niedziela, 13 maja 2018

Kamil Wodka: "Poznawanie zawodu ratownika medycznego jest dla mnie najfajniejsze"

Kamil Wodka: "Poznawanie zawodu ratownika medycznego jest dla mnie najfajniejsze"


























Z aktorem młodego pokolenia, Kamilem Wodką, znanym szerszej publiczności z roli Nowego w serialu "Na Sygnale" spotkałam  się przypadkiem, przy okazji 20. edycji festiwalu KNG. Zaowocowało to spontaniczną rozmową.

Spotykamy się przy okazji 20. edycji Festiwalu Kino na Granicy w Cieszynie. W jaki sposób Pan dowiedział się o nim?

Pan Łukasz Maciejewski jest nie tylko dyrektorem programowym KNG, ale także moim wykładowcą w szkole filmowej. Zaprosił wszystkich z mojego roku, przyjechaliśmy w dziewięć osób. Świetnie się bawimy. 

Który z filmów obejrzanych przez Pana w ramach KNG zrobił na Panu największe wrażenie?

To trudne pytanie. Wydaje mi się jednak, że był to film "Dzikie róże". Historia w nim zawarta zrobiła na mnie duże wrażenie, a atmosfera filmu była mega wciągająca. Kolejny filmy, który bardzo mnie poruszył to "Wieża. Jasny dzień", aczkolwiek nie do końca jest to rodzaj kina, który preferuję.

Trzy rzeczy, z którymi kojarzą się Panu Czechy to...

Czeskie piwo, Festiwal Kino na granicy/ Kino na Hranici, na którym teraz jesteśmy i mile spędzany czas. 

Ulubione miejsce w Cieszynie to...

Chyba klub festiwalowy, choć jest tu wiele urokliwych miejsc. 

Porozmawiajmy o serialu "Na sygnale". W jakich okolicznościach trafił Pan do Leśnej Góry?

Szukałem pracy i na szczęście udało mi się ją znaleźć. (Śmiech.) Poszedłem na casting, który wygrałem. 

Nowy - bardzo ciekawa postać. Co jest dla Pana najtrudniejsze w graniu ratownika medycznego, a co najfajniejsze?

Nigdy wcześniej z ratownictwem medycznym nie miałem nic wspólnego, więc poznawanie tego zawodu jest dla mnie najfajniejsze, a jednocześnie najtrudniejsze. Zapamiętywanie terminów medycznych to prawdziwy koszmar.  

Jak radzi Pan sobie z przyswajaniem nazewnictwa medycznego? Jaka była najtrudniejsza zbitka językowa, którą musiał Pan przyswoić?

Jest sporo takich rzeczy, bo Nowy lubi się wymądrzać. (Śmiech.) To kwestia otrzymania scenariusza z wyprzedzeniem i powtarzania najtrudniejszych kwestii przez trzy dni (Śmiech.) Wszystkiego można się nauczyć. A z trudniejszych wyrażeń to może: anaphylaxia, commotus anaphylaciticus, albo dekstrometorfan.

Czy zdarza się Panu improwizować na planie?

Tak, nawet dosyć często. Czasami lubię sobie dodawać teksty – wtedy dźwiękowiec nie ma ze mną lekko. Na planie mamy konsultantów medycznych, którzy korygują nasz scenariusz na bieżąco do potrzeb inscenizacyjnych. 

Materiał archiwalny z dnia 30 kwietnia 2018 - do przeczytania również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

Stanisław Cywka: "Widz powinien mieć swoją interpretację filmu"

Stanisław Cywka: "Widz powinien mieć swoją interpretację filmu"


























W ramach 20. edycji festiwalu KNG w Cieszynie miałam przyjemność rozmawiać z aktorem młodego pokolenia, Stanisławem Cywką. Film "Truskawkowe dni" z jego udziałem emitowany był w ostatnim dniu przeglądu filmowego, a po jego projekcji aktor wraz z Mateuszem Królem i Przemysławem Sadowskim spotkali się z widzami.

Aktorstwo to dziś niepewny zawód. Co spowodowało, że postanowiłeś go wybrać? Miał na to wpływ fakt, że pochodzisz z artystycznej rodziny?

Na pewno fakt, że pochodzę z artystycznej rodziny miał na mój wybór pewien wpływ. Nie mogę stwierdzić, że na 100% zdecydowałem się na tę drogę. Mam osiemnaście lat, najważniejsze wybory dopiero przede mną. Żyję dniem, robię to, co lubię. Strach niepewnym zawodem nie hamuje mnie, by się w nim spełniać. 

Czy już od najmłodszych lat przejawiałeś zainteresowanie sztuką – lubiłeś występować, kochałeś scenę? 

Pierwsze doświadczenia z kamerą miałem w wieku lat dziesięciu. To wczesny wiek. Nie brałem nigdy udziału w kółkach teatralnych, to mnie nie fascynowało. Od zawsze największe wrażenie robiła na mnie praca z kamerą i świat dużego ekranu. Może na fascynacje teatrem przyjdzie jeszcze czas. 

Nawiązując do tego, co powiedziałeś, Twoje pierwsze spotkanie z kamerą nastąpiło, kiedy miałeś dziesięć lat. W jakich okolicznościach?

Wziąłem udział w castingu do serialu "Ratownicy". Wiele osób stwierdziło, że dostałem tę rolę ze względu na to, że grał tam mój tata. Może faktycznie po części tak było. Na początku drogi rodzina bardzo mi pomagała. Jednak reszta ról to moja droga, poprzedzona ciężką pracą. 

Masz dopiero 18 lat, a na swoim koncie masz już wiele ciekawych ról, a Twój dorobek ciągle się rozrasta. Czy masz wśród dotychczas zagranych ról swoją ulubioną, szczególną?

Najważniejszą rolą, która zostanie ze mną na całe życie będzie debiut w filmie "Królewicz olch". Tego się nie zapomina. Był to niesamowity projekt o trudnym temacie. Zawsze będę miło go wspominać. 

Jak wspomiasz pracę nad tym projektem?

Bardzo dobrze. Miałem to szczęście, że reżyserem był Kuba Czekaj, wspaniały człowiek. To były nasze debiuty. Mój debiut na dużym ekranie oraz jego pierwszy film. Myślę więc, że przeżywaliśmy to wszystko barzdo podobnie. Cieszę się, że swoją poważną przygodę z filmem zaczynałem w świetnej atmosferze, w otoczeniu wspaniałych ludzi. To jest ważne.

To właśnie z tym filmem pojawiłeś się rok temu na KNG. W tym roku przyjechałeś na zakończenie festiwalu zaprezentujesz "Truskawkowe dni". Co takiego jest w tym festiwalu, że lubisz tu wracać?

Festiwal KNG uważam za szczególny. Głównie ze względu na jednego z organizatorów, Łukasza Maciejewskiego. To wspaniały człowiek. Panuje tu rodzinna atmosfera. Miło się tu wraca.

Opowiedz proszę coś więcej o swojej roli w "Truskawkowych dniach". 

Film opowiada o polskiej rodzinie, która w celu zarobkowym wyjeżdża do Szwecji. Wcielam się w postać Wojtka, który podczas pobytu poznaje swoją rówieśniczkę, Annelie. Dochodzi między nimi do pewnej relacji, która nie podoba się obydwu rodzinom. To prawdziwy obraz ludzi, którzy tam pracują. Rozmawialiśmy również z osobami, które naprawdę tam pracują. Niektóre historie były wręcz makabryczne.

Co jest głównym przesłaniem tego filmu?

Widz za każdym razem powinien mieć swoją interpretację filmu, przez nikogo nienarzuconą. Opowiada o miłości i często trudnych relacjach międzyludzkich. 

Masz już swoje ulubione miejsca w Cieszynie?

W jednej z cieszyńskich restauracji zjadłem wczoraj dobry jabłecznik, ale nie pamiętam, w której. (Śmiech.) Rynek również uwielbiam. 

Jakie filmy lubisz oglądać z perspektywy widza? Czego w nich poszukujesz?

To zależy od mojego nastroju. Lubię kino psychologiczne, filmy, które dają do myślenia. 

KNG jest okazją do spotkań z kulturą polską, czeską i słowacką. A z czym Tobie kojarzą się Czechy?

Euro 2012, czeskie piwo i język, który jest podobny do polskiego. 

W jakich jeszcze innych festiwalach filmowych bierzesz udział?

Przede wszystkim pojawię się na Festiwalu w Cannes, ale też w Gdyni i w Koszalinie. 

Podobno w produkcji jest film "My name is Sara". Co opowiedziałbyś o Borysie, którego tam zagrasz? Kiedy premiera?

Premiera planowana jest na 2019 roku. Główną bohaterką jest Żydówka. Film opowiada o wojnie i czasach, w których wszyscy Żydzi byli mordowani. To film historyczny. Pojawiam się w roli jednego z partyzantów. Więcej nie zdradzę. 

Najbliższe plany. 

Za dwa tygodnie wyjeżdżam po raz pierwszy do Cannes, przed wyjazdem czekają mnie jeszcze zdjęcia do nowego serialu Canal+ "Nielegalni", którego premiera najpóźniej  odbędzie się w 2019 roku. 

Materiał archiwalny z dnia 1 maja 2018 - do przeczytania również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji





Maria Sadowska: "Muzyka będzie we mnie na zawsze"

Maria Sadowska: "Muzyka będzie we mnie na zawsze"


























W ramach 20. edycji przeglądu filmowego Kino na granicy/Kino na hranici rozmawiałam z Marią Sadowską. 

Reżyser, jurorka, czy wokalistka? Które określenie najtrafniej Panią opisuje?

Najtrafniejsze dla mnie określenie to artystka multimedialna. 

Działalność w tylu dziedzinach sztuki jednocześnie to ogrom obowiązków. Jak tak to pogodzić?

Im więcej pracujesz, tym więcej masz wolnego czasu. Wszystko jest możliwe. W tym, by wszystko się udało bardzo pomaga mi moja rodzina. 

Gdyby nastała taka konieczność, z czego byłoby Pani łatwiej zrezygnować, z muzyki, czy reżyserowania?

Muzyka jest moim pierwszym zawodem, będzie we mnie zawsze. To bardzo zazdrosna dziedzina sztuki. Muzykiem nie przestaje się być. Chciałabym bardziej poświęcić się reżyserowaniu filmów, ponieważ im jestem starsza, tym więcej mam do powiedzenia.                      

Mam nadzieję, że nigdy nie będę musiała wybierać. Zawsze mogę robić jedno albo drugie. 

Spotykamy się przy okazji 20. edycji KNG. W jakich okolicznościach dowiedziała się Pani o festiwalu?

W Cieszynie jestem już trzeci raz. Mam wiele wspomnieć związanych z tym miastem. Chętnie wracam do Cieszyna. 

Według mnie jednym z największych atutów tego wydarzenia jest spotkanie się kultury czeskiej, polskiej i słowackiej w jednym miejscu. Czy Pani też tak uważa?

Kultura łączy ludzi. To bardzo ważne. Pokazujemy sobie, że mamy być ponad granicami, spotykać się, wymieniać myśli. Artyści tworzą jeden naród, wszystkie festiwale fantastycznie to pokazują. 

Jakie filmy lubi Pani oglądać z perspektywy widza?

Lubię kino przygodowe i sci-fi. Sama chciałabym kiedyś zrobić taki film. Bardzo podoba mi się również kino społeczne, które dotyka ważnych tematów. Życie jest słodko - gorzkie. Lubię kino, które to odzwierciedla,

Jakie są trzy rzeczy, z którymi kojarzą się Pani Czechy?

Piwo, czeskie kino i literatura.

"KNG" jest świetną okazją do spotkań z publicznością. Lubi Pani momenty wymiany opinii z widzami? Co jest dla Pani wtedy najważniejsze?

Oczywiście. Lubię te spotkania. To szalenie miłe, że w tak słoneczny dzień ludziom chce się przyjść do kina. Każde spotkanie z widzem jest ważne. 

Jeśli niczego nie pominęłam, podczas festiwalu zostaną wyświetlone trzy Pani filmy. "Demakijaż" i "Sztuka kochania". Jaka jest Pani recepta na dobry film?

Nie ma czegoś takiego. Ważne jest rzetelne przygotowanie się do stworzenia filmu. 

Który z Pani filmów jest dla Pani najważniejszy i dlaczego?

Mam jeszcze mało filmów, więc trudno powiedzieć. Każdy z nich jest inny. Lubię "Dzień kobiet", ma werwę. Filmy, które tworzę posiadają wspólny mianownik, a jest nim rytmika. 

Proszę sprecyzować swoje najbliższe plany. 

Pracuję nad różnymi scenariuszami. W tym roku chciałabym wydać płytę, a w przyszłym ruszyć w trasę koncertową. 

Materiał archiwalny z dnia 30 kwietnia 2018 - do przeczytania również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

Ireneusz Czop: "Emocjami opowiadam czyjąś historię"

Ireneusz Czop: "Emocjami opowiadam czyjąś historię"


























Czy poprzez czytanie audiobooka można zarazić się miłością do gór? Na to i wiele innych pytań odpowiedział Ireneusz Czop przy okazji 20. Kino na Granicy w Cieszynie, którego od kilku lat jest stałym bywalcem. To moja trzecia rozmowa z aktorem. 

To już kolejne nasze spotkanie, przy okazji festiwalu KNG. Co takiego w nim jest, że tak bardzo lubi Pan tutaj wracać?

Niesamowity klimat. W Cieszynie schodzi z nas całe napięcie. Mamy okazję spotkać się i porozmawiać o rzeczach, które nas cieszą. 

W ubiegłym roku prezentował Pan tutaj film “Miłość w mieście ogrodów”. Proszę opowiedzieć naszym czytelnikom, o czym jest film i kogo Pan w nim gra.

To opowieść o Michale, który jest architektem. Człowiek spełniony od strony rodzinnej i zawodowej. Nic nie zapowiada przełomu w jego życiu i przewartościowania pewnych spraw. Coś się wypaliło. Nie wiem, czy to kryzys wieku średniego. Chciałbym, aby widz poszedł za moim bohaterem, śledził jego dylematy i wybory.                                                                                                                           

Myślę, że film jest obrazem naszego czasu. Gonimy za czymś, co tak naprawdę oddala nas od źródła. Okazuje się, że wiele rzeczy przez to tracimy. W pewnym momencie okazuje się, że warto zmienić nawigację. 

Film, to jedno, teatr, to drugie. Woli Pan pracę przed kamerą, czy na scenie? 

Tego nie umiem powiedzieć. Ostatnimi czasy kamera bardziej mnie pochłania. Pomimo szaleństwa produkcyjnego ma bardziej racjonalny tryb. 

Pracę w teatrze również bardzo lubię. Jedna sztuka poprzedzona jest wieloma miesiącami ciężkiej pracy, a spotkania z określonym tytułem nie są zbyt częste. 

Niesłabnącą popularnością cieszy się spektakl z Pana udziałem “Czarownice z Salem”, czy jest szansa, że ruszycie z trupą na spektakle wyjazdowe? Zapewne nie jeden widz z Cieszyna i okolic zechciałby zobaczyć Pana na scenie.

O to trzeba zapytać waszego krajana, Mariusza Grzegorzka, który jest demiurgiem tego przedstawienia. (Śmiech.) Uważam, że byłoby fantastycznie, gdyby  zaprezentował w tej okolicy więcej swoich spektakli. Świetnie by się przyjęły. 

Jak Pan myśli, skąd bierze się tak ogromna popularność tego spektaklu?

Problematyka spektaklu jest bliska ludziom. 

Jest Pan świeżo po premierze audiobooka “Ja, pustelnik” - biografii słynnego himalaisty, a obecnie polarnika, Piotra Pustelnika. Czyta Pan tę biografię. To pierwszy kontakt z tą formą... poniekąd także sztuki?

Nie jest to mój pierwszy kontakt z tą formą, aczkolwiek po raz pierwszy czerpałem z tego tyle przyjemności. Myślałem, że jestem całością, muszę być widziany i słyszany, by istnieć. Okazało się jednak, że znalazłem przestrzeń głosu, który opowiada emocjami czyjąś historię. 

Co najbardziej Pana urzekło w historii Piotra Pustelnika?

Pasja. Jej koszty są ogromne. Ponoszą je rodziny i przyjaciele pasjonatów. 

Piotr Pustelnik zwierza się w swojej książce z najgłębszych uczuć i przeżyć związanych z Himalajami, ale nie tylko. Czy, czytając jego losy zaraził się Pan także miłością do gór?

Tak. Myślę, że poczyniłem krok w tę stronę. Jak wszystko dobrze pójdzie, to za rok spotkamy się tutaj z moimi doświadczeniami, które bliżej o tym opowiedzą. Góry to męska przygoda i pasja, która bardzo weryfikuje. Kiedy jest się związanym z kimś liną, żarty się kończą. To jest piękne. 

Audiobook już w sprzedaży. A jakie plany na najbliższą przyszłość? Nowe role, nowe wyzwania?

O najbliższych planach nie mogę opowiadać. Wolę dzielić się efektami razem z doświadczeniami.

Jak już wspomniałam, na Festiwalu Kino na Granicy bywa Pan regularnie. Zdążył Pan sobie szczególnie upodobać jakieś miejsca w Cieszynie?

Miejsca, które polubiłem w Cieszynie, związane są z ludźmi. Odkrywam je na zasadzie, że ktoś mówi mi, że gdzieś jest fajnie. Cały Cieszyn jest przepiękny i w każdym momencie można tu coś nowego znaleźć. 



Materiał archiwalny z dnia 30 kwietnia 2018 - do przeczytania również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

piątek, 27 kwietnia 2018

EXCLUSIVE: Mikołaj Roznerski: "Jesteśmy dla widzów. Bez nich nie istniejemy"

Mikołaj Roznerski: "Jesteśmy dla widzów. Bez nich nie istniejemy"






















Przed spektaklem "Kłamstwo" w Rybniku miałam przyjemność rozmawiać z Mikołajem Roznerskim. Rozmawialiśmy o Telekamerach, wadze prawdy w codziennym życiu i najnowszych filmach z udziałem aktora.

Po raz pierwszy rozmawialiśmy w 2014 roku, minęło więc od tego momentu sporo czasu. Jakie najważniejsze zmiany zaszły w Twoim życiu zawodowym? Opowiedz o tych dla siebie najważniejszych.

Zrobiłem od tego momentu kilka filmów na dużym ekranie. Od trzech lat biorę udział w teatrach objazdowych, w całej Polsce zagrałem prawie trzysta spektakli. Zrobiłem trzy seriale w różnych stacjach komercyjnych. Cały czas gram w "M jak Miłość" i tak zostanie, bo jest mi tam dobrze. Pojawiają się bardzo ciekawe wątki, scenarzyści mi zaufali. Ta praca nie przeszkadza mi w realizowaniu się w innych projektach. 

Jeśli niczego nie ominęłam, od tego czasu zagrałeś w ośmiu filmach kinowych. Gdybym poprosiła o wskazanie najważniejszej roli dla Ciebie  wśród tych tytułów, na którą mogłoby paść?

Każdy  jest ważny, ale film  "Chce się żyć" był w moim odczuciu szczególny. Zdobył wiele nagród w Polsce, ale też za granicą. Po zagraniu w nim dostałem kilka nowych propozycji zawodowych. 

W ostatnim czasie na ekrany kinowe weszły filmy "Narzeczony na niby" i Kobieta sukcesu". Czy spotkałeś się już z pierwszymi recenzjami na temat filmów?

Tak. Z tego, co wiem film "Narzeczony na niby" obejrzało półtora miliona widzów. To lekki repertuar, momentami wzruszający. "Kobietę sukcesu" na ten obejrzało siedemset tysięcy widzów, a film cały czas jest w kinach. Ilość widzów to najlepsza recenzja. 

Przy takiej ilości filmów z Twoim udziałem pokazy premierowe to dla Ciebie pewnie chleb powszedni. (Śmiech.) Lubisz oglądać siebie na ekranie, czy masz wtedy tendencję do wyszukiwania czegoś, co można było lepiej zagrać albo poprawić? 

Nie lubię oglądać siebie na ekranie. Za każdym razem jest to dla mnie ogromny stres. Choć przyznam, że już lepiej to znoszę. Może dlatego, że coraz lepiej gram w tych filmach. (Śmiech.) Oglądanie filmów jest konieczne, by później móc o nich mówić. 

Filmy to jedno, ale nie można pominąć też seriali. A na pewno nie możemy przejść obojętnie obok kultowej "Emki". (Śmiech.) Moim zdaniem Marcin jest jednym z najbardziej lubianych bohaterów serialu. Również dlatego, że wiele przeszedł, a życie dalej go nie oszczędza... Co Tobie najbardziej podoba się w Marcinie?

Najbardziej podoba mi się jego konsekwencja. Jest nieustępliwy i wierny swojemu słowu. Nie układa mu się w życiu, ale ciągle walczy. Scenarzyści stworzyli bohatera, który z jednej strony jest Supermenem, a z drugiej ciepłym ojcem, ale też zawadiaką, który nie da sobie w kaszę dmuchać. To jest fajne. 

To jeden z tych bohaterów, który na oczach widzów przeszedł ogromną przemianę. Co jest dla Ciebie w tej roli najważniejsze?

Prawda, wrażliwość i to, że postać Marcina mnie nie nudzi. Bardzo ją lubię.

Najbardziej wymagające dla aktora chyba jest granie z małym dzieckiem. Czy mam rację?

Tak. Wymaga ogromnego skupienia i dyscypliny. Staś Szczypiński jest już w takim wieku, że zaczyna działać po swojemu. Jestem z nim w ścisłym kontakcie, mamy dobre relacje, również prywatne. Nie boi się, a na planie słucha tylko mnie. Kiedy nadchodzi moment krytyczny, trzeba go czasem czymś zabawić albo przekupić. (Śmiech.) Wtedy ja się tym zajmuję. 

Płynnie chciałabym przejść do tematu Telekamer, czyli tego, czego absolutnie nie możemy przemilczeć. 12 lutego otrzymałeś swoją pierwszą statuetkę. Nie zapytam o to, ile waży (Śmiech.) Spodziewałeś się tej nagrody? 

Nie spodziewałem się. Sama nominacja była dla mnie ogromnym zaszczytem. Znalazłem się w zacnym gronie, bo obok Krystiana Wieczorka, Bartka Kasprzykowskiego, Macieja Zakościelnego i Michała Żurawskiego. Nagroda i tak ogromna przewaga głosów była dla mnie dużym wyróżnieniem. 

Jaka była Twoja pierwsza reakcja?

Emocje podczas ogłoszenia wyników były stopniowane. Chciałem, by wreszcie padło jakieś nazwisko. (Śmiech.) Nagrodę wręczała Małgorzata Pieńkowska. Kiedy mnie odczytała, serce prawie wyskoczyło mi przez gardło. Musiałem na szybko wymyślić konstruktywną przemowę. (Śmiech.) 

To nie jedyna nagroda, którą ostatnio otrzymałeś. Warto też wspomnieć o Wielkim Teście TVP, który wygrałeś w parze z Marcinem Rogacewiczem. Na jaki cel przeznaczyliście nagrodę?

Wydaje mi się, że Wielki Test o Aktorach i Aktorkach wygraliśmy trochę fartem, ale bardzo dobrze się komunikowaliśmy. Część odpowiedzi zaznaczaliśmy intuicyjnie. Nagrodę w wysokości trzydziestu tysięcy złotych przeznaczyliśmy na Warszawskie Hospicjum dla Dzieci. 

Porozmawiajmy jednak o spektaklu "Kłamstwo", z którym przyjechałeś do Rybnika. Jak opisałbyś swojego bohatera?

Mój bohater - kłamca. (Śmiech.) Tak, jak wszyscy w tym spektaklu. Tu każdy udaje. Pokazujemy ludziom, że najgorsza prawda jest lepsza od kłamsta. Kłamstwo zawsze wychodzi na jaw.

Co najbardziej podoba Ci się w tym spetaklu?

Jego prostota. Kłamiemy bardzo naturalnie. To  inteligentny spektakl. Pokazuje widzowi wartość prawdy. Wszystko to wzbogacone jest fenomenalną obsadą i świetną reżyserią. 

Występy w całej Polsce są także okazją do spotkań z sympatykami. Jakie jest najczęstsze, a jakie najśmieszniejsze pytanie?


Bardzo chętnie wychodzę do ludzi. Robimy sobie zdjęcia, rozdaję autografy. Jesteśmy dla widzów, bez nich nie istniejemy. Najczęstsze pytanie dotyczy losów Marcina Chodakowskiego. 

Porozmawiajmy jeszcze o spektaklu "Dwoje na huśtawce", który jest obecnie w przygotowaniu, a występujesz w nim z Anną Dereszowską. Kiedy premiera?

Premiera odbędzie się w połowie czerwca w Teatrze Imka w Warszawie. To spektakl wyjazdowy, wystawiany będzie w całej Polsce. Serdecznie zapraszam. Piękna historia o miłości również dla tych, którzy widzieli kiedyś film. 




Materiał archiwalny z dnia 15 kwietnia 2018 - do przeczytania również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

środa, 25 kwietnia 2018

Antoni Pawlicki: "Pomaganie jest odpowiedzią na pytanie, skąd bierze się cierpienie"

Antoni Pawlicki: "Pomaganie jest odpowiedzią na pytanie, skąd bierze się cierpienie"






















Po pierwszym spektaklu "Pierwszy do raju" w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie miałam przyjemność rozmawiać z Panem Antonim Pawlickim. Program "Azja Express", podróże i istota pomagania, to jedne z wielu tematów, które poruszyliśmy.

Bardziej aktor, czy podróżnik? Które określenie trafniej Pana opisuje?

Mam nadzieję, że zawsze bardziej pasować będzie do mnie określenie aktor. To mój zawód i moja największa pasja. Aktorstwo jest dla mnie na pierwszym miejscu. Bycie podróżnikiem to moja odskocznia od tego zawodu. Zajmuję się tym w czasie wolnym. 

Jakie było najfajniejsze miejsce, które Pan odwiedził?

Takich miejsc było sporo. Zaliczam do nich Indie i Iran. Indie odwiedziłem trzykrotnie. Bardzo ciekawi mnie ta odmienność od naszej rzeczywistości. W Indiach występuje zupełnie inna kultura, inni ludzie. Jest tam coś bardzo nieprzystającego do naszej rzeczywistości. Może to być związane z tym, że są hinduistami. Religia ta inaczej myśli o czasie. Tu najważniejsza jest teraźniejszość. Przyszłość nie ma większego znaczenia.                                                                                                Jeśli chodzi o Iran, to też bardzo stara kultura. My, z racji tego, że jesteśmy wychowani w greckiej kulturze, mamy wrażenie, że jako Europa jesteśmy centrum Świata. Okazuje się jednak, że w Iranie kultura perska jest dużo starsza i o wiele bardziej rozwinięta. Ludzie są tam bardzo mili, niezwykle otwarci. Występuje tam mnóstwo starych zabytków. Kraj pustynny jest niebywały, bardzo odmienny od naszego. To bardzo interesujące miejsce. 

Podróż marzeń to...

Myślę, że moją podróżą marzeń na ten moment jest Ameryka Południowa. Azja jest miejscem przeze mnie już trochę spenetrowanym, ale z Ameryki Południowej byłem tylko w Brazylii i Wenezueli. Chciałbym spenetrować Amazonię i odkryć Andy. 

Wygrał Pan poprzednią edycję programu Azja Express. Proszę powiedzieć, które z miejsc poznanych dzięki programowi, zrobiło na Panu największe wrażenie?

To temat na długą rozmowę, ponieważ trasa wyścigu nie przebiegała w miejscach interesujących podróżniczo. Była zorganizowana w miejscach, które mają infrastrukturę zapewniającą oprawie show możliwość poruszania się po tym kraju. Trafialiśmy do miejsc w których widzieliśmy kawałek życia, które nie jest dotknięte przez turystykę. To było świetne i naturalne. Myślę, że z tych wszystkich miejsc, które odwiedziłem, najciekawszy był dla mnie Bombaj. Nigdy wcześniej tam nie byłem. To wspaniałe miasto w którym jest ogromny tygiel kultury oraz pozostałości kolonialnej brytyjskiej architektury. Cieszę się, że pojechałem tam do pracy, ponieważ nie wiem, czy w innych okolicznościach trafiłbym tam. 

Zadam pytanie, które często pada po zakończeniu programów tego typu. Czy gdyby otrzymał Pan propozycję jeszcze raz, zdecydowałby się na udział w Azja Express?

(Śmiech.) Tak. Była to fajna przygoda i wspaniała zabawa w podchody w obcym kraju. Wygrałem, więc trudno żebym nie był zadowolony z udziału w tym programie. (Śmiech.)

Przejdźmy o krok dalej. Spotykamy się w Teatrze w Cieszynie, po pierwszym spektaklu "Pierwszy do raju". Jak wrażenia? Publiczność dopisała?

Tak. Publiczność jest bardzo serdeczna. Gramy komedię, więc chodzi o to, by ludzie spędzili miło czas i dobrze się bawili. To bardzo piękny teatr. Nigdy wcześniej w nim nie grałem. Cieszę się, że mogłem tu przyjechać. 

Kogo gra Pan w tej komedii? Lubi Pan swoją postać?

Staram się lubić każdą postać którą gram, wtedy łatwiej się w nią wcielić. Gram budowlańca, który jest bardzo pewny siebie, ma dosyć proste poczucie humoru. Ginie i staje przed bramą raju. Tam musi rozliczyć się ze swoich przeszłych czynów i postarać się, by móc tam wejść. 

Czy prawdą jest, że to właśnie komedia jest najtrudniejszym gatunkiem dla aktora? Dlaczego? 

Tak, to bardzo trudny gatunek, ponieważ wymaga różnych form. Warsztat w komedii jest nielekki. Bardzo często chodzi o to, by trzymać rytm, tempo, wyczuwać puenty. Nie lubię szmirowania o które łatwo w komedii. 

Pan  lepiej czuje się odgrywając postacie komediowe, czy wcielając się w czarny charakter?

(Śmiech.) Lubię jedne i drugie. Ostatnio gram sporo bohaterów komediowych, więc chętnie podjąłbym się dramatycznej roli. 

Poszukiwałam stricte czarnego charakteru w Pana dorobku artystycznym i wyszło mi, że na ten moment to prokurator Siedlecki z serialu "W rytmie serca". Mam rację?

Nie wiem, czy jest to najczarniejszy charakter, ponieważ grałem postać Diabła w filmie "Wszystko gra", ale gdybym miał wybierać z postaci, które gram obecnie, to myślę, że prokurator Siedlecki jest z nich wszystkich najbardziej negatywny. W tym serialu podoba mi się najbardziej to, że postaci są niejednoznaczne. Siedleckiego poznajemy bliżej i okazuje się, że nie ma tylko ciemną stronę, ale też dobrą. To bardzo ciekawe. 

Ktoś mi kiedyś powiedział, tu cyt. "zło jest atrakcyjne dla sztuki". Zgadza się Pan z tym stwierdzeniem?

Zgadzam się z tym stwierdzeniem. Wszyscy mamy w sobie dwie strony - dobrą i złą i taki konflikt odbywa się w nas nieustannie. Sztuka o tym opowiada.

Serial "W rytmie serca" cieszy się ogromną popularnością. Jak Pan myśli, w czym tkwi jego sukces?

(Śmiech.) Nie jestem specjalistą, ale uważam, że w temacie. Serial opowiada o społeczności z małych miast, a widzowie mogą się z tymi bohaterami identyfikować. Drugim czynnikiem jest obsada. Nie mówię tylko o sobie. (Śmiech.)  Występują m.in Piotr Fronczewski, Andrzej Zieliński, czy Zbigniew Zamachowski. Spotkanie z nimi na planie było cudownym doświadczeniem. 

Zdarza się Panu oglądać serial? Z tego, co wiem, nie bardzo lubi oglądać Pan siebie na ekranie...

Nie mam telewizora. Nie przepadam za oglądaniem swoich dokonań. Czasem oglądam z czystej zawodowej ciekawości. 

Udziela się Pan charytatywnie. Co jest dla Pana najważniejsze w pomaganiu potrzebującym?

Ostatnio znalazłem odpowiedź na to pytanie. Pomaganie jest odpowiedzią na pytanie, skąd bierze się cierpienie. Ciężko na to odpowiedzieć.  Nie ma racjonalnego wytłumaczenia, dlaczego niewinni ludzie i dzieci cierpią. Dla mnie tą odpowiedzią jest pomoc. Podróżuję po kontynentach, w których życie jest znacznie trudniejsze. To mnie uwrażliwia. Widziałem w swoim życiu dużo biedy i patologii. Wydaje mi się, że nasze możliwości pomagania są ogromne, powinniśmy więc to robić. 

Nawet jeden z amuletów z "Azja Express" przekazał Pan na licytację na rzecz Domu Dziecka w Chotomowie. Jakie akcje charytatywne obecnie Pan wspiera?

Dochód z programu "Azja Express" przeznaczyłem na trzy fundacje, które zawsze wspieram. To Fundacja Anny Dymnej Mimo Wszystko, która zajmuje się dorosłymi osobami niepełnosprawnymi umysłowo. Drugą jest Budzik Ewy Błaszczyk. Ta fundacja zajmuje się dziećmi w śpiączce i prowadzi klinikę Budzik. Ania i Ewa są dla autorytetami, poświęciły swoje życie na pomaganie. Trzecią jest Fundacja New Hope Africa Maili Tatu To Tu, którą prowadzi mój kolega, Paweł Huk. Fundacja pomaga pewnej szkole w Afryce. Szkoła jest w Kenii, byłem tam i widziałem tę potworną biedę i patologię. Dzieci głodują, panuje tam pernamentna susza. Region nie jest wspierany przez rząd, więc jest kompletnie zapomniany. Mój kolega stara się pomóc. Szkołę udało się wyremontować. Stałym elementem jest też program dożywiania. 

Na zakończenie rozmowy proszę opowiedzieć coś o filmie "Legiony", którego premiera planowana jest na 2019 rok. Pojawia się Pan jako Jerzy Topór - Kisielnicki. Czy trudno jest wcielać się w postacie historyczne?

Nie jest to duża rola. Jerzy Topór - Kisielnicki to postać rzeczywista. Był ułanem. To trudne. Muszę znaleźć usprawiedliwienie dla działań tych ludzi, ponieważ jestem pacyfistą. Opowiadanie o wojnie jest dla mnie kontrowersyjne. Przez pewnego rodzaju wydarzenia i bohaterskie działania Polaków o których często opowiadają filmy, budowana jest świadomość historyczna. Patriotyzm polega na tym, żebyśmy znali swoją historię i wiedzieli, co nasi przodkowie zrobili dla naszego kraju. Warto o tym opowiadać i przywoływać bohaterskie postawy. Cieszę się, że miałem okazję zagrać w tym filmie i mam nadzieję, że będzie ciekawy.

Materiał archiwalny z dnia 6 kwietnia 2018 - do przeczytania również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

wtorek, 24 kwietnia 2018

Kamil Durczok: "Dziennikarstwo to opisywanie świata"

Kamil Durczok: "Dziennikarstwo to opisywanie świata"















16 kwietnia w Domu Zdrojowym w Jastrzębiu Zdroju odbyło się spotkanie z Kamilem Durczokiem  i prezydent miasta Anną Hetman z mieszkańcami. Po zakończonym spotkaniu rozmawialiśmy.

Spotykamy się w Jastrzębiu w ramach cyklu spotkań "O mieście bez politykowania". Pytanie na początek - czy da się rozmawiać bez polityki? (Śmiech.)

Jak się okazało, przez trzydzieści pięć minut można było. Potem polityka wdarła nam się totalnie do dyskusji, ale uważam, że skoro tak długo rozmawialiśmy bez politykowania, to i tak jest to duży sukces.

Jakie są Pana ulubione tematy codziennej rozmowy?

Niestety, na normalną rozmowę o tym, co dzieje się wokół mam najmniej czasu. Najczęściej rozmawiam na tematy zawodowe.

Na czym skupiał Pan najwięcej uwagi, kiedy przygotowywał się do dzisiejszego spotkania? Czy było coś takiego, co szczególnie chciał Pan przekazać gościom podczas dzisiejszej debaty?

Myślałem o tożsamości. O tym, czym jest dla mnie. Szukałem w miarę uniwersalnego klucza, żeby o niej opowiadać. Przedstawiałem swój punkt widzenia. Nie próbowałem nikomu narzucać ani reguł, ani definicji tego słowa.

Co jest dla Pana najważniejsze w spotkaniach tego typu?

Ludzie. Lubię ludzi, więc kiedy przychodzą i chcą rozmawiać, to jest dla mnie najważniejsze.

Czy któreś z pytań, które zostało Panu zadane, zaskoczyło Pana szczególnie? Jakie? 

Nie, zauważyłem jednak, jak ważny dla jastrzębian jest temat Muzeum Solidarności. To wzbudza tutaj ogromne emocje. Gdyby szukać mitu założycielskiego, wokół którego można byłoby coś zbudować, byłby to niewątpliwie taki temat.

Przejdźmy o krok dalej w naszej rozmowie. Na swoim koncie ma Pan książkę "Przerwa w emisji", wydaną w 2016 roku. Niezwykle wzruszająca, czyta się wspaniale. Ktoś Pana namówił na jej wydanie, czy była to wyłącznie Pana decyzja?

Na początku nie chciałem się do tego odnosić, ale potem pomyślałem, że skoro wielu ludzi opisuje moją historię, wypowiada się tak, jakby wiedzieli o mnie wszystko, to może ja też to zrobię i opowiem o tych ostatnich dwudziestu latach.

Co było dla Pana najważniejsze podczas procesu jej powstawania? Na czym skupiał się Pan najbardziej?

Każde z wydarzeń, które opisuję w książce, wiąże się z ważnymi dla mnie emocjami.

Co według Pana jest największą siłą "Przerwy w emisji"? Moim zdaniem - otwartość i szczerość...

To trochę ekshibicjonistyczna książka, ale wobec czytelników miała być uczciwa i prawdziwa.

Muszę o to zapytać. Czy jest szansa na kolejny tytuł w Pana dorobku?

Nie wiem. Jestem tak zajęty, że na pisanie nie ma czasu.

Nie sposób jednak pominąć portalu Silesion.pl, którego jest Pan założycielem. To "najważniejsze źródło informacji na południu Polski". Co jest według Pana najfajniejsze w tej stronie?

To, że pokazuje nowy Śląsk, wypełniony sztuką, artystami, muzyką i lokalną polityką, która bywa dużo bardziej pasjonująca, niż warszawskie przepychanki. Nie prezentujemy Śląska pełnego węgla, stali i przemysłu.

Znajduje się również na niej "Strefa Durczoka". To Pana autorskie teksty. O polityce, o życiu - o wszystkim. Czym kieruje się Pan przy doborze tematów? Czy również zwraca Pan uwagę na to, opinie na jaki temat chcieliby poznać czytelnicy?

Dziennikarstwo to opisywanie świata. I to, jak go widzę jest tematem moich tekstów, czy nagrań video. Piszę o tym, z czego jestem dumny, co mnie cieszy, wkurza i za co jest mi wstyd.

Już 1 maja wystartuje Pan w WIELKIM BIEGU w Bobolicach. Jak przygotowuje się Pan do startu?

Od kilku miesięcy przygotowuję się bardzo intensywnie. Sporo biegania i ćwiczeń. Mam nadzieję, że nie padnę gdzieś po drodze na trasie. (Śmiech.)



Materiał archiwalny z dnia 16 kwietnia 2018 - do przeczytania również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji