środa, 5 września 2018

Anna Lucińska: „Agent. Gwiazdy? Przygoda życia”

Anna Lucińska: „Agent. Gwiazdy? Przygoda życia”



























Po 12. Biegu po Nowe Życie rozmawiałam z Anną Lucińską.


12. Bieg po Nowe Życie w Wiśle jest Pani debiutem. Proszę powiedzieć, jak dowiedziała się Pani o akcji?

Skontaktowała się ze mną córka głównego organizatora imprezy. Uznałam, że to świetna inicjatywa i chcę ją wspomóc swoją obecnością. Zabrałam ze sobą  koleżankę  - Monikę Wilczak. Stwierdziłam, że im więcej aktorek, tym lepiej. (Śmiech.)

Moim zdaniem udział osób publicznych w całym wydarzeniu bardzo pomaga w budowaniu świadomości jak ważnym tematem jest tranpslantacja i trannpslanotologia. Zgodzi się Pani z tym stwierdzeniem?

Oczywiście. Przyznam się, że przed tą akcją nie miałam zbyt dużej wiedzy na temat transplantologii i tranplantacji. Podczas inauguracji wydarzenia lekarze obecni w Wiśle przedstawili dane na temat przeszczepów w Polsce. Okazuje się, że pod kątem świadomości ważności tego tematu, nasz kraj znajduje się na jednym z ostatnich miejsc. To ważny temat i warto o nim mówić. Cieszę się, że są takie akcje.

W jaki sposób przygotowywała się Pani do dzisiejszego startu? Czy przy Pani trybie życie szczególny trening nie był konieczny.

Intensywny trening rozpoczęłam na kilka tygodni przed startem. Myślałam, że trasa biegu będzie o wiele dłuższa. To był mój mój debiut z kijkami. Nigdy jeszcze nie miałam do czynienia z nordic walking, ale do odważnych świat należy.

BPNŻ ma charakter akcji charytatywnej. Co jest dla Pani najważniejsze w pomaganiu potrzebującym?

Najważniejsze jest szerzenie wiedzy i udział osób publicznych w tego rodzaju inicjatywach. Kiedy pojawia się ktoś znany, ludzie chętniej przychodzą. Najważniejszy jest cel. Wydaje mi się, że transplantacja i transplantologia jest w Polsce tematem TABU, a ja chcę mówić o tym otwarcie.

Jakie akcje oprócz BPNŻ wspiera Pani na tę chwilę?

Wspieram również akcje na portalu Siepomaga.pl. Często dostaję wiadomości od różnych osób na Instagramie z prośbą o wsparcie. Jest tego naprawdę dużo, dlatego wybieram te osoby, które najbardziej potrzebują pomocy.Cieszę się, że w ten sposób mogę przyczynić się do pomocy i sprawić, że dana informacja dotrze do większej ilości osób dzięki mojej działalności w social mediach.

Czy długo zastanawiała się Pani nad przyjęciem propozycji udziału w programie "Agent. Gwiazdy"?

Nie zastanawiałam się długo. Dostałam zaproszenie i je przyjęłam, choć na samym początku upewniałam się, czy to naprawdę o mnie chodzi. (Śmiech.)

Co w formule programu najbardziej się Pani podoba? Co było dla Pani najważniejsze?

Najbardziej podobało mi się to, że byliśmy odcięci od świata. Wszystko mieliśmy zapewnione, pojawił się więc psychiczny luz i w 100% mogliśmy skupić się na grze. To była niesamowita przygoda. Poznałam świetne grono znajomych. Cieszy mnie to, że mamy kontakt.

Tworzycie zgrany team. Z kim z programu najbardziej się Pani zaprzyjaźniła?

Najbardziej zaprzyjaźniłam się z Mają Włoszczowską. Mamy podobną energię. Jest to świetna dziewczyna, pełna pasji i uśmiechu. Bardzo pozytywna osoba.

Czy gdyby po raz kolejny otrzymała Pani propozycję na udział w show zdecydowałaby się Pani?

Oczywiście, że tak. To przygoda życia, która zostanie ze mną na długie lata.

Czy nie było trudne pogodzenie obowiązków wymaganych przez program i tych, które ma Pani jako prezenterka telewizyjna?

Akurat w momencie wyjazdu na program „Agent“ miałam przerwę w nagraniach do „Zaskocz mnie“. Wszystko się udało i nie musiałam z niczego rezygnować.

W lutym 2017 roku została Pani gospodynią porannego programu "Dzień dobry Polsko", a po odejściu z TVP zaczęła Pani współpracę z TVN Style, m.in przy programie "Pojedynek na modę". Czym różni się dla Pani ta współpraca?

To zupełnie coś innego. W TVP nauczyłam się pracować z odsłuchem i kamerą w programie na żywo. Ważna przy tym jest   podzielność uwagi i skupienie. To była istna szkoła życia. Po przejściu do TVN, gdzie wygrałam casting do programu „Zaskocz mnie“, zaczęła się inna współpraca. Prowadzenie programu takiego jak "Zaskocz mnie" to czysta przyjemność. To nawet nie jest dla mnie praca. Mogę spełniać marzenia z miłości, a to wspaniałe uczucie. Na planie czuję się jak ryba w 
wodzie.

W którym z tych wcieleń lepiej się Pani czuje? Jako prowadząca programów, czy aktorka?

Zdecydowanie lepiej czuję się jako prowadząca programów. Mogę być sobą, improwizować. Nie muszę sztywno trzymać się scenariusza, bo wszystko dzieje się na gorąco, na żywo, a scenariusz często zmienia się w trakcie. Uwielbiam tę adrenalinę. Uwielbiam też być po prostu sobą i nikogo nie grać tak, jak to jest w aktorstwie. Tam odtwarza się czyjąś rolę. Jest to oczywiście bardzo ciekawe i trudne zadanie, ale w programach mogę być bliżej ludzi będąc sobą.

Najbliższe plany?

Nowy sezon "Zaskocz mnie" i kontynuacja mojego wątku w serialu "Na dobre i na złe".

Materiał archiwalny z dnia 7 kwietnia 2018 roku do przeczytania również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji


środa, 22 sierpnia 2018

Robert Wabich: „Bardzo ważna jest różnorodność w tym zawodzie”

Robert Wabich: „Bardzo ważna jest różnorodność w tym zawodzie”






















Fot. Agencja Ekipa



Przed spektaklem „Skok w bok” miałam przyjemność rozmawiać z aktorem, Panem Robertem Wabichem.

Spotykamy się w Teatrze w Cieszynie, gdzie zostanie dzisiaj wystawiony spektakl „Skok w bok”. Na początek. Gdzie lepiej Pan się czuje – w Teatrze, czy przed kamerą?
Czuję się dobrze w jednym i drugim miejscu. W tym zawodzie bardzo ważna jest różnorodność, a ja mam to szczęście, że mogę jej doświadczać. Kontakt z widzem jest czymś niezwykle ważnym dla aktora, lubię natychmiastowe reakcje. W przypadku filmu wygląda to zupełnie inaczej.
W spektaklu wciela się Pan w rolę Jima. Proszę opowiedzieć coś o swojej postaci. Jaki jest Pana bohater?
To lawirant. Namawia swojego przyjaciela do grzechu. Postać kontrowersyjna, mam nadzieję, że zabawna. Zapraszam do obejrzenia.
Czy między sobą, a Jimem znajduje Pan wspólne cechy? Jakie?
W żadnej roli nie da się uciec od siebie. Wzrost i waga. To na pewno mamy wspólne. (Śmiech.)
Komedia odniosła ogromny sukces na całym świecie. W czym tkwi jej największy sukces Pana zdaniem?
Dialogi są błyskotliwe. Niektóre rzeczy uaktualniamy, zmieniamy, pojawiają się też odniesienia do miejsc, w których gramy, dzisiaj pewnie coś będzie o Czechach.
To komedia sytuacyjna. Wiele aktorów przyznaje, że to właśnie komedia jest najtrudniejszym gatunkiem do grania. Jakie jest Pana zdanie na ten temat? Nie brakuje Panu ról dramatycznych?
Tak, śmiejemy się, że każda komedia jest sztuką o drzwiach. Wypadamy i wpadamy. Musi być grana szybko i wyraźnie, by widz zdążył się w tym wszystkim połapać.
W jakich jeszcze sztukach teatralnych można Pana obecnie oglądać?
Gram w sztuce Teatru Capitol „Klub mężusiów”, przygotowuję też nowy spektakl dla Teatru Telewizji.
Nie tak dawno zakończyła się kolejna edycja „Tańca z gwiazdami”, chciałabym więc wrócić do Pana udziału w tym programie. Jak wspomina Pan ten czas?
Wspaniale. To była najcięższa robota w życiu, trzy miesiące Syberii, ale efekt genialny. Świetna przygoda. Czasem patrzę na nagrania i nie wierzę, że to byłem ja. Zdawało mi się, że tańczę lepiej, niż umiem. (Śmiech.)
Jaką trenerką była Hania Żudziewicz?
Bardzo ostrą. To zdecydowana osoba i niezwykle konsekwentna. Sentyment do Hani pozostanie u mnie do końca życia.
Wiele uczestników „TZG” deklrauje, że po zakończeniu przygody z programem będzie kontynuować lekcje. A jak jest w Pana przypadku? Czy Pana przygoda z tańcem zakończyła się wtedy definitywnie?
Stwierdziłem, że nie będę się ruszał wogóle. (Śmiech.) Nie uważam się za tancerza.
Przejdźmy o krok dalej. Do serialu „Leśniczówka”, który jest nowością w ramówce Jedynki. To podobno serial inny od wszystkich. Na czym ta inność Pana zdaniem polega?
Gram komendanta, mój wątek dopiero się zaczyna. Bardzo rzetelnie produkowany serial ze wspaniała obsadą.
Co Panu najbardziej podoba się w tym serialu? Czy Pana zdaniem ma zadatki na hit?
Kibicuję serialowi i trzymam kciuki, aby zdobył uznanie i sympatię widzów.

Materiał archiwalny z dnia 12 maja 2018 roku do przeczytania również na www.sci24.pl -  Śląskie Centrum Informacji

czwartek, 2 sierpnia 2018

Piotr Bondyra: "Nie wystarczy wziąć do ręki pistolet i wycelować"

Piotr Bondyra: "Nie wystarczy wziąć do ręki pistolet i wycelować"






















Piotr Bondyra, aktor znany m.in z serialu „Komisarz Aleks” dał namówić się na rozmowę o serialu, ale także o improwizacji i swoim zespole Train of Joy.
Aktorstwo to dziś niepewny zawód. Co spowodowało, że postanowił Pan go wybrać?
Nie do końca czuję, że miałem jakiś wybór. W liceum zorientowałem się, że tak na prawdę nie wiem co chciałbym robić w życiu. Chciałem być szczęśliwy, mieć rodzinę i żyć wedle myśli Konfucjusza – “Wybierz pracę którą kochasz, a nie przepracujesz ani jednego dnia więcej w Twoim życiu.” Okazało się, że moim zawodem jest aktorstwo, chyba nie potrafiłbym robić nic innego.
Czy już od najmłodszych lat przejawiał Pan zainteresowanie sztuką – lubił Pan występować, kochał scenę?
I tak i nie. Bywały momenty kiedy jako mały Piotruś na szkolnej lub przedszkolnej scenie czułem się bardzo dobrze, ale były też takie, po których był płacz i zgrzytanie zębów. Zawsze lepiej wychodziło mi lepienie z gliny i plasteliny z dala od tremy i widowni. Poza tym moje pierwsze zetknięcie z teatrem zawodowym nie zapowiadało, że będę aktorem.

Kiedy nastąpiło Pana pierwsze spotkanie z tym zawodem? W jakich okolicznościach?
W podstawówce miałem okazję grać role w dwóch spektaklach Teatru Nowego w Poznaniu (w „Snach“, oraz „Pułapce“). Nie potrafiłem sobie poradzić z tremą. Po jednym sezonie stwierdziłem, że rezygnuję, bo to za duży stres i że nigdy nie zostanę aktorem. Na szczęście nie miałem racji.
Aktorstwo to jedno, ale ważna jest dla Pana również muzyka. Kiedy ona pojawiła się w Pana życiu?
Świadome słuchanie muzyki zaczęło się dla mnie chyba w gimnazjum.
Była swoistym dopełnieniem aktorstwa, czy pojawiła się jeszcze wcześniej?
Chęć zostania wokalistą i posiadania zespołu pojawiła się przed, albo jednocześnie z myślą o aktorstwie, pod koniec liceum. Niestety, jak to bywa w życiu znaleźli się ludzie, którzy odwiedli mnie od pomysłu, że umiem śpiewać. Nadal śpiewałem pod prysznicem, w domu, na szkolnym korytarzu, w pustym teatrze, ale nigdy nie czułem się dość dobry, żeby występować na scenie. Dopiero rola D’Artagnana w musicalu „Trzej Muszkieterowie“ we Wrocławskim Teatrze Capitol, ośmieliła mnie do śpiewania publicznie.
Gdyby nastąpiła taka konieczność, z czego byłoby Panu prościej zrezygnować? Z aktorstwa, czy z muzyki?
Ostatnio, dzięki temu, że jestem członkiem grupy teatralnej Impro Atak, trudno mi rozdzielić jedno z drugim. Improwizując na scenie, czasem nie da się nie zaśpiewać. Poza tym często gramy improwizowane musicale, które uwielbiam. Staram się poddawać temu co świat daje mi w danym momencie życia. Gdybym miał przed sobą karierę muzyczną, to pewnie odstawiłbym na jakiś czas aktorstwo. Ale, że poza jedną piosenką, moja kariera muzyczna właściwie nie istnieje, to na daną chwilę zrezygnowałbym właśnie z niej, bo tak naprawdę niewiele bym stracił.
Ostatnio w jednym z programów śniadaniowych zaprezentował Pan piosenkę „Czekam na telefon”. Proszę opowiedzieć coś więcej o Pana zespole – Train of Joy.
Zespół Train of Joy, to również wynik mojej przygody z impro. Koleżanka z Impro Ataku – Kamila Salwerowicz, wraz z Mikołajem Lizutem – reżyserem i autorem scenariusza, pracowali nad monodramem pod tytułem „Czekam na telefon“ w Teatrze Nowym w Łodzi. Poprosili mnie, żebym użyczył głosu postaci muzyka, a potem o zaśpiewanie piosenki. Po nagraniu stwierdziliśmy, że powinniśmy założyć zespół.
Porozmawiajmy o..nazwie. Skąd pomysł? Czy z nazwą związana jest jakaś historia?
Nazwa zespołu pochodzi bezpośrednio z tekstu spektaklu, czyli spod pióra Mikołaja Lizuta. Tak jak w impro korzysta się ze zbiorowej wyobraźni partnerów na scenie, tak w tym przypadku stwierdziliśmy, że warto skorzystać z wyobraźni twórców spektaklu. Nazwa bezpośrednio wyjęta ze sztuki teatralnej, wydała nam się odpowiednia dla grupy aktorów, którzy spontanicznie chcą założyć zespół.
Jak wyglądają najbliższe plany zespołu? Pojawi się teledysk do piosenki? Będą koncerty?
Na teledysk i koncerty trzeba będzie jeszcze trochę poczekać. Najpierw musimy się zebrać i nagrać płytę.
Jak pogodzić aktorstwo z muzyką? Bywa czasem trudno?
Chyba bardziej na odwrót. Pogodzenie muzyki z aktorstwem, jest bardzo trudne kiedy sporo się pracuje. Dlatego tak ciężko nam się zebrać, żeby coś nagrać. Każdy ma jakieś zajętości i trochę się mijamy, ale mimo wszystko jestem dobrej myśli.
Przejdźmy jednak do aktorstwa. Jak trafił Pan do serialu „Komisarz Alex”?
Niestety nie wiąże się z tym żadna ciekawa historia. Po prostu miałem szczęście i wygrałem casting.
Nabycie jakich umiejętności okazało się konieczne, by mógł Pan wiarygodnie wcielać się w rolę młodszego aspiranta Gustawa Bielskiego?
Przed rozpoczęciem zdjęć i w trakcie miałem kilka szkoleń. Okazuje się, że nie wystarczy wziąć do ręki pistolet i wycelować. Do wiarygodnego odtworzenia roli policjanta potrzeba wyćwiczyć bardzo specyficzne ruchy i przyzwyczajenia obchodzenia się z bronią, które ludzie pracujący w tym zawodzie mają już we krwi. Są również odpowiednie procedury podczas aresztowania, obezwładniania i zakuwania w kajdanki. Na szczęście jako nieopierzony młodszy aspirant mam prawo być odrobinę niezdarny.
Co było najtrudniejsze? Obstawiam, że najwięcej frajdy sprawiało Panu strzelanie (Śmiech.)
Najtrudniej było zapamiętać i wykonać dostatecznie szybko rzeczy, które policjant robi zazwyczaj odruchowo i w ułamku sekundy. Instrukcja obsługi kajdanek też nie była łatwa. Co do strzelania, to rzeczywiście było super.
Serial daje Panu możliwość współpracy nie tylko z aktorami, ale także z…psem. Kiedy po raz pierwszy poczuł Pan więź z serialowym Aleksem?
W Alexie, czyli tak naprawdę w Rockym zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Ale dopiero po pewnym czasie zaczął reagować na moje wołanie i polecenia. Potem sam przychodził się bawić i chciał, żeby go głaskać. Wtedy zdobył moje serce już na dobre.
Czy granie z psem jest tak samo wymagające jak granie w towarzystwie dzieci? Jakie jest Pana zdanie na ten temat?
Wydaje mi się, że trochę mniej. Pies częściej słucha poleceń, mniej przeszkadza kiedy się nudzi i nie zadaje pytań. Dzieci kocham za to wszystko i pomimo tego, ale na planie, bądź w teatrze potrafią zajść za skórę.
Proszę na koniec opowiedzieć coś o filmie „Autsajder” z Pana udziałem. Kiedy premiera?
„Autsajder” to historia chłopaka, któremu kilka niefortunnych zdarzeń wywraca życie do góry nogami. Moja rola jest niewielka, wcielam się w postać milicjanta, który lubi przemoc. Z tego co wiem film będzie miał premierę jeszcze w tym roku.
Proszę zdradzić jak prezentują się Pana najbliższe plany zawodowe.
Większość planów zawodowych wiążę z grupą teatralną Impro Atak. Nawet wakacje spędzam improwizując. Nad morzem, ok. 8 kilometrów od Rewala powstała Wioska Artystyczna Janowo. Mamy tam swój teatr komedii improwizowanej – profesjonalną scenę, na której można grać spektakle i koncerty. W trakcie sezonu gramy w Teatrze Nowym w Łodzi, w Operze Leśnej w Sopocie, w Teatrze Stu w Krakowie, w Promie Kultury Saska Kępa w Warszawie i sporadycznie na różnych scenach w innych miastach. Liczba miłośników teatru impro ciągle rośnie, więc pracy jest sporo. Uczę również aktorstwa  w dwóch szkołach – w gimnazjum w Warszawskiej Szkole Filmowej oraz w liceum w Międzynarodowej Szkole Mistrzostwa Sportowego w Łodzi. Wkrótce zaczynam przygodę z filmem „Legiony”, gdzie gram Mańka – jednego z legionistów. No i oczywiście prace nad płytą naszego zespołu. Zapowiadają się pracowite miesiące, ale kocham to co robię, więc nie mogę się doczekać.
Materiał archiwalny z dnia 2 sierpnia 2018 roku do przeczytania również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji


Krystyna Mazurówna: "Mam taką wadę - wszystko robię sama"

Krystyna Mazurówna: "Mam taką wadę - wszystko robię sama"





















Przy okazji imprezy czytelniczej "Lato z książką" w Ustroniu udało mi się porozmawiać z Panią Krystyną Mazurówną, która spotkała się z czytelnikami, by zaprezentować tytuł "Nasi za granicą".

Spotykamy się w ramach "Lata z książką" w Ustroniu. Jak wrażenia po spotkaniu z czytelnikami?

Było świetnie. Nie jest to moja pierwsza wizyta w tym mieście. Za każdym raem jestem pozytywnie zaskoczona.

 Wyniki czytelnictwa z roku na rok gwałtownie spadają. Jak Pani myśli, co ma na to największy wpływ? Można jakoś to zmienić, jakoś temu zaradzić?

Trudno temu zaradzić, ponieważ moim zdaniem to zjawisko światowe. E book wypiera książkę tradycyjną. To może być przejściowe. Może znowu przyjdzie moda na czytanie. Mam nadzieję, że książka przeczeka i ponownie dojdzie do kresu świetności.

Uważa Pani, że tego rodzaju imprezy mają wpływ na wzrost czytelnictwa w Polsce?

Na pewno. Mają na to wpływ takie imprezy oraz organizowane w ich ramach spotkania z autorami. Kiedy poznajemy lepiej autora, mamy ochotę poznać jego twórczość.

Przyjechała Pani do nas, by zaprezentować książkę "Nasi za granicą". Proszę opowiedzieć na początek, co zainspirowało Panią do napisania książki o rodakach za granicą?

Zainspirowało mnie przede wszystkim to, że od piędziesięciu lat mieszkam w Paryżu. Widocznie jestem jednak patriotką, znam wielu Polaków z tych okolic. Każdy ma inną przygodę, ale są pewne prawa, które tym wszystkim rządzą. W książce opisałam kilkanaście postaci. Po co? Z jednej strony ku przestrodze, ale też, aby z dystansem opowiedzieć niektóre historie.

Czy ktoś namawiał Panią do podjęcia tej tematyki czy była to przede wszystkim Pani decyzja?

To, co robię jest wyłącznie moim pomysłem. Mam taką wadę, że wszystko robię sama.

Proszę opowiedzieć coś o procesie twórczym powstania książki.

Trudno mi się zabrać do pisania, ale kiedy już to zrobię, trudno mi się oderwać od komputerka. (Śmiech.) Piszę szybko, prawie bez poprawek. Napisanie jednej książki trwa u mnie około trzech miesięcy, do czego dochodzi skomplikowany cykl wydawniczy. Raz na rok moja nowość pojawia się w księgarniach.

Składa się z Pani obserwacji, anegdot i opowieści. Czy ma Pani ulubioną anegdotę w niej zawartą? Czego dotyczy?

Nie mam jednej. Moja książka naszpikowana jest anegdotami tak, jak życie każdego z nas. Wystarczy je zauważyć i opisać. 

Z czytelnikami dzieli się Pani również doświadczeniem emigrantki. Czego emigracja Panią nauczyła?

Trzeba być pokornym. Kiedy chce się zmienić kraj, trzeba zmienić też swoje przyzwyczajenia i mentalność. Musimy przyjmować kulturę otaczającego nas świata.

Zdarza się Pani czasem zatęsknić za Polską?

Wtedy natychmiast wsiadam w samolot i tu przylatuję. Robię to mniej więcej do czterech razy w miesiącu. 

Proszę opowiedzieć o książce nad którą obecnie Pani pracuje. 

Będzie inna od poprzednich.   Jest bardzo osobista, oparta na własnych przeżyciach. Będzie o miłości. 

W związku z okolicznościami, w których się spotykamy wszystko oscyluje dzisiaj wokół książek. Jakie książki czyta Pani w wolnych chwilach?

Czytam przede wszystkim polskie nowości wydawnicze. Mam jednak takich autorów, którzy swoją twórczością towarzyszą mi przez całe lata. Uwielbiam Marka Hłasko, Bukowskiego i wielu innych. 

Jaki tytuł zachwycił Panią ostatnio? Co poleciłaby Pani naszym czytelnikom?

Waszym czytelnikom polecam wyłącznie czytanie moich książek, ponieważ jestem samolubna. (Śmiech.) 

Materiał archiwalny z dnia 14 lipca 2018 roku do przeczytania również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji


Magda Szczepanek: „Chcę być po prostu szczęśliwa"

Magda Szczepanek: „Chcę być po prostu szczęśliwa"





















Magda Szczepanek, aktorka młodego pokolenia, znana przede wszystkim z serialu „Policjantki i policjanci“ w szczerej rozmowie z Mariolą Morcinkovą.

Proszę na początek powiedzieć, jak to się zaczęło? Kiedy zdecydowała Pani, że zostanie aktorką?

Moja scieżka zawodowa od zawsze wiązała się z  marzeniami o scenie. Najpierw przez lata śpiewałam, brałam udział we wszystkiech możliwych konkursach i fetiwalach piosenki, potem przyszła pora na programy telewizyjne i właśnie dzięki „Szansie na sukces“ trafiłam na deski teatru. Ówczesny Dyrektor Teatru im. S.Żeromskiego w Kielcach obejrzał program z moim udziałem (wygrałam odcinek) i zaprosił mnie do współpracy. Był to musical „Ania z  Zielonego Wzgórza“ w rezyserii Jana Szurmieja...to był początek mojej teatralnej przygody.

Czy od najmłodszych lat lubiła Pani występować na scenie, kreować postaci? Uczęszczała Pani do kółek tetralnych, czy zafascynowanie tym zawodem przyszło z czasem?

Tak jak wspomniałam, najpierw był śpiew. Ale już do gimnazjum poszłam do klasy o profilu dziennikarsko - teatralnym. Zawsze ciągnęło mnie w kierunku sceny. Uwielbiałam to od małego.

Proszę opowiedzieć o najciekawszych swoich (albo najbardziej odjechanych) pomysłach na życie.

Pomysł na życie? Po prostu być szczęśliwą. Może to banał, ale nie pragnę niczego ponad zrowie, miłość, spełnienie, niezależność i wierzę, że to jest na wyciągnięcie ręki :).

Gdyby miała Pani wskazać jeden, konkretny moment swojego poważnego spotkania z tym zawodem, kiedy to było i jaką rolę Pani zagrała?

Mój powrót do musicalu. Kiedy dowiedziałam się, że w Krakowie powstaje Teatr muzyczny, powiedziałam sobie, że będę w tym zespole.  I tak się stało. Na castingu pojawiło się siedemset osób. Trafiłam do zwycięskiej trzydziestki. Zagrałam w pierwszej produkcji Teatru Variete, w “Legalnej Blodynce", w reżyserii Janusza Józefowicza.

Co jest dla Pani najważniejsze w graniu przed kamerą? 

Naturalność, najważniejsze by kamera nie przeszkadzała…by była niezauważalna w momencie ujęcia.

Lubi Pani oglądać siebie na ekranie, czy tak, jak większość aktorów ma Pani wtedy skłonność do analizowania tego, co mogła zagrać lepiej?

Kilka odcinków musiałam zobaczyć. To mój debiut, potrzebowałam zweryfikować parę rzeczy. Czy lubię? Raczej nie.

Sporą popularność przyniosła Pani rola Aśki w serialu "Policjantki i policjanci". Nabycie jakich umiejętności okazało się dla Pani konieczne, by mogła Pani wcielać się w policjantkę?

Przezde wszystkim posługiwanie się bronią i kajdankami. Przeszłam specjalne szkolenie z  prawdziwym antyterrorystą. Bardzo dziękuję za to doświadczenie.

Podejrzewam, że największą frajdę sprawia Pani strzelanie? (Śmiech.)

Nie nazwałabym tego frajdą.  Adrenalina w momencie mierzenia do człowieka jest nie do opisania. Pomimo tego, że to atrapa, że nie zrobię nikomu krzywdy, jednak samo wyobrażenie sobie takie sytuacji w realu napawa mnie ogronym przerażeniem. 

Co Pani bohaterkę czeka w powakacyjnych odcinkach? Szykuje się jakiś zwrot akcji?

Aśka da się poznać z jeszcze innej strony, cieplejszej i bardziej empatycznej. Zapraszam do śledzenia Jej losów. 

Serial "Policjantki i policjanci" cieszy się powodzeniem wśród widzów. W czym tkwi sukces tego serialu Pani zdaniem?

W ekipie. Na planie pracują wspaniali ludzie, których na ekranach nie widać. Oni są siłą!

Zdarzało się Pani oglądać, zanim trafiła Pani na plan?

Przyznam szczerze, że zaczęłam oglądać dopiero w momencie otrzymania zaproszenia na casting.

Występuje Pani również w Krakowskim Teatrze Variette. Co daje Pani Teatr? Można powiedzieć, że jest dla Pani miejscem szczególnym?

Zdecydowaie tak. Teatr jest bezpośrednim spotkaniem z widzem. Magią tu i teraz. Bez dubli. Jest.              
I należy go przyjąć takim, jakim jest w danym momencie. Niesamowite przeżycie. Niezwykłe. Polecam.

Gdzie po wakacjach będzie można Panią oglądać? Proszę na koniec opowiedzieć o najbliższych planach. 

Musical „Chicago“ w reż. Wojtka Kościelniaka, w Krakowskim Teatrze Variete a takze pod koniec września, zagram ostatni raz w tym roku kaledndarzowym „Dziewczynę z  plaktau“- farsę muzyczną, gdzie wcielam się w tytułową Polly Perkins. Zapraszam serdecznie! I oczywiście widzimy się w dziewiątem sezonie serialu „Policjantki i policjanci“.

Materiał archiwalny z dnia 18 lipca 2018 roku do przeczytania również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji


środa, 1 sierpnia 2018

Tomek Szczepanik: „Publiczność odwzajemnia naszą energię”

Tomek Szczepanik: „Publiczność odwzajemnia naszą energię”




























Z Tomkiem Szczepanikiem, frontmanem zespołu Pectus rozmawiałam Przy okazji XIX Pikniku Ekologiczno – Leśnego w Wiśle.

Ostatnio często bywacie na Śląsku. 30 maja zagraliście na 7. koncercie charytatywnym „Wyśpiewajmy marzenia” w Cieszynie. Jak wspomina Pan to wydarzenie?

Koncert Charytatywny „Wyśpiewajmy marzenia”, który odbył się pod koniec maja w Cieszynie wspominam bardzo dobrze. Jak każde wydarzenie muzyczne, na którym mogę występować razem z braćmi. Dajemy z siebie wszystko, a publiczność odwzajemnia naszą energię. Bardzo się cieszę z każdej możliwości powrotu na Śląsk. Dzisiaj widzimy się w Wiśle…

Spotykamy się na Pikniku Ekologiczno – Leśnym. Co zostało przygotowane na dzisiejszy koncert?

Od jakiegoś czasu prezentujemy naszym słuchaczom bardzo rozbudowany koncert multimedialny. Dzisiaj ponownie pojawi się niespodzianka w postaci wokalistek, które zaśpiewają razem z nami. Pojawi się Maryla Rodowicz i Kayah.

Od naszej ostatniej rozmowy minął rok, ale Wy przez cały ten czas ostro pracujecie. 6 kwietnia odbyła się premiera Waszej płyty „Pectus Akustycznie” to podobno płyta inna od wszystkich. Na czym ta inność polega?

Płyta jest bardzo podobna do odsłony świątecznej „Kolędy przy kominie”. Również została nagrana na tzw. „setkę”, czyli za jednym razem i przy użyciu instrumentów akustycznych. Kto był na naszym koncercie akustycznym, może poczuć ten klimat akustycznego grania. Na naszej płycie nie ma ani anegdot, ani opowieści z dzieciństwa, które opowiadane są na koncertach, ale rzeczywiście można na chwilę przenieść się w tą atmosferę.

Czy płyta akustyczna powstała w pewnym stopniu z sentymentu do Waszych największych przebojów?

Fani zainspirowali nas do tego, by taka płyta powstała. Chcieli zabrać ze sobą tą atmosferę do domu lub samochodu, by móc przedłużyć nasze spotkanie. (Śmiech.)

To płyta z gościnnym udziałem Włodka Pawlika. Skąd pomysł na połączenie Waszych sił artystycznych? Proszę opowiedzieć coś więcej.

Z Włodkiem Pawlikiem poznaliśmy się na koncercie kolędowym. Grał swoje kolędy, my śpiewaliśmy swoje po góralsku. Po koncercie usiedliśmy razem i tak zaczęła się nasza muzyczna przygoda. Dużym przeżyciem dla nas będzie akustyczna trasa koncertowa z udziałem Włodka, która ruszy po wakacjach.

Czy wszystkie występy odbywać się będą z udziałem Waszego gościa specjalnego?

Będzie to trasa specjalnie syngowana. Najpierw Włodek zagra swój recital, a potem połączymy siły. Na pewno będzie to wielka gratka dla fanów.

Singlem promującym płytę została piosenka „Do góry nogami”. Dlaczego padło na ten utwór?
Tę piosenkę napisałem specjalnie dla Włodka. Wszystkie pozostałe pochodzą z naszych poprzednich płyt.

Przejdźmy o krok dalej w naszej rozmowie. W zaistniałych okolicznościach musimy porozmawiać o Waszej piosence na Mundial. „Smak zwycięstwa”. Panie Tomku, skąd pomysł na taką realizację teledysku?

To był mój pomysł, by zebrać przyjaciół i znajomych i stworzyć klip zarejestrowany w całości telefonami komórkowymi. Nasza reprezentacja nie pokazała się z najlepszej strony, ale serce kibica i piłkarza zawsze zostanie z Polską.

Czy trudno jest zrealizować cały klip telefonem komórkowym?

Nie. Ogranicza nas wyobraźnia i filmiki nadesłane.

Kto wygra Mundial? Jak Pan obstawia? (Śmiech.)

Mundial wygra Francja. (Śmiech.) (Wywiad został przeprowadzony przed finałem Mundialu. przyp. red.)

Proszę na koniec opowiedzieć o najbliższych planach zespołu.

Koncerty multimedialne. Zapraszam też na trasę akustyczną z udziałem Włodka Pawlika. Ruszamy po wakacjach. Szczegóły na naszej stronie www.pectus.com.pl

Materiał archiwalny z dnia 7 lipca 2018 roku do przeczytania również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

Kamila Kamińska: "W filmach poszukuję emocji"

Kamila Kamińska: "W filmach poszukuję emocji"



























Fot. Marek Zimakiewicz

Kamila Kamińska, aktorka pojawiła się w Cieszynie z okazji 20. edycji przeglądu filmowego Kino na Granicy / Kino na Hranici.

W Cieszynie pojawia się Pani z okazji jubileuszowego, 20. Przeglądu Filmowego Kino na Granicy. Jaki jest Pani stosunek do tego typu imprez?

Imprezy tego rodzaju traktuję jak święto kina. Kiedy jest mi dane w uczestniczyć w cieszyńskim święcie, mogę się tylko cieszyć. 

To jeden z najbardziej znanych przeglądów filmowych w Polsce. W jaki sposób Pani dowiedziała się o nim?

Dostałam zaproszenie od dyrektora programowego, Łukasza Maciejewskiego. 

Zrzesza fanów i sympatyków kina, a nieprzejednanym atutem tego festiwalu jest jednoczenie kultury polskiej, czeskiej i słowackiej. Jakie są trzy rzeczy, z którymi kojarzą się Pani Czechy?

Czechy kojarzą mi się z piwem, z teatrem, ponieważ pierwszy festiwal teatralny na którym byłam odbywał się w Brně oraz z poczuciem humoru w czeskich filmach. 

Jakie filmy lubi Pani oglądać z perspektywy widza? Czego Pani w nich poszukuje?

W filmach poszukuję emocji. Ważne jest dla mnie, kiedy film mnie porusza, wciąga w historię, hipnotyzuje, przestrasza… Emocje mogą być różne. Kiedy film je we mnie wywołuje, znaczy, że wnosi coś w moje życie. 

Jakie filmy udało się Pani obejrzeć w ramach KNG? 

Zobaczyłam czeski film "Tłumacz", nadrobiłam też zaległości w polskich filmach. Obejrzałam filmy - "Pewnego razu w listopadzie", "Plan B" oraz "Wieża. Jasny dzień". 

Który zrobił na Pani największe wrażenie?

Największe wrażenie zrobił na mnie film "Wieża. Jasny dzień", który działa na podświadomość. Jestem zaskakiwana, w których momentach on na mnie oddziaływuje. Odczuwałam niepokój, napięcie, podążałam za bohaterkami, nie wiedziałam momentami, co jest prawdą, a co nie. Czułam się jak w metaforycznym wirze osobowości, które mieszają świat realny i świat metafizyki.
"Pewnego razu w listopadzie" wgniata w fotel, ponieważ porusza ważne, istotne dla Polaków, a także dla każdego człowieka kwestie znalezienia własnego miejsca w świecie.

Na festiwal przyjechała Pani z filmem "Najlepszy". Co jest najlepszego w tej produkcji? W czym tkwi jej siła?

Sukces tkwi w najlepszej ekipie. (Śmiech.) Świetnie pracuje się z takimi ludźmi. Oczywiście trzonem jest niesamowita historia. Jerzy Górski to człowiek, który pokonał wiele swoich słabości, przeszedł walkę nieprawdopodobnie imponującą stając się z „cienia człowieka” „człowiekiem z żelaza”. Nie każdy codziennie wygrywa podwójnego ironmana, tym bardziej, tocząc walkę z uzależnieniem, dlatego warto poznać jego historię. Podziwiam Jurka za to, że dziś dzieli się swoim doświadczeniem z innymi. My, jako ekipa, mogliśmy stworzyć film, który będzie niósł historię w świat, za co dziękuję.

Proszę zdradzić coś z kulis pracy nad filmem.

Pamiętam ogromne różnice temperatur, kiedy kręciliśmy sceny, które np. miały odbywać się wiosną, a w rzeczywistości padał śnieg. Kiedy w takich warunkach trzeba grać, że jest nam ciepło, robi się ciekawie. 

Bardzo bałam się sceny, w której szyję łuk brwiowy. Na szczęście było bezpiecznie,dzięki położonemu silikonowi przez charakteryzatorkę, a wcześniej uczyłam się szycia od doświadczonego chirurga. Kiedy jednak przyszedł ten moment, zawsze istnieje szczypta adrenaliny. Przynajmniej wiem, że to tylko kropla w morzu tego, co doświadczają lekarze na codzień, a mnie pozostanie satysfakcja.

Przy okazji projekcji filmu "Najlepszy" spotkała się Pani z publicznością. Co jest dla Pani w tych spotkaniach najważniejsze?

Ważny jest kontakt z publicznością. Lubię poznać reakcje, jakie film wywołuje. Zdarza się, że widzowie rozważają kwestie w filmie, do których wcześniej nie przywiązywałam wagi, co daje do myślenia. Wspaniałe są momenty, kiedy po obejrzeniu filmu zachodzi w widzu zmiana, czasami od razu, czasami po jakimś czasie. Wtedy czuję, że zrobiliśmy coś z sensem, że było warto.

Proszę na koniec opowiedzieć o najbliższych planach zawodowych. 

Obecnie trwają zdjęcia do dwóch seriali z moim udziałem - trzeci sezon „Diagnoza”, gdzie wcielam się w dr Kalinę Wysocką, oraz „Barwy szczęścia”, gdzie robię zamieszanie jako Regina Czapla.



Materiał archiwalny z dnia 26 czerwca 2018 roku do przeczytania również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji