wtorek, 2 sierpnia 2022

Mikołaj Roznerski: "Aktor jest przekaźnikiem emocji"

Mikołaj Roznerski: "Aktor jest przekaźnikiem emocji"










fot. zdjęcie nadesłane

5 czerwca w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie zagrany został spektakl "Dwoje na huśtawce", który tym sposobem wrócił na afisz teatralny po trzech latach przerwy.

Na scenie pojawili się - Anna Dereszowska i Mikołaj Roznerski. Tego wieczoru był obecny również Jerzy Gudejko, reżyser spektaklu. Z Mikołajem Roznerskim rozmawiałam nie tylko o prawie premierowych emocjach i samym spektaklu, ale również o filmie "Poskromienie złośnicy".

Wraz z Anią Dereszowską "Dwoje na huśtawce" zagraliście po trzech latach przerwy. To prawie jak premiera, prawda? (Śmiech.)

Granie spektaklu po takiej przerwie, to faktycznie, prawie jak premiera. Trochę się z Anią denerwowaliśmy, ale mieliśmy ten tekst już jednak we krwi,w swoich organizmach. Okazało się, że wszystko pamiętamy i...poszło w Cieszynie. (Śmiech.) Było widać, że wiodwnię też trochę poniósł nasz spektakl, były owacje na stojąco. To jest bardzo miłe. Grałem tu już wcześniej, ale nie pamiętam, który to był spektakl.

To słodko-gorzka komedia romantyczna z tekstem, który liczy już ponad 60 lat, a jest szyty jakby na miarę. Wręcz ponadczasowy.

Zgadzam się z tym w 100%. Taka historia może przydarzyć się ludziom w każdym wieku. Mówimy o miłości, czyli o czymś naturalnym, co nas dotyczy. Opowiadamy o emocjach i o tym, jak dawać sobie z nimi radę. Poruszamy też temat samotności i poszukiwania szczęścia. To kwestie aktualne, wręcz uniwersalne.

Przez  dwie godziny serwujecie widzom sceny, jak stwierdzono w jednej z recenzji - "z nie zawsze wesołego miasteczka". Spotkałeś się już wcześniej z podobnymi opiniami?

Tak. Nie opowiadamy tu o dwojgu na huśtawce w parku, ale o huśtawce emocji. (Śmiech.) Nasz spektakl ma co prawda zabawne momenty, ale nie brakuje w nim też słodko-gorzkich chwil.

Wywoływanie w sobie tylu emocji w tak krótkim czasie musi być wymagające. Masz swoje sposoby?

Emocji nie uczymy się w Szkole Teatralnej, ale jesteśmy ich przekaźnikami. Nie wiem, jak sobie z tym radzę. Po prostu to robię.

Cieszyńska publiczność wyczekiwała tego teatralnego spotkania z Wami. W czym Twoim zdaniem, oprócz obsady i ponadczasowego tekstu, zawarty jest jeszcze sukces spektaklu?

Wydaje mi się, że to po prostu fajny spektakl, który zmusza do myślenia. To sztuka z bardzo mądrym tekstem, w której poruszane są bardzo bliskie nam wszystkim problemy. Widzowie identyfikują się z naszymi bohaterami.

"Poskromienie złośnicy", to nowa polska produkcja Netflixa, która miała swoją premierę 13 kwietnia. Długo utrzymywaliście się w czołówce najchętniej oglądanych netflixowskich produkcji nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Liczyłeś na tak duży sukces filmu?

Tak duży sukces "Poskromienia złośnicy" był dla mnie ogromnym pozytywnym zaskoczeniem. W Polsce przez krytyków nasz film został bardzo słabo przyjęty, ale przez przez świat i ludzi, którzy lubią kino rozrywkowe został bardzo dobrze przyjęty. To dla mnie najważniejsze.

Obejrzałeś "Poskromienie..."? Jak to jest - lubisz oglądać siebie na ekranie, czy należysz to tych aktorów, którzy wręcz tego nie cierpią? (Śmiech.)

Oglądanie siebie na ekranie jest bardzo trudne i przyznam, że mam czasem opory. Najtrudniejsze jest oglądanie siebie w czymś po raz pierwszy, bo wtedy aktor siebie ocenia, nic mu się nie podoba. Widzi kogoś obcego, z nie swoim zachowaniem.

Wydaje mi się, że w "Poskromienie złośnicy" zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, by skonstruować bohatera według wytycznych, które otrzymałem. Poszło w świat. (Śmiech.)

Jak w kilku słowach opisałbyś Patryka, w którego się wcielasz?

To uroczy lekkoduch ze stolicy, który myśli, że jak pojedzie do Zakopanego, to je zawojuje. (Śmiech.) Zachowuje się czasami nieco głupkowato, ale moim zamiarem było skonstruowanie bohatera, który będzie lekki, przyjemny i którego będzie się po prostu lubić.

Dałeś tej postaci też coś od siebie?

(Śmiech.) Swoje oczy, swoje włosy, swoje ciało...Dużo mu dałem od siebie. (Śmiech.)

Niewątpliwie częścią składową sukcesu filmu są krajobrazy Podhala. Na materiałach zza kulis widać było, że świetnie tam się czułeś. Kiedy masz już czas dla siebie, często uciekasz w góry?

Nie. Kiedy mam chwilę wolnego czasu, spędzam go z bliskimi i uciekam wtedy daleko.

Najbliższe plany.

Mam szczęście, że gram w wielu fajnych spektaklach, które gram w całej Polsce. Trwają zdjęcia do kolejnej produkcji Netflixa. Dużo czasu spędzam też na planie "M jak miłość", gdzie kręcimy nowy sezon, na który zapraszam już od września.

sobota, 30 lipca 2022

Cleo: "Moc biorę z koncertów"

 Cleo: "Moc biorę z koncertów"













fot. zdjęcie nadesłane

Jako pierwsza wystąpiła na scenie plenerowej nad Olzą podczas 30. Święta Trzech Braci. W rozmowie zdradza, jakie marzenie z dzieciństwa ostatnio spełniła, jakie są jej pierwsze wspomnienia z tego czasu i czym są dla niej tytułowe "Żywioły", których dotyczy ostatni singiel.

Spotykamy się tuż po zakończonym koncercie, który zagrałaś dziś w Cieszynie z okazji Święta Trzech Braci, które wróciło, jak wiele innych imprez, po pandemicznej przerwie. Jak samopoczucie po zejściu ze sceny?

Bardzo dobrze. Oprócz gorącej pogody, towarzyszyła nam świetna energia, która unosiła się tu świetna energia.

Z tego, co kojarzę, to Twój pierwszy koncert w Cieszynie...

Nie byłabym tego taka pewna. (Śmiech.) Na pewno graliśmy blisko Cieszyna już wcześniej, ale nie pamiętam, czy był to koncert klubowy, czy plener.

Kiedy przy okazji 53. Dni Skoczowa rozmawiałam z Sarsą, powiedziała mi, że mimo tego, że wróciliście już na dobre na scenę, cały czas jesteście wygłodniali kontaktu z publicznością i koncertów. Tak jest też w Twoim przypadku?

Zgadza się. Co prawda ja grałam mimo tych wszystkich obostrzeń. Koncerty odbywały się przy obowiązującym wtedy rygorze. Było dość dziwnie. (Śmiech.) Tak, jak mówi Sarsa, jako twórcy jesteśmy wygłodniali tej energii, która płynie ze strony publiczności.

Rozpiera Cię dziś niesamowita energia, nie tylko na scenie, ale także poza nią. Koncertować będziesz przez cały weekend. Zastanawiałaś się, ile w ciągu najbliższych dni przemierzysz kilometrów? (Śmiech.)

Ojej, nie mam pojęcia. Trzeba spytać mojego kierowcy. (Śmiech.) Powiem tylko, że jest hardcore. (Śmiech.)

"Czasem mniej znaczy więcej", to piosenka, którą stworzyłaś do filmu "Detektyw Bruno". Jest spełnieniem Twoich marzeń.

Stworzenie utworu “Mniej znaczy więcej” jest spełnieniem moich marzeń. Zawsze chciałam usłyszeć moją muzykę w kinie. Przyznam, że myślałam o tym od dziecka. Kiedy lecą napisy końcowe, a piosenka rozlega się z głośników…wspaniałe uczucie

Kochasz kino, najbardziej lubisz horrory, ale nie ukrywasz, że kiedy byłaś mała, z Mamą najczęściej wybierałaś pozycje właśnie z kina familijnego. Pamiętasz swój ulubiony film z dzieciństwa?

Filmy z serii "Kevin sam w domu" znam na pamięć do tej pory. Ogólnie bardzo lubiłam filmy z końcówki lat 90-tych. Serial "Friends" też był mi bardzo bliski. Wychowałam się na takim klimacie.

Tu bohaterem jest Bruno, Iwo Rajski. Jest dzieciakiem poszukującym przygód. Jakim to Ty byłaś dzieckiem?

Byłam dzieckiem rozśpiewanym i tańczącym, ale bywałam też skryta. Lubiłam siedzieć sobie nocami w ukryciu, malować na płótnie, projektowałam... Od zawsze towarzyszyło mi artystyczne ADHD.

Jakie jest Twoje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa?

Nie przytoczę nic konkretnego, ale pamiętam, że zawsze miałam u boku swojego brata bliźniaka. Byliśmy nierozłączni.

Twoim najnowszym singlem jest utwór "Żywioły". Czym są dla Ciebie tytułowe "Żywioły"?

Utwór jest w pewnym stopniu opowieścią o moich rodzicach. To idealny dowód na to, że przeciwieństwa się przyciągają. Moi rodzice mają różne gusta, a mimo to, kochają się przez całe życie. Moim zdaniem wiele jest takich par. O tym są "Żywioły".

To kolejny singiel z płyty "vinyLOVA". Ulubiona piosenka z niej to...

Ciężko wybrać, ale największy sentyment mam do "Za krokiem krok", bo właśnie ten utwór był pierwszą iskierką na tę płytę.

Najbliższe plany.

Dużo koncertów, dużo kilometrów i praca nad nowym materiałem. Nie zdradzę jeszcze w jakim klimacie, ale ja lubię, po perfumach powąchać trochę kawy. (Śmiech.)

Grażyna Zielińska: "Nie każdy aktor lubi oglądać siebie na ekranie"

Grażyna Zielińska: "Nie każdy aktor lubi oglądać siebie na ekranie"













fot. zdjęcie nadesłane

Z Panią Grażyną Zielińską miałam przyjemność rozmawiać w Cieszynie, przed spektaklem "Klimakterium i...już", gdzie wciela się w Zosię. Rozmawiałyśmy o tym, czy sztuka pomaga oswoić niektóre tematy i podejść do nich bardziej na luzie. 

Nie zabrakło też wspomnień z planu "Na dobre i na złe" oraz kilku słów o filmie "Uwierz w Mikołaja", który jest ekranizacją książki Magdaleny Witkiewicz o tym samym tytule. 

Spotykamy się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie na chwilę przed spektaklem "Klimakterium...i już. Jak samopoczucie?

Przed spektaklem zawsze trzeba mieć dobre samopoczucie. Wcześniej trzeba się skupić, przygotować, bo to ma być rozrywka.

Z "Klimakterium", gdzie wciela się Pani w rolę Zosi, jest związana od samego początku. Jak w kilku słowach opisałaby Pani przemianę, jaką Pani bohaterka przeszła na przestrzeni poszczególnych części spektaklu?

Tak, od początku wcielam się w rolę Zosi.Od tego czasu wcieliłam się też w inne role w tym przedstawieniu, wchodząc w zastępstwa w miejsce koleżanek.

Nie wydaje mi się, że Zosia przeszła jakąś szczególną przemianę. Ani nie można powiedzieć, że zmądrzała, ani nie podjęła żadnych decyzji jeśli chodzi o jej małżeństwo i jej męża Heniutka. Dalej go kocha. Nie oznajmiła nagle, że idzie szukać kochanka. (Śmiech.) Nic gwałtownego się nie stało. Spotkała się z przyjaciółmi, pogadała, wyżaliła. Opowiedziała trochę prawdy i trochę nieprawdy, jak to w życiu bywa i szczęśliwie wróciła do domu. (Śmiech.)

Proszę w kilku słowach opowiedzieć o Niej.

Wszystkie te dziewczyny nie są z jednej klasy, bo są w różnym wieku, ale są z jednej kamienicy. Spotykały się, a ta moja Zośka była wśród nich taką dziewuchą, która wyszła za mąż i mieszka w Białymstoku. Stamtąd przyjeżdża na spotkania z nimi. Jest zaradna, ale jest też taką typową Matką-Polką, co to wszystko przygotuje. Ciasto w dwóch tonacjach, jak to mówi moja koleżanka - i brązowe i inne, ale swoje marzenia, pragnienia oczywiście ma. Są to rzeczy związane z emocjami, uczuciami. Jest wierna swojemu mężowi, co jest bardzo piękne, ale jak to zwykle w małżeństwie bywa, są też tam złe momenty. Inaczej byłoby dziwnie i nikt nie uwierzyłby, że przez cały czas wyjadają sobie z dzióbków. (Śmiech.)

Zosia jest osobą życiową, optymistyczną, energiczną. Ma do siebie dystans, do życia podchodzi z humorem. Dzięki mnie to bardzo fajna postać. (Śmiech.)

To spektakl komediowy. Kiedy rozmawiam z aktorami, znaczna część stwierdza, że to najtrudniejszy gatunek do grania. Zgadza się Pani z tym stwierdzeniem? W czym Pani zdaniem zawarta jest ta trudność?

Tak się mówi, że to trudny gatunek, ponieważ przyjęło się, że trudno rozbawić publiczność. To taki sam gatunek, jak inne. Grać należy dobrze.

W komedii być może to sprawia trudność tym, co tak mówią, nie ma miejsca dla aktora na miny, komikowanie, robienie oczek. To nie estrada. Grać trzeba poważnie. To publiczność ma się bawić, a nie ja.

Komedia komedią, ale czy nie marzy się Pani rola teatralna lub filmowa, która będzie totalnym przeciwieństwem dotychczasowych? Może jakiś czarny charakter? (Śmiech.)

Tak, to jest zawsze ciekawe.

Wszyscy mówią - "Boże, Pani taka miła, taka ciepła, ojej"... a tu nagle, diabeł za skórą, czarny charakter, przedstawicielka, która ma pod sobą pięciu, sześciu chłopa, wysyła ich na zadania. (Śmiech.)

Każda postać, która nie budzi sympatii ludzi jest zawsze ciekawym wyzwaniem. W aktorach powinno być coś takiego, że każdy czarny charakter zagrają tak, by go wybronić.

Czy każdą postać można wybronić?

Nie wiem tego.

Nie pamiętam, by kiedykolwiek grała Pani w jakimkolwiek projekcie stricte złą kobietę...

Chyba nie, ale też takich anielic grzecznych, co to tylko do rany przyłóż, też nie. Każdą rolę staram się zagrać barwnie, żeby była ciekawa, bo jak jest taka jednowymiarowa, taka dobra i ciepła, to z nudów można zdechnąć i chcieć oddania forsy za bilet. (Śmiech.)

Nie sposób nie porozmawiać o filmie "Uwierz w Mikołaja". Jest on ekranizacją książki pod tym samym tytułem, której autorką jest Magdalena Witkiewicz. Zna Pani jej książki? Czytała Pani tę zimową powieść?

Nie, nie czytałam. Magdę poznałam właśnie na tym planie filmowym. Fajna z niej dziewucha, jest bardzo popularna.

Byłam jeden dzień na planie na Stawisku, tam, gdzie dom Iwaszkiewiczów. Nigdy wcześniej tam nie byłam.

Kiedy przyjechałam na plan, zgromadzili się na nim tacy aktorzy, że aż zaniemówiłam z wrażenia. Był Bohdan Łazuka, Maciej Damięcki, Ewa Szykulska, Teresa Lipowska, Marta Lipińska, Elżbieta Starostecka, Dorota Stalińska, Dorota Kolak. Bardzo się cieszyłam, że jestem wśród nich. Było bardzo przyjemnie.

W jaką postać się Pani wcieli? Proszę powiedzieć więcej.

Wcieliłam się w kuzynkę postaci granej przez Elżbietę Starostecką, która jest jedną z pensjonariuszek Domu Spokojnej Starości. Ja, Ela Jodłowska i Jerzy Rogalski graliśmy razem w tym wątku. Przyjechaliśmy tam, by bohaterkę graną przez Elę stamtąd zabrać. Ona odmawia, nie chce.

Zostajemy na wieczorze kolęd, który przygotowali emeryci. Wspaniała przygoda. Świetnie było.

Pani Ilona Łepkowska długo o ten film walczyła. Pojawiały się głosy, że wątek, który toczy się właśnie w rzeczonym domu seniora, będzie mało atrakcyjny dla widzów. Jako argumentu użyła wtedy historię "Hotelu Marigold"...Jakie jest Pani zdanie?

Nie mnie oceniać, ponieważ ja na tym planie spędziłam tylko jeden dzień. Nie wiem, jak będzie. Jestem takim samym widzem i oczekiwaczem, jak wszyscy.

Od Magdy dostałam książkę z autografem, ale jeszcze jej nie przeczytałam.

Jak to w ogóle jest w Pani przypadku - lubi Pani oglądać siebie na ekranie, czy raczej za tym nie przepada?

Jezu, nie bardzo. (Śmiech.) Patrzę na siebie i mam tak - "Co ja takie miny robię?; Matko, co ja tak lezę jak krowa?" (Śmiech.) Rzadko zdarza mi się, że jestem z siebie zadowolona.

Boję się siebie oglądać, psuje mi to humor. Chciałabym się sobą zachwycać i słyszeć to czasem też od męża lub syna, to słyszę czasem, że mogłam się bardziej postarać. (Śmiech.)

Serial "Na dobre i na złe", w którym wciela się Pani w rolę Marii Zbieć, mamy Mareczka, ma już 22 lata. Ogląda Pani serial?

Oglądałam, jak jeszcze w nim nie grałam.

Podobali mi się - Artur Żmijewski, Krzysztof Pieczyński, Małgosia Foremniak. śp. Bogdan Baer grał hrabię, bardzo zaprzyjaźnionego z Markiem ( w tej roli Paweł Wilczak, przyp. red.)

Nie znałam ich wcześniej. W tym serialu po raz pierwszy zobaczyłam właśnie Pawła. Zastanawiałam się, skąd wzięli takiego fajnego aktora.

Kiedy zatelefonowali do mnie z produkcji, abym zagrała jego matkę, powiedziałam, że zrobię to z ogromną przyjemnością. Później poznaliśmy się na planie. Fajnie nam się razem grało.

Jak wspomina Pani swoje pierwsze spotkanie ze swoim serialowym synem?

Mieliśmy fajną scenę. Początkowo miałam zagrać tylko w jednej, gdzie tłumaczę Bożence, że mój syn jest dobrym człowiekiem i zastanawiam się, dlaczego go nie chce.

Po tym, jak się zgubił, odnalazł się w szpitalu, miał złamaną nogę. Przyszłam do niego i pamiętam, że karmiłam go pierogami, a on mi przytakiwał, a zdanie "co, mamusia" weszło nam w dialog.

Który wątek ze wszystkich dotychczasowych określa Pani jako przełomowy dla swojej postaci?

Pamiętam ślub Mareczka i Bożenki w więzieniu. Ładnie mnie wtedy ubrali i uczesali.

Te sceny kręciliśmy w prawdziwym więzieniu. Pamiętam, że musieliśmy zostawić telefony, sprawdzali nas. Jak tylko człowiek tam wejdzie, czuje się jak przestępca. (Śmiech.)

niedziela, 10 lipca 2022

Maciej Raniszewski: "W górach człowiek walczy nie tyle z naturą, co z samym sobą"

 Maciej Raniszewski: "W górach człowiek walczy nie tyle z naturą, co z samym sobą"

















fot. Dreamteam Agencja Aktorska

Z Maciejem Raniszewskim spotkałam się podczas mojego ostatniego pobytu w Warszawie. 

Miłośnikom seriali nie trzeba go przedstawiać. W "Barwach szczęścia" wciela się w Hermana, niewidomego masażystę. Rozmawiamy o tym, czego nauczył się od wcielającej się w niewidomą aktorki z filmu "Czerwony smok", o tym, jak "wyłączyć" jeden ze zmysłów i skupiać się na całej reszcie oraz o tym, co imponuje mu w osobach niewidomych i niedowidzących.

Poruszamy również temat serialu "Korona królów. Jagiellonowie", w którym wcieli się w Zyndrama z Maszkowic. "Na ten plan chodzę, jakbym szedł do Disneylandu. (Śmiech.) Jest to fantastyczna zabawa. Spełniam swoje marzenie z dzieciństwa. Jestem rycerzem, mogę pojeździć na koniu" - mówi z uśmiechem. 

Rozmawiamy też o niezwykle wymagającym filmie "Broad Peak", którego premiera już na jesieni na platformie Netflix. 

Zacznijmy od...początku wiele jest zawodów na "A". (Śmiech.) Co spowodowało, że wybrał Pan akurat aktorstwo?

To tak trochę wydarzyło się z przypadku. O aktorstwie nigdy nie myślałem. Owszem interesowałem się teatrem, ale bardziej, jako formą wyrazu w sztuce. 

Z wyboru studiowałem geografię na UW. Interesowała mnie geografia społeczna, ekonomiczna, polityczna, natomiast na studiach trudzliśmy się przede wszystkim geografią fizyczną, a to nie bardzo mnie interesowało. Po pierwszym roku wiedziałem, że to nie to, co chcę robić w życiu. Wtedy poznałem ludzi z Teatru Akademickiego UW.

To wtedy dopiero uświadomił Pan sobie, że jest zainteresowany tym zawodem? Nigdy wcześniej nie przejawiał Pan zainteresowania aktorstwem?

Nie, nigdy. Chodziłem do teatru, interesowałem się nim, natomiast nigdy nie myślałem o tym, by być aktorem. 

Dopiero, jak poznałem tych ludzi, z którymi przyjaźnię się do dzisiaj, to oni zaprosili mnie do wspólnego występu. Wtedy zrobiło mi się bardzo gorąco, spociłem się jak szczur, (Śmiech.) ale po tym pierwszym razie zrozumiałem, że chyba to jest to, co chcę robić. 

Namówili mnie też do tego, abym zdawał do Szkoły Teatralnej. Wtedy postanowiłem, że to będzie moja droga. Teraz wiem, że to był dobry wybór. 

Kiedy nastąpiło Pana pierwsze poważne spotkanie z tym zawodem?

Na egzaminach. (Śmiech.) Wtedy zorientowałem się, że przede mną bardzo dużo pracy i zrozumiałem tak naprawdę, czym ten zawód jest. Na samym początku nie traktowałem tych egzaminów poważnie. Na dwa dni przed nauczyłem się sześciu tekstów na pamięć i poszedłem na nie z marszu.

W Warszawie od razu mnie odrzucili, w Krakowie przeszedłem do ostatniego etapu. Kiedy zobaczyłem Pana Krzysztofa Globisza, Panią Annę Dymną, Pana Jerzego Trelę i wielu innych, towarzyszyły mi ogromne emocje. Miałem blackout i do dzisiaj nie umiem opowiedzieć o tym, co tam robiłem. (Śmiech.) 

Oczywiście się nie dostałem, ale wtedy już wiedziałem, że nie wyobrażam sobie siebie w innym zawodzie i poszedłem do Lart studiO, Policealnego Studio Atorskiego w Krakowie. 

Od 2013 roku występuje Pan w Teatrze im. Horzycy w Toruniu, a to świetny moment na rozmowy o Teatrze, ponieważ nie tak dawno był właśnie Międzynarodowy Dzień Teatru. Czym jest dla Pana kontakt z widzem?

Kontakt z widzem jest dla mnie źródłem bardzo pozytywnej energii, z możliwością dialogu. To możliwość powiedzenia tego, co mamy gdzieś w środku, wyrzuceniatego z siebie i zbadania, jak to rezonuje, jaki wpływ ma to na ludzi, jak na to odpowiadają, jak reagują. Bardzo często okazuje się, że mylę się w swoich założeniach. Myślę, że wiem, jaka będzie reakcja, po czym jest ona zupełnie inna. To zaskakujące. Dzięki temu ta relacja z widzem jest cały czas żywa i stanowi źródło nieustającego zaskoczenia i nieustającej nauki. 

Gdzie czuje się Pan lepiej - na deskach teatralnych, czy przed kamerą telewizyjną?

To zależy od projektu.

W jakich obecnie spektaklach możemy Pana oglądać?

Obecnie w żadnym. Ze względu na produkcję "Jagiellonów" mam przerwę w graniu w Teatrze im. Horzycy w Toruniu. 

W 2033 odcinku dołączył Pan do obsady serialu "Barwy szczęścia". Czy zanim trafił Pan do serialu, zdarzało się Panu go oglądać? Miał swoich ulubionych bohaterów, ulubione wątki?

Nie. Nigdy nie oglądałem "Barw szczęścia", bo do niedawna nie miałem nawet telewizora. (Śmiech.) 

Coraz częściej słyszę od aktorów, że nie mają telewizora. (Śmiech.) 

W młodszych pokoleniach tak. To się zdarza dosyć często, z tego względu, że teraz jednak coraz większa aktywność serialowo-filmowa przenosi się do internetu i tak naprawdę wystarczy mieć komputer. 

Szczerze mówiąc, wchodziłem w tę produkcję trochę w ciemno. Nie znałem bohaterów, nie znałem historii, przynajmniej jej część poznałem dopiero po fakcie. 

W serialu wciela się Pan w rolę niewidomego masażysty, Hermana. Czy w ramach pracy nad rolą konsultował się Pan z niewidomymi, poznawał ich świat? 

Sporo o tym czytałem. Bardzo dużo dał mi wywiad z aktorką Emily Watson, która w "Czerwonym smoku" wcielała się w niewidomą Rebę. Grała to bardzo wiarygodnie.

Wzorował się Pan na niej w jakiś sposób?

Tak. W tym wypadku chodziło mi przede wszystkim o technikę, bo tak naprawdę telewizja posługuje się obrazem. Tu chodziło o wzrok, o to, jak używać tego narzędzia, a właściwie jak go wyłączyć. Biorąc pod uwagę, że jest to nasz podstawowy zmysł, wydawało mi się to bardzo trudne, natomiast jeszcze przed castingiem udało mi się dotrzeć do wspominanego wywiadu, w którym Watson wspominała pracę nad swoją rolą i po prostu technicznie opisała, w jaki sposób udało jej się to wypracować. Poszedłem tą samą drogą i chyba w którymś momencie też udało mi się to załapać. Początki były trudne, ale praktyka czyni mistrza. (Śmiech.) Długo ćwiczyłem i w końcu się udało. 





























fot. Dreamteam Agencja Aktorska

Co najbardziej imponuje Panu w niewidomych, którzy mają jasno wytyczone cele w życiu i mimo wszystkich przeciwności do nich dążą?

Najbardziej imponuje mi w nich odwaga. Wydaje mi się, że trzeba być niewyobrażalnie odważnym, żeby żyć normalnie i cieszyć się życiem, postrzegając świat zupełnie inaczej, niż większość ludzi. 

Czy spotyka się Pan z opiniami osób niewidomych lub z wadami wzroku, które sygnalizują, że to ważny wątek?

Tak. Pamiętam, że były odcinki, w których kręciliśmy wątek z dziećmi z Ośrodka dla Niewidomych i ich rodzice, oraz te dzieci mówili, że to jest ciągle taką białą plamą na mapie serialowo-filmowej w Polsce. 

O tym się niewiele mówi. W ogóle, w przestrzeni społecznej też problem osób niewidomych jest obecny, ale tylko w niewielkim zakresie. Scenarzyści w którymś momencie zorientowali się, że ten wątek może mieć właściwości edukacyjne, bo zaczyli w scenariuszu zwracać uwagę na takie szczegóły, które mogą uczyć ludzi, jak zachowywać się wobec osoby niewidomej i niewidzącej. 

Wydaje mi się, że ja sam sporo się przy tym nauczyłem. Okazuje się, że jeżeli podchodzi się do osoby niewidomej lub częściowo niewidzącej i chce się jej pomóc, to najpierw wypada o potrzebę tej pomocy zapytać, poinformować ją o tym. To jest coś, o czym większość z nas nie myśli, a wydawałoby się to oczywiste.

Herman ostatnio zbliżył się do Malwiny, (Joanna Gleń, przyp. red.) ostatnio zaprosił ją do dość nietypowego miejsca - restauracji, gdzie panuje całkowity mrok. Czy kiedykolwiek wcześniej był Pan w takim miejscu i doświadczał podobnych wrażeń?

Nigdy wcześniej nie doświadczyłem podobnych wrażeń. W ramach pracy nad rolą próbowałem wykonywać różne czynności, zasłaniając sobie oczy. To jest strasznie trudne.

Czy tym sposobem opanował Pan już jakieś czynności?

Tak. M.in. nalewanie wody do szklanki, jedzienie. To są rzeczy, które musiałem opanować już z myślą o konrektnych scenach. 

Co jest dla Pana największym wyzwaniem w kreowaniu tej roli? Czego dzięki niej się Pan nauczył?

Nauczyłem się korzystać z innych zmysłów w grze z partnerem. Zazwyczaj pierwszy kontakt i większość analizy, jaką przeprowadzam w głowie opiera się na wzroku, natomiast tutaj nauczyłem się niejako ten zmysł odłączać i skupiać się na innych wrażeniach, przede wszystkim słuchowych. 

To nie jedyny plan serialu, na którym obecnie Pan pracuje. Trwają zdjęcia do "Korona Królów. Jagiellonowie". To kontynuacja "Korony Królów". Czy oglądał Pan kiedyś ten serial?

Też nie, nie miałem jeszcze wtedy telewizora. (Śmiech.) 

Rola kostiumowa jest marzeniem wielu aktorów. Pana również?

Tak, absolutnie. Na ten plan chodzę, jakbym szedł do Disneylandu. (Śmiech.) Jest to fantastyczna zabawa. Spełniam swoje marzenie z dzieciństwa. Jestem rycerzem, mogę pojeździć na koniu, dostałem zbroję, broń i miecz, więc...jestem w raju. (Śmiech.) 

W Polsce aktorzy nie mają zbyt wielu okazji pograć w filmach lub serialach kostiumowych. Jeżeli już, to zazwyczaj są to czasy, niewykraczające poza XX wiek. Jest to niebywała przygoda, na pewno. 

Czy w ramach pracy na planie tej produkcji zgłębia Pan źródła historyczne? 

Tak, aczkolwiek, jeśli chodzi o moją postać, to nie znalazłem zbyt wielu informacji, więc większość wątków musiałem sobie wymyślić. Przeczytałem książkę "Polska Jagiellonów" autorstwa Pawła Jasienicy.


































fot. Dreamteam Agencja Aktorska

Czy ta lektura pomogła Panu w pracy nad rolą?

Tak, na pewno pomogło mi to w wykreowaniu sobie w głowie pewnego świata, który potem można było przełożyć na konretne sceny, aczkolwiek jest to książka, która nie jest książką stricte naukową, ale na pewno była pomocna.

Sporo przygotowań było też związanych z samą fizycznością, z resztą przygotowujemy się nadal, m.in. ćwicząc jazdę konną i szermierkę. 

Wcieli się Pan w postać  Zyndrama z Maszkowic. Jaką rolę pełnił on w historii Polski?
 
Zyndram z Maszkowic był jednym z członków dworu królewskiego. Podczas Bitwy pod Grunwaldem był odpowiedzialny za organizację obozu, ale też prowadził jedną z głównych chorągwi w natarciu. Po Bitwie pod Grunwaldem popadł w niełaskę Jagiełły. Ten wątek zostanie pokazany w serialu.

Z tego, co udało mi się zorientować, był osobą bardzo mocno oddaną słożbie koronie. Co ciekawe, nie był Polakiem z krwi i kości. Z tego, co wiem, jego rodowód wywodził się z Niemiec. Sługą był bardzo lojalnym. 

Pierwsze odcinki powinny być emitowane od września. 

W filmie "Broad Peak" wcieli się Pan w Tomka Kowalskiego. Jakim był człowiekiem?

Praca na planie filmu "Broad Peak" była dla mnie chyba największą z dotychczasowych przygód zawodowych i jednocześnie dużym wyzwaniem aktorskim. Tomek Kowalski, w którego rolę się wcieliłem, był hiperaktywną osobą. Żył tak, jakby jego doba miała 48 godzin. Jednocześnie studiował, trenował, startował w zawodach sportowych, wspinał się, prowadził firmę, podróżował i prowadził bardzo bujne życie towarzyskie. Wywierał znaczący i pozytywny wpływ na życie wielu ludzi, jego energia była zaraźliwa. Miał duszę dokumentalisty, co mocno ułatwiało mu pracę. Tomek ciągle pisał, nagrywał, robił mnóstwo zdjęć. Chciałem jak najlepiej przygotować się do tej roli, bo chociaż nie było nam dane się poznać, to Tomka bardzo polubiłem. Był wspaniałym człowiekiem i czułem, że w jakimś sensie jestem mu to winien. 

Dla roli można wiele zrobić. Pan, by wiarygodnie wcielać się w postać Kowalskiego, uczył się wspinać. Proszę opowiedzieć coś więcej. 

Nigdy wcześniej się nie wspinałem, więc tej dyscypliny uczyłem się od podstaw. To była niezapomniana przygoda. Góry i wspinaczka mają w sobie coś czystego, prostego i bardzo pociągającego. Potrafią uzależnić. Człowiek walczy tam nie tyle z naturą, co z samym sobą. Himalaiści to wojownicy, a walka, którą toczą, jest niewyobrażalnie trudna. Wymaga ogromnej siły charakteru oraz odporności fizycznej i psychicznej. 

Proszę opowiedzieć coś o warunkach,  które panowały na planie filmowym. 

Warunki na planie filmowym były momentami bardzo ciężkie, zdarzały się sytuacje niebezpieczne, a i tak w porównaniu z rzeczywistością Himalajów, kręciliśmy w warunkach niezwykle komfortowych. 
Premiera ma się odbyć tej jesieni na platformie Netflix. 

piątek, 8 lipca 2022

Rafał Maślak: "Sztuczna cukierkowość jest czymś, co już się przejadło. U mnie na TikToku są skarpetki, zabawki...życie"

 Rafał Maślak: "Sztuczna cukierkowość jest czymś, co już się przejadło. U mnie na TikToku są skarpetki, zabawki...życie" 













fot. Małgorzata Krawczyk

Z Rafałem Maślakiem miałam przyjemność rozmawiać w Wiśle, podczas 20, jubileuszowej edycji Biegu po Nowe Życie. Rozmawiamy nie tylko o samej inicjatywie, ale również o życiowych wartościach, rodzinie, wykorzystywaniu zasięgów w dobrym celu oraz o byciu TikTokerem. 

Spotykamy się na 20, jubileuszowej odsłonie Biegu po Nowe Życie w Wiśle. W której edycji Pan po raz pierwszy wystartował w sztafecie?

Nie pamiętam dokładnie, która to była edycja, ale po raz pierwszy przyjechałem do Wisły w 2015 roku, więc już sporo lat temu. (Śmiech.) Później też jeszcze kilka razy miałem okazję tutaj przyjechać. Czasami nie mogłem, a później pochłonęły mnie dzieci. (Śmiech.) O wiele częściej startowałem w Warszawie. Sercem jestem  cały czas z Biegiem po Nowe Życie. Panuje tu magiczna atmosfera, uwielbiam tu być. Arek Pilarz i Przemek Saleta świetnie to wszystko organizuję. Jestem przekonany, że nie jest to moja ostatnia edycja. 

Spotykają się tutaj osoby publiczne oraz osoby po przeszczepach. To okazja do wysłuchania wielu historii. Czyja historia, którą na przestrzeni edycji imprezy Pan poznał, najbardziej Pana poruszyła?

Dla mnie za każdym razem jest to kosmos. Będąc na gali, po prostu łapię się za głowę i robię wielki ukłon w stronę tych lekarzy, którzy robią magiczne rzeczy. Naprawdę - dla mnie to magia. To, że można w jedno ciało wstawić ciało obce i dzięki temu dać życie drugiemu człowiekowi, jest niesamowite. 

W sztafecie waszego partnerskiego portalu Beskidzka24.pl byłem z Marcinem, który jest osiem lat po przeszcepie nerki. Jest uśmiechnięty, biegł razem z nami. Niczym nie różni się od nas. 

Bieg po Nowe Życie to genialna inicjatywa. 

Celem Biegu po Nowe Życie jest nagłaśnianie tematu transplantacji i transplantologii. Myślę, że to właśnie to uświadamianie społeczeństwa jest tym, co składa się na sukces wszystkich edycji tego przedsięwzięcia. Co jeszcze? Jak Pan myśli?

Podczas gali Arek Pilarz przedstawiał statystyki. Zasięg wszystkich publikacji w mediach jest przeogromny. 

To niestety temat, o którym bardzo mało się mówi w Polsce. Ludzie zapominają. Jeśli kogoś to nie dotyczy, temat cichnie. Fajnie, że ta impreza charytatywna organizowana jest dwa razy w roku, raz w Wiśle, a po raz drugi w Warszawie, bo to daje ogromne zasięgi. Osoby, które tak jak ja aktywne są w mediach społecznościowych mogą to wykorzystać i jak najbardziej powinny to robić. Po to też tu jesteśmy. 

Cieszę się, że ludzi, którzy mnie obserwują ten temat też interesują, wchodzą ze mną w interakcję i pojawiają się na profilu Biegu po Nowe Życie lub nawet tu w Wiśle, by nam kibicować. Jeśli nawet kilka osób coś wyniesie z tego, co zamieszczam w sieci, to już jest sukces.

Jak przygotowywał  się Pan do startu?

(Śmiech.) Po gali siedzieliśmy do późnej nocy z całą ekipą. Fajnie, że każda edycja jest okazją do spotkań ze wspaniałymi ludźmi.

Jestem fanem sportu i wszystkich aktywności. Codziennie trenuję, więc taki start jest dla mnie bardzo prostą sprawą. Żyję ze sportem za pan brat, więc to dla mnie bułka z masłem. (Śmiech.) 

Co powiedziałby Pan tym wszystkim, którzy zastanawiają się nad podpisaniem oświadczenia woli?

Uważam, że to jest wręcz konieczność. Nie bierzmy do piachu coś, co nam się w ogóle nie przyda. Dajmy życie innym osobom, które mogą żyć, cieszyć się, kochać przez następne lata... Nie zabierajmy tego ze sobą. 

Bardzo chętnie angażuje się Pan nie tylko w Bieg po Nowe Życie, ale również w inne akcje charytatywne. Pomoc jest dla Pana ważna. Proszę powiedzieć coś więcej. 

Każdy, kto jest osobą medialną, ma zasięgi, powinien chociażby po części wykorzystywać je w dobry sposób i nieść pomoc. 

Ostatnio też w Wiśle brałem udział w akcji charytatywnej. Wspinaliśmy się w pełnym ekwipunku na Skocznię narciarską "Malinka" im. Adama Małysza. Zbieraliśmy pieniążki dla dziewczynki, która walczy z rakiem. 

Jestem byłym strażakiem, więc z przyjemnością wziąłem udział w tej akcji. Nie była to łatwa sprawa, bo mieliśmy całe oprzyrządowanie, które wraz z butlą z tlenem ważyło 20 kg, ale był to fajny moment. Cieszyliśmy się, że możemy pomóc.

Pana kariera tak naprawdę rozpoczęła się w 2014 roku, kiedy to został Pan Misterem Polski. Jak Pan wielokrotnie mówił, ten  moment wiele w Pana życiu zmienił. To prawda, że wziął Pan udział w tym konkursie tak trochę z przypadku? Ile w tym prawdy?

Tak. Mój udział w tym konkursie to zupełny przypadek. Na początku nie było to tak popularne i pomyślałem sobie, że raczej kobiety powinny brać udział w tego typu plebiscytach, ale byłem z małej miejscowości, chciałem się wyrwać, poznać ludzi i przeżyć jakąś przygodę. Chciałem zmienić coś w swoim życiu. Uważam, że był to bardzo dobry krok. 

Nie brałem tego na poważnie, nie liczyłem na wygraną. Moja samoocena była tak niska, że traktowałem to jako przygodę, ale okazało się, że się udało. Wszystko ruszyło jak lawina. Taki American dream. (Śmiech.) Z małej miejscowości ruszyłem do stolicy. Na bankiety, ścianki, do różnych programów rozrywkowych.

Można się tym zachłysnąć?

Oczywiście, można się tym zachłysnąć, ale do wszystkiego podchodziłem z dystansem. Pomagała mi moja małżonka, była ze mną. Byłem przy niej normalnym facetem, Rafałem, który wracał do domu i zostawiał wszystko za sobą. 

Tu największą rolę odgrywa wygląd, ale nie powinien być wartością nadrzedną. Nie kryje się Pan z tym, że jedną z najważniejszych wartości w Pana życiu jest rodzina. Co jeszcze?

Bezapelacyjnie największymi wartościami w życiu są dla mnie rodzina, szacunek do innych. Takie wartości przekazali mi moi najbliżsi. Mam braci, z którymi mam barzdo dobre relacje, z rodzicami również. Przekładam to na swoją rodzinę, na tym się skupiam. Być ambitnym, robić swoje, ale nie krzywdzić przy tym innych. To moje wartości. 




















fot. Małgorzata Krawczyk

Pana definicja męskości jest prosta - "to przede wszystkim dbałość o najbliższych i opiekuńczość". Tak mówił Pan w wywiadzie dla Aleteii. Proszę tę myśl rozwinąć.

Wspominałem już o tym przed chwilą, że całym moim światem jest moja rodzina. Staram się to przekazywać moim dzieciom tak, żeby urośli na wspaniałych ludzi. Staram się być dobrym człowiekiem. W momencie, kiedy stałem się rodzicem, stałem się jeszcze bardziej zorganizowany, robię dwa razy więcej rzeczy, choć mam dwa razy więcej obowiązków. Dzieci mobilizują i sprawiają, że człowiek chce sięgać gór. 

To, co pokazuje Pan w social mediach, to definiuje Pana szczęście. Czy w sieci poszukuje Pan podobnych treści do tych, którymi lubi się dzielić?

Tak. Mam zaobserwowanych wiele profili stricte parentingowych, które prowadzą rodzice. Nawzajem się obserwujemy, insprujemy. 

Czym ostatnio zainspirował się Pan w sferze parentingu?

Bardzo lubię pokazywać takie fajne relacje mojej rodziny i dzieci. To nasze zabawy i wspólne aktywności. Ostatni filmik, który wstawiłem poszedł w świat. Dosłownie. Np. na profilu w Stanach miałem po 30 mln wyświetleń. Duże zainteresowanie tym samym filmikiem było też w Azji. Oznaczają mnie wszystkie profile świata. Jest mi bardzo miło, że w komentarzach, których też są miliony, ludzie piszą bardzo pozytywnie. To dla mnie coś niesamowitego. 

W sieci wiele osób pokazuje, jak ich życie jest piękne, wręcz cukierkowe. Daje się Pan czasem nabrać na to, co jest pokazywane w internecie? 

Tak, ale ja już jestem tak zakorzeniony  w social mediach. Wydaje mi się, że sztuczna cukierkowość jest czymś, co się już przejadło. U mnie są skarpetki, zabawki... Takie jest życie i tak go pokazuję. 

Fenomenem Tik Toka jest to, że niosą się filmy, które są nagrywane nie tak, jak na Instagramie, czyli wycukierkowane i piękne, a tam wrzuca się filmy surowe. Czym tym bardziej coś takiego jest bezpośrednie, tym bardziej idzie to w dobrą stronę.

Dotykają Pana czasem ciemne strony internetu? Czy kiedykolwiek było dane Panu mierzyć się z hejtem? Czy jest jakaś skuteczna metoda, by jemu zapobiec?

Oczywiście. Tak, można temu zapobiec. Pół roku temu moja żona dostawała groźby, które skierowane były w nasze dzieci. Poszliśmy z tym na policję, zostało to zgłoszone, sprawa jest w toku.
Niestety, kiedy zwracamy się do szerszej grupy odbiorców, zdarzają się też tacy, którzy są złymi osobami. Jak w życiu - wszystko ma swoje ciemne i jasne strony.

Od 2155 odcinka wciela się Pan w Allana w "Barwach szczęścia". To najchętniej oglądany serial codzienny w Polsce. Czy zanim trafił Pan do serialu, czasem go Pan oglądał, miał swoje ulubione postaci, ulubionych bohaterów?

Rodzice oglądają "Barwy szczęścia". Też czasami oglądałem, ale odkąd przeprowadziłem się do Warszawy w ogóle już telewizji nie oglądam, bo zwyczajnie nie mam na to czasu. 

Najbliższe plany. 

Z żoną wzieliśmy się za dietę, dbamy o siebie i chcemy zrobić taką metamorfozę. Już stopniowo teraz pokazujemy ją na Tik Toku. 

Daniel Olbrychski: "Jak mówiła moja Mama, nie ma ról małych, są tylko mali aktorzy"

 Daniel Olbrychski: "Jak mówiła moja Mama, nie ma ról małych, są tylko mali aktorzy"

























fot. Małgorzata Krawczyk 

Niewątpliwie, jedną z największych atrakcji tegorocznej odsłony Kina na Granicy, była retrospektywa "Daniel Olbrychski - Aktor Europy", która odbyła się po projekcji filmu "Pstrąg". Olbrychski sypał żartami jak z rękawa, ale był też poważny. Nie zabrakło opowieści z życia zawodowego i smaczków z życia prywatnego.

Wspominamy kręcenie pamiętnych scen w Teatrze im. Adama Mickiewicza, które pojawiły się w "Ziemi obiecanej", a także o najnowszych produkcjach, w których to Daniel Olbrychski się pojawi. 

Co spowodowało, że zdecydował się Pan przyjąć zaproszenie na 24. Festiwal Kino na Granicy?

Skoro pan Łukasz Maciejewski zorganizował tak bogaty przegląd filmów z moim udziałem, kręconych przeważnie poza granicami Polski, nie mogłem nie przyjąć tego zaproszenia. Kiedy rozmawiamy, akurat w sali teatralnej pokazywany jest film "Pstrąg" Josepha Loseya, gdzie gram w towarzystwie francuskich gwiazd. Ja sam tych wszystkich filmów, które znalazły się w repertuarze nie widziałem i chętnie bym je obejrzał, ale nie mam tyle czasu.

W repertuarze festiwalowym znalazło się aż 15 filmów z Pana udziałem. Jaki miał Pan wpływ na wybór tych filmów, które można było tutaj zobaczyć?

Na wybór filmów, które można było tutaj zobaczyć, nie miałem żadnego wpływu. Śmieję się, że nawet nie umiałbym pomóc w tej kwestii panu Łukaszowi, który w tym wszystkim orientuje się lepiej ode mnie. Kiedy po raz pierwszy przeglądałem tytuły filmów, które wybrano do emisji w Cieszynie, mówiłem tylko - "O boże, to ja grałem w tym i tamtym?" (Śmiech.) To wszystko zgromadził Pan Maciejewski, a ja mogę mu być za to jedynie wdzięczny. 

Do którego ze swoich filmów ma Pan największy sentyment?

 Kiedy jestem pytany o to, do którego ze swoich filmów mam największy sentyment, odpowiadam tak, jak moja amerykańska koleżanka Meryl Streep, z którą znamy się i lubimy, chociaż nigdy razem nie pracowaliśmy: "Nie pytajcie mnie, który z filmów, które robiłam jest mi najbliższy, bo to wszystko są moje dzieci, ja je nosiłam w sobie, ja je w radości i w bólach rodziłam... Ja wiem, który film udał mi się mniej, który bardziej, ale tak samo je kocham". 

Po 42 latach stanął Pan na scenie Teatru im. Adama Mickiewicza, która "zagrała" w "Ziemi Obiecanej". Jakie to uczucie?

 42 lata to szmat czasu. Cieszę się, że doczekałem tego momentu. Towarzyszy mi radość, że nieźle się czuję, mogę jeszcze wejść na tę scenę i coś powiedzieć. 

Jakich produkcji z Pana udziałem możemy spodziewać się w tym roku?

Nic mi nie wiadomo o datach premiery, ale zagrałem w dwóch czeskich produkcjach, nieduże role, ale jak mówiła moja Mama, nie ma ról małych, są tylko mali aktorzy. 

W jednym z nich zagrałem wodza z wielkim pióropuszem, realizując marzenia, by być kimś takim, jak Winnetou, mój bohater z dzieciństwa. 

Drugi film, który był produkcją czesko-słowacką kręciliśmy w Danii. Były to międzynarodowe produkcje. Jezscze ani jednego z tych dwóch filmów nie widziałem. 

Jest Pan również miłośnikiem czeskiego kina. Za co najbardziej Pan je ceni?

Tak, jak cała Europa, ja również byłem wychowany na czeskim kinie lat 60.-tych. Na Menzlu, Formanie i na Wojtku Jasnym, z których w latach 80.-tych miałem przyjemność pracować. Było to wtedy najważniejsze kino, nie tylko w tej części Europy, ale w ogóle na na świecie. 

Uważam, że kraj, który wydaje tak zdolnych reżyserów, jak to miało miejsce w latach 60.-tych, musi mieć ciągle coś ważnego do powiedzenia. 

Jaki wpływ na kinematografię Europy miała kinematografia polska?

Dużo mówi się o Polskiej szkole filmowej, która była formacją artystyczną obecną w kinematografii polskiej w latach 1956–1963. Jej twórcami byli m.in. Andrzej Wajda, Andrzej Munk, Jerzy Kawalerowicz, Kazimierz Kutz, Krzysztof Kieślowski czy Krzysztof Zanussi. 
Każdy naród, który ma zdolnych ludzi, ma wpływ na inne narody. 

W spektaklu "Niespodziewany powrót" gra Pan z Tomkiem Karolakiem. W czym Pana zdaniem zawarta jest największa siła tej sztuki?

To sztuka dialogowa, rozmowa ocja z synem. Kłócą się, ale bardzo się kochają.  Ta historia jest fantastycznie napisana.

Taka kłótnia osób, które się kochają, bardzo dobrze się gra. Od momentu premiery zagraliśmy już ten spektakl kilkadziesiąt razy. Mogę powiedzieć, że widzowie świetnie go odbierają. 

wtorek, 28 czerwca 2022

Paweł Góral: "Zawsze wybieram to, co sprawia mi radość"

 Paweł Góral: "Zawsze wybieram to, co sprawia mi radość"
















fot. zdjęcie nadesłane

Z Pawłem Góralem miałam okazję rozmawiać w Jastrzębiu-Zdroju. Choć okazją do spotkania był spektakl "Wieczór Panieński Plus", rozmawialiśmy na wiele tematów. Rozmawialiśmy o życiowych wartościach, pozytywnym nastawieniu, które ułatwia życie oraz o jego singlu "Jestem tu i teraz". Opowiedział też o tym, czym jest dla niego ten tytułowy zwrot i czy można sobie na takie "bycie" pozwolić niezależnie od okoliczności.

Już na pierwszy rzut oka sprawiasz wrażenie osoby niezwykle pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. Czy taka postawa pomaga Ci w tej niełatwej dla nas wszystkich codzienności?

Uważam, że ta postawa bardzo mi pomaga. Pozwala cały czas mieć nadzieję i wierzyć, że to, co dzieje się teraz w Europie, niebawem się skończy. Pozytywne nastawienie sprawia, że łatwiej radzę sobie z codziennością, niezależnie od tego, co akurat dzieje się w moim życiu.  

"Zawsze być, nad mieć". To słowa, które jako pierwsze wyświetliły mi się na Twojej stronie internetowej, kiedy po raz pierwszy przygotowywałam się do naszej rozmowy. Rozwiń tę myśl.

Niezależnie od tego, czy moje wybory dotyczą codzienności, czy życia zawodowego, zawsze wybieram to, co sprawia mi radość. Podobnymi aspektami kieruję się w wyborze osób, z którymi współpracuję. Chcę się dobrze czuć w towarzystwie osób, z którymi spotykam się w pracy i fajnie spędzać z nimi czas. Do podejmowania decyzji nie prowadzą mnie dobra materialne.

Jakimi jeszcze wartościami kierujesz się w życiu?

Tu znowu sprawdza się hasło "być nad mieć", które pojawiło się na początku naszej rozmowy. Ważne jest dla mnie to, by robić rzeczy, które sprawiają mi przyjemność. Nie chcę przymuszać się do czegoś tylko po to, że zarobię na tym pieniądze, a nie sprawia mi to radości.

W prywatnym życiu warto patrzeć na to, która z pasji pozazawodowych. Moja praca jest też oczywiście moją pasją, ale zarabiam nią na życie.

Moim nowym odkryciem jest pływanie na desce SUP. To własnie taka moja pasja pozazawodowa. Nie mogę się doczekać, aż znów ją wyciągnę i będę pływać na jeziorkach. Warto szukać czegoś, co sprawia nam przyjemność na co dzień i czego wyczekujemy, by się temu w pełni oddać. 

Jak to było u Ciebie z aktorstwem? Podobno od początku wiedziałeś, że to jest to.

Tak, wiedziałem o tym od początku. Był to dla mnie oczywisty wybór. Nie pamiętam stricte tego momentu, w którym zdecydowałem się na aktorstwo. 

Spotykamy się w Jastrzębiu przed spektaklem "Wieczór Panieński Plus". Czy jest jakaś myśl przewodnia, która towarzyszy Ci zazwyczaj przed wejściem na scenę?

Moją myślą przewodnią jest za każdym razem to, by dla widza wykonać maksymalnie dobrą robotę. To towarzyszy mi już od czasów, kiedy w Teatrze Roma grałem w musicalu "Mamma Mia". W ciągu dwóch lat wziąłem w tym przedstawieniu udział 565 razy.

Oczywiście przed każdym spektaklem towarzyszy mi chwila skupienia, ale nie mam żadnej mantry. Po prostu myślę o widzu. 

Do obsady dołączyłeś  w marcu. W dublurze z Markiem Kaliszukiem i Stefano Terrazino wcielasz się  w rolę policjanta. Czym różni się od interpretowania go przez Marka i Stefano?

Powiem szczerze, że do końca nie wiem, ponieważ nie widziałem kolegów na scenie. Do dublury przygotowywałem się na podstawie nagrania, ale też staram się w ten sposób na to nie patrzeć. Skupiam się na tym, jak od strony technicznej rozwiązane jest nasze przedstawienie, a nie na konkretnych konstrukcjach postaci w wykonaniu kolegów. 

Grasz też w spektaklu "Czarno to widzę". Obydwie sztuki to komedie. Zgadza się, że to najtrudniejszy gatunek dla aktora?

Ciężko jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno jednak nie jest tak łatwo, jak się wydaje. Nie jest tak lekko i przyjemnie, jak w odbiorze. (Śmiech.) Komedię trzeba grać na poważnie. Dramat postaci musimy zagrać tak, by był on śmieszny dla widza.

Brałeś udział w 14. edycji programu TTBZ. Co spowodowało, że przyjąłeś tę propozycję?

Przyznam, że zabiegałem o to, by być w tym programie. Sukcesywnie się anonsowałem. Miałem trzy podejścia. Kiedy okazało się, że wybrano mnie do udziału w czternastej edycji, przyjąłem tę informację bez mrugnięcia okiem, z ogromną wdzięcznością.

Co było dla Ciebie największym wyzwaniem tych metamorfoz, a co największą frajdą?

Największą frajdą było dla mnie wcielanie się w postaci starszej daty. Występowałem przecież m.in. jako Violetta Villas. Było to czymś magicznym. I właśnie w harmonogramie nagrywania programu tak wyszło, że to właśnie na wykonanie tej metamorfozy miałem najwięcej czasu. Oglądałem wiele archiwalnych nagrań z Panią Violettą i przyznam, że bardzo mi pomogły.

Mam kilka swoich wykonów z tego programu, do których lubię wracać.

Które to występy?

Oprócz wymienionej Violetty Villas, zalicza się do nich Jason Derulo, Rag'n'Bone Man, Shade i Celiné Dion. Wspominam je z ogromnym sentymentem.

Miałeś w tym programie takie wcielenie, którego chciałeś uniknąć?

Tak, był to Lenny Kravitz. Wydawało mi się, że ma nałożony w studiu dźwiękowym jakiś efekt na swój głos, a ta metaliczność jest u niego bardzo naturalna. Wiedziałem, że choć z głosem zrobię nie wiadomo co, to tego i tak nie osiągnę. 

Na początku roku wydałeś utwór "Jestem tu i teraz" wraz z teledyskiem. Czym jest dla Ciebie tytułowe "tu i teraz"?

Jestem nadproduktywny, jeśli chodzi o myśli. Planów i pomysłów mam milion na sekundę. "Tu i teraz" to dla mnie wychodzenie z głowy, jak najmniej czasu poświęcać rozmyślaniu, ale skupić się na danej chwili. Ważne jest dla mnie wyjście z nadproduktywności umysłowej. Kontakt z naturą pomaga je odnaleźć.

"Bycie online" wciąga. 

W temacie wciągania powiem, że swój dzień zaczynam od scrollowania social mediów. Spędzam w nich jakiś czas. Chciałbym to zmienić. Zawsze trzeba mieć coś do zmiany. Ludzie bez nałogóg nie mają czego rzucić, jak mawia Beata Tyszkiewicz. (Śmiech.) 

Co jest głównym przesłaniem singla?

Głównym przesłaniem mojego singla jest zatapianie się w tym, co dzieje się tu i teraz, niezależnie od wszystkiego.

Skąd pomysł na taką realizację teledysku?

Pomysł pojawił się troszkę z konieczności. Kiedy jechałem na wakacje postanowiłem, że sam go zrealizuję. Zrobiłem to pod pseudonimem Timmy Rentzima, do czego mogę się już przyznać. (Śmiech.) Wszystko zrobiłem sam. Teledysk nie jest jakiś tam turbo-profesjonalny, ale od początku do końca jest mój.

Czy utwór był jednorazową przygodą, czy jest zapowiedzią czegoś więcej?

Mam nadzieję, że nie była to jednorazowa przygoda.

Najbliższe plany. 

Zapraszam do Pałacu w Wilanowie, gdzie  gramy przez cały lipiec "Sen nocy letniej" w reż. Jona Weisbergera. Trwają próby. Wszystko odbywa się w ramach cyklu "Szekspir w parku".