Z Magdaleną Stużyńską (nie) tylko o serialu "Rodzinka.pl" [WYWIAD]
fot. Małgorzata Krawczyk
Magdalena Stużyńska przyjechała do Cieszyna, by zagrać w spektaklu „Inteligenci”. Rozmawiamy nie tylko o sztuce, ale też o serialach „Przyjaciółki” i „Rodzinka.pl”. Wspominała także pracę na planie serialu „Złotopolscy” oraz nieodżałowanych, Henryka Machalicę i Jerzego Turka.
Na początku każdej rozmowy staram się opisać jej bohaterkę. Panią widzę jako aktorkę telewizyjną i teatralną, ale nade wszystko osobę pozytywnie nastawioną do ludzi i świata, dla której przysłowiowa szklanka zawsze jest do połowy pełna. Pani postrzega siebie w podobny sposób?
Zdecydowanie staram się być pozytywnie nastawiona do ludzi i świata. Choć z wiekiem na pewno mam w sobie coraz mniej naiwności i widzę, że jednak nie zawsze ta szklanka jest do połowy pełna. Zawsze skupiam się jednak na tym, co mogłabym zrobić, by było lepiej.
Tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem?
Tak było zawsze, natomiast widzę, że z czasem przyjmuję szerszą perspektywę.
Taka postawa przydaje się nie tylko w codzienności, ale także w tym pięknym, a jednocześnie trudnym zawodzie, prawda?
Takie nastawienie tak naprawdę pomaga w każdym zawodzie. A w życiu pomaga zachować spokoj i równowagę.
Spotykamy się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie. Nie jest to pani pierwsza wizyta w Cieszynie i okolicach. Jak tu się wraca?
Uwielbiam te okolice. Jest tu pięknie, zawsze mam ochotę zostać tutaj na dłużej.
Ilekroć rozmawiam tutaj z kimkolwiek, zawsze słyszę, że to miejsce magiczne. Pani czuje podobnie?
Absolutnie tak. Mój syn ma przyjaciela, który mieszka w tej okolicy. Dużo opowiadał mi o tym teatrze, więc zanim tu przyjechałam po raz pierwszy, wiedziałam już, że to wyjątkowe miejsce.
To właśnie w jego wnętrzach w 1974 roku kręcono „Ziemię obiecaną". Wiedziała pani o tym?
Tak, wiedziałam o tym.
Aż dwukrotnie został tutaj wystawiony spektakl „Inteligenci” w reżyserii Wojciecha Malajkata. Co opowie pani o swojej bohaterce? W jakich okolicznościach widz zastaje ją na scenie?
Moja bohaterka jest przedstawicielką tzw. inteligencji katolickiej. Poznajemy ją w dniu komunii jej siostrzeńca wychowywanego przez antyklerykalną siostrę i szwagra agnostyka. Ten dzień wymknie się spod kontroli wszystkim bohaterom. Nasz spektakl przedstawia odmienne punkty widzenia i rozumienia świata przez różnego rodzaju stereotypy, przeciwieństwa i skrajności.
W opisie sztuki pada pytanie, czy mimo różnic w poglądach i sposobie życia, współczesna rodzina może się porozumieć. Ja zapytam nieco inaczej. Jak rozmawiać na trudne tematy, by do tego porozumienia doszło?
Dobre pytanie. Warto przede wszystkim mieć dobrą wolę - założyć chęć porozumienia pomimo różnic, i połączyć to z szacunkiem do sposobu myślenia innych. Błędem jest próba przekonywania kogoś na siłę do swojej wizji świata lub nakłaniania do zmian według tego, co nam wydaje się za słuszne. A jeszcze większym błędem odrzucenie albo napiętnowanie kogoś, gdy to się nie uda.
Zawsze warto poznać opinię drugiej strony.
Oprócz wspominanej chęci porozumienia, ważna jest otwartość i zgoda na to, że możemy się różnić. Nasza sztuka opowiada też o tym, że czasem postrzegamy osoby o innych poglądach niż nasze, jako wrogów. To czasem może prowadzić do katastrofy.
Zdarza się, że konfrontujecie się państwo z opiniami, że wasz spektakl zmienia spojrzenie na trudne tematy, poruszane na scenie?
Regularnie słyszę, że nasz spektakl zaskakuje, a przez to „daje do myślenia”.
To w moim odczuciu jeden z wielu czynników, składający się na sukces tego przedstawienia. Co jeszcze?
To bardzo dobrze napisany dramat. Tekst jest bardzo prawdziwy i aktualny. Ludzie często mówią, że obserwują w nim sceny ze swojego życia. Marek Modzelewski ma niezwykły dar zapisywania żywego języka i prawdy. W tych tekstach są wyraźnie i konsekwentnie zarysowane charaktery, co sprawia, że to bardzo dobry materiał dla nas, aktorów.
Nie sposób przez chwilę porozmawiać o serialach. W 2025 roku podjęto decyzję o zakończeniu emisji serialu „Przyjaciółki”. Serial liczył 26 sezonów, na które łącznie złożyło się 314 odcinków. Oddała pani temu serialowi kawał życia. Jaki to był czas?
Był to wspaniały i intensywny czas. Bardzo dużo działo się przez te lata, nie tylko w życiu mojej bohaterki, ale także w moim, prywatnym. Trzynaście lat to kawał czasu. Przez te lata nie byłam jednak skupiona wyłącznie na serialu, robiłam też inne rzeczy, pracowałam w teatrze. W świadomości widzów ten projekt zdominował moją pracę, ale miałam też przestrzeń na inne twórcze działania, co bardzo sobie cenię.
A jak pani zmieniała się jako aktorka?
Trudne pytanie. (śmiech) Chętnie wróciłabym do starych odcinków, by samej zaobserwować ten proces. Przez ostatnie lata zaobserwowałam, że dostaję nieco inne role, dla kobiet dojrzalszych.
Wrócił też serial „Rodzinka.pl”.
Do realizacji nowych odcinków serialu „Rodzinka.pl” wróciliśmy po pięciu latach.
Do gry wróciła także pani bohaterka, Viola. Po raz pierwszy w serialu pojawiła się w 2013 roku. Jak wraca się po latach na plan, na którym gościło się już wcześniej?
To coś niesamowitego. Było tak, jakbyśmy wrócili na plan po 5 tygodniach, a nie po 5 latach. Wyraźną zmianą dla nas wszystkich są dzieci, albowiem to po nich widać, jak ten czas ucieka. (śmiech) To, że tak naprawdę dzieci nie są już dziećmi, napędza wątki i całą fabułę. W moim wątku niewiele się zmienia. Moja bohaterka też się nie zmienia, bo nie mądrzeje z wiekiem. (śmiech) To jej rys charakterystyczny, więc gdyby zmądrzała, nie było by tak śmiesznie.
Czy serialami, z którymi jest pani najczęściej kojarzona, nadal są „Przyjaciółki” i „Złotopolscy”?
Bardzo często wśród nich wymieniany jest też „Dom”. Jakiś czas temu znowu były chyba powtórki gdzieś w telewizji, bo bardzo dużo ludzi przypominało mi o tej roli.
W dzisiejszych czasach popularne są powroty seriali po latach. Gdyby zdecydowano o powrocie „Złotopolskich” i osadzeniu fabuły w dzisiejszej rzeczywistości, pomimo tego, że odeszła pani z tej produkcji w 2008 roku, zechciałaby wrócić do grania Marcysi?
Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Główny scenarzysta i pomysłodawca serialu, Jan Purzycki, zmarł w 2019 roku. Zatem nasuwa się pytanie, czy istnieje ktoś taki, kto umiałby tę kontynuację napisać.
Jak wspomina pani nieodżałowanego Henryka Machalicę, wcielającego się w Dionizego Złotopolskiego?
Cudownie. Był to charyzmatyczny, bardzo dowcipny i bardzo ciepły człowiek. Bardzo tęsknię też za Jerzym Turkiem, z którym grałam nie tylko w tym serialu, ale także w teatrze. Bardzo mi go brakuje, bardzo często o nim myślę, był moim ojcem scenicznym.

.jpeg)


