piątek, 28 sierpnia 2026

Waldemar Obłoza o "Na Wspólnej" i "Miodowych latach" [WYWIAD]

Waldemar Obłoza o "Na Wspólnej" i "Miodowych latach" [WYWIAD]






















fot. Krzysztof Kuczyk / Forum 

Miliony widzów znają go z „Na Wspólnej” i „Miodowych lat”, ale podczas spotkania w Cieszynie Waldemar Obłoza pokazał się przede wszystkim jako człowiek otwarty, pogodny i pełen dystansu do siebie.

Opowiedział o aktorstwie, życiowych kryzysach, mediach społecznościowych i miejscu, do którego lubi wracać.

Optymista, aktor, twórca legendarnych wręcz postaci, których losy widzowie na przestrzeni lat mogą śledzić na małym ekranie, jeszcze do niedawna człowiek bez Instagrama. Coś pominęłam, czy wszystko się zgadza? (Śmiech)

Tak, zgadza się, i to prawda, jeszcze do niedawna byłem człowiekiem bez profilu na Instagramie, ale od jakiegoś czasu można mnie tam już znaleźć.

 Nie wierzył pan w siłę internetu?

Długo myślałem, że taki profil nie jest mi do niczego potrzebny. Mam wspaniałą rodzinę, cudowną wnuczkę. Zawsze jest mnóstwo do zrobienia. Nie wydaje mi się, że spędzanie dużej ilości czasu w sieci jest dla mnie rozwijające.

Jednak zgodzę się, że siła internetu i mediów społecznościowych jest ogromna. Jeżeli dojdzie kiedyś do takiej katastrofy, że klikalność będzie się liczyła bardziej niż warsztat aktorski, pasja i zawód, to wtedy czas umierać. (Śmiech) Choć już mnie to nie dotyczy, mam nadzieję, że zawsze znajdzie się jakaś nisza, która pozwoli także osobom bez kont w mediach społecznościowych pracować i cieszyć się życiem.

Już od pierwszych chwil naszego spotkania sprawia pan wrażenie osoby niezwykle pozytywnie usposobionej. Tak było zawsze czy przyszło z czasem?

Jestem pozytywnie nastawiony, ale czasami, jak każdy, ulegam negatywnym emocjom. Mam świadomość, że pozytywne nastawienie jest dużo korzystniejsze niż negatywne, bo ono nic nie wnosi, może tylko pogłębić problem. Pozytywne nastawienie i uśmiech wyciągają nas z kłopotów. Uważam, że życie jest fikcją, hologramem. Żyjemy w różnych wymiarach. Wybór należy do nas. Programy, które są nam narzucone, każą nam nie wierzyć w naszą sprawczość.

Czy otwartość na człowieka, którą można u pana zaobserwować, bywa przydatna w zawodzie aktora? Przekłada się chociażby na kontakt z publicznością?

Zawsze byłem otwarty na drugiego człowieka. Nie pamiętam czasu, w którym wykazywałbym cechy introwertyczne. Mam bardzo obiektywny stosunek do rzeczywistości, daję prawo do funkcjonowania różnym poglądom. Zależy mi tylko na tym, by nikt nikogo nie krzywdził.

Wspominam o tym, bo sam pan mówi, że aktorstwo to tak naprawdę wymiana energii z widzem. Co jest dla pana w tym przepływie najważniejsze?

Kontakt z widzem w pracy scenicznej jest korzyścią. Teatr jest umownością, lustrem rzeczywistości. Prawdopodobną rzeczywistość przenosimy na scenę. Pokazujemy ją widzowi, który albo się z nią identyfikuje, albo się z niej śmieje. Komedia różni się od życia tym, że te same historie przydarzają się nie tylko aktorom. (śmiech)

Z serialem „Na Wspólnej“ jest pan związany od samego początku, czyli od blisko 23 lat.

Gram tam od pierwszego odcinka, można powiedzieć, że jestem twarzą tego serialu. Bardzo długo byłem pierwszoplanową postacią, ale namnożyło się tyle wątków, że teraz nie zawsze tak jest. Zauważyłem, że w tej chwili już co innego decyduje o tym, jakie wątki będą kontynuowane. Wygrywają wątki młodzieżowe.

Jestem człowiekiem zadaniowym, w życiu znalazłem się w wielu bardzo trudnych sytuacjach, kryzysy nie są mi obce. Z każdego takiego momentu wychodziłem zwycięsko. Oczywiście, nie było łatwo żegnać się z pierwszą żoną, z marzeniami.

Serial „Na Wspólnej" był moją bezpieczną przystanią. Ta rola daje mi wiele satysfakcji. Na przestrzeni lat dzieliłem się także ze scenarzystami swoimi pomysłami, jakie losy mogą spotkać Romana. Co będzie dalej? Nie wiem. Wszystko się zmienia. Może być tak, że platformy streamingowe wkrótce zdominują telewizję.

Jak w jednym słowie lub zdaniu podsumowałby pan przemianę, jaką pana bohater, Roman, przeszedł na przestrzeni lat?

Każdy człowiek ewoluuje z wiekiem, ale Roman nie, ponieważ scenarzyści mu na to nie pozwalają. Serialowy scenariusz zawsze powstaje od punktu zero. Roman jest prawdomówny, ma swoje zasady, jest szlachetny, ale też nerwowy i impulsywny. To jego cechy charakterystyczne, ale on się nie uczy, nie robi postępów. Nie zdobywa doświadczenia życiowego, ciągle popełniając te same błędy.

Kolejnym bohaterem serialowym, dzięki któremu zapisał się pan w świadomości widzów, jest niewątpliwie Kurski z „Miodowych lat". To pewnie druga po Romanie postać, z którą najczęściej jest pan kojarzony przez widzów. Mam rację?

Tak się złożyło, że producenci tych dwóch seriali poszukiwali aktorów, którzy bardzo mocno wchodzą w postać. Ja tak robię. Poznaję ją, daję swoje cechy.

Czy każdą postać, w którą się wciela aktor, musi, choć do pewnego stopnia, polubić?

Ja lubię. Ktoś mi powiedział, że to przenika na drugą stronę i sprawia, że jest pełnokrwista. Zawsze jestem ciekawy, jak moja postać funkcjonuje, jak radzi sobie z problemami. Zawsze zastanawiam się, jakich środków, nabytych przez czterdzieści lat pracy w zawodzie, mogę użyć, by pokazać daną postać wiarygodnie.

Kilkakrotnie spekulowało się o powrocie „Miodowych lat" na ekrany. Gdyby pojawiła się propozycja, wróciłby pan do serialu?

Z największą przyjemnością. To jedna z moich najpiękniejszych zawodowych przygód. Oczywiście, na przestrzeni lat takich przygód było wiele, ale postać Kurskiego kochałem najbardziej. Ta rola jest konwencją, nie farsą. Dzięki reżyserom, Maćkowi Wojtyszce, Wojtkowi Adamczykowi, Maćkowi Strzemboszowi, nie stała się marnej miary dowcipem. Pilnowali tego. Bardzo cenię sobie ten czas. Jeśli tylko to się kiedyś wydarzy i serial wróci, ja również do grania postaci Kurskiego wrócę z przyjemnością.

Zapamiętałam jeszcze rolę pielęgniarza ze szpitala psychiatrycznego, w którego wcielił się pan w „Plebanii". Jak to jest wcielać się w postać negatywną?

Niezależnie od tego, czy jest to postać pozytywna, czy negatywna, wkładam ją w siebie i nadaję jej rację, próbując zrozumieć, czym się kieruje. Kiedy taka postać mija ludzi na ulicach, nikt się nie zastanawia, skąd wzięła się w niej taka podłość.

Porozmawiajmy jeszcze o spektaklu „Łóżko pełne cudzoziemców". Nie mogę sobie przypomnieć, czy wcześniej gościł pan w Cieszynie, ale w okolicy bywa pan ze spektaklami dość często. Jak wraca się w te strony?

Jestem tu już któryś raz. Piękne miasto. Niewiele brakowało, a tu, w Teatrze im. Adama Mickiewicza, wylądowałbym po szkole. Dostałem jednak wtedy list od pani Aliny Obidniak, wybitnej reżyserki i wieloletniej dyrektorki Teatru im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze, z zaproszeniem do współpracy. Czechy też są cudowne, a Czechom zazdroszczę czasem postawy wobec codzienności i życia. Dużo bardziej cenią sobie spokój od kariery.

Ma Pan swoich ulubionych czeskich twórców?

Hrabal, Zelenka. To kapitał czeskiej twórczości. Bardzo lubię „Przygody dobrego wojaka Szwejka".

Jolanta Fraszyńska o Biegu po Nowe, życiu i serialach medycznych [WYWIAD]

 Jolanta Fraszyńska o Biegu po Nowe, życiu i serialach medycznych [WYWIAD]

















fot. Marlena Bielińska 

Aktorka na Bieg po Nowe Życie w Wiśle przyjeżdża zawsze, kiedy tylko zobowiązania zawodowe jej na to pozwalają. Otwarcie mówi, że do perły Beskidów wraca się jak do domu.

Opowiedziała o pracy na planie „Szpital św. Anny" i o tym, czego nauczyła ją serialowa bohaterka. Wspomina także Franciszka Pieczkę, z którym lata temu pracowała na planie serialu „Hotel pod żyrafą i nosorożcem".

Spotykamy się na 29. Biegu po Nowe Życie w Wiśle. W to wydarzenia angażuje się pani wspólnie ze swoim partnerem, który w 2011 roku przeszedł przeszczep wątroby. Czy czuje się pani ambasadorką tego wydarzenia?

Można mnie zaliczyć do grona ambasadorów tego wydarzenia, albowiem od 18 lat jestem w związku z Tomaszem, który 15 lat temu dostał drugie życie dzięki przeszczepowi wątroby.

Można powiedzieć, że wchodzi pani w to wydarzenie ze swoją historią. Co powiedziałaby pani tym wszystkim, którzy do tej pory zastanawiają się nad podpisaniem oświadczenia woli, czyli zgody na pobranie swoich narządów po śmierci?

Każdy powinien to rozważyć w swoim sercu, podobnie jak wszystkie inne decyzje. Nigdy nie wiadomo, w jakim momencie przyjdzie nam skonfrontować się z taką lub inną zdrowotną potrzebą. Z tego miejsca chciałabym nakłonić do głębokiego zastanowienia się nad tym tematem i znalezienia odpowiedzi w sobie.

Dzisiejsza impreza jest szczególna, albowiem świętowane jest 15-lecie jej istnienia. Dobrze wspólpracuje się pani z Przemysławem Saletą?

Kiedyś miałam możliwość kroczenia za nim w jednej ze sztafet. Kiedy ja robię osiemnaście kroków, on robi jeden. (Śmiech)

Po tylu latach wraca się do Wisły jak do domu, prawda?

Tak. Dzień wcześniej podkreślano też to na gali, na której świętowaliśmy nasz przyjazd. Mówiono właśnie o tym, że Wisła jest domem dla Biegu po Nowe Życie. Potwierdzam.

Nie jest to nasza pierwsza rozmowa, ale od zawsze jestem zafascynowana pani pozytywnym podejściem do życia. Tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem?

Niedawno przeczytałam książkę pani profesor Ewy Woydyłło- Osiatyńskiej o szczęściu. Mówi o tym, że bycie pozytywnym w życiu po prostu nam się bardziej opłaca. Polecam tę książkę z całego serca.

To ułatwia funkcjonowanie nie tylko w codzienności, ale też w tym pięknym, a jednocześnie trudnym zawodzie?

Dawka poczucia humoru i dystansu przydaje nam się w tym wymagającym świecie zawsze.

Pozytywne usposobienie jest jedną z cech, którą podarowała pani Zycie Orłowicz ze „Szpitala św. Anny". Co jeszcze?

Opowiem o tym, co ona mi dała. Podarowała mi umiejętność wypowiadania się w jasny, klarowny, ale też zdecydowany sposób.

Czy umiejętności, które nabyła pani we wcześniejszych latach, pracując na planie serialu „Na dobre i na złe" i wcielając się w dr. Monikę Zybert, okazały się przydatne?

Najbardziej przydało się to, że dość naturalnie umiem zaprezentować się w lekarskim kitlu. (śmiech)

Jakie są pani sposoby na przyswajanie terminologii medycznej?

To trzeba wykuć lub zapisać na dłoni tak, żeby nikt nie widział. (śmiech) Zdarza mi się dość często korzystać z takiej ściągi.

Fani nam nie wybaczą, jeśli nie zdradzimy, gdzie można nabyć te charakterystyczne okulary, z którymi Zyta się nie rozstaje.

W kraju nie ma możliwości, by je nabyć. Zakupiła je kostiumolog, szykująca nam kostiumy do serialu „Szpital św. Anny". Muszę faktycznie przyznać, że stały się hitem.

Serial „Teściowie" również cieszy się dużą sympatią widzów. To w nim po latach spotkała się pani z Cezarym Kosińskim, który jest Pani serialowym mężem. Jakie to było spotkanie?

Cezary Kosiński jest wspaniałym aktorem i kolegą. Wcześniej graliśmy razem nie tylko w „Na dobre i na złe", ale też w serialu „Licencja na wychowanie". Była to jedna z moich ulubionych produkcji.

Czy to, że wcześniej przez kilka lat graliście razem, pomogło wam w budowaniu relacji między bohaterami? 

Kiedy między ludźmi jest chemia, to zawsze lepiej się pracuje.

Czy serialem, z którym najczęściej jest pani kojarzona przez widzów jest dalej „Na dobre i na złe", czy pod wpływem „Szpitala św. Anny" to się trochę zmieniło?

Teraz zdecydowanie jest to „Szpital św. Anny". Zyta robi dobrą robotę.

W pamięci tych nieco młodszych widzów zapisała się pani jako Ania z „Hotelu pod żyrafą i nosorożcem". Wspominam o tym, ponieważ serial jest dość regularnie powtarzany m.in. w TVP ABC. Czy zwierzęta są trudnymi partnerami na planie?

Dzieci i zwierzęta zaliczają się do podobnego stopnia trudności, jeżeli używamy tutaj takiej nomenklatury, zawsze uwaga skupia się na nich. (Śmiech)

To tam pracowała pani u boku Franciszka Pieczki. Jak go pani zapamiętała?

Zapamiętam go jako cudownego, ciepłego człowieka. Jego serdeczność i to, że był taki „ludzki“, cenię to  w ludziach bardzo.

niedziela, 2 sierpnia 2026

Amanda Mincewicz (nie) tylko o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]

 Amanda Mincewicz (nie) tylko o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]

















fot. Valeria Mitelman

Amanda Mincewicz, niemiecko-polska aktorka młodego pokolenia w serialu "M jak miłość" wciela się w Agnes. Jej bohaterka po raz pierwszy pojawiła się 1878 odcinku. 

Spotkałyśmy się w Warszawie, by porozmawiać nie tylko o serialu i życiu pomiędzy Berlinem a Warszawą, ale też o tym, z jaką łatwością uczy się języków obcych. Opowiedziała też o podróżach i miejscach, które ją zachwycają. 

Na początku każdej rozmowy, staram się opisać swojego rozmówcę. Panią widzę jako utalentowaną niemiecko-polską aktorkę filmową i teatralną młodego pokolenia, osobę głodną nowych doświadczeń i podróży. A także osobę ciekawą ludzi i ich historii.  Postrzega Pani siebie w podobny sposób?

Tak. Ciekawość faktycznie mnie charakteryzuje. 

Wiele jest zawodów na "A". (Śmiech.) Co spowodowało, że wybrała Pani akurat aktorstwo? Nigdy nie miała Pani innych pomysłów na siebie?

Miałam też pomysł, by zostać reżyserką. Kino zawsze mnie interesowało. 

Kino światowe, czy polskie?

Lubię m.in. kino amerykańskie, skandynawskie, azjatyckie, ale też kino indie, charakteryzujące się tym, że filmy są produkowane poza głównym systemem wielkich wytwórni hollywoodzkich, takich jak Warner Bros., Disney czy Universal. Fascynuje mnie też polskie kino. 

Od jakiego filmu rozpoczęła się Pani przygoda z poznawaniem polskiej kinematografii?

Moja przygoda z poznawaniem polskiej kinematografii rozpoczęła się od oglądania filmów Kieślowskiego. To one częściowo ukształtowały mój gust filmowy. Szczególnie zapisało się we mnie "Podwójne życie Weroniki". 

Na mnie ogromne wrażenie zrobiła też słynna, międzynarodowa trylogia filmowa "Trzy kolory" w reżyserii  Kieślowskiego, zrealizowana w latach 1993–1994. Przypomnijmy, że tytułowe barwy nawiązują bezpośrednio do kolorów flagi Francji oraz haseł rewolucji francuskiej: wolności, równości i braterstwa. Która z części tej trylogii to na Pani zrobiła największe wrażenie?

Bardzo trudno wybrać, ale intuicja podpowiada mi film "Trzy kolory: Niebieski". Temat wolności jest nieskończony, a ten film zawsze mi przypomina, że nigdy nie uciekniemy od samych siebie.  Krok w głąb siebie jest zawsze właściwym krokiem.  

O wyborze tego zawodu mówi Pani tak - "Moje korzenie są wielojęzyczne - moja scena jest bez granic". Proszę tę myśl rozwinąć.

Zastanawiam się, kiedy ja to powiedziałam. (Śmiech.) Ale jakieś ziarno prawdy w tym jest. Scena może być bez granic. 

Proszę opowiedzieć coś więcej o swoim polskim pochodzeniu. 

Z tatą od małego rozmawiałam po polsku, z siostrą po niemiecku. Polska kultura była zawsze dla mnie ważna. Regularnie odwiedzałam dziadków. Przyznam, że w Niemczech nie do końca czułam się zawsze, jak w domu. 

Nadszedł już ten moment, w którym to w Polsce poczuła się Pani, jak w domu?

Na początku czułam się trochę dziwnie, może nawet obco. Brakowało mi Niemiec. Kiedy byłam w Nowym Jorku, poczułam z kolei, że brakuje mi Polski. Uświadomiłam sobie wtedy, że jestem szczęściarą, bo z każdej kultury, każdego kraju, w którym aktualnie przebywam, mogę wybierać to, co podoba mi się najbardziej. Teraz jestem z tego dumna, ale przyznam szczerze, że był czas, kiedy tak naprawdę nie czułam się częścią ani jednego, ani drugiego kraju. 

Pamięta Pani moment, w którym po raz pierwszy w Pani głowie pojawiła się myśl o tym, by spróbować swoich sił w tym zawodzie także w Polsce?

Ten moment nastał podczas studiów w Lee Strasberg Theatre and Film Institute w Nowym Jorku. Pomyślałam wtedy, że Berlin i Warszawa to miasta, które są mi naprawdę bliskie. Mam wrażenie, że od zawsze polskich aktorów podziwiałam bardziej niż niemieckich.

Kogo najbardziej?

Bardzo lubię Roberta Więckiewicza.

Którego z aktorów z serialu "M jak miłość" ceni Pani najbardziej?

Nie ma takiej osoby. Wychodzę z założenia, że od każdego aktorka, czy aktorki uczę się czegoś nowego i ważnego dla siebie.

Jak pracuje się Pani z Robertem Moskwą?

Wspaniale. Jest profesjonalistą a przy tym dobrym człowiekiem. Bardzo dobrze nam się razem pracuje. Mamy też wspólne pasje.

Pamięta Pani swój pierwszy polski casting? 

Szczegółów nie pamiętam, ale był to film historyczny. 

Jest Pani absolwentką Lee Strasberg Theatre and Film Institute w Nowym Jorku. Proszę opowiedzieć o tamtejszej edukacji. 

Dowiedziałam się przede wszystkim, jak ważne w tym zawodzie jest słuchanie partnera scenicznego i że nie ma czegoś takiego jak "dobrze vs. źle".

Czego dowiedziała się Pani o sobie, studiując w Nowym Jorku? Czego nauczył Panią ten czas?

Nauczyłam się, że pokazywanie swojej wrażliwej strony łączy ludzi. A to jest piękne.

Obecnie prowadzi Pani życie na walizkach pomiędzy trzema krajami –  Polską, Niemcami i Czechami. W Berlinie i Warszawie realizuje Pani projekty zawodowe. A jak to jest z Pragą?Tam też realizuje Pani swoje aktorskie zamierzenia?

Ani z Pragą, ani z innymi czeskimi miastami jeszcze nie łączą mnie sprawy zawodowe. Powstaje tam jednak wiele niemieckich produkcji, więc mam nadzieję, że prędzej czy później to nastąpi.

Biegle mówi Pani w kilku językach. Nigdy nie myślała Pani, by nauczyć się także czeskiego? (Śmiech.) 

Bardzo lubię uczyć się języków obcych, więc dlaczego nie? (Śmiech.) 

Od pierwszych chwil naszego spotkania sprawia Pani także wrażenie osoby niezwykle pozytywnie usposobionej, dla której szklanka zawsze jest do połowy pełna. Tak było od zawsze, czy – jak wiele rzeczy w życiu – przyszło to z czasem?

Dla mnie faktycznie szklanka jest zawsze do połowy pełna. Lubię życie, a to też jest istotne i pomocne – nie tylko w tym zawodzie, ale i w codzienności.

Mam wrażenie, że właśnie to pozytywne spojrzenie na świat jest taką cechą, którą daje Pani od siebie postaciom, w które się wciela. Jedną z nich, w której można taką cechę zaobserwować jest zdecydowanie Agnes z serialu "M jak miłość". Jak trafiła Pani do tej produkcji?

Dwa lata temu mój agent poinformował mnie, że rozpoczynają się poszukiwania niemiecko-polskiej aktorki do stałej roli w tym serialu. Grałam w tym czasie w kilku odcinkach serialu "Na dobre i na złe" i okazało się, że regularnego pojawiania się w tych dwóch produkcjach nie można łączyć. 

W zeszłym roku, w lutym, odbył się casting do roli Agnes w "M jak miłość". Miałam do zagrania scenę z Robertem Moskwą. Coś fajnego się zadziałało i Robert stwierdził, że ta rola jest moja. (Śmiech.) 

Miała to być rola na kilka odcinków, ale Agnes nadal jest w serialu. Będzie też pojawiać się w nowym sezonie. 

Wchodząc w ten serial, miała Pani świadomość, że stanie się częścią kultowej produkcji, która sympatię widzów zaskarbia sobie od ponad dwudziestu pięciu lat?

Miałam świadomość, że to ważny serial dla polskich widzów. W maju 2026 roku "M jak miłość" oglądało średnio 2,43 miliona widzów na odcinek. 

W czym, to w Pani odczuciu, tkwi fenomen tego serialu?

Ten serial mówi o tym, że trzeba dbać i interesować się drugim człowiekiem, a ja to mocno wspieram. 

Czy ze względu na swoje polsko-niemieckie pochodzenie, zdarzało się Pani oglądać serial we wcześniejszych latach? Miała Pani swoje ulubione postaci, ulubione wątki?

Oglądam ten serial z dziadkiem. Moją sympatię skradli przede wszystkim nestorzy rodu Mostowiaków, grani przez Teresę Lipowską i nieodżałowanego Witolda Pyrkosza.

Po raz pierwszy w tej historii pojawiła się Pani w 1878 odcinku. Agnes jest córką Artura Rogowskiego, o której istnieniu wcześniej nie wiedział. Jak została Pani przyjęta na planie?

Ekipa serialu "M jak miłość" bardzo ciepło mnie przyjęła. Wszyscy są niesamowicie zgrani, serdeczni, zabawni. Pełen profesjonalizm. 

Miała Pani dość mocne wejście w ten serial, albowiem za Pani bohaterką ciągnęły się też demony przeszłości chociażby w postaci niebezpiecznego partnera (w tej roli Paweł  Izdebski, ), przed którym tak naprawdę uciekła do Grabiny. Czy takie nieoczywistości i złamania, ukryte w postaciach sprawiają, że są one większym wyzwaniem dla aktora?

Dokładnie. Granie takich postaci jest ciekawe dla aktora. Ludzie są skomplikowani i wielowarstwowi. 

Na swoim oficjalnym profilu na Instagramie dzieli się Pani nie tylko kadrami z planów filmowych, ale także zdjęciami i nagraniami z podróży. Podróż marzeń Amandy Mincewicz to...

Marzy mi się podróż do Meksyku. Chciałabym też wrócić do Japonii. 

Czym Japonia urzekła Panią za pierwszym razem?

Japończyków cechuje ogromny, wręcz instytucjonalny szacunek do drugiego człowieka. Mają też duży szacunek do jedzenia, który ma wręcz wymiar duchowy. To mnie urzekło. 

Jakie miejsca zachwyciły Panią ostatnio?

Afryka: Kenia i Zanzibar.

Byłam zachwycona otwartością i serdecznością ludzi. 

Czy jeśli chodzi o kuchnie świata, jest coś takiego, czego nigdy nie odważyłaby się Pani spróbować?

Nigdy nie zjadłabym skorpiona ani innego karalucha. (Śmiech.) 

niedziela, 12 lipca 2026

Cezary Trybański (nie) tylko o tranplantologii [WYWIAD]

Cezary Trybański (nie) tylko o tranplantologii [WYWIAD]














fot. materiały prasowe Biegu po Nowe Życie / Cezary Trybański na starcie 

25 kwietnia odbył się 29. Bieg po Nowe Życie, który był jednocześnie okazją do świętowania 15. urodzin wydarzenia. Jednym ze stałych bywalców wiślańskiej imprezy, której celem jest szerzenie wiedzy na temat transplatacji, jest jeden z najlepszych polskich koszykarzy Cezary Trybański. 

Opowiedział o swoich powrotach do Wisły, ale też przytoczył jedną ze wzruszających historii, jaką usłyszał od osoby po przeszczepie. Opowiedział też o swojej przygodzie z programem „Taniec z gwiazdami“ i o tym, co jego udział miał zmienić w nastawieniu młodzieży do życia.

Spotykamy się na 29. Biegu po Nowe Życie w Wiśle. Jak samopoczucie?

Dobrze, bardzo dobrze.

Nie jest to Pana pierwszy start w wydarzeniu promującym temat transplantacji i transplantologii, a wręcz jest Pan jednym z weteranów tej imprezy. Jak wraca się do Wisły?

Cudownie. Swój udział w poprzednich edycjach Biegu po Nowe Życie bardzo miło wspominam. Zresztą, przyjeżdżałem tutaj również jeszcze jako aktywny sportowiec. Często odbywały się tutaj zgrupowania. Lubię to miasto.

Spotykają się tutaj nie tylko osoby publiczne, ale też osoby po przeszczepach. To okazja do wysłuchania wielu historii. Czy któraś Pana szczególnie poruszyła?

Na przestrzeni lat wiele było takich historii. Są piękne. Najbardziej urzekła mnie ta, kiedy jedna z osób czekała na przeszczep nerki. Przyszedł do niej lekarz i powiedział, że może żegnać się z rodziną. Powiedział, że czas płynie nieubłaganie, a odpowiedniego organu do przeszczepu nie ma. Kiedy doszło już do pożegnania, okazało się, że nerka się znalazła, a wraz z nią pojawiła się nadzieja i szansa na nowe życie.

Dzisiejsza impreza jest szczególna, ponieważ świętowane jest jej 15-lecie. Jak wspomina Pan swoje pierwsze starty? 

Jestem szczerze zaskoczony, że to już 15 lat. Czas płynie nieubłaganie. To wspaniała inicjatywa. Cieszę się, że trwa już tyle lat. Życzę temu wydarzeniu, by trwało jeszcze przez wiele, wiele lat. To wspaniała idea. Trzeba ją nagłaśniać. 

Swój pierwszy udział w biegu, który odbył się w Warszawie wspominam bardzo miło. Zaskoczyła mnie bardzo pozytywna energia i to że wszyscy traktują się tutaj jak jedna wielka rodzina.

Nie ma chyba drugiego takiego wydarzenia, które tłumaczy, czym jest donacja, transplantacja i transplantologia. 

Dokładnie tak. Są ludzie, którzy nie mają świadomości, czym to wszystko jest. Nie mają też jak dotrzeć do materiałów tłumaczących temat. Sam, kiedy zaproszono mnie po raz pierwszy, szukałem informacji, czytałem wiele artykułów. Były to jednak puste słowa. Dopiero kiedy tutaj się przychodzi i rozmawia się z dawcami, biorcami i autorytetami medycyny, zaczyna się rozumieć, o co tak naprawdę chodzi. Historie są niesamowite. Dzielą się nimi nie tylko dawcy i biorcy, ale też lekarze, którzy te przeszczepy przeprowadzają. Moja głowa tego nie ogarnia, ale mówią, że to jest proste. (śmiech)

Co powiedziałby Pan tym wszystkim, którzy zastanawiają się nad podpisaniem oświadczenia woli na transplantację narządów?

Jak najbardziej do tego zachęcam. Od razu, po swoim pierwszym udziale w tym wydarzeniu podpisałem oświadczenie.

Jak żyje się ze świadomością, że kiedyś być może uratuje się czyjeś życie?

To coś wspaniałego. Po naszym odejściu, nasze organy mogą uratować kilka żyć, a jeśli nie podpiszemy takiego oświadczenia, marnujemy je. Trafiają do piachu. Miałem styczność z ludźmi, którzy dzięki temu dostali drugą szansę.

Fajnie tak "wykorzystać" swoją popularność w szczytnym celu, prawda?

Tutaj wszyscy, którzy w jakiś sposób są rozpoznawalni, przyjeżdżają właśnie po to.

Już od pierwszych minut naszego spotkania, uśmiech i dobra energia Pana nie opuszczają. Jest Pan życiowym optymistą?

Staram się nim być. Oczywiście, nie jest to łatwe, bo są różne momenty w życiu, ale kiedy tutaj przyjeżdżam, to rozmowy z „przeszczepkami” uświadamiają mi, że tak naprawdę nie mam żadnych problemów. Jestem szczęściarzem. Kiedy widzę, jak doceniają swoje drugie życie, jeszcze bardziej doceniam to swoje, pierwsze.

Było tak od zawsze?

Przez całe życie starałem się doceniać to, co mam i cieszyć się małymi rzeczami.

Był Pan uczestnikiem 29. edycji „Tańca z gwiazdami”. Udowodnił Pan, że mimo wzrostu, każdy może nauczyć się tańczyć. Jak zapamięta Pan tę przygodę?

Bardzo fajnie wspominam tę przygodę. Zdecydowałem się na udział w  programie, ponieważ kiedy rozmawiam z młodzieżą, zachęcam ją do wychodzenia ze strefy komfortu. Namawiam, by próbowali nowych rzeczy i nigdy nie dali sobie wmówić, że czegoś nie są w stanie zrobić. Sam, idąc do tego programu, słyszałem różne opinie na ten temat. Mówiono, że jestem za duży, że nie dam rady. Po pierwszym odcinku dostawałem wiadomości z przeprosinami, bo nie spodziewano się, że tak dobrze może być.

Jaką partnerką była Izabela Skierska?

Wymagającą. (Śmiech) To profesjonalistka. Jest mistrzynią świata w tańcu towarzyskim. Nie mogłem lepiej trafić.

Gdyby miał Pan tę przygodę zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Nie da się tak w jednym słowie lub zdaniu. To była wspaniała przygoda. Przekroczyłem swoje bariery, bo nigdy wcześniej nie tańczyłem. Było to coś wspaniałego.

Czy teraz, kiedy wie Pan, z czym to się je, zdecydowałby się na ponowny udział w tym programie?

Uczyłem się wszystkiego od zera. Chciałbym to jednak zrobić drugi raz i pokazać to tym młodym ludziom, którzy nie widzieli mnie w tym programie wcześniej. Po tym programie dzieciaki gratulowały mi, że próbowałem i przełamywałem swoje bariery. Kiedy teraz ktoś mówi mi, że czegoś nie da się zrobić, to pytam, czy widział mnie jak tańczyłem. (Śmiech)

W jakim jeszcze programie o formule talent show chciałby Pan spróbować swoich sił?

Powiem szczerze, że nie myślę o tym w ten sposób. Cieszę się, że co roku mogę być tutaj.

czwartek, 9 lipca 2026

Ewa Bonecka o życiu aktorki wędrującej [WYWIAD]

Ewa Bonecka o życiu aktorki wędrującej [WYWIAD]




















fot. Lucas Suchorab

Z aktorką Ewą Bonecką spotkałam się w Warszawie. Rozmawiałyśmy o pracy na planie w kraju i poza jego granicami. Opowiedziała także o swoich licznych podróżach, apetycie na życie i roli w "Gliniarzach". 

Aktorka teatralna i filmowa. Optymistka a także, co za tym idzie,  miłośniczka podróży. Słowem wstępu - wszystko się zgadza? (Śmiech.) 

Wszystko się zgadza. Jestem kobietą spełnioną na każdym polu życia.  Spotykamy się co prawda w duchu aktorskim, ale dużą wagę przywiązuję do mojego życia prywatnego. 

Już od pierwszych chwil naszego spotkania bije od Pani niesamowicie pozytywna energia, która jest zaraźliwa. (Śmiech.) Chyba nawet nie mogłaby Pani inaczej, prawda?

Dziękuję. Nie umiałabym inaczej. Kocham żyć. Nawet czekając na nasze spotkanie, myślałam o tym, że jest wspaniałe i przynosi wiele niespodzianek. 

Dochodzenie do tego było procesem, czy tak zawsze Pani czuła?

Nie lubię słowa "proces". Na bieżąco dostrajam się do najlepszej wersji siebie. Im bardziej się zmieniam, transformuję, tym moja rzeczywistość zewnętrzna transformuje się razem ze mną. 

Kiedy do tego dołączyło, tak istotne, cieszenie się z małych rzeczy?

Myślę, że po urodzeniu córki. 

Po wnikliwej obserwacji nie tylko Pani dorobku artystycznego, ale także tego, czym dzieli się Pani  w mediach społecznościowych, widzę Panią jako wędrującą aktorkę z naturą odkrywcy. (Śmiech.) Postrzega Pani siebie w podobny sposób?

Wyznaczam sobie nowe kierunki i eksploruję. 

Jaki kierunek, idąc tym tropem, zachwycił Panią ostatnio?

Berlin. 

Jak jest z Polską?

Polska mnie zachwyciła, ale chcę spróbować nowych kierunków, nowych rynków?

Myśli Pani także o eksplorowaniu zagranicznych rynków aktorskich?

Zdecydowanie tak.

Ma Pani wiele zagranicznych projektów na koncie.

Są to zazwyczaj występy gościnne, głosowe. Mam ochotę zgłębiać ten rynek zagraniczny jeszcze bardziej. 

Jaki projekt zagraniczny jest dla Pani na ten moment najważniejszy?

Zachowam go dla siebie. (śmiech.)

Czy natura odkrywcy przydaje się również w tym zawodzie?

Oczywiście, jest wręcz bardzo pomocna. 

Właśnie. Wiele jest zawodów na "A", ale mam wrażenie, że Pani od zawsze wiedziała, że to właśnie aktorstwo jest dla Pani. 

Wiedziałam o tym od dziecka. 

Nigdy nie miała Pani nawet przez chwilę innego pomysłu na siebie?

Miałam pomysł, by zostać dziennikarką. Po ukończeniu ST skończyłam dziennikarstwo podyplomowo. Wybrałam aktorstwo.

Byłaby Pani w stanie porzucić aktorstwo dla dziennikarstwa?

Nie byłabym w stanie. 

Czy tak, jak u wielu adeptek zawodów artystycznych, u Pani było również tak, że od zawsze lubiła się przebierać i wcielać w różne postaci?

Oj, tak. Kochałam to od zawsze. 

W jakich okolicznościach nastąpiło Pani pierwsze poważne zderzenie z aktorstwem?

Nastąpiło wtedy, kiedy wygrałam Ogólnopolski Konkurs Recytatorski "Poezja i i Proza na Wschód od Bugu".  Było to w podstawówce, jak dobrze pamiętam, w szóstej klasie. 

Cztery lata studiowała Pani aktorstwo na państwowej ST im. Ludwika Solskiego w Krakowie z filią we Wrocławiu, ale w międzyczasie wyjechała Pani w ramach stypendium na Słowację. W Bratysławie studiowała Pani również aktorstwo. Czy fakt, że bardzo szybko uczy się Pani języków, ułatwił Pani edukację? 

Tak. Było to bardzo ciekawe doświadczenie. Do dzisiaj mówię po słowacku. 

Czy w dalszym ciągu to uczenie się nowych języków tak łatwo Pani przychodzi?

Myślę, że tak. Teraz bardziej skupiam się na niemieckim, byłam w klasie germanistycznej w LO. Na ten język stawiam. 

Czy są jakieś różnice pomiędzy studiami aktorskimi w Polsce a Bratysławie? 

Ogromne. Napisałam na ten temat pracę magisterską. Mogłabym długo opowiadać. Do ST w Bratysławie uczęszcza tylko kilka osób. U mnie na roku było nas dwadzieścia. Powinniśmy docenić polską edukację teatralną. 

W pracy na planie jest pewnie sporo różnic, prawda? Słyszałam, że tam, praca na planie trwa o wiele wolniej, niż w Polsce. Ile mniej więcej trwa okres zdjęciowy do filmu czy serialu?

Chciałabym ten temat zgłębić jeszcze bardziej. Nie mam aż tak wielkiego doświadczenia w tej materii. Mam doświadczenie, jeśli chodzi o pracę na polskich planach. Dla zagranicy chciałabym pracować więcej. 

Jest Pani obecnie zaangażowana do jakiegoś zagranicznego projektu, czy skupia się teraz przede wszystkim na rodzimych produkcjach?

Jeszcze nie. 

Dużo czasu spędza Pani na planie "Gliniarzy". 

To prawda. Wcielam się w podkomisarz Milenę Wiciak, to postać związana z Interpolem. 

Prywatnie jest Pani miłośniczką podróży. Gdyby tak się dało, podróżowałaby Pani pewnie cały czas, prawda? 

Na pewno. Bardzo lubię się przemieszczać, kocham być w podróży. 

Ile krajów udało się Pani do tej pory zwiedzić?

Świetne pytanie, ale chyba tego nie zliczę. (Śmiech.) 

środa, 8 lipca 2026

Ireneusz Czop o życiu, emocjach i „Zapiskach śmiertelnika” [WYWIAD]

 Ireneusz Czop o życiu, emocjach i „Zapiskach śmiertelnika” [WYWIAD]















fot. Małgorzata Krawczyk 

Aktor Ireneusz Czop był gościem 28. Kina na Granicy. Rozmawiamy o „Zapiskach śmiertelnika" w reżyserii Macieja Żaka. To film, w którym Czop wcielił się w głównego bohatera, F.P.

Opowiada m.in. na pytanie, dlaczego mężczyznom tak trudno przyznać się do problemów emocjonalnych. Zdradza też do zadawania sobie jakich pytań skłonił go filozoficzny charakter produkcji.

Przy okazji festiwalu Kino na Granicy nie spotykamy się po raz pierwszy, albowiem gościł Pan m.in. na 19. i 20. odsłonie przeglądu. Jak wraca się do Cieszyna?

Pięknie tu się wraca. Byłem tu wielokrotnie, na przestrzeni lat przyjeżdżałem nie tylko przy okazji tego festiwalu, ale także grając w tutejszym teatrze.

Jednym z trzech filmów z Pana udziałem, który można było tutaj zobaczyć, są „Zapiski śmiertelnika". Mówi Pan otwarcie, że to nie film o umieraniu, jak wielu mogłoby się wydawać, ale o życiu. Rozwińmy, proszę, tę myśl.

To film o z tym, czy rozumie się to życie czy wręcz przeciwnie.

Ważną wydaje się tutaj umiejętność przeżycia fragmentu własnej historii tak jak chcemy. Odnoszę równocześnie wrażenie, że nie każdy taką umiejętność posiada. Jak Pan się do tego odniesie?

Tego, kto taką umiejętność posiada, poproszę o korepetycje w tej materii. (Śmiech)

Głównemu bohaterowi, w którego Pan się wciela, pozornie niczego nie brakuje. Ma przecież wszystko - dom, rodzinę, pracę. Mimo to czuje rozczarowanie, że nie spełnił swoich młodzieńczych marzeń, co z kolei popycha go do myśli samobójczych. Mam wrażenie, że twórcy coraz chętniej decydują się na oparcie swoich produkcji o motyw odchodzenia. Z czego, Pana zdaniem, to wynika?

Myślę, że bierze się to z codzienności. Wydaje nam się, że mamy i wiemy wszystko. Dzisiejszy świat podpowiada nam także, że o wszystko możemy zapytać sztuczną inteligencję. Tak naprawdę to nas zwodzi, powoduje, że mamy w sobie swego rodzaju lukę.

Reżyser filmu, Maciej Żak, zdecydowanie wypełnia tę lukę, w sposobie poruszania kwestii ostatecznych w polskiej kinematografii. Czy jego podejście do całego zagadnienia, w którym nie brakuje też dystansu i humoru, było jednym z powodów, dla których zdecydował się Pan przyjąć rolę F.P.?

Oczywiście. Jednym z czynników jest na pewno jego podejście do narracji. Kluczową rolę odgrywa tu także jego wrażliwość literacka. Scenariusz „Zapisków śmiertelnika" nie był modyfikowany. Podczas jego realizacji szukaliśmy po prostu rozwiązań.

Nie było to Wasze pierwsze spotkanie, albowiem u Żaka zagrał Pan też w filmie „Konwój" z 2017 roku. Czy to pomogło Wam w pracy nad „Zapiskami śmiertelnika"?

Pomogło i przeszkodziło. (śmiech)  Ale wiadomo, że każdy kij ma dwa końce.

Czego nauczyła Pana praca z Maciejem Żakiem?

Praca z Maćkiem nauczyła mnie, że nie wszystko musi być takie prawdopodobne. Przekonałem się, że film to przede wszystkim metafora, że możemy poszukać siebie w innej optyce.

Czy filozoficzny charakter filmu skłonił Pana do rozmyślań nad swoim życiem?

Mam nadzieję, że do takich rozmyślań nasz film skłonił także widzów. To podstawowe zadanie sztuki.

Pod wpływem tego, czego doświadczał na ekranie Pana bohater, zdarzało się Panu myśleć też o tym, czy jest szczęśliwy?

Myślałem o tym, co to w ogóle znaczy.

Jakie jeszcze pytania zadawał Pan sobie, tworząc postać F.P.? 

Było ich naprawdę wiele. Myślałem o tym, ile mam czasu. Zastanawiałem się, czy dobrze go wykorzystuję. Myślałem też o tym, czy coś tak naprawdę lubię, czy ktoś mi to wmówił. W gruncie rzeczy były to bardzo proste pytania.

Czego dowiedział się Pan o sobie pracując nad tym filmem? Czego się nauczył?

Przekonałem się, że wszystko jest ciągłą pracą.

Dlaczego mężczyznom, o wiele trudniej niż kobietom, przychodzi poproszenie o pomoc?

Nie lubimy gadać i tyle. Kiedy zaczynamy myśleć czy rozmawiać o swoich wątpliwościach, tak naprawdę nie ma to końca. Zaczynamy marudzić, a mężczyzna, który marudzi, nie jest ciekawy.

Czy poniekąd bierze się też to z dość powszechnego hasła, że „chłopaki nie płaczą”?

Moim zdaniem bierze się to raczej z poczucia, że nas się nie słucha.

Czy po seansach spotyka się Pan z głosami widzów, którzy mówią, że pod wpływem tego, co zostało pokazane na ekranie, nie posunęli się do ostateczności i jeszcze raz przemyśleli swoje życie?

Były to inne refleksje, ale bardzo ciekawe. Ktoś zdecydował się, że zabierze swoją drugą połowę na spacer, a ktoś inny po seansie stwierdził, że musi zadzwonić do kumpla.

Pojawiły się też osoby, które opowiadały Panu swoje historie zbliżone do losów Pana bohatera?

Tak. To było dla mnie trudne, nie umiałem się w tym odnaleźć.

To z pewnością rola, która niesie trudność emocjonalną. Jakie miał Pan sposoby na zejście z trudnych emocji po kręceniu wymagających scen?

To najtrudniejsze i najczęstsze pytanie. Aktorów wprowadza się w rolę, ale nikt nas z tej roli nie wyprowadza…

Leżenie w zimnym Bałtyku nie było podobno tak trudne, jak mogłoby się wydawać. O wiele większym wyzwaniem okazało się leżenie bez ubrań w kostnicy.

Tak, to prawda, choć wchodzenie nago do Bałtyku w listopadzie nie było niczym przyjemnym.  Trudne było też chociażby granie w deszczu. Podczas kręcenia filmu było wiele wyzwań czysto fizycznych.

Gdyby miał Pan pracę nad tym filmem zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Zapiski śmiertelnika. (Śmiech)

Patryk Mandla / patsontopata o utowrze "Usterki" [WYWIAD]

 Patryk Mandla / patsontopata o utowrze "Usterki" [WYWIAD]
















fot. Piotr Lasoń

Patryk Mandla, znany jako patsontopata, opowiedział mi o kulisach powstania utworu "Usterki", ale także mechanizmach, które potrafią zdominować codzienne życie, a także być... trzonem piosenki. 

Próżność, zazdrość, kłamstwo i fałsz – to nie tylko pojedyncze błędy, ale mechanizmy, które potrafią zdominować codzienne życie. Skąd pomysł, by to właśnie one były trzonem utworu "Usterki"? 

Myślę, że to główna przyczyna porażek ciągłego niezadowolenia, wymówek i problemów człowieka w codzienności. Tym bardziej teraz, kiedy ludzie są pożerani przez internet, zanikają wzorce, brak emocji zaciera uczucia i buduje osoby bez niczego, co warto prezentować w odpowiedni sposób.

Wybór owych mechanizmów na motyw przewodni utworu był choć do pewnego stopnia inspirowany doświadczeniami życiowymi, czy był podyktowany czym innym?

Stworzyliśmy to na podstawie obserwacji i własnych doświadczeń. 

Utwór jest istną mieszanką stylistyczną, albowiem łączy rapową narrację, popową melodykę i rockową energię. Opowiedzmy coś więcej na ten temat. Skąd pomysł, by połączyć te trzy style? 

Oboje, razem z Arturem, posiadamy mieszankę umiejętności wokalnych, potrafimy robić podobne, ale w tym wszystkim różne, koncepcje na kawałek.  

W momencie kiedy to łączymy, wychodzi coś, czego nie da się kategoryzować. I tak to potem powstaje. Oboje uznaliśmy, że chcemy to robić dla ludzi, a nie, dla siebie. Oboje już mamy dość tego chorego spojrzenia na własne cztery litery. 

Niestety, tak  kreują social media. Samowystarczalność jest super, ale jak masz być sam, to  ważne, żeby być i czuć, spełniać się, ale patrzeć w tym wszystkim też na bliskich. 

Jaka była droga od pomysłu, po realizację Waszego duetu? 

Przyjechałem do studia, Artur pokazał mi numer, od razu powiedziałem, że go zrobimy. No i...wyszło. (Śmiech.)

Czego dowiedzieliście się o sobie podczas pracy nad tym utworem? Czego się nauczyliście? 

Dowiedzieliśmy się, że lubimy ze sobą współpracować i że dobrze nam to idzie, pomimo chaosu, który czasem w tym wszystkim się pojawia, walczymy i działamy. Spotykamy się co tydzień i pracujemy nad utworami i jak najlepszym efektem końcowym. 

Nauczyliśmy się, że warto działać z przyjaciółmi, wymieniać się sugestiami. 

To nie tylko utwór, który będzie próbował podbić listy przebojów, ale przede wszystkim opowieść o człowieku, który powoli traci kontakt z samym sobą. Zastanawialiście się, czy może pełnić także funkcję terapeutyczną, stanowić oczyszczenie?

Ta piosenka to lustro dla każdego, kto gubi się na drodze, którą nigdy nie powinien iść.

To historia o kimś, kto buduje swoją tożsamość na pozorach. Wiele jest takich osób, prawda?

Tak, niestety. Świat internetu ma to do siebie, że jest sztuczny, a to przekłada się na prawdziwe życie. Dlatego, ten problem dotyczy najczęściej młodzieży, ale niestety również starszych pokoleń.

Narracja "Usterek" skupia się na bohaterze zagubionym we własnym odbiciu. Czy czuliście kiedyś podobnie? 

Ja, jak najbardziej, szczególnie w relacjach damsko męskich, gdzie notorycznie, na siłę próbowałem coś zmienić, jeszcze bardziej niszcząc przy tym nie tylko siebie, ale też drugą osobę.  

Co jest najtrudniejsze w momencie, w którym przyznajemy się do tego? 

Strach przed tym, kim się nagle stajemy.

Co zrobić, kiedy próżność zaczyna dominować nad autentycznością?

Wtedy trzeba na chwilę zwolnić i spojrzeć na siebie w lustrze, zadając sobie pytanie, "Czy to naprawdę ja, czy ktoś kogo będę musiał później udawać?” 

Może to spotkać każdego, niezależnie od momentu, w którym aktualnie się znajduje. 

Jak postępować, by tej autentyczności, nie tylko w muzyce, mimo życiowych zakrętów, nie stracić?

Umieć zaakceptować siebie. Pokochać swoje zalety i wady, a dopiero wtedy zacząć budować siebie, tak, jak chcemy. Warto spróbować. 

Życie bywa ciężkie i dołujące. Każdy dzień to walka. Trzeba iść, czasem zwolnić, żeby przestać się bać tego, co może się wydarzyć.  Nie ma żadnych utartych schematów. Trzeba wiedzieć, co nas uszczęśliwia, ale znać też odpowiedź na pytanie, czemu tego nie robimy. 

Jak pozbyć się zazdrości, będącej motorem napędowym konfliktów?

Odpuścić. Opowiem pewną historię. 

Znałem kogoś, kto stracił jedyną w swoim rodzaju kobietę, która go kochała. 

Pozbierał się, znajdując sobie kogoś po kilku miesiącach. 

Prawda jest taka, że i tak musiał iść do przodu mimo tego, że tak naprawdę to on zawinił i wszystko zniszczył. Musiał nauczyć się cieszyć czyimś szczęściem, bo to największa umiejętność.

Co najczęściej, oprócz fałszu i kłamstw, wypala wzajemne zaufanie?

Zdrada i brak poczucia, że możesz na kogoś liczyć.

Dlaczego ludzie zakładają maski? Zastanawiałeś się nad tym? W jakich sytuacjach robisz to najczęściej?

Wydaje się to łatwiejsze, niż przyznanie się do błędu. Dlatego, czasem każdy je zakłada. 

Najczęściej powoduje to przeszłość, strach, doświadczenie, które ciąży nam na barkach. To najczęściej zdarzenie, które nas zniszczyło i nauczyło, że nie warto być sobą, nie warto być szczerym. 

Ciężko stwierdzić kiedy je zakładam, ale staram się być na takim etapie, żeby nie patrzeć za siebie, chociaż wiem ile błędów popełniłem i ile mnie nauczyły. Zawsze trzeba, mimo wszystko, iść do przodu. 

Podobno Wasz utwór nie jest rodzajem moralitetu, ani wykładem o etyce, a jedynie zapisem obserwacji. Jak długo trwały? Na czym się skupiały?

Nie trwało to długo. Rozmawialiśmy o tym, co nas męczy. Tytuł nawiązuje do Usterki, czyli postaci z Bajki Disneya, "Ralph Demolka", gdzie główny bohater spotyka małą usterkę, która niszczy grę. Patrzyliśmy również na problemy świata codziennego, gdzie coraz więcej osób patrzy tylko i wyłącznie na siebie. Niestety, każdy czasem tak ma, więc warto to wypośrodkować i spróbować jakkolwiek poukładać.