sobota, 23 maja 2026

Małgorzata Pieczyńska (nie) tylko o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]

Małgorzata Pieczyńska (nie) tylko o serialu "M jak miłość"  [WYWIAD]



















fot. sesja do projektu #lubiesiebie

W kwietniu w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie dwukrotnie została wystawiona "Kolacja dla głupca" w reżyserii Cezarego Żaka.

Z Małgorzatą Pieczyńską rozmawiała red. Mariola Morcinkova. Aktorka opowiedziała o swoim pozytywnym podejściu do życia, fascynacji jogą i bohaterkach, w które wciela się w serialach "M jak miłość" i "Zaraz wracam".

Na początku każdej rozmowy staram się opisać jej bohaterkę. Panią widzę jako polską i szwedzką aktorkę teatralną, filmową i telewizyjną, popularyzatorkę jogi, zdrowego stylu życia, a co za tym idzie, osobę, dla której szklanka jest zawsze do połowy pełna. Pani postrzega siebie w podobny sposób?

Zdecydowanie. Ta szwedzka część jest bardzo ważna, bo niezwykle trudna i wymagająca. Jeśli aktor nigdy nie grał w obcym języku, to nie zrozumie stopnia tej trudności. Gram w teatrze, mówię wierszem, występuję w licznych produkcjach. Są to kwestie, które wypowiadam w języku rosyjskim, szwedzkim i angielskim. Uważam to za swoje życiowe osiągnięcie.

W którym języku gra się najtrudniej?

W każdym obcym języku trudno się gra. Nadspodziewanie dobrze gra mi się po rosyjsku. Do tej pory myślałam, że ten język jest we mnie kompletnie uśpiony i zupełnie go nie znam. Jakiś czas temu okazało się jednak, że był gdzieś tam w mojej pamięci i kiedy przyszło mi się z nim zmierzyć i wygrać zdjęcia próbne w tym języku oraz skonfrontować się z rolą, mój poziom jego znajomości był dla mnie miłym zaskoczeniem. Angielski jest trudny, ponieważ to język, który wydaje się oczywisty. Wcale tak nie jest, ponieważ w obcym języku możliwość improwizacji jest zerowa. Kwestie trzeba mieć wykute na blachę.

Jeśli chodzi o Pani pozytywne usposobienie, tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem?

Wydaje mi się, że tak było zawsze. Moja mama była uśmiechniętą osobą, pozytywną. Chyba można tak powiedzieć, że wyssałam to z mlekiem matki. Taka natura.

Takie nastawienie pomaga także w tym pięknym, a jednocześnie trudnym zawodzie, prawda?

To pomaga w życiu, a zawód, który wykonujemy, to przecież kawał naszego życia. Jeśli chodzi o ekipę akurat "Kolacji dla głupca", z którą przyjechaliśmy do Cieszyna, muszę powiedzieć, że czasami w trasie spędzamy wiele godzin, jesteśmy ze sobą praktycznie cały czas. Jeśli ktoś z natury jest mrukliwy, ma trudny charakter, byłby dla takiej grupy nieznośny. Wydaje mi się zatem, że usposobienie jest bardzo ważne w codzienności.

Spotykamy się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie. Ilekroć rozmawiam z aktorami w tym miejscu, stwierdzają, że to magiczne miejsce. Pani się zgadza?

To przepiękny teatr, niezwykłe miejsce. Pamiętam pierwsze edycje Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Era Nowe Horyzonty, które w latach 2002-2005 miały miejsce w Cieszynie i Czeskim Cieszynie. Pomysłodawcą tego wydarzenia był Roman Gutek. Przy tej okazji kilka razy byłam tutaj na dłużej. Tutaj jest pochowany Helmut Kajzar, który był bardzo ważną postacią w moim życiu. Poznałam go w młodości, pisałam na jego temat pracę magisterską. Wydaje mi się, że znajomości z młodości są formatujące. Jego "Manifest teatru meta-codziennego" jest dla mnie bardzo ważny. Przytoczę taki fragment "Postaraj się z codziennego krojenia chleba, uczynić krojenie tortu urodzinowego".

Mam wrażenie, że te słowa są idealnym odzwierciedleniem tego, jak Pani podchodzi do życia.

Staram się. Jego słowa są moim mottem.

Wracając do cieszyńskiego teatru, to właśnie w jego wnętrzach, w 1974 roku, kręcono jedną ze scen "Ziemi obiecanej". Wiedziała Pani o tym?

Nie wiedziałam o tym, ale już wiem, która to scena. To wymarzony obiekt do filmu.

Skoro to już kolejny Pani raz w naszym regionie, proszę powiedzieć, jak wraca się w te strony?

To urocze miejsce pod każdym względem. Przywitała nas piękna pogoda, a wtedy chce się uśmiechać, chce się żyć. Tutejsza publiczność jest żywa, obyta z teatrem, ze sztuką.

"Kolacja dla głupca" to uznany klasyk komedii, zarówno filmowej, jak i teatralnej. Jak grać klasykę, by zaciekawić widza?

To żywy tekst, bardzo dobry. Reżyseria Cezarego Żaka jest niezwykle inteligentna i błyskotliwa. Ma mnóstwo energii, którą zaraża wszystkich. Więcej nie trzeba kombinować.

Nie jest tajemnicą, że scena była Pani miłością od czasów szkolnych, ale sięgnijmy pamięcią do momentu, w którym po raz pierwszy zafascynowała się Pani jogą.

To był przypadek. Zawsze lubiłam aktywność fizyczną. W młodości parałam się m.in. akrobatyką i jazdą konną. W szkole teatralnej też było dużo różnych aktywności. Pamiętam jednak, że kiedy byłam już dorosła, polubiłam pilates. Ćwiczyłam też sama. Korzystałam z kaset, na których ćwiczenia prezentowała Jane Fonda. To było fantastyczne. Wydawało mi się, że nic mi więcej nie potrzeba. Wtedy koleżanka zaprosiła mnie na jogę. Z początku nie chciało mi się iść, pomyślałam, że będzie to dla mnie za mało aktywne. Od pierwszych zajęć jednak czułam, że to jest to.

Czy to rodzaj aktywności dla każdego? 

Tak, zdecydowanie. To aktywność dla każdego.

Czy jest wsparciem także w intensywnym życiu zawodowym? Przypomnijmy, że m.in. dzięki sprawnemu łączeniu kariery w Szwecji i Polsce, dużo czasu spędza Pani w podróży.

Oczywiście. Joga pomaga w koncentracji, balansie psychicznym i fizycznym. To panaceum.

A czym zafascynował Panią szwedzki rynek filmowy? 

Moją przygodę ze szwedzkim rynkiem filmowym rozpoczęłam w latach 90. Duże różnice były zawarte w komforcie pracy, 8-godzinnym trybie pracy. Pracuje się dosyć podobnie, jednak ludzie są bardziej zrelaksowani, lepiej przygotowani.

Czy kiedy realizuje się Pani na zagranicznym rynku, zdarza się Pani tęsknić za Polską?

Bardzo. Granie w języku ojczystym jest ogromnym komfortem.

Wyobraża Pani sobie taką sytuację, w której zrezygnowałaby z realizowania projektów polskich lub zagranicznych, by w całości poświęcić się aktywności zawodowej w jednym z omawianych w rozmowie krajów?

Gdybym musiała wybierać, wybrałabym polski rynek filmowy.

Jako Aleksandra Chodakowska, mama Marcina i Olka Chodakowskich po raz pierwszy pojawiła się Pani w 1011. odcinku serialu „M jak miłość”. Czy zanim dołączyła Pani do obsady, miała w nim swoje ulubione wątki i bohaterów?

Nie. Nie śledziłam losów bohaterów, przyjęłam tę propozycję roli. Jestem zadowolona, że to zrobiłam. Miałam dużo szczęścia, że trafiłam akurat do wątku rodziny Chodakowskich. Gram m.in. z Mikołajem Roznerskim, Adą Kalską, Maurycym Popielem, Iloną Janyst. Uważam, że to fajni, mili ludzie.

Czy wieloletnie wcielanie się w jedną postać, choć do pewnego stopnia szufladkuje?

Poczytuję to sobie raczej jako pozytywną reakcję widzów. Aleksandra jest lubiana. Pracowałam na to, ponieważ na początku była postacią negatywną, przez co nie miała zbyt wielkich szans u widowni. Poprzez wcielanie się w Aleksandrę zyskuję też kredyt zaufania u widzów, których spotykam w teatrze.

Kompletnym przeciwieństwem Aleksandry jest Krystyna Filar, matka Janusza, która po raz pierwszy pojawiła się w 73. odcinku serialu "Zaraz wracam". Czy swego rodzaju złamanie, którą postać posiada, tworzy dodatkowy atut do grania?

To bardzo atrakcyjne dla aktora. Konflikt jest atrakcyjny do grania. Najważniejsze są emocje. Najgorsze do grania są takie „ciepłe kluchy”. (śmiech) 

To wyrazistość zdecydowała, że zechciała Pani tę rolę przyjąć?

Tak, podobało mi się to.

Nie jest to jedyna mroczna postać w Pani dorobku, albowiem w serialu "Na dobre i na złe", w latach 2005-2006, wcielała się Pani w profesor Annę Sulak-Hartmann, która także miała wiele za uszami. Czy to właśnie Aleksandra z "Emki" i profesor Hartmann są postaciami, z którymi jest Pani najczęściej kojarzona przez widzów?

Tych ról jest wiele. Najbardziej jestem kojarzona chyba z "Piłkarskiego pokera", "Ekstradycji" i "Wiernej rzeki". Wiadomo, że filmy, które nie są za często powtarzane w telewizji, aż tak nie zapadają w pamięci widzów. Bardzo lubiłam też "Szpilki na Giewoncie".

Oj, tak. Mogła tam Pani pokazać góralską energię.

Język, gwara... To było bardzo atrakcyjne, ale i trudne.

Myśli Pani, że powrót tego serialu po latach spodobałby się widzom? Oczywiście, z wątkami osadzonymi w dzisiejszej codzienności.

Trudno powiedzieć. Nie musieliby to być nawet wyłącznie ci bohaterowie, do których widzowie byli przyzwyczajeni.

Mandaryna o życiu w blasku reflektorów i domowym zaciszu [WYWIAD]

Mandaryna o życiu w blasku reflektorów i domowym zaciszu [WYWIAD]




















fot. Mariola Morcinková

Marta „Mandaryna” Wiśniewska była gwiazdą ostatniego przystanku Projektu Zima TVN, który zagościł w Wiśle w jeden z lutowych weekendów. Z red. Mariolą Morcinkową wokalistka rozmawiała o fenomenie utworu „Ev’ry Night”, zdefiniowała pojęcie wolności w tańcu i szczerze wyznała, czego nauczyło ją życie z cukrzycą.

Mam wrażenie, że z jednej strony jest Pani osobą, która potrzebuje świateł, muzyki i publiczności, z drugiej zaś rodziny i spokoju. Mam rację?

Jak najbardziej. Myślę, że to łączy mnie z wieloma kobietami. Lubimy robić swoje w świetle reflektorów. Mam artystyczną duszę, bardzo tego potrzebuję, karmi mnie to energetycznie. Lubię dawać ludziom dużo swojej energii, ale też ją otrzymywać. To niesie mnie przez kolejne dni. Prawdą jest jednak również to, że uwielbiam domowe zacisze, kocham spotykać się z bliskimi, znajomymi, grać w planszówki. Od czasu do czasu lubię też poleniuchować.

Jak dziś definiuje Pani swoją tożsamość artystyczną?

Nie mam jednej definicji. Otwieram różne drzwi. Lubię to. Bywam czasem w dwóch skrajnych miejscach – we fleszach reflektorów i bardzo komercyjnym świecie, ale potem nadchodzi moment, w którym chcę też czegoś innego, a wtedy wpadam w świat niszowy, offowy, robię performance’y, które nie są dla każdego, bo nie każdy rozumie taki świat. Lubię być w jednej linii, próbując różnych rzeczy.

Dziś zdecydowanie bliżej Pani do tej dziewczyny, która potrzebuje sceny?

Tak. Kocham koncerty, energię, ludzi. Uwielbiam widzieć uśmiech na ich twarzach. Szczególnie w tych czasach jest bardzo ważne, by wyluzować się chociaż na chwilę, poskakać, sprawić, by przez moment nic nas nie obchodziło.

Pani twórczość od lat kojarzy się nie tylko z kultowymi hitami, o których będziemy rozmawiać, ale przede wszystkim z taneczną wolnością. Mówi Pani, że taniec jest dla Pani nie tylko sposobem na życie, ale też największą odskocznią. Czym jeszcze?

Taniec jest dla mnie powietrzem. Nie pamiętam momentu, w którym nie było go w moim świecie. Tańczę, odkąd zaczęłam chodzić i tak już będzie zawsze (śmiech). Taniec jest sposobem na wszystko. Od poprawienia kondycji, aż do wytańczenia złych emocji.

Jaka jest Pani definicja wolności w tańcu?

Specjalizuję się w hip-hopie, a to prawdziwy taniec wolności. Ma on oczywiście swój kręgosłup taneczny, ale czerpie z różnych innych stylów. Można go tańczyć nie tylko do każdej muzyki, ale przede wszystkim po swojemu. Najfajniejsze jest to, że kiedy przepuścisz te dźwięki przez siebie, za każdym razem otrzymasz inną historię, podarowaną przez drugiego człowieka. To właśnie wielowymiarowość jest najfajniejsza w tańcu. Wszystko zależy od tego, jaki masz dzień, co chcesz w danej chwili za jego pomocą wyrazić i jaką masz w sobie ekspresję.

Czy daje on więcej wolności niż muzyka, czy jest raczej jej dopełnieniem?

Dla mnie to połączenie jednego z drugim, natomiast taniec daje dużo większą wolność.

Gdyby życie postawiło Panią przed wyborem pomiędzy muzyką a tańcem, wybrałaby Pani pewnie taniec, prawda?

Oj, chyba nie umiałabym wybrać (śmiech). Kocham jedno i drugie.

Co takiego daje taniec, czego nie dają inne formy aktywności?

Wspomnianą wolność i to, że w taniec zaangażowane jest tak naprawdę całe ciało. Niemożliwe, by taniec porwał nas, gdy mamy głowę pełną innych rzeczy. Trzeba się wyłączyć i zrobić coś dla siebie. W tańcu można wszystko z siebie wyrzucić.

Czy każdy może nauczyć się tańczyć?

Oczywiście. Nauczyć się tańczyć może każdy, kto po prostu kocha muzykę.

Finał Projektu Zima nie jest Pani pierwszą okazją do bycia w Wiśle i okolicach. Jak się wraca w te strony?

Wspaniale. Góry są cudowne. Kocham snowboard, więc kiedy tylko mogę, zakładam deskę i śmigam. Niestety robię to bardzo rzadko.

Usłyszymy dziś kultowe już zdanie, „znacie Ev’ry night”?

Mam nadzieję, że tak.

Co ma w sobie ten utwór, że od lat budzi tyle pozytywnych emocji?

„Ev’ry Night” to już nie jest utwór, a całe zjawisko społeczne. Zawarte jest w nim wszystko – od uśmiechu, przez dobrą zabawę, aż po wiele ludzkich historii. Ta piosenka dlatego stała się tak kultowa, bo już nie jest tylko piosenką.

Jak Pani patrzy na ten utwór po latach? Nie miała Pani takiego momentu w swoim życiu, w którym świadomie przestała go lubić?

Miałam momenty, w których nie chciałam już go śpiewać. Teraz też nie muszę, bo wszyscy robią to za mnie (śmiech).

Mój ulubiony utwór z Pani repertuaru to zdecydowanie „Stay together”. A które swoje utwory z lat ubiegłych darzy Pani szczególnym sentymentem?

Bardzo lubię swoje pierwsze płyty, ponieważ były bardzo beztroskie, młodzieńcze i bardzo moje. Szczególnym sentymentem darzę też swoją trzecią płytę i utwór „Chemical”. Ma w sobie coś innego i moją zadziorną duszę.

Każdy artysta na przestrzeni lat przechodzi muzyczną przemianę. Jak opisałaby Pani swoją?

Człowiek dojrzewa z każdym dniem. Na początku inspiruje się czymś innym, potem to ewoluuje. Cały czas jestem w podobnej stylistyce, dopasowanej nieco do tego, co dzieje się obecnie. Grają mi w duszy różne projekty, po które sięgnę pewnie z czasem.

Jak w tym czasie zmieniała się Pani jako człowiek?

Oj, bardzo (śmiech). Kiedy oglądam programy, w których wystąpiłam blisko dwadzieścia lat temu, różnie o sobie myślę. Jednak, młodość ma swoje prawa. Dziś jestem matką dojrzałych dzieci, uczę ich, jak być dobrym człowiekiem. Występują ze mną na scenie, wnosząc na nią dużo dobrej energii, a ja wykorzystuję to, jak tylko mogę.

Wróciłaby Pani do siebie sprzed lat?

Tak.

Diagnoza cukrzycy w wieku 27 lat była dla Pani, jak dla każdego, ogromnym życiowym wyzwaniem. Jak to doświadczenie zmieniło Pani spojrzenie na świat i życiowe priorytety?

Ta diagnoza uświadomiła mi, że nic nie trwa wiecznie, że życie jest zaskakujące. Pokazała mi, że w każdym momencie może dopaść nas coś, z czym musimy się zmierzyć. Lepiej, kiedy ta choroba idzie ze mną w parze. Gorzej, gdybym musiała z nią walczyć. Z cukrzycą musiałam się zaprzyjaźnić. Już wiem, jak ważna jest profilaktyka i to, by o siebie dbać. W cukrzycy najbardziej podoba mi się to, że znajduje czas dla siebie, uważniej patrzę na to, co jem.


wtorek, 28 kwietnia 2026

Aleksandra Hamkało (nie) tylko o "Na dobre i na złe" [WYWIAD]

Aleksandra Hamkało (nie) tylko o "Na dobre i na złe" [WYWIAD]
















fot. zdjęcie nadesłane

Aleksandra Hamkało odwiedziła Cieszyn, by zagrać w spektaklu "Królowe życia".  W rozmowie z red. Mariolą Morcinkovą opowiada nie tylko o spektaklu, ale też dzieli się swoją definicją bycia królową życia nie tylko we własnym domu, ale też w podróży. Mówi również o serialu "Na dobre i na złe". Wciela się w nim w postać Julki Burskiej, która do całej tej historii wróciła w 2016 roku.

Aktorka teatralna, filmowa, serialowa, marzycielka i podróżniczka. Czy tak można Panią opisać w kilku słowach?

Oczywiście, można tak o mnie powiedzieć.

Mam wrażenie, że choć równie aktywna jest Pani przed kamerą, jak i na deskach teatralnych, to jednak bliżej Pani do teatru. Czy się mylę?

To zupełnie nieprawda. W teatrze nie było mnie przez dziesięć lat. Dopiero od zeszłego roku, od mojego udziału w spektaklu "Prestiż", jestem w nim bardziej aktywna.

Czy mimo to teatr jest bliższy Pani sercu?

Tego się zupełnie nie da porównać. Czymś zupełnie innym dla aktora jest teatr, a czymś innym kino.

Czym więc dla Pani jest teatr?

Teatr jest dla mnie treningiem warsztatu.

Spotykamy się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie, tuż po pierwszym spektaklu "Królowe życia" w reżyserii Wojciecha Błacha. Jakie emocje towarzyszą Pani po zejściu ze sceny?

Byłam zestresowana, jestem bardzo wdzięczna mojej partnerce scenicznej, Kasi Zawadzkiej, ponieważ kilka tekstów pomogła mi dowieźć, ale bardzo dobrze się bawiłam, myślę, że widownia również. Bardzo się z tego cieszę.

W tej historii wciela się Pani w Vanessę. Jak Pani budowała tę postać?

Musiałam zbudować ją szybko, ponieważ próby trwały krótko. Przede wszystkim chcę się bardzo dobrze bawić na tych spektaklach, ponieważ kiedy w tym, co robimy na scenie jest lekkość, to wtedy widownia też dobrze się bawi.

Co opowiedziałaby Pani o swojej postaci tak, by nie zdradzać za wiele?

Mieni się różnymi kolorami, ponieważ potrafi być mamusią, opiekunką, jest czuła dla swojego synka, ale z drugiej strony jest bardzo gorącą kobietą, która swoim ciałem zarabia na życie.

Jaka jest Pani definicja bycia królową życia?

To mój cel, by jak najczęściej się czuć królową życia. (śmiech)

W jakich okolicznościach ostatnio tak się Pani czuła?

Pytanie w punkt. (śmiech) Ostatnio tak się czułam, kiedy z całą rodziną wyjechałam na wakacje i robiłam to, co kocham najbardziej, czyli chodziłam po górach.

Każda z nas czasami chce się poczuć królową życia, albo przynajmniej królową we własnym domu, prawda? (śmiech)

Ja bez wątpienia jestem królową we własnym domu.

Zaprośmy widzów na ten spektakl.

Zapraszam bardzo serdecznie. To spektakl, który jest rozrywką na poziomie. Grają w nim świetni aktorzy. Z widowni można usłyszeć salwy śmiechu, więc na pewno wszyscy świetnie się bawią. Można mnie spotkać w roli, której nigdy wcześniej nie zagrałam.

Ilekroć rozmawiam z twórcami we wnętrzach Teatru im. Adama Mickiewicza, słyszę, że ma w sobie swego rodzaju magię. Zgodzi się Pani z tym stwierdzeniem?

To przepiękny teatr. W Cieszynie jestem pierwszy raz. Kiedy wyszłam na tę scenę, byłam zachwycona. Tutejszy teatr jest bardzo podobny do Teatru im. Juliusza Słowackiego w Krakowie.

To właśnie w jego wnętrzach w 1974 roku kręcono "Ziemię obiecaną". Wiedziała Pani o tym?

Nie wiedziałam o tym.

Do obsady serialu "Na dobre i na złe" dołączyła Pani w 623. odcinku, w 2016 roku, jako znana już wszystkim, ale z nową twarzą, Julka Burska. Czy wcześniej oglądała Pani serial?

Oczywiście, oglądałam ten serial, kiedy byłam dzieckiem. Dobrze pamiętam postać Julki z tych czasów.

Czy to właśnie z Julką jest Pani najczęściej kojarzona przez widzów?

Tak, na ten moment jestem najczęściej kojarzona z Julką, ale często jestem też kojarzona z rolą stażystki Basi Torzewskiej z Copernicusa, w którą wcieliłam się w "Lekarzach".

czwartek, 12 marca 2026

Cykl #mariolapoleca (21): „Dalej jazda 2“ [RECENZJA FILMU]

 Cykl  #mariolapoleca (21): „Dalej jazda 2“ [RECENZJA FILMU]















fot. Robert Bartosiewicz 

Zawsze warto znaleźć coś, co poprawi nasze samopoczucie, będzie gwarancją pojawienia się uśmiechu na twarzy. Jedni znajdują takie czynniki w książkach, drudzy w filmach, a jeszcze inni w serialach, czy w muzyce. 

Propozycjami, które (w moim odczuciu) takie czynniki posiadają, chciałabym się dzielić z Wami w moim cyklu #mariolapoleca. Serdecznie Was zapraszam. 

Dziś zachęcam do lektury recenzji najnowszego filmu w reżyserii Mariusza Kuczewskiego, będącego m.in. autorem scenariuszy do pięciu części "Listów do M". Premiera szóstej i być może ostatniej już odsłony hitowej serii odbyła się 7 listopada 2024 roku. Wydawać by się mogło, że teraz jest idealny czas na odpoczynek dla Kuczewskiego, ale nic bardziej mylnego. Film "Dalej jazda", który trafił do kin w całym kraju 3 stycznia 2025 roku, cieszył się tak ogromnym powodzeniem, że szybko zdecydowano o tym, że historia rodziny Gugulaków będzie kontnuowana. Druga część hitowej produkcji na ekrany kin w całym kraju trafiła 6 lutego 2026. Film w drugiej odsłonie zgromadził już w kinach 400 tys. widzów a ta liczba dalej rośnie. Czy powstanie trzecia odsłona?

Oficjalna, premiera medialna jednego z pierwszych filmów, które weszły na ekran kin w całej Polsce w 2026 roku, odbyła się 5 lutego. Nie zabrakło na niej oczywiście twórców i zaproszonych gwiazd. 

W "Dalej jazda!" lekkość, a jednocześnie głębia poruszanych zagadnień idealnie się uzupełniają. To właśnie m.in. te dwa czynniki są odpowiedzialne za dotychczasowy, ogromny sukces produkcji. Do kina wybierają się nie tylko osoby starsze, ale całe pokolenia widzów. Babciom towarzyszą wnuki, córki i synowie zabierają na film nie tylko swoich rodziców, ale też dzieci. Wszystko po to, by przybliżyć  i łatwiej oswoić temat starości oraz Alzheimera, powszechnie nazywanego chorobą utraconych wspomnień oraz wzruszyć się, kiedy seniorzy rodu Gugulaków po raz drugi stają na ślubnym kobiercu.

Temat dotyczący jesieni życia, chorób, a w konsekwencji także odchodzenia, nie należy do łatwych. Jednak, podobnie jak przy okazji pierwszej części, nie brakuje momentów radosnych, takich jak przygotowania do ślubu. Twórcy filmu, na czele z Mariuszem Kuczewskim, po raz kolejny, stworzyli wzruszający, ale także zabawny film, którego głównym motywem był częsty, aczkolwiek nierzadko pomijany problem społeczny. Bardzo zgrabnie połączony został tutaj motyw przeżywania jesieni życia z braniem garściami tego, co przynosi. 

Cykl  #mariolapoleca (21): „Dalej jazda!“ [RECENZJA FILMU]

UROCZYSTA PREMIERA MEDIALNA: 5 lutego 2026

PREMIERA KINOWA: 6 lutego 2026

GATUNEK FILMU:  film fabularny

SCENARIUSZ: Mariusz Kuczewski, Marcin Baczyński

REŻYSERIA: Mariusz Kuczewski

PRODUCENT WYKONAWCZY: Grzegorz Kondek

PRODUCENT: Magdalena Kuczewska

PRODUKCJA: DreamLake

DYSTRYBUCJA: Monolith Films

MUZYKA: Paweł Skorupka

ZDJĘCIA: Studiometro / Robert Bartosiewicz / Paweł Ciecierski / Magda Boruch / Sebastian Filipowicz

OBSADA: Marian Opania, Małgorzata Rożniatowska, Wiktor Zborowski, Maria Winiarska, Bartłomiej Firlet, Julia Wieniawa, Mariusz Drężek, Anita Sokołowska, i inni.

***

O FILMIE: 

Najnowszy film w reżyserii Mariusza Kuczewskiego, to historia rodziny, za którą tak naprawdę, czasem trudno nadążyć. To jednak sprawia, że Gugulaków i ich bliskich, szybko można pokochać i uznać za jedną z najciekawszych historii, ukazanych na szklanym ekranie w ostatnich latach. W pierwzsej części, codzienność Elżbiety (Małgorzata Rożniatowska) i Jóźka (Marian Opania) nabiera rozpędu, gdy postanawiają wybrać się w sentymentalną podróż przez Polskę. Przygotowania do szalonej eskapady wspiera wnuczka Justyna w tej roli (Julia Wieniawa), która niebawem urodzi ich prawnuka, oraz zgryźliwy sąsiad Antoni Kryska (Wiktor Zborowski), który jednak z biegiem zdarzeń okazuje się nie tylko ogromnym wsparciem w organizacji całego przedsięwzięcia, ale też prawdziwym przyjacielem rodziny. Jednak troskliwy syn Andrzej, (Mariusz Drężek) w pierwszej chwili ani myśli puścić rodziców w świat. Przebojowi staruszkowie kradną więc kultową nyskę z jego komisu i ruszają, by spełnić marzenia. Elżbieta i Józiek jadą na własnych zasadach: śmieją się, ryzykują i kochają, jakby mieli po 20 lat. To, co spotyka ich po drodze, finalnie zbliża całą rodzinę. Z biegiem zdarzeń okazuje się, że Elżbieta, zmagająca się z Alzhaimerem, wcale nie marzy o wyjeździe w Pieniny i zobaczeniu czterech cudnych szlaków w Pieninach, ale o... wizycie w hotelu o tej samej nazwie, który oddalony od domu Gogulaków jest jedynie o... 5 km. 

















fot. Robert Bartosiewicz

Część druga nawiązuje do momentu, którym zakończono pierwszą odsłonę filmu. Józef Gugulak trafia do szpitala, a choroba Elżbiety postępuje. Ich syn, (w tej roli Mariusz Drężek) zaniedbuje swoją żonę Barbarę (Anita Sokołowska), bo nie do końca radzi sobie z połączeniem obowiązków wynikających z zawarcia związku małżeńskiego, z opieką nad schorowanymi nestorami rodu. Jeśli ktokolwiek spodziewa się tutaj smutnej historii, jest w błędzie. Aktorski duet, na który po raz kolejny stawiają twórcy, szybko odpala wortki i...przedstawia szaloną historię, w której nie brakuje tylko śmiechu, ale też szalonych pomyłek i zwrotów akcji. 

***

Elżbieta Gugulak, (Małgorzata Rożniatowska) choć zmaga się z Alzheimerem, w wyniku którego traci pamięć i orientację w czasie i przestrzeni, to swojego męża, Jóźka (Marian Opania), kocha do szaleństwa, podobnie jak kwiaty. Rozmawia z nimi, pielęgnuje, a kiedy w pewnym momencie nieświadoma tego, co robi ucieka z domu, zabiera ze sobą właśnie jedną z ukochanych roślinek. 

Józef Gugulak (Marian Opania) kocha swoją żonę i trwa przy niej, mimo jej problemów z pamięcią. Choć w kontaktach ze swoim sąsiadem Antonim Kryską (Wiktor Zborowski)  i synem (Mariusz Drężek) bywa szorstki, dla swojej żony jest możliwie najczulszą wersją siebie. Kiedy wielokrotnie ucieka, nie wiedząc, gdzie jest, za każdym razem robi wszystko, by ją odnaleźć i okazywać jej swoje ciepło. 














fot. Robert Bartosiewicz 

W odsłonie drugiej Józiek najpierw szykuje się do ostatniej drogi, ale pod wpływem Elżbiety i kolejnego jej marzenia, które przed nim odkrywa, całość zmienia się w przygotowania do...ślubu. 

W tle przygotowań do uroczystości dzieje się bardzo wiele. Kiedy jego pierścionek przechwytuje Elżbieta, Sebuś (w tej roli Bartłomiej Firlet) po raz kolejny szuka idealnego momentu, by oświadczyć się Justynce (Julia Wieniawa), która jest ogromnym wsparciem dla swoich dziadków. 

Antoni Kryska (Wiktor Zborowski) nie szuka zmian, nie planuje życiowej rewolucji. Niczego nikomu nie próbuje udowodnić, a i tak pokazuje, że na miłość nigdy nie jest za późno, bo szczęście nie ma terminu ważności. Najpierw zakochuje się w głosie, który dochodzi do niego z odbiornika radiowego, a potem w jego właścicielce (Maria Winiarska), Danusi Kowalik, nazywanej, nie tylko przez swoich wiernych słuchaczy, "Wesołą Wdówką". 

Cała historia prowadzi do wzruszającego finału, w którym miłość, rodzina i przyjaźń okazują się ważniejsze, niż wszystkie przeciwności.

#mariolapoleca, CZYLI KILKA SŁÓW PO OBEJRZENIU FILMU Z PERSPEKTYWY WIDZA:

Jako pierwszą chciałabym wyróżnić Małgorzatę Rożniatowską, która w całej tej historii wciela się w Elżbietę Gugulak. Aż trudno uwierzyć, że na główną rolę w filmie czekała... 50 lat. Razem z Marianem Opanią tworzą trzon całej tej historii, ale także najbardziej lubiany ekranowy duet. W każdej scenie widać, że nie tylko na stopie zaowodej, ale również na niwie prywatnej bardzo się lubią. Więź, którą na przestrzeni dwóch części udało im się stworzyć wspomaga autentyczność historii przedstawionej na ekranie. 

Kolejnymi aktorami, którzy zasługują na ogromne brawa są Maria Winiarska i Wiktor Zborowski. Choć prywatnie są małżeństwem z 50-letnim stażem, to właśnie w historii o rodzinie Gugulaków zagrali razem po raz pierwszy. W produkcji, która przez Zborowskiego nazywana jest "komedią geriatryczną" po raz pierwszy również przenieśli swoje uczucie na ekran. Zrobili to wspaniale, albowiem od pierwszej sceny widać, że to uczucie nie jest zagrane, ale prawdziwe. Pomogło w tym być może również to, że Zborowski nie traktował na planie Winiarskiej jak swoją żonę, ale jak koleżankę aktorkę. 














fot. Robert Bartosiewicz 

Julia Wieniawa i Bartłomiej Firlet to kolejny duet, którego nie można ominąć. Na ekranie widać, że wspólne sceny przynoszą im wiele radości. Są wyluzowani, ale nie tracą przy tym autentyczności. Udowadniają też, że świetnie radzą sobie grając na planie z najmłodszym członkiem ekipy.

Dodatkowe wyrazy uznania należą się Julii Wieniawie za wykonanie utworu "Wielka miłość", który na co dzień figuruje w dorobku artystycznym Seweryna Krajewskiego. To właśnie Wieniawa tchnęła w niego nowe życie, w czym pomogli jej Marian Opania i Mariusz Drężek

To właśnie Drężek i partnerująca mu Anita Sokołowska są tymi aktorami, których chciałabym wyróżnić na końcu. Cieszy fakt, że ich wątek został rozbudowany. Fajnie, że mieli przestrzeń, by pokazać również swoje umiejętności komediowe, których wiadomo już na podstawie innych produkcji, że tym dwojgu nie brakuje. 

Tak naprawdę, to każdy aktor, którego nie wymieniłam, zasługuje na to, by o nim powiedzieć, bo każdy, kto znalazł się w tej historii zrobił coś, co zostało zapamiętane przez widza. Gdybym jednak chciała o każdym coś napisać, jak zwykłam to podkreślać w moich recenzjach, ta opinia nie miałaby kilka akapitów, ale kilka stron. 

Dla kogo jest ten film?

Opowieść o rodzinie Gugulaków, która kontynuowana jest w filmie "Dalej jazda 2" jest historią, która tak naprawdę jest dla każdego. Podobnie jak w przypadku części pierwszej, coś dla siebie znajdą w niej widzowie w każdym wieku. Dlatego, każdemu, kto jeszcze nie widział, polecam. Wybierzcie się do kina, póki ta propozycja znajduje się w repertuarze, albowiem nigdzie tak, jak w kinie oglądanie filmu tak nie smakuje. Choć oczywiście, jeśli natkniecie się na moją recenzję za jakiś czas, obejrzyjcie ją w streamingu. Jestem pewna, że zostanie hitem nie tylko srebrnego ekranu, ale również platform takich, jak Netflix, czy Prime Video. 

Serdecznie polecam. 

Mariuszowi Kuczewskiemu i Magdalenie Kuczewskiej oraz każdemu, który pracował nad tym filmem a nie został tutaj wymieniony, gratuluję pomysłu, uporu i konsekwencji. Dalej jazda po...trzecią część. 

środa, 25 lutego 2026

Sebastian Fabijański (nie) tylko o "Tańcu z gwiazdami" [WYWIAD]

 Sebastian Fabijański (nie) tylko o "Tańcu z gwiazdami" [WYWIAD]

















fot. archiwum prywatne

Sebastian Fabijański dwukrotnie bawił publiczność Teatru im. Adama Mickiewicza w Cieszynie, brawurowo wcielając się w rolę Wolfganga w spektaklu “Królowe życia”, który swoją warszawską premierę miał dosłownie na moment przed przyjazdem na Śląsk Cieszyński.

Aktor spotkał się z red. Morcinkovą, by opowiedzieć nie tylko o samej sztuce, ale także o tym, dlaczego zdecydował się na udział w najnowszej edycji “Tańca z gwiazdami”, która startuje w Polsacie w marcu.

Aktor teatralny, filmowy, muzyk, scenarzysta i reżyser spektakli, a także uczestnik najnowszej edycji “Tańca z gwiazdami”. Można tak Pana chyba opisać, prawda? (śmiech.)

 Chyba można tak o mnie powiedzieć. (śmiech.)

Gdyby miał Pan wytyczyć, do której z tych profesji jest Panu obecnie najbliżej, padłoby na Teatr?

Najbliżej w tym momencie jest mi do aktorstwa, ale bywa różnie. To bardzo uniwersalne pojęcie.

Co dał Panu powrót na deski teatralne?

Zobaczyłem siłę rażenia tego, w jaki sposób mogę oddziaływać na ludzi.

Spotykamy się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie, tuż po pierwszym spektaklu “Królowe życia” w reżyserii Wojciecha Błacha. Jakie emocje towarzyszą Panu tuż po zejściu ze sceny?

Towarzyszy mi satysfakcja z tego, że dostarczamy ludziom fajnej rozrywki.

Premiera spektaklu odbyła się 2 lutego w Scenie Relax. Zabrał Pan na nią swojego ukochanego psa, Bąbla. Wspaniale czuł się na ściance, prawda? (Śmiech.)

Tak, to prawda. Wolał to, niż czekanie na mnie w garderobie. (Śmiech.)

To prawda, że w Pana życiu pies był obecny od zawsze? Z jakim czworonogiem wiążą się Pana pierwsze wspomnienia?

Tak, tak było. Pierwsza była bokserka, Tina.

W całej tej historii wciela się Pan w Wolfganga. Co Pan o nim opowie?

To facet z Niemiec, który do Polski przyjechał robić interesy i przy okazji dobrze się bawić.

Jaka jest Pana definicja bycia królem życia? (Śmiech).

Dla mnie, to po prostu żyć po swojemu i robić to, co się chce.

Zaprośmy widzów na ten spektakl.

Bardzo serdecznie zapraszam wszystkich na spektakl “Królowe życia”. Myślę, że to kawałek fajnej rozrywki, na dobrym poziomie.

Ilekroć rozmawiam z twórcami we wnętrzach Teatru im. Ardama Mickiewicza, słyszę, że ma w sobie swego rodzaju magię. Zgodzi się Pan z tym stwierdzeniem?

Tak naprawdę, to każdy teatr ma w sobie magię.

To właśnie w jego wnętrzach, w 1974 roku, kręcono “Ziemię obiecaną”. Wiedział Pan o tym?

Nie wiedziałem o tym.

To już oficjalne, że wystąpi Pan w wiosennej edycji “Tańca z gwiazdami”. Co spowodowało, że przyjął Pan zaproszenie do tego programu?

Myślę, że w moim życiu nadszedł odpowiedni moment, w którym chciałbym, by prawda na mój temat się obroniła. Uważam, że w tym programie, ta prawda jest w stanie ze mnie wyjść najbardziej, ze wszystkich formatów tego typu. Poza tym, chciałbym poprzez taniec dostarczyć ludziom emocji i wzruszeń.

W końcu, utwór “Tańcz”, który można znaleźć w Pana repertuarze, zobowiązuje. (Śmiech.)

Oczywiście. (Śmiech.)

Basia Kurdej-Szatan (nie tylko) o „Piernikowym sercu” [WYWIAD]

 Basia Kurdej-Szatan (nie tylko) o „Piernikowym sercu” [WYWIAD]





















fot. Radek Świątkowski 


Jedna z najbardziej charakterystycznych i uśmiechniętych aktorek w Polsce ostatnie dni roku 2025 spędziła w naszym regionie. Odwiedzając Wisłę, znalazła chwilę na rozmowę ze mną.

Opowiedziała o filmie „Piernikowe serce”, który trafił do kin 28 listopada 2025 roku oraz serialu „Zaraz wracam”.

Już na pierwszy rzut oka sprawia Pani wrażenie osoby niezwykle pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. Widać, że to Pani świadomy wybór. Tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem?

Od dziecka miałam tyle energii, było mnie wszędzie pełno.

Takie nastawienie pomaga także w zawodzie aktorskim?

Oczywiście, że tak. To bardzo nierównomierny i zróżnicowany zawód. Każdy dzień jest inny, trzeba być mocno elastycznym. Jako że pracuje się czasem od rana do nocy, naprawdę trzeba mieć sporo energii.

Trzeba też umieć cieszyć się małymi rzeczami. Co ucieszyło Panią ostatnio?

Bardzo ucieszył mnie czas, który przyszło nam spędzić w Wiśle, razem z rodziną. Ogromną radość sprawiły mi święta.

Nie jest to ani Pani pierwsza wizyta w Wiśle, ani w okolicznych miejscowościach. Jak wraca się w te strony?

Wraca się wspaniale. Wisła jest przepiękna. Świąteczny czas spędziliśmy w Szczyrku. Kiedy byłam mała, to właśnie tam jeździłam z tatą na narty. W Wiśle byłam tuż po otwarciu hotelu, w którym rozmawiamy. Kilka lat temu przyjechałam tu, by wystartować w Biegu po Nowe Życie. W tym mieście panuje wspaniała, wręcz przytulna atmosfera.

12 grudnia w serwisach streamingowych pojawiła się Wasza rodzinna, zimowa piosenka „Bo Święta, to…”. Jaka była droga od pomysłu do realizacji?

W przypływie weny twórczej mój mąż Rafał skomponował ten utwór i napisał do niego tekst. Bardzo lubi pisać świąteczne utwory, ten czas dobrze go nastraja. Z przyjemnością nagraliśmy go w naszym rodzinnym gronie.

Czym są dla Pani święta?

Są dla mnie cudowną możliwością zatrzymania się na chwilę, odetchnięcia, bycia z rodziną. Uwielbiam ten czas.

28 listopada do kin w całej Polsce trafiło „Piernikowe serce”. Scenariusz inspirowany jest książką „Marcepanowa miłość” Agnieszki Lis. Czy chociażby w ramach pracy nad rolą czytała Pani tę książkę lub inne tytuły napisane przez autorkę?

Wcześniej nie miałam okazji poznać twórczości Agnieszki. Poznałyśmy się przy pracy na planie filmu. Jest cudowną, uroczą osobą o wspaniałym sercu. Była szczęśliwa, że to, co wymyśliła, nagle się ekranizuje. Miała wiele frajdy z tego, że widzi te postaci na żywo i że tworzymy ten projekt.

W całej tej historii wciela się Pani w Samantę, influencerkę, która dla internetu porzuca dotychczasowe zatrudnienie. Mam wrażenie, że  cukierkowy, pokazywany w social mediach świat Panią nie do końca przekonuje. Mam rację?

Internet jest dla mnie dodatkiem, który w pewnym momencie pojawił się jako możliwość promowania się i kontaktu z publicznością. Lubię z niego czasem korzystać.

Samanta jest kobietą charakterną i silną. Czy właśnie m.in. te cechy miały wpływ na to, że Pani tę rolę przyjęła?

Producenci Anderegande Studio, Katarzyna Staszczyk i Krzysztof Łączak, kilka lat temu spotkali się ze mną, wręczając mi pierwszą wersję scenariusza, która kilka razy jeszcze się zmieniała. Byłam jedną z pierwszych aktorek, której zaproponowali udział w tym filmie. Cieszyłam się, że jestem z nimi w tym od początku. Kibicowałam im, by to się ziściło.

Gdyby miała Pani wskazać największe wyzwanie w tej roli, jakie by to było?

Największym wyzwaniem w tej roli było utrzymanie tej charakterystyczności i łączenie jej z rodzinnością, pokazaniem prawdziwego ciepła i miłości.

O filmie mówi Pani, że jest taki trochę korzenno-cynamonowy. Czy to właśnie z tymi zapachami kojarzą się Pani zimowe dni?

Myślę, że wszystkim nam się tak kojarzą, prawda? Dorzuciłabym do tego jeszcze zapach mandarynek i choinki.

A jakie są Pani ulubione świąteczne filmy? W tej puli znajduje się od tej pory „Piernikowe serce”?

Oczywiście, teraz już tak. (Śmiech) Bardzo lubimy oglądać „Kronikę świąteczną” z Goldie Hawn i Kurtem Russellem.

Czy dzięki dniom zdjęciowym w Toruniu udało się Pani tę magię świąt poczuć dwukrotnie?

Bardzo. Film zaczęliśmy kręcić rok temu, w grudniu. Całe miasto było pięknie ustrojone. Rzeczywiście, te magię czułam już wtedy. Zdjęcia zakończyliśmy w marcu. Dodatkowo czułam już wtedy intensywnie magię Świąt, bo na wyjazd do Torunia zabrałam dzieciaki z trzech placówek opiekuńczych i domów dziecka, w ramach działań mojej fundacji „Z Porywu Serca”, aby zobaczyły jak wygląda praca na planie filmu i zwiedziły Toruń. Zwieńczeniem wycieczki były oczywiście prezenty świąteczne. To był dla nich magiczny czas!

Jak to było z Pani wiarą w Świętego Mikołaja? Jak długo Pani wierzyła, że jegomość z siwą brodą rozdaje prezenty i spełnia najskrytsze marzenia?

Dokładnie pamiętam ten moment. Przestałam wierzyć, kiedy moja koleżanka, która zobaczyła moje piękne zabawki, powiedziała, że nie ma Mikołaja, a prezenty dają rodzice. (śmiech) Kiedy razem pobiegłyśmy do mamy i powiedziałam jej, czego się właśnie dowiedziałam, mama nie wiedziała co zrobić, przyznała, że to prawda. Było to dla mnie ogromnym rozczarowaniem.

Zaszczepia Pani tę wiarę młodszemu synkowi?

Tak, Henio cały czas wierzy w Mikołaja. Przepięknie jest widzieć radość w oczach dziecka, gdy znajduje prezenty pod choinką.

Woli Pani dawać czy dostawać prezenty?

Zdecydowanie wolę dawać prezenty.

Jaki prezent z dziecięcych lat zapisał się w Pani pamięci szczególnie?

To była lalka, której za pomocą wody można było robić make-up.

Od 2 września, cztery razy w tygodniu można oglądać serial „Zaraz wracam” z Pani udziałem. Obecnie oglądać można już drugi sezon produkcji. Jak pracowało się na planie?

Wspaniale. Cieszę się, że możemy tworzyć ten projekt i opowiadać historię z małego miasteczka. Mam nadzieję, że ludziom się podoba. Lubię tę moją Ewę.

Za co najbardziej?

Jest taka dobra, poczciwa. Kocha książki, jest marzycielką. Wierzy w ludzi, ale przejdzie szkołę życia.

Dlaczego warto zobaczyć ten serial?

Jest bardzo życiowy. Fajnie przekazuje ważne, życiowe wartości. Problemy mieszkańców wsi, a potem już miasteczka. Mówi o miłości i tolerancji. Choć do pewnego stopnia, każdy odnajdzie w nim siebie.

Z Leszkiem Zduniem (nie tylko) o klasyce [WYWIAD]

 Z Leszkiem Zduniem (nie tylko) o klasyce [WYWIAD]















fot. z archwium prywatnego Leszka Zdunia

Aktor i reżyser, a także współzałożyciel Teatru Klasyki Polskiej, Leszek Zduń, tuż przed spektaklem „Śluby panieńskie” w Strumieniu opowiada o swojej drodze artystycznej, miłości do klasyki, współpracy z Romanem Kołakowskim, wspomnieniach o Gabrieli Kownackiej oraz o tym, czy wróciłby na plan serialu „Rodzina zastępcza PLUS”.

Aktor telewizyjny, teatralny, dubbingowy, reżyser, a także współzałożyciel Teatru Klasyki Polskiej, z którym to przyjechał Pan dzisiaj do Strumienia, by zagrać „Śluby panieńskie” Fredry. Za chwilę do tego wrócimy. Na początek – wszystko się zgadza?

Tu wszystko się zgadza.

Chyba śmiało można powiedzieć, że dość często ostatnio bywa Pan w okolicznych stronach, albowiem 11 listopada, w 107. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, wystąpił Pan w czeskim Jabłonkowie w koncercie „Bo tęsknię po Tobie”. Jak wraca się w te strony?

Bardzo lubię te powroty. Te strony nie są mi do końca obce, bo pochodzę z okolic, z Beskidu Makowskiego. W czasach licealnych jeździłem sporo po tych terenach na rowerze. Pierwsza wycieczka prowadziła przez Śląsk Cieszyński i okolice.

O czym najczęściej myśli Pan, wędrując po górach?

Myślę o tym, co przede mną, ale też o tym, co za mną. W górach staram się jednak za dużo nie rozmyślać, po prostu idę, jestem w drodze. Próbuję być tu i teraz.

W górach panuje cisza, są wspaniałym miejscem, by wyciszyć się i nabrać dystansu. Ma Pan swoje ulubione miejsca, w których najefektowniej odpoczywa Pan po intensywnej trasie teatralnej czy dniach zdjęciowych?

Każdego roku staram się iść w Tatry lub w Bieszczady. Nie mam jednej ulubionej trasy. Przyznam jednak, że w Beskidzie Makowskim mam trasę, którą bardzo lubię. To blisko mojego domu. A jeśli miałbym wymienić jedną górę, którą odwiedzam bardzo często, to Babia Góra.

Oscylując dalej wokół niedawnego Święta Niepodległości – w 2018 roku, w 100. rocznicę tego wydarzenia, wystąpił Pan w artystycznym widowisku multimedialnym „Sztandary Niepodległości” na cieszyńskim rynku, autorstwa i w reżyserii nieodżałowanego Romana Kołakowskiego. Jak wspomina Pan artystę?

Mam z nim same dobre skojarzenia. Zazdrościłem kolegom, którzy brali udział w jego wydarzeniach. Któregoś razu do mnie zadzwonił i wciągnął mnie do swojej ekipy. Bardzo mi się podobało to, co robił. To pozwoliło mi obrać nową życiową ścieżkę. Współpraca z nim otworzyła mi głowę na to, że ja też mogę pisać, organizować i reżyserować wydarzenia. Zaczynałem od wydarzeń okolicznościowych. Z pierwszymi moimi scenariuszami przychodziłem właśnie do Romka. Doradzał mi.

Gdybyście się nie spotkali na tej artystycznej ścieżce, mogło być tak, że te możliwości by się przed Panem nie otworzyły?

Tego nie wiem. Wierzę, że spotykamy ludzi, którzy są nam potrzebni, by obrać właściwą drogę. Gdyby nie Romek, to może wskazałby ją ktoś inny, a może rzeczywiście w ogóle by się to nie wydarzyło.

Teatr Klasyki Polskiej jako Fundacja Teatr Klasyki Polskiej powstał w 2020 roku. Jaka była droga od pomysłu po realizację?

Dwóch moich kolegów założyło Fundację Teatru Klasyki Polskiej. Zaprosili mnie do niej, ale też do realizacji pierwszego przedstawienia, którym była „Zemsta”. W ciągu trzech lat powstało jeszcze kilka innych spektakli. Najwyraźniej ta inicjatywa okazała się potrzebna. W marcu 2023 roku minister Piotr Gliński powołał instytucję Teatr Klasyki Polskiej.

Która premiera była dla Pana najważniejsza?

To zdecydowanie „Noc listopadowa”, którą reżyserowałem. Była wystawiana w Łazienkach Królewskich w Warszawie.

Mam wrażenie, że do tej pory brakowało takiego miejsca, które systematycznie prezentowałoby repertuar narodowy. Zgodzi się Pan z tym stwierdzeniem?

Mnie trudno to oceniać, ponieważ mieszkam w Warszawie. To duże miasto, z dostępem do wielu teatrów. W takich miejscach łatwiej zobaczyć klasyczną sztukę. Ale Polska to nie tylko Warszawa. Wędrujemy z klasyką po całym kraju. Jest mnóstwo miejscowości, z których ludzie z różnych powodów nie dojeżdżają do większych miast, by pójść do teatru. My – Teatr Klasyki Polskiej – przyjeżdżamy do nich. Za każdym razem widzowie fantastycznie nas przyjmują. To trafiony pomysł, który dobrze się sprawdza.

Jak już wspominaliśmy, powodem naszego spotkania są „Śluby panieńskie”. Kiedy po raz pierwszy zetknął się Pan z twórczością Fredry?

Jeśli chodzi o zawodowe spotkanie z Fredrą, to pierwszym tytułem, w którym zagrałem, było „Dożywocie”. Grałem Michała Lagenę. Reżyserował Jan Englert. Sztukę można było zobaczyć w Teatrze Narodowym.

Natknęłam się na materiał, w którym o Fredrze mówi Pan jako o królu komedii polskiej. Drążąc temat dalej – co najbardziej ceni Pan w jego twórczości?

Żywy język. Jest cudowny, przystępny, dowcipny i bardzo kolorowy. Fredro bardzo dobrze pisał. Rozumiał ludzi. Lubił swoich bohaterów. Są bardzo barwni, pełni emocji. Kulturotwórcza warstwa, jaką jest język, to ważny element naszej tożsamości.

W spektaklu wciela się Pan w Radosta, dobrodusznego starszego pana, stryja Gustawa, który chce ożenić go z Anielą Dobrójską. Jak Pan go budował? Na co skupiał Pan szczególną uwagę?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Nad każdą sztuką czuwa reżyser, który gdzieś nas popycha i nami kieruje. To wspólna praca. Staraliśmy się, by utrzymać dobre proporcje pomiędzy powagą a dowcipem. Jako dla aktora było dla mnie ważne, by reżyserka, Lidia Sadowa, wyznaczała mi zadania do wykonania w każdej ze scen. Podążając za tymi wskazówkami, krok po kroku doszliśmy do postaci, którą z przyjemnością gram, a widzowie przyjmują ją z dużą sympatią.

Jak grać klasykę, by zainteresowała widza w dzisiejszych czasach? Czy konieczne, choć do pewnego stopnia, jest zerwanie z klasycznym podejściem do niej?

Niekoniecznie. Osobiście nie przepadam za zbyt nowatorskimi pomysłami w klasyce. Nie mówię, że to jest złe. Ja, kiedy wystawiane są sztuki np. Fredry, lubię zobaczyć kostium i sprzęty z epoki. Świat jednak cały czas się zmienia i nowe spojrzenie na klasykę jest konieczne, by nie tracić kontaktu z odbiorcą. Ważne, żeby nie wypaczać idei autora. Nie naciągać jej do jakichś ideowych przepychanek.

W jednym z wywiadów wyznał Pan, że był taki czas, w którym nie lubił Pan czytać. Czy zatem było tak, że w czasach szkolnych również do czytania klasyki polskiej trzeba było Pana namawiać?

Tak. Nie lubiłem czytać, zwłaszcza sztuk dramatycznych. Gubiłem się. Myliłem imiona bohaterów.

Po lekturze jakiej książki odkrył Pan w sobie pasję do czytania? Jakim czytelnikiem jest Pan teraz i czego w książkach Pan poszukuje?

Jestem czytelnikiem umiarkowanym. Czasem czytam dużo, a innym razem potrzebuję przerwy. Piszę sporo scenariuszy, więc bardzo często czytam zadaniowo. Kiedy mam napisać o jakimś wydarzeniu, czytam materiały, które mogą mi w tym pomóc. Nie wiem, od której książki się zaczęło moje czytanie. Nie pamiętam. Na pewno jakiś nowy rozdział czytelniczy w moim życiu otworzyła książka „Cień wiatru”, której autorem jest Carlos Ruiz Zafón. Po tej książce czekałem na dzień premiery kolejnej jego książki.

Spotyka się Pan z takimi opiniami, że spektakle wystawiane przez Was powodują później, że młodzież chętniej sięga po książki?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale wydaje mi się to prawdopodobne. Młodzież przychodzi do nas, nasze sztuki jej się podobają.

Wydaje mi się, że serialem, z którym jest Pan najczęściej kojarzony przez widzów, nadal jest „Rodzina zastępcza PLUS”, czy się mylę?

Faktycznie, najczęściej jestem kojarzony właśnie z tym serialem.

To właśnie tam wcielał się Pan w Kubę Potulickiego. Powroty seriali są teraz modne. Gdyby była taka możliwość, wróciłby Pan na plan?

To mój zawód. Gdyby propozycja była ciekawa, to z przyjemnością.

30 listopada 2025 roku minęło 15 lat od śmierci Gabrieli Kownackiej. Jak zapamiętał Pan tę aktorkę?

Cudowna kobieta. Znałem ją nie tylko z planu tego serialu. Pracowaliśmy też razem we wspominanym Teatrze Narodowym. Była ciepła, koleżeńska. Miała dobrą aurę. Była wspaniałą aktorką.