wtorek, 4 maja 2021

Magdalena Rembacz: "Widzę ludzi wokół siebie, każdy jest dla mnie ważny. Tak lepiej się żyje."

 Magdalena Rembacz: "Widzę ludzi wokół siebie, każdy jest dla mnie ważny. Tak lepiej się żyje."













fot. zdjęcie nadesłane

Z aktorką, Magdaleną Rembacz rozmawiamy o życiowych wartościach, o roli pokory w codzienności, ale także o serialu "M jak miłość" w którym po raz pierwszy wcieliła się w rolę...czarnego charakteru.

Wspominamy też Bronisława Cieślaka, który odszedł 2 maja 2021 roku oraz pracę na planie serialu "Malanowski i partnerzy", który w latach 2008-2016 cieszył się ogromną sympatią widzów Polsatu. Obecnie od poniedziałku do piątku w godzinach porannych stacja emituje powtórki. 

Ponad rok temu świat zatrzymał się z dnia na dzień, co oczywiście spowodowane jest pandemią koronawirusa. Jak znosisz izolację?

Dzięki temu, że zostałam dość wcześnie zaszczepiona, moja izolacja nie musiała być aż tak kategoryczna. Moja najbliższa rodzina także poddała się szczepieniu, więc dzięki temu mogliśmy w miarę normalnie funkcjonować. 

Wyjazdy do Warszawy na plan serialu "M jak miłość" wymagały ode mnie ogromnego rozsądku, ponieważ grałam tam z aktorami po osiemdziesiątce. Szacunek do nich, bezpieczeństwo i zachowanie wszelkich środków ostrożności liczyło się dla mnie najbardziej. 

Zaczynam widzieć światełko w tunelu. Trzy razy w tygodniu trenuję intensywnie w parku łódzkim. Staram się wietrzyć głowę i odparowywać ten okropny czas.

Czego nauczył Cię ten czas?

Uświadomił mi, że zdrowie jest najważniejsze, jest ponad wszystkim. Wielu wydawało się, że dane jest na całe życie, nie trzeba się nim przejmować. Inne rzeczy są bardziej absorbujące. Ono zawsze było przy okazji. To było straszne. 

Absolutnym priorytetem w chwili obecnej jest dla mnie moje zdrowie, zdrowie mojej rodziny, przyjaciół, sąsiadów. To dar, który kiedyś nie był tak cenny, jak teraz. Musimy go bardzo pielęgnować i każdego dnia być za niego wdzięczni. W ostatnich miesiącach bardzo spokorniałam, nabrałam ogromnego dystansu do wielu rzeczy i całkowicie przewartościowałam swoje życie. 

Już na pierwszy rzut oka sprawiasz wrażenie osoby niezwykle pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. Czy taka postawa pomaga w dzisiejszej niełatwej dla nas wszystkich rzeczywistości?

Cieszę się, kiedy widzę taką postawę w zwykłych, codziennych sytuacjach. Ktoś pomaga starszej pani z zakupami, a ktoś inny miło odezwie się do kogoś w sklepie. Od zawsze zwracam uwagę na takie zachowania. Uważam, że bardzo ważne jest okazywanie serdeczności drugiemu człowiekowi. Taka staram się być od zawsze, bardzo tego potrzebuję. Cieszę się, kiedy mogę komuś pomóc nawet w najdrobniejszy sposób. Zawsze robię to bezinteresownie. Widzę ludzi wokół siebie, każdy jest dla mnie ważny. Tak lepiej się żyje. Często zauważam, że dobro wraca do mnie w różnych postaciach. 

Ważny jest dla mnie kontakt z drugim człowiekiem i otwarcie się na niego. 

Kilka lat temu, kiedy grałam jeszcze w serialu "Malanowski i partnerzy", skontaktowała się ze mną Fundacja Polsat, ponieważ okazało się, że jednym z ich podopiecznych był niewidzący chłopak z Czterokończynowym porażeniem mózgowym, który okazał się być moim fanem. Za pośrednictwem Fundacji poprosił, czy mogłabym przesłać mu zdjęcie z autografem. Niewiele myśląc, zapytałam, gdzie mieszka i pojechałam do niego. Zaprzyjaźniliśmy się. Dwa razy odwiedził nas na planie. Było to spełnieniem jego marzeń. Pamiętam, że oprócz serialowych gadżetów, od Tomka Mandesa otrzymał kurtkę. Kiedy serial już się skończył, jeździłam do niego, emanował pozytywną energią, był szczęśliwy. Zakujmplowałam się też z paniami, które się nim opiekowały oraz z jego rodzicami. Mam ogromną potrzebę bliskiego kontaktu z drugim człowiekiem. To jest dla mnie bardzo ważne. 

Przyznałaś, że w ostatnich miesiącach przewartościowałaś swoje życie. To, co obecnie dzieje się na świecie, może być lekcją dla nas wszystkich. Dla wielu, tak, jak dla Ciebie, już teraz liczą się zupełnie inne wartości niż chociażby kilka miesięcy temu, a wiele osób deklaruje, że kiedy to wszystko się skończy, będzie patrzeć na świat z większym dystansem, bardziej przychylnie. Myślisz, że uda się społeczeństwu wytrwać w tym postanowieniu?
 
Mam dwie wizje związane z pandemią. W pierwszym odczuciu odbieram ją jako swego rodzaju stopklatkę - wszystko nagle stanęło w miejscu, ludzie się zatrzymali. 

Druga wizja wygląda tak, że świat opustoszał. Zrobiło się pusto i głucho. Wszystkie miejsca, które zawsze tętniły życiem, zrobiły się smutne. Bez kontaktu z drugim człowiekiem na spacerze, w pociągu, w teatrze, czy na planie zdjęciowym, nas nie ma, wszystko traci sens. Całkowicie zgadzam się z tym, że nabieramy dystansu do całego świata, do wszystkiego, ponieważ dopiero w pandemii uświadomiliśmy sobie, jak cudowny jest świat dzięki ludziom, którzy tworzą to wszystko. 

Bardzo brakuje mi spotkań, pełnych restauracji, gwaru i grającej muzyki. 

Jedni nadrabiali  zaległości książkowe, drudzy zaś oglądali filmy. W obydwu przypadkach lubisz odkrywać nowe tytuły, czy raczej wracać do sprawdzonych?

Kiedy chcę się zrelaksować, zawsze wracam do sprawdzonych tytułów. Najczęściej wracam do filmów, seriali i ulubionych cytatów. Jeśli chodzi o książki, nie lubię dwa razy czytać tych samych tytułów. 

Lubię opierać się na dźwięku. Jest on dla mnie bardzo ważny. Jak słyszę znajomą ścieżkę dźwiękową w serialu, głos aktorów lub sentencje, które znam już na pamięć, kiedy chcę się poczuć bezpiecznie, nie muszę patrzeć nawet na ekran, bo skupiam się na tym, by to słyszeć. To mnie odpręża. 

Zazwyczaj nic nowego, choć było kilka takich pozycji, którymi w ostatnich miesiącach absolutnie się zachwyciłam i zaczęłam je pogłębiać. 

Jedną z takich pozycji, którą obejrzałam z zaciekawieniem, był serial o Agnieszce Osieckiej. Na urodziny otrzymałam album z jej zdjęciami, wszystkimi jej wierszami i skrawkami, które pisała na jakichś karteluszkach. To bardzo mnie zafascynowało, ponieważ zawsze byłam pełna podziwu, jeżeli chodzi o jej potencjał, twórczość i odwagę, która towarzyszyła jej w tamtych latach.                         Była niestandardowa w myśleniu i odczuwaniu. Niczego się nie bała. 




























fot. zdjęcie nadesłane

Od czego próbujesz się izolować?

Przez cały ten czas uciekałam od wszystkich pozycji, które były smutne i mroczne. To nie dla mnie, a na pewno nie teraz. 

Ostatnio spotkałam się z moją zaprzyjaźnioną panią krawcową, Krysią. Rozmawiałyśmy, wszystko było dobrze, mówiła, że przygotowuje jedzenie sąsiadom, którzy są na kwarantannie. Prosiłam, by na siebie uważała. Od tej pory nie miałyśmy ze sobą kontaktu, nie mogłam się do niej dodzwonić, cały czas włączała się automatyczna sekretarka. Bardzo się martwiłam. Tydzień temu podjechałam pod jej blok, zadzwoniłam do jej drzwi, ale nikt nie odpowiadał. Zadzwoniłam więc do sąsiada, który mieszka obok. Powiedział mi, że Pani Krysia zmarła, zabrał ją Covid.  Po niespełna dziesięciu dniach od naszego ostatniego spotkania dowiedziałam się o tym, że odeszła. Już się nie spotkamy, nie porozmawiamy, nie wejdę do niej na przymiarki...Dopadła mnie rozpacz. Covid zabrał kolejną cudowną, serdeczną i pełną ciepła osobę. Nie zgadzam się na to, staram się od takich informacji uciekać, ale same do mnie przychodzą. To mnie najbardziej dobija. Uzmysławiam sobie wtedy, jak kruche jest życie. 

W pandemii dotarło do mnie, że wszystko jest niepewne i kruche.

Wsparciem w pozytywnym patrzeniu na świat jest niewątpliwie odkrywanie w sobie nowych pasji. Czego dowiedziałaś się o sobie w ostatnich miesiącach? Czego się nauczyłaś?

Kiedyś myślałam, że rola napisana w języku angielskim będzie bardzo trudna do zagrania. 

Brałam udział w castingu do międzynarodowej produkcji do której zdjęcia realizowane będą w Australii  i Tajlandii. 

Warto tu podkreślić, że rola tworzona była nie w języku potocznym, a poetyckim. Trzeba było zwracać uwagę na każde słowo. Żeby niczego nie pomylić, czy nie pominąć, musiałam być bardzo skupiona. 
Byłam przekonana, że aby zapomnieć, że to obcy język i skupić się wyłącznie na emocjach, musiałabym bardzo długo pracować w jakiejś obcojęzycznej produkcji. Teraz już wiem, że wcale tak nie jest. 

Cieszę się, że mogłam mieć możliwość przystopięnia do castingu o randze międzynarodowej. W ramach tego castingu musiałam zmierzyć się z dwiema scenami, które były trudne emocjonalnie. 

Tak, jak większość aktorów, ja również nie lubię siebie oglądać na ekranie i jestem wtedy bardzo krytyczna, ale tu byłam bardzo zadowolona z efektu końcowego. 

Nauczyłam się, że nie mogę być aż tak krytyczna w stosunku do siebie, bo przesadny samokrytycyzm bardzo mnie stopuje. Nie dodaje odwagi, powera i siły, ale sprawia, że się wycofuję. Dowiedziałam się, że mój potencjał jest większy, niż myślałam. Następną rzeczą, której dowiedziałam się o sobie jest to, że pokora w zawodzie aktora jest najważniejsza. Zawsze musi być taka sama, nigdy nie może się zmniejszyć. To się sprawdza. 

Chciałam zagrać w "M jak miłość" i to się spełniło. Obecnie moja bohaterka jest w więzieniu i marzę o tym by wrócić, ale zobaczymy, jak to się potoczy. Było mi bardzo miło, kiedy w trakcie moich ostatnich dni zdjęciowych drugi reżyser powiedział mi, że zastanawia się jak mnie zatrzymać, a Pan Stefan Friedmann stwierdził, że wybaczy mi wszystkie machlojki i będziemy żyć długo i szczęśliwie. (Śmiech.) 

Zauważam, że moja pokora była w pracy przy "M jak miłość" bardzo przydatna. Zawsze starałam się być dobrze przygotowana, jak taki student, który przychodzi, nie dyskutuje, nie kłóci się. Bardzo miło wspominam tę pracę. Kiedy słyszałam komplementy na swój temat od osób, które pracują przy tym serialu już od dwudziestu lat, czułam się wspaniale. Utwierdziło mnie to po raz kolejny w przekonaniu, że dobro wraca, a tym razem wróciło do mnie w postaci pozytywnego odbioru mojej pracy. 

Właśnie. W 1519 odcinku dołączyłaś do obsady serialu "M jak miłość".  Czy zanim tam trafiłaś, zdarzało Ci się oglądać serial, miałaś swoich ulubionych bohaterów, ulubione wątki?

To był paradoks, ponieważ serial zaczęłam oglądać chwilę przed tym, zanim do niego trafiłam. Stwierdziłam, że fajnie byłoby w nim zagrać, ponieważ ma bardzo duży zasięg. Ogląda go bardzo dużo ludzi, nie tylko widzów, ale też twórców, którzy pracują przy filmach. Podczas castingu miałam do zagrania sześć scen, które okazały się sukcesem . Po dwóch dniach zadzwonił telefon z informacją, że dołączam do obsady. Kiedy dotarła do mnie ta informacja, byłam akurat na otwarciu sklepu u moich znajomych w Wielkopolsce. Nie miał jeszcze nazwy, więc stwierdziłam, że skoro wydarzyła się tam tak szczęśliwa sytuacja, powinien się nazywać "M jak miłość". (Śmiech.) 

Nie wiem, czy to działanie intuicyjne, czy telepatyczne, ale na pewno coś mnie poprowadziło do tego, że zaczęłam akurat wtedy oglądać odcinki tego serialu. 

Jak zostałaś przyjęta na planie?

Na planie zostałam przyjęta wspaniale, z ogromną serdecznością. Pierwsze sceny, które grałam miałam z Robertem Moskwą, Panem Sławomirem Hollandem i Panią Teresą Lipowską. 

W pierwszym dniu grałam przede wszystkim z Robertem, który był bardzo wspierający, wprowadził mnie, wszystko mi pokazał. 

Atmosfera na planie była cudowna. 




























fot. zdjęcie nadesłane

Wcielała się Pani w rolę opiekunki Józefa Modrego, (w tej roli Stefan Friedmann, przyp. red.) Choć Pani bohaterka pojawiła się na razie tylko w kilku odcinkach, jej zachowania wywołały wiele emocji wśród widzów. Co było dla Pani największym wyzwaniem w kreowaniu tej postaci?

W "M jak miłość" po raz pierwszy mierzyłam się z aż tak czarnym charakterem do zagrania. Największym wyzwaniem było to, by pod płaszczykiem tej ciepłej i miłej kobiety, którą wszyscy lubią, pokazać widzowi te jej dwa oblicza.  Okazało się, że to się udało. 

Kiedy odcinki z moim udziałem były już emitowane, podeszła do mnie w sklepie pewna pani i stwierdziła, że w poprzednich rolach pobobałam jej się o wiele bardziej. (Śmiech.) Wytłumaczyłam jej, że to nie ja, a tylko postać, którą gram. 

Pani przyznała, że co prawda gram okropną babę, ale dobrze mi idzie. (Śmiech.) Trudne było dla mnie to, że mimo tego, że byłam czarnym charakterem, musiałam zakładać białą pelerynę i pod tą przykrywką wszystkich przytulałam. Wydaje mi się jednak, że całkiem fajnie to wyszło. 

Zetknęłaś się z opinią widzów, że spotkała ich podobna sytuacja jak ta, przedstawiona na ekranie?

Tak. Dla widzów była to lekcja, że trzeba być bardzo czujnym. Widzowie dziękowali, że ten temat został poruszony. Przyznawali, że takie sytuacje się zdarzają. Jeśli bliscy osoby, która jest pod opieką widzą tylko dobre zachowania, mogą być znieczuleni perfidią kogoś takiego i nie uwierzyć, kiedy to podopieczny próbuje przekazać im, że coś się dzieje.

Z realizowaniem zdjęć do "M  jak miłość" wiąże się jedna bardzo zabawna historia.                        

Na ekranie występowałam ze swoim wspólnikiem, który pojawił się też w scenie, która wymagała od nas dużych zbliżeń. Jeżeli chodzi o kulisy całej sytuacji, zagrał go...mój mąż, który nie jest aktorem. (Śmiech.) Konieczne były sceny namiętnych pocałunków, ale w związku z pandemią okazało się, że aby takie sceny mogły być zrealizowane, obydwoje musielibyśmy się poddać bardzo szczegółowemu i nieprzyjemnemu badaniu laryngologicznemu, które wykluczy u nas zakażenie wirusem. Gdyby u któregoś z nas znaleziono chociażby pojedyncze bakterie w zatokach, już nie moglibyśmy zagrać. Wszyscy zastanawiali się, jak tego badania uniknąć i w końcu produkcja zadzwoniła do mnie z pytaniem, czy mój mąż jest aktorem. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że absolutnie nie. (Śmiech.) Zapytali, czy mimo to, zgodziłby się na zagranie. W pierwszym momencie nie chciał o tym nawet słyszeć, ale kiedy powiedziałam mu, jaka to będzie scena, zgodził się. Ten argument zadecydował. (Śmiech.) Mimo tego, że towarzyszył mu ogromny stres, dał radę. Finalnie był chyba mniej zestresowany ode mnie. Dzięki temu mamy pamiątkę rodzinną w postaci wspólnie zagranej sceny. (Śmiech.) Pandemia wymusiła na nas takie działanie. 

Ola to postać ze złamaniem, ewidentną rysą na życiorysie. Czy role tego typu są dla Pani pewnego rodzaju urozmaiceniem pracy w zawodzie?

Tak. Jak już wspominałam, od zawsze byłam obsadzana w pozytywnych rolach. Ola była pierwszym moim zetknięciem się z czarnym charakterem. Było to bardzo trudne wyzwanie aktorskie, ale równocześnie traktowałam go jako sprawdzian moich umiejętności aktorskich. To, czy podołałam temu wyzwaniu, niech ocenią widzowie. 

Szczerze przyznam, że była taka scena, której bardzo się bałam. Wpycham w niej Panu Stefanowi Friedmannowi leki na siłę do gardła. Została zmontowana tak, że nie było widać tego, co jest nagrane, bo już na etapie nagrywania efekt był bardzo mocny, ponieważ Pan Stefan moment duszenia się tabletkami zagrał bardzo przekonująco, że kiedy skończyliśmy, wyszłam na dwór i się po prostu popłakałam, ponieważ było to dla mnie bardzo emocjonalne. Już po ujęciu nie mogłam długo dojść do siebie i zrozumieć, jak można wogóle zrobić coś takiego. 

Myślę, że zawód aktora polega na tym, że musi mierzyć się z osobowościami, z którymi prywatnie nie ma nic wspólnego. To pokazuje jak dalekie są nasze możliwości.


























fot. zdjęcie nadesłane

Mówisz, że przeważnie grałaś pozytywne role. Kiedy dostałaś propozycję wcielenia się w "Emce" w czarny charakter, zgodziłaś się od razu, czy miałaś jednak jakieś opory?

Na etapie zdjęć próbnych dostałam sześć scen, które musiałam nagrać. Już po tych pierwszych scenach wiedziałam, że nie jest to fajna osoba, ale w tym serialu drzemie fajny potencjał, więc uznałam, że mimo wszystko warto w to pójść. Nie miałam żadnych wątpliwości, ale przyznam, że kiedy czytałam, co dalej będzie się działo, było mi trochę trudniej. Potraktowałam to jednak jako wyzwanie aktorskie i doszłam do wniosku, że warto też pokazać, do czego człowiek może się posunąć. 

Od poniedziałku do piątku w godzinach porannych na Polsacie emitowane są odcinki serialu paradokumentalnego "Malanowski i partnerzy". Choć emisje premierowych odcinków zakończono w 2016 roku, to serial do dzisiaj cieszy się ogromnym powodzeniem. Jak wspominasz pracę na planie?

Pracę na planie serialu "Malanowski i partnerzy" wspominam świetnie. Uważam, że była to ciężka praca, ponieważ pracowaliśmy nawet po osiemnaście godzin, a nasz najdłuższy dzień zdjęciowy trwał dwadzieścia dwie godziny, czyli prawie całą dobę. Było to osiem lat bardzo fajnej pracy. Kiedy wchodziłam w ten projekt, miałam zupełnie inne oczekiwania. Wydawało się, że będzie to "07, zgłoś się" naszych czasów. Była to praca aktorska, której miałam naprawdę dużo, oswajałam się z nią. 

Bardzo miło wspominam pracę z Bronkiem Cieślakiem. Klasa i profesjonalizm. Lubiłam też pracować z Tomkiem Mandesem, który ma też ogromny talent reżyserski, który zdarzało się wykorzystywać na planie. Był bardzo twórczy na planie. 

Był to świetny czas, kawał mojego życia. 

Co według Ciebie było największą siłą tego serialu?

Bronisław Cieślak był jego filarem. Ludzie mają ogromny sentyment do porucznika Borewicza. "Malanowski" był drugą jego odsłoną. 

Mocną stroną tego serialu były lekcje, jak zachować się, kiedy spotka nas coś złego. Wiele osób mogło wyciągać z tego wnioski. 

Pierwsze odcinki realizowane były na podstawie akt sprawy. Te scenariusze pisało życie. To także było mocną stroną tej produkcji. 

Czy gdyby pojawiła się możliwość powrotu na plan, zechciałabyś  dalej wcielać się w rolę detektyw Magdy?

Pewnie, że tak. Bardzo dobrze czuję się z bronią, co widać było już w "Zostać Miss", a potem także w serialu "Pierwsza miłość". Broń do mnie przylgnęła, jest mi bliska. Przyznam, że wolę biegać po planie z pistoletem, niż się całować. (Śmiech.) Kiedy miałam ją przy sobie i musiałam nią operować, czułam się swobodnie. 

Można stwierdzić, że zdarza Ci się na innych planach filmowych korzystać z wiedzy i umiejętności, które nabyłaś na planie tego serialu paradokumentalnego?

Oczywiście. W serialu "Ślad" strzelałam przecież z karabinu maszynowego. Grałam w jednym odcinku, ale rozłożono go w czasie. W międzyczasie uległam wypadkowi w domu. Stolarze przez przypadek zmiażdżyli mi palce u nóg, więc dwa miesiące leżałam plackiem, a sceny, które miały miejsce w więzieniu, odegrałam na wózku. Było wesoło, ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło. Udało się, mogę dalej chodzić na obcasach. 

Opowiedz proszę w kilku słowach o najbliższych planach zawodowych.

Czekam na wyniki castingu, który odbywał się online. Ostatnio miałam przystąpić do castingu, który finalnie się nie odbył. Przygotowuję swoją wizytówkę i dołączę do niej te sceny, które nagrałam w ramach wspominanych wcześniej międzynarodowych zdjęć castingowych. Cieszę się, że jestem już w tej międzynarodowej bazie. To otwiera nowe możliwości. Czekam na to, co się wydarzy i wierzę, że będzie to coś dobrego. Jestem spragniona powrotu do intensywnej pracy, bo wtedy czuję, że żyję na 100%. 

Co będzie pierwszą rzeczą, którą zrobisz, kiedy świat wróci już do normy?

Zrobię wielkie przyjęcie i zaproszę wszystkie moje przyjaciółki. Już się nie mogę doczekać. Mam nadzieję, że endorfiny nie wybiją mi zębów. (Śmiech.) 

wtorek, 27 kwietnia 2021

Mikołaj Roznerski: "Bez widzów nie ma nas i to tej bezpośredniej relacji, wymiany energii nam teraz najbardziej brakuje"

 Mikołaj Roznerski: "Bez widzów nie ma nas i to tej bezpośredniej relacji, wymiany energii nam teraz najbardziej brakuje"

fot. zdjęcie nadesłane / fot. z oficjalnego profilu Mikołaja Roznerskiego na Instagramie

Mikołaj Roznerski podczas pandemii postanowił zrobić coś dla siebie. Zrobił kurs baristy, nauczył się też wypalać kawę. Finalnie postanowił postanowił połączyć przyjemne z pożytecznym i stworzył kawę marki Rozner. 

Rozmawiamy o tym, jak zrodził się u niego pomysł na zrobienie kursu baristy, ale też o Teatrze oraz o Złotej Telekamerze, którą odebrał w marcu. 

Tym, czego najbardziej brakuje mu w tych niełatwych czasach są spotkania z mamą, a na gruncie zawdowym to bezpośrednia relacja i wymiana energii z widzami.                                   To moja trzecia rozmowa z aktorem. 

Spotykamy się w Ustroniu, w dobie pandemii, przed ostatnim spektaklem "Kłamstwo", który zagracie na dzień przed rozpoczęciem trzeciego lockdownu. "Najgorsza prawda lepsza jest od kłamstwa" - to myśl przewodnia Waszego spektaklu. Zgadzasz się z tym stwierdzeniem? Przekłada się Twoim zdaniem na życie?

Tak, zgadzam się z tym stwierdzeniem. Jestem tego zdania, że prawda jest najważniejsza. Kłamstwo zawsze i tak wychodzi na jaw. Jak nie w pierwszym sezonie, to w dziesiątym...
Mam taką zasadę, że lepiej być prawdziwym, nikogo nie udawać. Być po prostu sobą. 

Jakie towarzyszą Ci emocje podczas grania tego spektaklu? 

Faktycznie, teraz granie w Teatrze to jest jeden wielki luksus, więc  wkładam w grę na scenie jeszcze więcej serca, niż dotychczas. Doceniam każdy spektakl,  w którym mogę  zagrać,
a jest ich naprawdę mało. Od    początku pandemii zagrałem może w dziesięciu spektaklach.  To wszystko przez cały rok.    Bardzo    się    cieszę na każdy    kontakt z widzem na żywo.    Jest to dla mnie szalenie wzruszające i bardzo emocjonujące. Mam    nadzieję, że    ta cała sytuacja, w jakiej się wszyscy znaleźliśmy niedługo szczęśliwie się zakończy i że będą    Państwo mogli przychodzić do teatru normalnie, bez żadnych ograniczeń. Przecież  bez was,    nie ma nas. My ciągle    na was czekamy, a wiemy też, że wy czekacie    na nas.

Czym różni się granie przy panujących restrykcjach i obostrzeniach od pracy w normalnych warunkach?

W Teatrze te zmiany są mniej odczuwalne, niż na planie serialu, czy filmu. Najbardziej zauważalna jest zmniejszona liczba osób na widowni. Obecnie, jeśli teatry są    otwarte, nie ma żadnych obostrzeń, to możemy zagrać dla 50% widzów. Przed pandemią    graliśmy dla 100% procentowej widowni.    Poza tym my    na scenie    gramy bez masek, ale musimy oczywiście uważać, by mieć jak najmniejszy kontakt z widzami. Zachowujemy również ostrożność między sobą.  Jednak my  - aktorzy    przeważnie jesteśmy przebadani ze względu na pracę na planie.

Ja mam test co siedem dni. Żyjemy obecnie w hermetycznym środowisku, staramy się zachowywać wszelką ostrożność. Czasami  to trudne, ale tak jest na całym świecie. Musimy się dostosować do panujących warunków.

Aktorom najbardziej teraz brakuje rozmów z odbiorcą po spektaklu, prawda? W jednej z rozmów ktoś mi powiedział, że konfrontacja aktora z widzem jest tym, czego   po sztuce najbardziej łakną obydwie strony.  

Oczywiście, bez widzów nie ma nas i to tej bezpośredniej relacji, wymiany energii nam teraz najbardziej brakuje.  

 To już ponad rok od momentu w którym świat się zatrzymał. Jak znosisz izolację?  

Myślę, że próbuję się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości jak każdy. Raz jest lepiej, raz gorzej. Najbardziej brakuje mi spotkań z moją mamą, nie widziałem jej już pół roku. Bardzo mi z tego powodu przykro. Mam nadzieję, że niedługo będę mógł się z nią zobaczyć na spokojnie.  

Poza tym staram się żyć w miarę normalnie, oczywiście na tyle normalnie,  na ile pozwalają obecne warunki i przy zachowaniu wszelkiego bezpieczeństwa.


Mówi się, że takie zwolnienie tempa jest czasami potrzebne każdemu z nas. Uważasz, że obecna sytuacja może zmienić społeczeństwo na lepsze i spowodować, że ludzie będą patrzeć na życie z większym dystansem i bardziej przychylnie?  

Mam nadzieję, że ta sytuacja niebawem się skończy. Uważam, że tempo jest potrzebne po to, aby żyć. Czy pandemia zmieni społeczeństwo na lepsze?  Tego nie wiem. Każdy podchodzi do tej kwestii indywidualnie i każdy powinien odpowiedzieć sobie sam na to pytanie w zgodzie z własnym sumieniem.  

 Wsparciem w pozytywnym patrzeniu na świat jest niewątpliwie odkrywanie w sobie nowych pasji. Ty w czasie pandemii odkryłeś w sobie żyłkę prawdziwego kawosza. Bez kawy nie wyobrażasz sobie dnia. Opowiedz coś więcej o swoim zamiłowaniu do kawy i o projekcie, który jest z nią związany.  

Tak, rzeczywiście podczas pandemii zrobiłem kurs baristy, chciałem zrobić coś dla siebie. Pragnąłem    nauczyć się parzyć kawę na różne sposoby. Dzięki temu kursowi nauczyłem się też wypalać kawę. Ostatecznie połączyłem przyjemne z pożytecznym i stworzyłem własną markę, która nazywa się Rozner. Kawa Rozner hula już po świecie. 

Mam nadzieję, że dotrze do wielu zakątków, by obdarować ludzi wyjątkowym aromatem, smakiem i  da nam wszystkim odrobinę przyjemności i radości. 

Można nabyć ją napraska.pl/rozner (Kliknij tutaj)  Zapraszam. Smacznego:) 





fot. zdjęcie nadesłane / fot. z oficjalnego profilu Mikołaja Roznerskiego na Instagramie

Bez jakiej kawy nie wyobrażasz sobie dnia?

No, jak to bez jakiej? (Śmiech.) Bez Roznerinno, Roznesso, Roznatte.

Przejdźmy do serialu "Osiecka", który miał swoją premierę w grudniu 2020. Wcieliłeś się w rolę Wojciecha Frykowskiego, pierwszego męża Agnieszki Osieckiej. Jak wyglądały Twoje przygotowania do roli?

Przygotowania do tej roli były już bardzo dawno temu, ale muszę przyznać, że za    dużo materiałów nie miałem.  Jeśli chodzi o postać Wojciecha Frykowskiego, to podpytałem jego starych znajomych, pooglądałem filmy. Miałem też kontakt z jedynym z reżyserów, który znał Wojtka, opowiedział mi o nim, o tym jakim był człowiekiem. To bardzo mi pomogło w kreowaniu tego bohatera. Dopełnieniem były moje aktorskie wizje oraz sugestie    reżyserów i scenarzystów, którzy pracowali nad tą produkcją.

Czy w ramach pracy zgłębiałeś życiorys Frykowskiego i Osieckiej?

Faktycznie poznałam bliżej życie i twórczość Agnieszki Osieckiej. Trzeba podkreślić, że to co jest ukazane na ekranie, to tylko ułamek jej życia, reszta to fikcja literacka. Muszę jednak przyznać,   że na nowo zakochałem się w tekstach Osieckiej i cieszę się, że taki serial powstał.

Masz za sobą pierwsze dni zdjęciowe na planie serialu "Na dobre i na złe". Pierwsze domysły już się pojawiają, ale opowiedz coś o swojej roli.

Niestety, nie mogę za wiele zdradzić,  bo odcinki z moim udziałem nie są jeszcze w emisji.
Mogę powiedzieć tylko tyle, że w tej produkcji zagram pewnego inspektora, który skradnie serce jednej z głównych bohaterek. Poza tym wprowadzi on do szpitala w Leśnej Górze trochę porządku. Reszty dowiecie się Państwo już niebawem. Zapraszam do oglądania.




fot. zdjęcie nadesłane / fot. z oficjalnego profilu Mikołaja Roznerskiego na Instagramie/ Mikołaj Roznerski i Marta Żmuda - Trzebiatowska na planie serialu "Na dobre i na złe"

Jak czujesz się w Leśnej Górze? Czy w minionych latach zdarzało Ci się oglądać serial? Z którymi bohaterami kojarzy Ci się na pierwszą myśl?

Oczywiście, bardo często oglądałem  "Na dobre i na złe", w dzieciństwie był to mój drugi ulubiony serial po  "M jak miłość". Razem z moją rodziną przeżywaliśmy perypetie tych starszych bohaterów, granych przez Małgorzatę Foremniak, czy Artura Żmijewskiego. Teraz już ich w serialu nie ma, ale lubię wspominać te czasy z sentymentem. 

Na planie czuję się świetnie, zostałem miło przyjęty. Muszę przyznać, że przy produkcji "Na dobre i na złe" pracuje wspaniała ekipa. Cieszę się, że mogłem się stać jej częścią i realizować się zawodowo na planie tego właśnie serialu.

Nie milkną echa dotyczące kontynuacji hitowych produkcji z Twoim udziałem. Mowa oczywiście o filmie "8 rzeczy, których nie wiecie o facetach". Jak w porównaniu do pierwszej części filmu zmienił się Tomasz?  

Nie mogę za wiele mówić o  "8 rzeczach...",  ponieważ film ten jest jeszcze w produkcji. Czekamy z premierą aż kina zostaną otwarte. Mogę zdradzić jedynie tyle, że Tomasz jest teraz całkiem innym człowiekiem, dojrzał, zmienił siebie oraz swoje priorytety.  

Mój bohater od życia teraz oczekuje czegoś innego niż w pierwszej części tego filmu. Poza tym, w dalszym ciągu gram z Alicją Bachledą - Curuś, pojawi się też ktoś nowy.  
Pracę na planie wspominam bardzo dobrze. 

To był świetny, wakacyjny plan z dobrym reżyserem i fajną ekipą. Pracowaliśmy podczas pandemii, napotkaliśmy różne trudności, ale udało nam się zakończyć swoją pracę. Z tego co wiem,  film jest obecnie montowany.  Już nie możemy się doczekać, aby trafił do kin i abyście Państwo mogli podziwiać efekt naszej pracy. Gdy już wszystko wróci do normy, zapraszam wszystkich do kin.

Mówi się też o pomyśle na kontynuacje kultowych już "Porad na zdrady". Wiesz coś?

Niestety, nic nie wiem na ten temat.

Nie możemy przejść obojętnie obok Złotej Telekamery Teletygodnia, którą odebrałeś  
10 marca. Na koniec opowiedz o emocjach, które towarzyszyły Ci podczas przekazania tej bez dwóch zdań prestiżowej nagrody?

Emocje tego dnie były ogromne.
  
Nie spodziewałem się    tak emocjonalnej reakcji z mojej strony, z tego względu, że mimo iż poprzednie Telekamery były przyznawane  głosami  widzów, wszystko się mogło zdarzyć,  to odbierałem je z większym spokojem. Natomiast ta Złota Telekamera była już nadana mi odgórnie, nie była niby wielkim zaskoczeniem,  jednak to właśnie jej otrzymanie    najbardziej przeżyłem. Wzruszył mnie filmik promocyjny  na mój temat oraz piękna laudacja redaktor naczelnej "Teletygodnia". Było to bardzo przejmujące dla mnie. Dosłownie zatkało    mnie na scenie. Tę chwilę  na pewno zapamiętam do końca życia.  

Sprecyzuj swoje najbliższe plany zawodowe.

W dalszym ciągu gram w „M jak miłość”. Poza tym niedługo rozpoczynam pracę na planie filmu Michała Węgrzyna. W czasie wakacji z kolei rozpocznę zdjęcia do    nowego filmu, którego akcja toczyć się będzie w górach. 

Po wakacjach natomiast czeka mnie nowy film gangsterski. Filmowo zatem dużo się dzieje. Dodatkowo w moim życiu ważną rolę w dalszym ciągu odgrywa Teatr. Obecnie mamy    ze Zdzisiem Wardejnem próby do sztuki "Kontrakt" Stanisława Mrożka. Premiera odbędzie się W Teatrze Imka. Na wznowienie czekają również spektakle, w których miałem okazję grać już wcześniej. To "Dwoje na huśtawce", "Piękna Lucynda", "Niemy Kelner" , czy  „Kłamstwo”.    Oprócz tego mam fun z tego,  że stworzyłem swoją kawę Rozner. Zaczyna ona podbijać świat. Bardzo się z tego powodu cieszę i mam nadzieję, że ludzie będą   kosztować mojej kawy, a ona będzie im smakować.  

czwartek, 22 kwietnia 2021

Małgorzata Neczyperowicz: "Transplantologia to niesamowicie ważny temat. Grając Ingę, mierzyłam się z emocjami balansującymi na granicy życia i śmierci"

 Małgorzata Neczyperowicz: "Transplantologia to niesamowicie ważny temat. Grając Ingę, mierzyłam się z emocjami balansującymi na granicy życia i śmierci"



fot. Trzecie Oko

Z aktorką, Małgorzatą Neczyperowicz, która od 795. odcinka wciela się w rolę Ingi Michalskiej, mamy kilkuletniego Antka, który oczekuje na przeszczep serca. Rozmawiamy o emocjach balansujących na granicy życia i śmierci, na których zbudowany jest jej wątek, ale także o niezwykle ważnym i trudnym temacie, którym niewątpliwie jest transplantacja.

Pod koniec grudnia 2020 roku na Krajowej Liście Oczekujących na Przeszczep znajdowało się 1806 pacjentów. 

Ponad rok temu świat zatrzymał się z dnia na dzień, co oczywiście spowodowane jest pandemią koronawirusa. Jak znosi Pani izolację?

Nie izoluję się aż tak bardzo. (Śmiech.) Staram się normalnie żyć, pracować, funkcjonować. Na planie regularnie się testujemy, więc na bieżąco mam pewność, że nic mi nie dolega. 

Czego nauczył Panią ten trudny czas?

Czas pandemii nauczył mnie, że bardzo dużo zależy od nas. To tylko ode mnie zależy, jak poprowadzę swoje życie, czy pójdzie ono w dobrym kierunku. Nauczyłam się większej wiary w siebie i pewności, że muszę iść do przodu, działać, by coś osiągnąć. 

Zwykle wciela się Pani w bohaterki po przejściach, więc Pani role oparte są z reguły na trudnych emocjach - strachu, niepewności, łzach. O jednej z takich ról będziemy zaraz rozmawiać. Poza planem już na pierwszy rzut oka sprawia Pani wrażenie osoby uśmiechniętej, nastawionej pozytywnie. Czy taka postawa pomaga Pani w tych niepewnych czasach?

Myślę, że tak. Płakanie, czy zamartwianie się  nic dobrego nie wniesie do mojego życia. Dobrze jest być optymistycznie nastawionym do ludzi i świata. Nie wierzę w żadne teorie przyciągania, jestem od tego bardzo daleka, ale myślę, że jeżeli pracuje się z całych sił i robi się wszystko, by było dobrze, to kiedy zaczyna się odnosić pierwsze sukcesy, automatycznie wzrasta pewność siebie i poczucie, że dam sobie radę w każdej sytuacji. 

W 795 odcinku dołaczyła Pani do obsady serialu "Na dobre i na złe". Czy zanim trafiła Pani do obsady, zdarzało się Pani oglądać serial? Miała Pani swoje ulubione wątki, ulubionych bohaterów?

Serial "Na dobre i na złe" oglądałam w dzieciństwie i wtedy, kiedy byłam nastolatką. Od siedmiu lat nie mam telewizora, to moja świadoma decyzja. Filmy i seriale oglądam przede wszystkim w internecie.  Robię to dwa, trzy razy w tygodniu, w zależności od ilości obowiązków. 

Wciela się Pani w Ingę Michalską, mamę Antka, oczekującego na przeszczep serca. To bardzo emocjonujący wątek. Spotkałam się z komentarzami widzów, że historia Antka jest jedną z najciekawszych na przestrzeni 21 lat emisji serialu. Czy podziela Pani zdanie widzów?

Bardzo się cieszę, że takie opinie się pojawiają. Odkąd pojawiłam się w serialu, oglądam go na bieżąco, ale  trudno skonfrontować mi ten wątek z innymi, które pojawiały się na przestrzeni lat. Niewątpliwie jednak to bardzo ciekawa historia, która tak naprawdę może dotyczyć każdego z nas. 

Moja córeczka też ma wadę serca, więc dzięki temu lepiej rozumiem, co przeżywa matka, kiedy znajduje się w takiej sytuacji. 

Temat przeszczepień wywołuje wiele emocji, a często, tak, jak w "Na dobre i na złe" jest balansem na granicy życia i śmierci. Z jakimi emocjami przyszło  się Pani mierzyć podczas przygotowania do roli?

Mierzyłam się z emocjami, które tak, jak to określamy w naszej rozmowie, balansują na granicy życia i śmierci. Z rozpaczą, stresem, ogromnym strachem. Dużo było złości na los, który spotkał Antka. To bardzo trudne, a wręcz skrajne emocje. 



















fot. zdjęcie nadesłane

Czy fakt, że cała ta historia dotyczy dziecka, jest tym, co jest najtrudniejsze dla Pani w tej roli?

Od jakiegoś czasu gram traumatyczne role. Nastał taki moment, że kiedy kończyłam zdjęcia, nie umiałam tak do końca wyjść z roli. Miałam problem ze swoim ciałem, w którym te emocje zostawały. Ciało drżało. Musiałam nauczyć się nad tym zapanować, umieć się uspokoić. 

Czy Oskar Grzegorzewski, który wciela się w rolę chłopca, oczekującego na przeszczep serca, zdaje sobie sprawę, że na przykładzie jego bohatera jest poruszany temat tak ważny społecznie?

Myślę, że nie do końca. W przeciwieństwie do Antka, który jest cały czas smutny i osłabiony, Oskar jest pełen energii, radosny. Wie, że jest aktorem i wciela się w postać. 

Jak pracował nad rolą? Podobnie, jak Pani, musiał znaleźć  w sobie i przekazać widzom te trudne emocje...

Dużą rolę odgrywa tu jego Mama, która bardzo dużo mu tłumaczy, mówi, jakie emocje ma do przedstawienia. Widoczna jest tu jej ogromna praca, która składa się na sukces efektu końcowego. Ma już jednak doświadczenie, ponieważ jej drugi syn też już ma za sobą kilka występów przed kamerą. 

Czy w ramach pracy nad rolą zgłębiała Pani informacje na temat transplantacji i transplantologii?

Tak, dużo czytałam na temat transplantacji i transplantologii.  Zgłębiałam też tajniki pracy pielęgniarek, ponieważ Inga związana jest z tym zawodem. 

Pod koniec grudnia 2020 roku na Krajowej Liście Oczekujących na Przeszczep znajdowało się 1806 pacjentów. Jedną z najbardziej znanych inicjatyw promujących ideę transplantologii jest Bieg po Nowe Życie, który odbywa się w Wiśle i w Warszawie. Pomysłodawcą jest Przemysław Saleta. Uważa Pani, że tego rodzaju inicjatywy zwiększają świadomość społeczeństwa i pomagają zrozumieć, jak ważnym temat jest transplantacja?

Tak. To temat, którego ludzie się boją, nie chcą go poruszać. Mówienie o tym, nagłaśnianie, ma bardzo duże znaczenie. 

Ostatni odcinek, którego przesłaniem było to, że kiedy jedna osoba traci życie, to dzięki temu ktoś inny może żyć dalej, dał w moim odczuciu widzom bardzo wiele do myślenia. 

Wasz wątek nie jest ciekawy tylko ze względów medycznych, ale także prywatnych. Kiedy Antek wraz z Ingą pojawili się po raz pierwszy w Leśnej Górze i spotkali Maksa Berga, (w tej roli Tomasz Ciachorowski, przyp. red.) okazało się, że to właśnie lekarz jest ojcem chłopca. Mam takie wrażenie, że relacje między Ingą a Bergiem, ze względu na całą tę sytuację, zaczynają się delikatnie ocieplać. Co opowie Pani na ten temat?

Inga czuje dużą wdzięczność do Maksa, ponieważ uratował jej dziecko. Kwestia ojcostwa wyjaśni się w najbliższym czasie. 

Co opowie Pani na temat najbliższych losów Ingi, Maksa i Antka?

Warto oglądać. Wiele spraw w tyn wątku zostanie sprecyzowanych. Zapraszam do oglądania. 

Zagrała Pani epizod w filmie "Erotica 2022". Premiera zaplanowana jest na 25 listopada 2021 roku. Co może opowiedzieć Pani o swojej roli w tej produkcji?

Nie była to duża rola. Wystąpiłam jako gość przyjęcia, ale ciekawostką jest. że zagrałam razem z moją córeczką, którą nosiłam na rękach. 

To niewątpliwie bardzo ciekawa produkcja. Do współpracy zaprosiła mnie Jagoda Szelc. Uważam, że jest świetną reżyserką. Mam do niej wielki szacunek. Cieszę się, że mogłam wziąć udział w tym projekcie. 

Skupia się Pani obecnie na roli w "Na dobre i na złe", czy zobaczymy Panią w innych projektach?

Skupiam się na tej roli, ale często zdarza mi się grać role odcinkowe w wielu produkcjach i nagrywam reklamy.

Jest Pani aktorką, ale nie jest to Pani jedyna aktywność zawodowa, ponieważ aktorstwa Pani również uczy. Do kogo skierowane są Pani lekcje?

Moje lekcje są skierowane przede wszystkim do młodzieży i osób dorosłych. Mówię tu przede wszystkim o zajęciach indywidualnych, które na ten moment prowadzę. 

Swoich uczniów przygotowuję przede wszystkim do egzaminów do szkół, przemówień publicznych i pracy w serwisie YouTube. 

Oprócz zajęć aktorskich zdarza mi się również prowadzić zajęcia z choreoterapii. 

Czym jest choreoterapia?

To terapia przez ruch i przez taniec. Rozszerzam swoje umiejętności w tym zakresie. Uważam, że to coś bardzo ciekawego. Sama brałam kiedyś udział w takich zajęciach. Zwłaszcza teraz, taka aktywność sprawia, że człowiek lepiej się czuje. To fajna alternatywa na spędzanie czasu w zamknięciu. To coś, co pomaga również psychicznie.









fot. Krzysztof Płoch

Czy zapotrzebowanie na tego typu zajęcia jest większe w czasie pandemii?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. W zakresie choreoterapii pomagam koleżance przy konkretnym projekcie, ale nie chciałabym zdradzać żadnych szczegółów.

Jak to wszystko wygląda przy panujących restrykcjach i obostrzeniach?

W czasie pandemii prowadzę zajęcia indywidualne oraz zajęcia dla dwóch osób, więc na spokojnie możemy spotykać się na żywo. Kiedy zachodzi taka konieczność, zajęcia robimy również w trybie online. 

Jakie ma Pani trzy podstawowe wskazówki dla tych, którzy chcieliby spróbować szczęścia w tym zawodzie?

Najważniejszy w tym zawodzie jest upór i wytrwałość w nauce tego zawodu. Uważam, że na sukces składa się 99% ciężkiej pracy i 1% talentu. (Śmiech.) Warto byłoby udać się do osoby, która dobrze uczy, najlepiej do aktora. Emocjonalność można wypracować przez różnych ćwiczeń. Każdego da się wyprowadzić, ale czas uzyskania zadowalającego efektu zależy też od predyspozycji, które przyszły adept aktorstwa ma na start. 

Proszę opowiedzieć o najbliższych planach zawodowych. 

W tym zawodzie trudno mówić o planach. Chciałabym wrócić do wystawania swojego spektaklu dla dzieci na podstawie książki Justyny Bednarek, "Niesamowite przygody skarpetek". Chciałabym do tego wrócić i tworzyć także nowe spektakle, również te dla dorosłych. 

środa, 21 kwietnia 2021

Aneta Figiel: "Zamiłowaniem do twórczości Kabaretu Starszych Panów zaraziła mnie moja wychowawczyni z liceum"

 Aneta Figiel: "Zamiłowaniem do twórczości Kabaretu Starszych Panów zaraziła mnie moja wychowawczyni z liceum" 











fot. zdjęcie nadesłane

14 kwietnia na rynku muzycznym pojawiła się płyta "Aneta Figiel i Starsi Panowie - zupełnie inna historia". Rozmawiamy o tym, co zmobilizowało artystkę do jej powstania. Wspominamy Jerzego Wasowskiego i Jeremiego Przyborę.

Płytę można nabyć na oficjalnej stronie internetowej Anety Figiel. 

Ponad rok temu świat zatrzymał się z dnia na dzień, co oczywiście spowodowane jest pandemią koronawirusa. Jak znosisz izolację?

Jeśli chodzi o izolację, mam różne etapy  znoszenia jej. Pierwsze miesiące były bardzo przyjemne. Okazało się, że potrzebowałam spokoju i odpoczynku. Kolejne locdowny są zdecydowanie trudniejsze. Oczywiście stosuję się do obowiązujących restrykcji i obostrzeń ale bardzo już tęsknię na normalnością i za wyborem, który aktualnie został nam odebrany.

Chciałabym również wrócić do moich aktywności zawodowych. Nikomu z nas aktualny stan raczej nie sprzyja. Dzieci całe dnie siedzą przed komputerami, jestem przekonana, że w przyszłości zaowocuje to negatywnymi skutkami. 

Czego nauczył Cię ten trudny czas?

Ten czas pokazał mi, że wartością absolutną w moim życiu jest rodzina. W czasie zamknięcia bardzo zadbałam o dom. Wraz z mężem jesteśmy muzykami, żyjemy na walizkach, w ciągłej podróży, w nieustającym wirze. Oboje bardzo to lubimy, natomiast moment przymusowego zatrzymania uświadomił mi, jak ważną przestrzenią dla mnie jest dom. To moje miejsce mocy. Drugim takim miejscem przez ostatni rok stało się studio. Ono tak naprawdę uratowało moją głowę w czasie pandemii. Spędzamy tam wraz z mężem sporo czasu. 

Poza oczywistymi negatywnymi skutkami pandemia dała nam również przestrzeń na powstanie płyty "Aneta Figiel i Starsi Panowie - zupełnie inna historia". Za chwilę będziemy o niej rozmawiać. 

Mówisz o sobie, że lubisz czarny humor i takie żarty, których prawie nikt nie rozumie. (Śmiech.) Już na pierwszy rzut oka sprawiasz wrażenie osoby pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. Czy taka postawa pomaga Ci w dzisiejszej niełatwej dla nas wszystkich rzeczywistości?

Myślę, że tak. Jestem osobą, która dość szybko zbiera się po porażkach. Nie zawsze wszystko dzieje się po naszej myśli. Uwierz, że ja też miałam wiele takich sytuacji. Ze wszystkich porażek staram się wyciągać lekcje, podnosić się i iść dalej. Pozytywne nastawienie na pewno bardzo pomaga. Przez ostatnich kilka lat sporo pracowałam nad sobą, wciąż uczę się tego, by z nieprzyjemnych sytuacji wyciągać pozytywy. Nie jest to proste, ale możliwe i bardzo uwalniające. 

Od ogółu do szczegółu. (Śmiech.) 19 maja 2015 roku wydałaś swoją debiutancką solową płytę "Plan A". Jakie zmiany w Twoim życiu zawodowym zaszły od tego czasu?

Samo wydanie płyty nie przyniosło radykalnych zmian w moim życiu, natomiast mocno utwierdziło mnie w drodze, nie tylko muzycznej, którą chciałabym podążać

Świadomie zrezygnowałam ze śpiewania w chórkach z innymi artystami, choć uważam, że był to piękny czas w moim życiu i wiążę z nim cudowne wspomnienia. 

Jednym z moich projektów, który pojawił się po wydaniu Planu A jest „Live Story”, czyli bliskie spotkania z Artystami i niepośpieszne rozmowy o pasji, sztuce, życiu. Niestety pandemia wstrzymała nasze nagrania, ale jestem pełna nadziei, że wrócę do nich.

Bardzo dużą satysfakcję sprawiły mi również nagrania do bajek Disneyowskich takich jak Coco, Król Lew czy Kraina Lodu II. Mam w nich swój czasem większy, czasem mniejszy udział wokalny.

14 kwietnia na rynku muzycznym pojawiła się płyta "Aneta Figiel i Starsi Panowie - zupełnie inna historia". Płytę można zamawiać na Twojej oficjalnej stronie.

Płytę w fizycznej formie można nabyć na mojej stronie www.figielaneta.pl 

Jeżeli ktoś byłby zainteresowany, są tam również dostępne podkłady muzyczne do całego materiału. 

Płyta ukazała się również we wszystkich serwisach streamingowych. Bardzo się cieszę, że krążek ujrzał wreszcie światło dzienne, ponieważ czas pandemii, choć niejako przyczynił się do jej powstania, to przedłużył też trochę oczekiwanie na nią, ale dzięki temu została bardzo dobrze zaopiekowana. Ma piękną grafikę autorstwa Pawła Jaskólskiego.  W książeczce znajduje się dziesięć pocztówek, które można wysłać do bliskiej osoby pocztą tradycyjną. Zadbaliśmy o to, by płyta była w 100% ekologiczna, dużym wyzwaniem było to, czym zastąpimy folię. Wpadliśmy na pomysł, by zawijać ją w specjalnie drukowaną, tematyczną gazetę. Ta płyta jest moim osobistym spełnienim i bardzo istotnym krokiem w moim muzycznym rozwoju. Włożyliśmy w nią całe serce. 

Jej producentem jest Marcin Murawski. Skąd pomysł na stworzenie płyty właśnie z twórczością Kabaretu Starszych Panów?

Ich piosenki chodziły za mną od liceum, a zaraziła mnie nimi moja wychowawczyni, Magdalena Kwiatkowska. Wspaniała osoba. Wszystkim życzę spotkania na swej drodze takiego pedagoga. 
  
Zanim zdecydowałam się na wydanie tego materiału, miałam w sobie sporo obaw, ponieważ to bardzo wymagający repertuar i przede wszystkim genialny w oryginale. Zabieranie się za takie piosenki jest ogromnym ryzykiem,  można sobie kolokwialnie mówiąc strzelić w kolano. Podchodziliśmy do tego repertuaru z Marcinem bardzo ostrożnie i przede wszystkim z ogromnym szacunkiem do oryginału. Marcin Murawski, który wyprodukował tę płytę włożył w nią mnóstwo swojego talentu, pasji i czasu. To jak brzmi ten krążek to jego ogromna zasługa.























fot. zdjęcie nadesłane / okładka płyty "Aneta Figiel i Starsi Panowie - Zupełnie Inna Historia"

No właśnie. W jednym z wywiadów przyznałaś, że o jej powstaniu myślałaś długo, ale nie miałaś śmiałości. Czy można stwierdzić, że czas pandemii niejako przyczynił się do tego, że się odważyłaś?




"W słowach ślad..." wyk. Aneta Figiel 

Tak, już o tym wspominałam. Punktem wyjścia do powstania płyty był pomysł koncertowania z tym repertuarem, co przed pandemią kilkukrotnie nam się udało.  Zaczęliśmy tworzyć kolejne aranże i stwierdziliśmy, że szkoda tego nie nagrać. Do współpracy zaprosiliśmy  wielu doskonałych muzyków, wszyscy kibicowali nam, dodawali skrzydeł, więc z każdą kolejną piosenką nabierałam śmiałości. Na dwa tygodnie przed premierą robiłam sobie przegląd dostępnych archiwalnie wywiadów z Wasowskim i Przyborą. Kiedy wysłuchałam wszystkich tych rozmów, dość konkretnie się spiełam. Pomyślałam, że był to tak wspaniały duet, a my stworzyliśmy tak bardzo odbiegające od oryginału  aranżacje, że zaczęłam zastanawiać się, czy świat jest na to gotowy. (Śmiech.) Ale pomyślałam równocześnie, że do odważnych świat należy, a ja jestem naprawdę dumna z tego, co stworzyliśmy. Kiedy po raz pierwszy chwyciłam płytę w dłonie, poczułam się bardzo szczęśliwa. 

Album zapowiada piosenka "W słowach ślad tylko został". W oryginale piosenkę tę śpiewała Kalina Jędrusik. W twórczości Kabaretu słowa i treść były punktem wyjścia. Podzielam Twoje wrażenie, że w dzisiejszych czasach słowa tracą na wartości. Często są zastępowane emotikonami, slangiem lub anglicyzmami. Można coś z tym zrobić?

Można, a nawet trzeba. Mamy piękny ojczysty język, który zaczynamy ignorować. Zauważyłam nowy trend, rozpoczynania zdania z małych liter. Nie wiem czemu ma to służyć. Bardzo często, zamiast odpowiedzi na wiadomość dostajemy od kogoś kciuka w górę lub inny emotikon. Szczerze mówiąc, nie znoszę tego. Emotikony zaczęły zastępować emocje, a przecież równie pięknie można zapisać je słowem. 

Ideą całego projektu jest powrót do postrzegania słowa jako nośnika emocji, tęsknotą za jego wartością i kulturową siłą.

Słowo w tradycyjnej formie zaczęło zanikać. Mniej mówimy, więcej piszemy. Szyfrujemy emocje. 

Kabaret Starszych Panów jest pięknym nośnikiem emocji. Tam każdy tekst zbudowany jest na metaforach. 

Z powstaniem płyty związana jest też akcja #ślijdobresłowo. Opowiedz coś więcej. Do kogo cała inicjatywa jest skierowana?

Płycie towarzyszy przekaz słania dobrego słowa. Do każdej płyty wypisuję ręcznie pocztówkę dla osoby, która ją zakupiła. Nie będę zdradzała jaka treść się na niej znajduje, zostawię to dla odbiorców;). Mi osobiście brakuje takiej formy kontaktu. Bardzo rzadko, pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że prawie nigdy nie znajduję w swojej skrzynce pocztowej  jakiegoś miłego przesłania. Nie trzeba wiele. Nie ma konieczności pisania długich listów. Wystarczy napisać pozdrowienia lub po prostu życzyć komuś miłego dnia. Taka wiadomość może uratować dzień, wywołać radość, uśmiech. Nie neguję absolutnie nowoczesnych form komunikacji, ale szkoda, gdyby formy klasyczne przestały istnieć. Takie przesłanie towarzyszy naszej płycie. 

Dzięki Twojej płycie możemy przenieść się w czasie i delektować się erudycją twórców, którzy uwodzili humorem i zabawą słowem. 

Mam wrażenie, że takiego tandemu, który tworzyli Wasowski i Przybora, później już nie było. Trafili na siebie w magiczny sposób. Byli niewiarygodnym duetem. Ich muzyka była niesamowicie zjednana ze słowem i dla mnie to było magią tego duetu.

Do Twojej interpretacji utworu "W słowach ślad tylko został" powstał również teledysk. Skąd pomysł na taki obraz?

To był jedyny pomysł, który narodził się od razu po skończeniu aranżu. Obrazek stworzyła Wirginia Issel-Balcar, bardzo zdolna osoba, o wrażliwości, która absolutnie trafiła w moją wrażliwość. Już po zobaczeniu kilku fragmentów pierwszej wersji wiedziałam, że to jest to, na czym mi zależało. Jestem bardzo dumna z tego teledysku. 

Płyta weszła 14 kwietnia na rynek muzyczny, a na You Tube pojawił się teledysk do utworu "Szarp Pan Bas". 

To teledysk reportażowo - koncertowy. Nagraliśmy go w studio. Reżyserem tego klipu jest Paweł Kryszak, również przezdolny człowiek. 

Inspiracją do zmierzenia się z repertuarem Jeremiego Przybory i Jerzego Wasowskiego była praca z młodzieżą nad koncertem złożonym z utworów Kabaretu Starszych Panów. Dzieci i młodzież nie znały tego materiału. Po wstępnym przesłuchaniu piosenek miały ogromne opory. Sięgnijmy pamięcią do momentu w którym to Ty po raz pierwszy usłyszałaś o twórczości Wasowskiego i Przybory? 

Było to dwadzieścia lat temu. (Śmiech.) Świat muzyczny wyglądał zupełnie inaczej. Królowała Edyta Bartosiewicz i zespoły jej pokroju. 

Dzisiejsza młodzież żyje w kompletnie innych realiach muzycznych. Nastawiona jest na zachodnie przeboje, nie sięga już praktycznie po polskie piosenki, a ja uważam, że jak coś było dobre, należy to przypominać, celebrować, szanować. 

Kiedy poznałam Kabaret Starszych Panów, zdecydowanie urzekł mnie ich humor, historia zawarta w tekście i zespolenie dosłownie każdego dźwięku z każdym wyrazem. Są dla mnie ogromną inspiracją.  

Jednym z celów, który chciałabyś osiągnąć dzięki wydaniu tej płyty jest właśnie to, by młodzież poznała ich twórczość. Myślisz, że Twoje interpretacje utworów sprawią, że dzieciaki dają się przekonać do tych utworów?

Mam świadomość, że ta płyta do wszystkich nie trafi. Wierzę, że dotrze do tych, którzy potrzebują takich przekazów. Myślę, że jest to materiał dla osób, które znają Kabaret w oryginalnej wersji  i chciałyby sobie odświeżyć tę twórczość ale również dla zupełnie nie znających repertuaru Przybory i Wasowskiego. Podany we współczesnych aranżach mam nadzieję, że zaciekawi młodzież. 

Opowiedz o swoich najbliższych planach. Skupiasz się przede wszystkim na promowaniu płyty, czy myślisz już nad nowymi projektami?

Na ten moment bardzo chciałabym odblokować lockdown, więc jeśli ktoś ma takie moce, zapraszam do kontaktu. (Śmiech.) Jak każdy Artysta obecnie chciałabym grać już koncerty. 

W zaawansowanej fazie pracy jest spektakl na bazie piosenek Kabaretu Starszych Panów i naszych aranży. Mamy w planach również audiobook, więc dużo pracy studyjnej jeszcze przed nami. 

Chcę skupić się również na nowym, solowym materiale. Po szufladach i w stu różnych notesach  błąkają się nowe kompozycje, myślę, że materiału spokojnie wystarczy na dwa krążki. (Śmiech.) 


Powiedz na koniec naszej rozmowy, czego najbardziej brakuje Ci z perspektywy wokalistki?

Najbardziej brakuje mi możliwości koncertowania i obcowania ze sztuką. Kiedy wszyscy jesteśmy zestresowani, a wręcz zaszczuci lękiem, myślę, że sztuka jest pięknym buforem, który powinien nas sprowadzać do mentalnego środka. 

Wracając do pytania, lubię być na scenie, to mój żywioł i jej, brakuje mi w chwili obecnej najbardziej. 

poniedziałek, 12 kwietnia 2021

Bartłomiej Nowosielski: "Niczego na siłę nie przyspieszam"

 Bartłomiej Nowosielski: "Niczego na siłę nie przyspieszam"












fot. MTL Maxfilm / Bartłomiej Nowosielski na planie serialu "M jak miłość"

Z aktorem, Bartłomiejem Nowosielskim rozmawiam o serialu "M jak miłość" do którego dołączył w 1580 odcinku w roli Tadeusza Kiemlicza, sympatycznego sadownika, którego losy będą się splatać przede wszystkim z perypetiami Barbary, Uli i Bartka. To jego córka, niezwykle rezolutna Hania Nowosielska wciela się w rolę Poli, córki Kamila. 

Poruszamy także temat najnowszego spektaklu Teatru Ateneum "Don Juan albo Kamienna Uczta" w którym aktor wcieli się w rolę Dona Carlosa. Próbujemy też odpowiedzieć na pytanie, czego najbardziej brakuje aktorom w dzisiejszych niełatwych czasach pandemii. 

Ponad rok temu świat zatrzymał się z dnia na dzień, co oczywiście spowodowane jest pandemią koronawirusa. Jak znosisz izolację?

Wszystko ma swoje plusy i minusy. Jestem rodowitym łodzianinem. Można tak to ująć, że do momentu wybuchu pandemii mieszkałem w dwóch miejscach jednocześnie - W Łodzi o której rozmawiamy oraz w Warszawie. 

W momencie ukończenia Wydziału Aktorskiego PWSFTviT w Łodzi dostałem etat w Teatrze Ateneum w Warszawie. Rozłąka z domem rodzinnym na rzecz pracy w Warszawie była dla mnie dość uciążliwa. Kilkanaście lat kursowałem między tymi dwoma miastami, żyjąc na dwa domy. 

W pierwszej fali pandemii,  z moją żoną Eweliną, która również jest aktorką i naszymi dwiema córkami przeprowadziliśmy się na stałe do Warszawy. Plusem tej całej sytuacji jest na pewno to, że więcej czasu spędzam z rodziną, mam czas dla córek. Mają  Taty zdecydowanie więcej, niż miały go wcześniej. W kontekście zawodowym pandemia wpłynęła na mnie najbardziej pod kątem pracy w Teatrze, ponieważ od ponad roku nie zagrałem spektaklu z publicznością. Jeden z premierowych spektakli oddaliśmy widzom w charakterze rejestracji online. Brakuje mi kontaktu z widzami, ale mogę to jedynie zaakceptować, nie mam innego wyjścia. 

Pod kątem grania w produkcjach telewizyjnych poprzedni rok był dla mnie wyjątkowo łaskawy, ponieważ zagrałem w czterech filmach i kilku serialach. Paradoksalnie, mimo pandemii nie mogę powiedzieć, że zawodowo wiodło mi się źle. 

Czego nauczył Cię ten trudny czas?

Nauczyłem się przede wszystkim szacunku do nieograniczonej wolności, którą mieliśmy przed pandemią. Mam takie wrażenie, że od ponad roku żyjemy niczym w bańce mydlanej. Mamy możliwość chodzenia do pracy, sklepu, możemy wyjść na spacer, ale wszystko dzieje się w maskach, przy obowiązujących obecnie restrykcjach, a to na dłuższą metę zaczyna przytłaczać. Dodatkowo z każdej strony docierają do nas smutne wieści o tym, jakie obecna sytuacja zbiera żniwo. W ostatnim czasie odeszło wielu moich kolegów i koleżanek z branży, a kumulacja tak przykrych wieści wpływa bardzo źle na samopoczucie, które i tak jest obecnie mocno nadwerężane. Pod wpływem takich informacji człowiek kuli się w sobie i zaczyna doceniać małe rzeczy, drobne radości. 

To bardzo trudny czas. Nie będę ukrywał, że mam w sobie rodzaj buntu wobec ludzi, którzy nie roumieją, co dzieje się dookoła. Pół roku temu na koronawirusa zmarł mój przyjaciel. W przypadku wielu osób jest tak, że dopóki sytuacja nie dotyka ich bezpośrednio, nie rozumieją jej, myślą, że to ich nie dotyczy. 

Od samego początku stosuję się do wszystkich obostrzeń. Ograniczam kontakty z innymi ludźmi, noszę maseczkę, dezynfekuję ręce, trzymam dystans. Kiedy widzę znieczulicę i beztroskę niektórych osób, które chodzą po ulicach, załamuję ręce. Mam dość tłumaczenia, że nie dość, że robią krzywdę sobie, szkodzą też innym. Mogę nie zgadzać się z wieloma rzeczami, które proponują włodarze naszego kraju, ale absolutnie jestem zwolennikiem tego, aby karać mandatami bez prawa odmowy wszystkich tych, którzy nie chcą nosić maseczek. Może to ich czegoś nauczy. Nie mówię oczywiście o tych, którzy ze wskazań zdrowotnych nie mogą stosować się do tej zasady. 

Już na pierwszy rzut oka sprawiasz wrażenie osoby niezwykle pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. Czy taka postawa pomaga Ci w dzisiejszej niełatwej dla nas wszystkich rzeczywistości?

Wydaje mi się, że kiedy ludzie patrzą na tak dużego faceta, to mogą mieć takie przeświadczenie, że jest jak taki Smok wawelski, którego trzeba się bać, a jest dokładnie odwrotnie. (Śmiech.) Czuję się jak miś przytulanka, który ciągle się uśmiecha, jak brat łata, ktoś, do kogo można się przytulić tak, jak do maskotki. (Śmiech.) 

Jestem pozytywnie nastawiony do życia, we wszystkim staram się szukać dobrych stron.  Taka postawa bardzo pomaga mi w dzisiejszych niepewnych czasach. Cieszę się z czasu, który spędzam z bliskimi, staram się nie denerwować rzeczami, na które nie mam wpływu. Doceniam to, co mam. W każdych okolicznościach próbuję iść do przodu z pozytywnym nastawieniem, z nadzieją na lepsze jutro. Swoim pogodnym nastawieniem staram się zarażać innych. Przez ludzi z mojego otoczenia jestem postrzegany jako bardzo pozytywna postać. To miłe. 

Mówi się, że to, co obecnie dzieje się na świecie, może być lekcją dla nas wszystkich. Dla wielu już teraz liczą się zupełnie inne wartości niż chociażby kilka miesięcy temu, a wiele osób deklaruje, że kiedy to wszystko się skończy, będzie patrzeć na świat z większym dystansem, bardziej przychylnie. Jak Ty to odbierasz?

Wydaje mi się, że kiedy minie pandemia, za jakiś czas pojawi się coś innego, ponieważ ludzie nie wyciągają wniosków z błędów, które popełniają. Jestem prawie pewny, że kiedy uda się nam wszystkim wrócić już do normalności, to bardzo szybko zapomnimy o tym, co dzieje się teraz. Pomimo tego, że zawsze nastawiam się pozytywnie, jeśli chodzi o naukę wyciągniętą z czasu życia w zawieszeniu, nie mam tu optymistycznej wizji i nie łudzę się, że to na szerszą skalę nauczy czegoś nasze społeczeństwo. 

Siedzę w mieszkaniu. Zazdroszczę każdemu, kto ma dom z ogródkiem, a co za tym idzie, także możliwość zdjęcia  na zewnątrz maseczki i oddychania świeżym powietrzem. Ja takiej możliwości nie mam, ale staram się regularnie wyjeżdżać za miasto i codziennie chociaż przez godzinę lub dwie, spacerować z żoną i córkami w parku, czy po lesie. 




















fot. MTL Maxfilm / Bartłomiej Nowosielski na planie serialu "M jak miłość"

 Czego w tym momencie brakuje Ci najbardziej z perspektywy aktora? Pewnie rozmów z odbiorcą po spektaklu, prawda? W jednej z rozmów ktoś mi powiedział, że konfrontacja aktora z widzem jest tym, czego  po sztuce najbardziej łakną obydwie strony. 

W Teatrze najbardziej brakuje mi widza i kontaktu z nim. Jeśli chodzi o serial, czy film, tu aktor, po wcześniejszym montażu, ogląda siebie na szklanym ekranie, a wszystko nagrywane jest z wyprzedzeniem. Za chwilę porozmawiamy też o mojej roli w jednym z seriali telewizyjnych. W emisji są dopiero pierwsze odcinki z moim udziałem, ale choć tutaj moja przygoda dopiero się rozpoczyna, to ja wiem o swojej postaci z dnia na dzień coraz więcej, bo dowiaduję się tego podczas dni zdjęciowych. 

Wracając do tematu Teatru, to każdy z aktorów wchodzi na scenę ze swoim bagażem codziennych doświadczeń, a mimo to gra. Widz, który realnie nagradza nas za naszą pracę, jest czymś na wagę złota. 

19 grudnia 2020 roku premiera spektaklu "Ława przysięgłych"  w Teatrze Ateneum odbywała się online. Jednym z najdziwniejszych momentów w moim dorobku artystycznym było wyjście do ukłonów, kiedy na widowni nie było nikogo. Tego dnia odbywała się rejestracja naszej sztuki, która później została udostępniona widzom w sieci. 

Na pewno nie brakuje Ci zajęć. (Śmiech.) To już ostatnia prosta prób do spektaklu "Don Juan albo Kamienna Uczta" w Teatrze Ateneum. Co możesz o nim opowiedzieć?

To moje pierwsze zawodowe spotkanie z Mikołajem Grabowskim, którego wcześniej nie znałem od strony pracy. Nie wiedziałem, z czym będę miał do czynienia, pracując z reżyserem takiego kalibru, ale byłem dobrej myśli, ponieważ reżyserował też świetny spektakl "Cesarz" według tekstu Kapuścińskiego. 

Dajemy radę, małymi krokami finalizujemy już prace. Sztuka jest świetna. W pierwszej chwili nie spodziewałem się, że aż tyle rzeczy można wyciągnąć z tego tekstu. Każda z ról, bez względu na to, czy jest mniejsza, czy większa, powoduje, że może to być bardzo ciekawe przedstawienie i konsoliduje to wszystko w jedną całość, która może okazać się bardzo smaczna dla widza. Oczywiście, warunek jest taki, że nastanie wreszcie czas, kiedy będziemy mogli naszą sztukę przedstawić widzom już bez ograniczeń i obowiązujących restrykcji. W ostatnich miesiącach bardzo dużo pracuję, czasami zaczyna mi już brakować doby. (Śmiech.) Najważniejsze dla mnie jest to, aby znajdować czas dla rodzimy, ale daję radę. 

Wcielasz się w rolę Dona Carlosa. Jak w kilku słowach scharakteryzowałbyś swojego bohatera? 

Don Carlos jest rodzonym bratem Elwiry, jednej z kobiet, które uwiódł Don Juan. To człowiek, który wraz ze swoim bratem, granym przez Przemysława Bluszcza, chce bronić honoru swojej siostry, która została zbałamucona przez tytułowego bohatera. Oboje starają się za wszelką cenę jej pomóc. Bracia są swoim absolutnym przeciwieństwem. Don Carlos chce wszystko załatwić w uprzejmy i łagodny sposób, nie szuka konfliktu, jest totalnym pacyfistą, choć postura mówi zupełnie co innego. (Śmiech.) Bardzo lubię Dona Carlosa. Mam nadzieję, że spełnię oczekiwania, jakie mamy razem z Mikołajem Grabowskim wobec tej postaci. 

Jak już będzie można, zapraszam do Teatru Ateneum. 























fot. zdjęcie nadesłane

Lepiej czujesz się na deskach teatralnych, czy przed kamerą? 

To bardzo trudne pytanie. Lubię jedno i drugie. W Teatrze pasjonuje mnie to, że wszystko, co się dzieje, odbywa się tu i teraz. Nie można zrobić stopklatki. 

Podczas kręcenia filmu, czy serialu istnieje możliwość powtórki ujęcia, więc do jednej sceny można podchodzić tak długo, aż efekt będzie zadowalający. Lubię to robić, ale nie lubię siebie oglądać, bo za każdym razem mam poczucie, że mogłem daną scenę zagrać jeszcze lepiej. (Śmiech.) To chyba dobrze, bo aktor, który stwierdza, że zagrał znakomicie, staje się próżny.

Teatr i kamera mnie pociągają, każde na swój sposób. Wiadomo, że filmy, czy seriale dają większą popularność. Widzę to chociażby po emisji dwóch pierwszych odcinków serialu "M jak miłość" z moim udziałem. Zaraz o tym porozmawiamy. 

Ciężko pracuję na moją pozycję w zawodzie. Myślę, że robię to uczciwie. Jestem takim rzemieślnikiem, który nie wstydzi się swojej pracy i staram się ją wykonywać jak najlepiej. 

No właśnie. Nie sposób nie porozmawiać o serialu "M jak miłość". Powodów mamy kilka. (Śmiech.) W 1535 odcinku do serialu dołączyła Twoja córka, Hania. (jako Pola, córka Kamila). Jak trafiła do serialu?






















fot. zdjęcie nadesłane, archiwum prywatne aktora - Bartłomiej Nowosielski z córką Hanią, wcielającą się w "M jak miłość" w rolę Poli

Kiedy wraz z Hanią zostaliśmy zaproszeni do "Pytania na śniadanie", po naszym występie w internecie rozpętała się burza pełna domysłów i spekulacji, a ja złapałem się za głowę. 

Zapewniam wszystkich, że naprawdę, pomimo faktu, że oboje z Eweliną, Hania do serialu trafiła z castingu na który otrzymała zaproszenie od Pani Grażyny Szymańskiej. Tata nie załatwił jej roli. (Śmiech.) Cieszę się, że w trakcie naszej rozmowy pada to pytanie, ponieważ może nareszcie osoby, które snują na ten temat swoje teorie, zechcą dowiedzieć się prawdy. 

Udział Hani w castingu całą rodziną traktowaliśmy jak przygodę. Zaplanowaliśmy jedynie, że potem pójdziemy na lody i tak się stało. Sama Hania później przyznała, że ma wrażenie, że nie do końca dobrze jej poszło. Odłożyliśmy temat na bok. Po tygodniu zadzwonił telefon z produkcji i okazało się, przeszła do kolejnego etapu przesłuchań, po czym wygrała ostatni etap castingu i dostała rolę. 

Nie znam się na social mediach, nie mam zacięcia influencerskiego. Facebook, czy Instagram to dla mnie czarna magia. W prowadzeniu kont i zrozumieniu tych mechanizmów pomaga mi Ewelina. 

Dostajemy wiele pytań, czy Hania będzie miała swój profil na Instagramie lub Facebooku. Czasami pojawia się na zdjęciach, czy relacjach u mnie lub Eweliny, ale swojego konta nie pozwolimy jej założyć. Jest małym, radosnym dzieckiem, które przede wszystkim ma się bawić i czerpać radość z codzienności i na tym się skupiamy. 

Lubi plan zdjęciowy, uwielbia grać z serialowym Kamilem (w tej roli Marcin Bosak, przyp. red.) i Anitą (w tej roli Melania Grzesiewicz, przyp. red.), ale nie jest to czas, na podejmowanie decyzji, jak potoczą się jej losy w przyszłości. Chciałbym, by była to jej świadoma decyzja. 

W jakich jeszcze produkcjach będzie można zobaczyć Hanię?

Hania wygrała casting do głównej roli dziecięcej w pewnym filmie fabularnym. Hania na planie spotkała się z Mikołajem Roznerskim. Ja też w tym filmie zagrałem, ale w innym wątku. 

Starsza córka nie przejawia zainteresowania tym zawodem? Jakie ma pasje?

Zosia jest o cztery lata starsza od Hani. Nigdy nie chciała być aktorką. Mówi, że za bardzo się wstydzi. Jej największą pasją są konie. Uwielbia je. Oprócz tego, że jeździ konno, bardzo lubi też dubbingować. 

Numerem jeden w Polsce, jeśli chodzi o reżyserów dubbingowych, jest Joanna Węgrzynowska. 
Uważam, że jest najbardziej odpowiednią osobą do prowadzenia w dubbingu dzieci i dorosłych. Zosia jakiś czas temu wygrała casting do jednej z nowych bajek. Pojawi się w jednej z czterech głównych ról. 

Taka aktywność ją satysfakcjonuje i w zupełności jej wystarcza. Nie zazdrości Hani tego, że to ona pojawia się na ekranie. Jest bardzo wspierająca. Kiedy Hania pojawia się w serialu, siadamy przed telewizorem, dziewczyny dostają popcorn i urządzamy sobie wspólne oglądanie. Zosia czasem płacze, bo trochę ją boli, że serialowa Pola ma takie perypetie. Wtedy Hania jej tłumaczy, że to tylko serial. To trochę zabawne, ale też wzruszające sytuacje. Dziewczyny bardzo się kochają i wspierają. 

Najpierw Hania pojawiła się w serialu, potem Ewelina, a teraz Ty. Czy zanim Hania trafiła do obsady, zdarzało Ci się oglądać serial? Miałeś swoich ulubionych bohaterów, ulubione wątki?

Przez około siedem lat grałem w "Barwach szczęścia", czyli można tak powiedzieć, że występowałem u siostry bliźniaczki. (Śmiech.)

Moją ulubioną bohaterką serialu "M jak miłość" jest zdecydowanie nestorka rodu Mostowiaków Barbara, czyli fenomenalna Pani Tereska Lipowska. Jest ciepłą osobą, z ogromnym doświadczeniem, dozą empatii. Swoją rolą w tym serialu ujęła mnie bardzo mocno za serce. Uważam, że ten wątek jest mi najbliższy i bardzo się cieszę, że do niego dołączyłem. 

















fot. MTL Maxfilm / Teresa Lipowska i Bartłomiej Nowosielski na planie serialu "M jak miłość"

Tadeusz Kiemlicz w Grabinie po raz pierwszy pojawił się w 1580 odcinku. Jak zostałeś przyjęty na planie?

Zostałem bardzo pozytywnie przyjęty. Z Arkiem Smoleńskim, czy Igą Krefft znałem się już wcześniej, ale także z wieloma innymi osobami nie tylko z mojego wątku, a z całego serialu. 





















fot. MTL Maxfilm / Teresa Lipowska, Bartłomiej Nowosielski, Arek Smoleński i Iga Krefft na planie serialu "M jak miłość"

Losy Tadzia przeplatać będą się przede wszystkim z perypetiami wymienianej już Barbary, (Teresa Lipowska; przyp. red.) Uli (Iga Krefft; przyp. red.) oraz Bartka. (Arek Smoleński; przyp. red.) Jak Wam się współpracuje? Jak się dogadujecie?

Świetnie. Mamy totalne flow. (Śmiech.) Bardzo dobrze się bawimy, sprawia nam to ogromną radość. Panuje między nami dużo pozytywnych emocji, które będziecie mogli Państwo zauważyć na przestrzeni nowych odcinków serialu. I oby te pozytywne emocje już z nami zostały. (Śmiech.) 

Tadeusz dużo przeszedł, ale mimo wszystko stara się być optymistą, jest uczynny, pomocny, pracowity. Na czym skupiasz się podczas budowania tej postaci? Przekazanie jakich emocji widzom jest dla Ciebie najważniejsze?

Chciałbym pokazać przede wszystkim empatię i zrozumienie, ponieważ Tadzio jest bardzo wrażliwym człowiekiem. Pomimo tego, że w życiu dużo przeszedł, jest niepoprawnym optymistą, cały czas stara się iść do przodu. Ma dobre intencje. Łączy nas optymizm. 


















fot. MTL MaxFilm / Teresa Lipowska, Iga Krefft, Arek Smoleński i Bartłomiej Nowosielski na planie serialu "M jak miłość"

W 1581 odcinku serialu Tadeusz nie będzie już taki łagodny i...pomoże Bartkowi (w tej roli Arek Smoleński, przyp. red.), kiedy to pojedzie z nim do Warszawy, aby wymierzyć sprawiedliwość Raczkowskiemu. (w tej roli Krzysztof Szczepaniak, przyp. red.) 

(Śmiech.) Tak, przyznaję, mieliśmy małe zwarcie. W tej konfiguracji wyglądaliśmy jak Asterix i Obelix. Dużych szans by ze mną nie miał. (Śmiech.) Jednak przyznam, że Krzysiek Szczepaniak dostał ode mnie kuksańca. (Śmiech.) 

["M jak miłość" - "Nie brudź sobie rąk" / scena przedpremierowa z odc. 1581]
(wyk. Arek Smoleński, Krzysztof Szczepaniak, Bartłomiej Nowosielski) 
dostępność: YouTube TVP VOD




Ciebie i Twojego bohatera łączy również zamiłowanie do tańca, choć nie jest on pierwszą postacią która tę pasję po Tobie "dziedziczy". (Śmiech.) Andrzej z "Barw szczęścia" także tańczył...Co jeszcze łączy Cię z Tadeuszem?

Lubię jeść, to moja słabość. Moja żona mówi, żebym schudł, bo będę zdrowszy. Wiem o tym, ale czasem to silniejsze ode mnie. (Śmiech.) Jeśli chodzi o taniec, o tym, że umiem tańczyć, pierwszy raz kilka lat temu publicznie opowiedział Stefano Terrazino. Pamiętam, że stwierdził wtedy, że poruszam się jak motyl, a w swojej komórce też ma mnie zapisanego pod nazwą "Motylek". (Śmiech.) Producenci pewnie gdzieś o tym usłyszeli i postanowili wykorzystać tę moją umiejętność w serialu. 

Tadeusz jest nową postacią, która dopiero wchodzi w ten serial. Ja cały czas go odkrywam, z każdym dniem zdjęciowym dowiaduję się nowych rzeczy na jego temat. Podsumowując - obaj lubimy jeść, tańczyć, ma moje ciało, moje poczucie humoru, posiada dużą dozę empatii i zrozumienia. 

Opowiedz o najbliższych losach swojego bohatera. 

Jego losy będą się krzyżować z wieloma kobietami, czego zajawkę widzieliśmy już w pierwszym i drugim odcinku z moim udziałem. (Śmiech.) Tadzio nie jest bawidamkiem, ale jego zachowanie ma swoje podłoże, które widzowie będą stopniowo odkrywać z biegiem odcinków. 

Mogę jedynie zdradzić, że w przeszłości był mocno poturbowany, więc boi się angażować emocjonalnie. 

Bardzo mocno zacieśni się współpraca pomiędzy moim bohaterem, Ulą (w tej roli Iga Krefft, przyp. red.) i Bartkiem. (w tej Arek Smoleński, przyp. red.) Dla Bartka Tadeusz będzie czymś w rodzaju mentora, starszego brata. Uważam, że to może się z biegiem czasu przerodzić w większą przyjaźń. 



fot. oficjalny profil Jakuba Kucnera na Instagramie / styczeń 2021, zdjęcia plenerowe/ Bartłomiej Nowosielski, Arek Smoleński, Tomasz Oświeciński i Jakub Kucner

Porozmawiajmy jeszcze o social mediach. Czym najchętniej dzielisz się z followersami na Instagramie?
Nie znam się na tym, nie umiem się w to bawić. Nie rozumiem fenomenu, który panuje i głosi, że wszystkim trzeba się dzielić. Po co ktoś miałby wiedzieć, że poszedłem na spacer, a po drodze wstąpiłem do sklepu mięsnego, by mieć z czego zrobić obiad? (Śmiech.) 

Dzielę się tym, co uważam, że jest warte uwagi. Pokazuję zdjęcia z planu, Teatru lub z czasu spędzonego z Eweliną i dziewczynkami, ale bardzo cenię swoją prywatność i swobodę. 

Jeśli ktoś chciałby udzielić mi kilku rad i lekcji, jak umiejętnie prowadzić swoje social media, serdecznie zapraszam, jestem bardzo pojętnym uczniem. 

Tuż po emisji pierwszego odcinka serialu "M jak miłość" z moim udziałem zauważyłem, że jestem jakoś bardziej rozpoznawany. Poszedłem do jednego z dyskontów spożywczych i słyszałem szepty, kojarzone z tym, że poprzedniego wieczoru pojawiłem się w Grabinie i zagrałem Tadeusza. (Śmiech.) 

Najczęściej followersi pytają Cię o Hanię i jej rolę w Emce, prawda? (Śmiech.) 

Tak. Kiedy 30 marca wyemitowano 1312 odcinek Kulis serialu "M jak miłość" i przedstawiono w nich mojego bohatera, wiele osób zaczęło kojarzyć, że jestem tatą serialowej Poli i że wcześniej grałem w "Barwach szczęścia". Podobnie było z Eweliną, kiedy po raz pierwszy w serialu pojawiła się w roli jej mamy. 

Na koniec naszej rozmowy opowiedz jeszcze o najbliższych planach zawodowych.

Wkrótce pojawi się nowy termin premiery spektaklu "Don Juan albo Kamienna Uczta". Pojawia się wiele propozycji epizodycznych ról w różnych produkcjach i rozwija się coraz bardziej mój wątek w "M jak miłość", więc to na tym serialu w chwili obecnej najbardziej skupiam moją uwagę. Pokornie czekam na to, co przyniesie los. Wszystko ma swój czas, niczego na siłę nie przyspieszam. Jestem zadowolony z tego, co mam. Mam fajne życie, wspaniałą rodzinę.