piątek, 9 października 2026

Z Magdaleną Stużyńską (nie) tylko o serialu "Rodzinka.pl" [WYWIAD]

 Z Magdaleną Stużyńską (nie) tylko o serialu "Rodzinka.pl" [WYWIAD]













fot. Małgorzata Krawczyk 

Magdalena Stużyńska przyjechała do Cieszyna, by zagrać w spektaklu „Inteligenci”. Rozmawiamy  nie tylko o sztuce, ale też o serialach „Przyjaciółki” i „Rodzinka.pl”. Wspominała także pracę na planie serialu „Złotopolscy” oraz nieodżałowanych, Henryka Machalicę i Jerzego Turka.

Na początku każdej rozmowy staram się opisać jej bohaterkę. Panią widzę jako aktorkę telewizyjną i teatralną, ale nade wszystko osobę pozytywnie nastawioną do ludzi i świata, dla której przysłowiowa szklanka zawsze jest do połowy pełna. Pani postrzega siebie w podobny sposób?

Zdecydowanie staram się być pozytywnie nastawiona do ludzi i świata.  Choć z wiekiem na pewno mam w sobie coraz mniej naiwności i widzę, że jednak nie zawsze ta szklanka jest do połowy pełna. Zawsze skupiam się jednak na tym, co mogłabym zrobić, by było lepiej.

Tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem?

Tak było zawsze, natomiast widzę, że z czasem  przyjmuję szerszą perspektywę.

Taka postawa przydaje się nie tylko w codzienności, ale także w tym pięknym, a jednocześnie trudnym zawodzie, prawda?

Takie nastawienie tak naprawdę pomaga w każdym zawodzie. A w życiu pomaga zachować spokoj i równowagę.

Spotykamy się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie. Nie jest to pani pierwsza wizyta w Cieszynie i okolicach. Jak tu się wraca?

Uwielbiam te okolice. Jest tu pięknie, zawsze mam ochotę zostać tutaj na dłużej.

Ilekroć rozmawiam tutaj z kimkolwiek, zawsze słyszę, że to miejsce magiczne. Pani czuje podobnie?

Absolutnie tak. Mój syn ma przyjaciela, który mieszka w tej okolicy. Dużo opowiadał mi o tym teatrze, więc zanim tu przyjechałam po raz pierwszy, wiedziałam już, że to wyjątkowe miejsce.

To właśnie w jego wnętrzach w 1974 roku kręcono „Ziemię obiecaną". Wiedziała pani o tym?

Tak, wiedziałam o tym.

Aż dwukrotnie został tutaj wystawiony spektakl „Inteligenci” w reżyserii Wojciecha Malajkata. Co opowie pani o swojej bohaterce? W jakich okolicznościach widz zastaje ją na scenie?

Moja bohaterka jest przedstawicielką tzw. inteligencji katolickiej. Poznajemy ją w dniu komunii jej siostrzeńca wychowywanego przez antyklerykalną siostrę i szwagra agnostyka. Ten dzień wymknie się spod kontroli wszystkim bohaterom. Nasz spektakl przedstawia odmienne punkty widzenia i rozumienia świata przez różnego rodzaju stereotypy, przeciwieństwa i skrajności.

W opisie sztuki pada pytanie, czy mimo różnic w poglądach i sposobie życia, współczesna rodzina może się porozumieć. Ja zapytam nieco inaczej. Jak rozmawiać na trudne tematy, by do tego porozumienia doszło?

Dobre pytanie. Warto przede wszystkim mieć dobrą wolę - założyć chęć porozumienia pomimo różnic, i połączyć to z szacunkiem do sposobu myślenia innych. Błędem jest próba przekonywania kogoś na siłę do swojej wizji świata lub nakłaniania do zmian według tego, co nam wydaje się za słuszne. A jeszcze większym błędem odrzucenie albo napiętnowanie kogoś, gdy to się nie uda.

Zawsze warto poznać opinię drugiej strony.

Oprócz wspominanej chęci porozumienia, ważna jest otwartość i zgoda na to, że możemy się różnić. Nasza sztuka opowiada też o tym, że czasem postrzegamy osoby o innych poglądach niż nasze, jako wrogów. To czasem może prowadzić do katastrofy. 

Zdarza się, że konfrontujecie się państwo z opiniami, że wasz spektakl zmienia spojrzenie na trudne tematy, poruszane na scenie?

Regularnie słyszę, że nasz spektakl  zaskakuje, a przez to „daje do myślenia”.

To w moim odczuciu jeden z wielu czynników, składający się na sukces tego przedstawienia. Co jeszcze?

To bardzo dobrze napisany dramat. Tekst jest bardzo prawdziwy i aktualny. Ludzie często mówią, że obserwują w nim sceny ze swojego życia. Marek Modzelewski ma niezwykły dar zapisywania żywego języka i prawdy. W tych tekstach są wyraźnie i konsekwentnie zarysowane charaktery, co sprawia, że to bardzo dobry materiał dla nas, aktorów.

Nie sposób przez chwilę porozmawiać o serialach. W 2025 roku podjęto decyzję o zakończeniu emisji serialu „Przyjaciółki”. Serial liczył 26 sezonów, na które łącznie złożyło się 314 odcinków. Oddała pani temu serialowi kawał życia. Jaki to był czas?

Był to wspaniały i intensywny czas. Bardzo dużo działo się przez te lata, nie tylko w życiu mojej bohaterki, ale także w moim, prywatnym. Trzynaście lat to kawał czasu. Przez te lata nie byłam jednak skupiona wyłącznie na serialu, robiłam też inne rzeczy, pracowałam w teatrze. W świadomości widzów ten projekt zdominował moją pracę, ale miałam też przestrzeń na inne twórcze działania, co bardzo sobie cenię.

A jak pani zmieniała się jako aktorka?

Trudne pytanie. (śmiech) Chętnie wróciłabym do starych odcinków, by samej zaobserwować ten proces. Przez ostatnie lata zaobserwowałam, że dostaję nieco inne role, dla kobiet dojrzalszych.

Wrócił też serial „Rodzinka.pl”.

Do realizacji nowych odcinków serialu „Rodzinka.pl” wróciliśmy po pięciu latach.

Do gry wróciła także pani bohaterka, Viola. Po raz pierwszy w serialu pojawiła się w 2013 roku. Jak wraca się po latach na plan, na którym gościło się już wcześniej?

To coś niesamowitego. Było tak, jakbyśmy wrócili na plan po 5 tygodniach, a nie po 5 latach. Wyraźną zmianą dla nas wszystkich są dzieci, albowiem to po nich widać, jak ten czas ucieka. (śmiech) To, że tak naprawdę dzieci nie są już dziećmi, napędza wątki i całą fabułę. W moim wątku niewiele się zmienia. Moja bohaterka też się nie zmienia, bo  nie mądrzeje z wiekiem. (śmiech) To jej rys charakterystyczny, więc gdyby zmądrzała, nie było by tak śmiesznie.

Czy serialami, z którymi jest pani najczęściej kojarzona, nadal są „Przyjaciółki” i „Złotopolscy”?

Bardzo często wśród nich wymieniany jest też „Dom”. Jakiś czas temu znowu były chyba powtórki gdzieś w telewizji, bo bardzo dużo ludzi przypominało mi o tej roli.

W dzisiejszych czasach popularne są powroty seriali po latach. Gdyby zdecydowano o powrocie „Złotopolskich” i osadzeniu fabuły w dzisiejszej rzeczywistości, pomimo tego, że odeszła pani z tej produkcji w 2008 roku, zechciałaby wrócić do grania Marcysi?

Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Główny scenarzysta i pomysłodawca serialu, Jan Purzycki, zmarł w 2019 roku. Zatem nasuwa się pytanie, czy istnieje ktoś taki, kto umiałby tę kontynuację napisać.

Jak wspomina pani nieodżałowanego Henryka Machalicę, wcielającego się w Dionizego Złotopolskiego?

Cudownie. Był to charyzmatyczny, bardzo dowcipny i bardzo ciepły człowiek. Bardzo tęsknię też za Jerzym Turkiem, z którym grałam nie tylko w tym serialu, ale także w teatrze. Bardzo mi go brakuje, bardzo często o nim myślę, był moim ojcem scenicznym.

czwartek, 8 października 2026

Filip Lato (nie) tylko o udziale w programie "Twoja twarz brzmi znajomo" [WYWIAD]

 Filip Lato (nie) tylko o udziale w programie "Twoja twarz brzmi znajomo" [WYWIAD]














fot. Małgorzata Krawczyk 

Tegoroczne Powiatowo-Gminne Dożynki miały miejsce w tym roku w Ustroniu. Święto plonów było połączone z hucznym obchodami 70-lecia nadania praw miejskich Ustroniowi. Gwiazdą wieczornego koncertu był Filip Lato.

Opowiedział mi o swoim najnowszym utworze "Burza" i powtarzającym się w jego twórczości motywie latawca. Podzielił się także wspomnieniami z udziału w dwóch edycjach programu "Twoja twarz brzmi znajomo".

Już od pierwszych minut naszego spotkania, uśmiech i dobra energia cię nie opuszczają. Jesteś życiowym optymistą?

Myślę, że tak.

Tak było zawsze, czy przyszło z czasem?

Wydaje mi się, że to kwestia mojej osobowości. Jednak przyznam, że coraz trudniej przychodzi mi utrzymanie młodzieńczej energii i radości.

Wydaje mi się, że pozytywne usposobienie pomaga nie tylko w codzienności, ale także w karierze scenicznej. Czy się mylę?

Myślę, że to prawda. Nie wyobrażam sobie wychodzić do ludzi z inną energią. To jest po prostu część mnie i cieszę się, jeśli to widać na ekranie telewizora czy podczas koncertów. Taki jestem, tego nie da się przekłamać.

Ile w tym prawdy, że studia prawnicze skończyłeś wyłącznie „dla świętego spokoju” i dla rodziców, a aplikację radcowską porzuciłeś w momencie, gdy poczułeś, że praca w korporacji i siedzenie w paragrafach po prostu cię niszczą? 

Historia jest prawdziwa, prawie wszystko, co powiedziałaś, się zgadza. (Śmiech) Nigdy nie zacząłem aplikacji radcowskiej, zaprzestałem na etapie starań. Nie odczuwam absolutnie żadnego żalu w stosunku do pracy prawniczej. Serce woli robić co innego. Za tym głosem idę.

Kiedy nie zdecydowałeś się na aplikację radcowską, od razu pomyślałeś o łączeniu przyszłości z muzyką, czy miałeś też inne pomysły na siebie?

Nigdy nie patrzyłem na to w ten sposób. Obie te ścieżki mojej kariery od zawsze rozwijały się równolegle. Od dziecka edukowałem się muzycznie, potem założyłem swój pierwszy zespół, później kolejny. U mnie organicznie obie te gałęzie rosły i… urosły. (śmiech) Chyba nawet nie mogę powiedzieć, że jedna w jakiś znaczący sposób przerosła drugą, bo nadal jestem aktywny i muzycznie i zawodowo. Wiem, że łączenie tych dwóch światów jest ciekawe dla ludzi, a czasem nawet niespodziewane, ale dla mnie od zawsze było to normalne.

Czy dzięki nabytej wiedzy prawniczej z większą uwagą czytasz umowy z wytwórniami? (Śmiech)

Tak. Podpisałem jedną umowę z wytwórnią, ta przygoda trwa, więc chyba dobrze ją przeczytałem. (Śmiech.) To są fajne studia, dobrze je wspominam. Mogę powiedzieć, że są bardzo rozwijające i strukturyzują sposób myślenia.

Co w tobie uporządkowały?

Na pewno miały wpływ na mój sposób patrzenia na życie i świat. Pomogły uporządkować w głowie pewne rzeczy, również takie zupełnie niezwiązane z prawem i muzyką.

17 lipca we wszystkich serwisach streamingowych premierę miała twoja najnowsza piosenka "Burza". Jaka była droga od pomysłu na niego po realizację utworu?

Pomysł na ten utwór jest częścią szerszego projektu. To singiel promujący moją płytę, która ukaże się już w październiku. Pomysł na promocję polega na tym, że tego materiału przedpremierowo chcemy pokazać naprawdę sporo. Chcemy odkrywać karty i nakręcać moich słuchaczy, by wczuwali się w ten nowy materiał. Kilka utworów już się ukazało. Premiera kolejnej piosenki we wrześniu.

Skąd pomysł na taką realizację teledysku?

To mój pierwszy teledysk, który zawiera linię fabularną. To zasługa Kajusa W. Pyrza, który jest jego pomysłodawcą i reżyserem. Wpadł na to, by połączyć ujęcia muzyczno-wizerunkowe z historią o chłopcu, który walczy o marzenia i nie poddaje się mimo niepowodzeń.

Kolejnym ważnym elementem w tekście "Burzy" oraz w twojej twórczości jest motyw latawca.

Nie planowałem tego, że ten motyw pojawi się w utworze "Burza". Ostatnio prawie wszystkie swoje utwory puściłem swojej road manager. Zwróciła uwagę, że motywów, które pojawiają się dość regularnie w mojej twórczości, jest więcej.

Dlaczego akurat latawiec?

Nie wiem. W obydwu przypadkach pełni tę samą rolę, jest symbolem ucieczki w miejsce, gdzie można zaznać szczęścia.

"Czasem, by dotknąć nieba, trzeba zaryzykować błysk" - to słowa, które wielu z nas potrzebuje usłyszeć, a które, jak wspominaliśmy wcześniej, znalazły się w piosence. Jak dalece utwór jest inspirowany prawdziwymi zdarzeniami i twoją osobistą walką o marzenia?

W 100 procentach. Nie jest to moja pierwsza piosenka, która przedstawia takie wartości. Wiem, że takie teksty bardzo mocno rezonują ze słuchaczami. Bardzo często dostaję miłe wiadomości, w których przyznają oni, że te moje teksty odgrywają w ich życiu ważną rolę.

Częścią działań promujących utwór jest seria filmików, które publikujesz na swoim oficjalnym profilu na Instagramie. Skąd pomysł?

Pomysł jest prosty. W dzisiejszych czasach trzeba istnieć w social mediach. Staram się odnaleźć w tej rzeczywistości. Jest mi miło, kiedy słyszę, że te rolki są fajne. Zapraszam na moje profile na Instagramie, Facebooku i TikToku. Staram się, by te treści były ciekawe. Lubię dzielić się procesem twórczym od kuchni.

Jeden z nich dotyczy ciemnych stron wydawania piosenek i promowania ich w mediach społecznościowych. Czego dotyczyły twoje największe obawy?

Tak naprawdę ten proces zaczyna się od napisania tekstu. Potem trzeba nagrać utwór. Cały zespół wkłada w to wszystko serce, czas, pieniądze i mnóstwo energii, by kawałek wypromować. Tak naprawdę nigdy nie wiadomo, jak daleko piosenka zajdzie. Raz się udaje, innym razem nie.

I tak wyszło na to, że słowa twojej piosenki znowu się sprawdzają. (śmiech) Dla mnie utwór ten ma też charakter motywacyjny. Ty go dostrzegasz?

Tak, dokładnie tak jest.

A gdybyś miał pracę nad tym utworem zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Szybka realizacja, ale przede wszystkim świetna energia. (śmiech) Po prostu mieliśmy z teamem tak dobrą chemię, że pomysły same się układały. Fantastyczna atmosfera w studiu, mnóstwo dobrej zabawy przy tworzeniu - to jest właśnie to co uwielbiam w tworzeniu muzyki. To jeden z tych projektów, które zostają w pamięci na długo.

Byłeś dwukrotnie uczestnikiem programu "Twoja twarz brzmi znajomo". Pojawiłeś się w dziewiątej edycji oraz jubileuszowej, dwudziestej edycji zatytułowanej "Najlepsi". Co było dla ciebie  największym wyzwaniem w tym programie?

Byłem tak dobry, że raz wygrać, to za mało. (Śmiech) Największym wyzwaniem było, by wysiedzieć podczas charakteryzacji, czasami nawet około 9 godzin. To było naprawdę trudne.

Czy to, że wziąłeś udział w dwóch edycjach tego programu sprawiło, że przy drugim podejściu, któreś z wyzwań okazało się łatwiejsze niż za pierwszym razem?

To była fajna przygoda. Za pierwszym razem po prostu rzuciłem się na głęboką wodę. Przy drugim podejściu wiedziałem już, na co się piszę. W edycji "Najlepsi" moimi rywalami byli zwycięzcy poprzednich edycji. To na pewno było wyzwaniem.

W wywiadach mówiłeś, że oprócz świetnej zabawy, udział w tym programie był bardzo dużym wysiłkiem fizycznym, a charakteryzacja bywała bolesna. O tym niewiele się mówi, ale silikonowe maski, których wymaga ta formuła programu, bardzo niszczą cerę, prawda?

To prawda, ale jestem w stanie wyobrazić sobie większe wyzwania, więc nie mam prawa do narzekania. (Śmiech)

Wiadomo, że sporym wyzwaniem było dla ciebie również wydobywanie z siebie głosów kobiecych, a która z metamorfoz była dla ciebie najważniejsza? 

Było kilka, o których ciepło myślę. Odpowiem jednak tak, jak wszyscy się spodziewają. Najważniejsza była dla mnie możliwość wcielenia się w Czesława Niemena. To wykon, który został z ludźmi do dzisiaj. Do dzisiaj słuchacze proszą, bym podczas koncertów zagrał "Sen o Warszawie". Szczerze powiem, że był taki czas, w którym chciałem odciąć się od tego programu, zostawić go za sobą. Chciałem prezentować przede wszystkim swój autorski materiał. Dojrzałem jednak do tego, że jeśli dla kogoś ten utwór jest tak ważny, to wychodzę temu na przeciw. Jestem tu dla słuchaczy.

Czego dowiedziałeś się o sobie podczas udziału w tych dwóch odsłonach programu? Czego się nauczyłeś?

Nauczyłem się bardzo wiele pod kątem warsztatowym. Wokalnie i scenicznie również pozwolił mi się rozwinąć. Kiedy człowiek angażuje się w tak duży projekt, towarzyszy temu wiele przemyśleń. W składzie edycji zatytułowanej "Najlepsi" zebrała się super ekipa. Każdy z nas miał na koncie zwycięstwo w tym programie, ale każdy miał na to swój sposób.

Czy teraz, kiedy wiesz, z czym to się je, zdecydowałbyś się  na kolejny udział w tym programie? Oczywiście to pytanie wyłącznie teoretyczne.

Po zakończeniu pierwszej edycji powiedziałem, że nigdy więcej. Tego trzymałem się około pół roku, bo otwierałem kolejną edycję i powiedziałem, że teraz to już naprawdę koniec. Wystąpiłem także w edycji świątecznej. Zgodziłem się też na edycję specjalną, o której rozmawiamy i na występ na otwarcie dwudziestej pierwszej edycji. Mam na koncie około 26 wcieleń i… już lepiej nic nie mówię. (Śmiech)

piątek, 25 września 2026

Grzegorz Porowski o hitach, powrotach i życiowych zakrętach [WYWIAD]

 Grzegorz Porowski o hitach, powrotach i życiowych zakrętach  [WYWIAD]






















fot. z archiwum oficjalnej strony zespołu

Zespół „Loka”, którego frontmanem jest Grzegorz Porowski, był gwiazdą sierpniowych dożynek gminy Zebrzydowice, które w tym roku odbyły się w Marklowicach Górnych.

Wokalista opowiedział mi m.in. o tym, co sprawiło, że „Prawdziwe powietrze” stało się hitem, ale też o tym, jak wspomina czas, gdy był wokalistą zespołu „Rotary”, a cała Polska śpiewała „Na jednej z dzikich plaż”.

Spotykamy się tuż po zakończonym koncercie na dożynkach w Marklowicach. Jakie emocje towarzyszą panu po zejściu ze sceny?

Jest dobrze. Byłem trochę niedysponowany zdrowotnie, ale publiczność okazała się łaskawa.

Zawsze pytam o powroty w te strony, a okazuje się, że z koncertem w tej okolicy jesteście po raz pierwszy. Jak wrażenia?

Bardzo dobrze. Podoba mi cała ta impreza, jest wyluzowana, rodzinna.

Na początku każdej rozmowy staram się opisać jej bohatera. Pana widzę jako wokalistę o jednym z najbardziej charakterystycznych głosów w kraju, ale też człowieka o ogromnym poczuciu humoru, dla którego szklanka zawsze jest do połowy pełna. Pan postrzega siebie w podobny sposób?

Staram się być takim człowiekiem, by moja rodzina nie musiała się za mnie wstydzić.

Dystans do siebie i pozytywne nastawienie do ludzi i świata pomaga nie tylko w codzienności, ale także w  karierze scenicznej i w trasie, prawda?

Wydaje mi się, że tak. Trzeba być fajnym, normalnym człowiekiem.

W latach 90. pana głos i zespół „Rotary” zdominował polskie rozgłośnie, a wszystko za sprawą utworu „Na jednej z dzikich plaż”. Jak patrzy Pan na niego po latach?

To nasz największy hit, więc byłbym hipokrytą, gdybym powiedział, że wykonywanie tego utworu mnie męczy. Dzięki tej piosence funkcjonujemy, jesteśmy na tyle rozpoznawalni, że możemy pracować i grać dla ludzi.

Bywały takie momenty, w których przez ten utwór czuł się pan zaszufladkowany?

Gramy muzykę wielopokoleniową. Czuję się z tym dobrze, więc nawet o tym nie myślę.

Na scenie jest pan obecny od trzech dekad. Jak na przestrzeni lat zmieniał się Pan jako wokalista i jako człowiek?

(Śmiech.) W latach dziewięćdziesiątych byłem głupi, w latach dwutysięcznych zrobiłem przerwę, wróciliśmy z zespołem „Loka”, a teraz jest tak, jak powinno być. Chyba jednak każdy przechodzi przez zakręty życiowe.

Co działo się z Panem w czasie tej przerwy?

Poszedłem do pracy.

Jak te zmiany, które zachodziły w Pana życiu, wpływały na Pana twórczość?

Te zmiany miały na mnie twórczy wpływ. My cały czas poszukujemy. Jesteśmy zespołem, który ma w swoim repertuarze mieszankę gatunkową. Może w dzisiejszych czasach nie jest to zbyt popularne, ale my po prostu gramy rock’n’rolla. To gatunek, który będzie zawsze miał swoich fanów.

Kiedy w 2012 roku ruszaliście z „Loka”, utwór „Prawdziwe powietrze” stał się hitem z dnia na dzień. Spodziewaliście się tego?

Nigdy nie spodziewałem się żadnego sukcesu. Powiem jednak, że mam wrażenie, że byłem na niego gotowy. Chodzi o to, by grać. Mam hobby, z którego żyję. To największy dar, który można dostać od Boga.

Co ten numer ma takiego w sobie, że tak porywa publiczność?

Jest prawdziwym utworem. Takie piosenki jak „Prawdziwe powietrze”, „Na jednej z dzikich plaż” czy „Atom miłości” przychodzą przypadkowo. Tego typu utwory pojawiają się raz na jakiś czas. Teraz też pracujemy nad bardzo fajnym utworem z producentem, Łukaszem Sienickim. Myślę, że do końca wakacji coś nowego się pojawi.

Najnowszy utwór w waszym dorobku w serwisach streamingowych ukazał się w 2024 roku. To singiel „Pierwszy”. Tytuł bardzo wymowny. (Śmiech.) Czy kryje się pod nim symbolika nawiązująca do pierwszego nowego utworu wydanego po przerwie?

Wydaje mi się, że ludzie nie chcieli tej piosenki, choć ja bardzo ją lubię, ale nie wszystko zawsze musi podobać się wszystkim. Na Spotify mamy bardzo dużo utworów, można tam znaleźć m.in. piosenkę „Bikini”. To utwory znane z koncertów. Będziemy uzupełniać te, których tam brakuje.

Zalia (nie) tylko o Męskim Graniu [WYWIAD]

Zalia (nie) tylko o Męskim Graniu [WYWIAD]
















fot. Marcelina Królikowska

Zalia była gwiazdą Żabionaliów w Chybiu.  Opowiedziała o pisaniu pamiętników, zapisywaniu w nich swoich marzeń, ale też o emocjach po zdobyciu Fryderyków oraz współpracy z Igorem Herbutem i Vito Bambino nad utworem „Nareszcie”, hymnem Męskiego Grania 2026.

To prawda, że jeszcze kilka lat temu wszystkie pieniądze z komunii przeznaczyłaś na realizację pierwszego teledysku?

To absolutna prawda. (Śmiech)

Dziś masz na koncie dwa Fryderyki. Pierwszy za album „Serce”, drugi za singiel „kyoto”. Twoich utworów słuchają miliony, zagrzałaś też miejsce w tegorocznej Orkiestrze Męskiego Grania, ale do tego jeszcze wrócimy. Jak ty to robisz?

To ogromne wyróżnienie. Cieszę się bardzo, że tyle wspaniałych rzeczy dzieje się dookoła. Cały czas jestem w procesie robienia wielu fajnych rzeczy. Pojawił się utwór dla Męskiego Grania, mój nowy singiel, są liczne koncerty, jestem w ciągłej trasie. Fryderyki i inne nagrody, które znajdują się na moim parapecie, są absolutnym paliwem do tego, by iść w to dalej i zapalnikiem, udowodnieniem, że to wszystko ma sens. Czuję aprobatę nie tylko ze strony publiczności, ale też w branży.

Jesteś też najczęściej słuchaną polską artystką na Spotify. Jak się z tym czujesz?

Nie dociera to do mnie. Kiedyś zapisałam sobie w pamiętniku taki cel, że dotrę do miliona słuchaczy tej platformy. Tych słuchaczy jest już ponad 2,5 miliona miesięcznie, więc to marzenie faktycznie się urzeczywistniło. Bardzo mnie to cieszy. Mam wrażenie, że gdy za jakiś czas, łapiąc chwilę przerwy, rozsiądę się w fotelu, wtedy będę miała czas to wszystko poukładać sobie w głowie i docenić. Chciałabym trochę pobyć z tymi nagrodami, bo cały czas gdzieś gnam. Chwila zatrzymania jest istotna.

Rozumiem, że chcesz, by nagrody, które dostajesz, przypominały ci o tym, by dalej działać i wydawać muzykę. O czym jeszcze?

Chcę, by przypominały mi również, że słuchanie intuicji, siebie, swoich planów, marzeń i wewnętrznego głosu, który wie, w jaką stronę chcę iść, jest ważne. By uświadamiały, że to wszystko się opłaca, choć często podważamy swoje decyzje i marzenia, a tak naprawdę, to one prowadzą nas najdalej.

Nagrody są dla ciebie ważne, ale jako że jesteś perfekcjonistką, największym wyróżnieniem jest chyba też to, że podoba ci się to, co tworzysz. Bycie perfekcjonistą jest błogosławieństwem czy raczej przekleństwem dla muzyka? 

Jest jednym i drugim. Odnoszę wrażenie, że trochę poskromiłam swój perfekcjonizm. To taki mustang, którego trzeba umieć ujarzmić. Perfekcjonizm pomaga w realizowaniu swoich planów, czy ustalaniu brzmienia piosenki, ale czasem trzeba umieć go zatrzymać, by się nie zagalopować.

Pamiętasz ten moment, w którym zauważyłaś, że im bardziej jesteś otwarta na świat i nie próbujesz wszystkiego łapać na siłę, tym więcej rzeczy do ciebie przychodzi?

Tak, jednak przyznam, że wypatruję tego. Uważam, że samo czekanie, aż coś do nas przyjdzie, jest nadzieją głupich. Trzeba działać w kierunku swoich marzeń.

Takie nastawienie pomaga nie tylko w twórczości, ale też w życiu?

Im bardziej wiemy, w którą stronę iść i jak ma wyglądać cel, tym łatwiej jest to znaleźć. W psychologii działa to tak, że kiedy na czymś komuś zależy, powinien je zapisać, tak jak ja zrobiłam to kiedyś w przypadku osiągnięcia wymarzonej liczby słuchaczy na wspominanej platformie streamingu muzycznego.

Porozmawiajmy przez chwilę o nagrodzonym Fryderykiem albumie „Serce”. Czego podczas powstawania tego albumu dowiedziałaś się o sobie? Czasem śmieję się, kiedy artyści mówią, że tworzenie piosenek jest swego rodzaju autoterapią, ale zaczynam się z tym zgadzać.

Tworzenie piosenek to spędzanie wielu godzin ze swoimi myślami, analizowanie wszystkiego, bo przecież tak też szuka się pomysłów na teksty. Wiele rzeczy można sobie wtedy przypomnieć, a szczegóły stają się bardziej widoczne. Pojawiają się też wnioski, których nie było wcześniej. Praca nad płytą „Serce” była poukładaniem sobie rozdziałów w głowie, domknięciem ich i uporządkowaniem emocji, również alfabetycznie. Ta płyta jest pamiętnikowa, chronologiczna, więc potraktowanie jej jak rozdziałów książki było dla mnie fajne.

Gdybyś miała wskazać jeden najważniejszy dla siebie utwór z tego krążka, na jaki by padło?

Mam dwa takie utwory. „Julia” to dla mnie opening, istotny utwór, skierowany do mnie samej. Jest zawróceniem do przeszłości, poklepaniem po głowie wewnętrznego dziecka. Ważny jest dla mnie też utwór „My”. Kocham śpiewać o miłości.

„Serce” to album wręcz analogowy. Jak odebrałaś, że tak mocno wybrzmiał i tak dobrze przyjął się w dzisiejszych czasach?

To znaczy, że w ludziach dalej jest dużo wrażliwości. To jest cudowne. Emocje są uniwersalne, miłość jest bezterminowa, nie ma daty ważności, każdy może się z nią utożsamić, niezależnie od wieku. Cieszę się, że ten album dotarł do ludzi bardzo podobnych do mnie.

Jak zareagowałaś, dowiadując się, że będziesz jedną z twarzy tegorocznego Męskiego Grania. Podobno emocjami, które Ci towarzyszyły, zapisałaś kilka stron swojego pamiętnika. To prawda? Co wtedy czułaś?

Rzeczywiście, tego dnia w moim pamiętniku pojawił się obszerny wpis. Było to spełnieniem moich marzeń. Wypatrywałam tego na horyzoncie, ale nie stresowałam się tym. Pomyślałam, że jeśli jest mi to pisane, to się to wydarzy. Towarzyszyła mi kontrolowana euforia. Wiedziałam, że współtworzyć ma tę piosenkę Vito Bambino, z którym lubię współpracować. Później dowiedziałam się, że częścią tego składu będzie również Igor Herbut. Co tu dużo mówić, trafił mi się dream team. (śmiech)

Jak wyglądał proces szukania i docierania do wspólnego, muzycznego języka?

To było bardzo proste. Nie dość, że to wspaniali ludzie, to cudowni współpracownicy. Uwielbiam tak pracować. Utwór „Nareszcie” zrodził się z naszych rozmów. Siedzieliśmy na kanapie w studiu, śmialiśmy się, opowiadaliśmy sobie różne historie, co pozwoliło nam się bliżej poznać.

Czego dowiedziałaś się o sobie pracując z Vito i Herbutem?

Dowiedziałam się, że najważniejsze jest to, by nadawać na tych samych falach. Mamy podobną energię, to nam pomogło. Nikt nie próbował być tu liderem, od początku działamy jako team. To była naturalna współpraca, która wzięła się z dobrej energii.

Wspólnie stworzyliście także utwór „Tańczę”.

Dzień przed naszym koncertem w Chybiu utwór „Tańczę” zabrzmiał w Żywcu, na pierwszym koncercie inaugurującym trasę Męskiego Grania 2026. Wiązało się to z euforycznymi wręcz emocjami. Był też stres, jak zostanie przyjęty. Ludzie popłynęli z nami na tej fali. To było cudowne.

Porozmawiajmy na koniec o utworze „Tylko kochaj mnie”, który w streamingu pojawił się 19 czerwca. Jak wyglądała praca nad nim? 

To było najszybsze pisanie piosenki w moim życiu. Ten numer przyszedł do mnie z natchnieniem. Pomysł na melodię i tekst pojawił się dosłownie w sekundę. Chodzi o tę skrajność, by drugą połowę kochać mimo wszystko, taką, jaka jest. Dużo osób mówi, że to idealny utwór na pierwszy taniec.

Po teledysku widać, że blisko ci do natury.

Większość swoich dotychczasowych numerów pisałam będąc na Mazurach. Do natury ciągnie mnie od zawsze. Mogłabym mieszkać w lesie. Myślę, że to się kiedyś wydarzy. Może ten teledysk jest swego rodzaju manifestacją. (śmiech) W tym utworze i obrazie do niego dużo jest wiatru, słońca, leśnego ciepła. Chciałabym, żeby było czuć taką energię też w kolejnych numerach.

Piosenka zwiastuje wydanie twojego trzeciego albumu studyjnego. W jakim klimacie zostanie utrzymany?

Wszystko będzie utrzymane w klimacie piosenki „My” i „Tylko kochaj mnie”. Dużo będzie żywych instrumentów i świeżego powiewu. Idę w stronę dream-popu, nurtu, który w Polsce nie jest jeszcze zbyt popularny. Mam nadzieję, że wkrótce to się zmieni i gatunek ten przyjmie się dobrze także w Polsce.

Spotkałyśmy się przed Twoim koncertem w Chybiu. Jak przyjeżdża się w te strony? Jak się tu czujesz?

Byłam tutaj chwilę, ale prawie od razu wyhaczyłam pierwszą sadzawkę, idealną na kąpiel w tym upale. (Śmiech.) Uwielbiam zielone tereny. Cudowny był przejazd przez las.

poniedziałek, 21 września 2026

Cykl #mariolapoleca (24): "Sekrety zza kulis. Postscriptum" Jacek Kałucki, Marek Siudym [RECENZJA KSIĄŻKI]

  Cykl #mariolapoleca (24): "Sekrety zza kulis. Postscriptum" Jacek Kałucki, Marek Siudym [RECENZJA KSIĄŻKI]



















fot. Wydawnictwo Moc Media / Facebook / okładka książki "Sekrety zza kulis. Postscriptum"

Zawsze warto znaleźć coś, co poprawi nasze samopoczucie, będzie gwarancją pojawienia się uśmiechu na twarzy. Jedni znajdują takie czynniki w książkach, drudzy w filmach, a jeszcze inni w serialach, czy w muzyce. 

Propozycjami, które (w moim odczuciu) takie czynniki posiadają, chciałabym się dzielić z Wami w moim najnowszym cyklu #mariolapoleca. 

Serdecznie Was zapraszam. Dziś zachęcam do lektury recenzji książki "Sekrety zza kulis. Postscriptum" autorstwa Jacka Kałuckiego i Marka Siudyma, wydanej przez Wydawnictwo Moc Media. To kontynuacja pierwszego tomu książki pod tym samym tytułem, którą uzupełnia słowo "postscriptum".

 Cykl #mariolapoleca (24): "Sekrety zza kulis. Postscriptum" Jacek Kałucki, Marek Siudym  [RECENZJA KSIĄŻKI]

PREMIERA: 16 września 2026

GATUNEK KSIĄŻKI: dialog biograficzny

AUTOR: Jacek Kałucki, Marek Siudym

WYDAWNICTWO: Wydawnictwo Moc Media [egzemplarz recenzencki, współpraca recenzencka]

Na kartach części pierwszej Jacek Kałucki zaprosił czytelników i fanów środowiska telewizyjnego i teatralnego do odkrywania jego kulis i smaczków. 

W części drugiej, która na rynku pojawiła się 16 września 2026 roku, ten zabieg jest kontynuowany, ale w nieco nowatorski sposób. Po raz pierwszy dykteryjki opowiadane są na dwa głosy. Do Jacka Kałuckiego dołącza bowiem Marek Siudym, zamieniając klasyczną narrację w literacki ping-pong. Kiedy Kałucki snuje swoją opowieść, Siudym wchodzi mu w słowo, dopisując swoje tytułowe "postscriptum", czasami dopisując jakiś szczegół, a innym razem, rzucając zupełnie nowe światło na konkretną anegdotę. 

Wartością nadrzędną tego duetu, a także premierowej publikacji jest to, że czytelnikowi nie są serwowane historie, na które można się natknąć w serwisach plotkarskich, ale jedynie takie, których co najmniej jeden z dwojga autorów był bohaterem lub obserwatorem. 

W książce można znaleźć historie, których bohaterami, oprócz Kałuckiego i Siudyma, są także m.in. Janusz Rewiński, Andrzej Strzelecki ze swoją skłonnością do zakładania się o wszystko, a najczęściej o zjedzenie czegoś, śpiewająca Barbara Rylska, Jan Kobuszewski, czy Leon Niemczyk. 

Nie brakuje także historii, które związane są z obecną działalnością zawodową obu autorów, czyli chociażby takich, z planu serialu "Barwy szczęścia".  To zderzenie przeszłości z teraźniejszością pokazuje, że choć czasy i technologia na planach filmowych diametralnie się zmieniły, to specyficzny, pełen pasji i humoru duch środowiska artystycznego pozostał ten sam.

Styl narracji Kałuckiego i Siudyma charakteryzuje się też ogromnym dystansem do samych siebie, do upływającego czasu oraz do kapryśnej branży rozrywkowej. Czytelnik nie znajdzie tu zadęcia ani tzw. "budowania pomników". W zamian spotka się z czystą, kawiarnianą swobodą, sprawiającą, że przez kolejne strony i anegdoty dosłownie przepłynie. 

Warto zwrócić uwagę, że choć druga odsłona "Sekretów zza kulis" jest dobrą pozycją dla znawców podwórka filmowego i teatromanów, to nie jest skierowana wyłącznie do tej grupy odbiorców. Choć starsze pokolenie z pewnością z sentymentem i łezką w oku wspomni postacie takie, jak przywoływani w tej recenzji Jan Kobuszewski, czy Leon Niemczyk, to młodsi czytelnicy również znajdą tu coś dla siebie.

 To, co zachwyci tę grupę odbiorców, to zapewne opowieści o przyjaźni, która w tej branży naprawdę jest możliwa, ale też o tym, jak wygląda codzienność, gdy gasną reflektory. Autorzy i bohaterowie poszczególnych rozdziałów udowadniają, że teatr i telewizja nie jest jedyną pasją ludzi świata mediów. Pokazują, że kochają też motocykle, zwierzęta, przyrodę, dobrą literaturę i inne rzeczy, o których na co dzień zdecydowanie za mało się mówi.

Książka bawi do łez, ale momentami zmusza też do refleksji nad tym, jak bardzo zmienił się współczesny świat mediów.

„Sekrety zza kulis. Postscriptum” to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto szuka w literaturze czegoś, co spowoduje, że się uśmiechnie. 

Jacek Kałucki i Marek Siudym stworzyli duet idealny, który udowadnia, że najlepsze scenariusze pisze samo życie.

Przed nami długie, jesienne wieczory. Często będziemy sięgać po coś do czytania. Zachęcam, by dali Państwo szansę najnowszej książce autorstwa tych dwóch wybitnych aktorów. Życzę miłego odbioru. 


sobota, 19 września 2026

Janek Sobierajski o filmie "Mistyczka" [WYWIAD]

Janek Sobierajski o filmie "Mistyczka"  [WYWIAD]
















fot. uroczysta premiera filmu "Mistyczka" / Instagram @janek_sobierajski

Film "Mistyczka", którego reżyserem jest Janek Sobierajski, do kin w całym kraju trafił 11 września. Rozmawiamy o strukturze filmu i jego najważniejszych motywach oraz o tym, co praca nad nim zmieniła w jego życiu. Sobierajski wraca także myślami do swojego spotkania z Bogiem i niezwykle szczerze opowiada, jaki miało ono wpływ na jego dalsze życie i twórczość. 

Na początku każdej rozmowy staram się opisać mojego rozmówcę. Pana widzę jako wszechstronnego twórcę niezależnego kina o tematyce duchowej, założyciela Fundacji Filmowej „Powołany”. Jak tworzy się w Polsce kino wartości, które musi konkurować z komercyjnymi hitami, ale chce pozostać bezkompromisowe i wierne przesłaniu?

Doświadczenie w branży filmowej zdobywałem najpierw poprzez pracę na różnych planach filmowych, a następnie na etacie w telewizji. W międzyczasie założyłem własną firmę zajmującą się produkcją filmową i telewizyjną, aby móc świadczyć te usługi również w kontaktach biznesowych. Wszystkie te lata zaowocowały wieloma znajomościami z ludźmi, którzy są świetni w swoim fachu.

Realizując duże projekty ogólnopolskie, zauważyłem, że filmy o wartościach i duchowości zawsze mają problemy produkcyjne i finansowe. To był też czas, w którym zrozumiałem, że warto robić coś dla innych, warto zostawić po sobie coś wartościowego.

Zdecydowałem się odejść z telewizji i największego portalu internetowego w Polsce, aby realizować to, co poczułem w sercu – filmy o duchowości, które będą dla innych drogowskazem na ścieżce życia.

Wraz z Andrzejem Kocubą, który miał podobne podejście do mojego, założyliśmy Fundację Filmową „Powołany”, która dziś produkuje duże kinowe filmy z ponadczasowymi wartościami. Do naszych projektów zapraszamy ludzi, których miałem zaszczyt poznać w branży telewizyjnej i reklamowej. To wspaniała przygoda, która z każdym projektem realizowana jest z coraz większym rozmachem. I niezwykle nas to cieszy.

Ta wolność od systemowych nacisków pozwoliła Panu zająć się tematem niezwykle intymnym. W filmie „Mistyczka”, który do kin w całej Polsce trafił 11 września, dotyka Pan zapisków duchowych Alicji Lenczewskiej. Czy czuje Pan, że opowiedzenie historii tak głębokiego, mistycznego spotkania człowieka z Bogiem byłoby w ogóle możliwe w ramach tradycyjnego, komercyjnego systemu producenckiego?

Z jednej strony była to wielka niewiadoma, a z drugiej – bardzo chcieliśmy zrealizować tak głęboki temat. Ujmuje mnie to, że historia naszej głównej bohaterki jest tak naprawdę urzeczywistnieniem życia większości społeczeństwa. Każdy z nas chce znaleźć w życiu miłość i szczęście, a Alicja Lenczewska szukała ich nieudolnie przez 50 lat życia. Dopiero podczas zupełnie przypadkowego wyjazdu wydarzyło się coś, co zmieniło jej życie na zawsze.

Zdawałem sobie sprawę, że jeśli chcemy podjąć się tego tematu, musimy mieć sztab ludzi, którzy swoimi talentami wesprą ten film, aby został zrealizowany jak najlepiej. Dlatego cieszę się z gwiazdorskiej obsady z Dorotą Chotecką w roli głównej.

Zanim film trafił do kin, obejrzało go ponad 15 tysięcy widzów podczas pokazów przedpremierowych. Okazało się, że to był strzał w dziesiątkę.

„Mistyczka” to pełnometrażowa fabularna opowieść o kobiecie, której życie zostało całkowicie odmienione przez spotkanie z Jezusem. Pan, wielokrotnie, otwarcie mówił o swoim osobistym spotkaniu z Bogiem. Powiedzmy coś więcej.

Myślę, że w życiu każdego człowieka przychodzi czas na swoistą autorefleksję nad własnym życiem. Wcześniej czy później każdy robi taki bilans zysków i strat. Niestety, w większości przypadków wychodzi on negatywnie – stąd mówi się o kryzysie wieku średniego.

Ważne, żeby takie rozważania naprowadziły człowieka na to, co nadaje sens naszej egzystencji. Na pewno nie są to rzeczy materialne, które szybko przemijają. Ja przewartościowałem swoje życie w wieku 25 lat i od tamtego czasu jestem naprawdę szczęśliwym człowiekiem.

Jak spotkanie z Bogiem odmieniło Pana życie?

Przede wszystkim wiem, że moją wartością nie jest to, co posiadam, ani to, co mówią o mnie inni. Pojawiłem się na świecie dlatego, że Bóg tak chciał. Jestem Jego ukochanym dzieckiem i to stanowi o mojej wartości, której nikt i nic nie jest w stanie podważyć.

Dzięki temu można oprzeć się złudnym atrakcjom rzeczywistości, która często jest tylko substytutem tej prawdziwej miłości.

Nie jest również tajemnicą, że było też czymś takim, co zdefiniowało na nowo całą Pana twórczość. W jaki sposób?

Oczywiście. Każde spotkanie z żywym Bogiem zostawia w człowieku ślad. Nawet jeśli próbuje się je zanegować, świadomość Jego istnienia pozostaje w człowieku na zawsze.

Tak miał na przykład Jonasz, który uciekał przed Bogiem, którego poznał, ponieważ bał się powierzonego mu zadania. Myślę, że każdy z nas jest tu na ziemi po to, żeby odkryć miłość naszego Stwórcy, by w chwili śmierci móc spotkać się z Nim jak z Ojcem. W innym przypadku – po co tu jesteśmy?

To prawda, że przed każdym projektem filmowym, spędza Pan długie godziny na modlitwie, pytając Jezusa, czy to jest ta historia, którą ma teraz opowiedzieć?

Film kinowy realizuje się mniej więcej trzy lata. A więc nietrafiony projekt będzie rzutował na ogrom czasu, pracy i środków materialnych. Dlatego staram się pytać Szefa, jakiego projektu mamy się podjąć. To zdecydowanie ułatwia kolejne kroki.

Co praca nad "Mistyczką" zmieniła w Pana życiu? Czego nauczyła, czego pozwoliła się dowiedzieć o sobie?

Przede wszystkim, żeby stworzyć scenariusz, musiałem przeczytać blisko 900 zapisków duchowych Alicji Lenczewskiej. Sama lektura tych dzienników była niezwykłym doświadczeniem. Można w nich wyczytać wiele pragmatycznych porad dotyczących codzienności.

Mogę śmiało powiedzieć, że po ich przeczytaniu jest się innym człowiekiem.

Gdyby miał Pan prace nad tym filmem podsumować w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Niezwykła historia o zwykłej kobiecie.

W jednym z wywiadów przyznał Pan, że na początku czuł Pan wewnętrzny opór i wcale nie miał w planach tworzenia tego filmu. To prawda, że dopiero proces rozeznawania i głębokie wgryzienie się w tekst uświadomiły Panu, że obcuje z czymś znacznie większym niż zwykły projekt scenariuszowy? Wcześniej nie miał Pan aż takiej świadomości?

Nie, nie miałem. Nie wiedziałem również zbyt wiele o Alicji Lenczewskiej. Dlatego musiałem najpierw przeczytać jej biografię, następnie dzienniki duchowe, a później spotkać się z jej bliskimi i rodziną, którzy opowiedzieli mi, jakim była człowiekiem.

Dopiero wtedy zdałem sobie sprawę, jak wymagającej rzeczywistości próbujemy się podjąć.

Mówi Pan wprost, że urzekające w tych pismach jest to, jak Jezus w rozmowach z Alicją tłumaczy otaczającą nas rzeczywistość w sposób niesamowicie prosty, bezpośredni i trafiający prosto w serce, pozbawiony ciężkiego, teologicznego żargonu. Co jeszcze?

Alicja nie wyróżniała się niczym szczególnym z ogółu społeczeństwa. I myślę, że właśnie to jest siłą tej historii.

W filmach często pokazujemy przemiany ludzi – od zera do bohatera. Ale w rzeczywistości niewiele osób może utożsamiać się z takim bohaterem. Zdecydowana większość ludzi to osoby takie jak Alicja: z marzeniami, osadzone w szarej rzeczywistości.

I dlatego ten film jest tak chętnie oglądany, ponieważ pokazuje, jak wielką wartość ma takie życie. Pokazuje też, że w najpiękniejszą podróż życia można wybrać się, nie ruszając się ze swojej kawalerki.

Porównuje Pan Alicję Lenczewską do siostry Faustyny, ale podkreśla Pan, że Alicja była osobą świecką. Czy to właśnie jej zwyczajne, nauczycielskie życie w czasach PRL-u sprawiło, że ten film stał się tak bardzo autentyczny i życiowy?

Myślę, że na autentyczność tej postaci wpływa fakt, że najpierw należała do partii i – jak sama napisała – żyła w jawnej sprzeczności z nauczaniem Kościoła, a następnie doświadczyła ogromnej przemiany, która kosztowała ją wszystko, czego wcześniej się dorobiła.

Mówi się, że starych drzew się nie przesadza. Historia Alicji pokazuje coś zupełnie innego – że nigdy nie jest za późno, aby walczyć o to, co w życiu najcenniejsze: miłość i szczęście.

W rolę Alicji wcieliła się Dorota Chotecka-Pazura – aktorka o ogromnym dorobku, ale dotąd rzadko kojarzona z tak intymnym, mistycznym kinem. Czy od początku, myśląc o tym, kto mógłby się w nią wcielić, myślał Pan właśnie o Choteckiej? Brał Pan też pod uwagę obsadzenie innej aktorki w tej roli?

Dorota była moim pierwszym wyborem. Zdecydowałem, że rozmowy z innymi aktorami przeprowadzę dopiero wtedy, kiedy nie podejmie z nami współpracy.

Okazało się, że zależało jej dokładnie na tym samym – nie chciała brać udziału w filmie ze słabymi zdjęciami, dźwiękiem czy muzyką. To nas połączyło, bo wszystkim zależało na tym, aby zrealizować tę produkcję jak najlepiej.

Graliśmy do jednej bramki, a efekt można już oglądać w kinach w całej Polsce.

Nawiązuję do tego, ponieważ czasami, kiedy aktor dostaje propozycję napisania swojej biografii, ma w głowie jedno nazwisko osoby, której chciałby opowiedzieć o sobie i przeważnie z tą osobą spisuje swoje wspomnienia – tak miała chociażby Teresa Lipowska przy książce „Nad rodzinnym albumem”. Czy Pan, szukając filmowej bohaterki, poczuł w pewnym momencie to samo? Że to właśnie Dorota Chotecka-Pazura jest tą jedyną, odpowiednią osobą, by wcielić się w Alicję Lenczewską?

Rola Alicji Lenczewskiej była ogromnym wyzwaniem. Dorota musiała zagrać tę postać na przestrzeni 40 lat, bez dublerki. A do tego pełen wachlarz emocji i sytuacji: od zakochania, przez intrygi i objawienia mistyczne, po śmierć bliskiej osoby, sytuacje rodzinne, chorobę nowotworową, cierpienie i śmierć.

Nie każdy aktor mógłby podjąć się takiego wyzwania, choć każdy chciałby mieć taką rolę. Dorota jest tak wszechstronnie uzdolnioną aktorką, że byłem przekonany o jej zdolnościach do podjęcia się tego zadania.

Dorota Chotecka-Pazura przeszła do tej roli ogromną metamorfozę. Rozmawialiście też za kulisami o tych zmianach, które zachodzą nieco głębiej? O tym, jaki wpływ na nią miały wpływ zapiski Lenczewskiej? Jak praca nad tą rolą zmieniła jej postrzeganie codzienności?

Myślę, że to bardzo intymne kwestie, w które raczej staram się nie wchodzić. Wiem, że ta rola kosztowała ją bardzo wiele, ale prawda jest taka, że tylko rzeczy miałkie nic nie kosztują. Wszystkie wielkie rzeczy wymagają wielkiego wysiłku. I ona to zrobiła.

Ona nie grała Alicji – ona się nią stała.

Na potwierdzenie tych słów powiem tylko, że żyjąca bratowa Lenczewskiej, kiedy zobaczyła Dorotę po charakteryzacji w jednej ze scen na planie, uroniła łzę i powiedziała: „To jest Ala!”.

Scenariusz był konsultowany z osobami z bliskiego otoczenia Alicji Lenczewskiej oraz z jej bratową – Dorotą Lenczewską, która była obecna podczas nagrań. Jak ten konsultacje wyglądały?

To były bardzo cenne porady. Bratowa Alicji była z nami praktycznie każdego dnia na planie zdjęciowym, ale również wspierała mnie przy tworzeniu scenariusza.

Była bardzo zaangażowana i starała się, abyśmy jak najwierniej oddali rzeczywistość, która dla niej była codziennością. Znała Alicję przez tyle lat, więc dla nas był to wielki zaszczyt móc słuchać jej porad, które okazały się ogromną wartością.

Dziś otrzymujemy wiele wiadomości od widzów, którzy również znali Alicję, że idealnie oddaliśmy jej postać.

Warto to zobaczyć na wielkim ekranie i dać się porwać niezwykłej przygodzie, której możemy stać się uczestnikami.

czwartek, 17 września 2026

Cykl #mariolapoleca (23): Czy w Apulii ukryto przepis na szczęście? Obejrzałam pierwsze trzy odcinki serialu "Felicità" [RECENZJA]

 Cykl #mariolapoleca (23): Czy w Apulii ukryto przepis na szczęście? Obejrzałam pierwsze trzy odcinki serialu "Felicità" [RECENZJA]













fot. TVP / materiały prasowe

W tym przedziwnym czasie warto znaleźć coś, co poprawi nasze samopoczucie, będzie gwarancją pojawienia się uśmiechu na twarzy. Jedni znajdują takie czynniki w książkach, drudzy w filmach, a jeszcze inni w serialach, czy w muzyce. 

Propozycjami, które (w moim odczuciu) takie czynniki posiadają, chciałabym się dzielić z Wami w moim najnowszym cyklu #mariolapoleca. 

Serdecznie Was zapraszam. Dziś zachęcam do lektury recenzji pierwszych trzech odcinków serialu "Felicità", który na antenie TVP zadebiutował 7 września. Serial znalazł się w tzw. "prime time". 

Zanim słoneczna Apulia pojawiła się na ekranach naszych telewizorów, najpierw zachwyciła czytelników. Serial „Felicità”, jesienna nowość TVP, to bowiem ekranizacja głośnej powieści obyczajowej, której współautorem jest ceniony scenarzysta, Radosław Figura (piszący w duecie z Katarzyną Kalicińską). Duet ten, znany z doskonałego wyczucia ludzkich emocji, stworzył literacki fundament, który aż prosił się o przeniesienie na szklany ekran. 

Czy pierwsze trzy odcinki telewizyjnej adaptacji w reżyserii Makarego Janowskiego udźwignęły ten bestsellerowy potencjał?

Telewizja Polska we współpracy z włoskimi twórcami postawiła tej jesieni na słoneczny komediodramat. Po obejrzeniu pierwszych trzech odcinkach serialu „Felicità” w reżyserii Makarego Janowskiego wiemy jedno: to produkcja, która ma stać się idealnym lekarstwem na nadchodzącą jesienną aurę. 

Piękne widoki to jedno, ale czy idzie za nimi wciągająca historia?

Punkt wyjścia fabuły intryguje. Poznajemy Zośkę (w tej roli Laura Breszka) oraz jej 17-letnią córkę Oliwię (Klementyna Karnkowska), czyli matkę i córkę, które pakują walizki i wyruszają do włoskiej Apulii. Powodem tej decyzji jest rodzinna tajemnica i trudna przeszłość. 

Trzy pierwsze epizody sprawnie zarysowują ten konflikt – twórcy umiejętnie dawkują sekrety, nie pozwalając widzowi na nudę i zmuszając do zadawania pytań o to, co tak naprawdę wydarzyło się w Polsce.

To, co od pierwszych minut rzuca się w oczy, to niesamowity kontrast klimatyczny. Kadry kręcone w okolicach Polignano a Mare, pełne turkusowego Adriatyku i białych miasteczek na klifach, dosłownie zapierają dech w piersiach, powodując zachwyt. 

Produkcja zrealizowana pod okiem Golden Media Polska zachwyca stroną wizualną.

Aktorsko serial trzyma bardzo wysoki poziom. Laura Breszka świetnie oddaje zagubienie i determinację dojrzałej kobiety, a jednocześnie zachowuje w tej roli pozytywne nastawienie, które jest odzwierciedleniem włoskiego „dolce vita”. Klementyna Karnkowska tworzy wyrazisty, autentyczny portret buntowniczej nastolatki. Co ciekawe, w serialu możemy oglądać wyjątkowy powrót. Siostry Karnkowskie, które w popularnym serialu historycznym grały najmłodsze wcielenia Ani i Mani Winnych, ponownie występują razem na ekranie w nowej produkcji Telewizji Polskiej. To świetne posunięcie reżyserów obsady. Widzowie mają szansę zobaczyć je w nowych wcieleniach, jako przyjaciółki, którym odległość nie przeszkadza w utrzymaniu bliskich relacji. Dawid Ogrodnik jak zwykle magnetyzuje na ekranie, wprowadzając do fabuły sporą dawkę niejednoznaczności. Monika Mariotti oraz włoscy aktorzy doskonale budują głośny, żywiołowy i pełen ludzkiego ciepła klimat tamtejszej codzienności. 

Twórcy serialu postawili na  nazwiska znane z włoskich i międzynarodowych produkcji, co natychmiast przekłada się na jeszcze większą autentyczność zekranizowanej historii. Szczególną uwagę zwraca Alessandro Parrello wcielający się w Marco Borettiniego – rozwiedzionego adwokata, który wraca z chłodnego Mediolanu do rodzinnego Polignano a Mare. Parrello wnosi do serialu mnóstwo elegancji, ale i typowo południowego uroku. Obok niego błyszczą Oriana Celentano jako żywiołowa Giulia Russo oraz Eugenio Ricciardi. To właśnie dzięki nim zderzenie skrytych, poturbowanych przez los Polek z otwartą, dynamiczną i nieco wścibską włoską społecznością wypada na ekranie tak naturalnie i magnetyzująco.

Scenariusz oparty na powieściach Katarzyny Kalicińskiej, Radosława Figury oraz Kamili Kisały stara się balansować między humorem a życiowymi dramatami. Pierwsze trzy odcinki sprawnie wprowadzają nas w powolny rytm południowych Włoch, w którym zaufanie zdobywa się powoli, ale skutczecznie.

Ten niespieszny rytm i ciepło bijące z ekranu sprawiają, że serial ogląda się z czystą przyjemnością. To opowieść o tym, że szczęście można znaleźć nawet wtedy, gdy wszystko wydaje się stracone. 

Trzy pierwsze odcinki tworzą naprawdę dobry początek całej tej historii i potwierdzają, że to serial, któremu warto dać szansę. Dalsze losy bohaterów można oglądać od poniedziałku do środy o 20:30 w TVP 1 i o dowolnej porze na VOD. 

Polecam uwadze wszystkim miłośnikom podróży, słonecznych Włoch, dobrej literatury i produkcji, zrealizowanych na wysokim poziomie.