piątek, 25 września 2026

Grzegorz Porowski o hitach, powrotach i życiowych zakrętach [WYWIAD]

 Grzegorz Porowski o hitach, powrotach i życiowych zakrętach  [WYWIAD]






















fot. z archiwum oficjalnej strony zespołu

Zespół „Loka”, którego frontmanem jest Grzegorz Porowski, był gwiazdą sierpniowych dożynek gminy Zebrzydowice, które w tym roku odbyły się w Marklowicach Górnych.

Wokalista opowiedział mi m.in. o tym, co sprawiło, że „Prawdziwe powietrze” stało się hitem, ale też o tym, jak wspomina czas, gdy był wokalistą zespołu „Rotary”, a cała Polska śpiewała „Na jednej z dzikich plaż”.

Spotykamy się tuż po zakończonym koncercie na dożynkach w Marklowicach. Jakie emocje towarzyszą panu po zejściu ze sceny?

Jest dobrze. Byłem trochę niedysponowany zdrowotnie, ale publiczność okazała się łaskawa.

Zawsze pytam o powroty w te strony, a okazuje się, że z koncertem w tej okolicy jesteście po raz pierwszy. Jak wrażenia?

Bardzo dobrze. Podoba mi cała ta impreza, jest wyluzowana, rodzinna.

Na początku każdej rozmowy staram się opisać jej bohatera. Pana widzę jako wokalistę o jednym z najbardziej charakterystycznych głosów w kraju, ale też człowieka o ogromnym poczuciu humoru, dla którego szklanka zawsze jest do połowy pełna. Pan postrzega siebie w podobny sposób?

Staram się być takim człowiekiem, by moja rodzina nie musiała się za mnie wstydzić.

Dystans do siebie i pozytywne nastawienie do ludzi i świata pomaga nie tylko w codzienności, ale także w  karierze scenicznej i w trasie, prawda?

Wydaje mi się, że tak. Trzeba być fajnym, normalnym człowiekiem.

W latach 90. pana głos i zespół „Rotary” zdominował polskie rozgłośnie, a wszystko za sprawą utworu „Na jednej z dzikich plaż”. Jak patrzy Pan na niego po latach?

To nasz największy hit, więc byłbym hipokrytą, gdybym powiedział, że wykonywanie tego utworu mnie męczy. Dzięki tej piosence funkcjonujemy, jesteśmy na tyle rozpoznawalni, że możemy pracować i grać dla ludzi.

Bywały takie momenty, w których przez ten utwór czuł się pan zaszufladkowany?

Gramy muzykę wielopokoleniową. Czuję się z tym dobrze, więc nawet o tym nie myślę.

Na scenie jest pan obecny od trzech dekad. Jak na przestrzeni lat zmieniał się Pan jako wokalista i jako człowiek?

(Śmiech.) W latach dziewięćdziesiątych byłem głupi, w latach dwutysięcznych zrobiłem przerwę, wróciliśmy z zespołem „Loka”, a teraz jest tak, jak powinno być. Chyba jednak każdy przechodzi przez zakręty życiowe.

Co działo się z Panem w czasie tej przerwy?

Poszedłem do pracy.

Jak te zmiany, które zachodziły w Pana życiu, wpływały na Pana twórczość?

Te zmiany miały na mnie twórczy wpływ. My cały czas poszukujemy. Jesteśmy zespołem, który ma w swoim repertuarze mieszankę gatunkową. Może w dzisiejszych czasach nie jest to zbyt popularne, ale my po prostu gramy rock’n’rolla. To gatunek, który będzie zawsze miał swoich fanów.

Kiedy w 2012 roku ruszaliście z „Loka”, utwór „Prawdziwe powietrze” stał się hitem z dnia na dzień. Spodziewaliście się tego?

Nigdy nie spodziewałem się żadnego sukcesu. Powiem jednak, że mam wrażenie, że byłem na niego gotowy. Chodzi o to, by grać. Mam hobby, z którego żyję. To największy dar, który można dostać od Boga.

Co ten numer ma takiego w sobie, że tak porywa publiczność?

Jest prawdziwym utworem. Takie piosenki jak „Prawdziwe powietrze”, „Na jednej z dzikich plaż” czy „Atom miłości” przychodzą przypadkowo. Tego typu utwory pojawiają się raz na jakiś czas. Teraz też pracujemy nad bardzo fajnym utworem z producentem, Łukaszem Sienickim. Myślę, że do końca wakacji coś nowego się pojawi.

Najnowszy utwór w waszym dorobku w serwisach streamingowych ukazał się w 2024 roku. To singiel „Pierwszy”. Tytuł bardzo wymowny. (Śmiech.) Czy kryje się pod nim symbolika nawiązująca do pierwszego nowego utworu wydanego po przerwie?

Wydaje mi się, że ludzie nie chcieli tej piosenki, choć ja bardzo ją lubię, ale nie wszystko zawsze musi podobać się wszystkim. Na Spotify mamy bardzo dużo utworów, można tam znaleźć m.in. piosenkę „Bikini”. To utwory znane z koncertów. Będziemy uzupełniać te, których tam brakuje.

Zalia (nie) tylko o Męskim Graniu [WYWIAD]

Zalia (nie) tylko o Męskim Graniu [WYWIAD]
















fot. Marcelina Królikowska

Zalia była gwiazdą Żabionaliów w Chybiu.  Opowiedziała o pisaniu pamiętników, zapisywaniu w nich swoich marzeń, ale też o emocjach po zdobyciu Fryderyków oraz współpracy z Igorem Herbutem i Vito Bambino nad utworem „Nareszcie”, hymnem Męskiego Grania 2026.

To prawda, że jeszcze kilka lat temu wszystkie pieniądze z komunii przeznaczyłaś na realizację pierwszego teledysku?

To absolutna prawda. (Śmiech)

Dziś masz na koncie dwa Fryderyki. Pierwszy za album „Serce”, drugi za singiel „kyoto”. Twoich utworów słuchają miliony, zagrzałaś też miejsce w tegorocznej Orkiestrze Męskiego Grania, ale do tego jeszcze wrócimy. Jak ty to robisz?

To ogromne wyróżnienie. Cieszę się bardzo, że tyle wspaniałych rzeczy dzieje się dookoła. Cały czas jestem w procesie robienia wielu fajnych rzeczy. Pojawił się utwór dla Męskiego Grania, mój nowy singiel, są liczne koncerty, jestem w ciągłej trasie. Fryderyki i inne nagrody, które znajdują się na moim parapecie, są absolutnym paliwem do tego, by iść w to dalej i zapalnikiem, udowodnieniem, że to wszystko ma sens. Czuję aprobatę nie tylko ze strony publiczności, ale też w branży.

Jesteś też najczęściej słuchaną polską artystką na Spotify. Jak się z tym czujesz?

Nie dociera to do mnie. Kiedyś zapisałam sobie w pamiętniku taki cel, że dotrę do miliona słuchaczy tej platformy. Tych słuchaczy jest już ponad 2,5 miliona miesięcznie, więc to marzenie faktycznie się urzeczywistniło. Bardzo mnie to cieszy. Mam wrażenie, że gdy za jakiś czas, łapiąc chwilę przerwy, rozsiądę się w fotelu, wtedy będę miała czas to wszystko poukładać sobie w głowie i docenić. Chciałabym trochę pobyć z tymi nagrodami, bo cały czas gdzieś gnam. Chwila zatrzymania jest istotna.

Rozumiem, że chcesz, by nagrody, które dostajesz, przypominały ci o tym, by dalej działać i wydawać muzykę. O czym jeszcze?

Chcę, by przypominały mi również, że słuchanie intuicji, siebie, swoich planów, marzeń i wewnętrznego głosu, który wie, w jaką stronę chcę iść, jest ważne. By uświadamiały, że to wszystko się opłaca, choć często podważamy swoje decyzje i marzenia, a tak naprawdę, to one prowadzą nas najdalej.

Nagrody są dla ciebie ważne, ale jako że jesteś perfekcjonistką, największym wyróżnieniem jest chyba też to, że podoba ci się to, co tworzysz. Bycie perfekcjonistą jest błogosławieństwem czy raczej przekleństwem dla muzyka? 

Jest jednym i drugim. Odnoszę wrażenie, że trochę poskromiłam swój perfekcjonizm. To taki mustang, którego trzeba umieć ujarzmić. Perfekcjonizm pomaga w realizowaniu swoich planów, czy ustalaniu brzmienia piosenki, ale czasem trzeba umieć go zatrzymać, by się nie zagalopować.

Pamiętasz ten moment, w którym zauważyłaś, że im bardziej jesteś otwarta na świat i nie próbujesz wszystkiego łapać na siłę, tym więcej rzeczy do ciebie przychodzi?

Tak, jednak przyznam, że wypatruję tego. Uważam, że samo czekanie, aż coś do nas przyjdzie, jest nadzieją głupich. Trzeba działać w kierunku swoich marzeń.

Takie nastawienie pomaga nie tylko w twórczości, ale też w życiu?

Im bardziej wiemy, w którą stronę iść i jak ma wyglądać cel, tym łatwiej jest to znaleźć. W psychologii działa to tak, że kiedy na czymś komuś zależy, powinien je zapisać, tak jak ja zrobiłam to kiedyś w przypadku osiągnięcia wymarzonej liczby słuchaczy na wspominanej platformie streamingu muzycznego.

Porozmawiajmy przez chwilę o nagrodzonym Fryderykiem albumie „Serce”. Czego podczas powstawania tego albumu dowiedziałaś się o sobie? Czasem śmieję się, kiedy artyści mówią, że tworzenie piosenek jest swego rodzaju autoterapią, ale zaczynam się z tym zgadzać.

Tworzenie piosenek to spędzanie wielu godzin ze swoimi myślami, analizowanie wszystkiego, bo przecież tak też szuka się pomysłów na teksty. Wiele rzeczy można sobie wtedy przypomnieć, a szczegóły stają się bardziej widoczne. Pojawiają się też wnioski, których nie było wcześniej. Praca nad płytą „Serce” była poukładaniem sobie rozdziałów w głowie, domknięciem ich i uporządkowaniem emocji, również alfabetycznie. Ta płyta jest pamiętnikowa, chronologiczna, więc potraktowanie jej jak rozdziałów książki było dla mnie fajne.

Gdybyś miała wskazać jeden najważniejszy dla siebie utwór z tego krążka, na jaki by padło?

Mam dwa takie utwory. „Julia” to dla mnie opening, istotny utwór, skierowany do mnie samej. Jest zawróceniem do przeszłości, poklepaniem po głowie wewnętrznego dziecka. Ważny jest dla mnie też utwór „My”. Kocham śpiewać o miłości.

„Serce” to album wręcz analogowy. Jak odebrałaś, że tak mocno wybrzmiał i tak dobrze przyjął się w dzisiejszych czasach?

To znaczy, że w ludziach dalej jest dużo wrażliwości. To jest cudowne. Emocje są uniwersalne, miłość jest bezterminowa, nie ma daty ważności, każdy może się z nią utożsamić, niezależnie od wieku. Cieszę się, że ten album dotarł do ludzi bardzo podobnych do mnie.

Jak zareagowałaś, dowiadując się, że będziesz jedną z twarzy tegorocznego Męskiego Grania. Podobno emocjami, które Ci towarzyszyły, zapisałaś kilka stron swojego pamiętnika. To prawda? Co wtedy czułaś?

Rzeczywiście, tego dnia w moim pamiętniku pojawił się obszerny wpis. Było to spełnieniem moich marzeń. Wypatrywałam tego na horyzoncie, ale nie stresowałam się tym. Pomyślałam, że jeśli jest mi to pisane, to się to wydarzy. Towarzyszyła mi kontrolowana euforia. Wiedziałam, że współtworzyć ma tę piosenkę Vito Bambino, z którym lubię współpracować. Później dowiedziałam się, że częścią tego składu będzie również Igor Herbut. Co tu dużo mówić, trafił mi się dream team. (śmiech)

Jak wyglądał proces szukania i docierania do wspólnego, muzycznego języka?

To było bardzo proste. Nie dość, że to wspaniali ludzie, to cudowni współpracownicy. Uwielbiam tak pracować. Utwór „Nareszcie” zrodził się z naszych rozmów. Siedzieliśmy na kanapie w studiu, śmialiśmy się, opowiadaliśmy sobie różne historie, co pozwoliło nam się bliżej poznać.

Czego dowiedziałaś się o sobie pracując z Vito i Herbutem?

Dowiedziałam się, że najważniejsze jest to, by nadawać na tych samych falach. Mamy podobną energię, to nam pomogło. Nikt nie próbował być tu liderem, od początku działamy jako team. To była naturalna współpraca, która wzięła się z dobrej energii.

Wspólnie stworzyliście także utwór „Tańczę”.

Dzień przed naszym koncertem w Chybiu utwór „Tańczę” zabrzmiał w Żywcu, na pierwszym koncercie inaugurującym trasę Męskiego Grania 2026. Wiązało się to z euforycznymi wręcz emocjami. Był też stres, jak zostanie przyjęty. Ludzie popłynęli z nami na tej fali. To było cudowne.

Porozmawiajmy na koniec o utworze „Tylko kochaj mnie”, który w streamingu pojawił się 19 czerwca. Jak wyglądała praca nad nim? 

To było najszybsze pisanie piosenki w moim życiu. Ten numer przyszedł do mnie z natchnieniem. Pomysł na melodię i tekst pojawił się dosłownie w sekundę. Chodzi o tę skrajność, by drugą połowę kochać mimo wszystko, taką, jaka jest. Dużo osób mówi, że to idealny utwór na pierwszy taniec.

Po teledysku widać, że blisko ci do natury.

Większość swoich dotychczasowych numerów pisałam będąc na Mazurach. Do natury ciągnie mnie od zawsze. Mogłabym mieszkać w lesie. Myślę, że to się kiedyś wydarzy. Może ten teledysk jest swego rodzaju manifestacją. (śmiech) W tym utworze i obrazie do niego dużo jest wiatru, słońca, leśnego ciepła. Chciałabym, żeby było czuć taką energię też w kolejnych numerach.

Piosenka zwiastuje wydanie twojego trzeciego albumu studyjnego. W jakim klimacie zostanie utrzymany?

Wszystko będzie utrzymane w klimacie piosenki „My” i „Tylko kochaj mnie”. Dużo będzie żywych instrumentów i świeżego powiewu. Idę w stronę dream-popu, nurtu, który w Polsce nie jest jeszcze zbyt popularny. Mam nadzieję, że wkrótce to się zmieni i gatunek ten przyjmie się dobrze także w Polsce.

Spotkałyśmy się przed Twoim koncertem w Chybiu. Jak przyjeżdża się w te strony? Jak się tu czujesz?

Byłam tutaj chwilę, ale prawie od razu wyhaczyłam pierwszą sadzawkę, idealną na kąpiel w tym upale. (Śmiech.) Uwielbiam zielone tereny. Cudowny był przejazd przez las.

poniedziałek, 21 września 2026

Cykl #mariolapoleca (24): "Sekrety zza kulis. Postscriptum" Jacek Kałucki, Marek Siudym [RECENZJA KSIĄŻKI]

  Cykl #mariolapoleca (24): "Sekrety zza kulis. Postscriptum" Jacek Kałucki, Marek Siudym [RECENZJA KSIĄŻKI]



















fot. Wydawnictwo Moc Media / Facebook / okładka książki "Sekrety zza kulis. Postscriptum"

Zawsze warto znaleźć coś, co poprawi nasze samopoczucie, będzie gwarancją pojawienia się uśmiechu na twarzy. Jedni znajdują takie czynniki w książkach, drudzy w filmach, a jeszcze inni w serialach, czy w muzyce. 

Propozycjami, które (w moim odczuciu) takie czynniki posiadają, chciałabym się dzielić z Wami w moim najnowszym cyklu #mariolapoleca. 

Serdecznie Was zapraszam. Dziś zachęcam do lektury recenzji książki "Sekrety zza kulis. Postscriptum" autorstwa Jacka Kałuckiego i Marka Siudyma, wydanej przez Wydawnictwo Moc Media. To kontynuacja pierwszego tomu książki pod tym samym tytułem, którą uzupełnia słowo "postscriptum".

 Cykl #mariolapoleca (24): "Sekrety zza kulis. Postscriptum" Jacek Kałucki, Marek Siudym  [RECENZJA KSIĄŻKI]

PREMIERA: 16 września 2026

GATUNEK KSIĄŻKI: dialog biograficzny

AUTOR: Jacek Kałucki, Marek Siudym

WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Moc Media [egzemplarz recenzencki, współpraca recenzencka]

Na kartach części pierwszej Jacek Kałucki zaprosił czytelników i fanów środowiska telewizyjnego i teatralnego do odkrywania jego kulis i smaczków. 

W części drugiej, która na rynku pojawiła się 16 września 2026 roku, ten zabieg jest kontynuowany, ale w nieco nowatorski sposób. Po raz pierwszy dykteryjki opowiadane są na dwa głosy. Do Jacka Kałuckiego dołącza bowiem Marek Siudym, zamieniając klasyczną narrację w literacki ping-pong. Kiedy Kałucki snuje swoją opowieść, Siudym wchodzi mu w słowo, dopisując swoje tytułowe "postscriptum", czasami dopisując jakiś szczegół, a innym razem, rzucając zupełnie nowe światło na konkretną anegdotę. 

Wartością nadrzędną tego duetu, a także premierowej publikacji jest to, że czytelnikowi nie są serwowane historie, na które można się natknąć w serwisach plotkarskich, ale jedynie takie, których co najmniej jeden z dwojga autorów był bohaterem lub obserwatorem. 

W książce można znaleźć historie, których bohaterami, oprócz Kałuckiego i Siudyma, są także m.in. Janusz Rewiński, Andrzej Strzelecki ze swoją skłonnością do zakładania się o wszystko, a najczęściej o zjedzenie czegoś, śpiewająca Barbara Rylska, Jan Kobuszewski, czy Leon Niemczyk. 

Nie brakuje także historii, które związane są z obecną działalnością zawodową obu autorów, czyli chociażby takich, z planu serialu "Barwy szczęścia".  To zderzenie przeszłości z teraźniejszością pokazuje, że choć czasy i technologia na planach filmowych diametralnie się zmieniły, to specyficzny, pełen pasji i humoru duch środowiska artystycznego pozostał ten sam.

Styl narracji Kałuckiego i Siudyma charakteryzuje się też ogromnym dystansem do samych siebie, do upływającego czasu oraz do kapryśnej branży rozrywkowej. Czytelnik nie znajdzie tu zadęcia ani tzw. "budowania pomników". W zamian spotka się z czystą, kawiarnianą swobodą, sprawiającą, że przez kolejne strony i anegdoty dosłownie przepłynie. 

Warto zwrócić uwagę, że choć druga odsłona "Sekretów zza kulis" jest dobrą pozycją dla znawców podwórka filmowego i teatromanów, to nie jest skierowana wyłącznie do tej grupy odbiorców. Choć starsze pokolenie z pewnością z sentymentem i łezką w oku wspomni postacie takie, jak przywoływani w tej recenzji Jan Kobuszewski, czy Leon Niemczyk, to młodsi czytelnicy również znajdą tu coś dla siebie.

 To, co zachwyci tę grupę odbiorców, to zapewne opowieści o przyjaźni, która w tej branży naprawdę jest możliwa, ale też o tym, jak wygląda codzienność, gdy gasną reflektory. Autorzy i bohaterowie poszczególnych rozdziałów udowadniają, że teatr i telewizja nie jest jedyną pasją ludzi świata mediów. Pokazują, że kochają też motocykle, zwierzęta, przyrodę, dobrą literaturę i inne rzeczy, o których na co dzień zdecydowanie za mało się mówi.

Książka bawi do łez, ale momentami zmusza też do refleksji nad tym, jak bardzo zmienił się współczesny świat mediów.

„Sekrety zza kulis. Postscriptum” to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto szuka w literaturze czegoś, co spowoduje, że się uśmiechnie. 

Jacek Kałucki i Marek Siudym stworzyli duet idealny, który udowadnia, że najlepsze scenariusze pisze samo życie.

Przed nami długie, jesienne wieczory. Często będziemy sięgać po coś do czytania. Zachęcam, by dali Państwo szansę najnowszej książce autorstwa tych dwóch wybitnych aktorów. Życzę miłego odbioru. 


sobota, 19 września 2026

Janek Sobierajski o filmie "Mistyczka" [WYWIAD]

Janek Sobierajski o filmie "Mistyczka"  [WYWIAD]
















fot. uroczysta premiera filmu "Mistyczka" / Instagram @janek_sobierajski

Film "Mistyczka", którego reżyserem jest Janek Sobierajski, do kin w całym kraju trafił 11 września. Rozmawiamy o strukturze filmu i jego najważniejszych motywach oraz o tym, co praca nad nim zmieniła w jego życiu. Sobierajski wraca także myślami do swojego spotkania z Bogiem i niezwykle szczerze opowiada, jaki miało ono wpływ na jego dalsze życie i twórczość. 

Na początku każdej rozmowy staram się opisać mojego rozmówcę. Pana widzę jako wszechstronnego twórcę niezależnego kina o tematyce duchowej, założyciela Fundacji Filmowej „Powołany”. Jak tworzy się w Polsce kino wartości, które musi konkurować z komercyjnymi hitami, ale chce pozostać bezkompromisowe i wierne przesłaniu?

Doświadczenie w branży filmowej zdobywałem najpierw poprzez pracę na różnych planach filmowych, a następnie na etacie w telewizji. W międzyczasie założyłem własną firmę zajmującą się produkcją filmową i telewizyjną, aby móc świadczyć te usługi również w kontaktach biznesowych. Wszystkie te lata zaowocowały wieloma znajomościami z ludźmi, którzy są świetni w swoim fachu.

Realizując duże projekty ogólnopolskie, zauważyłem, że filmy o wartościach i duchowości zawsze mają problemy produkcyjne i finansowe. To był też czas, w którym zrozumiałem, że warto robić coś dla innych, warto zostawić po sobie coś wartościowego.

Zdecydowałem się odejść z telewizji i największego portalu internetowego w Polsce, aby realizować to, co poczułem w sercu – filmy o duchowości, które będą dla innych drogowskazem na ścieżce życia.

Wraz z Andrzejem Kocubą, który miał podobne podejście do mojego, założyliśmy Fundację Filmową „Powołany”, która dziś produkuje duże kinowe filmy z ponadczasowymi wartościami. Do naszych projektów zapraszamy ludzi, których miałem zaszczyt poznać w branży telewizyjnej i reklamowej. To wspaniała przygoda, która z każdym projektem realizowana jest z coraz większym rozmachem. I niezwykle nas to cieszy.

Ta wolność od systemowych nacisków pozwoliła Panu zająć się tematem niezwykle intymnym. W filmie „Mistyczka”, który do kin w całej Polsce trafił 11 września, dotyka Pan zapisków duchowych Alicji Lenczewskiej. Czy czuje Pan, że opowiedzenie historii tak głębokiego, mistycznego spotkania człowieka z Bogiem byłoby w ogóle możliwe w ramach tradycyjnego, komercyjnego systemu producenckiego?

Z jednej strony była to wielka niewiadoma, a z drugiej – bardzo chcieliśmy zrealizować tak głęboki temat. Ujmuje mnie to, że historia naszej głównej bohaterki jest tak naprawdę urzeczywistnieniem życia większości społeczeństwa. Każdy z nas chce znaleźć w życiu miłość i szczęście, a Alicja Lenczewska szukała ich nieudolnie przez 50 lat życia. Dopiero podczas zupełnie przypadkowego wyjazdu wydarzyło się coś, co zmieniło jej życie na zawsze.

Zdawałem sobie sprawę, że jeśli chcemy podjąć się tego tematu, musimy mieć sztab ludzi, którzy swoimi talentami wesprą ten film, aby został zrealizowany jak najlepiej. Dlatego cieszę się z gwiazdorskiej obsady z Dorotą Chotecką w roli głównej.

Zanim film trafił do kin, obejrzało go ponad 15 tysięcy widzów podczas pokazów przedpremierowych. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę.

„Mistyczka” to pełnometrażowa fabularna opowieść o kobiecie, której życie zostało całkowicie odmienione przez spotkanie z Jezusem. Pan, wielokrotnie, otwarcie mówił o swoim osobistym spotkaniu z Bogiem. Powiedzmy coś więcej.

Myślę, że w życiu każdego człowieka przychodzi czas na swoistą autorefleksję nad własnym życiem. Wcześniej czy później każdy robi taki bilans zysków i strat. Niestety, w większości przypadków wychodzi on negatywnie – stąd mówi się o kryzysie wieku średniego.

Ważne, żeby takie rozważania naprowadziły człowieka na to, co nadaje sens naszej egzystencji. Na pewno nie są to rzeczy materialne, które szybko przemijają. Ja przewartościowałem swoje życie w wieku 25 lat i od tamtego czasu jestem naprawdę szczęśliwym człowiekiem.

Jak spotkanie z Bogiem odmieniło Pana życie?

Przede wszystkim wiem, że moją wartością nie jest to, co posiadam, ani to, co mówią o mnie inni. Pojawiłem się na świecie dlatego, że Bóg tak chciał. Jestem Jego ukochanym dzieckiem i to stanowi o mojej wartości, której nikt i nic nie jest w stanie podważyć.

Dzięki temu można oprzeć się złudnym atrakcjom rzeczywistości, która często jest tylko substytutem tej prawdziwej miłości.

Nie jest również tajemnicą, że było też czymś takim, co zdefiniowało na nowo całą Pana twórczość. W jaki sposób?

Oczywiście. Każde spotkanie z żywym Bogiem zostawia w człowieku ślad. Nawet jeśli próbuje się je zanegować, świadomość Jego istnienia pozostaje w człowieku na zawsze.

Tak miał na przykład Jonasz, który uciekał przed Bogiem, którego poznał, ponieważ bał się powierzonego mu zadania. Myślę, że każdy z nas jest tu na ziemi po to, żeby odkryć miłość naszego Stwórcy, by w chwili śmierci móc spotkać się z Nim jak z Ojcem. W innym przypadku – po co tu jesteśmy?

To prawda, że przed każdym projektem filmowym, spędza Pan długie godziny na modlitwie, pytając Jezusa, czy to jest ta historia, którą ma teraz opowiedzieć?

Film kinowy realizuje się mniej więcej trzy lata. A więc nietrafiony projekt będzie rzutował na ogrom czasu, pracy i środków materialnych. Dlatego staram się pytać Szefa, jakiego projektu mamy się podjąć. To zdecydowanie ułatwia kolejne kroki.

Co praca nad "Mistyczką" zmieniła w Pana życiu? Czego nauczyła, czego pozwoliła się dowiedzieć o sobie?

Przede wszystkim, żeby stworzyć scenariusz, musiałem przeczytać blisko 900 zapisków duchowych Alicji Lenczewskiej. Sama lektura tych dzienników była niezwykłym doświadczeniem. Można w nich wyczytać wiele pragmatycznych porad dotyczących codzienności.

Mogę śmiało powiedzieć, że po ich przeczytaniu jest się innym człowiekiem.

Gdyby miał Pan prace nad tym filmem podsumować w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Niezwykła historia o zwykłej kobiecie.

W jednym z wywiadów przyznał Pan, że na początku czuł Pan wewnętrzny opór i wcale nie miał w planach tworzenia tego filmu. To prawda, że dopiero proces rozeznawania i głębokie wgryzienie się w tekst uświadomiły Panu, że obcuje z czymś znacznie większym niż zwykły projekt scenariuszowy? Wcześniej nie miał Pan aż takiej świadomości?

Nie, nie miałem. Nie wiedziałem również zbyt wiele o Alicji Lenczewskiej. Dlatego musiałem najpierw przeczytać jej biografię, następnie dzienniki duchowe, a później spotkać się z jej bliskimi i rodziną, którzy opowiedzieli mi, jakim była człowiekiem.

Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak wymagającej rzeczywistości próbujemy się podjąć.

Mówi Pan wprost, że urzekające w tych pismach jest to, jak Jezus w rozmowach z Alicją tłumaczy otaczającą nas rzeczywistość w sposób niesamowicie prosty, bezpośredni i trafiający prosto w serce, pozbawiony ciężkiego, teologicznego żargonu. Co jeszcze?

Alicja nie wyróżniała się niczym szczególnym z ogółu społeczeństwa. I myślę, że właśnie to jest siłą tej historii.

W filmach często pokazujemy przemiany ludzi – od zera do bohatera. Ale w rzeczywistości niewiele osób może utożsamiać się z takim bohaterem. Zdecydowana większość ludzi to osoby takie jak Alicja: z marzeniami, osadzone w szarej rzeczywistości.

I dlatego ten film jest tak chętnie oglądany, ponieważ pokazuje, jak wielką wartość ma takie życie. Pokazuje też, że w najpiękniejszą podróż życia można wybrać się, nie ruszając się ze swojej kawalerki.

Porównuje Pan Alicję Lenczewską do siostry Faustyny, ale podkreśla Pan, że Alicja była osobą świecką. Czy to właśnie jej zwyczajne, nauczycielskie życie w czasach PRL-u sprawiło, że ten film stał się tak bardzo autentyczny i życiowy?

Myślę, że na autentyczność tej postaci wpływa fakt, że najpierw należała do partii i – jak sama napisała – żyła w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła, a następnie doświadczyła ogromnej przemiany, która kosztowała ją wszystko, czego wcześniej się dorobiła.

Mówi się, że starych drzew się nie przesadza. Historia Alicji pokazuje coś zupełnie innego – że nigdy nie jest za późno, aby walczyć o to, co w życiu najcenniejsze: miłość i szczęście.

W rolę Alicji wcieliła się Dorota Chotecka-Pazura – aktorka o ogromnym dorobku, ale dotąd rzadko kojarzona z tak intymnym, mistycznym kinem. Czy od początku, myśląc o tym, kto mógłby się w nią wcielić, myślał Pan właśnie o Choteckiej? Brał Pan też pod uwagę obsadzenie innej aktorki w tej roli?

Dorota była moim pierwszym wyborem. Zdecydowałem, że rozmowy z innymi aktorami przeprowadzę dopiero wtedy, kiedy nie podejmie z nami współpracy.

Okazało się, że zależało jej dokładnie na tym samym – nie chciała brać udziału w filmie ze słabymi zdjęciami, dźwiękiem czy muzyką. To nas połączyło, bo wszystkim zależało na tym, aby zrealizować tę produkcję jak najlepiej.

Graliśmy do jednej bramki, a efekt można już oglądać w kinach w całej Polsce.

Nawiązuję do tego, ponieważ czasami, kiedy aktor dostaje propozycję napisania swojej biografii, ma w głowie jedno nazwisko osoby, której chciałby opowiedzieć o sobie i przeważnie z tą osobą spisuje swoje wspomnienia – tak miała chociażby Teresa Lipowska przy książce „Nad rodzinnym albumem”. Czy Pan, szukając filmowej bohaterki, poczuł w pewnym momencie to samo? Że to właśnie Dorota Chotecka-Pazura jest tą jedyną, odpowiednią osobą, by wcielić się w Alicję Lenczewską?

Rola Alicji Lenczewskiej była ogromnym wyzwaniem. Dorota musiała zagrać tę postać na przestrzeni 40 lat, bez dublerki. A do tego pełen wachlarz emocji i sytuacji: od zakochania, przez intrygi i objawienia mistyczne, po śmierć bliskiej osoby, sytuacje rodzinne, chorobę nowotworową, cierpienie i śmierć.

Nie każdy aktor mógłby podjąć się takiego wyzwania, choć każdy chciałby mieć taką rolę. Dorota jest tak wszechstronnie uzdolnioną aktorką, że byłem przekonany o jej zdolnościach do podjęcia się tego zadania.

Dorota Chotecka-Pazura przeszła do tej roli ogromną metamorfozę. Rozmawialiście też za kulisami o tych zmianach, które zachodzą nieco głębiej? O tym, jaki wpływ na nią miały wpływ zapiski Lenczewskiej? Jak praca nad tą rolą zmieniła jej postrzeganie codzienności?

Myślę, że to bardzo intymne kwestie, w które raczej staram się nie wchodzić. Wiem, że ta rola kosztowała ją bardzo wiele, ale prawda jest taka, że tylko rzeczy miałkie nic nie kosztują. Wszystkie wielkie rzeczy wymagają wielkiego wysiłku. I ona to zrobiła.

Ona nie grała Alicji – ona się nią stała.

Na potwierdzenie tych słów powiem tylko, że żyjąca bratowa Lenczewskiej, kiedy zobaczyła Dorotę po charakteryzacji w jednej ze scen na planie, uroniła łzę i powiedziała: „To jest Ala!”.

Scenariusz był konsultowany z osobami z bliskiego otoczenia Alicji Lenczewskiej oraz z jej bratową – Dorotą Lenczewską, która była obecna podczas nagrań. Jak ten konsultacje wyglądały?

To były bardzo cenne porady. Bratowa Alicji była z nami praktycznie każdego dnia na planie zdjęciowym, ale również wspierała mnie przy tworzeniu scenariusza.

Była bardzo zaangażowana i starała się, abyśmy jak najwierniej oddali rzeczywistość, która dla niej była codziennością. Znała Alicję przez tyle lat, więc dla nas był to wielki zaszczyt móc słuchać jej porad, które okazały się ogromną wartością.

Dziś otrzymujemy wiele wiadomości od widzów, którzy również znali Alicję, że idealnie oddaliśmy jej postać.

Warto to zobaczyć na wielkim ekranie i dać się porwać niezwykłej przygodzie, której możemy stać się uczestnikami.

czwartek, 17 września 2026

Cykl #mariolapoleca (23): Czy w Apulii ukryto przepis na szczęście? Obejrzałam pierwsze trzy odcinki serialu "Felicità" [RECENZJA]

 Cykl #mariolapoleca (23): Czy w Apulii ukryto przepis na szczęście? Obejrzałam pierwsze trzy odcinki serialu "Felicità" [RECENZJA]













fot. TVP / materiały prasowe

W tym przedziwnym czasie warto znaleźć coś, co poprawi nasze samopoczucie, będzie gwarancją pojawienia się uśmiechu na twarzy. Jedni znajdują takie czynniki w książkach, drudzy w filmach, a jeszcze inni w serialach, czy w muzyce. 

Propozycjami, które (w moim odczuciu) takie czynniki posiadają, chciałabym się dzielić z Wami w moim najnowszym cyklu #mariolapoleca. 

Serdecznie Was zapraszam. Dziś zachęcam do lektury recenzji pierwszych trzech odcinków serialu "Felicità", który na antenie TVP zadebiutował 7 września. Serial znalazł się w tzw. "prime time". 

Zanim słoneczna Apulia pojawiła się na ekranach naszych telewizorów, najpierw zachwyciła czytelników. Serial „Felicità”, jesienna nowość TVP, to bowiem ekranizacja głośnej powieści obyczajowej, której współautorem jest ceniony scenarzysta, Radosław Figura (piszący w duecie z Katarzyną Kalicińską). Duet ten, znany z doskonałego wyczucia ludzkich emocji, stworzył literacki fundament, który aż prosił się o przeniesienie na szklany ekran. 

Czy pierwsze trzy odcinki telewizyjnej adaptacji w reżyserii Makarego Janowskiego udźwignęły ten bestsellerowy potencjał?

Telewizja Polska we współpracy z włoskimi twórcami postawiła tej jesieni na słoneczny komediodramat. Po obejrzeniu pierwszych trzech odcinkach serialu „Felicità” w reżyserii Makarego Janowskiego wiemy jedno: to produkcja, która ma stać się idealnym lekarstwem na nadchodzącą jesienną aurę. 

Piękne widoki to jedno, ale czy idzie za nimi wciągająca historia?

Punkt wyjścia fabuły intryguje. Poznajemy Zośkę (w tej roli Laura Breszka) oraz jej 17-letnią córkę Oliwię (Klementyna Karnkowska), czyli matkę i córkę, które pakują walizki i wyruszają do włoskiej Apulii. Powodem tej decyzji jest rodzinna tajemnica i trudna przeszłość. 

Trzy pierwsze epizody sprawnie zarysowują ten konflikt – twórcy umiejętnie dawkują sekrety, nie pozwalając widzowi na nudę i zmuszając do zadawania pytań o to, co tak naprawdę wydarzyło się w Polsce.

To, co od pierwszych minut rzuca się w oczy, to niesamowity kontrast klimatyczny. Kadry kręcone w okolicach Polignano a Mare, pełne turkusowego Adriatyku i białych miasteczek na klifach, dosłownie zapierają dech w piersiach, powodując zachwyt. 

Produkcja zrealizowana pod okiem Golden Media Polska zachwyca stroną wizualną.

Aktorsko serial trzyma bardzo wysoki poziom. Laura Breszka świetnie oddaje zagubienie i determinację dojrzałej kobiety, a jednocześnie zachowuje w tej roli pozytywne nastawienie, które jest odzwierciedleniem włoskiego „dolce vita”. Klementyna Karnkowska tworzy wyrazisty, autentyczny portret buntowniczej nastolatki. Co ciekawe, w serialu możemy oglądać wyjątkowy powrót. Siostry Karnkowskie, które w popularnym serialu historycznym grały najmłodsze wcielenia Ani i Mani Winnych, ponownie występują razem na ekranie w nowej produkcji Telewizji Polskiej. To świetne posunięcie reżyserów obsady. Widzowie mają szansę zobaczyć je w nowych wcieleniach, jako przyjaciółki, którym odległość nie przeszkadza w utrzymaniu bliskich relacji. Dawid Ogrodnik jak zwykle magnetyzuje na ekranie, wprowadzając do fabuły sporą dawkę niejednoznaczności. Monika Mariotti oraz włoscy aktorzy doskonale budują głośny, żywiołowy i pełen ludzkiego ciepła klimat tamtejszej codzienności. 

Twórcy serialu postawili na  nazwiska znane z włoskich i międzynarodowych produkcji, co natychmiast przekłada się na jeszcze większą autentyczność zekranizowanej historii. Szczególną uwagę zwraca Alessandro Parrello wcielający się w Marco Borettiniego – rozwiedzionego adwokata, który wraca z chłodnego Mediolanu do rodzinnego Polignano a Mare. Parrello wnosi do serialu mnóstwo elegancji, ale i typowo południowego uroku. Obok niego błyszczą Oriana Celentano jako żywiołowa Giulia Russo oraz Eugenio Ricciardi. To właśnie dzięki nim zderzenie skrytych, poturbowanych przez los Polek z otwartą, dynamiczną i nieco wścibską włoską społecznością wypada na ekranie tak naturalnie i magnetyzująco.

Scenariusz oparty na powieściach Katarzyny Kalicińskiej, Radosława Figury oraz Kamili Kisały stara się balansować między humorem a życiowymi dramatami. Pierwsze trzy odcinki sprawnie wprowadzają nas w powolny rytm południowych Włoch, w którym zaufanie zdobywa się powoli, ale skutczecznie.

Ten niespieszny rytm i ciepło bijące z ekranu sprawiają, że serial ogląda się z czystą przyjemnością. To opowieść o tym, że szczęście można znaleźć nawet wtedy, gdy wszystko wydaje się stracone. 

Trzy pierwsze odcinki tworzą naprawdę dobry początek całej tej historii i potwierdzają, że to serial, któremu warto dać szansę. Dalsze losy bohaterów można oglądać od poniedziałku do środy o 20:30 w TVP 1 i o dowolnej porze na VOD. 

Polecam uwadze wszystkim miłośnikom podróży, słonecznych Włoch, dobrej literatury i produkcji, zrealizowanych na wysokim poziomie.


niedziela, 13 września 2026

Wiktoria Basik (nie) tylko o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]

 Wiktoria Basik (nie) tylko o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]




fot. Andy Max - Agencja Aktorska Promocji Dzieci

Z Wiktorią Basik spotkałam się w Warszawie. Rozmawiałyśmy o serialu "M jak miłość" i "Rodzinka.pl", w których obecnie aktorka młodego pokolenia występuje, ale też o tym, co łączy ją z bohaterkami, w które się wciela.

Opowiedziała też o tym, czy wiąże przyszłość z aktorstwem i planie "B". 

Jesteś dziecięcą aktorką, którą obecnie możemy oglądać w trzech serialach, w kultowym "M jak miłość", "Rodzince.pl" i "Morfeuszu". Czy przed trafieniem na plan tych dwóch produkcji, miałaś styczność z kamerą, innymi projektami?

Tak, miałam przyjemność zagrać także w serialu "Profilerka", o którym jeszcze porozmawiamy i w kilku reklamach. 

Na którym castingu bawiłaś się lepiej, tym do "M jak miłość",  do "Profilerki", czy do "Rodzinki.pl"? (Śmiech.)

Oj, to bardzo trudne pytanie. Wspominane castingi odbyły się dość dawno, aczkolwiek wydaje mi się, że najlepiej bawiłam się na tym, do serialu "Rodzinka.pl". 

Z czego to wynikało?

Wynikało to przede wszystkim z tego, że mogłam poznać znanych aktorów, ale też z atmosfery. Było bardzo miło, przyjemnie. 

Zanim trafiłaś do "Rodzinki.pl", oglądałaś ten serial?

Tak, oglądałam, jestem wielką fanką tego serialu.

Jak wchodzi się w projekt, którego odcinki się ogląda? Jak to jest, być później częścią takiego serialu?

To niesamowite uczucie. 

Co najbardziej podoba Ci się w castingach? 

Może to dziwnie zabrzmi, ale najbardziej podoba mi się... trema. (Śmiech.) Jest bardzo motywująca. Fajna jest też ta niepewność, pewnego rodzaju niewiadoma, co wydarzy się dalej. 























fot. Andy Max - Agencja Aktorska Promocji Dzieci

Ta niepewność jest czymś, co bardziej stresuje, czy jednak motywuje?

Różnie to bywa. Przyznam, że są castingi, na których wygraniu bardziej mi zależy. 

Jak się do nich przygotowujesz?

Do niektórych castingów trzeba nauczyć się jakiegoś tekstu.

Jak pracowało Ci się na planie "Profilerki"? 

Bardzo dobrze mi się tam pracowało. Panuje tam bardzo fajna atmosfera. Mam nadzieję, że powstanie trzeci sezon tego serialu. 

Sprawiasz wrażenie niezwykle pogodnej, młodej osoby, która niczym się nie stresuje. Zdarza Ci się mieć tremę przed kamerą? Jak wtedy pomagają Ci aktorzy, z którymi nagrywasz daną scenę?

Nie zdarza mi się mieć tremy przed kamerą.

A jak jest w przypadku trudnych emocjonalnie scen?

Wtedy pomaga mi obecność innych aktorów. Czuję, że muszę się zmotywować i zrobić, co trzeba. Kiedy idę na plan "M jak miłość" czuję, jakbym spotykała się z rodziną.

M.in. na relacjach zza kulis, które trafiają na oficjalny profil na Instagramie serialu "M jak miłość", widać, że między scenami świetnie się bawicie. Fajne relacje w przerwach, przekładają się na to, co widzimy później na ekranie, prawda?

Tak, to prawda. 

Jako Hania w serialu "M jak miłość" pojawiłaś się po raz pierwszy w 1796 odcinku. Masz świadomość, że to najpopularniejszy serial w Polsce?

Choć czasami o tym zapominam, to mam tę świadomość. (Śmiech.)

Serialu nie oglądałam wcześniej, zaczęłam śledzić losy bohaterów dopiero wtedy, kiedy trafiłam do produkcji. O losach rodziny Mostowiaków opowiedziała mi moja babcia, która ogląda "Emkę" znacznie dłużej ode mnie. 

Razem z ekipą, świętowałaś 25-lecie serialu. Jak to wspominmasz?

Było pięknie. Przeurocza impreza, świetnie zorganizowana. Bycie częścią tego wydarzenia było dla mnie ogromną przyjemnością. 

Jakie masz z serialową Hanią wspólne cechy, a co Was totalnie różni?

Hania jest bardzo nieodpowiedzialna, to nas na pewno różni. Uważam, że ja zastanowiłabym się kilka razy, zanim zrobiłabym coś, co zrobiła Hania. Łączy nas odwaga. 

Rodzice pozwalają Ci oglądać czasem produkcje, w których występujesz? Zasiadacie rodzinnie przed telewizorem?

Tak, mama zachęca mnie do oglądania seriali, w których gram. 

Jesteś zatem na bieżąco z emisją odcinków, w których występujesz?

Są takie momenty, że nie mam czasu czegoś obejrzeć, ale staram się. 

Pewnie zasiadacie rodzinnie przed telewizorem?

Oczywiście, że tak. Rodzina kibicuje nie tylko mi, ale też Hani z "Emki" i Diance z "Rodzinki.pl".

Którą z tych dwóch bohaterek lubisz bardziej?

Bardzo dobre pytanie. (Śmiech.) Utożsamiam się z obiema bohaterkami. Gdybym miała wybierać, postawiłabym na Diankę. Jednak bliżej mi do niej. 

Dlaczego?

Wolę być grzeczna. (Śmiech.) 

Opowiedz o Diance z "Rodzinki.pl" coś więcej. 

Jest bardzo delikatną, spokojną dziewczynką. Jest dobrze wychowana, wywodzi się z dobrego domu. 

A Inka z "Profilerki"?

To moja ulubiona postać, spośród wszystkich, które przyszło mi grać do tej pory. Jest opiekuńcza, rezolutna. 

2 czerwca w serwisie streamingowym Sky Showtime zadebiutował serial "Morfeusz". W całej tej historii wcielasz się w Milenę, córkę Moro. Opowiedzmy coś więcej.

To bardzo urocza postać, choć zagrać tą dziewczynkę wcale nie było łatwo. Myślę, że była to moja najtrudniejsza rola. 

Zaprośmy do obejrzenia serialu "Morfeusz".

Zachęcam do oglądania dorosłych widzów, bo ten serial wymaga dojrzałości.

Lubisz oglądać siebie na ekranie? Na co najczęściej zwracasz wtedy uwagę?

Nie cierpię oglądać siebie na ekranie. (Śmiech.) 

Dlaczego?

Kiedy oglądam siebie na ekranie, mam bardzo wiele uwag. Gdzieś mogłam inaczej stanąć, coś powiedzieć w inny sposób...

Można też zwrócić uwagę na to, co poprawić przy kolejnych projektach, prawda?

Tak, to prawda. 

Obecnie, najczęściej partnerują Ci Dominika Suchecka (serialowa mama) i Patryk Swichtenberg, policjant Adam Karski. Jakimi są partnerami na planie?

Jest wesoło. 

Podczas kręcenia jednej ze scen, serialowy Adam, czyli Patryk Swichtenberg, stukał w kierownicę, tworząc unikalny kod. Śmialiśmy się z tego. Tak samo jak w momencie, w którym moja serialowa mama śpiewała w samochodzie. 

Masz też sceny z Teresą Lipowską. Jak pracuje się z tą wybitną aktorką, serialową nestorką rodu Mostowiaków?

To wspaniała kobieta. Bardzo ją lubię. 

Kiedy spotykamy się np. na imprezach świątecznych, zawsze mnie przytuli. To bardzo miłe. 

Kto częściej namawia Cię do robienia wspólnych zdjęć i relacji na Instagrama, Dominika, czy Patryk? (Śmiech.) 

Namawiają mnie oboje. 

Z Dominiką Suchecką za kulisami tańczycie dość często do trendów z TikToka, jeden z trendów wykonałaś też z Patrykiem. Nie chciałabyś mieć tam swojego profilu? Co mama na to? (Śmiech.) 

Mam tam konto. 

Czym najbardziej lubisz tam się dzielić ze swoimi obserwatorami?

Najchętniej dzielę się swoimi pasjami, m.in. tańczę, kocham to. Chętnie nagrywam też vlogi, relacje z planu. 

Chciałabyś kiedyś wykorzystać umiejętności taneczne na ekranie?

Tak, zdecydowanie. 

Myślałaś kiedykolwiek o tym, by zostać aktorką, czy jeszcze cały czas, to co się dzieje, traktujesz w kategoriach dziecięcej przygody?

Myślę o tym zawodzie, aczkolwiek uważam, że  nie jest łatwy. Chciałabym zostać też psychologiem i te dwie pasje i zawody łączyć.

Skąd to zainteresowanie psychologią?

Bardzo lubię słuchać ludzi,  pomagać, pocieszać. 

czwartek, 10 września 2026

Tomasz Bednarek o „Klanie” i podróżach [WYWIAD]

Tomasz Bednarek o „Klanie” i podróżach [WYWIAD]














fot. Małgorzata Krawczyk

Tomasz Bednarek spotkał się z red. Mariolą Morcinkovą, by opowiedzieć nie tylko o byciu aktorem, ale też o podróżach po kraju, realizacji w 2016 roku odcinka programu „Zakochaj się w Polsce" na terenie Cieszyna, ale też o pracy głosem i serialu „Klan".

Na początek naszej rozmowy, spróbuję pana podsumować w kilku słowach. Jest pan aktorem teatralnym, telewizyjnym, dubbingowym, podróżnikiem i  przewodnikiem po Polsce. Wszystko się zgadza? 

Nie będę protestował, ten opis faktycznie zawiera to, czym się zajmuję. (śmiech)

Dość często można pana spotkać w pobliskich stronach, chociażby pod pretekstem właśnie spektakli, z którymi pan podróżuje. Jakie to są powroty?

Te powroty są zawsze bardzo przyjemne. Miło zobaczyć, jak te miejsca się zmieniają. Takie wyjazdy mają też swoje praktyczne strony. Kiedy w danym miejscu byłem z ekipą programu „Zakochaj się w Polsce" i w przerwie obiadowej szukaliśmy fajnego miejsca, gdzie można coś dobrego zjeść, to później mogę taką wskazówką podzielić się z ekipą teatralną.

W 203. odcinku programu „Zakochaj się w Polsce", realizowanym w 2016 roku, odwiedził pan właśnie Cieszyn, w którym się spotykamy. Co, oprócz smaku cieszyńskich kanapek, zapamiętał pan z tej wycieczki pod czujnym okiem kamery?

Zapamiętałem przede wszystkim bardzo miłych ludzi, którzy tutaj są, działają i pracują. Największe wrażenie zrobiła na mnie historyczna pracownia rusznikarska prowadzona przez mistrza Jerzego Wałgę, który kontynuuje tradycję wyrobu słynnej broni myśliwskiej – cieszynek. Takie miejsce na swojej trasie spotkałem tylko tutaj. Poznałem też historię Czeskiego Cieszyna. Podoba mi się też to, że myśli się tutaj o planie zagospodarowania przestrzennego w obrębie starówki. Polecałbym włodarzom innych miast, by przyjrzeli się, jak to się robi w Cieszynie.

Rozumiem, że udało się wtedy pospacerować również po drugiej stronie Olzy?

Poza nagraniami, tak. Zawsze jak jestem w Cieszynie, odwiedzam też czeską stronę. Bez tego wyjazd się nie liczy.

Z czym kojarzą się panu Czechy? Ilekroć zadaję to pytanie swoim rozmówcom, słyszę przeważnie takie skojarzenia jak smażony i piwo.

Mam trochę inne skojarzenia. (śmiech) Kojarzą mi się przede wszystkim z podejściem Czechów do życia. Podoba mi się ich ironia i to, jakby powiedziała młodzież, że mają... wywalone na wszystko. (śmiech) Oczywiście, nie do końca tak jest, ale czasem sprawiają takie wrażenie. Tego większego luzu, z którym podchodzą do życia, powinniśmy się od nich uczyć.

Ilekroć rozmawiam z twórcami we wnętrzach Teatru im. Adama Mickiewicza, słyszę, że ma w sobie swego rodzaju magię. Zgodzi się Pan z tym stwierdzeniem?

Wystarczy tutaj wejść i od razu ma się wrażenie, jakby wsiadło się w wehikuł czasu.

To właśnie w jego wnętrzach, w 1974 roku, kręcono „Ziemię obiecaną". Wiedział Pan o tym?

Nie, tego nie wiedziałem, ale wcale mnie to nie dziwi, bo architektura tego miejsca jest urzekająca. Widzowie tego nie mogą zobaczyć, bo nie wchodzą za kulisy, ale scena robi ogromne wrażenie. To miejsce jest definicją magii teatru.

Aż dwukrotnie został tutaj wystawiony spektakl „Podróż poślubna plus", która jest kontynuacją losów bohaterów przedstawionych w "Wieczorze panieńskim plus". Jak na przestrzeni tych dwóch części zmieniał się Alek, w któregopan się wciela?

Charakterologicznie on się właściwie nie zmienił. W pierwszej części było go trochę mało, bo pojawił się dopiero w drugim akcie, a w drugiej odsłonie tej historii zostaje postawiony przed sytuacją, która sprawi, że przebieg wyjazdu mocno się zmieni. Wszystko skończy się szczęśliwie, więcej nie zdradzę. Zapraszam do teatru.

A jak pan zmieniał się jako aktor?

Trudne pytanie. W tzw. międzyczasie zrobiłem spektakl „Papużka", który gram w duecie z Olgą Bończyk. W tym przedstawieniu dostałem bardzo trudne zadanie aktorskie, gdzie, mam takie wrażenie, ale też słyszałem to od reżysera, przekroczyłem pewien rubikon. Znów posłużę się językiem młodzieżowym: „coś pykło”. Przy okazji tej pracy dostałem dostęp do rzeczy, do których wcześniej go nie miałem. Trochę czerpię z tego również przy pracy nad tym spektaklem, choć to komedia, więc zupełnie inny gatunek.

Każda rola uczy czegoś innego, prawda?

Oczywiście, jeśli dostałem nowe narzędzie, będę z niego korzystał na szerszym polu.

W tej odsłonie w podróż poślubną na egzotyczną wyspę wyruszają dwie młode pary plus jedna niedoszła panna młoda. Nie jest to co prawda bezludna wyspa, ale gdyby życie rzuciło pana w taką podróż, jakie trzy rzeczy zabrałby pan ze sobą?

Oj, kolejne trudne pytanie. (śmiech) Pewnie, tak jak Alek, wziąłbym zapas cygar, które pomagają mu przetrwać, choć na co dzień nie palę. (śmiech)

Bohaterowie m.in. trafiają prosto w oko cyklonu, w którym muszą zmierzyć się z huraganem. Jaka najbardziej ekstremalna sytuacja pana spotkała w podróży?

Najbardziej ekstremalna sytuacja spotkała mnie, kiedy przyjechaliśmy nocą na realizację programu „Zakochaj się w Polsce". Jechaliśmy około siedem godzin przez bezdroża. Kiedy dotarliśmy na miejsce, które było zamkiem, gdzie mieliśmy nocować, bo były tam podobno pokoje gościnne, nikt nie odbierał, lał deszcz, nie było zasięgu.

Na przestrzeni naszej rozmowy jeszcze jedno określenie, które pasuje do pana, przyszło mi do głowy. Aktor wędrujący. Czy myślał pan o sobie kiedyś w ten sposób?

Nie, aczkolwiek faktycznie, to określenie dość dobrze mnie opisuje, ponieważ jestem niespokojnym duchem i raczej na miejscu długo nie usiedzę. Jako ciekawostkę dodam, że jeśli dobrze liczę, to w życiu przeprowadzałem się około trzynaście razy.

Od samego początku, czyli od 29 lat gra pan w "Klanie". Role w telenowelach szufladkują? Nigdy nie myślał pan o odejściu z tej produkcji?

Wiedziałem, że padnie to pytanie. (śmiech) Pewnie, że szufladkują. Kilka razy o tym myślałem, ale kilka razy też rezygnowałem z tego pomysłu. Jestem w miejscu, w którym jestem. Zobaczymy, co wydarzy się dalej.

Co, oprócz ogromnej rozpoznawalności, dała panu rola Jacka Boreckiego?

Ta rola dała mi wiele kontaktów, poznałem mnóstwo osób. Dała mi też spojrzenie na to, jak wygląda rynek filmowy w Polsce. Rola Jacka dała mi też wiele pokory. Nauczyła mnie rzemiosła telewizyjnego.

Tabaluga, Elmo z „Ulicy Sezamkowej", czy Dipsy z „Teletubisiów", to z kolei tylko niektóre postacie z bajek, które przemówiły pańskim głosem. Częściej jest pan kojarzony po głosie, czy jednak z serialem „Klan” i innymi produkcjami?

Bywa tak i tak. Czasem ktoś rozpoznaje mnie po głosie, a ktoś z twarzy.

W nowej serii „Ulicy Sezamkowej", która miała swoją premierę na Netflixie, wrócił pan jako Elmo. Jak wraca się do tworzenia postaci po przerwie?

Wspaniale. Sprawdzano, czy warunki głosowe mi się nie zmieniły, bo od momentu, kiedy w Elmo wcielałem się po raz pierwszy, upłynęło wiele lat. Z przyjemnością wróciłem do tej roli, to jedna z moich ulubionych postaci, psychologicznie i osobowościowo, jeśli można tak mówić o pacynce.

Zapytam jeszcze tylko, co jest dla pana najważniejsze w pracy głosem?

Najważniejsze, by mój głos był zdrowy, wtedy można więcej.