poniedziałek, 20 maja 2019

Malwina Buss: "Róża" dała mi wiele możliwości"

Malwina Buss: "Róża" dała mi wiele możliwości"




















fot. Zuzanna Szamocka

W ramach 21. festiwalu Kino na granicy / Kino na hranici miałam przyjemność rozmawiać z Panią Malwiną Buss.

W Cieszynie pojawia się Pani z okazji 21. Przeglądu Filmowego Kino na Granicy. Jaki jest Pani stosunek do tego typu imprez?

Festiwale filmowe są fantastyczne.  W krótkim czasie można nadrobić zaległości filmowe. W Cieszynie jest wyjątkowo, ponieważ wszystko traktowane jest tutaj jako przegląd filmowy. Nie ma ciśnienia, kamer, pompy.

To jeden z najbardziej znanych przeglądów filmowych w Polsce. Jest Pani stałym bywalcem tego wydarzenia. Czy pamięta Pani swoją pierwszą wizytę na nim 4 lata temu?

Od trzech lat bywam tutaj regularnie,  mój partner pochodzi z tych stron. Udaje nam się łączyć czas świąteczny z filmową majówką. 

Zrzesza fanów i sympatyków kina, a nieprzejednanym atutem tego festiwalu jest jednoczenie kultury polskiej, czeskiej i słowackiej. Jakie są trzy rzeczy, z którymi kojarzą się Pani Czechy?

Z Milanem Kunderą, Petrem Zelenką i z...czeskimi knedlami. (Śmiech.) 

Jakie filmy lubi Pani najbardziej z perspektywy widza? Czego Pani w nich poszukuje?

Najbardziej lubię filmy fantastyczne, które są o marzeniach i dzieją się poza rzeczywistością. Dużo filmów tego gatunku można zobaczyć właśnie na festiwalach.

W roku ubiegłym przyjechała Pani z filmami "Najpiękniejsze fajerwerki ever" oraz "Najlepszy", a w tym przywiozła Pani ze sobą film "Róża". Rola w którym z tych filmów była dla Pani większym wyzwaniem? Można tak to porównać? 

Trudno powiedzieć. W "Róży" zagrałam dziewięć lat temu, byłam przed szkołą. Była to praca, która bazowała przede wszystkim na mojej naturalności, a nie  na warsztacie aktorskim. "Najpiękniejsze fajerwerki ever" były jednym z pierwszych projektów, które zrealizowałam po szkole, więc byłam bardziej świadoma jako aktorka, bawiłam się z materiałem. 

Co najbardziej się Pani podoba  w  filmie "Róża", a za co Pani zdaniem najbardziej ceni¹ go widzowie?

Nie będę obiektywna. Lubię ten film, ponieważ dał mi dużo możliwości. Myślę,  że  ludzie w "Róży" cenią  historię miłości dwojga ludzi, która odgrywa się na tle bardzo ciężkich i dramatycznych zdarzeń. 

Festiwal KNG to także spotkania z widzami. Co jest dla Pani w nich najważniejsze?

Lubię słyszeć od ludzi co myślą o filmach, które oglądają.  Nie ma kluczy do filmów. Każdy oglądając jeden konkretny film może zobaczyć w nim zupełnie co innego. 

Nie sposób też przejść obojętnie obok serialu "Belfer" z Pani udziałem. Bezapelacyjnie podbił serca fanów. Jakie czynniki według Pani składają się na ten sukces? Czy będzie kolejny sezon?

Po części na pewno na sukces tego serialu składa się tajemnica, którą stworzyła produkcja. Wszystko odkrywane było stopniowo. Dopiero kręcąc ostatni odcinek dowiedzieliśmy się, kto jest zabójcą. Przyznam, że każdy z aktorów miał nadzieję, że padnie na jego postać. 

Co opowiedziałaby Pani o kulisach powstawania tego serialu?

Był to projekt, który był najprzyjemniejszy w tworzeniu. Czuliśmy się jak na koloniach, dużo było młodych aktorów.  Wszyscy się bardzo polubiliśmy, zresztą z częścią klasy mamy kontekt do tej pory.

Najbliższe plany.

Nie mogę na razie nic zdradzić. :)

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji 

sobota, 27 kwietnia 2019

EXCLUSIVE: Tomáš Kollárik: "W Krakowie i Levicach zostawiłem swoje serce"

Tomáš Kollárik: "W Krakowie i Levicach zostawiłem swoje serce"


















fot. Kasia Panas

W Warszawie miałam ogromną przyjemność spotkać się z aktorem młodego pokolenia, Tomášem Kollárikiem. Rozmawialiśmy o jego rodzinnych stronach, Towarzystwie Słowaków w Polsce, ale także o serialu "M jak miłość". 

Urodził się Pan w Levicach na Słowacji, ale od ponad 22 lat mieszka Pan w Krakowie, które nazywa swoim rodzinnym miastem. W jednej z rozmów przyznał Pan, że Słowakiem czuje się Pan dzięki Tacie, a Polakiem dzięki Mamie... Ma Pan jakieś ulubione wspomnienie związane ze Słowacją, z Levicami? Często wraca Pan w tamte strony?

Przyznam, że Levice i Kraków traktuję jako dwa moje najbliższe domy. Na Słowację jeżdżę do dwóch razy w roku. W dzieciństwie spędzałem tam Wielkanoc. Za każdym razem, kiedy wyjeżdżam z Levic i spoglądam na horyzont, który je otacza, stwierdzam, że wyjeżdżam z domu do domu. Powroty do Polski są za każdym razem pełne ciepła. W Krakowie i Levicach zostawiłem swoje serce. 

W ramach przygotowania do naszej rozmowy natknęłam się na archiwalny (2017) wywiad z Panem, przeprowadzony w ramach audycji "Prameň" emitowanej dla słowackiej mniejszości narodowej w Małopolsce. Jak w chwili obecnej wygląda Pana współpraca z Towarzystwem Słowaków w Polsce? (Spolek Slovákov v Poľsku.)

Spolek Slovákov v Poľsku, czyli Towarzystwo Słowaków w Polsce mieści się przy ulicy św. Filipa w Krakowie. 

Rodzice poznali się w Beskidach, podczas międzynarodowej wymiany studentów, rajdu studenckiego. Przy pierwszym spotkaniu Tato obiecał, że się z Mamą ożeni. Wrócił na Słowację. Przez kilka lat pisali do siebie listy. Potem znowu się spotkali. Wzięli ślub. Kiedy miałem 3,5 roku przyjechaliśmy do Krakowa, gdzie Mama kilka lat wcześniej obroniła dwa fakultety, a Tato znalazł pracę w Towarzystwie Słowaków. 

Kiedy skończyłem studia w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Krakowie, odezwałem się do Towarzystwa. Zrobiłem to trochę z sentymentu, ale też dlatego, aby nadal mieć kontakt ze Słowacją i językiem. W wakacje jeździmy na różnego rodzaju przeglądy, (m.in występy cheerleaderek i pokazy orkiestr dętych). Wszystko dzieje się na terenie Polski przygranicznej, czyli w okolicach Oravy i Spišu. Tam w dalszym ciągu przeżywam moją słowacką przygodę. 

Jak wyglądają Pana najbliższe plany związane z Towarzystwem Słowaków w Polsce?

Nie określamy tak do końca swoich zajętości. To współpraca grzecznościowa. Ustalamy terminy przeglądów, festiwali i po prostu spotykamy się na miejscu. 

Czy to prawda, że chciałby Pan realizować się w zawodzie aktora również na Słowacji?

Takie plany są. Ani publiczność słowacka, ani moja rodzina nie ma możliwości śledzenia mnie w "M jak miłość", ponieważ platformy, które umożliwiają oglądanie serialu w Polsce, niestety posiadają ograniczenia terytorialne. Kiedy będę miał już wystarczająco  interesujące CV, wybiorę się do agencji castingowych na Słowacji. 

Jednak, wróćmy do początków. Co było takim pierwszym impulsem, który spowodował, że wybrał Pan aktorstwo? To dziś niepewny zawód.

Decyzja była podjęta dość spontanicznie. Uczęszczałem do Szkoły Podstawowej i Gimnazjum przy ulicy Strąkowej w Krakowie. Nauczycielem wspomagającym była Pani Agnieszka Rzepka - Basta, która zaproponowała mi udział w Teatrze Nieco Większych Form. Była to forma kabaretu dla dzieci. W ten sposób powstała nasza pierwsza trupa teatralna. Nasz pierwszy występ miał miejsce w Piwnicy pod Baranami w Krakowie. Było to dla nas wszystkich dużym przeżyciem. Poczucie, że chciałbym przekazywać ludziom prawdę nastąpiło w momencie, kiedy byłem lektorem u siebie w kościele. Po pierwszym wejściu na ambonę, choć prawie nie zemdlałem wtedy ze stresu, uświadomiłem sobie, że bardzo mi się to podoba i chcę dalej się tym zajmować. 

Czy jednym z czynników, które miały wpływ na wybór tego zawodu była reklama, od której zaczynał Pan swoją przygodę z kamerą?

Reklama pojawiła się nieco później, ponieważ w trakcie moich studiów na Wydziale Aktorskim PWST w Krakowie. Szkoła skupiała się przede wszystkim na teatrze. Reklama była naturalną koleją rzeczy. Zdecydowałem się na nią z chęci sprawdzenia mojego kontaktu z kamerą. 

Jak Pan wspomina swoją przygodę z reklamą? Czym różni się dzień zdjęciowy na planie reklamy, od dnia zdjęciowego na planie filmu, bądź serialu?

Na planie serialu, filmu i reklamy pracuje się bardzo intensywnie. Prędzej zauważyłbym różnicę między tymi formami artyzmu a Teatrem. Aktor przez półtorej godziny przeprowadza myśli swojej postaci. Jest dużo czasu na skupienie. Próby zaczynają się na kilka miesięcy przed premierą. W serialu i reklamie zazwyczaj wszystko dzieje się w ciągu jednego dnia zdjęciowego. Bardzo wiele czasu na planie zajmuje ustawienie sprzętu. 

Właśnie. Zatrzymajmy się przy serialu "M jak miłość", w którym od  2016 roku wciela się Pan w rolę aspiranta Janka Morawskiego. Nabycie jakich umiejętności okazało się konieczne, by mógł Pan wiarygodnie wcielać się w postać policjanta?

Przede wszystkim pragnę zauważyć powiązanie nazwiska mojej postaci (Janek Morawski) z Moravami na terenie Czechosłowacji, co mnie bardzo cieszy. (Śmiech.) Musiałem opanować umiejętność szybkiego składania broni, co odbywało się w asyście przeszkolonego policjanta, musiałem też nauczyć się szybko zakładać kajdanki, opanować odpowiednią postawę i powagę ważną w tym zawodzie. To umiejętności, które nabyłem dzięki "M jak miłość". 

Która z tych czynności sprawia Panu największą frajdę, a co okazało się dla Pana najtrudniejsze?

Największą przyjemność sprawiają mi sceny walki. (Śmiech.) Są one nadzorowane przez kaskaderów. Nie ukrywam, że właśnie wspominane już przeze mnie szybkie składanie broni jest wymagające. Największym wyzwaniem policjanta, które ja na szczęście przeżywam tylko fikcyjnie jest papierologia, czyli uzupełnianie dokumentów, które musi być za każdym razem przygotowane na odpowiednią godzinę.

Co opowiedziałby Pan o najbliższych losach swojego bohatera?

Nie mogę zdradzać zbyt wiele. (Śmiech.) Ula (Iga Krefft) wiąże się z Bartkiem (Arek Smoleński) a mój bohater tworzy związek z Sonią (Barbara Wypych). Przeżywa zachwianie emocjonalne, jest na rozdrożu, ponieważ nadal czuje coś do Uli. Zobaczymy, co z tego wyniknie. Miejmy nadzieję, że ślub Uli i Bartka przebiegnie bez żadnych komplikacji, ale nigdy nie wiemy, jaką drogę wskaże nam serce. 

Praca z tymi wspaniałymi, młodymi aktorami to czysta przyjemność. 

W czym według Pana tkwi fenomen serialu "M jak miłość"? Od ponad 18 lat "Emka" ma największą oglądalność w Polsce.

Kiedyś pewna Pani powiedziała mi, że nasz serial z bardzo ciekawej perspektywy pokazuje losy polskiej rodziny. Nie pokazujemy tylko momentów w których wszystko dobrze się układa, ale również takie, kiedy rodzina okazuje się największym wsparciem.  Punkt odniesienia jest taki, że wszystko skończy się dobrze. Jeżeli rodzina nas wspiera, mamy tego kogoś, kto nam doradzi, da dobry sygnał. Ciepło i więź emocjonalna jest tym, co najbardziej podoba mi się w "M jak miłość". 

Czy zanim trafił Pan do obsady, zdarzało się go Panu oglądać? Miał Pan swoje ulubione wątki, ulubionych bohaterów?

Tak, oczywiście. "M jak miłość" oglądałem przede wszystkim w dzieciństwie. Kiedy rozpocząłem swoją przygodę z serialem, byłem zaskoczony, że mogę poznać postaci, które widywałem na ekranie. 

Lubi Pan oglądać siebie na ekranie, czy tak, jak, większość aktorów, poszukuje Pan wtedy czegoś, co mógł zrobić lepiej, inaczej?

To trudne. Każdy aktor, który obserwuje siebie na ekranie, podchodzi do siebie bardzo krytycznie, zauważa rzeczy, które mógłby poprawić. Dla celów rozwojowych oglądam odcinki i denerwuję się, że mogłem zrobić coś lepiej.  

Chciałabym poruszyć jeszcze jeden temat. Na próżno szukać Pana oficjalnej strony na Facebooku, czy konta na Instagramie. Nie wierzy Pan w siłę internetu? 

Wierzę w siłę internetu, natomiast na chwilę obecną nie czuję potrzeby prowadzenia swoich profili w mediach społecznościowych. Myślę, że przyjdzie taki czas, że rzucę pewien kontent i pojawię się na Facebooku i Instagramie. Być może pojawi się również moja oficjalna strona internetowa. Mogę jeszcze chwilę zaczekać. Nigdy nie jest za późno. (Śmiech.) 

Proszę na sam koniec sprecyzować swoje najbliższe plany zawodowe. 

Już wkrótce pojawię się gościnnie w jednym z odcinków serialu "Na dobre i na złe", gdzie wcielę się w postać muzyka heavymetalowego. Zmiana z grzecznej stylizacji. (Śmiech.) Widzę wiele możliwości rozwoju artystycznego dookoła siebie. 

Zapraszam Państwa do oglądania nowych odcinków serialu "M jak miłość". 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji 

środa, 24 kwietnia 2019

Anna Powierza: "Tempo czasami mnie przerasta, ale uwielbiam takie życie"

Anna Powierza: "Tempo czasami mnie przerasta, ale uwielbiam takie życie"


















fot. zdjęcie nadesłane

W Jastrzębiu - Zdroju przed spektaklem "Chcesz się bawić? Zadzwoń" miałam ogromną przyjemność rozmawiać z Panią Anną Powierzą. O samym spektaklu, ale również o insulinooporności, logopedii i książce "Moje małe Ciacho".

Po raz pierwszy rozmawiałyśmy w 2016 roku. Minęło więc od tego momentu sporo czasu. Jak podsumowałaby Pani zmiany, które w Pani życiu zawodowym nastąpiły od tego momentu?

Wydarzyło się bardzo wiele. Wszystko idzie do przodu. Czasami to tempo mnie przerasta, ale powiem szczerze, że uwielbiam takie życie. 

Gdyby miała Pani wyszczególnić jedną rolę, która od tego czasu była dla Pani najważniejsza, na którą mogłoby paść?

W chwili obecnej najbardziej na topie jest Charlotta ze spektaklu "Chcesz się bawić? Zadzwoń". To dla mnie nowe wyzwanie, ponieważ premierę mieliśmy w grudniu. Odnajduję w mojej postaci wiele smaków i kolorów. Od samego początku ją lubię. 

Moim zdaniem rola pisarki. (Śmiech.) Zanim porozmawiamy o Pani książce dla najmłodszych, chciałabym wrócić do dwóch poprzednich - "Jak schudnąć kiedy dieta nie działa. Pokonałam insulinooporność i chorobę tarczycy" oraz "Insulinooporność i co dalej". Proszę powiedzieć, kiedy pojawił się u Pani pierwszy pomysł na wydanie tych książek?

Ciężko mi powiedzieć. Pisanie pierwszej książki zaczęłam w momencie, w którym dla samej siebie szukałam informacji co zrobić, żeby schudnąć. Kiedy walczyłam z tym problemem, byłam na diecie i uprawiałam sporty, natomiast moja waga stała w miejscu. Szukałam rady u lekarzy specjalistów. Chcieli żebym się z tym pogodziła, ale ja nie mogłam. Zaczęłam zgłębiać literaturę medyczną, szukałam odpowiedzi i przy okazji robiłam pierwsze notatki. Tę pracę zaczęłam już wtedy, ale na poważnie o książce pomyślałam kiedy znalazłam sposoby, które zaczęły działać. Okazało się, że kobiet z tym samym problemem są rzesze. 

Zgodzi się Pani ze stwierdzeniem, że choroba tarczycy i insulinooporność to choroby, które są najczęściej lekceważone i źle diagnozowane przez lekarzy?

O chorobach tarczycy wiem niewiele, ponieważ u mnie okazało się to nieistotnym problemem. Kilka lat temu na temat insulinooporności nikt nic nie wiedział. Choroba ta nie widniała na liście NFZu, lekarze jej nie diagnozowali. Na przestrzeni tych kilku lat wiele się zmieniło. Mówi się o insulinooporności coraz więcej, lekarze też nie są już obojętni wobec tego problemu. 

Co było dla Pani najważniejsze podczas pisania omawianych przez nas poradników?  Na czym skupiała Pani uwagę przede wszystkim?

Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie. To ogrom wiedzy, który przelałam na papier i wydałam. Moim celem było, aby ta książka pomogła chociaż jednej osobie walczącej z takim problemem. Uznałam, że wtedy moja praca będzie warta całego wysiłku. Dlatego zaciskałam zęby i robiłam swoje. 

Spotyka się Pani z recenzajmi, ewentualnie reakcjami czytelników, którzy przyznają, że Pani książki pomogły im w ich walce z insulinoopornością?

Cały czas spotykam się z takimi opiniami. Po spektaklu w Rybniku podeszła do mnie Pani z książką, podziękowała, że jej pomogłam. Odezwem na pierwszą część była druga książka - "Insulinooporność i co dalej". Będzie trzecia część. Chyba już ostatnia.

Przejdźmy do Pani książki "Moje małe Ciacho", która skierowana jest do najmłodszych. Skąd pomysł, aby bajkę dla dzieci połączyć z ćwiczeniami logopedycznymi?

Wynika to z mojej praktyki. Kiedy urodziłam dziecko, nie było dla mnie w pracy w showbiznesie,  pracowałam jako logopeda. Zajmuje się tym również teraz. Ta książka jest efektem mojej pracy z dziećmi. To ćwiczenia, które razem wykonujemy. Kiedy pracuje się z małymi dziećmi, wszystko musi być podane w formie zabawy.Ważne jest to, by ich zaciekawić. 

Największym problemem logopedów jest zachęcenie dzieciaków do pracy nad mową w domu. "Moje małe Ciacho" jest moją propozycją dla rodziców i dzieci.  

Według jakiego klucza wybierała Pani ćwiczenia, które zawarte zostały w książce?

Nie są to ćwiczenia skierowane w konkretne wady. Mają poprawić motorykę mówienia, wzmocnić głos i emisję głosu oraz dykcję. Chodziło mi o to, aby były interesujące zarówno dla dzieci, jak i dla rodziców. Żeby to wszystko miało sens, ćwiczenia wystarczy wykonywać parę minut dziennie. 

Dzisiaj spotykamy się przed spektaklem "Chcesz się bawić? Zadzwoń" w Jastrzębiu. Jak wyglądały przygotowania do spektaklu?

Była to bardzo intensywna praca. Całość powstała w kilka tygodni. Pracowaliśmy na dwa składy, więc ciężar jednej postaci spoczywał na barkach dwóch osób. Praca zespołowa jest zawsze fajniejsza od indywidualnej. 

Co opowiedziałaby Pani o swojej postaci?

Bardzo ją lubię. Jest pasjonatką, wizjonerką, ma spełnić swoje największe marzenie, czego nie może się doczekać. Spotyka się z wieloma trudnościami, ale ze wszystkich próbuje wybrnąć z klasą. 

To spektakl komediowy. Podobno to najtrudniejszy gatunek dla aktorów. Zgodzi się Pani z tym stwierdzeniem?

Nie mam porównania, bo gram tylko w spektaklu komediowym. Z mojej strony mogę jedynie powiedzieć, że komedia jest moim ukochanym gatunkiem, ponieważ najpiękniejszym, co mogę zrobić jest wywołanie uśmiechu na twarzach widzów. 


Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji 

Martin Budny: "Podróżuję od zawsze"

Martin Budny: "Podróżuję od zawsze"



























fot. Robert Kożuchowski 

W Warszawie miałam ogromną przyjemność rozmawiać z Martinem Budnym, aktorem znanym szerszej publiczności z serialu "Szpital dziecięcy" oraz "Echo serca". 

Jest Pan aktorem specializującym się nie tylko w sztuce, ale także w mediach, performance i kreatywnym pisaniu. Ma Pan na swoim koncie studia w  MFA - Creative practice, Berlin/New York Transart Institute in participation with the University of Plymouth in the UK. Jak wspomina Pan ten czas? 

Dawno o tym nie myślałem. Była to ogromna przygoda. Pracowałem wtedy dla linii lotniczych, byłem w ciągłej podróży. W tym samym czasie byłem na studiach magisterskich w Berlinie i Nowym Jorku. Przez dwa i pół roku żyłem na walizkach. Doświadczenie zamieniłem w projekt artystyczny, który chciałem połączyć z moją pracą.

Jakie miejsca zrobiły na Panu największe wrażenie? Czy można stwierdzić, że jest Pan miłośnikiem podróży?


Podróżuję od zawsze. (Śmiech.) Rodzice byli cały czas w podróży, pomieszkiwali w różnych krajach. Odziedziczyłem to po nich.

Przejdźmy o krok dalej. Co najbardziej fascynuje Pana w  zawodzie aktora?

Personal development (rozwój osobisty, przyp. red.) oraz kontakt z drugim aktorem, który jest bardzo ważny. To mi się podoba.

Czy połączenie działań w tych wszystkich dziedzinach, które wmieniliśmy na samym początku,  nie jest trudne na dłuższą metę?

Wszystko robię po kolei. Te rzeczy są połączone, jedna pomaga drugiej.

Z czego byłoby Panu najprościej zrezygnować, gdyby nastała taka konieczność? Z aktorstwa?  Kreatywnego pisania?

Zajmuję się tym wszystkim na bieżąco, choć przyznam, że maluję nieco mniej, niż kiedyś.

Na szczęście nie musi Pan z niczego rezygnować. (Śmiech.) Poruszaliśmy temat mediów, więc porozmawiajmy też o social media. Jest Pan bardzo aktywny na Instagramie. Swój profil prowadzi Pan jako personal journal. Czym najchętniej dzieli się Pan na Instagramie z followersami?

Profil na Instagramie jest dla mnie swego rodzaju dziennikiem, który przypomina mi, kiedy nad czym pracowałem. Archiwum, które tam tworzę opieram przede wszystkim na tym, czym zajmuję się zawodowo. Staram się by to, czym się dzielę było prawdziwe i szczere.

Co jest według Pana największym plusem social media?

Najciekawsze jest to, że można poznać pracę innych, ale także ich historię. Na Instagramie można stracić dużo czasu, (Śmiech.) ale również wiele ciekawych rzeczy można się dowiedzieć.

Czy Instagram traktuje Pan jako narzędzie ułatwiające kontakt z drugim człowiekiem?

Do pewnego stopnia tak, choć prawdą jest, że ekrany nas nie tylko łączą, ale także dzielą.

Jakie jest najczęstsze pytanie, które zadają Panu w mediach społecznościowych sympatycy?

Nie ma za dużo pytań. Jedyne, które się powtarza to to, skąd jestem.

Przejdźmy do konkretów. Obecnie (od trzeciego odcinka) możemy oglądać Pana w nowym serialu medycznym "Echo serca". Wciela się Pan tam w doktora Thomasa  Jeffersona, byłego partnera Borskiej. Co opowie Pan o swoim bohaterze?

W jednym z wywiadów powiedziałem, że to postać, którą buduję z odcinka na odcinek. Ma dużo problemów, nie daje sobie rady z codziennością. Są momenty, w których nie walczy, a powinien. Nie można się poddawać. Zagranie kogoś, kto zmaga się z problemami jest ciekawym wyzwaniem aktorskim. 

Nabycie jakich umiejętności medycznych okazało się dla Pana konieczne, by wcielał się Pan wiarygodnie w rolę lekarza? Nie zapominajmy jednak, że nie jest to pierwsza taka Pana rola w karierze...

Musiałem opanować dużą ilość tekstu i terminologię medyczną. Podczas pracy nad  rolą pomocy poszukuję w internecie. Oglądam seriale medyczne, zapoznaję się z fachową terminologią i oglądam wywiady z lekarzami. 

Wróćmy do Pana roli w serialu "Szpital dziecięcy". Proszę porównać te dwie produkcje. Jak wspomina Pan tamten czas?

Do momentu, w którym nie pojawiłem się w "Szpitalu dziecięcym" nie wiedziałem, czym jest paradokument. (Śmiech.) Poznałem wspaniałych ludzi i udoskonaliłem warsztat aktorski. 

Zgodzi się Pan przez pryzmat czasu z faktem, że gra aktorska w towarzystwie dzieci jest wymagającym i cennym doświadczeniem zawodowym? 

To wspaniałe doświadczenie. 

Czy aktor może się czegoś w tym momencie nauczyć od dziecka?

Tak, spontaniczności. Dzieci mogą wiele nauczyć nie tylko aktorów, ale także ludzi. 

Wracając jednak do "Echa...". Co Pan najbardziej ceni w tym serialu, a za co w Pana odczuciu najbardziej podoba się widzom?

Cenię obsadę i ekipę. Na planie panuje wspaniała atmosfera. Jestem bardzo wdzięczny, że mogę być częścią tego serialu. 

Jak radzi Pan sobie z fachową terminologią medzyczną i jej przyswajaniem? 

Terminologię medyczną trzeba bardzo intensywnie ćwiczyć. Niektóre terminy trudno wypowiedzieć. (Śmiech.) 

Najtrudniejsze terminy do zapamiętania to...

Defibrylacja (Śmiech.) 

Prosze sprecyzować najbliższe plany zawodowe. 

Już wkrótce rozpoczniemy pracę nad drugim sezonem serialu "Echo serca". 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji 

sobota, 30 marca 2019

Barbara Wypych: „Teatr to mój drugi dom“



Barbara Wypych: „Teatr to mój drugi dom“

















Fot. Mikhail Chubun

W ramach XXIII Dni Teatru w Cieszynie, przed spektaklem "Pomoc domowa" miałam przyjemność rozmawiać z aktorką młodego pokolenia, Panią Barbarą Wypych.

Spotykamy się w ramach XXIII Dni Teatru w Cieszynie. Pytanie na początek - czy Teatr, tak jak dla większości aktorów dla Pani również jest miejscem szczególnym?

Można powiedzieć, że Teatr to mój drugi dom. W Teatrze spędzam bardzo dużo czasu. Próby i spektakle łączą ludzi, więc jestem bardzo zżyta z aktorami, z którymi współpracuję. To dla mnie wyjątkowe miejsce również dlatego, że mam kontakt ze sztuką i z widzem.

Na deskach cieszyńskiego teatru wystąpi Pani w spektaklu "Pomoc domowa". Proszę opowiedzieć o kulisach powstania tej sztuki. Jak wyglądały Pani prace nad rolą?

Atmosfera pracy i ekipa dała poczucie komfortu, mimo, że na początku nie czułam się zbyt swobodnie, z uwagi na autorytet Pani Krystyny Jandy, którą bardzo cenię. Poza pracą nad tekstem próby były dla nas okazją do integracji. Pani Krystyna Janda jako reżyser spektaklu wyznaczała kierunek i aranżowała sytuacje, a za wypełnienie roli odpowiadaliśmy sami, bazując na tym, co mamy w naturze; swoich umiejętnościach, poczuciu humoru i innych przydatnych cechach oddających charakter danej postaci. Na scenie mam wspaniałych partnerów. Gram m. in. z Krzysztofem Draczem - wybitnym aktorem. Dogadujemy się doskonale.

"Pomoc domowa" to farsa. Zgodzi się Pani z stwierdzeniem, że farsa obok komedii jest jednym z najtrudniejszych gatunków do zagrania przez aktorów? W czym Pani zdaniem zawarta jest ta trudność?

Tak. Uważam, że farsa i komedia są formami trudniejszymi od dramatu. Wymaga poczucia humoru w granicach dobrego smaku. Ludzie bywają bardzo śmieszni całkowicie nie zdając sobie z tego sprawy. Komizm często zawarty jest w sytuacji, a więc wystarczy to dostrzec i pozwolić sobie na autoironię. Istnieje cienka granica między byciem śmiesznym, a byciem żenującym. Jeśli chcemy kogoś na siłę rozśmieszyć, okazuje się, że w ogóle nie jesteśmy zabawni. Sama tego doświadczyłam, podczas różnego rodzaju spotkań castingowych.

Co opowiedziałaby Pani o swojej postaci? Co w tej roli okazało się dla Pani największym wyzwaniem?

Moja rola jest dość przerysowana, ponieważ gram kochankę bohatera, który jest ode mnie dużo starszy, ma żonę i ją przede mną ukrywa. Postać „Pszczółki Mai Głuptasek“ jest bardzo naiwna, przaśna, głośna, infantylna, ale też ma w sobie dużo uroku, dzięki czemu widz może ją polubić. Świat w farsie jest przedstawiony w określonej konwencji - widz śledzi losy bohaterów jak gdyby patrzył przez uwypukloną soczewkę.

Co najbardziej Pani podoba się w "Pomocy domowej", a za co Pani zdaniem widzowie cenią ten spektakl?

W „Pomocy domowej“ najbardziej podoba mi się, że jesteśmy świetnie zgranym zespołem. Bardzo się lubimy, spotkania są zawsze dla nas ożywcze, mamy powody do radości, a na scenę wychodzimy z ogromną potrzebą grania i spotkania z widzem. To bardzo satysfakcjonujące.
Wydaje mi się, że widzowie lubią ten spektakl m. in. dlatego, że doskonale widać, że nam, aktorom bycie na scenie również sprawia ogromną frajdę. Gramy bardzo odważnie i szeroko, ze wskazanym dystansem. Wpisany w sztukę absurd nawiązuje do różnych sytuacji, które mogą wydarzyć się rzeczywiście. Ta farsa to taka terapia śmiechem. Mało co tak odpręża jak szczery śmiech, a taki rodzaj odprężenia “Pomoc domowa” w pełni gwarantuje.

Zostańmy w temacie Teatru, ale porozmawiajmy o spektaklu "Psie serce", który był ostatnio transmitowany za pośrednictwem wyjątkowej platformy TheMuBa, której właścicielem jest Borys Szyc. To nowe oblicze Teatru. Co myśli Pani o tym projekcie?

Uważam, że to świetna inicjatywa, ponieważ dostęp do Teatru mają również osoby, które nigdy wcześniej na sztukę by się nie wybrali;  z uwagi na finanse, zajętości, obowiązki, czy problemy. Spektakle, które znajdują się na tej platformie są dostępne w konkurencyjnej cenie, a to jest ogromnym plusem. Są świetnie zarejestrowane. Wiedzę na temat TheMuBy zgłębiłam, przy okazji rejestracji „Psiego serca“, które jest już katalogu platformy. 14 lutego, czyli w dniu transmisji można było oglądać nasz spektakl również w kinach. Miałam ogromną tremę, ponieważ sporo moich znajomych z różnych zakątków Polski oraz z mojego rodzinnego Kalisza oglądało przebieg przedstawienia. Przyznam, że tego dnia odczuwałam taki stres, jaki towarzyszył mi na premierze.

Spróbujmy skonfrontować Pani rolę w "Pomocy domowej" z rolą w "Psim sercu". Którą ze swoich bohaterek lubi Pani bardziej? Można tak to porównać?

Nie, nie można tego porównać. To inne formy, inne postaci, inni reżyserzy, inne teatry itd. Obie role lubię, obie były dla mnie przełomowe z uwagi na fakt, że spotkałam się z ikonami. Przede wszystkim ikoną i ogromnym autorytetem aktorskim jest dla mnie Pani Krystyna Janda. Niesamowicie doceniam możliwość spotkania. Borys Szyc również jest aktorem, którego bardzo cenię. Ma taką - w pozytywnym tego słowa znaczeniu – bezczelność proponowania, otwartość i umiejętność sugerowania rozmaitych rozwiązań na scenie. To niesamowite. Patrząc na Borysa i obserwując jego prace, miałam takie poczucie, że należy pozbyć się wszystkich rzeczy, które uniemożliwiają proces dochodzenia do roli. Trzeba starać się wrócić do momentu, kiedy byliśmy dziećmi, czyli pielęgnować w sobie naiwność i rodzaj infantylności, żeby móc wejść w ułudę, którą tworzymy dla widza.

Na koniec naszej rozmowy zatrzymajmy się przy "Emce", w której od 2018 roku wciela się Pani w rolę Soni Krawczyk. W czym w Pani odczuciu ukryty jest fenomen tego - nie bójmy się użyć tego słowa - kultowego serialu?

Fenomen „M jak miłość“ tkwi przede wszystkim chyba w tym, że to bardzo rodzinny serial przedstawiający rodzaj nienachalnej codzienności. Pojawiają się w nim tematy, które są uniwersalne i dotyczą większości widzów. To takie “żyćko” podglądane przez dziurkę od klucza. Myślę, że dlatego ten serial jest tak licznie przez widzów oglądany.

Czy zanim trafiła Pani do serialu, zdarzało się Pani go oglądać?

Przyznam szczerze, że serial oglądałam w latach szkolnych, a więc pamiętam jego początki. Emitowany jest od osiemnastu lat. Wyjątkowe było dla mnie to, że poznałam aktorów, którzy do tej pory grają w serialu, a których pamiętam z ekranu telewizora jak na przykład Pani Teresa Lipowska, czy Pani Małgorzata Pieńkowska. Teraz mam okazję zobaczyć całą machinę produkcyjną od drugiej strony. W tym zawodzie piękne jest to, że przez wielorakość zadań i aktywności spotykamy się w różnych konfiguracjach. Niezależnie, czy robimy rzeczy ambitne, czy komercyjne. Z każdych spotkań czerpiemy naukę.Jestem ciekawa kolejnych. W ostatnim czasie praca na planie„Stulecia Winnych“ była dla mnie wyjątkową serią spotkań. Taka intensywność bycia i pracy twórczej gwarantuje rozwój. A na tym mi bardzo zależy.

Co opowiedziałaby Pani o swojej postaci z serialu „Stulecie winnych“?

„Stulecie winnych“ w reżyserii Piotra Trzaskalskiego to opowieść z historią w tle, która opowiada o rodzinie Winnych. Bazą do napisania scenariuszy była saga Ałbeny Grabowskiej o tym samym tytule. Gram postać Andzi, to uboga krewna, która przyjechała z Poznania i służy rodzinie Winnych. Rozpoczyna się I wojna światowa, która też rodzinę Winnych zupełnie inaczej sytuuje.

Proszę opowiedzieć o kulisach powstania serialu „Stulecie winnych“.

Zostawiliśmy tam kawał serca. Mówię w liczbie mnogiej, ponieważ kiedy będą Państwo mieli okazję zobaczyć ten serial, to proszę zwrócić uwagę na detale. Każdy pion dokładał wszelkich starań, żeby osiągnąć najlepszy efekt. Warto zwrócić uwagę na kostiumy, na charakteryzację podczas której widoczne są takie zabiegi jak postarzanie czy głębokie rany.

Graliśmy wiele scen zbiorowych. Pamiętam listę, którą zobaczyłam kiedyś na planie. Były na niej wypisane postaci, które miały się pojawić w serialu. Lista składała się z blisko 180 nazwisk grających. To armia ludzi. Wszystkich trzeba było skoordynować, dotransportować, ucharakteryzować i ubrać w odpowiedni kostium. To naprawdę ogromne wyzwanie i wielki podziw dla osób, których pracy nie widać, a którzy znacznie przyczynili się, by o serialu “Stulecie Winnych” mówić w kategoriach sukcesu. Dodatkową trudnością był zmieniający się czas. Zaczynamy od roku 1914, a dochodzimy do okresu drugiej wojny światowej. Moja bohaterka, Andzia zaczyna pojawiać się na ekranie w wieku 20 lat, a kończy w wieku 40 lat. Było to dla mnie piękne doświadczenie, ale też ogromne wyzwanie, ponieważ kręciliśmy sceny niechronologicznie. Chciałam różnicę wieku właściwie zróżnicować. Warto też wyróżnić świetną pracę operatorską Witolda Płóciennika, doskonałą pracę scenograficzną, rekwizytorską, dźwiękową itd. Mogłabym tak wymieniać bez końca. Mam nadzieję, że widzom serial ten dostarczy odpowiednich wrażeń i emocji, ale też liczę na to, że my, twórcy “Stulecia Winnych” będziemy odczuwać satysfakcję z wykonanej pracy.

Czy oglądała już Pani pierwszy odcinek?

Tak. Jestem po pierwszym odcinku. Bardzo mnie wzruszył. Być może nie jestem obiektywna.
W każdym razie, jestem szczęśliwa, że mogę być częścią „Stulecia  Winnych“.

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji 

Anna Oberc: "Każda rola jest wyzwaniem"


Anna Oberc: "Każda rola jest wyzwaniem"


Fot. Weronika Kosińska Photographer


Po pierwszym spektaklu "Przygoda z ogrodnikiem" miałam ogromną przyjemność rozmawiać z Panią Anną Oberc. Była to nasza druga rozmowa.

Po raz pierwszy rozmawiałyśmy w 2015 roku. Jak w kilku słowach opisałaby Pani zmiany w życiu zawodowym, które nastąpiły u Pani od czasu naszej pierwszej rozmowy?

Od naszej rozmowy upłynęły ponad trzy lata. Bardzo dużo się zmieniło. W niektórych spektaklach, o których kiedyś rozmawiałyśmy już nie gram, za to przyszły nowe role w Teatrze Kwadrat w „Otwarciu Sezonu”, a niedawno miałam premierę w Tetrze Komedia w sztuce pt. „Apartament Prezydencki”. Pojawiłam się w serialu "M jak miłość", ale o tym będziemy jeszcze rozmawiać.

Gdyby miała Pani wyszczególnić jedną rolę, która od tego czasu była dla Pani najważniejsza, na którą mogłoby paść?

To postać Moniki z serialu "Singielka". Zwróciła uwagę widzów i została zapamiętana. Była to barwna rola. Uwielbiałam ją grać.

Dzisiaj spotykamy się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie, gdzie zaprezentowany zostanie spektakl "Przygoda z ogrodnikiem". Publiczność dopisała?

Bardzo. To dobre, zabawne przedstawienie. Nie jest infantylne, ma swoje przesłanie. Mam w tym spektaklu spore pole do popisu. Widzowie w czasie dzisiejszego pierwszego spektaklu pięknie reagowali. Cieszyńska publiczność jest fantastyczna. No i sam teatr jest przepiękny i granie w nim to ogromna przyjemność.

Co opowiedziałaby Pani o swojej postaci?

Gram pokojówkę, która ma tiki nerwowe, a przy tym, jak pracowała u poprzednich pracodawców nabawiła się nerwicy. Jest oddana swojej pracy, bardzo się stara, ale nie zawsze jej to wychodzi.

To czarna komedia. Czy zgodzi się Pani z teorią wielu aktorów, według której to właśnie komedia jest najtrudniejszym gatunkiem do grania przez aktorów? W czym Pani zdaniem zawarta jest ta trudność?

Komedia ponoć jest najtrudniejszym gatunkiem do grania. Jest trudna, ale mogę powiedzieć dosyć nieskromnie, że jestem specjalistką od grania ról komediowych (Śmiech.) gdyż głównie gram w komediach. Lubię to i chyba się w tym sprawdzam, bo widzowie śmieją się do rozpuku.

Co Pani najbardziej podoba się w spektaklu "Przygoda z ogrodnikiem" a za co najbardziej Pani zdaniem cenią go widzowie?

Uwielbiam obsadę naszej sztuki. To fantastyczna praca z Anią Muchą, Agnieszką Włodarczyk, Michałem Sitarskim, Bartkiem Żukowskim i Bogusiem Kalusem. Lubię pracować z fajnymi ludźmi. Wartka akcja, cały czas coś się dzieje. No i dużo dobrych dialogów okraszonych poczuciem humoru znakomitego autora Norma Fostera. To największe plusy naszego spektaklu.

Nie rozmawiajmy tylko o Teatrze. Warto też wspomnieć o serialu "M jak miłość", do którego obsady dołączyła Pani pod koniec 2018 roku. W czym Pani zdaniem zawarty jest fenomen kiultowej "Emki"?

Nie mam pojęcia. (Śmiech.) Nie oglądam go obecnie z braku czasu.

Czy zanim trafiła Pani do obsady serialu, zdarzało się Pani go oglądać?

"M jak miłość" był jednym z pierwszych seriali w Polsce i chyba każdemu zdarzyło się go oglądać. Także 18 lat temu śledziłam dzieje Mostowisków.

Sandra jest obecnie jedną z najciekawszych postaci w tym serialu. Czy granie postaci po przejściach jest dla Pani urozmaiceniem pracy w tym zawodzie?

Pierwszy raz w rolę prostytutki wcieliłam się w spektaklu "Sceny dla dorosłych, czyli sztuka kochania". Każda rola jest nowym ciekawym wyzwaniem. A ja wyzwań się nie boję:)

Najbliższe plany.

Nie mówię o nich. Mam taki zwyczaj, że nigdy nie zdradzam szczegółów przed podpisaniem konkretnej umowy. Żeby niczego nie zapeszyć!

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

Paweł Okraska: „Każda praca mnie cieszy“


Paweł Okraska: „Każda praca mnie cieszy“



















W ranach XXI Ustrońskich Spotkań Teatralnych miałam przyjemność rozmawiać z Panem Pawłem Okraską.



Spotykamy się w Ustroniu w ramach XXI Ustrońskich Spotkań Teatralnych. Czy na początku naszej rozmowy można uznać, że tak, jak dla większości aktorów, tak i dla Pana Teatr jest miejscem szczególnym?

Tak, Teatr jest dla mnie miejscem szczególnym, ponieważ skończyłem studia na Wydziale Aktorskim PWST w Krakowie i od tego wszystko się zaczęło.

O godzinie 18:00 wystąpi Pan w spektaklu „Ściana“. Jak wyglądały prace nad sztuką?

Reżyserem spektaklu jest Artur Barciś. Prace nad spektaklem były dość krótkie, ale bardzo intensywne. Zarówno z reżyserem, jak i z kolegami pracowało się wspaniale. To wesoła, ale mądra sztuka.

Co opowiedziałby Pan o swojej postaci?

Gram agenta nieruchomości. To człowiek impulsywny. Przychodzi do banku wypłacić pieniądze, których nie może otrzymać. Na kilka dni zostaje tam uziemiony.

Sztuka, wokół której oscyluje nasza rozmowa jest komedią. Czy Pana zdaniem komedia jest najtrudniejszym gatunkiem do zagrania przez aktora? W czym zawarta jest ta trudność?

Aktor grający w komedii musí grać tak, jakby odgrywał największy dramat. Sytuacje, które zdarzają się na scenie, wzbudzają w ludziach śmiech. Dla aktora, sytuacja w której się znalazł zazwyczaj wcale nie jest śmieszna.

Co najbardziej podoba się Panu w „Ścianie“?

Najbardziej podoba mi się przesłanie naszej sztuki – w codziennym życiu często nie jesteśmy wolni, choć mamy wolność na wyciągnięcie ręki. Nie dostrzegamy tego. Zamykamy się w różnych schematach.

W jakich jeszcze spektaklach można Pana zobaczyć?

Obecnie trwają prace nad spektaklem „Biwakowe lowe“, który wystawiany będzie w Teatrze Żelaznym w Katowicach. Będzie to komedia z przesłaniem.

Gram w Krakowie w spektaklach „Bliżej“ oraz „Trzy siostry“.


Czuje się Pan lepiej w Teatrze, czy przed kamerą? A może nie ma to dla Pana większego znaczenia?

Zarówno w Teatrze jak i przed kamerą jest dosyć przyjemnie. (Śmiech.) Nie rozróżniam tego. Każda praca mnie cieszy.

Za ostatni czas pojawił się Pan w „Diagnozie“, „Ojcu Mateuszu“, czy „Komisarzu Aleksie“. W jakich serialach zobaczymy Pana w najbliższym czasie?

W pewnym serialu jestem na etapie zdjęć próbnych. Nie wiem, co z tego wyjdzie, więc nie zdradzę szczegółów.

Mam wrażenie, że serialem, z którym najczęściej jest Pan kojarzony przez widzów jest cały czas „M jak miłość“. Mam rację?

Chyba tak. Rola Michała Łagody w serialu „M jak miłość“ pozostawiła trwały ślad w świadomości widzów.

Co takiego w sobie miał Michał Łagoda, że nadal, /mimo, że ostatní odcinek z Pana postacią był wyemitowany w 2014 roku/ jest lubiany przez widzów?

Ludzie od pierwszego odcinka pokochali ten serial. Może widzom, którzy regularnie oglądają ten serial, brakuje Michała.

Nad czym obecnie Pan pracuje? Najbliższe plany.

Skupiam się na spektaklu „Biwakowe lowe“, o którym rozmawialiśmy. Premiera za trzy dni.

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji