poniedziałek, 19 listopada 2018

Arek Smoleński: "Kabaret był mi bliski od zawsze"


Arek Smoleński: "Kabaret był mi bliski od zawsze"



























Fot. Marek Zimakiewicz


W Warszawskim Klubie SPATIF miałam ogromną przyjemność rozmawiać z Arkiem Smoleńskim, aktorem młodego pokolenia, wcielającym się w rolę Bartka w serialu "M jak miłość" oraz założycielem Kabaretu Polefka.


Rozmawiamy także o najnowszym serialu HBO "Ślepnąc od świateł".

Aktorstwo to dziś niepewny zawód. Proszę zdradzić, co spowodowało, że postanowił Pan go wybrać?


To był pewnego rodzaju impuls. W szkole podstawowej występowałem na wszelakich apelach i akademiach. Spodobała mi się forma interakcji z ludźmi przez pryzmat sceny. Zauważyłem, że to co robię ludzi interesuje i bawi.

Moimi idolami z dzieciństwa byli tacy aktorzy jak Bogusław Linda, Marek Kondrat, Janusz Gajos i wielu innych którzy wtedy bardzo mi imponowali.

Brałem udział w wielu konkursach aktorskich. Z czasem to wszystko przerodziło się w pasję i nie myślałem już o wyborze innego zawodu.  

Można zatem stwierdzić, że już od najmłodszych lat przejawiał Pan zainteresowanie sztuką – lubił Pan występować, kochał scenę...

Tak. Aktorstwo, które przez moment było u mnie pewnego rodzaju wygłupem, z biegiem czasu przerodziło się w poważne myślenie o aktorstwie dramatycznym.

Występuje Pan w filmach i serialach, ale jest także założycielem Kabaretu Polefka. To stosunkowo nowy projekt. Kiedy pojawił się pomysł na jego powołanie do życia?

Kabaret był mi bliski od zawsze. Aktorstwo rodzi się na poczatku drogi z chęci wygłupiania się, parodiowania innych i rozśmieszania.

Kabaret zawsze był obecny w moim życiu. W dzieciństwie rodzice zapoznawali mnie z twórczością Kabaretu Starszych Panów, Kabaretu Olgi Lipińskiej, Kabaretu TEY, kabaretu Potem, czy piosenkami Wojciecha Młynarskiego których wtedy nie rozumiałem do końca. Niektóre kabarety, które lubię są do dzisiaj obecne na naszej scenie. Mogę tu wymienić Kabaret Hrabi, Kabaret Moralnego Niepokoju, Ani Mru Mru i wiele innych.

Podczas studiów na Wydziale Aktorskim w Warszawie kabaret został trochę przeze mnie zapomniany. Dopiero po studiach kiedy to nagle zrobiło się bardzo dużo wolnego czasu, gdyż aktor już zawodowy często rzadko jest zatrudniany (Śmiech.) Pomyślałem o grupie najbliższych przyjaciół, którzy mieli podobny problem i zaproponowałem tej niezwykle zdolnej gromadce żebyśmy wykorzystali potencjał komediowy, który każdy z nas ma i tak powstał Kabaret Polefka. Chciałem, aby Kabaret Polefka był naszym dzieckiem, za które będziemy brali pełną odpowiedzialność. Nasz autorski projekt.

7 lipca 2017 roku udało się doprowadzić do premiery naszego pierwszego programu "Reklamacja", który okazał się sukcesem. Pół roku później wystąpiliśmy w kabaretowych programach Polsatu, w „Swobodny Poligon Kabaretowy“ i w „Kabarecie na Żywo“ gdzie zaproszenie dostaliśmy od kabaretu Moralnego Niepokoju co było ogromnym wyróżnieniem. Braliśmy udział w 24. Festiwalu Kabaretu w Koszalinie, największym festiwalu kabaretowym w Polsce. To były bardzo ważne występy dla nas. Zebraliśmy bardzo dużo doświadczenia. Teraz pracujemy nad drugim programem. Chcemy żeby był wyjątkowy. Cały czas się uczymy, mając ambicje na kabaret wielowymiarowy, nie jest to wcale prosta sztuka.  

Podobno połączyła Was pasja do śmiechu i dzielenia się tym śmiechem z innymi. A ja mam wrażenie, że tej pasji do śmiechu brakuje nam wszystkim w codzienności. Co zrobić, by to się zmieniło? Wychodzi Pan z założenia, że każdy dzień może być dobrym, bo wszystko zależy tylko od nas?

Do pewnego stopnia wszystko zależy tylko od nas, ale jakby się tak głębiej nad tym zastanowić, to tak naprawdę wszystko i nic. W rozumieniu świata występuje pewien paradoks - jeżeli chcemy zrobić coś śmiesznego, musimy bardzo poważnie do tego podejść. (Śmiech.)

Patrząc z boku na nasze próby, nie ma w nich tak naprawdę nic śmiesznego. Widać grupę mocno skoncentrowanych, smutnych ludzi, którzy próbują wymyślić coś wesołego. (Śmiech.)

Wyobrażamy sobie wtedy siebie na scenie, widownię w naszym zasięgu i działamy. (Śmiech.) Łączymy pewne elementy, które staramy się, aby były zabawne, absurdalne. Potrzebny jest do tego dosyć osobliwy rodzaj koncentracji i weny twórczej, która sprawia, że artyści w momencie tworzenia wyglądają bardzo źle. Smutno, nieszczęśliwie. (Śmiech.) Taki paradoks. 

Wasza twórczość nawiązuje do cyt. strony na FB: "kabaretów aktorskich i literackich najlepszego sortu". Proszę tę myśl rozwinąć...

Naszą ambicją jest, aby Kabaret Polefka w przyszłości był chociaż w połowie tak dobry jak te, które wymieniłem już w trakcie trwania naszej rozmowy. Czasy się zmieniają, w dzisiejszych czasach widzowie śmieją się z czegoś innego, ale chcielibyśmy nawiązywać jednak do pewnej jakości, która nie polega tylko na bardzo realistycznym obśmiewaniu rzeczywistości przy użyciu dużej ilości przekleństw.

Inspirujecie się czasem kabaretami, które Pan wymienił?

Oglądamy je, ale staramy się wytworzyć własną tożsamość. To jest trudne. Na szczęście mamy w zespole ludzi o podobnym poczuciu humoru i tworząc nowy program, sami tę tożsamość stworzymy. Potem to poczucie humoru zweryfikuje publiczność.  

W Polefce rozśmiesza Pan publiczność, a na ekranie kreuje Pan nieco czarny charakter. Mowa oczywiście o Pana roli w serialu "M jak miłość". Czy ta różnorodność jest tym, co najbardziej ceni Pan w tym zawodzie?

Tak. To możliwość przeżywania kilku żyć w jednym. Postać Bartka jest dość skomplikowana. To fajna rola, bardzo jestem za nią wdzięczny scenarzystom i producentom „M jak miłość“ za możliwość zagrania tej nieoczywistej postaci.

Ludzie pod wpływem ciężkich przeżyć potrafią zbaczać z dobrej drogi, ale zawsze jest ta szansa, by wydostać się ze ślepego zaułku. Bartek taką szansę dostaje i stara się ją wykorzystać. Jego prawdziwe oblicze widzowie zobaczą dopiero w kolejnych odcinkach. Trudna przeszłość nie da mu prędko o sobie zapomnieć. Będzie to ciekawy, przewrotny wątek. Zapraszam do oglądania.  

Z mojej perspektywy, jako widza, Pana postać stoi gdzieś pomiędzy...

Tak, na ten moment Bartek stoi pomiędzy. Najbliższe odcnki to zweryfikują. Przekonamy się, jakich wyborów dokona, stojąc twarzą w twarz z sytuacjami ekstremalnymi.

Mam wrażenie, że kreowanie negatywnych postaci jest do pewnego stopnia uatrakcyjnieniem pracy w tym zawodzie, albowiem pozwala ono na wykazanie się szerszą gamą umiejętności. Zgadza się Pan z tym stwierdzeniem?

Tak, zgadzam się, aczkolwiek najciekawszą rzeczą dla aktora jest zagranie postaci, która się przełamuje, w której zachodza zmiany. Która musi podjąć decyzję po której stronie stoi. Która jest uwikłana. Która podejmuje walke polegającą na wydostaniu się z ucisku. Bardzo kibicuje mojej postaci, Bartkowi, żeby w końcu mu się udało.

Wychodzi Pan z założenia, że aktor powinien zawsze próbować zrozumieć zachowania swojej postaci? Stosuje Pan taką zasadę?

Oczywiście. Wcielając się w postać aktor tworzy całą jej perspektywę psychologiczną. Żeby urzeczywistnić daną postać, dać jej prawdę, naturalność, trzeba tworzyć ją precyzyjnymi środkami, a to nie jest łatwym zadaniem.
Proszę powiedzieć, w czym Pana zdaniem tkwi fenomen serialu "M jak miłość"?

W pięknej filmowej narracji, która wciąga nas w opowieść o emocjach człowieka. Cała ekipa każdego dnia walczy o to, by wszystko było dla widza pokazane w sposób nie tylko naturalny ale i piękny, bo to przecież serial o miłości.

Czy zanim trafił Pan do serialu, zdarzało się Panu go oglądać?

Oczywiście.

W jakich produkcjach zobaczymy Pana wkrótce? Proszę opowiedzieć o najbliższych planach...

Zapraszam do oglądania serialu "M jak miłość", do śledzenia losów Kabaretu Polefka, ale również do oglądania serialu "Ślepnąc od świateł", najnowszej produkcji HBO.

Porozmawiajmy o serialu „Ślepnąc od świateł“ Jak trafił Pan do produkcji?

To wyjątkowa produkcja. Przesłuchania były bardzo wymagające. Od początku przygotowań widać było, że powstaje coś ważnego. Po trzecim przesłuchaniu reżyser zaufał mi na tyle żeby obsadzić mnie w roli Ksawerego. 

 Przed rozmową zdradził Pan, że rola w tym serialu jest dla Pana szczególna. Proszę powiedzieć coś więcej.

Szczególna, bo dała mi szansę na zagranie w wielkiej produkcji kogoś, kogo jeszcze nie grałem. Bestsselerowa książka Jakuba Żulczyka „Ślepnąc od świateł“ zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Czułem, że biorę udział w czymś szczególnym już po pierwszych próbach, gdzie reżyser Krzysztof Skonieczny zdradzał szczegóły jak będzie serial realizowany.

Przechodząc się po Warszawie, na każdym kroku można napotkać plakaty promujące serial. Spotkałam się w internecie z taką opinią, że to serial inny od wszystkich. W czym według Pana zawarta jest ta inność?

Pomysł artystyczny Krzyśka (reżysera) na realizację tego serialu to pomysł na tworzenie kina światowego pod względem obrazu, światła, scenografii, gry aktorów. Generalnie dbałości o każdy szczegół, tak, żeby efekt końcowy widza zachwycił. Mimo, że sam serial traktuje o kryminalnej Warszawie. Zapraszam do oglądania, to po prostu trzeba zobaczyć.  

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji 

Laura Samojłowicz: "Aktorstwo i muzyka jest tym, co potrafię robić w życiu..."

Laura Samojłowicz: "Aktorstwo i muzyka jest tym, co potrafię robić w życiu..."


























Fot. Magdalena Bieńkowska Fotografia

Podczas mojego pobytu w Warszawie miałam ogromną przyjemność rozmawiać z Panią Laurą Samojłowicz, która po pięciu latach przerwy wróciła do zawodu. 

Po pięciu latach przerwy, w 2016 roku wróciła Pani do zawodu. Co spowodowało, że zdecydowała się Pani na taki krok?

W 2016 roku wróciłam do Polski z Niemiec. 

Czy już Pani występ w programie "Voice of Poland" w roku 2015 był swego rodzaju zwiastunem powrotu do aktorstwa?

Tak, próbowałam w ten sposób wrócić po przerwie. 

Występ w programie o formule talent - show był jednorazowym pomysłem, czy również w muzyce możemy liczyć na nowości z Pani strony?

Tak, będzie coś nowego. Szykuję autorski projekt, ale nie chciałabym na razie zdradzać nic więcej w tej kwestii. 

Muzyka przecież nie jest Pani obca. Kilka lat temu wygrała Pani jedną z edycji kultowego wtedy programu POLSATU - "Jak oni śpiewają". Jak wspomina Pani ten czas? Brylantowy mikrofon nadal stoi na honorowym miejscu?

Bardzo dobrze wspominam czas spędzony na planie programu "Jak oni śpiewają". 

Proszę opowiedzieć w kilku słowach o tym, czym zajmowała się Pani wtedy, kiedy aktorstwo zeszło na drugi plan? Wyjechała Pani do Niemiec... 

W Szkole Teatralnej w Niemczech studiowałam Technikę Meisnera.

Pani kariera była wtedy w najlepszym momencie. Był serial "Hotel 52" i wiele innych, intratnych propozycji zawodowych, a Pani jednak wycofała się...Dlaczego?

Było kilka czynników. Stało się tak do pewnego stopnia ze strachu, że sobie nie poradzę, że nie jestem odpowiednią osobą do tego, by pracować w tym zawodzie. 

Kiedy uświadomiła sobie Pani, że aktorstwo jest jednak tym, czemu chce się Pani poświęcić w pełni?

Wtedy, kiedy zaczęło mi brakować aktorstwa.  Poczułam, że muzyka i aktorstwo jest tym, co potrafię robić w życiu i tym, na czym naprawdę mi zależy.

Czy powrót po latach jest trudny?

Powrót po latach jest bardzo trudny. 

Chodzi Pani na castingi? 

Tak, chodzę, robię wszystko, co w mojej mocy. 

Ostatnio pojawiła się Pani w serialu "Ślad". Proszę opowiedzieć coś o swojej postaci. 

To bardzo negatywna postać. Kobieta, która pomaga w mordowaniu nastolatków...

Czy zagranie postaci negatywnej jest dla Pani większym wyzwaniem aktorskim?

Wydaje mi się, że większym wyzwaniem jest zagranie postaci pozytywnej, ale wszystko zależy od wielu czynników, m.in. od tego, w kogo trzeba się wcielić i w jakiej produkcji. 

W jakich jeszcze serialach zobaczymy Panią w nowym sezonie?

Staram się o powrót do "M jak miłość", chętnie pojawiłabym się również w programie "Twoja twarz brzmi znajomo". Zobaczymy, co z tego wyjdzie.

Majka Chojnacka, w którą wcielała się Pani w kultowej "Emce" była bardzo lubianą przez fanów postacią. Zastanawiała się Pani, w jakich mogłaby wrócić okolicznościach?

Scenarzyści na pewno wymyśliliby coś fajnego. Wszystkie miłości Pawła Zduńskiego wracają do serialu jak bumerang, więc czemu nie Majka? (Śmiech.) 

Jest Pani aktywna w zawodzie, ale również w social media. Czym najchętniej dzieli się Pani z sympatykami na Instagramie?

Chciałabym we współpracy z muzykami wrzucać tam nowości muzyczne, które mnie dotyczą. 

Jakie jest najczęstsze pytanie, które słyszy Pani od fanów?

Pytania są różne. Nie ma takich, które dotyczą powrotu do "M jak miłość". (Śmiech.) 

Proszę na koniec podzielić się najbliższymi planami zawodowymi.

Staram się o angaż w kilku produkcjach. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

wtorek, 13 listopada 2018

Aleksandra Przesław: "Ucieknę kiedyś z koniem na bezludną wyspę..."

Aleksandra Przesław: "Ucieknę kiedyś z koniem na bezludną wyspę..."


























Fot. Andrej Darczyniec

Aktorka młodego pokolenia, miłośniczka jazdy konnej. Sympatykom seriali telewizyjnych dała poznać się w telenoweli historycznej "Korona królów", gdzie wciela się w rolę Adelajdy Heskiej, żony Kazimierza Wielkiego.

Proszę na początek powiedzieć, jak to się zaczęło? Kiedy zdecydowała Pani, że zostanie aktorką?

Decyzja o wyborze aktorstwa jako drogi zawodowej towarzyszyła mi od zawsze, choć w dosyć nieoczywistej formie. Moje dziecięce myśli o przyszłości codziennie krążyły wokół innego zawodu. W pewnym momencie zdałam sobie sprawę, że aktor może połączyć w sobie wszystkie profesje, bo odgrywając daną rolę na moment stajemy się inną osobą. Jeszcze wtedy nie wiedziałam nic o tym zawodzie – później, w szkole aktorskiej, szybko okazało się, że byłam w błędzie. W każdej roli bowiem jesteśmy jedną częscią siebie „w sobie”, a drugą „w postaci”, nie da się oszukać Boga i przeżyć kilku żyć na raz. Tym niemniej uważam, że możliwość transformacji, jaką daje mi aktorstwo, jest niepowtarzalna, wyjątkowa i na pewno była głównym powodem, dla którego zdecydowałam się na ten zawód.

Czy od najmłodszych lat przejawiała Pani zainteresowanie sceną, lubiła się przebierać i wcielać w różne postaci?

Kiedyś Tata kupił mi w Niemczech rozkładany teatrzyk i pacynki. Szybko zapałałam miłością do różnorakich przedstawień. Zapraszałam na nie całą rodzinę: Mamę, Tatę, Babcię, Brata i psa Fuksa. Nie ograniczałam się do pacynek z zestawu, wykorzystywałam lalki, maskotki i inne zabawki, tworząc dla mojej widowni fuzję światów: poczynając od postaci z baśni, a kończąc na Barbie czy Kubusiu Puchatku. Pamiętam, że kiedyś mój (cztery lata młodszy) Brat zjadł bilet na spektakl, pewnie by zwrócić na siebie uwagę. Chyba oboje lubiliśmy być w centrum zainteresowania, z tym że tylko ja poszłam w artystyczną stronę.

Proszę opowiedzieć o swojej pierwszej poważnej roli. Była to rola w Teatrze, czy w telewizji? Proszę zdradzić coś więcej. 

Pierwsze poważne role to przedstawienia dyplomowe w szkole aktorskiej. Miałam szczęście zagrać w dwóch dyplomach: „Diable, który...” na motywach dramatu Johna Osborne’a w reż. Mariusza Grzegorzka i „Lovecrafcie” Roberta Bolesto w reż. Łukasza Kosa. W obu spektaklach miałam możliwość przeprowadzenia postaci od początku do końca, choć każde z przedstawień znacznie różniło się energią. To były duże wyzwania aktorskie. Niestety, dyplomy mają krótki termin grania, a ten skończył się wraz z końcem czwartego roku studiów.

Aktorstwo to jedno, ale ważna jest dla Pani też jazda konna. Kiedy pokochała Pani ten sport? Jeździ Pani regularnie?

Konno zaczęłam jeździć w wieku ośmiu lat, od tamtego momentu to moja największa pasja, choć obecnie mam zdecydowanie mniej czasu na jej realizację. Staram się trenować regularnie, próbuję nowych rzeczy, np. łucznictwa konnego. Jazda konna, a przede wszystkim opieka nad własnym koniem wymagają ogromnego poświęcenia i sporych nakładów finansowych, a ja, dużo pracując jako aktorka, jestem zmuszona wciąż uciekać się do półśrodków. Może kiedyś nie wytrzymam i ucieknę z koniem na bezludną wyspę? Albo na wyspę zamieszkałą przez weterynarzy i kowala, na wszelki wypadek. Najpierw jakoś tam dopłyniemy, a potem będziemy bezustannie galopować brzegiem, co jakiś czas zmieniając podkowy...

Czy te umiejętności udało się Pani wykorzystać kiedyś w zawodzie aktorki, choćby w serialu "Korona Królów", gdzie od września możemy Panią oglądać w roli Adelajdy Heskiej, żony Kazimierza Wielkiego?

Jeśli chodzi o wykorzystanie moich umiejętności na planie, nie miałam okazji specjalnie się wykazać. Nie ma na to miejsca, poza tym królowe nieczęsto jeździły wierzchem.  Pozostaje czekać na produkcję, gdzie jazda konna będzie głównym tematem!

Czy w ramach przygotowania do roli zgłębiała Pani losy Adelajdy Heskiej? Co jest najważniejsze dla Pani w kreowaniu tej postaci?

Przed rozpoczęciem zdjęć dostałam solidne wsparcie historyczne z produkcji telenoweli. Sama też trochę szperałam w książkach. Jednak najważniejsze jest przygotowanie emocjonalne, budowanie życia postaci, a nie skupianie się na kontekście historycznym. On jest ważny, wiele rzeczy od niego zależy i nie można go pomijać, ale jeśli chodzi o Adelajdę, duży nacisk trzeba było położyć na jej życie emocjonalne, a także pozostałe aspekty, takie jak np. mówienie z akcentem. Przy pracy nad postacią najważniejsze było dla mnie, by na ekranie pokazała się prawdziwa osoba, nie klisza, nie czyjeś wyobrażenie.

Jest coś takiego, co łączy Panią z Adelajdą Heską? Może też jest coś takiego, co Pani podarowała tej postaci?

Obie mamy taki pierwiastek niemiecki, w jej przypadku o wiele większy, bo ja jako dziecko jedynie przez moment mieszkałam w Niemczech. Na razie w serialu mamy tylko zalążek tego, jak uparta i waleczna jest Adelajda, te cechy pokazałyby się w całej krasie, jeśli zobaczylibyśmy jej losy po wygnaniu z Wawelu. Pod tym względem jesteśmy bardzo podobne: kiedy sytuacja staje się beznadziejna, nie ma mowy, bym odpuściła – podobnie, jak moja bohaterka lubię walczyć do końca.

Jak Pani postać odbierana jest przez widzów? Czy po pierwszych odcinkach "Korony Królów" z Pani udziałem odczuła Pani większą popularność?

Na szczęście nikt nie rzuca się na mnie, kiedy idę ulicą. Aktorstwo to wystarczająco trudny zawód, mam nadzieję, że jak najdłużej uda mi się zachować prywatność. Po emisji  pierwszych odcinków otrzymałam całą masę komplementów od widzów telenoweli, więc wnioskuję, że ludzie polubili moją Adelajdę.

Taka rola niesie za sobą również wyzwanie w postaci noszenia strojów z epoki. Jak czuje się Pani w sukniach z tamtego okresu? Rozmawiałam kiedyś na ten temat z Martą Bryłą, przyznała, że ich noszenie bywa męczące i odczuwalne dla kręgosłupa. 

Uważam, że kostium może bardzo pomóc aktorowi. Scenografia, charakteryzacja i kostium automatycznie przenoszą i osoby z planu i widzów przed telewizorami w świat średniowieczny. Dzięki temu praca przy takiej produkcji jest o wiele bardziej atrakcyjna niż gra w innych codziennych serialach, a kostium traktuję jako pomoc, nie przeszkodę. Nie często dostaje się taką szansę, by w jednej produkcji wystąpić w aż tylu strojach, staram się to docenić i wykorzystać najlepiej, jak potrafię.

Serial ma liczne grono fanów wśród młodzieży. Czy w Pani odczuciu może pełnić funkcję edukacyjną? Co jest dla Pani największą siłą tego serialu?

Tak, uważam, że Korona Królów ma funkcję edukacyjną. Cieszę się, że przy tak licznych produkcjach, które oferuje nam telewizja, znalazło się miejsce na telenowelę historyczną. Sama nigdy nie przepadałam za lekcjami historii, więc obejrzenie jej części na ekranie byłoby znacznym ułatwieniem. Kiedy losy bohaterów zostają unaocznione, tak jak w Koronie, o wiele łatwiej jest przyswoić sobie wiedzę na ich temat. 

Jak wyglądają Pani plany zawodowe na najbliższy czas? W jakich jeszcze produkcjach Panią zobaczymy?

Na razie nie wybiegam aż tak w przyszłość. Korona pochłania większość mojego czasu, więc inne propozycje zawodowe musiałam na jakiś czas odłożyć. Wciąż jednak gram w dwóch spektaklach: Opowieściach o zwyczajnym szaleństwie w reż. Grzegorza Chrapkiewicza w Teatrze Dramatycznym w Białymstoku oraz Filozofii po Góralsku ks. Józefa Tischnera w reż. Marcina Brzozowskiego w łódzkim Teatrze Szwalnia. I na te dwa spektakle serdecznie zapraszam!

Gdyby miała Pani określić na ten moment rolę swoich marzeń, jaka mogłaby być?

Na pewno chciałabym, by zapadała w pamięć, w dobrym sensie. Reszta nie ma znaczenia. 

Proszę na koniec przytoczyć swoje motto życiowe. 

Dilige et quot vis fac albo quidquid latine dictum sit, altum videtur. tłum. "Cokolwiek powiesz po łacinie, brzmi mądrze". 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

niedziela, 11 listopada 2018

Robert Gonera: "Ludzie lubią spojrzeć na karty historii w przystępnej formie"

Robert Gonera: "Ludzie lubią spojrzeć na karty historii w przystępnej formie"


























Fot. Małgorzata Krawczyk

W dniach od 19 do 21 października 2018 roku odbywały się obchody setnej rocznicy odzyskania niepodległości w Cieszynie. Zaprezentowane zostało multimedialne widowisko artystyczne o tytule "Sztandary Niepodległości". Moim gościem był Pan Robert Gonera, aktor, który wziął udział w tym niezwykłym wydarzeniu.

Spotykamy się w ramach obchodów setnej rocznicy odzyskania niepodległości w Cieszynie. O godz. 17:00 odbędzie się multimedialne widowisko artystyczne "Sztandary niepodległości". Czym dla Pana jest niepodległość?

Dla mnie niepodległość jest stanem ducha i stanem myśli. To wiąże się ze sprawami państwowymi. Po ogromnym przyspieszeniu cywilizacyjnym, które nieco nas wyprzedziło, niepodległością jest dla mnie dobre myślenie o przyszłości. 

Proszę opowiedzieć coś więcej o widowisku, które zostanie dzisiaj zaprezentowane. 

To zbiór piosenek autorstwa Romana Kołakowskiego, którego pamiętam z czasu, kiedy był bardem opozycji we Wrocławiu. Scenariusz widowiska wychodzi z faktów historycznych -Księstwo Cieszyńskie jako pierwsze ogłosiło przynależność do Rzeczypospolitej. To główny powód powstania omawianego przez nas widowiska. Wystąpi wielu wspaniałych artystów. 

Scenariusz  nawiązuje wprost do wydarzeń związanych z drogą Cieszyna do niepodległości...

Widowisko jest w całości multimedialne. Oprócz piosenek, które zostaną wykonane, będą wyświetlane również postaci i zdarzenia z tamtego okresu.Przywołane zostaną również niektóre fragmenty historii. 

Czy w Pana odczuciu organizowanie wydarzeń tego typu pomaga w przybliżeniu i zrozumieniu zdarzeń historycznych?

Mam nadzieję, że tak. Sam gram w serialu historycznym, który okazał się wielkim sukcesem. Mowa o serialu "Korona królów", o którym będziemy jeszcze rozmawiać. Okazuje się, że ludzie lubią spojrzeć na karty historii w przystępnej formie. To część świadomości społecznej. To bezcenne i sensowne. 

Poruszmy zatem szerzej temat wspominanego serialu "Korona królów", w którym występuje Pan w roli Jana Grota, arcybiskupa krakowskiego. Utwierdzam się w przekonaniu, że jest Pan pasjonatem historii. Czy zatem rola ta była dla Pana szczególna?

Tak. Postać Jana Grota, biskupa krakowskiego była ważna w polskiej historii. Doradzał politycznie Łokietkowi, a później również Kazimierzowi Wielkiemu. Był to człowiek wykształcony, załatwiał wiele istotnych spraw. 
 
Z przyjemnością podjąłem się jego zagrania, a co za tym idzie, poduczyłem się trochę historii w ramach przygotowania do roli. 

Zdarza się Panu oglądać serial?

(Śmiech.) Nie, ponieważ nie mam telewizora. 

Kolejnym tytułem, o którym warto wspomnieć w kontekście Pana nazwiska jest film "Kantor", który jest obecnie w produkcji. Proszę opowiedzieć o swojej postaci. Wiadomo już, kiedy premiera?

Nie wiem nic na temat losów tej produkcji. Zdjęcia odbywały się w Krakowie. Wcieliłem się w postać niebogatego człowieka, który w znacznym stopniu wspierał edukację Kantora. Trzymam kciuki, żeby film o tej niezwykle ważnej postaci dla polskiego teatru można było obejrzeć. 

Proszę  na zakończenie naszej rozmowy zdradzić najbliższe plany zawodowe. 

12 listopada pokazywany będzie Teatr Telewizji, w którym grałem Piłsudskiego. To nie będzie rzecz poświęcona Marszałkowi, ale wywiadowi radiowemu z okresu Wojny z Bolszewikami. 

Pracuję również na planie serialu "Wojenne dziewczyny" i "Na Wspólnej". 

Pracuję także nad kolejną odsłoną festiwalu Interscenario, który robiłem przez wiele lat. Tak wyglądają moje najbliższe plany.

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

Andrzej Piaseczny: "Jestem otwarty na muzykę"

Andrzej Piaseczny: "Jestem otwarty na muzykę"



















Fot. Jacek Poremba

Dnia 18 października 2018 roku miałam  przyjemność rozmawiać z Panem Andrzejem Piasecznym, który wystąpił w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie.

Spotykamy się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie z okazji Pana akustycznej trasy koncertowej. Kiedy pojawił się pomysł  na jej realizację?

Nie nazwałbym tego trasą akustyczną, to raczej koncerty w okrojonym składzie muzyków. Chcieliśmy dotrzeć do większej ilości osób. Mam nadzieję, że bez szkody dla odbiorców, ich oczekiwań i emocji udało się przygotować koncert, z którym będzie można docierać do tak pięknych i kameralnych miejsc, jak Teatr w Cieszynie. 

To projekt ze wszech miar szczególny. Proszę powiedzieć, w czym w Pana odczuciu tkwi jego wyjątkowość?

Wyjątkowość tego projektu moim zdaniem zawarta jest w intymności, która następuje między mną, a publicznością w mniejszej ilości dzięki kameralności tych miejs, w których gramy. Czym więcej jest ludzi, tym o intymność trudniej. Podczas takich koncertów dużo mówię, żartuję, dbam o kontakt z publicznością.

Czy jest dla Pana jakaś różnica między występem na "zwykłej" a teatralnej scenie? Stres jest może bardziej odczuwalny w tak kameralnych miejscach jak to, w którym teraz jesteśmy?

Nie można mówić o stresie, ale lekkiej tremie, którą artysta nawet po wielu latach pracy powinien odczuwać, ponieważ jest ona w pewnej mierze wyrazem szacunku dla publiczności. Skoro przed chwilą mówiliśmy o intymności, nie może być tutaj lęku i stresu. Musi być uśmiech i pogoda.

Która z piosenek podczas tych koncertów spotyka się z nawiększym aplauzem wśród publiczności?

(Śmiech.) Nie mam pojęcia. Udało mi się w życiu nagrać kilkanaście rozpoznawalnych piosenek i mam świadomość, że na koncerty nie przychodzą przypadkowi ludzie, ale tacy, którzy znają mój repertuar. Nie umiem wytypować jednej piosenki, która cieszy się największym uznaniem. Koncert jest dla mnie okazją, by niektóre rzeczy pokazać odrobinę inaczej, niż zwykle. Oczywiście, publiczność oczekuje rozpoznawalnych piosenek, ale także czegoś nowego. 

Ciekawostką jest, że oprócz piosenek z Pana repertuaru, usłyszymy również wyselekcjonowane przez Pana, Pana ulubione utwory. Proszę zdradzić choć tytuł jednej piosenki, która znalazła się w tej wyjątkowej puli. 

Dzisiaj zagramy piosenkę "A to co mam" z 1995 roku, z rep. Kasi Kowalskiej

Jeśli ktokolwiek byłby ciekaw dłuższej listy moich ulubionych piosenek, zapraszam do odsłuchania płyty "Kalejdoskop". To pierwsza odsłona moich ulubionych piosenek, ale ta lista cały czas jest aktualizowana, dochodzą nowe pozycje, które często dodajemy na koncertach. 

Idąc tym tropem, zapytam jeszcze o Pana gusta muzyczne. Jakim jest Pan słuchaczem? Wymagającym? Czego poszkuje w muzyce?

Wszyscy w muzyce poszukują emocji, ja również. Muzyka powinna doprowadzać nas do pewnego stanu. Wywołać radość, czy rozżewnienie. Staram się być zwykłym słuchaczem, a nie analitycznym. To, że jestem muzykiem nie upoważnia mnie do tego, by podczas słuchania rozbierać ją na czynniki pierwsze. Wtedy słucnanie traci sens. 

Z najnowszych wydawnictw płytowych mogę polecić krążek Tonego Bennetta i Diany Krall, który pojawił się na rynku muzycznym we wrześniu. 

Z wielką przyjemnością słucham też muzyki poważnej. Lubię rozgłośnie radiowe, które są na nią ukierunkowane. Nie omijam jazzu. Jestem otwarty na muzykę.

Pytanie na koniec - zastanawiał się Pan kiedyś, ile kilometrów udaje się Panu pokonać w ramach jednej trasy koncertowej?

(Śmiech.) Nie zastanawiałem się nad tym nigdy. To bardzo długie trasy. W ciągu roku pokonuję ok. 80 000 km. To dość sporo. (Śmiech.) 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

Michał Gasz: "Każdy nowy projekt jest odskocznią"


Michał Gasz: "Każdy nowy projekt jest odskocznią" 














Spotykamy się w Pogwizdowie, w Warzelni u Klimosza. Za kilka godzin wystąpi Pan tutaj z Kwartetem Bojowym. Co zostało przygotowane na dzisiejszy wieczór?


To zestawienie naszych ulubionych utworów z gatunku rocka.


To koncert, który na długo pozostanie w pamięci słuchaczy - tak dzisiejsze wydarzenie opisane jest w sieci. W czym tkwi wyjątkowość tego wydarzenia?

Dla nas wyjątkowość tego koncertu tkwi w tym, że doskonale bawimy się na scenie. Chcielibyśmy wywołać takie emocje, które przynajmniej na jakiś czas zostaną ze słuchaczami.

Zacznijmy od...nazwy. Skąd się wzięła? Czy jest z nią może związana jakaś anegdota?

Nie ma żadnej anegdoty. Pewnego dnia, podczas pracy w sali prób podjąłem decyzję, że musimy się jakoś nazywać. Ogłosiłem, że idzemy do boju i będziemy Kwartetem Bojowym. (Śmiech.) Nazwa ma w sobie dużo energii i fajerwercznych uniesień.

Grupa powstała z zachwytu nad ciężkimi brzmieniami. Na koncertach wykonujecie przeboje wielkich legend rocka. Można m.in usłyszeć utwory Qeen, The Rolling Stones, czy Lennego Kravitza. Kiedy pojawił się pomysł na covery największych hitów? Nie mieliście nigdy ochoty na autorski repertuar?

Cały czas myślimy. Mamy sporo autorskiego materiału, ale wszystko zależy od zamówień samych organizatorów.

W którym z utworów wykonywanych na koncertach czuje się Pan najlepiej od strony wokalnej?

Trudne pytanie. (Śmiech.) Nad każdym utworem staram się równie intensywnie pracować.

Które utwory są najbardziej lubiane przez słuchaczy?

Nie wiem, nie jestem słuchaczem, jestem odtwórcą. (Śmiech.) Trzeba zapytać widowni.

Macie stałą listę utworów, które pojawiają się na koncertach, czy zależą one np. od miejsca w którym gracie, czy od okoliczności?

Mamy przygotowanych kilkadziesiąt utworów i wybieramy z nich te, które zaprezentujemy.

Czy nie jest trudne pogodzenie planów Kwartetu Bojowego z resztą projektów, które Pana pochłaniają?

Projektów gościnnych jest tyle, że już się przyzwyczaiłem. Każdy nowy jest odskocznią i sprowokowaniem równowagi.

Proszę opowiedzieć o najbliższych planach zawodowych.

Zapraszam na wszystkie koncerty.

Proszę przytoczyć motto życiowe.

Korzystaj z każdej chwili. Nie żałuj niczego.

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

Ewa Złotowska i Urszula Dębska: "Komedia jest czymś, co weryfikuje"

Ewa Złotowska i Urszula Dębska: "Komedia jest czymś, co weryfikuje"









































Fot. Impulsive Art

Po spektaklu "Dwie połówki pomarańczy" miałam przyjemność rozmawiać z Ewą Złotowską i Urszulą Dębską.

Spotykamy się po spektaklu "Dwie połówki pomarańczy". Publiczność dopisała?
Ewa Złotowska: Tak. Nie widzę tak dobrze całej publiczności, ale specjalnych pustek chyba nie było. (Śmiech.)
Urszula Dębska: Było dużo śmiechu. To najważniejsze.
To spektakl komediowy, a komedia podobno jest najbardziej wymagającym gatunkiem do zagrania dla aktorów. Zgadzają się Panie z tym stwierdzeniem? W czym zawarta jest ta trudność?
Ewa Złotowska: Absolutnie. Dramat jest zagrać o wiele łatwiej.
Urszula Dębska: Komedia jest czymś, co weryfikuje.
Praca nad spektaklem komediowym na pewno bogata jest w wiele bardzo zabawnych sytuacji. Może uda się Paniom przytoczyć jakąś zakulisową anegdotę?
Ewa Złotowska: Zabawnych sytuacji jest tyle, że nie da się o nich opowiedzieć.
Urszula Dębska: Do ekipy spektaklu "Dwie połówki pomarańczy" dołączyłam rok temu, więc nie był to etap tworzenia, ale odtwarzania stworzonej roli. Przy tym jednak również była cała masa zabawy. (Śmiech.)
Ewa Złotowska: To takie historie, które nie są śmieszne kiedy się o nich opowiada, ale wtedy, kiedy się wydarzają.
Pani, Pani Ulu występuje jako Alexis. Co opowie Pani o swojej bohaterce?
Urszula Dębska: Moja postać jest polską Amerykanką albo amerykańską Polką. Jak kto woli. (Śmiech.) Mówi łamaną polszczyzną.
Czy trudno jest zagrać rolę, w którą trzeba zakomponować problem z wymową, czyli tzw. "łamanie językowe"?
Urszula Dębska: Są pewne słowa, których na pewno osoba, która długo przebywa w Stanach Zjednoczonych nie mogłaby wypowiedzieć. Wiele jest takich pułapek.
Pani Ewo, co Pani opowie o Melanii?
Ewa Złotowska: Jest uczestniczką wesela, która wkręca się w grupę klientów hotelu. Pewne rzeczy przychodzą jej łatwo, inne trudniej. Staram się być w tej roli zabawna. Moja bohaterka jest cały czas podchmielona, a to prowokuje wiele zabawnych sytuacji.
Mają Panie jakiś wspólny wątek? Jaki wpływ Pań postacie mają na głównych bohaterów spektaklu?
Urszula Dębska: Tak, tańczymy razem. (Śmiech.)
Ewa Złotowska: Nasze bohaterki są w tle głównego wątku, który rozgrywa się między małżeństwem. Ciągle coś psują. (Śmiech.)
Czy spektakl ten wymagał od Pań nabycia jakichś nowych umiejętności?
Ewa Złotowska: W moim przypadku nie.
Urszula Dębska: Dzięki spektaklowi po raz pierwszy miałam okazję bawić się akcentem.
Co najbardziej Panią podoba się w "Dwóch połówkach pomarańczy" , a za co Pań zdaniem widzowie cenią ten spektakl?
Ewa Złotowska: Moim zdaniem widzowie cenią ten spektakl najbardziej za obciachowe sytuacje, które zdarzają się ludziom w najmniej odpowiednich momentach. Pomysł jest dość prosty a równocześnie szalony, ponieważ ciężko żeby coś takiego wydarzyło się w prawdziwym życiu, ale ludzi to bawi.
Urszula Dębska: Teksty, które się pojawiają są bardzo prawdziwe.
Do jakich widzów jest skierowany?
Ewa Złotowska: Do wszystkich ludzi z poczuciem humoru.
Materiał archiwalny z dnia 6 października 2018 roku dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji