piątek, 6 grudnia 2019

Agnieszka Korzeniowska: "Kontakt z żywą publicznością to coś niezaprzeczalnie wyjątkowego"

Agnieszka Korzeniowska: "Kontakt z żywą publicznością to coś niezaprzeczalnie wyjątkowego" 


























fot. zdjęcie nadesłane

Z Panią Agnieszką Korzeniowską spotkałam się podczas swojego ostatniego pobytu w Warszawie. Rozmawiałyśmy o tym, jak szczególne miejsce w jej życiu zajmuje teatr, spektaklaklu "Całe życie", ale także o potędze mediów społecznościowych w dzisiejszych czasach. Z sentymentem wspomniałyśmy również serial "Adam i Ewa". Co negatywna postać wnosi w zawód aktora? Czy jest uatrakcyjnieniem pracy?
 
Na to i wiele innych pytań odpowiedziała Pani Agnieszka. 

Aktorstwo - trudny, a czasami też niepewny zawód. Co spowodowało, że go Pani wybrała?

Mam wrażenie, że do pewnego stopnia to aktorstwo wybrało mnie. (Śmiech.) Od najmłodszych lat lubiłam stwarzać sobie swój własny świat. Jako dziecko nie potrzebowałam zbyt wiele, by przepaść na cały dzień. 

Już od najmłodszych lat przejawiała Pani zainteresowanie tym zawodem, lubiła się przebierać, wcielać w różne postaci. 

Tak. Moje dzieciństwo i wczesna młodość to taki trochę szary czas w tym kraju. Jako nastolatka uciekałam w świat filmu i teatru. Był to dla mnie kolorowy, lepszy i piękniejszy świat. 

W ramach przygotowań do naszej rozmowy czytałam jeden z wywiadów, przeprowadzony z Panią kilka lat temu. Wynika z niego, że teatr jest dla Pani miejscem szczególnym. Pod wpływem naszej rozmowy dochodzę do tych samych wniosków.

Tak, zgadzam się. Teatr jest dla mnie miejscem szczególnym. 

Można stwierdzić, że w Teatrze czuje się Pani lepiej, niż przed kamerą?

Tak - zdecydowanie. W teatrze czas przygotowania do roli jest o wiele dłuższy, dzięki temu analiza postaci jest dokładniejsza - ja tego bardzo potrzebuję. Można też pozwolić sobie na improwizację.

Rola teatralna jest większym wyzwaniem dla aktora, niż rola przed kamerą telewizyjną?

Kontakt z żywą publicznością to coś niezaprzeczalnie wyjątkowego. W swoim dorobku nie mam dużych ról telewizyjnych czy filmowych. W teatrze wszystko tak naprawdę zależy od aktora. Rola reżysera kończy się w dniu premiery. Reszta spoczywa w rękach aktora i jego partnerów scenicznych. 

Teatr jest idealną przestrzenią na improwizację, o której już wspominałyśmy. Pani często zdarza się improwizować?

Staram się improwizować tak, by nie wprowadzić w stan zakłopotania moich kolegów. (Śmiech.) 

W jakich spektaklach możemy Panią obecnie oglądać?

W Teatrze Nowym w Łodzi gram spektaklach "Złodziej" i "Utracona cześć Barbary Radziwiłłówny". Można też zobaczyć mnie w spektaklu "Ślubu nie będzie" oraz "Czego nie widać". W Krakowie gram w spektaklu "Całe życie", który powstał rok temu z okazji stulecia zdobycia praw wyborczych przez kobiety w Polsce. Gramy go w Teatrze Barakah. Początkowo mieliśmy zagrać tylko trzy razy, ale okazało się, że spektakl podoba się na tyle, że wchodzi na stałe w repertuar Teatru Barakah i gramy kolejne spektakle. 

Co opowiedziałaby Pani o kulisach powstania spektaklu "Całe życie"?

Autorką tekstu jest Joanna Oparek,spektakl wyreżyserował Sebastian Myłek To dla mnie bardzo wyjątkowy i ważny tekst - a rola,którą gram została napisana specjalnie dla mnie! Akcja dzieje się w czsie wakacji we Włoszech. Gram dziennikarkę, zajmującą się tematami feministycznymi, a mój mąż pisze kryminały.Wynajmujemy w willli w Tosknii pokój młodym Polakom. Dziewczyna ukończyła aktorstwo, a chłopak to wieczny student. Obie pary przez cały wieczór wymieniają swoje poglądy na temat na temat praw wyborczych, feminizmu, rozmawiają o związkach, zaufaniu, wartościach, o miłości i jej braku. Jednym słowem, poruszają bardzo istotne kwestie. Myślę,że spektakl jest bardzo aktualny i idealnie wpisuje się w dzisiejsze czasy.

Teatr to jedno, ale przejdźmy do ról telewizyjnych. Czy prawdą jest, że do tej pory jest Pani najczęściej kojarzona przez widzów z rolą Kamili Kłos z serialu "Adam i Ewa"?

Myślę, że część widzów zdążyła już zapomnieć o tym serialu Powiedzmy sobie szczerze, to było 20 lat temu. (Śmiech.) Kawał czasu...Ale są osoby, które co jakiś czas mi o nim przypominają.Ci, którzy się na nim „wychowali“, chyba bardzo go lubili.  

Co miał takiego w sobie, że nawet po tylu latach od zakończenia emisji wywołuje tak pozytywne emocje? Pani też zdarza się wspominać z sentymentem pracę na planie?

Tak, wspominam ten czas z sentymentem, przede wszystkim ze względu na pracę z ludźmi. Świetna ekipa pracowała na planie. Poza tym była to moja pierwsza duża serialowa rola - bardzo ją lubiłam. 

Czy wcielanie się w negatywną postać jest dla Pani pewnego rodzaju uatrakcyjnieniem pracy w zawodzie?

„Negatywność“ serialowej postaci przy prawie 200 odcinkach jest czymś idealnym - przynajmniej coś się dzieje. (Śmiech.) Kamila zrobiła wiele złego, ale dzięki temu praca na planie była dla mnie bardzo ciekawa. Granie romantycznej postaci, u której na dłuższą metę nic się nie dzieje  - może stać się nudne.

Wychodzi Pani z założenia, że aktor zawsze, bez względu na wszystko powinien bronić swojej postaci?

Aktor powinien znaleźć powody tego, czym kierował się jego bohater, co spowodowało, że poszedł taką, a nie inną drogą. Nie usprawiedlimy całkowitego zła, ale trzeba iść śladami tego, co wydarzyło się w życiu danej postaci.

Obecnie w serialu "Na Wspólnej" wciela się Pani w mamę serialowej Elizy (Katarzyna Chorzępa). Czy zanim trafiła Pani do serialu, zdarzało się Pani go oglądać?

Od kilkunastu lat nie mam w domu telewizora. Oczywiście widziałam kilka odcinków, ale nie oglądam na bieżąco. Uważam, że trafiłam do fajnej serialowej rodziny, bardzo się lubimy. 

Co według Pani jest największym sukcesem "Na Wspólnej"?

Są blisko codzienności, zajmują się trudnymi tematami. A sukcesem jest przede wszystkim obsada. 

Jest Pani bardzo aktywna na Instagramie. Czym lubi się Pani dzielić z followersami?

Dzielę się tym, co dotyczy mojej pracy, są to zdjęcia z prób, spektakli, planów zdjęciowych,  sesji fotograficznych. Dzielę się radością z rzezczy, które sprawiają mi przyjemność - premiery, imprezy,  a przede wszystkim spotkania z przyjaciółmi. 

Wróćmy do tematu teatru. Podobno spektaklem, który w pewnym stopniu przyczynił się do tego, że wybrała Pani aktorstwo, był "Scenariusz dla trzech aktorów". 

Pierwszym spektaklem, który zachwycił mnie jako widza był "Scenariusz dla trzech aktorów". Myślę, że w dużej mierze spowodował, że dziś wykonuję ten zawód. Chciałabym, aby widzowie, tak samo zachwycali się spektaklami, w których gram i chętnie do wracali do teatru.

Czego w teatrze poszukuje Pani z perspektywy widza?

Głębokiego przeżycia, prawdy, dotykania wyjątkowych tematów w delikatny sposób. Tak,w teatrze szukam emocji. Uwielbiam być poruszona, ale także rozśmieszona do łez - tak, że nie jestem w stanie tego powstrzymać. 

Według mnie taki jest spektakl "Całe życie". Był dla mnie bardzo ważny w czsie jego powstawania, zawarłam w nim całe mnóstwo swoich przemyśleń i emocji. 

Czego w mediach społecznościowych poszukuje Pani jako użytkownik?

Dziś mój Facebook jest społeczno -  polityczno - ekologiczny. Kiedyś był przesiąknięty tematami artystyczno - modowymi (akurat to też mnie interesuje). Często, by odpocząć od codzienności, szukam piękna w przyrodzie, malarstwie, rzeźbie, fotografii, architekturze, czy właśnie w modzie.

Najbliższe plany.  

Zaraz biegnę na drugą część warsztatów fotograficznych z fotografką Różą Sampolińską. Pojawiam się na planie "Na Wspólnej",a przede wszystkim gram spektakle w Łodzi i w Krakowie. 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji 

Liber: "Nad moimi projektami unosi się pozytywna energia"

Liber: "Nad moimi projektami unosi się pozytywna energia"


























fot. zdjęcie nadesłane

Z Liberem spotkałam się w ramach XXI III Jaworzańskiego Września w Jaworzu, gdzie wystąpił z zespołem InoRos.

Spotykamy się w Jaworzu, gdzie  wraz z zespołem InoRos wystąpisz w ramach imprezy XXX III Jaworzański Wrzesień. Jak samopoczucie przed koncertem?

Fajnie. Przeżyliśmy załamanie pogodowe, teraz będzie radość, muzyka i dobra zabawa.

Co zostało przygotowane na dzisiejszy koncert? Usłyszymy również coś z Twojego repertuaru z Sylwią Grzeszczak lub Natalią Szroeder, czy skupiacie się przede wszystkim na Waszym wspólnym repertuarze z InoRos?

Usłyszymy kilka piosenek ze starszego repertuaru. Pojawią się "Skarby", "Co znami będzie" i "Czyste szaleństwo".

Twoja współpraca z zespołem InoRos trwa od 2012 roku, kiedy nagraliście piosenkę "Czyste szaleństwo", która zajęła drugie miejsce na hit biało - czerwonych na Euro. Opowiedz o początkach Waszej współpracy. Jak to się stało, że połączyliście siły?

Nasze drogi po raz pierwszy zeszły się na pewnej imprezie na Pomorzu. Spontanicznie zagraliśmy razem, porozmawialiśmy i w 2012 roku zrobiliśmy razem wymieniony tu utwór na Euro. Po siedmiu latach zaprosiłem chłopaków do Opola, a tam podjęliśmy decyzję o nagraniu nowych piosenek razem.

W marcu 2019 zaprezentowaliście piosenkę "Piękne życie". Mam wrażenie, że piosenka ma charakter motywacyjny. Czy zgodzisz się z tym stwierdzeniem?

Nie zastanawiałem się nad tym. To pozytywny utwór. O tym, co jest ważne. Piosenka napisana jest przewrotnie, lubimy ją grać, przypadła nam do serc.

Teledysk realizowany był w Jordanowie, Nowym Targu i Rabce - Zdroju. Opowiedz coś o kulisach jego realizacji. 

Była to znakomita zabawa, okraszona zimową aurą. Na ostatnią chwilę udało się zaprosić również Kabaret Paranienormalni. Jesteśmy bardzo wdzięczni. Nad tym projektem unosiła się masa pozytywnej energii.

Pod koniec czerwca razem zaprezentowaliście piosenkę "Piątunio". I już wiadomo, który dzień w tygodniu jest najlepszy. (Śmiech.) Co było myślą przewodnią tej piosenki? Co za jej pośrednictwem chcieliście przekazać słuchaczom?

To utwór typowo imprezowy, z przymrużeniem oka. Hymn piątku, najfajniejszego dnia w tygodniu. Większości piątek kojarzy się z weekendem, który chcieliśmy uczcić.

Teledysk bardzo mi się podoba. Skąd pomysł na taką jego realizację?

Chcieliśmy pokazać przedstawicieli różnych zawodów. Pojawił się nawet ksiądz, który też korzysta z weekendu. (Śmiech.) Nie ma żadnej prowokacji.

Teledysk przekroczył już 3 mln wyświetleń na YouTube. To wspaniała liczba...

Bardzo się z tego cieszymy. Wspaniały wynik. Jest fajnie.

Najbliższe plany zawodowe. 

Najbliższe plany są związane z zespołem InoRos. Będziemy kontynuować współpracę.

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

czwartek, 28 listopada 2019

EXCLUSIVE: Roksana Węgiel: "Nikt nie wierzył, że wygram Eurowizję"

EXCLUSIVE: Roksana Węgiel: "Nikt nie wierzył, że wygram Eurowizję" 


























fot. zdjęcie nadesłane

Po koncercie "Wyśpiewajmy marzenia" w Cieszynie miałam przyjemność rozmawiać z Roksaną Węgiel. Co program "Voice Kids" zmienił w jej życiu? Kto był dla niej największym wsparciem podczas przygotowań do Eurowizji? Na to i wiele innych pytań odpowiada w szczerej rozmowie. 

Spotykamy się po VIII charytatywnym koncertem "Wyśpiewajmy marzenia" w Cieszynie. Jak wrażenia? Publiczność dopisała?

Była cudowna energia. Cieszę się, że mogłam tutaj wystąpić. Było pięknie. 

Który z Twoich utworów jest zazwyczaj najbardziej wyczekiwany przez fanów na koncertach?

Wydaje mi się, że jest to piosenka "Anyone I want to be". 

Czy masz ulubioną piosenkę w swoim repertuarze?

Wszystkie są dla mnie ważne, ale moją ulubioną piosenką jest "Bunt". Z każdą piosenką wiążę cudowne wspomnienia. 

Pod kątem wspomnień, która pioenka jest dla Ciebie szczególna?

Zdecydowanie "Anyone I want to be". 

Trwa rok szkolny, ale Ty nie zwalniasz tempa, koncertujesz, pojawiasz się na eventach, pracujesz w studio. Czy pogodzenie obowiązków szkolnych z muzycznymi bywa dla Ciebie trudne?

Bywa trudno, ale daję radę. 

Jak Twoi rówieśnicy reagują na rozwój Twojej kariery? Bywają raczej wspierający, czy mierzysz się także z krzywdzącymi opiniami? Jak wtedy reagujesz?

Moi rówieśnicy reagują bardzo dobrze, wspierają mnie. 

Jeśli chodzi o internet, tam hejt jest wszeobecny. Kiedy ktoś jest popularny w sieci, zawsze znajdą się osoby, które będą złą opinię  powielać. Nie robię nic, co mogłoby skrzywdzić drugiego człowieka ale to, co kocham. Ludzie komentują, niech to robią. Na mnie nie ma to żadnego wpływu, spływa to po mnie. (Śmiech.) 

Nie mówmy o samych negatywach. (Śmiech.) Mam wielu fanów, którzy mnie wspierają. 

W TVP 2 trwa emisja kolejnej edycji programu "The Voice of Poland". Czy oglądasz program? Masz swoich faworytów?

Na regularne śledzenie programu nie mam za bardzo czasu, ale udaje mi się nadrabiać zaległości w internecie. Duże wrażenie zrobił na mnie Tadeusz Seibert, który zaśpiewał piosenkę "Spragniony". 
W programie pojawiła się również moja koleżanka z "Voice Kids", Karolina Wójtowicz. 
 
Co udział w programie "Voice Kids" zmienił w Twoim życiu? Czy gdybyś miała jeszcze raz możliwość wystąpić jako uczestniczka w tym programie, zrobiłabyś to?

Zmieniło się wszystko. Polecam każdemu tą przygodę. To niesamowite doświadczenie. Nie byłam świadoma, że ten program otworzy mi wrota do dalszych działań oraz do wyjazdu na Eurowizję. Nie spodziewałam się tego. Jestem wdzięczna, że tak się stało. 

W kontekście programu bardzo dużo mówi się o Twojej przyjaźni z Edytą Górniak. Czy obecnie razem pracujecie?

Nagrałyśmy piosenkę "Zatrzymać chwile" do bajki "Hotel Transylwania 3". Cieszę się, że mogłam ją poznać, nie ukrywam, że było to moim marzeniem. 

Z kim  oprócz Karoliny Wójtowicz z uczestników programu "Voice Kids" utrzymujesz jeszcze kontakt?"

Z Milenką Grigorian, z Olivią Klinke, ze Stasiem Szymańskim. 

W październiku ruszyła Twoja wyjątkowa trasa koncertowa "The X Tour". Opowiedz coś więcej.

Była to moja pierwsza trasa koncertowa. Kolejny raz miałam szansę spełnić swoje marzenie. Wymagało to ode mnie dużo pracy, działo się. Przygotowania były bardzo intensywne. 

Jak wspominasz swój udział w Eurowizji Junior 2018? 

Emocje nie do opisania. 

Co było dla Ciebie największym zaskoczeniem tego konkursu?

To, że wygrałam. (Śmiech.) Nikt w to nie wierzył. Wygranie było moim celem, ale wszyscy mówili, żebym się na nic nie nastawiała. I...udało się. Mój Tata był dla mnie największym wsparciem. 

Najbliższe plany. 

Bardzo dużo się dzieje. Jest co robić. (Śmiech.) 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl  - Śląskie Centrum Informacji 

sobota, 23 listopada 2019

EXCLUSIVE: Michał Malinowski: "W życiu nic nie jest definitywne"

EXCLUSIVE: Michał Malinowski: "W życiu nic nie jest definitywne"


























fot. zdjęcie nadesłane

Dnia 21 listopada 2019 roku odbyło się uroczyste otwarcie Cinema City w Cieszynie. Gośćmi specjalnymi imprezy byli aktorzy - Sonia Bohosiewicz i Michał Malinowski. 

Z Michałem miałam ogromną przyjemność rozmawiać o filmie "Jak poślubić milionera", w którym zagrał główną rolę oraz o życiu na krawędzi i zmianach jakie obecnie zachodzą w jego życiu.          To jeden z ostatnich wywiadów, którego udzielił przed wyjazdem z Polski. 

Spotykamy się na otwarciu Cinema City w Cieszynie. Jaki gatunek filmowy jest Pana ulubionym z perspektywy widza?

Z perspektywy widza lubię bardzo różne kino. Wybieram w zależności od tego, czego potrzebuję w danej chwili. Czasem są to komedie, czasem horrory. 

Czego poszukuje Pan w filmach? Czym cechuje się dla Pana dobre kino?

Dobre kino zaskakuje. Film oglądam z zaciekawieniem i czekam, co się wydarzy. 
Lubię się rozwijać. Nawet fikcyjna historia może nieść ze sobą wartość edukacyjną. 

"Jak poślubić milionera" to najnowszy film, w którym możemy Pana oglądać. Co opowiedziałby Pan o swojej postaci?

Na początku był strasznym cwaniakiem, ale to dobry chłopak. Przez cały czas trwania filmu ta postać ewoluuje. Miłość zmienia go na lepsze. Było to dla mnie fajne wyzwanie aktorskie. 

Proszę opowiedzieć o zakulisowej pracy nad filmem.

Było super. Na planie panowała wspaniała atmosfera. Pracowaliśmy na własnych organizmach i emocjach, nie mogliśmy więc pozwolić na to, by pojawiły się negatywne emocje. Nie było ich. Było świetnie, inspirująco i sympatycznie. Miałem okazję podpatrywać na planie doświadczonych aktorów i czerpać z nich. 

Propozycja skierowana jest przede wszystkim do miłośników komedii, czy każdy w tym filmie znajdzie coś dla siebie?

Film "Jak poślubić milionera" skierowany jest do wszystkich, każdy znajdzie w nim coś dla siebie. 

To jak na razie ostatni film z Pana udziałem. Odszedł Pan z "Pierwszej miłości" i "Na Wspólnej", a zdecydował o wyjeździe z Polski. Czy odejścia z tych dwóch seriali są definitywne, czy zostawił Pan sobie uchyloną furtkę w razie chęci powrotu?

Ciężko powiedzieć. W życiu nic nie jest definitywne. (Śmiech.) Czas pokaże.  

Nie boi się Pan, że zatęskni za aktorstwem? W najlepszym momencie swojej kariery wycofuje się Pan z życia zawodowego.

Aktorstwo to dla mnie człowieństwo. Żeby być dobrym aktorem, trzeba rozwijać się jako człowiek. Mam potrzebę, by rozwinąć się w trochę innych kierunkach. Jeśli zatęsknię, wtedy wrócę. 

Czy decyzja związana jest z tym, że jest Pan miłośnikiem adrenaliny i życia na krawędzi? 

(Śmiech.) Tak trochę jest. Kiedy gramy w serialach codziennych, podpisujemy umowy. Jest w nich punkt, który zabrania narażać swoje życie i zdrowie. Teraz, kiedy ten punkt nie będzie nade mną ciążył, będę mógł puścić wodzę fantazji. (Śmiech.) 


























fot. zdjęcie nadesłane

Jaką szaloną rzecz zrobił Pan ostatnio? (Śmiech.) 

Szaleństwa są u mnie codziennością, trudno więc wybrać coś konkretnego. (Śmiech.) Czuję, że najbardziej szalone rzeczy są jeszcze przede mną. Zamierzam zrobić je w całkiem niedalekiej przyszłości. 

Jest Pan miłośnikiem adrenaliny, ale też odkrywania nowych destynacji. Jakie miejsce zachwyciło Pana ostatnio?

Ostatnio nie podróżowałem za wiele, bo życie zawodowe było bardzo intensywne. Kiedyś bardzo dużo podróżowałem, natomiast destynacje same w sobie są często kwestią przypadku. Ważni są ludzie, których spotykam. Najlepiej wspominam czas, w którym w trakcie studiów jeździłem autostopem po Europie. Wtedy najwięcej się działo. 

Pamiętam, że kiedyś wraz z Dawidem Czupryńskim pojechał Pan do Chin. Jak wspomina Pan tę podróż?

Wszystko działo się bardzo szybko. Na to, by dostać się do Pekinu, mieliśmy tylko 5 tygodni. Byłem w szoku, że się udało. Dziennie przemierzaliśmy ok. 500 km. 

Ma Pan w tym momencie coś, co można określić mianem podróży marzeń?

Nie zawsze chodzi o miejsce. W dzisiejszych czasach bardzo łatwo dostać się wszędzie. W podróży ważne jest to, co robimy po drodze. 

Czego w momencie Pana drogi, która cały czas zaskakuje, można życzyć Panu na koniec rozmowy?

Żeby wszystko to, co sobie zaplanowałem, udało się i mnie zaskoczyło.  

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji 

piątek, 22 listopada 2019

Zofia Schwinke: "Oby moja książka zachęciła młodzież do czytania"

Zofia Schwinke: "Oby moja książka zachęciła młodzież do czytania"



















fot. Marta Filipczyk

Moim gościem w listopadowe popołudnie w Bielsku - Białej była aktorka młodego pokolenia, Zosia Schwinke. Rozmawiałyśmy o aktorstwie teatralnym, serialu "Zameldowani", improwizacji, która w aktorstwie przydaje się na każdym kroku oraz o książce "Po trzeciej stronie rzeki", którą napisała w zeszłoroczne wakacje, a teraz pracuje nad jej wydaniem.

Jest wiele zawodów na "A". Co spowodowało, że wybrała Pani akurat aktorstwo? To trudny, a czasami nawet mało pewny zawód.

Zgadzam się. O aktorstwie marzyłam od dziecka. Już jako mała dziewczynka postanowiłam, że zostanę aktorką. (Śmiech.) Szczerze mówiąc nie wiem, skąd mi się to wzięło, ale myśli o podjęciu tego zawodu kiełkowały we mnie odkąd pamiętam. Nie wyobrażałam sobie siebie w pracy za biurkiem. Postanowiłam spróbować swoich sił zdając do Szkoły Teatralnej.

Czyli już od najmłodszych lat przejawiała Pani zainteresowanie tym zawodem, 
lubiła się przebierać, wcielać w różne postaci? Można tak to ująć?

Tak, interesowałam się tym od najmłodszych lat. W podstawówce organizowałam szkolne
przedstawienia. Pisałam teksty, namawiałam koleżanki do współpracy. Pamiętam spektakl o porach
roku, którego byłam inicjatorem.

Spotykamy się dzisiaj w Bielsku - Białej. To na deskach tutejszego Teatru możemy podziwiać
Pani talent aktorski. Można stwierdzić, że ten teatr jest dla Pani miejscem szczególnym?

Zdecydowanie tak.

Tutaj miałam swój debiut teatralny jeszcze podczas czwartego roku studiów.                               

Moja przygoda z Bielskiem nadal  trwa. Kiedy bywam tu nieco rzadziej, zawsze tęsknię. Kiedy
wchodzę do teatru po przerwie, wzrusza mnie jego zapach.                                                              

Grywam także w innych teatrach w Polsce, ale jednak Teatr Polski w Bielsku ma dla mnie szczególne znaczenie.

W tym tygodniu można spotkać Panią w "Makbecie" Wiliama Szekspira w reżyserii Grzegorza
Suskiego. Co najbardziej ceni Pani w szekspirowskiej twórczości?

Chyba uniwersalność Szekspira. Można go czytać na różne sposoby, jest cały czas aktualny. Grany w Polsce i poza jej granicami. Jedni przerabiają jego dramaty na współczesne inscenizacje, inni grają go klasycznie.

Co najbardziej Pani podoba się w Waszej adaptacji Makbeta?

Gram jedną z Wiedźm i bardzo lubię te sceny, ponieważ jest w nich taniec i śpiew, więc mogę wykorzystać umiejętności nabyte podczas nauki w Studium Wokalno-Aktorskim przy Teatrze Muzycznym w Gdyni,  gdzie również miałam okazję grać, jeszcze jako adeptka tej szkoły. 

W jakich jeszcze spektaklach Teatru Polskiego w Bielsku - Białej możemy Panią obecnie
oglądać?

 Z tego co wiem w repertuarze został tylko „Makbet”. W sumie w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej zrobiłam siedem tytułów.


















fot. Marta Filipczyk 

Można oglądać Panią również w „Małym Księciu" Teatru Piasku. To historia wszystkim znana,
ale tu została namalowana piaskiem i światłem. Proszę opowiedzieć coś więcej o tym jakże
wyjątkowym przedsięwzięciu. W czym tkwi największa siła Waszego spektaklu?

To spektakl familijny. Sprawdza się jako propozycja dla dzieci i dorosłych. To historia, której sens tak naprawdę rozumiemy dopiero w dorosłym życiu.

Wyjątkowość spektaklu polega na połączeniu różnych form. Pojawia się malowanie piaskiem, malowanie światłem, a nawet malowanie na wodzie. Ta interdyscyplinarność robi wrażenie na odbiorcy.

Rola teatralna jest większym wyzwaniem dla aktora, niż występ przed kamerą? Podobno teatr jest doskonałą przestrzenią na improwizację. Pani często zdarza się improwizować?

W Teatrze nie ma dubli, wszystko dzieje się na żywo. Jednak trudność zależy od rodzaju roli. Nie ma znaczenia, czy gramy ją na deskach teatralnych, czy przed kamerą.

Uwielbiam improwizować. Według mnie jest to jedna z podstaw
aktorstwa, dlatego gdy prowadzę warsztaty teatralne skupiam się w dużej mierze na improwizacjach.

Zanim poszłam do szkoły teatralnej, byłam w grupie improwizacyjnej "W gorącej wodzie kąpani". Nabyte umiejętności wykorzystuję na  scenie oraz przed kamerą na przykład w  serialu "Zameldowani". 

Serial opowiada o pięciu przypadkowych młodych osobach, które wspólnie zamieszkują. Co
opowiedziałaby Pani o swojej postaci?

Uwielbiam Ewelinę. Ma 23 lata. Jest studentką. Nie wykazuje jednak zbyt wielkiego zainteresowania nauką. Jest raczej głupiutka. Powiedziałabym, że frywolna. Ma swobodne podejście do życia. To bardzo wdzięczna postać do grania, ale raczej się z nią nie utożsamiam. (Śmiech.) Podoba mi się konwencja sitcomu. Jest to ciekawe wyzwanie  aktorskie. Lubię role dramatyczne, ale tutaj również spełniam się w stu procentach.


















fot. Marta Filipczyk

To serial inny od wszystkich. Mam wrażenie, że to pierwsza historia o przypadkowych lokatorach. (Śmiech.) Co Pani najbardziej podoba się w tym serialu? Za co cenią go widzowie?

Myślę, że za humor, energię piątki młodych ludzi oraz za to, że pojawiają się w nim znani aktorzy, m.in Marian Dziędziel, Joanna Orleańskaczy Wojciech Dąbrowski.

„Zameldowani” nawiązują do amerykańskiego serialu "Friends", co też może przyciągać
widza.

Pracujemy nad drugim sezonem, premiera wkrótce.

Aktorstwo to jedno, ale porozmawiajmy o książce, którą napisała Pani w zeszłoroczne wakacje.
"Po trzeciej stronie rzeki" to powieść dla młodzieży. Napisanie książki było Pani pomysłem, czy
ktoś Panią zmotywował, namówił do podjęcia takich działań?

Był to tylko i wyłącznie mój pomysł, który kiełkował mi w głowie od wielu lat. Pojawił się już w momencie gdy sama byłam w wieku głównej bohaterki tj. miałam naście lat. 

Od początku wiedziałam, że  będzie to historia wakacyjnej, nastoletniej miłości. Zeszłego lata doprowadziłam mój pomysł do końca.

Ponad rok zbierałam się w sobie, by podjąć decyzję o próbie wydania książki.

Skąd pomysł, by była to powieść skierowana do młodzieży? To podobno najbardziej wymagające grono czytelników.

(Śmiech). Pewnie tak. Konfrontacja z odbiorem jest ważna, ale mi zależało przede wszystkim na wylaniu tego co we mnie siedziało. Po prostu miałam ochotę opowiedzieć właśnie taką historię.       

Na razie konfrontacja wychodzi pozytywnie, a to motywuje do dalszego działania. Mam w głowie jeszcze jedną, zupełnie inną powieść, ale jeśli w ogóle ją napiszę i wydam to będzie to za minimum trzydzieści lat. (Śmiech.) 

Z realizacją marzeń nie można czekać, trzeba konsekwentnie je realizować.

Na Zrzutka.pl trwa zbiórka na wydanie Pani debiutanckiej powieści. Jak można Panią wesprzeć?  Proszę opowiedzieć coś więcej.

Dzięki zrzutce udało mi się zebrać środki na wydanie pierwszych pięciuset egzemplarzy. Redakcję, korektę, skład, projekt okładki i inne niezbędne prace. Mimo osiągnięcia 100%, zrzutka trwa nadal. Będą to środki przeznaczone na promocję i kolejne egzemplarze, więc serdecznie zapraszam na mój profil na stronie zrzutka.pl.

Od momentu ogłoszenia zbiórki spotykam się z niezwykle pozytywnym odzewem, co jest dla mnie ogromnym, ale bardzo miłym zaskoczeniem.  Myślę, że wiele osób nie spodziewało się tego po mnie, ponieważ zawsze dzieliłam się w mediach społecznościowych newsami z aktorskiej drogi, a tu nagle - jak grom zjasnego nieba, informuję o książce i zbiórce.

Mówi się, że wskaźnik czytelnictwa w Polsce systematycznie leci w dół. Myśli Pani, że
audiobooki wypierają książkę tradycyjną? Co zrobić, by to się zmieniło? Jak zachęcić młodzież
do czytania?

Nie negowałabym audiobooków. Sama spotykam się z opiniami, że powinnam pomyśleć o takiej
formie wydania książki. Audiobook to również  świetna forma przyswajania literatury.                Może faktycznie wskaźnik czytelnictwa spada, ale kiedy robiłam research na instagramie, odnalazłam dużo kont na temat czytelnistwa i książek, więc chyba nie jest tak źle.


























fot. Marta Filipczyk

Dużo jest akcji promujących czytelnictwo, namawiających, że po książkę warto sięgnąć. Pani jest ich zwolennikiem, czy raczej jest Pani sceptycznie nastawiona do tego typu akcji?

Zdecydowanie jestem zwolennikiem. Uwielbiam czytać. Mam nadzieję, że moja książka zachęci
młodzież do czytania. Nie jest gruba, więc istnieje taka szansa. (Śmiech.)

Jaka książka zachwyciła Panią ostatnio?

Przypominam sobie obecnie "Mistrza i Małgorzatę", sięgnęłam więc ponownie po klasykę.


















fot. Marta Filipczyk

Książka Pani dzieciństwa to...

Zdecydowanie "Ania z Zielonego Wzgórza". W te wakacje sięgnęłam po nią po raz kolejny i po raz kolejny mnie zachwyciła. Czyta się ją tak samo dobrze jak za dzieciaka, odnajdując oczywiście nowe sensy.

Wracam również do książki "Jedz, módl się, kochaj".


fot. Marta Filipczyk 

Jakim jest Pani czytelnikiem? Czego poszukuje w książkach?

Uwielbiam zatopić się w lekturze, a to nawet do momentu, w którym z nosem w książce, niczym w transie, chodzę po ulicy. (Śmiech.) Niestety zwykle czytam wyrywkowo, fragmentami, gdyż mam wiele innych zajętości.  Jednak, jeśli tylko mam taką możliwość, uwielbiam dni spędzone wyłączne z książką. Wtedy w stu procentach skupiam się na zawartej w niej historii. Książka jest też wdzięczną towarzyszką podróży.

Dużo Pani podróżuje. Jakie miejsce zachwyciło Panią ostatnio?

Najbardziej zachwyciły mnie Chiny, które odwiedziłam w zeszłoroczne wakacje przy okazji trasy ze spektaklem „Humanka” w reż. Agaty Puszcz z Teatru Polskiego w Bielsku-Białej.

Mieliśmy przyjemność zagrać w dwóch miastach. Sądzę, że mój odbiór tego miejsca był tym bardziej intensywny, że o podróży do Chin nigdy nie marzyłam i do ostatniej chwili nie było wiadomo czy w ogóle uda się tam polecieć. Generalnie uwielbiam podróże i mam tysiące destynacji, które chciałabym odwiedzić.

Co zachwyciło Panią w chińskiej kulturze?

Najbardziej chyba świątynie i ich połączenie z naturą. Wejście na Mur Chiński było dla mnie dużym przeżyciem.

Pani podróż marzeń to...

Od czasów liceum marzy mi się podróż na Kubę. Chciałabym  zatańczyć  salsę na ulicach Havany. To jedno z wielu moich podróżniczych marzeń.

Jest Pani bardzo aktywna na swoich profilach w mediach społecznościowych. Czym najchętniej
dzieli się Pani na Instagramie?

W mediach społecznościowych dzielę się przede wszystkim sprawami zawodowymi. Obecnie także informuję o książce. Czasami udostępniam coś z życia prywatnego. 

Czego poszukuje Pani w mediach społecznościowych jako użytkownik?

Dla mnie to głównie miejsce poszukiwania pracy, ale również inspiracji czy informacji.
Często za pośrednictwem mediów społecznościowych dowiaduję się, co słychać u
moich znajomych.

Najbliższe plany.

Wszystko klaruje się na bieżąco  :)

Materiał dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji 

wtorek, 19 listopada 2019

EXCLUSIVE: Tomek Wolny: "O każdej porze jestem otwarty na człowieka"

EXCLUSIVE: Tomek Wolny: "O każdej porze jestem otwarty na człowieka"

























fot. zdjęcie nadesłane

Dziennikarz. Wulkan pozytywnej energii. Zawsze otwarty na człowieka. Najbliższe jest mu dziennikarstwo społeczne. "Jestem tylko tłem i dodatkiem do tego, by połączyć gościa z widzem" - mówi.

Z Tomkiem Wolnym miałam przyjemność rozmawiać podczas mojego pobytu w Warszawie.

Już na pierwszy rzut oka sprawiasz wrażenie osoby niezwykle pozytywnie nastawionej do świata i ludzi. Co daje Ci w życiu najwięcej siły? 

Siłę od kiedy pamiętam daje mi rodzina i wiara. Bez tego nie byłbym tu, gdzie jestem. Wszystkiego może brakować, niech się wali i pali, ale z takimi ostrogami zawsze do przodu. Boso, ale w ostrogach. Dwóch. Rodzina i Wiara.

Moim zdaniem  w codziennym życiu ważne jest cieszenie się drobiazgami, ale prawda jest taka, że nie każdy ma taką umiejętność. Co zrobić, by to się zmieniło?

Trzeba otworzyć się na drugiego człowieka. Wystarczy z empatią wsłuchać się w codzienność kogoś, kto potrzebuje pomocy - osoby z niepełnosprawnością, samotnej, starszej, wykluczonej. Nagle przestajesz gonić własny ogon i skupiać się na końcu własnego nosa. Doceniasz każdy drobiazg, widzisz jak wiele masz dane i nic tylko dziękować i starać się oddać to, co za zupełną darmochę dostałeś. Często niestety świadomość tego jak wiele mamy, przychodzi dopiero wtedy gdy to utracimy. 

Na swoim oficjalnym profilu na Instagramie opisujesz siebie w ten sposób - "Mąż, Tata, Poznaniak - rano zadaję pytania, wieczorem informuję". Prezenter telewizji śniadaniowej, czy prezenter informacji? Do czego jest Ci bliżej w tym momencie?

Jestem przede wszystkim dziennikarzem. Połączenie porannego Pytania na Śniadanie z głównym wydaniem Panoramy może wyglądać na pewien szpagat, ale przecież niezależnie od pory dnia jestem dziennikarzem. Różnica polega na tym, że rano bardziej zadaję pytania, a wieczorem informuję.

Gdyby nastała taka konieczność, z czego byłoby Ci łatwiej zrezygnować - z telewizji śniadaniowej, czy z prowadzenia Panoramy?

To trochę tak, jakbym musiał zdecydować, czy chcę się pozbyć lewej, czy prawej ręki. Raczej nie chciałbym stać przed takim wyborem. (Śmiech.)

Na szczęście nie ma takiej potrzeby. (Śmiech.) "PNŚ" jest jednym z najpopularniejszych programów śniadaniowych w Polsce. Poruszacie tam wiele istotnych zagadnień. Na jakie tematy najczęściej lubisz rozmawiać z gośćmi?

Od samego początku szczególnie bliskie jest mi dziennikarstwo społeczne. Największą satysfakcję daje moment, w którym sprawy faktycznie uda się ruszyć do przodu, pomóc w słusznej walce, rozwiązać jakiś problem. Nie zawsze się udaję, ale na szczęście mam wiele takich historii, które udało się zakończyć sukcesem, radością, wzruszenim. Ale tu nie ma spoczywania na laurach. Jedna sprawa zamknięta i ruszamy dalej, bo kolejne trzy czekają. Swoją pracę traktuję jako służbę. To jest wciąż wielka moc telewizji z której trzeba korzystać z sensem i z sercem i od samego początku tak widzę te misję. Zawsze wśród zwykłych ludzi, zawsze po stronie najsłabszych. 

Program śniadaniowy moim zdaniem jest wspaniałą okazją do poznawania nowych ludzi, osób z ciekawymi pasjami, zajmujących się istotnymi rzeczami. Na swoim oficjalnym profilu na Instagramie często dzielisz się zdjęciami z gośćmi programu, którzy byli dla Ciebie w jakimś stopniu inspiracją. Czy mógłbyś przytoczyć historię jednego z takich spotkań?

Każdy gość wie coś czego Ty nie wiesz. Tylko od Ciebie zależy czy z tego skorzystasz czy nie. W Pytaniu na Śniadanie staram się z tego czerpać pełnymi garściami. Zarówno od Płk Weroniki Sebastianowicz, pseudonim "Różyczka", żołnierza AK, która do dzisiaj żyje na Białorusi i pomaga naszym Kombatantom sponiewieranym przez system, a także od młodego chłopaka, chorego na epilepsję, który będąc za dziecka odrzuconym przez kolegów, postanowił słabość przekuć w siłę i dziś wygrywa konkursy kulturystyczne. Od rodziców walczących o milion złotych na operację synka, od bezdomnego, który wyszedł z akloholizmu, znalazł pracę, dom i teraz pisze doktorat, od eksperta, który mówi o potrzebie badań profilaktycznych słuchu, od ojca, który walczy z przygniataniem dzieci zadaniami domowymi czy od gwiazdy, która oddała serce porzuconym zwierzakom. Każdy program to armia takich ludzi i historii. Każdy program to wulkan inspiracji. To niemożebnie wymagająca praca, a zarazem wspaniała przygoda i wieczny uniwersytet. Cały czas się czegoś nowego uczymy, cały czas kogoś nowego poznajemy. To mnie za każdym razem szczerze ekscytuje i niezmiennie ciekawi.

Prowadzenie programu o tak wczesnej porze wiąże się z wczesną pobudką, ale również z „misją“ szerzenia dobrego nastroju. Zdradź proszę, jaki masz sposób na bycie w dobrym humorze na wizji, nawet wtedy, kiedy aura nie sprzyja?

Ja po prostu kocham tę robotę! Jeśli robisz to co kochasz, jak pięknie ujął to klasyk, to nie przepracujesz ani jednego dnia. Mając taką ekipę w redakcji i na planie Pytania na Śniadanie nie bez przyczyny mamy największą oglądalność i jesteśmy najlepszym programem porannym w Polsce. Jaka ekipa - taki program!

Przekazywanie jakich emocji podczas trwającego na żywo programu jest dla Ciebie najważniejsze?

Poruszamy różne tematy, więc i emocje są bardzo zróżnicowane. Trzeba być w tym wszystkim prawdziwym i naturalnym. Ludzie od razu wyłapią gdy grasz i wyczują fałsz. Widz nie tylko widzi, ale przede wszystkim wszystko doskonale czuje. Jeśli jesteś w tym wszystkim prawdziwy, wiarygodny i podchodzisz do każdego człowieka z szacunkiem, to i emocje będą prawdziwe. Ważne by nie zapominać, że najważniejszy jest nasz gość i widz. To my jesteśmy tam dla nich, a nie odwrotnie. Jestem zwykłym chłopakiem z osiedla Kopernika w Poznaniu, któremu udało się przez dobrych kilka lat podróżować po świecie. Zarówno na osiedlu, jak i w dalekiej Ameryce Północnej czy Południowej, zawsze broniła się otwartość na drugiego człowieka, naturalność, pogoda ducha, spontaniczność i uśmiech, dzięki czemu od razu topisz lody, skracasz dystans i już jesteś nawet z nowo poznaną osobą za pan brat. Atmosfere takiego spotkania staram się wytworzyć między naszymi gośćmi w studiu i mam nieśmiałe wrażenie, że to się udaje wcale nienajgorzej (Śmiech.) 

W trakcie naszej rozmowy kilka razy już pojawił się temat Twojego profilu na Instagramie. Czym najczęściej lubisz się dzielić z tzw. "followersami"?

Jakoś szczególnie nie przepadam za mediami społecznościowymi. Kiedy masz rodzinę - żonę, trójkę dzieci i swoje pasje, to lepiej nie marnować czasu na siedzenie w sieci. Staram się ten czas w świecie wirtualnym ograniczać do minimum, by na maksa wykorzystać go w realu. Szkoda czasu na zawracanie ludziom głowy byle czym. Oczywiście niech będzie to czasem lekkie, śmieszne, z biglem, z zębem, bo przecież taki też jestem, ale głównie na Twiterze, Insta i Facebooku staram się być identycznie jak w dziennikarstwie - z sercem i sensem. Pozdro dla wszystkich moich followersów 😉.

Jakie jest najczęstsze pytanie, które za pośrednictwem mediów społecznościowych zadają Ci sympatycy?

Dostaję bardzo dużo wiadomości z prośbą o pomoc, o włączenie sie w kolejna akcję, o podanie dalej zbiórki pieniędzy na czyjeś leczenie. Nie jestem w stanie odpowiedzieć na wszystkie apele, ale staram się pomagać jak tylko potrafię i umiejętnie. Wolę działać, włączać się w daną akcję w konkretny sposób, niż tylko przekazywać i udostępniać ją dalej. Nawet najmniejsza pomoc jest lepsza od wielkiego współczucia i to zasada jakiej się trzymam. 


Właśnie. W mediach społecznościowych bardzo często nawołujesz do pomocy potrzebującym. Pomaganie drugiemu człowiekowi jest dla Ciebie bardzo ważne. Wystarczy wsłuchać się w naszą rozmowę. Jakie akcje charytatywne obecnie wspierasz?

To część mojej misji. Stram się pomagać jak mogę, bo to mój ludzki, chrześcijański obowiązek. To wyniosłem z domu, potem z harcerstwa. Tak mnie wychowano. Faktycznie włączam się i organizuję dużo akcji, ale to nic nadzwyczajnego, wręcz przeciwnie. Przecież to normalne, że gdy ktoś potrzebuje pomocy - działasz! Najświeższa akcja, to ta urodzinowa. Z Muńkiem Staszczykiem, franciszkaninem o. Leonardem, Krystianem Włodarczakiem z Siepomaga i Przemkiem Babiarzem mamy urodziny w tym samym czasie i od lat zamiast prezentów, kwiatów, skarpetek, bombonierki czy krawata - na początku listopada odpalamy nowy film i zbieramy kasę na litry paliwa, dzięki którym niepełnosprawne dzieci mogą dojeżdżać na bezcenną dla nich rehabilitację. Wchodzimy na SIEPOMAGA / TANKUJEMY - KLIKNIJ oglądamy tegoroczny odcinek perypetii fantastycznych Kuby i Pawła z 21 chromosomem miłości i tankujemy! 



Najbliższe plany.

Za cztery godziny poprowadzę Panoramę. (Śmiech.) A potem jestem przede wszystkim mężem cudownej kobiety i ojcem trójki zwariowanych szkrabów, więc dalszy plan to tego nie zmarnować, wzrastać i dalej ku Wieczności. Reszta to didaskalia, a wśród tych mało istotnych szczegółów najistotniejsze jest brazylijskie jiu jitsu, koszykówka, narty i kite. (Śmiech.) 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji 

Justyna Sieniawska: "Życie uczy pokory"

Justyna Sieniawska:  "Życie uczy pokory"


























Justyna Sieniawska od 2008 roku prowadzi Festiwal Camerimage - fot. zdjęcie nadesłane

Justyna Sieniawska do obsady serialu "Na Sygnale" dołączyła pod koniec ubiegłego sezonu. Przyznaje, że gdyby nie została aktorką, mogłaby być lekarzem. Od zawsze podziwia przedstawicieli tego zawodu.

Sprawia Pani wrażenie osoby niezwykle pozytywnie nastawionej do ludzi  i świata, emanuje pozytywną energią. Co daje Pani najwięcej siły?

Z siłą bywa różnie, potrzebujemy jej z różnych źródeł. Dobrzy ludzie i dobre sytuacje dają jej najwięcej. Uwielbiam otaczać się dobrą energią, ludźmi, którzy mają swoje marzenia i sukcesy. Uwielbiam o nich słuchać. Kiedy coś się komuś udaje, mnie to uskrzydla. Wszystko okupione jest ciężką pracą, ale nie ma rzeczy niemożliwych. Pozytywne historie mnie mobilizują. 

W mojej ocenie dużo siły daje cieszenie się z drobiazgów. Pani z drobiazgów umie się cieszyć, ale nie wszyscy taką umiejętność posiadają. Co zrobić, by to się zmieniło?

Trzeba zaliczyć mocne lądowanie. Życie uczy pokory. Nie jest łatwo, ale z czasem zaczyna się doceniać rzeczy mniejsze. Moje życie nie było usłane różami, więc może dlatego doceniam te drobne radości, z których to codzienność się składa. 


























fot. zdjęcie nadesłane

Jest Pani zdania, że każdy dzień może być dobrym, a wszystko zależy tylko od nas? Co jest dla Pani gwarancją udanego dnia?

Tak. Nawet, jeśli wydarzy się coś złego, od nas zależy, jak to zinterpretujemy. Warto się zastanowić, wyciągnąć wnioski i pójść dalej. Zapominamy, że każdy dzień jest darem. 

Wiele jest zawodów na "A". Co spowodowało, że wybrała Pani akurat aktorstwo? To trudny, a czasami nawet niepewny zawód...

W ustach aktorów brzmi to dziwnie, ale o wyborze tego zawodu zdecydował u mnie przypadek. To trudny zawód. Moja nauczycielka, która była germanistką, bez pamięci zakochana była w Teatrze. Wyznaczyła, że wezmę udział w konkursie recytatorskim. Wygrałam go. Poznałam fantastyczną kobietę, Panią Iwonę Mirońską - Gargas. Zajmowała się prowadzeniem grupy teatralnej, która miała swoją siedzibę w Szczecinie. Zobaczyła we mnie talent. 


























fot. zdjęcie nadesłane

Czy już od najmłodszych lat przejawiała Pani zainteresowanie tym zawodem, lubiła się przebierać, wcielać się w różne postaci?

Absolutnie nie. (Śmiech.) Od najmłodszych lat miałam duszę sportowca. Trenowałam pływanie. Nie marzyłam o aktorstwie od najmłodszych lat. Pierwszy raz o tym zawodzie pomyślałam w liceum. 

Oprócz aktorstwa zajmuje się Pani również konferansjerką, prowadzi liczne eventy. Co najbardziej lubi Pani w tym rodzaju aktywności zawodowej?

To miła praca pod każdym względem. Jestem ubierana w przepiękne kreacje, cudownie uczesana i umalowana. Towarzyszę ludziom w wydarzeniach, które są dla nich ważne. Kontakt z publicznością mnie nie streusuje, uwielbiam go. Eventem, z którego prowadzenia jestem najbardziej dumna jest Festiwal Camerimage. Prowadzę go od 2008 roku. To ogromna frajda. 


























fot. Małgorzata Wielicka

Umiałaby Pani rzucić aktorstwo dla konferansjerki?

Nie trzeba tego rozgraniczać. Konferansjerka nie jest osobnym zawodem. To jedynie dodatek. Zajmuje się nią wielu aktorów, dziennikarzy, celebrytów, choć są też tacy, którzy nie widzą siebie w tym rodzaju aktywności zawodowej. 

Przejdźmy jednak do tematu serialu "Na Sygnale". Doktor Górska pojawiła się w 233 odcinku. Co najbardziej zaciekawiło Panią w tej roli i spowodowało, że ją Pani przyjęła?

To zacna rola. Nie jestem byle kim, bo Górska jest  ordynator szpitala. To postać zimna, po przejściach. Jest co grać. Trudne role dają aktorom możliwość zaprezentowania swoich możliwości. 

Zdradzę, że w pierwotnym zamyśle ten wątek miał zostać zupełnie inaczej poprowadzony, ale do tego nie doszło. 


























fot. Małgorzata Wielicka


Doktor Górska to ponoć postać bez serca, porównwywana nawet do Potockiego. (Śmiech.) Okazuje się, że nie jest taka zła, jak się wydaje. Zaczynają wychodzić na jaw problemy, z którymi boryka się po godzinach. Co opowie Pani o jej najbliższych losach?

Najbliższe losy są dla mnie zagadką. Jej życie nie jest usłane różami. Jej oziębłość spowodowana jest tym, z czym mierzy się po godzinach. Warto zauważyć, że jest dobrym lekarzem, zaangażowanym w swoją pracę. 

Wątki prywatne to jedno, ale rozmawiamy o serialu medycznym. Jak radzi sobie Pani z przyswajaniem terminologii? 

Bywa różnie. Czasami łatwo, czasami trudno. 

Jakie są najtrudniejsze terminy, które musiała Pani przyswoić?

To nazwy wieloczłonowe. Ciężko je wypowiedzieć.

Podziwiam lekarzy. Chciałabym nim być, to zawód, który podziwiam od zawsze. 

Można zatem stwierdzić, że rola Dr Górskiej jest spełnieniem Pani marzeń? (Śmiech.)

Tak. Naprawdę. Ordynator SORu brzmi dumnie. (Śmiech.) 

Nabycie jakich umiejętności okazało się dla Pani konieczne, by mogła się wiarygodnie wcielać w postać doktor Górskiej?

Pewnego rodzaju powściągliwość, ale też zgłębianie tajników medycznych. Znajomość tematu pomaga. 

Wasz serial (co udowodniono już wiele razy), pełni funkcję edukacyjną. Czy Pani również spotkała się z opiniami, że dzięki oglądaniu "Na Sygnale" ktoś z fanów wiedział jak zachować się w sytuacji kryzysowej?

Były takie sytuacje. Warto odświeżyć swoje informacje na temat udzielania pierwszej pomocy. Ta wiedza może uratować komuś życie. Zajęcia z pierwszej pomocy powinny być obowiązkowo wprowadzane w harmonogram zajęć uczniów w szkołach.

Jako twórcy serialu "NS" przyłączyliście się do akcji STOP HEJT. Pani (choćby z racji kreowania negatywnej postaci) spotyka się z hejtem?

Kiedy w serialu pojawiła się moja postać, spotykałam się z wieloma negatywnymi opiniami. Oczywiście, bohaterowie, którzy są z serialem od samego początku, mają już swoje fancluby. Kiedy ja się pojawiłam, wszyscy byli na nie. (Śmiech.)

Czy takie akcje są pomocne, uświadamiają i faktycznie powodują, że jest mniej zawiści, czy wręcz przeciwnie, jeszcze bardziej nakręcają i kumulują złe emocje?

Są potrzebne. Ludzie myślą, że internet daje anonimowość. Przekonani są, że napisać mogą wszystko. Świadomość anonimowości podnosi poziom agresji. 

Czy zanim trafiła Pani do serialu, zdarzało się Pani go oglądać? 

Tak, natrafiałam na fragmenty. 

Ogląda Pani seriale medyczne, czy wybiera inny gatunek?

Od zawsze kochałam Housea. (Śmiech.) To niezwykle barwna postać. 

Jest Pani miłośniczką filmów. Czego poszukuje w kinie? Jest Pani wymagającym widzem?

Nie oceniam filmów. Krytycy filmowi są dla mnie smutnymi ludźmi, którzy powinni zostać bez pracy. (Śmiech.) Filmy oglądam dla emocji. To świat, w który można uciec. 

Jaki gatunek filmów jest Pani ulubionym?

Kocham filmy kostiumowe. Rola w filmie kostiumowym byłaby dla mnie spełnieniem najskrytszych marzeń. 

Jaki film zachwycił Panią ostatnio?

Oglądam ich tyle, że ciężko wybrać jeden. (Śmiech.) Zachwycił mnie "Dom z papieru". Uwielbiam ten serial. 

Filmy zagraniczne mają w sobie więcej subtelności. 

Jest Pani bardzo aktywna na swoim profilu na Instagramie. Czym lubi dzielić się Pani z followersami? 

Do założenia profilu na Instagramie zmobilizowały mnie koleżanki z planu, Monika Mazur i Ania Haba. Dzielę się rzeczami z życia zawodowego, prywatność zostawiam dla siebie. Dzielę się kulisami mojej pracy, zdjęciami z planu. 

Jakim jest Pani użytkownikiem, czego poszukuje w mediach społecznościowych?

Trochę od nich uciekam. Są wszechobecne, nie zamierzam udawać, że ich nie ma, ale trochę mnie przerażają. Ludzie pokazują w nich swoje nieprawdziwe życie, kreują rzeczywistość. Trochę tego nie rozumiem. 

Najbliższe plany. 

Trwają zdjęcia do serialu "Na sygnale", ale mam też nadzieję na nowe wyzwania. 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji