środa, 19 lutego 2020

#wywiadymarioli: "Kemping" [RECENZJA]

#wywiadymarioli: "Kemping" [RECENZJA]



















W marcu 2014 roku swoją premierę miał film krótkometrażowy "Kemping". Reżyserią zajął się Krzysztof Jankowski, a scenariusz napisał we współpracy z Marcinem Cygalą. 

W obsadzie znalazły się mocne nazwiska znane miłośnikom seriali, ale także osobom, które czas wolny spędzają najchętniej w Teatrze. 

Niewątpliwie największą gwiazdą tego krótkometrażowego obrazu był Pan Krzysztof Globisz, który wystąpił w roli Romana, ojca Alicji, która na czas rodzinnych wakacji nad morzem wróciła z emigracji, gdzie na co dzień zarabia na życie. 

Alicja, (w tej roli Olga Sarzyńska) nie wraca tylko po to, by wypocząć w rodzinnym gronie, ale też, aby przedstawić rodzinie Kyuta, (Lude Reno), swojego nowego wybranka. 
Ojciec Alicji leczy się na serce, więc cała rodzina, a przede wszystkim Bożena, matka Alicji, w tej roli (Agnieszka Wosińska) boi się o jego zdrowie. 

Bożena i Roman mają też syna Filipa (w tej roli Arkadiusz Smoleński), który podobnie jak córka, przysparza im wiele trosk. Jest spontaniczny, lubi się bawić, myśli o rzuceniu studiów. Nie zdążył się jeszcze ustatkować. 

Oprócz rodziny na wakacjach pojawia się także Arek (w tej roli Mateusz Ławrynowicz), który nie do końca świadomy tego, co chce Alicja rodzicom zakomunikować, próbuje się do Alicji zbliżyć. 

Ta krótkometrażowa produkcja dostarczy widzom wiele powodów do uśmiechu, pozwoli też z dystansem spojrzeć za kulisy rodzinnych wyjazdów. 

Na sukces "Kempingu" składa się wiele czynników. Mowa o nadbałtyckim krajobrazie, ale także o fenomenalnej obsadzie.
 
Oprócz Krzysztofa Globisza, o którym już wspominałam, największe wrażenie zrobiły na mnie kreacje aktorskie Olgi Sarzyńskiej i Arkadiusza Smoleńskiego. Wniosły do filmu nutkę inteligentnego żartu i dobrego humoru.

"Kemping" wiele razy został nagrodzony, m.in w Częstochowie, Radomiu i Koninie.

 Jeśli ktoś jeszcze nie miał okazji zobaczyć tego filmu, gorąco polecam. 

piątek, 14 lutego 2020

#wywiadymarioli: "Czarno to widzę, czyli wymieszani posortowani" [RECENZJA]

#wywiadymarioli: "Czarno to widzę, czyli wymieszani posortowani" [RECENZJA]
















fot. Kamila Markiewicz - Lubańska / Fotografka.pl 

22 stycznia 2020 roku w Domu Kultury Świt w Warszawie odbyła się prapremiera spektaklu "Czarno to widzę, czyli wymieszani posortowani". Spektakl na rzecz budowy szkoły dzieci ulicy w Ghanie  powstał z inicjatywy Omenaa Foundation. Pomysłodawczynią powstania spektaklu była Omenaa Mensah.  Producentem wykonawczym był Teatr MY. 

fot. zdjęcie nadesłane


Głównym przesłaniem spektaklu komediowego są słowa "inny nie znaczy gorszy". Ma uczyć akceptacji i tolerancji oraz spojrzenia na niektóre tematy łaskawszym okiem. 

Autorem sztuki jest Marcin Szczygielski, reżyserem zaś Ewa Kasprzyk, którą w spektaklu możemy oglądać w roli Wandy Krakowskiej, feministki organizującej nabór do amatorskiego zespołu ludowego "Słowiańskie Słowiki". 

Na casting przychodzi grupa nietuzinkowych osób. Wszyscy zgromadzeni chcą pokonać swoje słabości, udowodnić, że nie ma rzeczy niemożliwych i spełniać swoje marzenia. Jednak już na pierwszy rzut oka nikt z grupy zgromadzonych nie pasuje do polskiego stereotypu. 

Kajetan Niemiec (w tej roli Bartosz Obuchowicz) jest instruktorem krav - magi, który po tym, jak w internecie szerzył mowę nienawiści,  musi prowadzić zajęcia w ramach odbywania prac społecznych. Sam o sobie mówi, że jest patriotą i katolikiem. Nie znosi wszystkiego, co inne. 

Imani (w tej roli aktorka młodego pokolenia Ifi Ude) jest Mulatką, Polką koło trzydziestki. Przez całe życie zmaga się z przejawami nietolerancji i rasizmu. W wolnych chwilach pisze teksty do portali internetowych, a w życiu prywatnym nie uporała się jeszcze ze swoją orientacją.

Malwina (w tej roli Wojciech Medyński) jest transseksualistką, która nie poddała się jeszcze chirurgicznej zmianie płci. Izoluje się od ludzi, ale terapeuta zaleca, by pracowała w grupie. Zdeterminowana więc postanawia wrócić do śpiewania i zapisuje się do Słowiańskich Słowików. 

Teresa (w tej roli Laura Samojłowicz)była tancerką, ale uległa wypadkowi, w wyniku którego jest częściowo sparaliżowana. Jeździ na wózku inwalidzkim. Mimo tego taniec dalej jest ważny w jej życiu, co pokazuje w spektaklu choćby w momencie, w którym to właśnie na wózku inwalidzkim wykonuje układ choreograficzny. Jest przekonana, że nikt tego nie widzi, ale wszystko obserwuje 
Timur (w tej roli Stefano Terrazino), który widząc jej pasję, zaangażowanie i wolę walki, zakochuje się w niej, początkowo bez wzajemności. 

Timur zmaga się z atakami związanymi z jego wyglądem i kolorem skóry. Marzy o małżeństwie i tym, by pozostać w Polsce na stałe. 

Obsada została bardzo dobrze dobrana. Widać, że między aktorami panują dobre relacje, co przekłada się na efekt końcowy spektaklu. Wszyscy aktorzy świetnie i wiarygodnie wcielają się w swoje postaci, na scenie dają z siebie wszystko. 

Z perspektywy widza chciałabym jednak z tego miejsca wyróżnić grę aktorską Laury Samojłowicz, która wykonała widowiskowy układ choreograficzny na wózku inwalidzkim. Taniec, mimo tego, że był krótki, pokazywał jak mało trzeba, by zrobić krok do przodu. Aktorka w tym niespełna minutowym układzie choreograficznym przekazała widzom całą gamę emocji i pozwoliła się wzruszyć. 


autor video: Patricia Kazadi 

 - serdeczne podziękowania za udostępnie nagrania video z tańcem Laury Samojłowicz należą się Pani Patricii Kazadi oraz Pani Joannie Pawłowskiej - Hencel, Healthy Group PR&Management. Za zaproszenie na prapremierę dziękuję Pani Marioli Berg, Teatr MY oraz Omenaa Foundation. 




Drugą osobą, która zachwyciła mnie swoją grą aktorską był Wojciech Medyński. Każde jego pojawienie się na scenie wywoływało wybuchy śmiechu. Gratulacje. 

Spektakl wyruszył w trasę po Polsce. Biorą w nim udział nie tylko wymieni aktorzy, ale również Piotr Zelt, Agnieszka Załęcka, Dorota Stalińska, Anna Korcz, Patricia Kazadi, Damian Kulec oraz Lesław Żurek. Obsada jest wymienna. Informacje o terminach na www.czarnotowidze.com.pl

To przedstawienie, które każdy zobaczyć powinien. Gorąco polecam. 

Robert El Gendy: "Żyję marzeniami"

Robert El Gendy: "Żyję marzeniami"


























fot. Kamil Ozimek

O pasji do dziennikarstwa, sile marzeń i ich realizacji, ale także o sporcie, programie "Pytanie na śniadanie" i pomysłach na autorskie programy rozmawiam z Panem Robertem El Gendym.

Już na pierwszy rzut oka sprawia Pan wrażenie osoby niezwykle pozytywnie nastawionej do świata i ludzi. Widać to także w mediach społecznościowych. Energia, którą dzieli się Pan chociażby na Instagramie, udziela się. Co daje Panu w życiu najwięcej siły?

Najwięcej siły dają mi moje dzieci oraz moja rodzina. To podstawa. Miłość jest podstawą do wszystkiego, bez niej nie warto niczego zaczynać, a ona bije z tych najważniejszych istot w moim życiu. Miłość ewoluuje, dojrzewa. Pracuje się na nią przez poznawanie człowieka. Są takie dni, w których ja też mam kryzys, robi mi się smutno. Wtedy staram sobie przypomnieć, że wszystko jest po coś. Robi mi się lepiej, kiedy przeglądam zdjęcia bliskich mi osób.

Moim zdaniem niezwykle ważne w życiu jest cieszenie się drobiazgami. Prawda jednak jest taka, że nie każdy ową umiejętność posiada. Co zrobić, by to się zmieniło?

Uczę się tego. Łapię się na tym, że czasami nie doceniam miejsca, w którym jestem. Wybiegam za daleko w przyszłość. Nie wiemy, co czeka nas jutro. Drogę wyznacza nam Bóg, tylko On wie, co nas spotka. Nie można zapominać o tym, co dzieje się tu i teraz.

"Dziennikarz, prezenter, sportowiec - amator". W ten sposób opisuje Pan siebie na Instagramie. Do czego jest Panu w tym momencie najbliżej?

Jestem przede wszystkim tatą zakochanym w swoich dzieciach i to jest dla mnie najistotniejsze. Praca jest dla mnie ogromną pasją, wymarzonym miejscem, które pojawiło się osiemnaście lat temu. Sport zszedł w tym momencie na dalszy plan. Byłem sportowcem  -  amatorem, blisko mi było do sportów wyczynowych, uprawiałem koszykówkę. Jako dziennikarz sportowy miałem okazję być na finałach NBA, co było spełnieniem moich marzeń. Kwestie rodzinne są dla mnie jednak najistotniejsze, reszta jest na drugim miejscu.


























fot. Kamil Ozimek

Gdyby nastała taka konieczność, z czego byłoby Panu najprościej zrezygnować - z telewizji śniadaniowej, czy dziennikarstwa sportowego?

Bardzo trudne pytanie. (Śmiech.) Nie chciałbym wogóle rezygnować, ale jeżeli nastałaby taka konieczność wierzę, że miałoby to jakiś głębszy sens. Znajduję pasję w obu tych czynnościach, mam siłę by się tym zajmować. Traktuję to jak wyzwanie, nie czuję potrzeby rezygnacji. Nie chciałbym jednoznacznie odpowiadać na to pytanie. 

Mimo tego, że ukończył Pan ekonomię, podobno od zawsze Pana marzeniem była praca w mediach. To prawda, że nie wyobrażał Pan sobie pracy za biurkiem?

To prawda. Na studiach ekonomicznych byłem na wydziale handlu zagranicznego.  Na drugim roku wymyśliłem sobie, że spróbuję swoich sił pracując w banku. Przez dwa miesiące pracowałem, ale nie spodobało mi się. Tam nie ma miejsca na kreatywność, a to nie dla mnie. Od zawsze marzyłem o tym, by zostać aktorem. Chodziłem na castingi, stąd wzięła się również praca w mediach. 

Pojawiła się okazja wzięcia udziału w castingu i rozmowie kwalifikacyjnej. Bliskie mi osoby zmotywowały mnie, żebym spróbował. Nie zostałem co prawda aktorem, ale i tak pracuję pzed kamerą. Trwa to już osiemnaście lat. 

Coraz częściej myślę o tym, by realizować swoje marzenia. Marzenia są dla mnie istotne,  przekładają się też na ambicje. Czuję cały czas chęć spróbowania swoich sił jako aktor. W dzisiejszych czasach nie trzeba kończyć studiów, by wystąpić w jakiejś produkcji. Wiele jest takich aktorów, czy osób publicznych. Chciałbym spróbować i zagrać w jakimś serialu. To moje marzenie. 

Marzenia są dla Pana bardzo ważne, często Pan o nich mówi.

Marzę, by kiedyś, kiedy osiądę już na mojej ukochanej Warmii, móc regularnie spotykać się z moimi synami. Chciałbym usłyszeć od nich, że jako ojciec wykonałem dobrą robotę, bo dobrze przygotowałem ich do dorosłego życia. 

Moi rodzice nie zdołali mnie przygotować, ponieważ pochłonięci byli walką o egzystencję. Mama robiła wszystko, bym mógł skończyć studia w Warszawie takim kosztem, że nie zaznałem tego, co chciałem dać swoim dzieciom. Nam się udaje, jest to zasługa przede wszystkim mojej partnerki, która dba o rodzinne kwestie. Ja jestem tym surowym, ale też tym, który zawsze przytuli. Tak powinno być w prawdziwej rodzinie. 

Jest Pan dziennikarzem sportowym, ale też jak Pan sam o sobie zwykł mówić, sportowcem - amatorem. Regularnie pojawia się Pan na siłowni, uprawia też  koszykówkę jak dobrze kojarzę. Jakie jeszcze sporty obecnie Pan uprawia?

Koszykówka jest miłością mojego życia. (Śmiech.) Kiedyś grałem jeszcze w piłkę nożną, ale  jako kilkuletni chłopiec odpuściłem. Zdarza mi się czasami grać w meczach charytatywnych, ale grywam też czasami z moimi synami. 

Gram w kosza i staram się zarazić tą pasją synów. Siłownia jest swego rodzaju dodatkiem. Ma dobry wpływ na wszystko. Na nastrój, ale też na rozładowanie napięcia. Ważne, by znaleźć czas dla siebie. Jeśli ktoś nie ma czasu na to, by wyjść na siłownię, może trening zorganizować w domu. Endorfiny trzeba z siebie wyrzucać. (Śmiech.) 

Przejdźmy do "PNŚ". To najpopularniejszy program śniadaniowy w Polsce. Cieszy się największą oglądalnością. Co w Pana odczuciu składa się na sukces tego programu? W czym tkwi jego wyjątkowość? 

Ludzie, którzy tworzą ten program myślą o oczekiwaniach widza. Kiedy my zadajemy pytania, nie wymądrzamy się, ale przekazania wiedzy oczekujemy od ekspertów, których zapraszamy. Słuchamy naszych gości. Bardzo lubię nasz program, w roli prowadzącego pojawiam się już dwa lata. To spełnienie jednego z wielu moich zawodowych marzeń. Program dał mi możliwość rozwoju. W sporcie od dziennikarza oczekuje się bycia ekspertem. "Pytanie na śniadanie" jest programem o życiu, dotykamy w nim różnych aspektów. Każdy znajdzie coś dla siebie. Pomagamy ludziom. 

Poruszacie tam wiele istotnych zagadnień, zawsze na czasie. Na jakie tematy lubi Pan najbardziej rozmawiać z gośćmi?

Poza tematami związanymi z wychowaniem dzieci bardzo lubię też rozmowy z pasjonatami, którzy są odważni. Takie osoby dla swojej pasji są w stanie zrezygnować z pracy w zawodzie. Do tego, by wyjść ze strefy komfortu, trzeba mieć ogromną odwagę. Każdy taki gość powoduje, że pobudzam swoje marzenia i chcę je realizować. 


























fot. Kamil Ozimek 

Program śniadaniowy moim zdaniem jest wspaniałą okazją do poznawania nowych ludzi, osób z ciekawymi pasjami, zajmujących się istotnymi rzeczami. Czy mógłby Pan przytoczyć historię jednego z takich spotkań?

Ostatnio dwie osoby zrobiły na mnie ogromne wrażenie.

Poznałem o. franciszkanina Lecha, który o Bogu potrafi mówić takim językiem jakiego my używamy na co dzień. Dzięki temu lepiej można zrozumieć świadectwo. Jego kazania w kościele często wywołują salwy śmiechu, prawdziwej radości ale też i zadumy. Lech nigdy nie stoi daleko zawsze schodzi do nas. Ten franciszkanin potrafi podnieść na duchu otworzył moje oczy i serce jeszcze bardziej. Wybaczanie to trudna kwestia, zwłaszcza gdy ktoś nas rani z premedytacją. Ale dzięki nauce mojego księdza radzę sobie w tych sytuacjach. Wiara na tym etapie mojego życia jest bardzo istotna dla mnie. 

Drugą osobą, która mnie zachwyciła była aktorka Pani Helena Norowicz, która w wieku 85 lat potrafi zrobić szpagat. O swoim życiu opowiada z uśmiechem, przekonuje, że nie ma żadny barier. 

Kiedy się pojawiają przeszkody, trzeba zmienić podejście i perspektywę patrzenia na życie. Trzeba otaczać się osobami, które wskażą nam drogę. Pani Helena może być człowiekiem, który pokazuje nam taką ścieżkę. Tacy ludzie dodają nam sił.

Prowadzenie programu o tak wczesnej porze wiąże się z wczesną pobudką, ale również z „misją“ szerzenia dobrego nastroju. Proszę zdradzić, jakie ma Pan sposoby na bycie w dobrym humorze na wizji, nawet wtedy, kiedy aura nie sprzyja?

Nastrój reguluje mi muzyka. Mam takie utwory, które nakręcają mnie do działania. 

Jakie?

Uwielbiam Pearl Jam. Ta muzyka chodzi za mną od podstawówki. Kiedy włączam jakikolwiek utwór tej grupy, zawsze nastrajam się pozytywnie. Byłem chyba na wszystkich ich koncertach w Polse. W tym roku również się wybieram. 

Przekazywanie jakich emocji podczas trwającego na żywo programu jest dla Pana najważniejsze?

Z perspektywy widza oczekiwałbym uśmiechu na twarzy. Poruszamy różne tematy. W programie dochodzi też do wzruszających momentów. Zdarzyło mi się uronić łzę. Na początku się tego wstydziłem, ale zrozumiałem to. Emocje są ważne. Chcę być sobą. 

Jeśli chodzi o moment w programie, który u mnie wywołał wzruszenie, to była to opowieść mamy, której dzieci są mulatami. Jej historia ożywiła moje wspomnienia z dzieciństwa, wychowywania się bez taty. Spotykałem się z różnymi docinkami, dotyczącymi także mojej karnacji. Kiedy nie ma się ojca, trzeba brać sprawy w swoje ręce. Było mi naprawdę ciężko. Swoich synów uczę, by czerpali siłę z tego, kim są. Warto mieć pewność siebie.

Program prowadzi Pan wraz z Macademian Girl. Co najbardziej lubi Pan w Waszym duecie?

Szybko umiemy się nawzajem rozweselić, uzupełniamy się. Każde z nas ma inne priorytety, inną energię. Każdy coś od siebie daje. Cały czas się poznajemy. Nasz egzotyczny wygląd składa się na sukces naszego duetu. (Śmiech.) Niektórzy podejrzewają, że jesteśmy bratem i siostrą, ale może coś w tym jest, zbliżamy się do siebie i może dzięki temu to, co mamy do przekazania jest coraz bardziej radosne. 

Wspominałam już o Pana profilu na Instagramie. Czym najchętniej dzieli się Pan z followersami?

Lubię, kiedy jest odzew na rzeczy prywatne, to powoduje dyskusje, do których zachęcam. Każdy ma swoje doświadczenia, swoje przeżycia, możemy się nimi dzielić. Dużo ludzi pyta o treningi. Lubię rozmawiać z ludźmi. Nie toleruję hejtu. Nie rozumiem ludzi, którzy bez powodu chcą komuś dowalić, dokuczyć, zrobić przykrość. Nie mam we mnie chęci podejmowania walki z kimkolwiek. W moim życiu zdarzyło się wiele trudnych sytuacji, ale nie mam wrogów. Jeżeli ktoś mnie atakuje, jest mi przykro.

Czy hejtowi można jakoś zapobiec? Jak Pan sobie z nim radzi? To zdecydowanie najsłabsza strona internetu...

Myślę, że nie. Rozmowa z kimś, kto jest nastawiony negatywnie, może powodować eskalację, a to do niczego nie prowadzi. Taki człowiek atakuje z konta anonimowego. Robi to tylko, aby wbić komuś szpilę i sprawić przykrość. 

Czasami taki atak pozostawia we mnie ślad, ale dzisiaj już ograniczam czytanie negatywnych komentarzy. Nie warto się przejmować. 


























fot. Kamil Ozimek

Jak odbiera Pan akcje, które mają na celu zapobiec hejtowi?

Takie akcje bardzo mi się podobają. Trzeba je nagłaśniać. 

Jakie jest najczęstsze pytanie, które zadają Panu sympatycy?

Czy Tamara ma chłopaka? (Śmiech.) Czy naprawdę mam czterdzieści dwa lata? (Śmiech.) Czy mam czas zajmować się tyloma rzeczami? (Śmiech.) 

Każdy z nas ma zazwyczaj jeden dyżur w programie tygodniowo. pokornie czekam na to, by mieć więcej dyżurów. Mam jednak jeszcze bardzo dużo do zaoferowania, najbardziej cieszyłoby mnie, gdybym mógł realizować się w programach rozrywkowych, takich jak np. "The Voice of Poland". Mógłbym rozmawiać z uczestnikami na backstage. Szybko łapię dobry kontakt z ludźmi. Chyba mam taką umiejętność, że umiem zjednać sobie osobę, z którą rozmawiam. Jeśli ktoś dobrze czuje się w moim towarzystwie, to przekłada się na rozmowę. Gdybym mógł zrealizować program według własnego pomysłu, przekułbym to w sukces antenowy. 

Gdyby miał Pan możliwość zrealizowania własnego programu, czego mógłby dotyczyć?

Fajnie byłoby być też jednym z prowadzących letniej trasy TVP2 lub pracować przy koncertach sylwestrowych.  

Mój autorski program mógłby dotyczyć męskiej elegancji i życia rodzinnego. Nie wiem jednak, czy widzowie byli by takim programem zainteresowani. Zobaczymy. Czuję, że ten rok może być dla mnie przełomowy. 

Najbliższe plany. 

Chciałbym dalej rozwijać się w "PNŚ", może uda się w ramach programu zrealizować jakiś cykl związany z ojcostwem. Myślę, że gdyby udało mi się wyjechać na igrzyska do Tokio, też byłoby to fajnym doświadczeniem. 

Żyję marzeniami. Cieszę się tym, co mam. 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji  

środa, 12 lutego 2020

Konrad Skolimowski: "Chciałbym zagrać negatywną postać"

Konrad Skolimowski: "Chciałbym zagrać negatywną postać"




















fot. zdjęcie nadesłane

Aktor młodego pokolenia, szerszej publiczności znany z roli Patryka w serialu "Barwy szczęścia". Przyznaje, że lubi swojego bohatera, ale bez ogródek dodaje, że marzy mu się stricte czarny charakter do zagrania.

Oprócz aktorstwa Konrad realizuje się także tworząc muzykę disco polo, a jego najnowszy utwór "Moja Dama" w zaskakującym tempie  bije rekordy popularności.

Wiele jest zawodów, a Ty wybrałeś aktorstwo i muzykę. Dlaczego tak się stało? Co jako pierwsze pojawiło się w Twoim życiu? 

Najpierw grałem w piłkę nożną i to z tym wiązałem swoją przyszłość. (Śmiech.)

Kiedy miałem siedemnaście lat, wybrałem się na casting wraz z moją dziewczyną. Ona się nie dostała, ja tak. Bardzo się mi to spodobało. Kiedy skończyłem liceum, postanowiłem, że to aktorstwu chcę poświęcić swoją zawodową przyszłość. Muzyka jest dla mnie pasją, a aktorstwo pracą, którą łączę z przyjemnością.

Jednak można łączyć aktorstwo i muzykę, prawda?

Oczywiście, że tak. Można łączyć te dwie rzeczy. Tak, jak w życiu prywatnym, tam też można mieć do odegrania kilka ról.

Czy już od najmłodszych lat przejawiałeś zainteresowanie muzyką i aktorstwem? Chętnie występowałeś przed publicznością, prezentowałeś swoje umiejętności wokalne?

Mój dziadek grał na saksofonie, więc muzyka była obecna w moim życiu i moim domu od najmłodszych lat.

Kiedyś oczywiście grałem w przedstawieniach w szkole, ale jeszcze wtedy nie wiązałem z tym przyszłości. To przyszło z czasem.

Tworzysz muzykę disco polo. Mówi się, że to gatunek, którego nikt nie słucha, ale wszyscy go znają. (Śmiech.) Nigdy nie myślałeś o innym gatunku muzycznym? 

Oczywiście. Myślałem o tworzeniu różnych gatunków muzycznych. Kocham muzykę, wszyscy lubią jej słuchać. Na disco polo zdecydowałem się, ponieważ jest muzyką taneczną i przyjemną. Człowiek nie ma za dużo czasu na zabawę, chcę więc go swoją twórczością rozweselać.




Masz swoich ulubionych wykonawców discopolo? 


Moim ulubionym muzykiem disco polo jest Zenek Martyniuk, a w swojej twórczości inspiruję się zespołem Modern Talking.

Na kanale Skolim Official pojawiła się Twoja nowa piosenka "Moja dama". Ma już 5 mln wyświetleń. Niebywałe. 

Wyświetleń cały czas przybywa, bardzo się cieszę. Ten wynik daje mi dużo radości i motywację na przyszłość. Koncertów też jest coraz więcej.


Skąd pomysł na realizację teledysku? Opowiedz o kulisach jego powstania.

Dziewczynki chcą być księżniczkami, chłopcy marzą o pracy w policji, ewentualnie chcą być przestępcami. (Śmiech.) Mundur policyjny dobrze wygląda, a u mnie w tych mundurach wystąpiły ładne dziewczyny. Efekt jest powalający. (Śmiech.)

Pracujesz nad kolejnymi utworami, czy skupiasz się na aktorstwie?

Tak. Szczerze mówiąc,  myślę nad wydaniem płyty. Kilka utworów i teledysków jest gotowych, wystarczy wrzucić je na YouTube.

Oprócz muzyki absorbuje mnie praca na planie serialu "Barwy szczęścia", szykuje się film o którym nie mogę jeszcze mówić.

Kręcimy kolejną transzę serialu "Dziewczyny ze Lwowa", gdzie wcielam się w postać Ukraińca Olega, syna Swietłany.

Co w roli cudzoziemca jest dla Ciebie najtrudniejsze? 

Najtrudniejsze jest posługiwanie się językiem, ponieważ trzeba mówić z ukraińskim akcentem, by widz miał wrażenie, że to naprawdę zagraniczny bohater. To bardzo przyjemna rola. 

Czy w związku z rolą, jaką masz do zagrania korzystasz z korepetycji?

Nie, aczkolwiek języki wschodnie są  mi bardzo bliskie, ponieważ często bywałem za granicą. 

Oglądam filmy w obcych językach, wyłapuję podstawowe słowa i zwroty. 

Gdyby nastała taka konieczność, z czego byłoby Ci łatwiej zrezygnować? Z aktorstwa, czy z muzyki? Na szczęście nie trzeba. (Śmiech.)

Na szczęście nie trzeba. (Śmiech.) Gdybym jednak musiał, chyba prościej byłoby mi zrezygnować z muzyki. 

Obecnie możemy oglądać Cię w "Barwach szczęścia". Zdarzało Ci się oglądać serial, zanim do niego trafiłeś?

Tak, to przecież ulubiony serial codzienny. Nie sposób, żebym go nie widział. Cieszę się, że jestem jego częścią.

Miałeś wtedy swoich ulubionych bohaterów?

Szczerze mówiąc - nie. 

Co jest  największą siłą tego serialu w Twoim odczuciu?

Największą siłą tego serialu jest to, że każdy z nas może być bohaterem takich sytuacji, które pokazywane są na ekranie. Codzienność i wachlarz emocji wpływa na jego sukces. 

Za co lubisz Patryka? 

Jest dobrym człowiekiem. Patryk jest jedną z najfajniejszych postaci pod względem relacji z innymi bohaterami. Oczywiście, miał swoje problemy, był uwikłany przez Justina (Jasper Sołtysiewicz, przyp. red.) w jakieś jego zagrywki, ale uważam, że jest szczery. To w nim lubię. 

Wychodzisz z założenia, że aktor powinien lubić swoją postać?

Ciężko powiedzieć. Jako aktor mogę starać się zrozumieć jego zachowania i okoliczności, które mogły je spowodować. 

W 2137 odcinku Patryk i Justin spowodowali wypadek...Co było dla Ciebie w tych scenach największym wyzwaniem? 

Patryk bałby się konsekwencji, które mógłby z tego tytułu ponieść. Mogło się pojawić więzienie, a nawet Agata mogłaby odejść od niego. Bardzo trudna sytuacja, nikomu nie życzyłbym czegoś takiego.

Z perspektywy widza uważam, że w ostatecznym rozrachunku Patryk i tak jest pozytywną postacią...

Tak, zdecydowanie. Miłość do Agaty sprawiła, że akceptował wszystkie jej zachowania w stosunku do jej byłego chłopaka Pawła. Patryka prowadził rozsądek. Agata nie dostała od niego żadnego ultimatum, nie groził, że się z nią rozstanie. Wszystko cierpliwie znosił, choć tak naprawdę, w głębi duszy cierpiał. Cały czas wierzył, że Agata doceni jego uczucie. Zdecydowanie  więcej w nim pozytywnych cech, niż negatywnych. 


























fot. zdjęcie nadesłane - Konrad Skolimowski i Natalia Zambrzycka na planie serialu "Barwy szczęścia" 

Właśnie. Jego dobra strona odczuwalna była również w wątku Huberta (Marek Molak przyp. red.) oraz Klary. (Olga Jankowska przyp. red.) Opiekował się wtedy ich córką...

Jestem po kolejnych zdjęciach z serialową Marysią. Patryk jest bardzo troskliwy, a z perspektywy czasu nawet bardzo rodzinny. Marzy o tym, by Agata zakończyła tokszyczną relację z byłym chłopakiem. 

Wątki z życia codziennego są nieodzowną siłą Waszego serialu. 

Tak. Ludzie mogą się z tymi sytuacjami utożsamiać i kibicować w codziennych starciach z rzeczywistością swoim ulubionym bohaterom. Negatywne postaci pewnie chcieliby, aby się nawróciły (Śmiech.) lub...zostały, by wprowadzić koloryt do serialu. 

Ty nie chciałbyś zagrać stricte negatywnej postaci?

Chciałbym. Byłoby to dla mnie ogromne wyzwanie. 

Kogo mógłbyś zagrać? 

Przychodzą mi do głowy same do szpiku kości złe postaci, takie jak bandyta, morderca, czy nawet pedofil. Po zagraniu takiej postaci mógłbym ponosić konsekwencje. Ludzie często mylą fikcję z rzeczywistością, więc w życiu prywatnym miałbym ciężej, ale zawodowo mógłbym się zmierzyć z ciekawym wyzwaniem.

Kiedy studiowałem aktorstwo w Szkole Aktorskiej Państwa Machulskich na deskach teatralnych mierzyłem się z negatywnymi postaciami, ale w serialu, czy filmie nie miałem jeszcze takiej przyjemności, a bardzo chciałbym. 

Jesteś aktywny muzycznie i aktorsko, a to, co dzieje się w Twoim życiu, chętnie relacjonujesz w social mediach. Czym najchętniej dzielisz się z followersami?

Na początku chciałem odgrodzić życie prywatne od zawodowego, ale z perspektywy czasu pomyślałem, że ludzi interesuje to, co się u mnie dzieje. Chcę być dobrym człowiekiem i pragnę dzielić się pozytywną energią. Ostatnio podzieliłem się radosną nowiną, ponieważ na świat przyszedł mój Syn. 

Mam wrażenie, że dobrą energią. (Śmiech.) Pokazujesz, że konsekwentnie dążysz do wyznaczonych celów, spełniasz swoje marzenia. Co daje Ci w życiu najwięcej siły?

Najwięcej siły daje mi zdrowie. Zdrowie jest najważniejsze, wtedy można wszystko.
Szczęście i motywację daje mi rodzina. Zawód aktora jest trudny. Powszechne jest zmaganie się z depresją, frustracją, czy smutkiem. Warto znaleźć w sobie inną, drugą, trochę "zastępczą" pasję. 

Jakie masz jeszcze pasje oprócz aktorstwa i muzyki?

Lubię sport, uwielbiam łowić ryby. Mam zwykłe pasje. Mieszkam na wsi, lubię więc chodzić na grzyby, spacerować, ale też podróżować. 

Skoro lubisz podróżować, to zdjęcia, które z ekipą "Barw" mieliście w Izraelu, musiały być dla Ciebie czymś wyjątkowym...

Tak, na pewno były. Na pewno z tego względu,że to ja zostałem wybrany do tego wyjazdu. Oprócz mnie pojechała Natalia Zambrzycka oraz Sandra Herbich. Cudownie się tam pracowało. "Barwy" zazwyczaj nagrywamy na hali.

W Izraelu nigdy nie byłem, a serial dał mi tę możliwość. Nigdy wcześniej nie byłem w Ziemi Świętej, a jestem osobą wierzącą, więc i z tego względu było to dla mnie ważne. 


























fot. zdjęcie nadesłane

Co zachwyciło Cię podczas tego wyjazdu?

Zachwyciła mnie pustynia. Czułem ciepło i jej bezkres. Wrażenie zrobiło na mnie również Morze Martwe. 

Social media są siłą, ale potrafią też zranić. Spotkyasz się z hejtem? 

Szczerze mówiąc - nie. Otaczają mnie wspaniali ludzie. Moim celem jest być dobrym człowiekiem. 

Jestem otwarty na człowieka, nigdy o nim nie zapominam. 

Jak zapatrujesz się na akcje, które mają na celu walkę z hejtem?

Hejt bardzo krzywdzi. Nie powinniśmy nastawiać się do siebie negatywnie. Szacunek jest ważny.

Jedni mówią, że hejt należy olewać, drudzy, że trzeba takie osoby upominać. Kiedy już spotykamy się z hejtem, nie warto wdawać się w dyskusję. 

Opowiedz o najbliższych planach. 

Pracuję na planie "Barw...", wiosną ruszą zdjęcia do "Dziewczyn ze Lwowa". 

Chciałbym zabrać się za swoje zdrowie, za regularne treningi na siłowni. Najważniejszym "planem" jest dla mnie wychowywanie synka. 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji 

Karolina Sawka: "Czasami warto pobyć w ciszy, samemu ze sobą"

Karolina Sawka: "Czasami warto pobyć w ciszy, samemu ze sobą" 


















fot. zdjęcie nadesłane

Z aktorką młodego pokolenia, Karoliną Sawką, czyli niezapomnianą Nel z "W pustyni i w puszczy" rozmawiałam w Jastrzębiu - Zdroju przed spektaklem "Nerwica natręctw". 

O barierach, które istnieją między osobami zdrowymi, a niepełnosprawnymi, o oswojaniu lęku oraz o serialu "Pierwsza miłość", do którego obsady właśnie dołączyła. 

Spotykamy się po pierwszym spektaklu "Nerwica natręctw" w Jastrzębiu - Zdroju. Jak wrażenia? Publiczność dopisała?

Publiczność była bardzo otwarta. Ludzie reagowali na to, co dzieje się na scenie. Widać było, że spektakl zrobił im przyjemność. Wspaniale nam się grało, super doświadczenie. 

To niezwykle zabawna opowieść o fobiach, strachu i lękach. Co uważa Pani za największą fobię dzisiejszych czasów?

Chyba najbardziej boimy się samotności. To, jak jesteśmy przebodźcowani, wgapieni w ekrany telefonów, czy komputerów jest swego rodzaju ucieczką od samotności. Chcemy być cały czas podjudzani atencją, nie doceniamy spokoju. Warto myśleć o byciu samemu ze sobą, w ciszy. Bycie samemu nie oznacza samotności. 

Nieobecność terapeuty sprawia, że tu pacjenci sami zaczynają się leczyć. Co powoduje wiele zabawnych sytuacji. Czy ma Pani swój ulubiony moment w tym spektaklu?

Lubię ten spektakl, ponieważ moja rola jest bardzo barwna. Mam duże pole manewru. Dla mojej bohaterki wymyśliłam różne cielesne przeruchy, za każdym razem mogę grać ją trochę inaczej. Dzięki temu każdy spektakl jest inny, więc z każdym kolejnym przedstawieniem odczuwam taką samą przyjemność wcielania się w moją bohaterkę. 

Co opowiedziałaby Pani o swojej postaci?

To młoda dziewczyna, która cierpi na jedną z odmian nerwicy natręctw. 

Na jaki rodzaj fobii cierpi Pani bohaterka?

Schorzenie, na które cierpi moja bohaterka to palilalia. Powtarza słowa, a nawet całe zdania, podwójnie. Ten rodzaj nerwicy jest trochę podrysowany na potrzeby spektaklu. 

Czy "Nerwica natręctw" może pomóc spojrzeć z dystansem na temat lęku z którym na co dzień zmaga się wielu z nas?

Tak. Jest oswajaniem choroby i wentylem bezpieczeństwa. Między osobami zdrowymi a z niepełnosprawnościami istnieje bariera, polegająca na lęku, który ze sceny oswajamy. Z uśmiechem patrzymy na rzeczy, z którymi na co dzień nie obcujemy. 

Komedia to podobno gatunek najtrudniejszy do grania przez aktorów. W czym Pani zdaniem zawarta jest ta trudność?

Tak, tak powszechnie się mówi. Trzeba znaleźć w sobie dystans i pozwolić ludziom na śmianie się ze swojej postaci. Oprócz dystansu trzeba odnaleźć także rys komediowy, który sprawdzi się w konfrontacji z publicznością. Trzeba uchwycić to, co jest zabawne. 

W komedii trzeba trzymać się rytmu. Kiedy go stracimy, scena nie będzie miała sensu. 

Za co widzowie najbardziej cenią Wasz spektakl?

Za ciepło, urok i za to, że o problemach mówimy z humorem i czułością. 

Ostatnio dołączyła Pani do obsady serialu "Pierwsza miłość". Jak została Pani przyjęta na planie?

Na planie we Wrocławiu zostałam przyjęta bardzo pozytywnie. Pracują tam wspaniali ludzie, dla których ta praca to przyjemność, a to czuje się na każdym kroku. 

Co opowiedziałaby Pani o Magdzie? Ma za sobą trudną przeszłość. To była dziewczyna Miksera. Czy wrócą do siebie?

 Magda ma za sobą trudną historię. Stopniowo będziemy odkrywać jej przeszłość i przyszłość. 

Ostatnio został wyemitowany 3000 odcinek "Pierwszej miłości". Czy zanim trafiła Pani do produkcji zdarzało się Pani oglądać serial?

Nie oglądałam tego serialu, ale mam kilku znajomych, którzy wzięli w nim udział i wypowiadali się o nim bardzo pozytywnie. 

Jest Pani bardzo aktywna na Instagramie. Czym lubi się Pani dzielić z followersami?

Nie mam taktyki na idealne prowadzenie profilu. (Śmiech.) Wrzucam po prostu zdjęcia, które uważam, że są fajne. Nie korzystam z instastories, bo go nie rozumiem. (Śmiech.) 

Jakim jest Pani użytkownikiem? Czego poszukuje w sieci?

Jestem biernym użytkownikiem mediów społecznościowych, ponieważ wrzucam tylko zdjęcia, a nie sprawdzam, co u kogo się dzieje. Rok temu postanowiłam, że ograniczę moje przebywanie w mediach społecznościowych do minimum. Czułam, że wiele godzin spędzonych w sieci nie przynosi mi żadnych korzyści.
Oglądam filmy i seriale, tak tracę czas. (Śmiech.) 

Najbliższe plany.

Gramy "Nerwicę natręctw", dołączyłam do obsady spektaklu "Między łóżkami", można zobaczyć mnie też w spektaklu "Pijani". Oprócz tego spędzam czas na planie "Pierwszej miłości". Dużo się u mnie dzieje. 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji 

Magdalena Walczak: "Książkę pisałam przede wszystkim dla siebie"

Magdalena Walczak: "Książkę pisałam przede wszystkim dla siebie"


















fot. Izabela Urbaniak

Germanistka. Nauczycielka języka niemieckiego. Autorka książki "Labirynt - Alicja w Krainie Schematów". W szczerej rozmowie opowiada o emocjach, które towarzyszyły jej podczas pisania debiutanckiej książki, ale także o tym, co dla niej jest największym labiryntem dzisiejszych czasów.

Zdradza także, dlaczego warto dać szansę debiutantom i po jakie książki sięga w wolnych chwilach.

Z wykształcenia jesteś germanistką, a z zamiłowania nauczycielką języka niemieckiego. Zawsze wydawało mi się, że ludzie najchętniej uczą się angielskiego, czy do nauki języka niemieckiego podchodzą z takim samym zainteresowaniem? Co wynika z Twoich obserwacji?

(Śmiech.) Do nauki języka niemieckiego ludzie w ogóle nie podchodzą z pasją. Stwierdziłam więc kiedyś, że jestem po to, by tą pasją zarażać. (Śmiech.) Teraz jednak już się tym prawie wcale nie zajmuję. 

Kiedyś uczyłam przede wszystkim dzieci, a u nich trudno z motywacją. Motywacja nie dotyczy tylko nauki, ale dosłownie wszystkiego. Dzieci trzeba namawiać nawet do wyjścia na dwór. Jestem z pokolenia, które na podwórku spędziło praktycznie całe swoje dzieciństwo. Z moich obserwacji wynika, że niemiecki jest trudnym językiem, a do tego jest źle nauczany w szkołach. Moją misją było przyjazne przedstawienie tego języka. 

Co najbardziej zachwyca Cię w języku niemieckim?

(Śmiech.) Zachwyt minął z biegiem lat, bo zaczęło go wypierać pisanie. Najbardziej robiły na mnie wrażenie logika i uporządkowanie oraz przejrzyste reguły. 

Na samym początku nie lubiłam tego języka. Uważałam, że go nie rozumiem, jest dla mnnie za trudny i nie chcę się go uczyć. W pewnym momencie jednak zmieniłam nastawienie, uparłam się i stwierdziłam, że znajdę sposoby, jak go opanować, a potem zaczęłam przedstawiać je innym. 



















fot. Izabela Urbaniak

Kochasz język polski, jak przeczytałam w jednym z wywiadów jesteś "rozkochana w słowie". Jakie jest Twoje ulubione słowo?

Moim ulubionym słowem w języku polskim, które bardzo często pojawia się także w mojej książce  "Labirynt - Alicja w Krainie Schematów" jest RÓWNOWAGA. 

Uwielbiam je. Pięknie brzmi. Jest też słowem, które można interpretować w różnych kontekstach. Obecnie staram się wprowadzać równowagę we wszystkie dziedziny mojego życia.

W kontekście Twojego profilu na Instagramie także można wiele powiedzieć o równowadze.

Od wydania książki jest to mój temat przewodni w social mediach. Dużo o niej mówię, opisuję też drogę, która do niej prowadziła i... nadal prowadzi.

Czy organizujesz już spotkania autorskie na których prezentujesz swoją debiutancką książkę?

Książka na rynek trafiła 19 listopada 2019 roku. 29 lutego zapraszam na warszawską Białołękę na śniadanie sąsiedzkie połączone z moim spotkaniem autorskim. Odbędzie się ono w lokalu „3 pokoje z kuchnią“ o godz. 11:00. Ciekawe, czy komuś zechce się wstać tak wcześnie, żeby się ze mną spotkać. (Śmiech.) 

Już po raz czwarty odbył się plebiscyt na "Młodzieżowe Słowo Roku". Na podium znalazły się słowa "alternatywka", "jesieniara" i "eluwina". Znasz ich znaczenie?

Znam ich znaczenie, ale tylko dlatego, że sprawdziłam w internecie. (Śmiech.) I mam jeden wniosek: nie podobają mi się. (Śmiech.)

Nawet patrząc na "Alicję" zwracam uwagę na szlachetność słów, pamiętam o tych, o których się zapomina. Staram się odmalowywać ich znaczenie, bo w dzisiejszych czasach słowa tracą wartość, są nadużywane.


















fot. Izabela Urbaniak

Jesteś autorką książki "Labirynt - Alicja w krainie schematów". Jakie słowo w Twojej książce, oprócz imienia bohaterki oraz równowagi pojawia się najczęściej? (Śmiech.) 

Często pojawia się sformułowanie i postać "Anioła Stróża" oraz słowa takie jak pokolenie, rodzina, ród. 





















fot. okładka książki "Labirynt - Alicja w krainie schematów"


Twoja książka jest swego rodzaju przewodnikiem duchowo - psychologicznym. Co w jej pisaniu było dla Ciebie najważniejsze?

Książkę pisałam przede wszystkim dla siebie. Był to mój przewodnik duchowo-psychologiczny. Liczyła się świadomość, że gdzieś jest koniec Labiryntu. Później zrobiłam to, do czego namawiało mnie otoczenie, czyli przedstawiłam historię innym. 

Podobno powstała w momencie, w którym byłaś na rozdrożu, a do jej napisania namówiły Cię koleżanki. To prawda? 

Znajoma powiedziała mi, że mam włożyć najpiękniejszą sukienkę, jaką mam i z gracją wejść w Labirynt. To oczywiście przenośnia, która miała mnie zachęcić do spisania historii mojej Alicji. Odważyłam się poszukać wydawcy. 

Opowiedz o kulisach powstania swojej  książki.

Książka powstawała, kiedy miałam na to czas, ponieważ pracując na etacie, musiałam pogodzić kilka spraw na raz. W weekendy i w nocy nadrabiałam. Nie było to ani regularne ani zaplanowane. Wydawało mi się, że wszystko trwało wieki, ale okazuje się, że zajęło mi to tylko ponad rok. 

Czy spotykasz się z opinią czytelniczek, które przyznają, że Twoja książka pomogła im w trudnym momencie życia?

Tak, jest to bardzo miłe. Cudowne. Ostatnio odezwała się do mnie osoba, która przeczytała moją książkę w trzy godziny. To literatura o każdej i dla każdej z nas. Można ją na wiele sposobów interpretować. 

Do jakich czytelników skierowana jest Twoja książka. Gdzieś przeczytałam, że to lektura tylko dla Pań, ale Panowie zawsze mogą kupić ją na prezent. (Śmiech.) 

Odpowiedzi na to pytanie zmieniają się od października. 

Na pewno jest to książka dla osób, które znalazły się w toksycznych relacjach. Jest też po prostu... dla kobiet. Każda z nas ma problem z samoakceptacją, krytyką.

W pewnym momencie zbuntowali się panowie. Zaczęli pytać, dlaczego ta książka nie jest dla nich. (Śmiech.) Kilku z z nich stwierdziło, że sami wezmą się za czytanie, a ja doszłam do wniosku, że to na pewno świetny punkt wyjścia do zbliżenia się kobiecego i męskiego świata, poznania naszych punktów widzenia.

Czy jest szansa na kontynuację i wydanie drugiej książki o losach Alicji?

Powstaje część druga. Na razie to początki, ale zdecydowanie tak!

Co według Ciebie jest największym labiryntem / pułapką dla kobiet w dzisiejszych czasach?

W toksyczne relacje z mężczyznami wchodzimy same, ponieważ mamy w sobie różnego rodzaju deficyty. To „od strony“ deficytów i znanych nam schematów przyciągamy relacje, na zewnątrz nas nie dzieje się nic, czego nie nosimy w środku. Największą pułapką dzisiejszych czasów jest samoakceptacja czyli to, by lubić siebie. Totalnie nie umiemy się od siebie odczepić. (Śmiech.) 
Kobiety celują w same siebie potężnymi ilościami krytyki. 

Wyniki czytelnictwa w Polsce z roku na rok gwałtownie spadają. Co zrobić, by to się zmieniło?

Chciałabym powiedzieć, że po prostu... wychodzić bezpośrednio do czytelnika, ale to trudne, ponieważ spotkania autorskie w dużym procencie nie udają się, ludzie na nie nie przychodzą. Ale to głębszy problem, bo w dzisiejszym świecie człowiek w ogóle coraz rzadziej spotyka się czy rozmawia bezpośrednio z drugim człowiekiem. Być może media powinny bardziej promować czytelnictwo?

Moim zdaniem wiele jest akcji promujących czytelnictwo. Jak je odbierasz? 

Jestem jak najbardziej za promowaniem czytelnictwa, ponieważ w tym momencie ludzie będą chcieli odkrywać nowe książki. Czytelnik w dzisiejszych czasach jest dość leniwy. Sięga po to, co króluje w notowaniach Empiku, po komercję. Chciałabym, by ludzie sięgali też po debiutantów. (Śmiech.) 

Jakim jesteś czytelnikiem? Czego w książkach poszukujesz?

Jestem osobą, która w sztuce poszukuje tego, co ma w środku. Najbardziej interesuje mnie to, co ze mną aktualnie rezonuje, co prawdopodobnie pomoże mi jeszcze bardziej poznać proces, w którym się znajduję. W książkach przyciąga mnie literatura faktu, nie fikcja.

Jaka książka zachwyciła Cię ostatnio, a która Cię zawiodła?

Od kilku lat zgłębiam literaturę obozową. Ostatnią książką, po którą sięgnęłam była "Kołysanka z Auschwitz". W książkach przyciągają mnie silne i trudne emocje, ale wchodzę chyba w etap życia, gdzie zainteresowanie tematyką obozową już się we mnie wyczerpuje. Mam oczywiście nadal dużo szacunku do tego rodzaju literatury, ale pojawia się też już zmęczenie tymi treściami. 

Opowiedz o najbliższych planach. 

Z "Alicją" pracujemy nad PRem, rozbudowuję swoje social media, udzielam wywiadów, blogerzy piszą kolejne recenzję, planuję spotkania autorskie, a także wkrótce odbiorę nagrodę od ID Media Ilony Adamskiej za książkę roku 2019. 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji 

piątek, 7 lutego 2020

Joanna Liszowska: "Nic, co kobiece, nie jest mi obce"

Joanna Liszowska: "Nic, co kobiece, nie jest mi obce"



















fot. Martyna Bielińska

Przed spektaklem "Kłamstwo" w Jastrzębiu - Zdroju miałam ogromną przyjemność rozmawiać z Panią Joanną Liszowską. Nie tylko o sztuce, ale także o "Przyjaciółkach",  jej najnowszym singlu "Into U" i emocjach, zawartych w teledysku.

Spotykamy się przed spektaklem "Kłamstwo" w Jastrzębiu - Zdroju. "Najgorsza prawda jest lepsza od kłamstwa". Zgadza się Pani z tym stwierdzeniem?

Przez cały spektakl zastanawiamy się, jak to jest. Życie w kłamstwie nikomu nie służy. Nasze przedstawienie jest rozważaniem. 

Odpowiedzi na pytanie, czy najgorsza prawda lepsza jest od kłamstwa widz musi poszukać sam. My siejemy ziarno. (Śmiech.) 

Co opowiedziałaby Pani o swojej postaci?

To silna kobieta, żona z dwudziestoletnim stażem. Ma parę przyjaciół, ale wszyscy uwikłali się i zapomnieli o uczuciu, które ich połączyło. Dochodzi tu do poszukiwania na zewnątrz. (Śmiech.) 

To spektakl komediowy, a komedia podobno jest najbardziej wymagającym gatunkiem do zagrania dla aktorów. To prawda? W czym zawarta jest ta trudność?

Komedia kusi aktora by grał tak, żeby było śmiesznie. Nie o to chodzi. Musimy grać prawdziwie, nie starać się rozśmieszyć widza na siłę. To dodaje komedii szlachetności. Komedia musi być grana realnie. 

Co najbardziej podoba się Pani w spektaklu "Kłamstwo", a za co Pani zdaniem cenią go widzowie? 

W odniesieniu do naszego spektaklu używamy określenia "komedia słodko - gorzka". Mnie najbardziej podoba się ten gorzki posmak. Zadajemy pytania, skłaniamy do refleksji. Po spektaklu widz myśli nad swoim życiem. 

Teatr to jedno, ale warto porozmawiać też o serialu "Przyjaciółki". W czym tkwi fenomen tego serialu, że od tylu lat jest tak lubiany przez widzów? 

Obsada była trafiona. Między nami jest życzliwość i sympatia. Myślimy o sobie z troską. To jest prawdziwe. 

Pani zdarza się oglądać "Przyjaciółki"? Lubi Pani siebie oglądać na ekranie, czy unika takich momentów, a kiedy się zdarzają, szuka Pani tego, co mogła zagrać lepiej?

Nie znoszę tego. (Śmiech.) "Przyjaciółki" były pierwszym serialem z moim udziałem, który zaczęłam oglądać. 


















fot. Iza Grzybowska

Patrycja wiele przeszła. Za co lubi Pani swoją bohaterkę?

Mimo wszystko jest optymistką, ma otwarte serce. Wyznaje zasadę, że każdy powinien dostać od losu drugą szansę. 

Ogólnie  w tym zawodzie wychodzi Pani  z założenia, że aktor bez względu na wszystko zawsze powinien bronić swoich postaci?

Im więcej kolorów w postaci, tym jest ciekawsza. Wszystkie rysy i otarcia na charakterze są ciekawe. Bronienie postaci może zaprowadzić nas w ślepy zaułek.  Trzeba lubić swoją pracę i lubić wcielać się w swoje postaci. 

Aktorstwo to nie wszystko. Wróciła Pani także do muzyki. W wakacje wydała singla "Into U". Przekazanie jakich emocji za pośrednictwem utworu było dla Pani najważniejsze?

W piosence przedstawiona jest kobieta w wielu stanach emocjonalnych. Ma wiele twarzy, poznaje i odkrywa siebie na nowo. 

Najważniejsza była dla mnie prawda, energia oraz emocje. 

Co uważa Pani za główne przesłanie swojej piosenki? 

Kobieta ma wiele twarzy. Każda jest inna, każda w tej samej sytuacji zachowa się inaczej. Nic, co kobiece, nie jest mi obce. W teledysku pojawia się cała gama emocji. Całość można skojarzyć z czterema żywiołami. Każdy żywioł ma swoją siłę, a kobieta ma jej w sobie najwięcej. 

Najbliższe plany. 

Teatr jest dla mnie najważniejszy, ale pracuję też nad kolejnymi singlami. Zmierzam w kierunku wydania płyty.

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji