Janek Sobierajski o filmie "Mistyczka" [WYWIAD]
fot. uroczysta premiera filmu "Mistyczka" / Instagram @janek_sobierajski
Film "Mistyczka", którego reżyserem jest Janek Sobierajski, do kin w całym kraju trafił 11 września. Rozmawiamy o strukturze filmu i jego najważniejszych motywach oraz o tym, co praca nad nim zmieniła w jego życiu. Sobierajski wraca także myślami do swojego spotkania z Bogiem i niezwykle szczerze opowiada, jaki miało ono wpływ na jego dalsze życie i twórczość.
Na początku każdej rozmowy staram się opisać mojego rozmówcę. Pana widzę jako wszechstronnego twórcę niezależnego kina o tematyce duchowej, założyciela Fundacji Filmowej „Powołany”. Jak tworzy się w Polsce kino wartości, które musi konkurować z komercyjnymi hitami, ale chce pozostać bezkompromisowe i wierne przesłaniu?
Doświadczenie w branży filmowej
zdobywałem najpierw poprzez pracę na różnych planach filmowych, a następnie na
etacie w telewizji. W międzyczasie założyłem własną firmę zajmującą się
produkcją filmową i telewizyjną, aby móc świadczyć te usługi również w
kontaktach biznesowych. Wszystkie te lata zaowocowały wieloma znajomościami z
ludźmi, którzy są świetni w swoim fachu.
Realizując duże projekty ogólnopolskie,
zauważyłem, że filmy o wartościach i duchowości zawsze mają problemy
produkcyjne i finansowe. To był też czas, w którym zrozumiałem, że warto robić
coś dla innych, warto zostawić po sobie coś wartościowego.
Zdecydowałem się odejść z telewizji i
największego portalu internetowego w Polsce, aby realizować to, co poczułem w
sercu – filmy o duchowości, które będą dla innych drogowskazem na ścieżce
życia.
Wraz z Andrzejem Kocubą, który miał
podobne podejście do mojego, założyliśmy Fundację Filmową „Powołany”, która
dziś produkuje duże kinowe filmy z ponadczasowymi wartościami. Do naszych
projektów zapraszamy ludzi, których miałem zaszczyt poznać w branży
telewizyjnej i reklamowej. To wspaniała przygoda, która z każdym projektem
realizowana jest z coraz większym rozmachem. I niezwykle nas to cieszy.
Ta wolność od systemowych nacisków
pozwoliła Panu zająć się tematem niezwykle intymnym. W filmie „Mistyczka”,
który do kin w całej Polsce trafił 11 września, dotyka Pan zapisków duchowych
Alicji Lenczewskiej. Czy czuje Pan, że opowiedzenie historii tak głębokiego,
mistycznego spotkania człowieka z Bogiem byłoby w ogóle możliwe w ramach
tradycyjnego, komercyjnego systemu producenckiego?
Z jednej strony była to wielka
niewiadoma, a z drugiej – bardzo chcieliśmy zrealizować tak głęboki temat.
Ujmuje mnie to, że historia naszej głównej bohaterki jest tak naprawdę
urzeczywistnieniem życia większości społeczeństwa. Każdy z nas chce znaleźć w
życiu miłość i szczęście, a Alicja Lenczewska szukała ich nieudolnie przez 50
lat życia. Dopiero podczas zupełnie przypadkowego wyjazdu wydarzyło się coś, co
zmieniło jej życie na zawsze.
Zdawałem sobie sprawę, że jeśli chcemy
podjąć się tego tematu, musimy mieć sztab ludzi, którzy swoimi talentami wesprą
ten film, aby został zrealizowany jak najlepiej. Dlatego cieszę się z gwiazdorskiej
obsady z Dorotą Chotecką w roli głównej.
Zanim film trafił do kin, obejrzało go
ponad 15 tysięcy widzów podczas pokazów przedpremierowych. Okazało się, że to
był strzał w dziesiątkę.
„Mistyczka” to pełnometrażowa
fabularna opowieść o kobiecie, której życie zostało całkowicie odmienione przez
spotkanie z Jezusem. Pan, wielokrotnie, otwarcie mówił o swoim osobistym
spotkaniu z Bogiem. Powiedzmy coś więcej.
Myślę, że w życiu każdego człowieka
przychodzi czas na swoistą autorefleksję nad własnym życiem. Wcześniej czy
później każdy robi taki bilans zysków i strat. Niestety, w większości
przypadków wychodzi on negatywnie – stąd mówi się o kryzysie wieku średniego.
Ważne, żeby takie rozważania naprowadziły
człowieka na to, co nadaje sens naszej egzystencji. Na pewno nie są to rzeczy
materialne, które szybko przemijają. Ja przewartościowałem swoje życie w wieku
25 lat i od tamtego czasu jestem naprawdę szczęśliwym człowiekiem.
Jak spotkanie z Bogiem odmieniło Pana
życie?
Przede wszystkim wiem, że moją wartością
nie jest to, co posiadam, ani to, co mówią o mnie inni. Pojawiłem się na
świecie dlatego, że Bóg tak chciał. Jestem Jego ukochanym dzieckiem i to
stanowi o mojej wartości, której nikt i nic nie jest w stanie podważyć.
Dzięki temu można oprzeć się złudnym
atrakcjom rzeczywistości, która często jest tylko substytutem tej prawdziwej
miłości.
Nie jest również tajemnicą, że było
też czymś takim, co zdefiniowało na nowo całą Pana twórczość. W jaki sposób?
Oczywiście. Każde spotkanie z żywym
Bogiem zostawia w człowieku ślad. Nawet jeśli próbuje się je zanegować,
świadomość Jego istnienia pozostaje w człowieku na zawsze.
Tak miał na przykład Jonasz, który
uciekał przed Bogiem, którego poznał, ponieważ bał się powierzonego mu zadania.
Myślę, że każdy z nas jest tu na ziemi po to, żeby odkryć miłość naszego
Stwórcy, by w chwili śmierci móc spotkać się z Nim jak z Ojcem. W innym
przypadku – po co tu jesteśmy?
To prawda, że przed każdym projektem
filmowym, spędza Pan długie godziny na modlitwie, pytając Jezusa, czy to jest
ta historia, którą ma teraz opowiedzieć?
Film kinowy realizuje się mniej więcej
trzy lata. A więc nietrafiony projekt będzie rzutował na ogrom czasu, pracy i
środków materialnych. Dlatego staram się pytać Szefa, jakiego projektu mamy się
podjąć. To zdecydowanie ułatwia kolejne kroki.
Co praca nad "Mistyczką"
zmieniła w Pana życiu? Czego nauczyła, czego pozwoliła się dowiedzieć o sobie?
Przede wszystkim, żeby stworzyć
scenariusz, musiałem przeczytać blisko 900 zapisków duchowych Alicji Lenczewskiej.
Sama lektura tych dzienników była niezwykłym doświadczeniem. Można w nich
wyczytać wiele pragmatycznych porad dotyczących codzienności.
Mogę śmiało powiedzieć, że po ich
przeczytaniu jest się innym człowiekiem.
Gdyby miał Pan prace nad tym filmem
podsumować w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?
Niezwykła historia o zwykłej kobiecie.
W jednym z wywiadów przyznał Pan, że
na początku czuł Pan wewnętrzny opór i wcale nie miał w planach tworzenia tego
filmu. To prawda, że dopiero proces rozeznawania i głębokie wgryzienie się w
tekst uświadomiły Panu, że obcuje z czymś znacznie większym niż zwykły projekt
scenariuszowy? Wcześniej nie miał Pan aż takiej świadomości?
Nie, nie miałem. Nie wiedziałem również
zbyt wiele o Alicji Lenczewskiej. Dlatego musiałem najpierw przeczytać jej
biografię, następnie dzienniki duchowe, a później spotkać się z jej bliskimi i
rodziną, którzy opowiedzieli mi, jakim była człowiekiem.
Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak
wymagającej rzeczywistości próbujemy się podjąć.
Mówi Pan wprost, że urzekające w tych
pismach jest to, jak Jezus w rozmowach z Alicją tłumaczy otaczającą nas
rzeczywistość w sposób niesamowicie prosty, bezpośredni i trafiający prosto w
serce, pozbawiony ciężkiego, teologicznego żargonu. Co jeszcze?
Alicja nie wyróżniała się niczym
szczególnym z ogółu społeczeństwa. I myślę, że właśnie to jest siłą tej
historii.
W filmach często pokazujemy przemiany
ludzi – od zera do bohatera. Ale w rzeczywistości niewiele osób może utożsamiać
się z takim bohaterem. Zdecydowana większość ludzi to osoby takie jak Alicja: z
marzeniami, osadzone w szarej rzeczywistości.
I dlatego ten film jest tak chętnie
oglądany, ponieważ pokazuje, jak wielką wartość ma takie życie. Pokazuje też,
że w najpiękniejszą podróż życia można wybrać się, nie ruszając się ze swojej
kawalerki.
Porównuje Pan Alicję Lenczewską do
siostry Faustyny, ale podkreśla Pan, że Alicja była osobą świecką. Czy to
właśnie jej zwyczajne, nauczycielskie życie w czasach PRL-u sprawiło, że ten
film stał się tak bardzo autentyczny i życiowy?
Myślę, że na autentyczność tej postaci
wpływa fakt, że najpierw należała do partii i – jak sama napisała – żyła w
jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła, a następnie doświadczyła ogromnej
przemiany, która kosztowała ją wszystko, czego wcześniej się dorobiła.
Mówi się, że starych drzew się nie
przesadza. Historia Alicji pokazuje coś zupełnie innego – że nigdy nie jest za
późno, aby walczyć o to, co w życiu najcenniejsze: miłość i szczęście.
W rolę Alicji wcieliła się Dorota Chotecka-Pazura
– aktorka o ogromnym dorobku, ale dotąd rzadko kojarzona z tak intymnym,
mistycznym kinem. Czy od początku, myśląc o tym, kto mógłby się w nią wcielić,
myślał Pan właśnie o Choteckiej? Brał Pan też pod uwagę obsadzenie innej
aktorki w tej roli?
Dorota była moim pierwszym wyborem.
Zdecydowałem, że rozmowy z innymi aktorami przeprowadzę dopiero wtedy, kiedy
nie podejmie z nami współpracy.
Okazało się, że zależało jej dokładnie na
tym samym – nie chciała brać udziału w filmie ze słabymi zdjęciami, dźwiękiem
czy muzyką. To nas połączyło, bo wszystkim zależało na tym, aby zrealizować tę
produkcję jak najlepiej.
Graliśmy do jednej bramki, a efekt można
już oglądać w kinach w całej Polsce.
Nawiązuję do tego, ponieważ czasami,
kiedy aktor dostaje propozycję napisania swojej biografii, ma w głowie jedno
nazwisko osoby, której chciałby opowiedzieć o sobie i przeważnie z tą osobą
spisuje swoje wspomnienia – tak miała chociażby Teresa Lipowska przy książce
„Nad rodzinnym albumem”. Czy Pan, szukając filmowej bohaterki, poczuł w pewnym
momencie to samo? Że to właśnie Dorota Chotecka-Pazura jest tą jedyną,
odpowiednią osobą, by wcielić się w Alicję Lenczewską?
Rola Alicji Lenczewskiej była ogromnym
wyzwaniem. Dorota musiała zagrać tę postać na przestrzeni 40 lat, bez dublerki.
A do tego pełen wachlarz emocji i sytuacji: od zakochania, przez intrygi i
objawienia mistyczne, po śmierć bliskiej osoby, sytuacje rodzinne, chorobę
nowotworową, cierpienie i śmierć.
Nie każdy aktor mógłby podjąć się takiego
wyzwania, choć każdy chciałby mieć taką rolę. Dorota jest tak wszechstronnie
uzdolnioną aktorką, że byłem przekonany o jej zdolnościach do podjęcia się tego
zadania.
Dorota Chotecka-Pazura przeszła do tej
roli ogromną metamorfozę. Rozmawialiście też za kulisami o tych zmianach, które
zachodzą nieco głębiej? O tym, jaki wpływ na nią miały wpływ zapiski
Lenczewskiej? Jak praca nad tą rolą zmieniła jej postrzeganie codzienności?
Myślę, że to bardzo intymne kwestie, w
które raczej staram się nie wchodzić. Wiem, że ta rola kosztowała ją bardzo
wiele, ale prawda jest taka, że tylko rzeczy miałkie nic nie kosztują.
Wszystkie wielkie rzeczy wymagają wielkiego wysiłku. I ona to zrobiła.
Ona nie grała Alicji – ona się nią stała.
Na potwierdzenie tych słów powiem tylko,
że żyjąca bratowa Lenczewskiej, kiedy zobaczyła Dorotę po charakteryzacji w
jednej ze scen na planie, uroniła łzę i powiedziała: „To jest Ala!”.
Scenariusz był konsultowany z osobami
z bliskiego otoczenia Alicji Lenczewskiej oraz z jej bratową – Dorotą
Lenczewską, która była obecna podczas nagrań. Jak ten konsultacje wyglądały?
To były bardzo cenne porady. Bratowa
Alicji była z nami praktycznie każdego dnia na planie zdjęciowym, ale również
wspierała mnie przy tworzeniu scenariusza.
Była bardzo zaangażowana i starała się,
abyśmy jak najwierniej oddali rzeczywistość, która dla niej była codziennością.
Znała Alicję przez tyle lat, więc dla nas był to wielki zaszczyt móc słuchać
jej porad, które okazały się ogromną wartością.
Dziś otrzymujemy wiele wiadomości od
widzów, którzy również znali Alicję, że idealnie oddaliśmy jej postać.
Warto to zobaczyć na wielkim ekranie i dać się porwać niezwykłej przygodzie, której możemy stać się uczestnikami.





