sobota, 19 września 2026

Janek Sobierajski o filmie "Mistyczka" [WYWIAD]

Janek Sobierajski o filmie "Mistyczka"  [WYWIAD]
















fot. uroczysta premiera filmu "Mistyczka" / Instagram @janek_sobierajski

Film "Mistyczka", którego reżyserem jest Janek Sobierajski, do kin w całym kraju trafił 11 września. Rozmawiamy o strukturze filmu i jego najważniejszych motywach oraz o tym, co praca nad nim zmieniła w jego życiu. Sobierajski wraca także myślami do swojego spotkania z Bogiem i niezwykle szczerze opowiada, jaki miało ono wpływ na jego dalsze życie i twórczość. 

Na początku każdej rozmowy staram się opisać mojego rozmówcę. Pana widzę jako wszechstronnego twórcę niezależnego kina o tematyce duchowej, założyciela Fundacji Filmowej „Powołany”. Jak tworzy się w Polsce kino wartości, które musi konkurować z komercyjnymi hitami, ale chce pozostać bezkompromisowe i wierne przesłaniu?

Doświadczenie w branży filmowej zdobywałem najpierw poprzez pracę na różnych planach filmowych, a następnie na etacie w telewizji. W międzyczasie założyłem własną firmę zajmującą się produkcją filmową i telewizyjną, aby móc świadczyć te usługi również w kontaktach biznesowych. Wszystkie te lata zaowocowały wieloma znajomościami z ludźmi, którzy są świetni w swoim fachu.

Realizując duże projekty ogólnopolskie, zauważyłem, że filmy o wartościach i duchowości zawsze mają problemy produkcyjne i finansowe. To był też czas, w którym zrozumiałem, że warto robić coś dla innych, warto zostawić po sobie coś wartościowego.

Zdecydowałem się odejść z telewizji i największego portalu internetowego w Polsce, aby realizować to, co poczułem w sercu – filmy o duchowości, które będą dla innych drogowskazem na ścieżce życia.

Wraz z Andrzejem Kocubą, który miał podobne podejście do mojego, założyliśmy Fundację Filmową „Powołany”, która dziś produkuje duże kinowe filmy z ponadczasowymi wartościami. Do naszych projektów zapraszamy ludzi, których miałem zaszczyt poznać w branży telewizyjnej i reklamowej. To wspaniała przygoda, która z każdym projektem realizowana jest z coraz większym rozmachem. I niezwykle nas to cieszy.

Ta wolność od systemowych nacisków pozwoliła Panu zająć się tematem niezwykle intymnym. W filmie „Mistyczka”, który do kin w całej Polsce trafił 11 września, dotyka Pan zapisków duchowych Alicji Lenczewskiej. Czy czuje Pan, że opowiedzenie historii tak głębokiego, mistycznego spotkania człowieka z Bogiem byłoby w ogóle możliwe w ramach tradycyjnego, komercyjnego systemu producenckiego?

Z jednej strony była to wielka niewiadoma, a z drugiej – bardzo chcieliśmy zrealizować tak głęboki temat. Ujmuje mnie to, że historia naszej głównej bohaterki jest tak naprawdę urzeczywistnieniem życia większości społeczeństwa. Każdy z nas chce znaleźć w życiu miłość i szczęście, a Alicja Lenczewska szukała ich nieudolnie przez 50 lat życia. Dopiero podczas zupełnie przypadkowego wyjazdu wydarzyło się coś, co zmieniło jej życie na zawsze.

Zdawałem sobie sprawę, że jeśli chcemy podjąć się tego tematu, musimy mieć sztab ludzi, którzy swoimi talentami wesprą ten film, aby został zrealizowany jak najlepiej. Dlatego cieszę się z gwiazdorskiej obsady z Dorotą Chotecką w roli głównej.

Zanim film trafił do kin, obejrzało go ponad 15 tysięcy widzów podczas pokazów przedpremierowych. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę.

„Mistyczka” to pełnometrażowa fabularna opowieść o kobiecie, której życie zostało całkowicie odmienione przez spotkanie z Jezusem. Pan, wielokrotnie, otwarcie mówił o swoim osobistym spotkaniu z Bogiem. Powiedzmy coś więcej.

Myślę, że w życiu każdego człowieka przychodzi czas na swoistą autorefleksję nad własnym życiem. Wcześniej czy później każdy robi taki bilans zysków i strat. Niestety, w większości przypadków wychodzi on negatywnie – stąd mówi się o kryzysie wieku średniego.

Ważne, żeby takie rozważania naprowadziły człowieka na to, co nadaje sens naszej egzystencji. Na pewno nie są to rzeczy materialne, które szybko przemijają. Ja przewartościowałem swoje życie w wieku 25 lat i od tamtego czasu jestem naprawdę szczęśliwym człowiekiem.

Jak spotkanie z Bogiem odmieniło Pana życie?

Przede wszystkim wiem, że moją wartością nie jest to, co posiadam, ani to, co mówią o mnie inni. Pojawiłem się na świecie dlatego, że Bóg tak chciał. Jestem Jego ukochanym dzieckiem i to stanowi o mojej wartości, której nikt i nic nie jest w stanie podważyć.

Dzięki temu można oprzeć się złudnym atrakcjom rzeczywistości, która często jest tylko substytutem tej prawdziwej miłości.

Nie jest również tajemnicą, że było też czymś takim, co zdefiniowało na nowo całą Pana twórczość. W jaki sposób?

Oczywiście. Każde spotkanie z żywym Bogiem zostawia w człowieku ślad. Nawet jeśli próbuje się je zanegować, świadomość Jego istnienia pozostaje w człowieku na zawsze.

Tak miał na przykład Jonasz, który uciekał przed Bogiem, którego poznał, ponieważ bał się powierzonego mu zadania. Myślę, że każdy z nas jest tu na ziemi po to, żeby odkryć miłość naszego Stwórcy, by w chwili śmierci móc spotkać się z Nim jak z Ojcem. W innym przypadku – po co tu jesteśmy?

To prawda, że przed każdym projektem filmowym, spędza Pan długie godziny na modlitwie, pytając Jezusa, czy to jest ta historia, którą ma teraz opowiedzieć?

Film kinowy realizuje się mniej więcej trzy lata. A więc nietrafiony projekt będzie rzutował na ogrom czasu, pracy i środków materialnych. Dlatego staram się pytać Szefa, jakiego projektu mamy się podjąć. To zdecydowanie ułatwia kolejne kroki.

Co praca nad "Mistyczką" zmieniła w Pana życiu? Czego nauczyła, czego pozwoliła się dowiedzieć o sobie?

Przede wszystkim, żeby stworzyć scenariusz, musiałem przeczytać blisko 900 zapisków duchowych Alicji Lenczewskiej. Sama lektura tych dzienników była niezwykłym doświadczeniem. Można w nich wyczytać wiele pragmatycznych porad dotyczących codzienności.

Mogę śmiało powiedzieć, że po ich przeczytaniu jest się innym człowiekiem.

Gdyby miał Pan prace nad tym filmem podsumować w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Niezwykła historia o zwykłej kobiecie.

W jednym z wywiadów przyznał Pan, że na początku czuł Pan wewnętrzny opór i wcale nie miał w planach tworzenia tego filmu. To prawda, że dopiero proces rozeznawania i głębokie wgryzienie się w tekst uświadomiły Panu, że obcuje z czymś znacznie większym niż zwykły projekt scenariuszowy? Wcześniej nie miał Pan aż takiej świadomości?

Nie, nie miałem. Nie wiedziałem również zbyt wiele o Alicji Lenczewskiej. Dlatego musiałem najpierw przeczytać jej biografię, następnie dzienniki duchowe, a później spotkać się z jej bliskimi i rodziną, którzy opowiedzieli mi, jakim była człowiekiem.

Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak wymagającej rzeczywistości próbujemy się podjąć.

Mówi Pan wprost, że urzekające w tych pismach jest to, jak Jezus w rozmowach z Alicją tłumaczy otaczającą nas rzeczywistość w sposób niesamowicie prosty, bezpośredni i trafiający prosto w serce, pozbawiony ciężkiego, teologicznego żargonu. Co jeszcze?

Alicja nie wyróżniała się niczym szczególnym z ogółu społeczeństwa. I myślę, że właśnie to jest siłą tej historii.

W filmach często pokazujemy przemiany ludzi – od zera do bohatera. Ale w rzeczywistości niewiele osób może utożsamiać się z takim bohaterem. Zdecydowana większość ludzi to osoby takie jak Alicja: z marzeniami, osadzone w szarej rzeczywistości.

I dlatego ten film jest tak chętnie oglądany, ponieważ pokazuje, jak wielką wartość ma takie życie. Pokazuje też, że w najpiękniejszą podróż życia można wybrać się, nie ruszając się ze swojej kawalerki.

Porównuje Pan Alicję Lenczewską do siostry Faustyny, ale podkreśla Pan, że Alicja była osobą świecką. Czy to właśnie jej zwyczajne, nauczycielskie życie w czasach PRL-u sprawiło, że ten film stał się tak bardzo autentyczny i życiowy?

Myślę, że na autentyczność tej postaci wpływa fakt, że najpierw należała do partii i – jak sama napisała – żyła w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła, a następnie doświadczyła ogromnej przemiany, która kosztowała ją wszystko, czego wcześniej się dorobiła.

Mówi się, że starych drzew się nie przesadza. Historia Alicji pokazuje coś zupełnie innego – że nigdy nie jest za późno, aby walczyć o to, co w życiu najcenniejsze: miłość i szczęście.

W rolę Alicji wcieliła się Dorota Chotecka-Pazura – aktorka o ogromnym dorobku, ale dotąd rzadko kojarzona z tak intymnym, mistycznym kinem. Czy od początku, myśląc o tym, kto mógłby się w nią wcielić, myślał Pan właśnie o Choteckiej? Brał Pan też pod uwagę obsadzenie innej aktorki w tej roli?

Dorota była moim pierwszym wyborem. Zdecydowałem, że rozmowy z innymi aktorami przeprowadzę dopiero wtedy, kiedy nie podejmie z nami współpracy.

Okazało się, że zależało jej dokładnie na tym samym – nie chciała brać udziału w filmie ze słabymi zdjęciami, dźwiękiem czy muzyką. To nas połączyło, bo wszystkim zależało na tym, aby zrealizować tę produkcję jak najlepiej.

Graliśmy do jednej bramki, a efekt można już oglądać w kinach w całej Polsce.

Nawiązuję do tego, ponieważ czasami, kiedy aktor dostaje propozycję napisania swojej biografii, ma w głowie jedno nazwisko osoby, której chciałby opowiedzieć o sobie i przeważnie z tą osobą spisuje swoje wspomnienia – tak miała chociażby Teresa Lipowska przy książce „Nad rodzinnym albumem”. Czy Pan, szukając filmowej bohaterki, poczuł w pewnym momencie to samo? Że to właśnie Dorota Chotecka-Pazura jest tą jedyną, odpowiednią osobą, by wcielić się w Alicję Lenczewską?

Rola Alicji Lenczewskiej była ogromnym wyzwaniem. Dorota musiała zagrać tę postać na przestrzeni 40 lat, bez dublerki. A do tego pełen wachlarz emocji i sytuacji: od zakochania, przez intrygi i objawienia mistyczne, po śmierć bliskiej osoby, sytuacje rodzinne, chorobę nowotworową, cierpienie i śmierć.

Nie każdy aktor mógłby podjąć się takiego wyzwania, choć każdy chciałby mieć taką rolę. Dorota jest tak wszechstronnie uzdolnioną aktorką, że byłem przekonany o jej zdolnościach do podjęcia się tego zadania.

Dorota Chotecka-Pazura przeszła do tej roli ogromną metamorfozę. Rozmawialiście też za kulisami o tych zmianach, które zachodzą nieco głębiej? O tym, jaki wpływ na nią miały wpływ zapiski Lenczewskiej? Jak praca nad tą rolą zmieniła jej postrzeganie codzienności?

Myślę, że to bardzo intymne kwestie, w które raczej staram się nie wchodzić. Wiem, że ta rola kosztowała ją bardzo wiele, ale prawda jest taka, że tylko rzeczy miałkie nic nie kosztują. Wszystkie wielkie rzeczy wymagają wielkiego wysiłku. I ona to zrobiła.

Ona nie grała Alicji – ona się nią stała.

Na potwierdzenie tych słów powiem tylko, że żyjąca bratowa Lenczewskiej, kiedy zobaczyła Dorotę po charakteryzacji w jednej ze scen na planie, uroniła łzę i powiedziała: „To jest Ala!”.

Scenariusz był konsultowany z osobami z bliskiego otoczenia Alicji Lenczewskiej oraz z jej bratową – Dorotą Lenczewską, która była obecna podczas nagrań. Jak ten konsultacje wyglądały?

To były bardzo cenne porady. Bratowa Alicji była z nami praktycznie każdego dnia na planie zdjęciowym, ale również wspierała mnie przy tworzeniu scenariusza.

Była bardzo zaangażowana i starała się, abyśmy jak najwierniej oddali rzeczywistość, która dla niej była codziennością. Znała Alicję przez tyle lat, więc dla nas był to wielki zaszczyt móc słuchać jej porad, które okazały się ogromną wartością.

Dziś otrzymujemy wiele wiadomości od widzów, którzy również znali Alicję, że idealnie oddaliśmy jej postać.

Warto to zobaczyć na wielkim ekranie i dać się porwać niezwykłej przygodzie, której możemy stać się uczestnikami.

czwartek, 17 września 2026

Cykl #mariolapoleca (23): Czy w Apulii ukryto przepis na szczęście? Obejrzałam pierwsze trzy odcinki serialu "Felicità" [RECENZJA]

 Cykl #mariolapoleca (23): Czy w Apulii ukryto przepis na szczęście? Obejrzałam pierwsze trzy odcinki serialu "Felicità" [RECENZJA]













fot. TVP / materiały prasowe

W tym przedziwnym czasie warto znaleźć coś, co poprawi nasze samopoczucie, będzie gwarancją pojawienia się uśmiechu na twarzy. Jedni znajdują takie czynniki w książkach, drudzy w filmach, a jeszcze inni w serialach, czy w muzyce. 

Propozycjami, które (w moim odczuciu) takie czynniki posiadają, chciałabym się dzielić z Wami w moim najnowszym cyklu #mariolapoleca. 

Serdecznie Was zapraszam. Dziś zachęcam do lektury recenzji pierwszych trzech odcinków serialu "Felicità", który na antenie TVP zadebiutował 7 września. Serial znalazł się w tzw. "prime time". 

Zanim słoneczna Apulia pojawiła się na ekranach naszych telewizorów, najpierw zachwyciła czytelników. Serial „Felicità”, jesienna nowość TVP, to bowiem ekranizacja głośnej powieści obyczajowej, której współautorem jest ceniony scenarzysta, Radosław Figura (piszący w duecie z Katarzyną Kalicińską). Duet ten, znany z doskonałego wyczucia ludzkich emocji, stworzył literacki fundament, który aż prosił się o przeniesienie na szklany ekran. 

Czy pierwsze trzy odcinki telewizyjnej adaptacji w reżyserii Makarego Janowskiego udźwignęły ten bestsellerowy potencjał?

Telewizja Polska we współpracy z włoskimi twórcami postawiła tej jesieni na słoneczny komediodramat. Po obejrzeniu pierwszych trzech odcinkach serialu „Felicità” w reżyserii Makarego Janowskiego wiemy jedno: to produkcja, która ma stać się idealnym lekarstwem na nadchodzącą jesienną aurę. 

Piękne widoki to jedno, ale czy idzie za nimi wciągająca historia?

Punkt wyjścia fabuły intryguje. Poznajemy Zośkę (w tej roli Laura Breszka) oraz jej 17-letnią córkę Oliwię (Klementyna Karnkowska), czyli matkę i córkę, które pakują walizki i wyruszają do włoskiej Apulii. Powodem tej decyzji jest rodzinna tajemnica i trudna przeszłość. 

Trzy pierwsze epizody sprawnie zarysowują ten konflikt – twórcy umiejętnie dawkują sekrety, nie pozwalając widzowi na nudę i zmuszając do zadawania pytań o to, co tak naprawdę wydarzyło się w Polsce.

To, co od pierwszych minut rzuca się w oczy, to niesamowity kontrast klimatyczny. Kadry kręcone w okolicach Polignano a Mare, pełne turkusowego Adriatyku i białych miasteczek na klifach, dosłownie zapierają dech w piersiach, powodując zachwyt. 

Produkcja zrealizowana pod okiem Golden Media Polska zachwyca stroną wizualną.

Aktorsko serial trzyma bardzo wysoki poziom. Laura Breszka świetnie oddaje zagubienie i determinację dojrzałej kobiety, a jednocześnie zachowuje w tej roli pozytywne nastawienie, które jest odzwierciedleniem włoskiego „dolce vita”. Klementyna Karnkowska tworzy wyrazisty, autentyczny portret buntowniczej nastolatki. Co ciekawe, w serialu możemy oglądać wyjątkowy powrót. Siostry Karnkowskie, które w popularnym serialu historycznym grały najmłodsze wcielenia Ani i Mani Winnych, ponownie występują razem na ekranie w nowej produkcji Telewizji Polskiej. To świetne posunięcie reżyserów obsady. Widzowie mają szansę zobaczyć je w nowych wcieleniach, jako przyjaciółki, którym odległość nie przeszkadza w utrzymaniu bliskich relacji. Dawid Ogrodnik jak zwykle magnetyzuje na ekranie, wprowadzając do fabuły sporą dawkę niejednoznaczności. Monika Mariotti oraz włoscy aktorzy doskonale budują głośny, żywiołowy i pełen ludzkiego ciepła klimat tamtejszej codzienności. 

Twórcy serialu postawili na  nazwiska znane z włoskich i międzynarodowych produkcji, co natychmiast przekłada się na jeszcze większą autentyczność zekranizowanej historii. Szczególną uwagę zwraca Alessandro Parrello wcielający się w Marco Borettiniego – rozwiedzionego adwokata, który wraca z chłodnego Mediolanu do rodzinnego Polignano a Mare. Parrello wnosi do serialu mnóstwo elegancji, ale i typowo południowego uroku. Obok niego błyszczą Oriana Celentano jako żywiołowa Giulia Russo oraz Eugenio Ricciardi. To właśnie dzięki nim zderzenie skrytych, poturbowanych przez los Polek z otwartą, dynamiczną i nieco wścibską włoską społecznością wypada na ekranie tak naturalnie i magnetyzująco.

Scenariusz oparty na powieściach Katarzyny Kalicińskiej, Radosława Figury oraz Kamili Kisały stara się balansować między humorem a życiowymi dramatami. Pierwsze trzy odcinki sprawnie wprowadzają nas w powolny rytm południowych Włoch, w którym zaufanie zdobywa się powoli, ale skutczecznie.

Ten niespieszny rytm i ciepło bijące z ekranu sprawiają, że serial ogląda się z czystą przyjemnością. To opowieść o tym, że szczęście można znaleźć nawet wtedy, gdy wszystko wydaje się stracone. 

Trzy pierwsze odcinki tworzą naprawdę dobry początek całej tej historii i potwierdzają, że to serial, któremu warto dać szansę. Dalsze losy bohaterów można oglądać od poniedziałku do środy o 20:30 w TVP 1 i o dowolnej porze na VOD. 

Polecam uwadze wszystkim miłośnikom podróży, słonecznych Włoch, dobrej literatury i produkcji, zrealizowanych na wysokim poziomie.


niedziela, 13 września 2026

Wiktoria Basik (nie) tylko o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]

 Wiktoria Basik (nie) tylko o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]




fot. Andy Max - Agencja Aktorska Promocji Dzieci

Z Wiktorią Basik spotkałam się w Warszawie. Rozmawiałyśmy o serialu "M jak miłość" i "Rodzinka.pl", w których obecnie aktorka młodego pokolenia występuje, ale też o tym, co łączy ją z bohaterkami, w które się wciela.

Opowiedziała też o tym, czy wiąże przyszłość z aktorstwem i planie "B". 

Jesteś dziecięcą aktorką, którą obecnie możemy oglądać w trzech serialach, w kultowym "M jak miłość", "Rodzince.pl" i "Morfeuszu". Czy przed trafieniem na plan tych dwóch produkcji, miałaś styczność z kamerą, innymi projektami?

Tak, miałam przyjemność zagrać także w serialu "Profilerka", o którym jeszcze porozmawiamy i w kilku reklamach. 

Na którym castingu bawiłaś się lepiej, tym do "M jak miłość",  do "Profilerki", czy do "Rodzinki.pl"? (Śmiech.)

Oj, to bardzo trudne pytanie. Wspominane castingi odbyły się dość dawno, aczkolwiek wydaje mi się, że najlepiej bawiłam się na tym, do serialu "Rodzinka.pl". 

Z czego to wynikało?

Wynikało to przede wszystkim z tego, że mogłam poznać znanych aktorów, ale też z atmosfery. Było bardzo miło, przyjemnie. 

Zanim trafiłaś do "Rodzinki.pl", oglądałaś ten serial?

Tak, oglądałam, jestem wielką fanką tego serialu.

Jak wchodzi się w projekt, którego odcinki się ogląda? Jak to jest, być później częścią takiego serialu?

To niesamowite uczucie. 

Co najbardziej podoba Ci się w castingach? 

Może to dziwnie zabrzmi, ale najbardziej podoba mi się... trema. (Śmiech.) Jest bardzo motywująca. Fajna jest też ta niepewność, pewnego rodzaju niewiadoma, co wydarzy się dalej. 























fot. Andy Max - Agencja Aktorska Promocji Dzieci

Ta niepewność jest czymś, co bardziej stresuje, czy jednak motywuje?

Różnie to bywa. Przyznam, że są castingi, na których wygraniu bardziej mi zależy. 

Jak się do nich przygotowujesz?

Do niektórych castingów trzeba nauczyć się jakiegoś tekstu.

Jak pracowało Ci się na planie "Profilerki"? 

Bardzo dobrze mi się tam pracowało. Panuje tam bardzo fajna atmosfera. Mam nadzieję, że powstanie trzeci sezon tego serialu. 

Sprawiasz wrażenie niezwykle pogodnej, młodej osoby, która niczym się nie stresuje. Zdarza Ci się mieć tremę przed kamerą? Jak wtedy pomagają Ci aktorzy, z którymi nagrywasz daną scenę?

Nie zdarza mi się mieć tremy przed kamerą.

A jak jest w przypadku trudnych emocjonalnie scen?

Wtedy pomaga mi obecność innych aktorów. Czuję, że muszę się zmotywować i zrobić, co trzeba. Kiedy idę na plan "M jak miłość" czuję, jakbym spotykała się z rodziną.

M.in. na relacjach zza kulis, które trafiają na oficjalny profil na Instagramie serialu "M jak miłość", widać, że między scenami świetnie się bawicie. Fajne relacje w przerwach, przekładają się na to, co widzimy później na ekranie, prawda?

Tak, to prawda. 

Jako Hania w serialu "M jak miłość" pojawiłaś się po raz pierwszy w 1796 odcinku. Masz świadomość, że to najpopularniejszy serial w Polsce?

Choć czasami o tym zapominam, to mam tę świadomość. (Śmiech.)

Serialu nie oglądałam wcześniej, zaczęłam śledzić losy bohaterów dopiero wtedy, kiedy trafiłam do produkcji. O losach rodziny Mostowiaków opowiedziała mi moja babcia, która ogląda "Emkę" znacznie dłużej ode mnie. 

Razem z ekipą, świętowałaś 25-lecie serialu. Jak to wspominmasz?

Było pięknie. Przeurocza impreza, świetnie zorganizowana. Bycie częścią tego wydarzenia było dla mnie ogromną przyjemnością. 

Jakie masz z serialową Hanią wspólne cechy, a co Was totalnie różni?

Hania jest bardzo nieodpowiedzialna, to nas na pewno różni. Uważam, że ja zastanowiłabym się kilka razy, zanim zrobiłabym coś, co zrobiła Hania. Łączy nas odwaga. 

Rodzice pozwalają Ci oglądać czasem produkcje, w których występujesz? Zasiadacie rodzinnie przed telewizorem?

Tak, mama zachęca mnie do oglądania seriali, w których gram. 

Jesteś zatem na bieżąco z emisją odcinków, w których występujesz?

Są takie momenty, że nie mam czasu czegoś obejrzeć, ale staram się. 

Pewnie zasiadacie rodzinnie przed telewizorem?

Oczywiście, że tak. Rodzina kibicuje nie tylko mi, ale też Hani z "Emki" i Diance z "Rodzinki.pl".

Którą z tych dwóch bohaterek lubisz bardziej?

Bardzo dobre pytanie. (Śmiech.) Utożsamiam się z obiema bohaterkami. Gdybym miała wybierać, postawiłabym na Diankę. Jednak bliżej mi do niej. 

Dlaczego?

Wolę być grzeczna. (Śmiech.) 

Opowiedz o Diance z "Rodzinki.pl" coś więcej. 

Jest bardzo delikatną, spokojną dziewczynką. Jest dobrze wychowana, wywodzi się z dobrego domu. 

A Inka z "Profilerki"?

To moja ulubiona postać, spośród wszystkich, które przyszło mi grać do tej pory. Jest opiekuńcza, rezolutna. 

2 czerwca w serwisie streamingowym Sky Showtime zadebiutował serial "Morfeusz". W całej tej historii wcielasz się w Milenę, córkę Moro. Opowiedzmy coś więcej.

To bardzo urocza postać, choć zagrać tą dziewczynkę wcale nie było łatwo. Myślę, że była to moja najtrudniejsza rola. 

Zaprośmy do obejrzenia serialu "Morfeusz".

Zachęcam do oglądania dorosłych widzów, bo ten serial wymaga dojrzałości.

Lubisz oglądać siebie na ekranie? Na co najczęściej zwracasz wtedy uwagę?

Nie cierpię oglądać siebie na ekranie. (Śmiech.) 

Dlaczego?

Kiedy oglądam siebie na ekranie, mam bardzo wiele uwag. Gdzieś mogłam inaczej stanąć, coś powiedzieć w inny sposób...

Można też zwrócić uwagę na to, co poprawić przy kolejnych projektach, prawda?

Tak, to prawda. 

Obecnie, najczęściej partnerują Ci Dominika Suchecka (serialowa mama) i Patryk Swichtenberg, policjant Adam Karski. Jakimi są partnerami na planie?

Jest wesoło. 

Podczas kręcenia jednej ze scen, serialowy Adam, czyli Patryk Swichtenberg, stukał w kierownicę, tworząc unikalny kod. Śmialiśmy się z tego. Tak samo jak w momencie, w którym moja serialowa mama śpiewała w samochodzie. 

Masz też sceny z Teresą Lipowską. Jak pracuje się z tą wybitną aktorką, serialową nestorką rodu Mostowiaków?

To wspaniała kobieta. Bardzo ją lubię. 

Kiedy spotykamy się np. na imprezach świątecznych, zawsze mnie przytuli. To bardzo miłe. 

Kto częściej namawia Cię do robienia wspólnych zdjęć i relacji na Instagrama, Dominika, czy Patryk? (Śmiech.) 

Namawiają mnie oboje. 

Z Dominiką Suchecką za kulisami tańczycie dość często do trendów z TikToka, jeden z trendów wykonałaś też z Patrykiem. Nie chciałabyś mieć tam swojego profilu? Co mama na to? (Śmiech.) 

Mam tam konto. 

Czym najbardziej lubisz tam się dzielić ze swoimi obserwatorami?

Najchętniej dzielę się swoimi pasjami, m.in. tańczę, kocham to. Chętnie nagrywam też vlogi, relacje z planu. 

Chciałabyś kiedyś wykorzystać umiejętności taneczne na ekranie?

Tak, zdecydowanie. 

Myślałaś kiedykolwiek o tym, by zostać aktorką, czy jeszcze cały czas, to co się dzieje, traktujesz w kategoriach dziecięcej przygody?

Myślę o tym zawodzie, aczkolwiek uważam, że  nie jest łatwy. Chciałabym zostać też psychologiem i te dwie pasje i zawody łączyć.

Skąd to zainteresowanie psychologią?

Bardzo lubię słuchać ludzi,  pomagać, pocieszać. 

czwartek, 10 września 2026

Tomasz Bednarek o „Klanie” i podróżach [WYWIAD]

Tomasz Bednarek o „Klanie” i podróżach [WYWIAD]














fot. Małgorzata Krawczyk

Tomasz Bednarek spotkał się z red. Mariolą Morcinkovą, by opowiedzieć nie tylko o byciu aktorem, ale też o podróżach po kraju, realizacji w 2016 roku odcinka programu „Zakochaj się w Polsce" na terenie Cieszyna, ale też o pracy głosem i serialu „Klan".

Na początek naszej rozmowy, spróbuję pana podsumować w kilku słowach. Jest pan aktorem teatralnym, telewizyjnym, dubbingowym, podróżnikiem i  przewodnikiem po Polsce. Wszystko się zgadza? 

Nie będę protestował, ten opis faktycznie zawiera to, czym się zajmuję. (śmiech)

Dość często można pana spotkać w pobliskich stronach, chociażby pod pretekstem właśnie spektakli, z którymi pan podróżuje. Jakie to są powroty?

Te powroty są zawsze bardzo przyjemne. Miło zobaczyć, jak te miejsca się zmieniają. Takie wyjazdy mają też swoje praktyczne strony. Kiedy w danym miejscu byłem z ekipą programu „Zakochaj się w Polsce" i w przerwie obiadowej szukaliśmy fajnego miejsca, gdzie można coś dobrego zjeść, to później mogę taką wskazówką podzielić się z ekipą teatralną.

W 203. odcinku programu „Zakochaj się w Polsce", realizowanym w 2016 roku, odwiedził pan właśnie Cieszyn, w którym się spotykamy. Co, oprócz smaku cieszyńskich kanapek, zapamiętał pan z tej wycieczki pod czujnym okiem kamery?

Zapamiętałem przede wszystkim bardzo miłych ludzi, którzy tutaj są, działają i pracują. Największe wrażenie zrobiła na mnie historyczna pracownia rusznikarska prowadzona przez mistrza Jerzego Wałgę, który kontynuuje tradycję wyrobu słynnej broni myśliwskiej – cieszynek. Takie miejsce na swojej trasie spotkałem tylko tutaj. Poznałem też historię Czeskiego Cieszyna. Podoba mi się też to, że myśli się tutaj o planie zagospodarowania przestrzennego w obrębie starówki. Polecałbym włodarzom innych miast, by przyjrzeli się, jak to się robi w Cieszynie.

Rozumiem, że udało się wtedy pospacerować również po drugiej stronie Olzy?

Poza nagraniami, tak. Zawsze jak jestem w Cieszynie, odwiedzam też czeską stronę. Bez tego wyjazd się nie liczy.

Z czym kojarzą się panu Czechy? Ilekroć zadaję to pytanie swoim rozmówcom, słyszę przeważnie takie skojarzenia jak smażony i piwo.

Mam trochę inne skojarzenia. (śmiech) Kojarzą mi się przede wszystkim z podejściem Czechów do życia. Podoba mi się ich ironia i to, jakby powiedziała młodzież, że mają... wywalone na wszystko. (śmiech) Oczywiście, nie do końca tak jest, ale czasem sprawiają takie wrażenie. Tego większego luzu, z którym podchodzą do życia, powinniśmy się od nich uczyć.

Ilekroć rozmawiam z twórcami we wnętrzach Teatru im. Adama Mickiewicza, słyszę, że ma w sobie swego rodzaju magię. Zgodzi się Pan z tym stwierdzeniem?

Wystarczy tutaj wejść i od razu ma się wrażenie, jakby wsiadło się w wehikuł czasu.

To właśnie w jego wnętrzach, w 1974 roku, kręcono „Ziemię obiecaną". Wiedział Pan o tym?

Nie, tego nie wiedziałem, ale wcale mnie to nie dziwi, bo architektura tego miejsca jest urzekająca. Widzowie tego nie mogą zobaczyć, bo nie wchodzą za kulisy, ale scena robi ogromne wrażenie. To miejsce jest definicją magii teatru.

Aż dwukrotnie został tutaj wystawiony spektakl „Podróż poślubna plus", która jest kontynuacją losów bohaterów przedstawionych w "Wieczorze panieńskim plus". Jak na przestrzeni tych dwóch części zmieniał się Alek, w któregopan się wciela?

Charakterologicznie on się właściwie nie zmienił. W pierwszej części było go trochę mało, bo pojawił się dopiero w drugim akcie, a w drugiej odsłonie tej historii zostaje postawiony przed sytuacją, która sprawi, że przebieg wyjazdu mocno się zmieni. Wszystko skończy się szczęśliwie, więcej nie zdradzę. Zapraszam do teatru.

A jak pan zmieniał się jako aktor?

Trudne pytanie. W tzw. międzyczasie zrobiłem spektakl „Papużka", który gram w duecie z Olgą Bończyk. W tym przedstawieniu dostałem bardzo trudne zadanie aktorskie, gdzie, mam takie wrażenie, ale też słyszałem to od reżysera, przekroczyłem pewien rubikon. Znów posłużę się językiem młodzieżowym: „coś pykło”. Przy okazji tej pracy dostałem dostęp do rzeczy, do których wcześniej go nie miałem. Trochę czerpię z tego również przy pracy nad tym spektaklem, choć to komedia, więc zupełnie inny gatunek.

Każda rola uczy czegoś innego, prawda?

Oczywiście, jeśli dostałem nowe narzędzie, będę z niego korzystał na szerszym polu.

W tej odsłonie w podróż poślubną na egzotyczną wyspę wyruszają dwie młode pary plus jedna niedoszła panna młoda. Nie jest to co prawda bezludna wyspa, ale gdyby życie rzuciło pana w taką podróż, jakie trzy rzeczy zabrałby pan ze sobą?

Oj, kolejne trudne pytanie. (śmiech) Pewnie, tak jak Alek, wziąłbym zapas cygar, które pomagają mu przetrwać, choć na co dzień nie palę. (śmiech)

Bohaterowie m.in. trafiają prosto w oko cyklonu, w którym muszą zmierzyć się z huraganem. Jaka najbardziej ekstremalna sytuacja pana spotkała w podróży?

Najbardziej ekstremalna sytuacja spotkała mnie, kiedy przyjechaliśmy nocą na realizację programu „Zakochaj się w Polsce". Jechaliśmy około siedem godzin przez bezdroża. Kiedy dotarliśmy na miejsce, które było zamkiem, gdzie mieliśmy nocować, bo były tam podobno pokoje gościnne, nikt nie odbierał, lał deszcz, nie było zasięgu.

Na przestrzeni naszej rozmowy jeszcze jedno określenie, które pasuje do pana, przyszło mi do głowy. Aktor wędrujący. Czy myślał pan o sobie kiedyś w ten sposób?

Nie, aczkolwiek faktycznie, to określenie dość dobrze mnie opisuje, ponieważ jestem niespokojnym duchem i raczej na miejscu długo nie usiedzę. Jako ciekawostkę dodam, że jeśli dobrze liczę, to w życiu przeprowadzałem się około trzynaście razy.

Od samego początku, czyli od 29 lat gra pan w "Klanie". Role w telenowelach szufladkują? Nigdy nie myślał pan o odejściu z tej produkcji?

Wiedziałem, że padnie to pytanie. (śmiech) Pewnie, że szufladkują. Kilka razy o tym myślałem, ale kilka razy też rezygnowałem z tego pomysłu. Jestem w miejscu, w którym jestem. Zobaczymy, co wydarzy się dalej.

Co, oprócz ogromnej rozpoznawalności, dała panu rola Jacka Boreckiego?

Ta rola dała mi wiele kontaktów, poznałem mnóstwo osób. Dała mi też spojrzenie na to, jak wygląda rynek filmowy w Polsce. Rola Jacka dała mi też wiele pokory. Nauczyła mnie rzemiosła telewizyjnego.

Tabaluga, Elmo z „Ulicy Sezamkowej", czy Dipsy z „Teletubisiów", to z kolei tylko niektóre postacie z bajek, które przemówiły pańskim głosem. Częściej jest pan kojarzony po głosie, czy jednak z serialem „Klan” i innymi produkcjami?

Bywa tak i tak. Czasem ktoś rozpoznaje mnie po głosie, a ktoś z twarzy.

W nowej serii „Ulicy Sezamkowej", która miała swoją premierę na Netflixie, wrócił pan jako Elmo. Jak wraca się do tworzenia postaci po przerwie?

Wspaniale. Sprawdzano, czy warunki głosowe mi się nie zmieniły, bo od momentu, kiedy w Elmo wcielałem się po raz pierwszy, upłynęło wiele lat. Z przyjemnością wróciłem do tej roli, to jedna z moich ulubionych postaci, psychologicznie i osobowościowo, jeśli można tak mówić o pacynce.

Zapytam jeszcze tylko, co jest dla pana najważniejsze w pracy głosem?

Najważniejsze, by mój głos był zdrowy, wtedy można więcej.

piątek, 28 sierpnia 2026

Waldemar Obłoza o "Na Wspólnej" i "Miodowych latach" [WYWIAD]

Waldemar Obłoza o "Na Wspólnej" i "Miodowych latach" [WYWIAD]






















fot. Krzysztof Kuczyk / Forum 

Miliony widzów znają go z „Na Wspólnej” i „Miodowych lat”, ale podczas spotkania w Cieszynie Waldemar Obłoza pokazał się przede wszystkim jako człowiek otwarty, pogodny i pełen dystansu do siebie.

Opowiedział o aktorstwie, życiowych kryzysach, mediach społecznościowych i miejscu, do którego lubi wracać.

Optymista, aktor, twórca legendarnych wręcz postaci, których losy widzowie na przestrzeni lat mogą śledzić na małym ekranie, jeszcze do niedawna człowiek bez Instagrama. Coś pominęłam, czy wszystko się zgadza? (Śmiech)

Tak, zgadza się, i to prawda, jeszcze do niedawna byłem człowiekiem bez profilu na Instagramie, ale od jakiegoś czasu można mnie tam już znaleźć.

 Nie wierzył pan w siłę internetu?

Długo myślałem, że taki profil nie jest mi do niczego potrzebny. Mam wspaniałą rodzinę, cudowną wnuczkę. Zawsze jest mnóstwo do zrobienia. Nie wydaje mi się, że spędzanie dużej ilości czasu w sieci jest dla mnie rozwijające.

Jednak zgodzę się, że siła internetu i mediów społecznościowych jest ogromna. Jeżeli dojdzie kiedyś do takiej katastrofy, że klikalność będzie się liczyła bardziej niż warsztat aktorski, pasja i zawód, to wtedy czas umierać. (Śmiech) Choć już mnie to nie dotyczy, mam nadzieję, że zawsze znajdzie się jakaś nisza, która pozwoli także osobom bez kont w mediach społecznościowych pracować i cieszyć się życiem.

Już od pierwszych chwil naszego spotkania sprawia pan wrażenie osoby niezwykle pozytywnie usposobionej. Tak było zawsze czy przyszło z czasem?

Jestem pozytywnie nastawiony, ale czasami, jak każdy, ulegam negatywnym emocjom. Mam świadomość, że pozytywne nastawienie jest dużo korzystniejsze niż negatywne, bo ono nic nie wnosi, może tylko pogłębić problem. Pozytywne nastawienie i uśmiech wyciągają nas z kłopotów. Uważam, że życie jest fikcją, hologramem. Żyjemy w różnych wymiarach. Wybór należy do nas. Programy, które są nam narzucone, każą nam nie wierzyć w naszą sprawczość.

Czy otwartość na człowieka, którą można u pana zaobserwować, bywa przydatna w zawodzie aktora? Przekłada się chociażby na kontakt z publicznością?

Zawsze byłem otwarty na drugiego człowieka. Nie pamiętam czasu, w którym wykazywałbym cechy introwertyczne. Mam bardzo obiektywny stosunek do rzeczywistości, daję prawo do funkcjonowania różnym poglądom. Zależy mi tylko na tym, by nikt nikogo nie krzywdził.

Wspominam o tym, bo sam pan mówi, że aktorstwo to tak naprawdę wymiana energii z widzem. Co jest dla pana w tym przepływie najważniejsze?

Kontakt z widzem w pracy scenicznej jest korzyścią. Teatr jest umownością, lustrem rzeczywistości. Prawdopodobną rzeczywistość przenosimy na scenę. Pokazujemy ją widzowi, który albo się z nią identyfikuje, albo się z niej śmieje. Komedia różni się od życia tym, że te same historie przydarzają się nie tylko aktorom. (śmiech)

Z serialem „Na Wspólnej“ jest pan związany od samego początku, czyli od blisko 23 lat.

Gram tam od pierwszego odcinka, można powiedzieć, że jestem twarzą tego serialu. Bardzo długo byłem pierwszoplanową postacią, ale namnożyło się tyle wątków, że teraz nie zawsze tak jest. Zauważyłem, że w tej chwili już co innego decyduje o tym, jakie wątki będą kontynuowane. Wygrywają wątki młodzieżowe.

Jestem człowiekiem zadaniowym, w życiu znalazłem się w wielu bardzo trudnych sytuacjach, kryzysy nie są mi obce. Z każdego takiego momentu wychodziłem zwycięsko. Oczywiście, nie było łatwo żegnać się z pierwszą żoną, z marzeniami.

Serial „Na Wspólnej" był moją bezpieczną przystanią. Ta rola daje mi wiele satysfakcji. Na przestrzeni lat dzieliłem się także ze scenarzystami swoimi pomysłami, jakie losy mogą spotkać Romana. Co będzie dalej? Nie wiem. Wszystko się zmienia. Może być tak, że platformy streamingowe wkrótce zdominują telewizję.

Jak w jednym słowie lub zdaniu podsumowałby pan przemianę, jaką pana bohater, Roman, przeszedł na przestrzeni lat?

Każdy człowiek ewoluuje z wiekiem, ale Roman nie, ponieważ scenarzyści mu na to nie pozwalają. Serialowy scenariusz zawsze powstaje od punktu zero. Roman jest prawdomówny, ma swoje zasady, jest szlachetny, ale też nerwowy i impulsywny. To jego cechy charakterystyczne, ale on się nie uczy, nie robi postępów. Nie zdobywa doświadczenia życiowego, ciągle popełniając te same błędy.

Kolejnym bohaterem serialowym, dzięki któremu zapisał się pan w świadomości widzów, jest niewątpliwie Kurski z „Miodowych lat". To pewnie druga po Romanie postać, z którą najczęściej jest pan kojarzony przez widzów. Mam rację?

Tak się złożyło, że producenci tych dwóch seriali poszukiwali aktorów, którzy bardzo mocno wchodzą w postać. Ja tak robię. Poznaję ją, daję swoje cechy.

Czy każdą postać, w którą się wciela aktor, musi, choć do pewnego stopnia, polubić?

Ja lubię. Ktoś mi powiedział, że to przenika na drugą stronę i sprawia, że jest pełnokrwista. Zawsze jestem ciekawy, jak moja postać funkcjonuje, jak radzi sobie z problemami. Zawsze zastanawiam się, jakich środków, nabytych przez czterdzieści lat pracy w zawodzie, mogę użyć, by pokazać daną postać wiarygodnie.

Kilkakrotnie spekulowało się o powrocie „Miodowych lat" na ekrany. Gdyby pojawiła się propozycja, wróciłby pan do serialu?

Z największą przyjemnością. To jedna z moich najpiękniejszych zawodowych przygód. Oczywiście, na przestrzeni lat takich przygód było wiele, ale postać Kurskiego kochałem najbardziej. Ta rola jest konwencją, nie farsą. Dzięki reżyserom, Maćkowi Wojtyszce, Wojtkowi Adamczykowi, Maćkowi Strzemboszowi, nie stała się marnej miary dowcipem. Pilnowali tego. Bardzo cenię sobie ten czas. Jeśli tylko to się kiedyś wydarzy i serial wróci, ja również do grania postaci Kurskiego wrócę z przyjemnością.

Zapamiętałam jeszcze rolę pielęgniarza ze szpitala psychiatrycznego, w którego wcielił się pan w „Plebanii". Jak to jest wcielać się w postać negatywną?

Niezależnie od tego, czy jest to postać pozytywna, czy negatywna, wkładam ją w siebie i nadaję jej rację, próbując zrozumieć, czym się kieruje. Kiedy taka postać mija ludzi na ulicach, nikt się nie zastanawia, skąd wzięła się w niej taka podłość.

Porozmawiajmy jeszcze o spektaklu „Łóżko pełne cudzoziemców". Nie mogę sobie przypomnieć, czy wcześniej gościł pan w Cieszynie, ale w okolicy bywa pan ze spektaklami dość często. Jak wraca się w te strony?

Jestem tu już któryś raz. Piękne miasto. Niewiele brakowało, a tu, w Teatrze im. Adama Mickiewicza, wylądowałbym po szkole. Dostałem jednak wtedy list od pani Aliny Obidniak, wybitnej reżyserki i wieloletniej dyrektorki Teatru im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze, z zaproszeniem do współpracy. Czechy też są cudowne, a Czechom zazdroszczę czasem postawy wobec codzienności i życia. Dużo bardziej cenią sobie spokój od kariery.

Ma Pan swoich ulubionych czeskich twórców?

Hrabal, Zelenka. To kapitał czeskiej twórczości. Bardzo lubię „Przygody dobrego wojaka Szwejka".

Jolanta Fraszyńska o Biegu po Nowe, życiu i serialach medycznych [WYWIAD]

 Jolanta Fraszyńska o Biegu po Nowe, życiu i serialach medycznych [WYWIAD]

















fot. Marlena Bielińska 

Aktorka na Bieg po Nowe Życie w Wiśle przyjeżdża zawsze, kiedy tylko zobowiązania zawodowe jej na to pozwalają. Otwarcie mówi, że do perły Beskidów wraca się jak do domu.

Opowiedziała o pracy na planie „Szpital św. Anny" i o tym, czego nauczyła ją serialowa bohaterka. Wspomina także Franciszka Pieczkę, z którym lata temu pracowała na planie serialu „Hotel pod żyrafą i nosorożcem".

Spotykamy się na 29. Biegu po Nowe Życie w Wiśle. W to wydarzenia angażuje się pani wspólnie ze swoim partnerem, który w 2011 roku przeszedł przeszczep wątroby. Czy czuje się pani ambasadorką tego wydarzenia?

Można mnie zaliczyć do grona ambasadorów tego wydarzenia, albowiem od 18 lat jestem w związku z Tomaszem, który 15 lat temu dostał drugie życie dzięki przeszczepowi wątroby.

Można powiedzieć, że wchodzi pani w to wydarzenie ze swoją historią. Co powiedziałaby pani tym wszystkim, którzy do tej pory zastanawiają się nad podpisaniem oświadczenia woli, czyli zgody na pobranie swoich narządów po śmierci?

Każdy powinien to rozważyć w swoim sercu, podobnie jak wszystkie inne decyzje. Nigdy nie wiadomo, w jakim momencie przyjdzie nam skonfrontować się z taką lub inną zdrowotną potrzebą. Z tego miejsca chciałabym nakłonić do głębokiego zastanowienia się nad tym tematem i znalezienia odpowiedzi w sobie.

Dzisiejsza impreza jest szczególna, albowiem świętowane jest 15-lecie jej istnienia. Dobrze wspólpracuje się pani z Przemysławem Saletą?

Kiedyś miałam możliwość kroczenia za nim w jednej ze sztafet. Kiedy ja robię osiemnaście kroków, on robi jeden. (Śmiech)

Po tylu latach wraca się do Wisły jak do domu, prawda?

Tak. Dzień wcześniej podkreślano też to na gali, na której świętowaliśmy nasz przyjazd. Mówiono właśnie o tym, że Wisła jest domem dla Biegu po Nowe Życie. Potwierdzam.

Nie jest to nasza pierwsza rozmowa, ale od zawsze jestem zafascynowana pani pozytywnym podejściem do życia. Tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem?

Niedawno przeczytałam książkę pani profesor Ewy Woydyłło- Osiatyńskiej o szczęściu. Mówi o tym, że bycie pozytywnym w życiu po prostu nam się bardziej opłaca. Polecam tę książkę z całego serca.

To ułatwia funkcjonowanie nie tylko w codzienności, ale też w tym pięknym, a jednocześnie trudnym zawodzie?

Dawka poczucia humoru i dystansu przydaje nam się w tym wymagającym świecie zawsze.

Pozytywne usposobienie jest jedną z cech, którą podarowała pani Zycie Orłowicz ze „Szpitala św. Anny". Co jeszcze?

Opowiem o tym, co ona mi dała. Podarowała mi umiejętność wypowiadania się w jasny, klarowny, ale też zdecydowany sposób.

Czy umiejętności, które nabyła pani we wcześniejszych latach, pracując na planie serialu „Na dobre i na złe" i wcielając się w dr. Monikę Zybert, okazały się przydatne?

Najbardziej przydało się to, że dość naturalnie umiem zaprezentować się w lekarskim kitlu. (śmiech)

Jakie są pani sposoby na przyswajanie terminologii medycznej?

To trzeba wykuć lub zapisać na dłoni tak, żeby nikt nie widział. (śmiech) Zdarza mi się dość często korzystać z takiej ściągi.

Fani nam nie wybaczą, jeśli nie zdradzimy, gdzie można nabyć te charakterystyczne okulary, z którymi Zyta się nie rozstaje.

W kraju nie ma możliwości, by je nabyć. Zakupiła je kostiumolog, szykująca nam kostiumy do serialu „Szpital św. Anny". Muszę faktycznie przyznać, że stały się hitem.

Serial „Teściowie" również cieszy się dużą sympatią widzów. To w nim po latach spotkała się pani z Cezarym Kosińskim, który jest Pani serialowym mężem. Jakie to było spotkanie?

Cezary Kosiński jest wspaniałym aktorem i kolegą. Wcześniej graliśmy razem nie tylko w „Na dobre i na złe", ale też w serialu „Licencja na wychowanie". Była to jedna z moich ulubionych produkcji.

Czy to, że wcześniej przez kilka lat graliście razem, pomogło wam w budowaniu relacji między bohaterami? 

Kiedy między ludźmi jest chemia, to zawsze lepiej się pracuje.

Czy serialem, z którym najczęściej jest pani kojarzona przez widzów jest dalej „Na dobre i na złe", czy pod wpływem „Szpitala św. Anny" to się trochę zmieniło?

Teraz zdecydowanie jest to „Szpital św. Anny". Zyta robi dobrą robotę.

W pamięci tych nieco młodszych widzów zapisała się pani jako Ania z „Hotelu pod żyrafą i nosorożcem". Wspominam o tym, ponieważ serial jest dość regularnie powtarzany m.in. w TVP ABC. Czy zwierzęta są trudnymi partnerami na planie?

Dzieci i zwierzęta zaliczają się do podobnego stopnia trudności, jeżeli używamy tutaj takiej nomenklatury, zawsze uwaga skupia się na nich. (Śmiech)

To tam pracowała pani u boku Franciszka Pieczki. Jak go pani zapamiętała?

Zapamiętam go jako cudownego, ciepłego człowieka. Jego serdeczność i to, że był taki „ludzki“, cenię to  w ludziach bardzo.

niedziela, 2 sierpnia 2026

Amanda Mincewicz (nie) tylko o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]

 Amanda Mincewicz (nie) tylko o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]

















fot. Valeria Mitelman

Amanda Mincewicz, niemiecko-polska aktorka młodego pokolenia w serialu "M jak miłość" wciela się w Agnes. Jej bohaterka po raz pierwszy pojawiła się 1878 odcinku. 

Spotkałyśmy się w Warszawie, by porozmawiać nie tylko o serialu i życiu pomiędzy Berlinem a Warszawą, ale też o tym, z jaką łatwością uczy się języków obcych. Opowiedziała też o podróżach i miejscach, które ją zachwycają. 

Na początku każdej rozmowy, staram się opisać swojego rozmówcę. Panią widzę jako utalentowaną niemiecko-polską aktorkę filmową i teatralną młodego pokolenia, osobę głodną nowych doświadczeń i podróży. A także osobę ciekawą ludzi i ich historii.  Postrzega Pani siebie w podobny sposób?

Tak. Ciekawość faktycznie mnie charakteryzuje. 

Wiele jest zawodów na "A". (Śmiech.) Co spowodowało, że wybrała Pani akurat aktorstwo? Nigdy nie miała Pani innych pomysłów na siebie?

Miałam też pomysł, by zostać reżyserką. Kino zawsze mnie interesowało. 

Kino światowe, czy polskie?

Lubię m.in. kino amerykańskie, skandynawskie, azjatyckie, ale też kino indie, charakteryzujące się tym, że filmy są produkowane poza głównym systemem wielkich wytwórni hollywoodzkich, takich jak Warner Bros., Disney czy Universal. Fascynuje mnie też polskie kino. 

Od jakiego filmu rozpoczęła się Pani przygoda z poznawaniem polskiej kinematografii?

Moja przygoda z poznawaniem polskiej kinematografii rozpoczęła się od oglądania filmów Kieślowskiego. To one częściowo ukształtowały mój gust filmowy. Szczególnie zapisało się we mnie "Podwójne życie Weroniki". 

Na mnie ogromne wrażenie zrobiła też słynna, międzynarodowa trylogia filmowa "Trzy kolory" w reżyserii  Kieślowskiego, zrealizowana w latach 1993–1994. Przypomnijmy, że tytułowe barwy nawiązują bezpośrednio do kolorów flagi Francji oraz haseł rewolucji francuskiej: wolności, równości i braterstwa. Która z części tej trylogii to na Pani zrobiła największe wrażenie?

Bardzo trudno wybrać, ale intuicja podpowiada mi film "Trzy kolory: Niebieski". Temat wolności jest nieskończony, a ten film zawsze mi przypomina, że nigdy nie uciekniemy od samych siebie.  Krok w głąb siebie jest zawsze właściwym krokiem.  

O wyborze tego zawodu mówi Pani tak - "Moje korzenie są wielojęzyczne - moja scena jest bez granic". Proszę tę myśl rozwinąć.

Zastanawiam się, kiedy ja to powiedziałam. (Śmiech.) Ale jakieś ziarno prawdy w tym jest. Scena może być bez granic. 

Proszę opowiedzieć coś więcej o swoim polskim pochodzeniu. 

Z tatą od małego rozmawiałam po polsku, z siostrą po niemiecku. Polska kultura była zawsze dla mnie ważna. Regularnie odwiedzałam dziadków. Przyznam, że w Niemczech nie do końca czułam się zawsze, jak w domu. 

Nadszedł już ten moment, w którym to w Polsce poczuła się Pani, jak w domu?

Na początku czułam się trochę dziwnie, może nawet obco. Brakowało mi Niemiec. Kiedy byłam w Nowym Jorku, poczułam z kolei, że brakuje mi Polski. Uświadomiłam sobie wtedy, że jestem szczęściarą, bo z każdej kultury, każdego kraju, w którym aktualnie przebywam, mogę wybierać to, co podoba mi się najbardziej. Teraz jestem z tego dumna, ale przyznam szczerze, że był czas, kiedy tak naprawdę nie czułam się częścią ani jednego, ani drugiego kraju. 

Pamięta Pani moment, w którym po raz pierwszy w Pani głowie pojawiła się myśl o tym, by spróbować swoich sił w tym zawodzie także w Polsce?

Ten moment nastał podczas studiów w Lee Strasberg Theatre and Film Institute w Nowym Jorku. Pomyślałam wtedy, że Berlin i Warszawa to miasta, które są mi naprawdę bliskie. Mam wrażenie, że od zawsze polskich aktorów podziwiałam bardziej niż niemieckich.

Kogo najbardziej?

Bardzo lubię Roberta Więckiewicza.

Którego z aktorów z serialu "M jak miłość" ceni Pani najbardziej?

Nie ma takiej osoby. Wychodzę z założenia, że od każdego aktorka, czy aktorki uczę się czegoś nowego i ważnego dla siebie.

Jak pracuje się Pani z Robertem Moskwą?

Wspaniale. Jest profesjonalistą a przy tym dobrym człowiekiem. Bardzo dobrze nam się razem pracuje. Mamy też wspólne pasje.

Pamięta Pani swój pierwszy polski casting? 

Szczegółów nie pamiętam, ale był to film historyczny. 

Jest Pani absolwentką Lee Strasberg Theatre and Film Institute w Nowym Jorku. Proszę opowiedzieć o tamtejszej edukacji. 

Dowiedziałam się przede wszystkim, jak ważne w tym zawodzie jest słuchanie partnera scenicznego i że nie ma czegoś takiego jak "dobrze vs. źle".

Czego dowiedziała się Pani o sobie, studiując w Nowym Jorku? Czego nauczył Panią ten czas?

Nauczyłam się, że pokazywanie swojej wrażliwej strony łączy ludzi. A to jest piękne.

Obecnie prowadzi Pani życie na walizkach pomiędzy trzema krajami –  Polską, Niemcami i Czechami. W Berlinie i Warszawie realizuje Pani projekty zawodowe. A jak to jest z Pragą?Tam też realizuje Pani swoje aktorskie zamierzenia?

Ani z Pragą, ani z innymi czeskimi miastami jeszcze nie łączą mnie sprawy zawodowe. Powstaje tam jednak wiele niemieckich produkcji, więc mam nadzieję, że prędzej czy później to nastąpi.

Biegle mówi Pani w kilku językach. Nigdy nie myślała Pani, by nauczyć się także czeskiego? (Śmiech.) 

Bardzo lubię uczyć się języków obcych, więc dlaczego nie? (Śmiech.) 

Od pierwszych chwil naszego spotkania sprawia Pani także wrażenie osoby niezwykle pozytywnie usposobionej, dla której szklanka zawsze jest do połowy pełna. Tak było od zawsze, czy – jak wiele rzeczy w życiu – przyszło to z czasem?

Dla mnie faktycznie szklanka jest zawsze do połowy pełna. Lubię życie, a to też jest istotne i pomocne – nie tylko w tym zawodzie, ale i w codzienności.

Mam wrażenie, że właśnie to pozytywne spojrzenie na świat jest taką cechą, którą daje Pani od siebie postaciom, w które się wciela. Jedną z nich, w której można taką cechę zaobserwować jest zdecydowanie Agnes z serialu "M jak miłość". Jak trafiła Pani do tej produkcji?

Dwa lata temu mój agent poinformował mnie, że rozpoczynają się poszukiwania niemiecko-polskiej aktorki do stałej roli w tym serialu. Grałam w tym czasie w kilku odcinkach serialu "Na dobre i na złe" i okazało się, że regularnego pojawiania się w tych dwóch produkcjach nie można łączyć. 

W zeszłym roku, w lutym, odbył się casting do roli Agnes w "M jak miłość". Miałam do zagrania scenę z Robertem Moskwą. Coś fajnego się zadziałało i Robert stwierdził, że ta rola jest moja. (Śmiech.) 

Miała to być rola na kilka odcinków, ale Agnes nadal jest w serialu. Będzie też pojawiać się w nowym sezonie. 

Wchodząc w ten serial, miała Pani świadomość, że stanie się częścią kultowej produkcji, która sympatię widzów zaskarbia sobie od ponad dwudziestu pięciu lat?

Miałam świadomość, że to ważny serial dla polskich widzów. W maju 2026 roku "M jak miłość" oglądało średnio 2,43 miliona widzów na odcinek. 

W czym, to w Pani odczuciu, tkwi fenomen tego serialu?

Ten serial mówi o tym, że trzeba dbać i interesować się drugim człowiekiem, a ja to mocno wspieram. 

Czy ze względu na swoje polsko-niemieckie pochodzenie, zdarzało się Pani oglądać serial we wcześniejszych latach? Miała Pani swoje ulubione postaci, ulubione wątki?

Oglądam ten serial z dziadkiem. Moją sympatię skradli przede wszystkim nestorzy rodu Mostowiaków, grani przez Teresę Lipowską i nieodżałowanego Witolda Pyrkosza.

Po raz pierwszy w tej historii pojawiła się Pani w 1878 odcinku. Agnes jest córką Artura Rogowskiego, o której istnieniu wcześniej nie wiedział. Jak została Pani przyjęta na planie?

Ekipa serialu "M jak miłość" bardzo ciepło mnie przyjęła. Wszyscy są niesamowicie zgrani, serdeczni, zabawni. Pełen profesjonalizm. 

Miała Pani dość mocne wejście w ten serial, albowiem za Pani bohaterką ciągnęły się też demony przeszłości chociażby w postaci niebezpiecznego partnera (w tej roli Paweł  Izdebski, ), przed którym tak naprawdę uciekła do Grabiny. Czy takie nieoczywistości i złamania, ukryte w postaciach sprawiają, że są one większym wyzwaniem dla aktora?

Dokładnie. Granie takich postaci jest ciekawe dla aktora. Ludzie są skomplikowani i wielowarstwowi. 

Na swoim oficjalnym profilu na Instagramie dzieli się Pani nie tylko kadrami z planów filmowych, ale także zdjęciami i nagraniami z podróży. Podróż marzeń Amandy Mincewicz to...

Marzy mi się podróż do Meksyku. Chciałabym też wrócić do Japonii. 

Czym Japonia urzekła Panią za pierwszym razem?

Japończyków cechuje ogromny, wręcz instytucjonalny szacunek do drugiego człowieka. Mają też duży szacunek do jedzenia, który ma wręcz wymiar duchowy. To mnie urzekło. 

Jakie miejsca zachwyciły Panią ostatnio?

Afryka: Kenia i Zanzibar.

Byłam zachwycona otwartością i serdecznością ludzi. 

Czy jeśli chodzi o kuchnie świata, jest coś takiego, czego nigdy nie odważyłaby się Pani spróbować?

Nigdy nie zjadłabym skorpiona ani innego karalucha. (Śmiech.)