czwartek, 12 lipca 2018

Julia Wyszyńska: "Od filmów oczekuję wywoływania emocji"

Julia Wyszyńska: "Od filmów oczekuję wywoływania emocji"






















Fot. Rafał Masłow

Julia Wyszyńska, aktorka, która wystąpiła ostatnio w filmie „Atak paniki” pojawiła się w Cieszynie z okazji 20. edycji przeglądu filmowego Kino na Granicy / Kino na Hranici.
W Cieszynie pojawia się Pani z okazji jubileuszowego, 20. Przeglądu Filmowego Kino na Granicy. Jaki jest Pani stosunek do tego typu imprez?
Na festiwalu filmowym jest po raz trzeci w życiu. Byłam w Koszalinie, w Gdyni, a teraz jestem w Cieszynie. Imprezy tego typu bardzo różnią się od festiwali teatralnych. Tu mamy szansę spotkać się z innymi twórcami, co jest bardzo przyjemne.
To jeden z najbardziej znanych przeglądów filmowych w Polsce. W jaki sposób Pani dowiedziała się o nim?
Zaprosił mnie dyrektor programowy, Łukasz Maciejewski.
Zrzezsza fanów i sympatyków kina, a nieprzejednanym atutem tego festiwalu jest jednoczenie kultury polskiej, czeskiej i słowackiej. Jakie są trzy rzeczy, z którymi kojarzą się Pani Czechy?
Z czeskim piwem, śmiesznym językiem i pięknymi kobietami.
Jakie filmy lubi Pani oglądać z perspektywy widza? Czego Pani w nich poszukuje?
Od filmów oczekuję, by wywoływały we mnie jakiekolwiek emocje. Oczekuję też, by odkrywał przede mną świat, którego w innych okolicznościach nie miałabym szansy zobaczyć.
Jakie filmy udało się Pani obejrzeć w ramach KNG? Który zrobił na Pani największe wrażenie?
Obejrzałam maraton filmów krótkometrażowych i widziałam film „Światło i cień”.
Jednym z najnowszych filmów z Pani udziałem jest „Atak paniki” z 2017 roku. Co opowiedziałaby Pani o roli Wiktorii – Panny Młodej, w którą się Pani wciela?
Wiktoria jest ofiarą czasu, w którym młodzi ludzie działają pod presją osiągnięcia sukcesu i wszystkich etapów, które trzeba zaliczyć – m.in świetne studia, mieszkanie w najlepszej dzielnicy. W filmie pokazany jest moment, w którym Wiktoria orientuje się, że zabrnęła za daleko i straciła kontrolę nad swoim życiem.
Do jakich widzów skierowany jest film?
Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że film jest skierowany do widzów, którzy na filmie nie pojawiają się przez przypadek. To gatunkowe kino dla tolerancyjnego odbiorcy, który pozwala sobie również w trakcie seansu na poczucie nudy.
Kolejnym filmem, o którym warto coś powiedzieć są „Niedobitki i mutanci”. To film krótkometrażowy. Czym różni się praca nad filmem „krótkim”, a „zwykłym”?
Nie mam za dużego doświadczenia, jeśli chodzi o długi metraż. Na pewno w budżecie odczuwalny jest komfort pracy, podczas pracy nad krótkim metrażem warunki i okoliczności przyrody bywają bardzo trudne. Próba skondensowania historii jest wymagająca dla reżysera jak i dla reszty ekipy.
Jeden z filmów z Pani udziałem – „Miłość jest wszystkim” – jest obecnie w produkcji. Kiedy premiera?
Premiera filmu „Miłość jest wszystkim” zaplanowana jest na 30 listopada. To może być fajny film. Jest typową świąteczną komedią romantyczną, ze wspaniałą obsadą.
Mówi się, że będzie to film pokroju kultowych „Listów do M”. Zgodzi się Pani z tym stwierdzeniem?
Nie mam pojęcia. Są tam też dramatyczne wątki, ale może faktycznie, świątecznym klimatem przypomina trochę „Listy do M”.
Materiał archiwalny z dnia 2 maja 2018 roku do przeczytania również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

sobota, 7 lipca 2018

Katarzyna Joda: „Każdego dnia mogę być kimś innym“


Katarzyna Joda: „Każdego dnia mogę być kimś innym“












Z Katarzyną Jodą, aktorką znaną m.in z serialu „Na Sygnale“ miałam przyjemność rozmawiać. Nasza rozmowa dotyczyła m.in magii seriali medycznych i tych, które aktorka wybiera do oglądania prywatnie.

Proszę na początek powiedzieć, jak to się zaczęło? Kiedy zdecydowała Pani, że zostanie aktorką?


Już od dzieciństwa lubiłam występy publiczne. W przedszkolu brałam udział w przedstawieniach a na uroczystościach rodzinnych śpiewałam piosenki. W liceum zapisałam się na kółko teatralne i zaczęłam jeździć na konkursy recytatorskie. A potem naturalnie poszłam na egzaminy do szkoły teatralnej. Udało mi się dostać za pierwszym razem i tak wylądowałam w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej we Wrocławiu. No i już nie było odwrotu:)


Czy od najmłodszych lat lubiła Pani występować na scenie, kreować postaci? Uczęszczała Pani do kółek tetralnych, czy zafascynowanie tym zawodem przyszło z czasem?


Jak wyżej:)


Proszę opowiedzieć o najciekawszych swoich (albo najbardziej odjechanych) pomysłach na życie.


Najciekawszym pomysłem na życie było zostanie aktorem. Ten zawód sprawia, że mogę wcielić w inne życia i dzięki temu przeżywać kilka naraz:)


Gdyby miała Pani wskazać jeden, konkretny moment swojego poważnego spotkania z tym zawodem, kiedy to było i jaką rolę Pani zagrała?


Tych momentów było sporo. Już w szkole takim poważnym ciężarem, który udało mi się udźwignąć była rola Matki w dramacie Georga Taboriego pt. „Peepshow” w reżyserii Krzysztofa Kulińskiego. Trudność tej roli polegała na tym, że postać, którą kreowałam musiała być cały czas w tle głównego bohatera (swojego syna), a jednocześnie w tym wszystkim zaistnieć.


Pod koniec szkoły zrobiłam dyplom w koprodukcji z Wydziałem Teatralnym Akademii Sztuk Scenicznych (DAMU) w Pradze (spektakl „Memory of Lanscape and Landcape of Memory” w reż. Petry Tejnorovej). Tam zetknęłam się z zupełnie innym teatrem, Był to mocno alternatywny, innowacyjny, ruchowy i lekko abstrakcyjny teatr. Wszystko tam było dla mnie nowe. Podejście do pracy nad rolą, tworzenie scenariusza, brak linearności czy operowanie językiem skojarzeń. Jednak ta przygoda bardzo mnie rozwinęła. Stałam się bardziej otwarta na różne języki teatralne i potrafiłam bardziej wykorzystać swój warsztat.


Po szkole ciekawym doświadczeniem była praca przy spektaklu „Czarne serca” w Teatrze Kamienica w Warszawie. To było pierwsze moje poważne spotkanie z komedią. W szkole jakoś ten gatunek mnie omijał i sama też się do niego nie garnęłam. W „Czarnych sercach” pracowałam z wyśmienitymi aktorami (Ewa Wencel, czy Grzegorz Wons) od których mogłam się uczyć aktorstwa i zasad funkcjonowania komedii.


I teraz w moim życiu jest kolejny ważny moment w tym zawodzie, czyli Monika Zawadzka w serialu „Na sygnale”. Bardzo się cieszę, że mogę zbudować postać od początku, że mogę pracować z wyśmienitymi aktorami i cudowną ekipą na planie.


Co jest dla Pani najfajniejsze w graniu przed kamerą? Czy podchodzi Pani do tego tak, jak większość aktorów i stawia na to, że każdego dnia może być kimś innym?


To, że każdego dnia możesz być kimś innym jest jedną z najważniejszych zalet tego zawodu. Jednak jeżeli chodzi o kamerę, to podoba mi się to, że tam się tworzy prawdę. W teatrze są różne zabiegi, jest forma, konwencja itp. Przed kamerą dążymy do naturalizmu, tego co jest tu i teraz i co jest pomiędzy nami.


Pojawia się Pani w wielu serialach, ale rolą najbardziej aktualną jest sierżant Monika Zawadzka w serialu "Na sygnale". Jak trafiła Pani do Leśnej Góry?


Zostałam zaproszona na zdjęcia próbne. Tam spotkałam się z Wojtkiem Kulińskim, zagraliśmy razem kilka scen i po tygodniu dostałam telefon, że mam tę rolę:)


Opanowanie jakich umiejętności okazało się dla Pani konieczne, by móc wiarygodnie wcielać się w rolę policjantki?


Myślę, że ważne dla mnie i dla mojej postaci jest to, że jestem aktywna fizycznie. Regularnie chodzę na zajęcia fitnessu, kilka lat temu trenowałam krav magę, pole dance. Ruch to dla mnie gwarancja dobrego samopoczucia. Dla Moniki Zawadzkiej również:)


Na planie miałam kilka spotkań z kaskaderem, który uczył mnie jak powalić większego przeciwnika ode mnie i w jaki sposób obezwładnić nożownika:) Sprawne operowanie kajdankami i pistoletem to też nie taka prosta sprawa. Na szczęście na planie mamy dostęp do konsultantów, którzy wszystko nam pokazują.


Czy najwięcej frajdy sprawia Pani strzelanie? (Śmiech.)


Jeszcze niestety nie nagrywałam sceny, w której strzelam. Ale już samo trzymanie pistoletu jest ekscytujące, ale też przerażające.


Jakie losy czekają Pani bohaterkę w nowym sezonie serialu?


Dużo nie mogę zdradzać, ale powiem, że nadal będę wspierała ratowników swoją pomocą policyjną. A szczególnie jednego….


Czy zdarzało się Pani oglądać, zanim trafiła Pani do obsady?


Nie oglądam telewizji, więc nie widziałam serialu. Słyszałam jednak o nim. Grali tam moi znajomi ( z Darkiem Wieteską znaliśmy się jeszcze przed serialem, a z Anią Habą byłyśmy razem na roku)


Dlaczego Pani zdaniem seriale medyczne są tymi najbardziej lubianymi przez widzów?


Ratowanie życia jest czymś magicznym. To takie balansowanie na granicy życia i śmierci. To wyzwala wiele emocji u aktorów, reżyserów, scenarzystów jak i u widzów.


Pani również lubi takie, czy stawia na inny gatunek?


Oglądam dużo seriali zagranicznych. Raczej stawiam na inny gatunek. Moimi ulubionymi serialami są „Gra o tron”, „Homeland” czy „Breaking Bad”. Obecnie oglądam „Black Mirror”. Fascynuje i przeraża mnie w tym serialu to, że koszmarna wizja przyszłości jest tak blisko nas.


Dużo czasu spędza Pani na planie "NS", a co z innymi projektami? Gdzie Panią zobaczymy?


Obecnie głownie jestem na planie „Na Sygnale”. Można mnie również zobaczyć w rolach epizodycznych w „Blondynce”, „Klanie” i „M jak miłość”. Co jakiś czas pojawiam się także w reklamach. Teraz zaczynam pracę nad projektem teatralnym, ale narazie nie będę zdradzać szczegółów, żeby nie zapeszać.


Bardzo aktywna jest Pani w social media. Co daje Pani Instagram?


Długo broniłam się przed Instagramem. Jednak zrozumiałam, że ten portal może służyć aktorom, jako forma pośrednictwa pomiędzy nimi a widzami. Próbuje uchylić rąbka swojego świata dla tych, którzy są tego ciekawi. A co on mi daje? Kontrolę i kreowanie kolejnej postaci - Kasi Jody:)


Czym najchętniej dzieli się Pani w sieci z sympatykami?


Lubię pokazywać kulisy zawodu aktora. Czasami przemycam trochę prywatnego życia, ale staram się tym nie epatować.


Jakie jest najczęstsze pytanie, które zadają Pani fani?


Najczęściej jestem pytana o to czy Wiktor będzie z Moniką czy Anną :)


Materiał archiwalny z dnia 26 czerwca 2018 roku do przeczytania również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

Sebastian Stankiewicz: "Każdy ma inną wrażliwość"

Sebastian Stankiewicz: "Każdy ma inną wrażliwość"





















Fot. Sylwia Pieczonka


Sebastian Stankiewicz, aktor pojawił się w Cieszynie z okazji 20. edycji przeglądu filmowego Kino na Granicy / Kino na Hranici. To nasza druga rozmowa.
Po raz pierwszy rozmawialiśmy w 2015 roku. Jakie najważniejsze zmiany zaszły w Pana życiu zawodowym od tego czasu?
Nie lubię podsumowań, staram się cieszyć z tego co jest teraz. . Jesteśmy w Cieszynie na festiwalu KNG, pokaz filmu "Człowiek z magicznym pudełkiem" świetnie się przyjął, a ja korzystam z uroków tego czasu.
Ale są, oczywiście. Od naszej rozmowy było kilka projektów, z których jestem bardzo zadowolony. Zrobiłem pierwszy sezon SNL Polska. Jestem po  zdjęciach do nowej produkcji Marcina Krzyształowicza "Pan T". To hitoria pisarza, który swoją nonkomformistyczną postawą stara się walczyć z systemem socjalistycznym. Występuję w jednej z głównych ról. Premiera za rok. Gram też  w "Barwach szczęścia", lubię tę rolę. Dużo się dzieje. Nie mogę narzekać na brak pracy.
Spotykamy się przy okazji  wspominanej 20. edycji Festiwalu Kino na Granicy w Cieszynie. W jaki sposób Pan dowiedział się o nim?
Zaprosił mnie dyrektor programowy, Łukasz Maciejewski. Na temat tej imprezy słyszałem same dobre rzeczy. Jest wspaniała atmosfera, podczas rozmowy leżymy na trawie i jest bardzo przyjemnie. Pogoda dopisała. Cieszę się, że można  też odwiedzić czeską stronę.
Według mnie jednym z największych atutów tego wydarzenia jest spotkanie się kultury czeskiej, polskiej i słowackiej w jednym miejscu. Jakie są trzy rzeczy, z którymi kojarzą się Panu Czechy?
Piękna Praga, z korko - trampkami, które Mama chciała przywieźć mi z Czechosłowacji oraz z ludźmi z dystansem. Polakom też życzę takiego dystansu.
Jakie filmy lubi Pan oglądać z perspektywy widza? Czego Pan w nich poszukuje?
Lubię kino kreacji. Oczekuję czegoś, co zabierze mnie w świat wyobraźni. Lubię kino autorskie, kino gangsterskie, a czasem z przyjemnością oglądam komedię o zabarwieniu absurdalnym. Lubię to, co zostawia we mnie ślad.
Jestem pod wrażeniem filmów z czeskim aktorem Ivanem Trojanem, chciałbym  zobaczyć coś więcej z jego dorobku.
"Człowiek z magicznym pudełkiem". Do jakich widzów skierowany jest film?
Wydaje mi się, że do wszystkich. Są  filmy, których twórcy  zakładają, do jakiej publiczności powinny trafić, ale takie kalkulacje się zwykle nie sprawdzają.
Nawiązując do Pana spotkania z publicznością po filmie "Człowiek z magicznym pudełkiem". Co jest dla Pana w takich spotkaniach najważniejsze?
Każda rozmowa jest ciekawa. Każdy ma inne uwagi, inną wrażliwość. Kiedy ktoś docenia to, co robisz, motywuje do dalszej pracy.
Nie pominiemy serialu "Barwy szczęścia" i Pana postaci Ryszarda Gawrona. To bohater pozytywny, czy negatywny? Jak Pan Go odbiera?
To postać specyficzna. To typowy polski kombinator - żeby się nie narobić, a zarobić. Relacja z Żabcią jest fajna, ludzka. Kłocimy się, ścieramy, ale  piękne jest to, że umiemy sobie wybaczać.
W czym Pana zdaniem tkwi największy sukces tego serialu?
W wielowątkowości, aktualności i zwrotach akcji, które następują w różnych wątkach.
Proszę na koniec opowiedzieć o najbliższych planach zawodowych.
Czekam na propozycje. (Śmiech.)

Materiał archiwalny z dnia 2 maja 2018 roku do przeczytania również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji


wtorek, 3 lipca 2018

Sound’n’Grace: Ania Żaczek – Biderman i Kamil Mokrzycki: „Wszyscy jesteśmy kolorowi”

Sound’n’Grace: Ania Żaczek – Biderman i Kamil Mokrzycki: „Wszyscy jesteśmy kolorowi”




Fot. Kajus W. Pyrz

Przed koncertem Sound’n’Grace w Ustroniu miałam przyjemność rozmawiać z Anią Żaczek – Biderman i Kamilem Mokrzyckim.

Spotykamy się w Ustroniu. Zagracie dzisiaj koncert z okazji otwarcia sezonu uzdrowiskowego. Co zostało przygotowane na dzisiejszy wieczór?
Ania Żaczek – Biderman: Przygotowaliśmy wszystko to, co mamy najlepsze. Przywieźliśmy materiał z naszej najnowszej płyty, ale nie zabraknie też piosenek z naszego debiutanckiego krążka „Atom”. Mamy nadzieję świetnie się bawić, jeżeli publiczność będzie miała ochotę, razem zakradniemy Ustroń.
Panie Kamilu, po raz pierwszy rozmawialiśmy w styczniu 2017 roku. Jak opisałby Pan najważniejsze zmiany, które zaszły w Pana życiu zawodowym od tego czasu?
Kamil Mokrzycki: Najważniejsza jest nowa płyta. To sprawa kluczowa dla całej pracy Sound’n’Grace, że nasze miejsce na rynku udało się zapieczętować płytą, która zyskała już status złotej.
Na pewno warto wyszczególnić tu moment wydania Waszego drugiego albumu studyjnego „Życzenia”. Miało to miejsce w 2017 roku. Skąd taka nazwa płyty? Ma jakąś konkretną symbolikę?
Ania Żaczek – Biderman: Tytuły naszych obydwu płyt każdy może interpretować na swój sposób. Są tacy, którzy kojarzą to ze Świętami. A dla nas „Życzenia” to po prostu dobra energia dla słuchaczy i naszych fanów.
Może tytuł kojarzy się z piosenką świąteczną, która pojawiła się na płycie?
Ania Żaczek – Biderman: Medley tam zamieszczony był prezentem dla wszystkich, którzy współpracowali z naszym zespołem.
Dla Pana Kamila najważniejszym utworem jest „Sens”. Jak jest w Pani przypadku?
Ania Żaczek – Biderman: Wszystkie piosenki są dla mnie ważne, trudno wytypować jedną.
Który z utworów najbardziej podoba się na koncertach?
Kamil Mokrzycki: To dosyć zróżnicowane. Każdy z utworów jest dosyć entuzjastycznie przyjmowany przez różne osoby. To bardzo nas zaskakuje i jest świetnym impulsem do działania. Single grane w radiach zawsze sprawiają na koncertach słuchaczom wiele radości. Warto wymienić tu „Na pewno”, „Horyzonty”, „Idealnie”, czy utwór „100” wykonywany wraz z Filipem Lato.
Jak doszło do Waszej współpracy z Filipem Lato?
Ania Żaczek – Biderman: Był to kolejny szalony pomysł naszej wytwórni Gorgo Music.
Czy w planach jest kolejna piosenka z jego udziałem?
Kamil Mokrzycki: Filip pracuje nad solowym materiałem, nie mamy takich planów.
Ania Żaczek – Biderman: Może nasze drogi jeszcze kiedyś się zejdą.
Ostatnio najczęściej w radio można usłyszeć piosenkę „Idelanie”. Spotkałam się z komentarzem autorki tekstu, Patrycji Kosiarkiewicz, że to piosenka na przekór dzisiejszym czasom. Zgadzają się Państwo z tym stwierdzeniem?
Kamil Mokrzycki: Tak, do życia wkrada się malkontenctwo. Ludzie lubią sobie ponarzekać, nie ma w tym nic złego, ale warto doceniać też małe rzeczy i z nich się cieszyć.
Siłą Waszej muzyki są nie tylko motywujące teksty, ale również kolorowe, radosne teledyski. Skąd najczęściej czerpiecie inspirację do ich tworzenia?
Ania Żaczek – Biderman: Wszyscy jesteśmy kolorowi. (Śmiech.) To wychodzi pewnie też z różnorodności naszych charakterów. Przekaz i spójność z obrazem jest bardzo ważny w dzisiejszych czasach. Ma podkreślić to, co chcemy opowiedzieć. Kolorowe teledyski są naszą domeną.
Czy w te wakacje pojawi się Wasz nowy singiel? Myślicie o nowej płycie, czy skupiacie się raczej na promocji tej obecnej?
Kamil Mokrzycki: Mamy w zanadrzu małą niespodziankę, ale nie wiem, czy ujrzy światło dzienne już w wakacje. W obiegu jest cała masa naszych singli. Tak to wygląda.
Praktycznie cały czas jesteście w trasie. Zastanawiał się Pan kiedyś, ile kilometrów przemierzacie w czasie trwania letniej trasy koncertowej? (Śmiech.)
Ania Żaczek – Biderman: Na pewno w czasie letniej trasy koncertowej okrążymy Ziemię, a może nawet kilkukrotnie. (Śmiech.)
Materiał archiwalny z dnia 15 czerwca 2018 roku do przeczytania również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

piątek, 29 czerwca 2018

Katarzyna Walter: "Umiem cieszyć się z drobiazgów"

Katarzyna Walter: "Umiem cieszyć się z drobiazgów"








Fot. Piotr Bławicki / East News / Dzień Dobry TVN
Podczas swojego pobytu w Warszawie miałam przyjemność rozmawiać z Katarzyną Walter, aktorką znaną m.in. z serialu „Na Wspólnej”. Z czego czerpie najwięcej siły? Czy brakuje jej Teatru? Na to i wiele innych pytań odpowiada w wywiadzie.
Sprawia Pani wrażenie osoby niezwykle pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. Skąd w Pani tyle pozytywnej energii?
Przede wszystkim umiem cieszyć się z drobiazgów. Biorę ze wszystkiego co dobre, ale też z wiary, że będzie fajnie. A moje dzieci będa wyjątkowymi ludźmi.
Co daje Pani najwięcej sił? Właśnie to cieszenie się z drobiazgów?
Między innymi, ale również spojrzenie człowieka, uśmiech starszej Pani, która mi się kłania na ulicy.
Mój charakterek nie jest łatwy, ale jakoś dzięki temu żyję i mocno staję na nóżkach. Po drugie lubię dużo ruchu – sport. Po trzecie ludzie, których sobie wybieram i którzy mnie otaczają: serdeczni, weseli, dobrzy. Nie są to ludzie z zawodowych kręgów.
Pytam o to zazwyczaj na końcu rozmowy, ale w tym przypadku chciałabym zrobić wyjątek. Jakie jest Pani motto życiowe? Czy przywiązuje Pani wagę do takich rzeczy?
Wierzę – to moje motto. Wierzę w Boga. Wierzę w duchy ludzi, którzy umarli a byli mi bardzo bliscy. Wierzę też w energię, w matematyczność świata, w biochemię, emanację energetyczną między ludźmi, zwierzętami, istotami żywymi. Daję energię, biorę energię. Nie chowam się w kącie. Próbuję w wieku już prawie 59 lat być maksymalnie aktywna właśnie w tej energetycznej wymianie.
Co jest dla Pani w życiu najważniejsze?
Spokój i poczucie bezpieczeństwa.
Czy aktorstwo zawsze było tym, czym chciała się Pani zajmować w życiu, czy miała Pani też inne pomysły na siebie? Proszę opowiedzieć o tych najciekawszych.
Od podstawówki byłam przekonana, że jedyną rzeczą, którą powinnam robić jest aktorstwo.
Skończyć szkołę i grać. Myślałam jeszcze o kierunku plastycznym. Chciałam zająć się architekturą wnętrz. Mam takie upodobania, że lubię dziergać, dłubać, wyginać, czy też prostować. (Śmiech.) Pojawiła się też psychologia, która zaprocentowała. Pracuję od ponad 10 lat w szpitalu psychiatrycznym, jako wolontariusz, prowadząc terapeutyczne zajęcia m.in metodą Dramy i Stanisławskiego. Wiele pacjentów dziękuje mi, czekają na te zajęcia.
A co daje Pani ten wolontariat? Czego się Pani uczy poprzez to?
Praca w szpitalu dostarcza mi ogromnych emocjonalnych przeżyć. Ci ludzie są przecież rozdarci. Próbuję im towarzyszyć, nie mogę być z boku. Przychodzi czasem taki moment, w którym pacjenci otwierają się i przyznają, co ich zraniło. To są wyjątkowe historie. Po tych zajęciach wracam bardzo zmęczona, ale szczęśliwa, bo oni wiele mi dają. To jest właśnie ta wymiana energetyczna, o której mówiłam wcześniej.
Czym różni się dla Pani praca ze studentami, od pracy z pacjentami? Które z tych zajęć daje Pani więcej satysfakcji? Jakim jest Pani „belfrem”, wymagającym?
Oba zajęcia wymagają ode mnie dużo energii faktycznej i emocjonalnej- bo tak chcę. Wobec wszystkich podopiecznych muszę być precyzyjnym obserwatorem. W szkole bywam surowym belfrem bo wiem, że mogę więcej wymagać niż od pacjentów.
Kiedyś przyznała Pani, że chciałaby napisać książkę. Coś więcej na ten temat?
Na razie nic nie mogę o tym mówić.
Jest Pani przede wszystkim aktorką filmową., a czy Nie brakuje Pani Teatru?
Bardzo brakuje mi Teatru. Gdyby nie to, że musiałam 10 lat pracować w dużych agencjach reklamowych jako szefowa działu produkcji filmowej, no to pewnie już dzisiaj nie zastanawiałabym się nad kredytem na mieszkanie, który muszę spłacać. Musiałam mieć te 10 lat przerwy bo miałam na utrzymaniu dwoje dzieci, byłam sama. To była długa przerwa., Tak naprawdę od początku był dla mnie najważniejszy film. W Teatrze dobrze było, ale się skończyło, ponieważ Teatr nie dawał takich finansów, które pozwoliłyby mi funkcjonować w pojedynkę a tak naprawdę we trójkę – z moimi dziećmi. Zawsze najlepiej czułam się w filmie, chętnie bym do niego wróciła, ale mnie nie chcą najwyraźniej, bo nie mam propozycji. Jeśli chodzi o Teatr próbuję do niego wrócić. Jest coś takiego, że na stare lata wraca się do domu. Jestem w trakcie rozmów, szukam możliwości. A ”Na wspólnej” – bardzo poważnie traktuję ten serial. Przygotowuję się do niego, nie olewam, szanuję pracę, która daje mi pieniądze i też satysfakcję
Dużą popularność w moim odczuciu przyniosła Pani rola Agnieszki Olszewskiej w „Na Wspólnej”. Jak wcielać się w postać, by przez tyle lat nie nudziła sie ani Pani ani widzom?
Życie każdego z nas składa się z paradoksalnych zdarzeń: czasami drobiazg może stać się piramidalną przeszkodą. Są tez problemy poważne i te trzeba pokazywać na ekranie. Kilka tematów zaproponowałam sama, np. problemy alkoholowe, oszpecenie twarzy, miłość do o wiele młodszego faceta.
Czy tematy, które Pani proponowała, okazały się dla Pani w pewien sposób szczególne?
Tak. Wiele się działo, nie nudziłam się – miałam ciekawą robotę. A ludzie potwierdzają, że to ważne tematy.
Ogląda Pani to, w czym występuje? Wiele aktorów ma z tym problem…
Tak, oglądam swoją pracę. Obserwuje co jest dobrze, a co źle zagrane.
Daje Pani swojej bohaterce coś od siebie?
Nie tracę głowy, ale wiele z siebie daję. Ludzie często zwracają się do mnie serialowym imieniem, co jest świetnym dowodem na to, że postać jest wiarygodna.
Gra Pani m.in z Tadeuszem Hukiem, Lechem Mackiewiczem i Renatą Dancewicz. Czy serialowe przyjaźnie mają przeniesienie poza plan?
Lubimy się, szanujemy, ale musimy też czasem odsapnąć od siebie. Wspominałam już, że moje przyjaźnie to ludzie spoza branży.
Jak odpoczywa Pani od aktorstwa?
Biegi, marsze, truchty, basen. Kiedyś miałam konia, grałam w tenisa, ale po operacji kręgosłua…
W czym tkwi według Pani największy sukces serialu?
Dobrze pisany jest scenariusz.
Jaki gatunek filmów wybiera Pani w wolnych chwilach?
Uwielbiam filmy kostiumowe i historyczne.
Jaki serial zachwycił Panią ostatnio?
„Wersal. Prawo krwi“ emitowany w Canal+.
Jaka tak naprawdę jest Katarzyna Walter? Jak opisałaby Pani siebie w trzech słowach?
Skromna, wstydliwa, czasami smutna i wiele ma w sobie z dziecka. Ale też: żywiołowa, szalona i bardzo silna. No trochę więcej słów… (Śmiech).



Materiał archiwalny z dnia 20 czerwca 2018 roku do przeczytania również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

wtorek, 26 czerwca 2018

Janusz Szpiglewski: „Chciałem być policjantem”

Janusz Szpiglewski: „Chciałem być policjantem”



fot. MTL Maxfilm

Odtwórca roli Miśka w serialu „Na Sygnale” Janusz Szpiglewski w szczerej rozmowie o serialu i…najważniejszej życiowej roli.

Zacznijmy od początku. Czy pomysł na zostanie aktorem od zawsze pojawiał się jakoś u Pana z tyłu głowy, czy był, jednym z wielu pomysłów, które miał Pan na siebie?
Nie. Raczej interesowały mnie inne zawody.
Proszę opowiedzieć o najciekawszych zawodach, których podjęcie Pan rozważał.
Jak większość chłopaków chciałem być policjantem. Po pierwszych zajęciach ZPT chciałem być stolarzem.
Obecnie pracuję w branży IT.
Kiedy nastąpiło Pana pierwsze poważne spotkanie z aktorstwem? Czy już od najmłodszych lat przejawiał Pan zainteresowanie Teatrem, czy wręcz przeciwnie – unikał Pan tego miejsca jak ognia?
Zdecydowanie unikałem Teatru. Nawet przedstawienia szkolne były dla mnie straszne. Moje pierwsze spotkanie z aktorstwem było w 2013 roku podczas kręcenia krótkiego filmu amatorskiego – „Conan the Cimmerian Short Movie”. Wyreżyserowanego przez Krzysztofa Studzińskiego. Tam wcieliłem się w jedną z głównych ról. Film ten można obejrzeć na YouTube https://www.youtube.com/watch?v=c2OhTtfntVs. Interesowały mnie również gry RPG polegające na graniu w wyobraźni. Wcieleniu się w postać i dokonywaniu wszelkich działań opowiadając o tym. Interesują mnie tez LARPy, czyli forma gry w rzeczywistości gdzie gracze przebierają się, wcielają w postacie i grają na żywo między sobą.
Spróbowałem swoich sił w serialu paradokumentalnym „Ukryta prawda”, „Miłość w rytmie disco”, pojawiłem się w „Gliniarzach”, serialu „W rytmie serca”, a teraz gram w „Na sygnale”.
Proszę opowiedzieć coś o filmie Pół Wieku Poezji Później – Alzur’s Legacy. Wszystko osadzone jest w klimacie Wiedźmina, a Pan pojawia się w roli Agaiusa. Jak przygotowywał się Pan do roli? Kiedy premiera?
Grałem w Wiedźmina na konsoli, szukałem w sieci fajnych dodatków do gry. Natknąłem się na informację o castingu do trailera „Pół Wieku Poezji Później – Alzur’s Legacy”. Wysłałem zapytanie, zdjęcia i wspominany wcześniej film o Conanie.
Miałem już styczność z walką średniowiecznym orężem, więc nie przygotowywałem się do roli jakoś specjalnie. Do opracowania była choreografia, trenowaliśmy razem z kaskaderami.
W chwili obecnej nie znam daty premiery.
Na jednym planie spotkał się Pan m.in z Mariuszem Drężkiem, Andrzejem Strzeleckim i Zbigniewem Zamachowskim. Jak wspomina Pan pracę w tym gronie?
Na planie najwięcej pracowałem w towarzystwie Mariusza Drężka, ponieważ wraz z nim układałem choreografię walki. Co tu dużo mówić – profesjonalny aktor 🙂
Co okazało się najfajniejsze, a co najtrudniejsze? Czy przypomina Pan sobie jakąś zabawną historię z planu, którą mógłby opowiedzieć czytelnikom?
Najtrudniejsze było poruszanie się w źle dopasowanej zbroi oraz masce, która zasłania mi jedno całe i część drugiego oka. To było duże wyzwanie.
Jakie projekty obecnie najbardziej Pana absorbują? W jakich filmach będzie można Pana zobaczyć po wakacyjnej przerwie?
Najbardziej absorbuje mnie moja praca, która nie jest związana z aktorstwem. Jestem programistą hurtowni danych. Z tego powodu jestem epizodystą. Jest szansa, że sytuacja ulegnie zmianie kiedy trafi się jakiś ciekawy rentowny, projekt aktorski.
Jeśli chodzi o seriale – sprawa jest jasna. (Śmiech.) Od 189 odcinka pojawia się Pan w „Na Sygnale” jako Misiek. Jak trafił Pan do produkcji?
Zaraz po epizodzie „W rytmie serca“ gdzie wcieliłem się w role szofera Popka. Dostałem od agencji zapytanie czy mógłbym zagrać kierowcę karetki w serialu „Na Sygnale“
Kierowca karetki, ratownik. Co okazało się dla Pana w tej roli najtrudniejsze? Czy trudno prowadzić karetkę? (Śmiech.)
Prowadzenie karetki jest łatwiejsze niż prowadzenie samochodu osobowego. Na szczęście mam bardzo mało dialogów, więc rola nie jest trudna. Bardzo męczące jest żucie gumy:)
Nabycie jakich umiejętności stało się dla Pana konieczne, by mógł Pan być w swojej roli wiarygodny?
Na miejscu mamy konsultantów medycznych. Do roli Miśka nie przygotowywałem się w szczególny sposób.
Jak radzi Pan sobie z przyswajaniem terminologii medycznej? Może uda się Panu powtórzyć najtrudniejszą zbitkę językową, z którą Pan, bądź ktoś z kolegów spotkał się na planie?
Na szczęście w moich dialogach mało jest terminologii medycznej. Podziwiam Tomka Piątkowskiego, czyli serialowego doktora Górę za to, że świetnie radzi sobie z terminami medycznymi. Siłą rzeczy nie powtórzę jedynej zbitki:)
Spotkałam się wiele razy z opinią, że seriale medyczne są tymi najbardziej lubianymi wśród widzów. I w sumie sama wiem po sobie. (Śmiech.) Jak Pan myśli, dlaczego?
Jest w nim dużo emocji, trzyma w napięciu.
Czy Panu zdarzało się oglądać serial, zanim Pan trafił do obsady?
Nie, nie znałem tego serialu.
Lubi Pan oglądać siebie na ekranie? Na co zwraca Pan wtedy najwięcej uwagi?
Lubię. Zwracam uwagę na to, co następnym razem mógłbym zrobić lepiej.
Czy polubił już Pan swojego bohatera? Jak opisałby Pan go w trzech słowach?
Kiedy czytałem scenariusz po raz pierwszy, nie lubiłem Miśka. Wydawał się być typowym stereotypowym prostakiem. Z biegiem czasu postać jest bardziej pozytywna:)
Na koniec – z nieco innej beczki – jaka jest Pana rola marzeń?
Moja rola marzeń dotyczy życia prywatnego – jestem ojcem trzech córek, czuję się spełniony. Jeśli chodzi o aktorską odpowiedź na to pytanie, chciałbym sprawdzić się na wielkim ekranie.
Materiał archiwalny z dnia 21 czerwca 2018 roku do przeczytania również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

Piotr Kupicha: „Jestem bardziej świadomy sceny i siebie samego”

Piotr Kupicha: „Jestem bardziej świadomy sceny i siebie samego”



fot. Zbigniew Mikesz / Dolański Grom
Z Panem Piotrem Kupichą miałam przyjemność rozmawiać po koncercie w ramach dziewiątej edycji festiwalu Dolański Grom.

Spotykamy się na festiwalu Dolański Grom w Karwinie. Właśnie zszedł Pan ze sceny. Jak wrażenia po koncercie?
Było świetnie. Bardzo dziękuję.
Jako, iż spotykamy się po czeskiej stronie, zaryzykuję i zapytam, jakie są trzy rzeczy, z którymi kojarzą się Panu Czechy?
Piwo, piwo i…Karwina, gdzie zagraliśmy dzisiaj koncert. (Śmiech.)
Czy zaryzykuje Pan i wskaże, który z Waszych „szlagierowych” utworów jest najbardziej lubiany po czeskiej stronie?
„Jak anioła głos” to utwór który został bardzo gorąco przyjęty przez tutejszą publiczność.
W którym z utworów najlepiej czuje się Pan od strony wokalnej, a który najbardziej podoba się na koncertach?
„Jest już ciemno”. To utwór, który nie jest wymagający wokalnie, ale w jego wykonanie trzeba włożyć dużo serca.
Moim zdaniem, na przestrzeni lat Wasza muzyka przeszła przemianę. Czy zgodzi się Pan z tym stwierdzeniem?
Zgadzam się.
Na czym w Pana odczuciu polega ta przemiana?
Pewnie na tym, że jesteśmy bardziej świadomi sceny i nas samych.
Jeśli chodzi o najnowsze piosenki w Pana wykonaniu, warto wymienić tu utwór „Gotowi na wszystko”, feat. z Lanberry. Jak doszło do połączenia Waszych sił na gruncie muzycznym?
To wspaniała osoba. Gosiu, serdecznie Cię pozdrawiam. Spotkaliśmy się i „zażarło”. Zaczęliśmy razem tworzyć muzykę. Świetnie poszło.
Czy mógłby Pan opowiedzieć coś o pracy nad teledyskiem?
Kręciliśmy w bardzo malowniczym miejscu pod Wrocławiem. Było świetnie.
Nad czym obecnie w zespole pracujecie?
Skupiamy się na koncertach i pracujemy nad nowymi utworami. To cel każdego zespołu.
Czy jest szansa na nowy singiel w te wakacje?
Wprowadzamy do rozgłośni radiowych utwór „Jak na imię masz”.
Praktycznie cały czas jesteście w trasie. Zastanawiał się Pan kiedyś, ile kilometrów przemierzacie w czasie trwania letniej trasy koncertowej? (Śmiech.)
Od piątku do poniedziałku potrafimy przebić cztery tysiące kilometrów. (Śmiech)


Materiał archiwalny z dnia 16 czerwca 2018 roku do przeczytania również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji