorodne lektury? Ja czytam od zawsze i wszędzie. 

Trudna sprawa. Przykład w domu - gdy rodzice, opiekunowie, dziadek itd. czytają sobie i dzieci widzą, że czytanie to przyjemność, to coś co w domu się robi - to super. Lecz gdy czytanie jest sztucznym obowiązkiem i np. nikt wokół nie czyta, ale nagle przed snem umęczona matka czy dziadek chwytają za książkę i każą dziecku czytać - nie sądzę, że “chwyci”. Poza tym z psychologii wiemy, że ludzie mają różny stopień skupienia. Niektórzy nie cierpią czytać. Wolą słuchać lub oglądać lub grać w koszykówkę - nic na siłę.

Jakich jeszcze autorów wiersze mieści biblioteka poezji Agaty Passent?

Bardzo dużo anglosaskiej - Irlandia, Ameryka… Ale to też wielka zasługa wybitnych polskich tłumaczy! 

Jaką książkę przeczytała Pani ostatnio, a jaką to każdy przeczytać powinien?

Ostatnio bardzo dobrą powieść pt “Nie w szczepionkę” urodzonego w 1981 r. Jakuba Nowaka. Każdy powienien czytać Hannę Krall. Choćby po to, by wiedzieć kim był Marek Edelman i po to, jak używać niewielu słów by opowiadać Historię. 

niedziela, 16 listopada 2025

Dziecięca radość nie ma PESELu. Urszula Dudziak (nie) tylko o muzyce [WYWIAD]

Dziecięca radość nie ma PESELu. Urszula Dudziak (nie) tylko o muzyce  [WYWIAD]





















fot. Zuza Krajewska



Urszula Dudziak, wokalistka, pasjonatka życia i gry w tenisa, podczas XVIII edycji rozgrywek tenisowych Beskid Cup w Jaworzu  znalazła czas na rozmowę z red. Mariolą Morcinkovą.
Mówiła nie tylko o swojej energii, ale też o dzieciństwie w Straconce, muzyce, swoich książkach, twórczości dla dzieci i newsletterze „Halo, tu Ula”.

Co za energia! Skąd ją brać?

Wszystko jest w naszej głowie. To, jak traktujemy nasze myśli, jak ich pilnujemy, czy pozwalamy im hasać bez kontroli, to wszystko ma wpływ. Wtedy jest tak, jak powinno być.

Pozytywne nastawienie to Pani świadomy wybór, prawda? Chyba nawet nie mogłaby Pani inaczej?

Tak, jak najbardziej, to mój świadomy wybór.

Jak Pani to robi, że cieszy Panią dosłownie wszystko?

Wszystko mnie cieszy, to prawda. To kwestia, tylko i wyłącznie, wyboru i decyzji. Jeżeli podejmiemy decyzję, że szczęścia można się nauczyć, tak jak dobrego samopoczucia, tak się stanie. To jest nawyk. Jako ludzie mamy albo dobre, albo złe nawyki. Dobre samopoczucie, które towarzyszy mi od momentu wstania z łóżka, jest moim nawykiem. Już na starcie zakładam, że będę miała fajny dzień, wszystko będzie mi sprzyjało.

Dziś też rozpoczęła Pani dzień z takim założeniem?

Oczywiście, że tak. Wieczorem się kładę i z podsumowaniem dnia różnie bywa, bo czasem jest tak, że coś się nie uda. Mówię sobie wtedy „nie szkodzi, jutro znowu będzie piękny dzień”. W ten sposób funkcjonuję.

Sport chyba pomaga, podobnie jak muzyka, w utrzymaniu takiego nastawienia.

Dokładnie. Sport, a szczególnie tenis. Ostatnie badania wykazały, że to właśnie ten sport przedłuża życie o dziesięć lat. To najbardziej sprzyjający organizmowi sport, który można uprawiać od najmłodszych lat do późnego wieku.

Pamięta Pani swoją pierwszą fascynację tenisem? W jakich okolicznościach nastąpiła?

Trudno tak dokładnie stwierdzić, kiedy to było. Pamiętam, że kiedy na początku lat 60. spotkałam Michała Urbaniaka, ucieszyłam się, że też lubi ten sport. Kiedy mieszkałam w Warszawie, miałam koleżankę, z którą w tenisa grałyśmy na Legii. Kiedyś chciałam ją odszukać, ale się nie udało.

Jeśli chodzi o światową czołówkę tenisową, wiadomo że wszyscy trzymamy kciuki za Igę Świątek. A komu jeszcze Pani kibicuje?

W tej grupie jest Magdalena Fręch, Magda Linette, Hubert Hurkacz. 

Opowiem jednak o Agnieszce Radwańskiej. Kiedy grała w Azji, co miało miejsce o trzeciej rano, z moim partnerem Bogusiem w ogóle nie spaliśmy. W pewnym momencie zwróciłam się do ekranu słowami: „Agnieszko, nie będę miała do Ciebie żadnego żalu… Przegraj i daj mi się wyspać”. (śmiech) Bo kiedy jest tenis, nie śpię. (śmiech)

Humory w Jaworzu zawsze dopisują wszystkim. Dzieje się tak za sprawą XVIII edycji rozgrywek tenisowych Beskid Cup. Jak wraca się w te strony?

Wraca się tutaj z wielką przyjemnością, bo jest to wyjątkowy turniej. Jesteśmy tu wszyscy traktowani z szacunkiem. Jest nam zapewniane wszystko, co najlepsze. Kiedy artysta czuje, że jest tak traktowany, bardzo chętnie wraca. Ja urodziłam się niedaleko stąd, bo w Straconce.

To pozwala wracać z większym sentymentem w te strony?

Oczywiście, jak najbardziej.

Jakie jest Pani pierwsze wspomnienie z dzieciństwa, dotyczące muzyki lub aktywności sportowej?

Ze Straconki wyjechaliśmy tuż po wojnie. Dopiero potem, kiedy przeprowadzaliśmy się z miejsca na miejsce, wracałam w te strony na wakacje do babci. To z tego czasu, mam bardzo żywe i przyjemne wspomnienia. Z naszego domu widziałam nie tylko sad, ale też Łysą Górę i Klimczok. Jako dziecko wyobrażałam sobie zawsze, że tam gdzieś może są państwa, którymi rządzą dzieci.

Gdyby miała Pani wskazać swoje miejsce na ziemi, wytyczyłaby Pani Podlasie, na którym obecnie mieszka?

Ja cały czas jestem w drodze. Wszędzie czuję się wspaniale, ale chętnie wracam do mojego archiwum, do moich zdjęć, pamiętników. To wszystko mam na Podlasiu, ale też kocham Warszawę. Nowy Jork, Warszawa i Podlasie – to trzy punkty, w których na ten moment czuję się jak w domu.

Oj, rzucało Panią po tym świecie. To bardzo inspirujące, prawda?

Tak, to prawda. To bardzo ważne. Mam 82 lata i myślę, że taka moja chęć i dziecięca ciekawość mnie nie opuszczają. Cały czas się rozglądam i zachwycam. Podróżuję, spotykam ludzi i obdarowuję ich energią, która do mnie wraca. Nie tylko daję, ale też ją otrzymuję.

Za Panią premiera nowej płyty UlaNova, a teraz trasa koncertowa promującą nowy album. Jaka ona będzie?

Mam wielką frajdę, z tego, że moja nowa płyta ujrzy światło dzienne. Są na niej utwory bardzo różne, bo ja taka jestem jak one, lubię skrajności i ciągły ruch między nimi. Od muzyki klasycznej po dziwne wariactwa, które mogą wystraszyć a inne koją, uspakajają. Zabieram Was w podróż ekstremalną. Cieszę się z koncertów na trasie to  inspirujące i ekscytujące, że na scenę wychodzę z nową muzyką.

Jednak chyba i tak cały czas „Papaya” wygrywa. Bez niej nie ma koncertów.

No, nie ma. (śmiech) Ja się z tym dobrze czuję. Widzę, jak ludzie bawią się i cieszą tym utworem. Wszystko jest dobrze.

Na swoim koncie ma Pani dwie książki. Po debiucie literackim, “Wyśpiewam Wam wszystko” (2012), kilka lat później wydała Pani jego kontynuację, “Wyśpiewam Wam więcej”. Drugą książkę w swoim dorobku określa Pani mianem “opowieści jak koronka”. Skąd pomysł?

Hekluję, czyli opowiadam historię, w której jest jakieś hasło, do którego uciekam, a potem wracam do początku.