Waldemar Obłoza o "Na Wspólnej" i "Miodowych latach" [WYWIAD]
fot. Krzysztof Kuczyk / Forum
Miliony widzów znają go z „Na Wspólnej” i „Miodowych lat”, ale podczas spotkania w Cieszynie Waldemar Obłoza pokazał się przede wszystkim jako człowiek otwarty, pogodny i pełen dystansu do siebie.
Opowiedział o aktorstwie, życiowych kryzysach, mediach społecznościowych i miejscu, do którego lubi wracać.
Optymista, aktor, twórca legendarnych wręcz postaci, których losy widzowie na przestrzeni lat mogą śledzić na małym ekranie, jeszcze do niedawna człowiek bez Instagrama. Coś pominęłam, czy wszystko się zgadza? (Śmiech)
Tak, zgadza się, i to prawda, jeszcze do niedawna byłem człowiekiem bez profilu na Instagramie, ale od jakiegoś czasu można mnie tam już znaleźć.
Nie wierzył pan w siłę internetu?
Długo myślałem, że taki profil nie jest mi do niczego potrzebny. Mam wspaniałą rodzinę, cudowną wnuczkę. Zawsze jest mnóstwo do zrobienia. Nie wydaje mi się, że spędzanie dużej ilości czasu w sieci jest dla mnie rozwijające.
Jednak zgodzę się, że siła internetu i mediów społecznościowych jest ogromna. Jeżeli dojdzie kiedyś do takiej katastrofy, że klikalność będzie się liczyła bardziej niż warsztat aktorski, pasja i zawód, to wtedy czas umierać. (Śmiech) Choć już mnie to nie dotyczy, mam nadzieję, że zawsze znajdzie się jakaś nisza, która pozwoli także osobom bez kont w mediach społecznościowych pracować i cieszyć się życiem.
Już od pierwszych chwil naszego spotkania sprawia pan wrażenie osoby niezwykle pozytywnie usposobionej. Tak było zawsze czy przyszło z czasem?
Jestem pozytywnie nastawiony, ale czasami, jak każdy, ulegam negatywnym emocjom. Mam świadomość, że pozytywne nastawienie jest dużo korzystniejsze niż negatywne, bo ono nic nie wnosi, może tylko pogłębić problem. Pozytywne nastawienie i uśmiech wyciągają nas z kłopotów. Uważam, że życie jest fikcją, hologramem. Żyjemy w różnych wymiarach. Wybór należy do nas. Programy, które są nam narzucone, każą nam nie wierzyć w naszą sprawczość.
Czy otwartość na człowieka, którą można u pana zaobserwować, bywa przydatna w zawodzie aktora? Przekłada się chociażby na kontakt z publicznością?
Zawsze byłem otwarty na drugiego człowieka. Nie pamiętam czasu, w którym wykazywałbym cechy introwertyczne. Mam bardzo obiektywny stosunek do rzeczywistości, daję prawo do funkcjonowania różnym poglądom. Zależy mi tylko na tym, by nikt nikogo nie krzywdził.
Wspominam o tym, bo sam pan mówi, że aktorstwo to tak naprawdę wymiana energii z widzem. Co jest dla pana w tym przepływie najważniejsze?
Kontakt z widzem w pracy scenicznej jest korzyścią. Teatr jest umownością, lustrem rzeczywistości. Prawdopodobną rzeczywistość przenosimy na scenę. Pokazujemy ją widzowi, który albo się z nią identyfikuje, albo się z niej śmieje. Komedia różni się od życia tym, że te same historie przydarzają się nie tylko aktorom. (śmiech)
Z serialem „Na Wspólnej“ jest pan związany od samego początku, czyli od blisko 23 lat.
Gram tam od pierwszego odcinka, można powiedzieć, że jestem twarzą tego serialu. Bardzo długo byłem pierwszoplanową postacią, ale namnożyło się tyle wątków, że teraz nie zawsze tak jest. Zauważyłem, że w tej chwili już co innego decyduje o tym, jakie wątki będą kontynuowane. Wygrywają wątki młodzieżowe.
Jestem człowiekiem zadaniowym, w życiu znalazłem się w wielu bardzo trudnych sytuacjach, kryzysy nie są mi obce. Z każdego takiego momentu wychodziłem zwycięsko. Oczywiście, nie było łatwo żegnać się z pierwszą żoną, z marzeniami.
Serial „Na Wspólnej" był moją bezpieczną przystanią. Ta rola daje mi wiele satysfakcji. Na przestrzeni lat dzieliłem się także ze scenarzystami swoimi pomysłami, jakie losy mogą spotkać Romana. Co będzie dalej? Nie wiem. Wszystko się zmienia. Może być tak, że platformy streamingowe wkrótce zdominują telewizję.
Jak w jednym słowie lub zdaniu podsumowałby pan przemianę, jaką pana bohater, Roman, przeszedł na przestrzeni lat?
Każdy człowiek ewoluuje z wiekiem, ale Roman nie, ponieważ scenarzyści mu na to nie pozwalają. Serialowy scenariusz zawsze powstaje od punktu zero. Roman jest prawdomówny, ma swoje zasady, jest szlachetny, ale też nerwowy i impulsywny. To jego cechy charakterystyczne, ale on się nie uczy, nie robi postępów. Nie zdobywa doświadczenia życiowego, ciągle popełniając te same błędy.
Kolejnym bohaterem serialowym, dzięki któremu zapisał się pan w świadomości widzów, jest niewątpliwie Kurski z „Miodowych lat". To pewnie druga po Romanie postać, z którą najczęściej jest pan kojarzony przez widzów. Mam rację?
Tak się złożyło, że producenci tych dwóch seriali poszukiwali aktorów, którzy bardzo mocno wchodzą w postać. Ja tak robię. Poznaję ją, daję swoje cechy.
Czy każdą postać, w którą się wciela aktor, musi, choć do pewnego stopnia, polubić?
Ja lubię. Ktoś mi powiedział, że to przenika na drugą stronę i sprawia, że jest pełnokrwista. Zawsze jestem ciekawy, jak moja postać funkcjonuje, jak radzi sobie z problemami. Zawsze zastanawiam się, jakich środków, nabytych przez czterdzieści lat pracy w zawodzie, mogę użyć, by pokazać daną postać wiarygodnie.
Kilkakrotnie spekulowało się o powrocie „Miodowych lat" na ekrany. Gdyby pojawiła się propozycja, wróciłby pan do serialu?
Z największą przyjemnością. To jedna z moich najpiękniejszych zawodowych przygód. Oczywiście, na przestrzeni lat takich przygód było wiele, ale postać Kurskiego kochałem najbardziej. Ta rola jest konwencją, nie farsą. Dzięki reżyserom, Maćkowi Wojtyszce, Wojtkowi Adamczykowi, Maćkowi Strzemboszowi, nie stała się marnej miary dowcipem. Pilnowali tego. Bardzo cenię sobie ten czas. Jeśli tylko to się kiedyś wydarzy i serial wróci, ja również do grania postaci Kurskiego wrócę z przyjemnością.
Zapamiętałam jeszcze rolę pielęgniarza ze szpitala psychiatrycznego, w którego wcielił się pan w „Plebanii". Jak to jest wcielać się w postać negatywną?
Niezależnie od tego, czy jest to postać pozytywna, czy negatywna, wkładam ją w siebie i nadaję jej rację, próbując zrozumieć, czym się kieruje. Kiedy taka postać mija ludzi na ulicach, nikt się nie zastanawia, skąd wzięła się w niej taka podłość.
Porozmawiajmy jeszcze o spektaklu „Łóżko pełne cudzoziemców". Nie mogę sobie przypomnieć, czy wcześniej gościł pan w Cieszynie, ale w okolicy bywa pan ze spektaklami dość często. Jak wraca się w te strony?
Jestem tu już któryś raz. Piękne miasto. Niewiele brakowało, a tu, w Teatrze im. Adama Mickiewicza, wylądowałbym po szkole. Dostałem jednak wtedy list od pani Aliny Obidniak, wybitnej reżyserki i wieloletniej dyrektorki Teatru im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze, z zaproszeniem do współpracy. Czechy też są cudowne, a Czechom zazdroszczę czasem postawy wobec codzienności i życia. Dużo bardziej cenią sobie spokój od kariery.
Ma Pan swoich ulubionych czeskich twórców?
Hrabal, Zelenka. To kapitał czeskiej twórczości. Bardzo lubię „Przygody dobrego wojaka Szwejka".





.jpg)