piątek, 26 czerwca 2026

Andrzej Chyra o swoich najnowszych rolach, samotności, intuicji i sile kina [WYWIAD]

 Andrzej Chyra o swoich najnowszych rolach, samotności, intuicji i sile kina [WYWIAD]














fot. Małgorzata Krawczyk 

Andrzej Chyra jest jednym ze stałych bywalców Kina na Granicy. Opowiada o powrotach do Cieszyna, ale też o filmach ze swoim udziałem, które można było zobaczyć na mionionej, 28. odsłonie wydarzenia. 

Opowiada o kulisach wieloletniego powstawania filmu „Las“ w reżyserii Joanny Zastróżnej i „Klarnecie“ w reżyserii Toli Jasionowskiej.

Jest Pan jednym z weteranów tej imprezy, którzy w Cieszynie spędzili chyba rekordową liczbę majowych długich weekendów.

Przyjeżdżając na tę edycję, rzeczywiście uświadomiłem sobie, że jestem tutaj już kolejny raz. Za każdym razem, kiedy przyjeżdżam do Cieszyna, czuję się tutaj zadomowiony.

Pamięta Pan swoje pierwsze spotkanie z dyrektorem programowym polskiej części festiwalu, Łukaszem Maciejewskim?

Jestem prawie pewien, że po raz pierwszy spotkaliśmy się przy okazji, kiedy prowadził spotkanie po którymś z moich filmów. Było to bardzo dawno, więc chyba mogę zaryzykować stwierdzenie, że nasze kariery rozpoczęły się w podobnym momencie. (Śmiech)

Nie tylko rozmowy o filmach, ale też spotkania kuluarowe, po projekcjach, te więzy zacieśniają, prawda?

Tak. Łukasz jest wyjątkowym człowiekiem. Na polu krytycznym, w teatrze, ale też w filmie, przez lata bardzo dużo działał, pisał.  Rozumie, że festiwale są wyborem gustu, również takiego, który idzie czasem na kompromis. Uważam, że jest dobrze zorientowany i ma świadomość, jak filmy działają, a zatem może je umiejętnie łączyć. Ma ogromny talent do tworzenia dobrej atmosfery.

Dużym atutem cieszyńskiego festiwalu jest również to, że łączy miłośników kina polskiego, czeskiego i słowackiego. Jacy czescy przedstawiciele filmu są Pana ulubionymi?

Jednym z nich jest na pewno Miloš Forman. Lubię czeskie, starsze kino, zwłaszcza filmy z lat 60. Niektóre bardzo dobrze pamiętam. Kilka lat temu byłem nawet jednym z jurorów na festiwalu filmowym po czeskiej stronie, miało to miejsce w Plzni.

Spotykamy się po projekcji filmu „Las" w reżyserii Joanny Zastróżnej. To obraz bardzo atypowy. Czy właśnie w tej atypowości zawarty jest jego największy sukces?

Na jego sukces składa się na pewno to, co ta atypowość zawiera. Poszczególne warstwy tego filmu i wątki, z których się składa, tworzą napięcie dramatyczne. Jeżeli ktoś wejdzie w rytm tego filmu i otworzy się na jego urok, będzie zadowolony z efektu.

O tym projekcie mówi się również, że jest podróżą surrealistyczną. Jaką podróżą był dla Pana? Czego się Pan o sobie dowiedział, czego się nauczył?

Była to dla mnie podróż fascynują, trwająca bardzo długo. Była to podróż przez świat wyobraźni Joanny. To załapanie się na czyjś świat wyobraźni jest tym, co od zawsze fascynuje mnie w tym zawodzie. Zdjęcia do „Lasu" trwały osiem lat, a jego łączne konstruowanie trwało około czternaście lat, co sprawia, że był on jednym z najdłużej powstających polskich filmów. Był realizowany w większości z prywatnych środków, albowiem częściowe dofinansowanie z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej otrzymał dopiero w późniejszym czasie. Opowiem jeszcze o kulisach powstawania naszego filmu. W tym okresie bardzo zmieniała mi się waga. Jej różnica w maksymalnych odchyleniu to piętnaście kilogramów. Ciekaw jestem, czy dla widza jest to zauważalne.

W tym filmie, dzięki właśnie wieloletniej pracy nad nim, można usłyszeć głos nieodżałowanego Franciszka Pieczki.

Fantastyczny człowiek.

A jak pracowało się z Joanną Zastróżną?

Joanna się uczyła. Przyszła ze świata, w którym pracowała wcześniej. Musiała się wielu rzeczy nauczyć. Praca nad tym filmem odbywała się poza normami topograficznymi. Tradycyjnych uwag, które słyszymy od reżyserów, nie było.

Natknęłam się na fragmenty Pańskich wypowiedzi, w których zwracał Pan uwagę na specyficzny, nieoczywisty i nieco "wykręcony" charakter scenariusza tej produkcji. Czy to właśnie te jego cechy zdecydowały, że postanowił Pan tę rolę przyjąć?

Oczywiście. Lubię sztukę i uważam, że jest czymś, czym nie umiemy się posługiwać i bawić. Uważam, że korzystania ze sztuki powinno uczyć się w szkołach. Uświadomienie tego, jak może być pobudzająca duchowo, jest rzeczą ważną.

Drugim filmem, który można było w Cieszynie zobaczyć, jest „Klarnet" w reżyserii Toli Jasionowskiej. Podobno, jego paradoksem jest to, że pokazuje świat kobiet, w którym brakuje mężczyzny, a ten brak staje się jego szczególną wartością.

Ten film wchodzi w pewną intymność z czułością, ale bez ekscesów, bez histerii. Intymność samotnych kobiet jest szczególna. Kiedy w danej historii obecny jest mężczyzna, tematy, które się porusza, są inne. Bardzo wiele osób przyznaje się, że płakało na tym filmie. „Klarnet" przez to, że dotyka świata bez mężczyzn, pokazuje potrzebę obecności tego brakującego pierwiastka.

Stworzył Pan postać, którą cechuje silna intuicja, która w dzisiejszym świecie, w moim odczuciu jest bardziej powszechna u kobiet, aniżeli u mężczyzn.

Chcieliśmy wyjść poza funkcjonujące w świecie przekonanie, że stereotyp określa prawdopodobieństwo charakteru. Myślę, że tacy mężczyźni się zdarzają. To, co prezentuje mój bohater, jest sposobem na spotkanie tych dwóch światów, kobiecego i męskiego, na nieco innej płaszczyźnie. To spotkanie jest bardzo głębokie, prawdziwe i intrygujące. Uważam, że udało nam się przełamać stereotyp spotkania dwójki ludzi. Ten film, w swojej delikatności i głębokiej intymności ma coś takiego, że wiele osób bardzo go przeżywa.

Agnieszka Żulewska o filmie "Człowiek do wszystkiego" i (nie) tylko [WYWIAD]

Agnieszka Żulewska o filmie "Człowiek do wszystkiego" i (nie) tylko  [WYWIAD]















fot. Małgorzata Krawczyk 

Dla Agnieszki Żulewskiej 28. edycja Kina na Granicy była możliwością powrotu do Cieszyna. Okazją do spotkań z widzami były aż trzy filmy z jej udziałem, które można było zobaczyć. 

Opowiedziała o pracy nad filmem „Człowiek do wszystkiego" i współpracy z Anką i Wilhelmem Sasnalami, epizodzie w „Brzydkiej siostrze" w reżyserii Emilie Blichfeldt i przewadze mężczyzn na planie „Wielkiej Warszawskiej".

 28. edycja Kina na Granicy nie jest pierwszą odsłoną festiwalu, na którym się Pani pojawia. Jak wraca się do Cieszyna?

Do Cieszyna cudownie się wraca. To przepiękne miejsce, dlatego cieszę się, że mam taką możliwość.

To jeden z tych festiwali, na którym nie obowiązują galowe stroje i nie ma czerwonych dywanów. Czy właśnie to składa się Pani zdaniem na jego sukces? 

Oczywiście, to że nie ma tutaj dress codu i wszyscy jesteśmy na luzie, jest ważne. Istotna jest też możliwość spotkania tych, których spotyka się tylko okazjonalnie. Tu wszyscy się zbieramy i to jest wspaniałe.

 Dużym atutem, moim zdaniem, jest również to, że ten przegląd łączy miłośników kina polskiego, czeskiego i słowackiego. Jacy czescy przedstawiciele filmu są Pani ulubionymi?

Jednym z nich jest dla mnie Petr Zelenka.

 Ilekroć pytam gości festiwalowych o skojarzenia z Czechami, najczęściej słyszę, że to piwo i smażony ser. Co Pani dorzuci do tej puli?

Prostokątne salami, masełko smakowe i pistacje. (śmiech)

 W ramach tej edycji przeglądu można zobaczyć aż trzy filmy z Pani udziałem. Zacznijmy od „Człowieka do wszystkiego". To najnowszy film w reżyserii Anki Sasnal i Wilhelma Sasnala. Jak się z nimi pracowało?

To wspaniali ludzie. Praca z nimi to przywilej i wielka radość. Plany są rodzinne, spokojne. W tej pracy liczy się tak naprawdę proces twórczy, a nie efekt. To jest świetne.

 Czego się Pani nauczyła od Sasnalów?

Samo przebywanie z Anką i Wilhelmem oraz słuchanie tego jak opisują świat, a także ich wiedza i doświadczenie, jest swego rodzaju nauką.

 Scenariusz powstał na podstawie powieści szwajcarskiego pisarza, Roberta Walsera pod tym samym tytułem, wydanej w 1908 roku. Czy w ramach pracy nad filmem sięgnęła Pani po ten tytuł?

Książkę przeczytałam po zakończeniu pracy na planie. Głównym materiałem do pracy był dla mnie wspaniały scenariusz napisany przez Wilhelma i to on stanowił punkt wyjścia i wsparcia w całym procesie 

 Główny bohater to alter ego samego pisarza, który zarabiał jako kopista, pomocnik w bogatych domach. Najpierw jest takim człowiekiem od wszystkich zadań, a z czasem staje się zaufanym rozmówcą i doradcą Pani bohaterki, czyli żony Toblera. Co Pani o niej opowie? Jak ją Pani budowała?

Tekst napisany przez Walsera był konkretny i treściwy. Nie zdarza mi się zastanawiać nad tym, jak budować swoją postać. Wchodzę do zastanych okoliczności. Słucham tego, czego chce reżyser. Czytam scenariusz. Z tego wyłania się postać. Nie przygotowuję się do tego, co mam do zagrania. Liczę, że okoliczności mi pomogą.

 Mimo, że film oparty jest na powieści z 1908 roku, uważam, że to obraz na dzisiejsze czasy, albowiem mechanizm upokarzania człowieka przez pracę wciąż działa, a zatem jego życie jest odzwierciedleniem otaczającej nas rzeczywistości. Zgodzi się Pani z tym stwierdzeniem?

Tak, zdecydowanie.

 Warto podkreślić, że nie jest to Wasza pierwsza współpraca, albowiem zagrała Pani także w filmie „Nie zgubiliśmy drogi" z 2023 roku. W czym upatruje Pani największą siłę tego duetu reżyserskiego?

Ich największa siła zawarta jest w tym, że są zgodni. Proponują coś bardzo konkretnego. Nie uginają się pod zewnętrznymi wytycznymi. Mają ogromną chęć realizacji swojej wizji.

 Kolejnym filmem z oferty festiwalowej jest „Brzydka siostra". To debiut reżyserski Emilie Blichfeldt.

To body horror. Mamy do czynienia z historią, którą wszyscy znamy. Tak naprawdę oglądamy „Kopciuszka", ale akcenty są tutaj przesunięte, ponieważ główna bohaterka jest tutaj przyrodnia siostra Kopciuszka, uznawana za mniej urodziwą i podłą. Przy bliskim spotkaniu okazuje się to jednak dużo bardziej zniuansowane. 

 Z polskich aktorek, obok Pani wystąpiła Katarzyna Herman. Proszę opowiedzieć o swojej postaci.

Pojawiam się tam dosłownie na trzy sekundy. (Śmiech) Wychodzę z obrazu, jestem matką mówiącą do głównej bohaterki, że jej buty są w kieszeni, a dynia zamieni się w karocę.

 Możliwość pojawienia się na zagranicznym planie filmowym jest zawsze bardzo ciekawym doświadczeniem, prawda?

Tak, dokładnie.

 Jakie są podstawowe różnice między pracą na planie filmowym w kraju a poza jego granicami?

Różnice są bardzo względne. Jesteśmy wspaniałym rynkiem. Tak naprawdę tego, w jaki sposób ten rynek się rozwija i jak bardzo profesjonalną grupą filmowców jesteśmy, można doświadczać jeżdżąc w różne miejsca. Mamy zupełnie inny etos pracy. Polskie plany filmowe są wspaniałe.

 „Wielka Warszawska" to film o kulisach wyścigów konnych. Prezentuje spojrzenie na brudną stronę sportowego sukcesu, co stawia bohaterów w sytuacjach wyborów moralnych. Jak odnajdywała się Pani na planie filmu zdominowanego przez mężczyzn?

Świetne pytanie. Kobiet w tym filmie faktycznie jest jak na lekarstwo. To z jednej strony sprawia, że jesteśmy na wierzchu, ale faktycznie, ten męski świat trzeba było trochę porozchadzać i trochę się przez niego poprzedzierać.  Dzięki temu jednak mogłyśmy być zauważone na tle panów.(śmiech)

 Gdyby miała Pani pracę nad tym filmem zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Uwielbiam pracować z Tomkiem Ziętkiem. Bardzo cieszyłam się na ponowne spotkanie z reżyserem Bartkiem Ignaciukiem, z którym spotkałam się wcześniej przy serialu „Wielka woda".

 Jaki był to powrót do pracy z Ignaciukiem?

Był to wspaniały powrót. Bartek jest osobą wysokiej kultury osobistej, człowiekiem szalenie spokojnym, wiedzącym, czego chce. Spotkania z nim są bardzo przyjemne.

piątek, 19 czerwca 2026

Dominika Sakowicz (nie) tylko o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]

 Dominika Sakowicz (nie) tylko o serialu "M jak miłość"  [WYWIAD]





















fot. Iga Mackiewicz 

Z Dominiką Sakowicz spotkałam się w Warszawie. Rozmawiałyśmy o serialu "M jak miłość", postaci Joanny, w którą wciela się od 1914 odcinka, ale też o tym, jak czasami widzowie tracą czujność i mylą fikcję z rzeczywistością.

W naszej rozmowie nie zabrakło też przestrzeni na poruszenie tematu teatru, a także skonfrontowanie dwóch światów - teatralnego a kamery telewizyjnej. 

Aktorka telewizyjna, teatralna, modelka, optymistka. Osoba, dla której zawsze, szklanka jest do połowy pełna. Przyjaźnie nastawiona do ludzi i świata. Tak Panią widzę. (Śmiech.) Postrzega Pani siebie w podobny sposób?

To bardzo ciekawe spostrzeżenie, albowiem dla ludzi z zewnątrz jawię się w podobny sposób. Widzą mnie jako ciepłą osobę i ja się z tym zgadzam, ponieważ wydaje mi się, że mam w sobie sporo tego ciepła i miłości do ludzi. Gdybym jednak ja sama miałabym siebie w jakiś sposób określić, powiedziałabym, że jest we mnie sporo smutku i swego rodzaju melancholii. 

Od zawsze Panią tak postrzegano, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem?

Zawsze. Wynika to z tego, że moim celem jest dawać ludziom radość. Ważne jest dla mnie, by ludzie w moim otoczeniu dobrze się czuli. Nie mam w zwyczaju swoich wewnętrznych rozterek przelewać na innych. (Śmiech.)

Takie nastawienie pomaga także w tym pięknym, ale jednak trudnym zawodzie?

Pozytywne nastawienie w ogóle pomaga w życiu. 

Wiele jest zawodów na "A". (Śmiech). Co spowodowało, że wybrała Pani akurat aktorstwo?

Mam takie wrażenie, że ja się z tym urodziłam. Wybór aktorstwa przyszedł dość naturalnie. 

Czy nigdy nie miała Pani innych pomysłów na siebie, a od najmłodszych lat lubiła się przebierać i wcielać w różne postaci?

Oczywiście, inne pomysły też były, ale chyba bardziej w życiu dorosłym. Jak mi nie szło w aktorstwie, często myślałam o tym, żeby się przebranżowić.

Jakie pomysły na siebie brała Pani pod uwagę?

Myślałam, by zostać agentką nieruchomości. Zrobiłam też kurs, by zostać... wedding plannerką.

Nic straconego, wszystkie swoje umiejętności może Pani wykorzystać na ekranie.

Oczywiście, że tak. 

Choć w zawodzie jest Pani aktywna od 2017 roku, to czy właśnie otrzymanie roli w serialu "M jak miłość" sprawiło, że poczuła Pani, jak nabiera wiatru w żagle?

Tak. Nie ukrywajmy, że jednym z powodów naszej rozmowy jest właśnie to, że pojawiłam się w tym serialu. (Śmiech.) 

Kończąc szkołę, sporo grałam w różnych teatrach, m.in. w Teatrze Studio, Teatrze Scena 11, a także w teatrze objazdowym. "M jak miłość" pozwoliło szerszej publiczności mnie poznać. Mam ogromny apetyt na karierę filmową. 

Wielu aktorów marzy o tym, by być częścią właśnie tej kultowej produkcji, która od ponad 25 lat cieszy się niesłabnącą sympatią wśród widzów. Czy wizualizując sobie rolę marzeń, myślała Pani kiedykolwiek o tym serialu?

Oczywiście! Jako mało dziewczynka też oglądałam ten serial. Siadałam przed telewizorem i marzyłam o tym, że jak dorosnę, to dołączę do rodziny Mostowiaków. 

I jak tu nie wierzyć w to, że marzenia mają siłę sprawczą? Jako doktor Joanna Dobrzańska, w serialu "M jak miłość" po raz pierwszy pojawiła się Pani w 1914 odcinku. 

Jestem ciekawa, jak te losy Joasi się potoczą. 

Wiadomo już, że zanim trafiła Pani do produkcji, zdarzało się Pani ją oglądać i to od swoich najmłodszych lat.  Czy zatem miała Pani swoje ulubione wątki, ulubionych bohaterów?

Kiedy oglądałam ten serial lata temu, fascynowały mnie np. losy Marty Mostowiak, granej przez wspaniałą aktorkę Dominikę Ostałowska. Jej bohaterka miała naprawdę sporo życiowych zawirowań, głównie tragicznych. Za tym oczywiście idą wyzwania aktorskie, które mnie kręcą. 

Jak po latach patrzy się na coś, co oglądało się, będąc dzieckiem? 

Pamiętam, jak podczas jednego z moich dni zdjęciowych pierwszy raz podjechałam pod dom w Grabinie. Było to faktycznie takie zderzenie tego, o czym marzyłam jako mała dziewczynka, oglądając serial w telewizji, z tym, gdzie teraz jestem, jako dorosła kobieta. 

W czym, w Pani odczuciu, tkwi fenomen tego serialu?

Myślę, że ten serial jest tak lubiany przede wszystkim dzięki temu, że grają w nim tak wybitni aktorzy. Jest bliski ludziom i codzienności. Zrzesza tyle różnych wątków i historii, że każdy może się w nim odnaleźć. 

Jak została Pani przyjęta na planie?

Bardzo miło. Od pierwszych scen partnerował mi Robert Moskwa, który wziął mnie pod swoje skrzydła, oprowadził po planie i poznał z ekipą. Złapaliśmy od razu świetny kontakt. To dzięki niemu, już od pierwszych chwil, poczułam się na planie serialu, jak w domu. Nie chcę tak słodzić, ale naprawdę jak na razie, (Śmiech.) nie mogę powiedzieć na nikogo złego słowa. Wszyscy bardzo ciepło mnie przyjęli. A to wcale nie zdarza się tak często.

Miała Pani mocne wejście nie tylko w sam serial, ale również w życie Artura, w którego wciela się wspominany Robert Moskwa. (Śmiech.) Widzowie poznali Joannę w momencie, w którym rani się w rękę, a z opresji ratuje ją właśnie wspominany, serialowy doktor Rogowski. Jak realizowano tę scenę?

Chronologia nagrywania bywa czasem zaburzona i nie idzie w parze z kolejnością tego, co jest pokazywane na ekranie, więc to nie była pierwsza scena, którą realizowałam, wcielając się w Joannę. Ta scena nagrana była trochę później.

Podczas mojego pierwszego dnia zdjęciowego realizowaliśmy sceny w przychodni. 

Nagrywanie sceny, w której Joanna rani się w rękę, było dla mnie bardzo ciekawe. Dużo się działo. Mogłam pokazać wiele emocji. Mimo, że dla niektórych jest to wątek dość kontrowersyjny, gra mi się go bardzo dobrze. (Śmiech.) 

Między Joanną a Arturem iskrzy od pierwszego spotkania i mam wrażenie, że tak już będzie zawsze. (Śmiech.) Muszę o to zapytać, choć wiem, że nie może Pani zdradzić zbyt wiele. Czy fani, przyzwyczajeni do małżeńskiej sielanki, która panuje pomiędzy Arturem a Marysią, powinni zacząć się martwić?

Widzowie od lat byli przyzwyczajeni do sielanki w małżeństwie doktora Rogowskiego, ale powiedzmy sobie szczerze, czy byłoby co oglądać, gdyby cały czas szło to w jednym kierunku? (Śmiech.) 

Jedni są zaniepokojeni już teraz, drudzy zaś czasem mylą rzeczywistość z serialową fikcją. Niestety, ta cienka linia pomiędzy jednym, a drugim, społeczeństwu czasem się zaciera. Apelowała Pani już na swoim oficjalnym profilu na Instagramie do widzów w tej kwestii. Co powiedziałaby Pani na ten temat w naszej rozmowie?

Dostałam kilka wiadomości na Instagramie, które co prawda nie były przesycone agresją, ale w których było widać, że niektórym widzom naprawdę zaciera się ta granica pomiędzy fikcją a tym, co dzieje się naprawdę. Były takie głosy, które domagały się, abym zostawiła Artura w spokoju. (Śmiech.) 

Niestety, Robert Moskwa obrywa bardzo mocno za to, co dzieje się na ekranie. Oczywiście, można wyrazić swoją opinię, ale nie można nikogo obrażać. 

Myślę, że najgorsze w tym wszystkim są portale, które podsycają hejt. Już same nagłówki są jednostronnie skonstruowane. Zdarzyło mi się parę razy zajrzeć w komentarze pod takim postem i to, co tam się sączy… delikatnie mówiąc, nie należy do najprzyjemniejszych odczuć. Dla swojego zdrowia, staram się tego nie robić, choć czasem kusi. 

Ja jestem aktorką, to jest mój wyuczony zawód i staram się go wykonywać najlepiej, jak potrafię. Im barwniejsza postać, tym dla mnie lepiej, bo mam jakieś wyzwanie przed sobą. A o perypetiach bohaterów nie decydują aktorzy, dostajemy gotowy scenariusz i robimy, co w naszej mocy.

Mój partner dobrze to kiedyś podsumował, a propos tego, że niektórzy widzowie przekraczają wszelkie granice - czy jeśli nie smakuje Ci bułka kupiona w piekarni, idziesz do tej piekarni i personalnie obrażasz Panią, która ją sprzedała? 

Bliska jest Pani nie tylko kamera telewizyjna, ale również scena teatralna. Czym jest dla Pani teatr?

Teatr jest mi zdecydowanie bliższy, niż kamera.

Z czego to się bierze?

To tam powstałam jako aktorka, tam rozwinęłam swoje skrzydła. Dopiero to pozwoliło mi przebić się na ekran. Teatr jest moją miłością absolutną. To coś zupełnie innego, niż ekran. Na scenie obcujemy z żywym organizmem. Relacja widz - aktor jest jak tango. Musimy razem ze sobą zatańczyć. Jeśli komuś się pomylą kroki, ten drugi też się wywróci.

To prawda, że aktor jest świadomy tego, co dzieje się na widowni?

Oczywiście. Pamiętam sytuacje, w których widz, siedzący w pierwszym rzędzie myślał, że nie widzę, kiedy wysyła do kogoś SMSa. Kiedy byłam na początku drogi, takie zachowanie potrafiło wybić mnie z rytmu.

Czy takie zachowanie może być powodem zaimprowizowania i uświadomienia widza, że to, co zrobił, nie było na miejscu?

Coś takiego wydarzyło się na monodramie Ewy Błaszczyk. Potrafiła tak podjąć temat, że faktycznie, w delikatny sposób zwróciła widzowi uwagę. 

Co dają jego deski, czego nie daje oko kamery?

To zdecydowanie adrenalina. Oczywiście, jest ona też obecna, kiedy po raz pierwszy wchodzi się na plan jakiegoś nowego projektu lub partneruje mi zupełnie nowy aktor, z którym nie miałam jeszcze przyjemności spotkać się w pracy.

 Jak często zdarza się Pani improwizować przed kamerą?

Chyba jak na razie to mi się nie zdarzyło. Albo sobie nie przypominam. Ja w ogóle cenię sobie bliską współpracę z reżyserem, lubię poddawać się czyjejś wizji, oczywiście korzystając ze swojej wrażliwości. 

Jest Pani nie tylko aktorką, ale także modelką. Kiedy to modeling pojawił się w Pani życiu? 

Modelka, to chyba za duże słowo. (Śmiech.) 

Kiedy byłam nastolatką, chodziłam do szkoły estradowej i to właśnie tam, moja nauczycielka tańca coś we mnie zauważyła. Podpowiedziała mi, żebym poszła na konkurs miss. Od tej pory zaczęłam dostawać propozycje współpracy komercyjnych, które do dziś zdarza mi się realizować. 

Traktuje to Pani jako uzupełnienie bycia aktorką, czy raczej jako osobną przygodę?

Traktuję to raczej jako osobną przygodę, choć usłyszałam ostatnio, że powinno to się zazębiać. Przyznam, że u mnie chyba nie do końca tak to działa. 

Trzeba przyznać, że Joasia w "M jak miłość" stylówki ma wspaniałe. Ma Pani jakiś wpływ na to, jak się ubiera?

Kiedy przyszłam na pierwsze przymiarki, cały pion kostiumów zaproponował mi tak piękne stroje, że ja się kompletnie w nich zakochałam. Nie miałam żadnych uwag. Fajne jest to, że tak jak w życiu, w serialowej garderobie te stroje też się powielają. No, któż codziennie ubiera się w co innego? (Śmiech.)

W czym to Pani na co dzień czuje się najlepiej? 

Jestem mniej elegancka, niż postać, w którą wcielam się w serialu, ale przyznam, że wiele jej sukienek chętnie bym sobie przywłaszczyła. (Śmiech.) Uwielbiam kwiaty, sukienki. Na co dzień ubieram się w to, w czym dobrze się czuję. 

wtorek, 16 czerwca 2026

Maria Gładkowska o filmie "Magnat" i życiowych doświadczeniach [WYWIAD]

 Maria Gładkowska o filmie "Magnat" i życiowych doświadczeniach [WYWIAD]













fot. Małgorzata Krawczyk 

Aktorka Maria Gładkowska na Kino na Granicy  przyjechała po raz pierwszy. Spotkała się z najmłodszymi widzami, by zainaugurować lubiany cykl „Aktorzy i aktorki czytają dzieciom".

Nie był to jej jedyny powód przyjazdu nad Olzę, albowiem podczas przeglądu wyświetlone zostały dwa filmy z jej udziałem, których reżyserem jest Filip Bajon.

To właśnie m.in. o filmie „Magnat" i „Bal na dworcu w Koluszkach" Maria Gładkowska rozmawiała ze mną. Opowiedziała, z jakimi emocjami ogląda się po latach filmy, w których się zagrało oraz jak wspomina pracę nad nimi.

Na początku każdej rozmowy staram się opisać swojego rozmówcę. Panią widzę jako aktorkę o imponującym dorobku artystycznym, ale też osobę, która mimo tego, że nie brakowało w jej życiu trudnych doświadczeń, nadal potrafi się uśmiechać i widzi szklankę do połowy pełną. Postrzega Pani siebie w podobny sposób?

Tak, jak najbardziej. Moje doświadczenia mnie ukształtowały, to dzięki nim jestem taką osobą, jaką jestem.

Takie nastawienie pomaga również w tym pięknym, a równocześnie trudnym zawodzie, prawda?

Myślę, że to taki zawód, który uczy dystansu do życia i do wielu spraw, w tym także do niepowodzeń, które są częścią tego wszystkiego.

W wywiadach często przyznaje Pani, że to nie jest łatwy zawód, jednocześnie przekonując, że jego wyboru nigdy Pani nie żałowała. To prawda, że już w liceum postrzegała Pani go jako swego rodzaju sposób na naprawianie świata? 

Kiedy wybierałam ten zawód jako młoda dziewczynka, myślałam o tym, że dzięki mojej grze widz będzie mógł dokonać przemyśleń swojego życia, działania i mieć jakieś refleksje.

Jak postrzeganie tego zawodu zmieniło się u Pani na przestrzeni lat?

Trochę inaczej to wygląda, kiedy już jest się dorosłą osobą. W moim wieku człowiek nie ma już żadnych złudzeń. (Śmiech) To nie jest łatwy zawód, zwłaszcza dla kobiety. Kiedy pierwszy raz powiedziałam, że chcę zdawać do szkoły aktorskiej, przestrzegał mnie przed tym Janek Englert. Dziś już mam tego pełną świadomość, aczkolwiek niczego nie żałuję.

W repertuarze 28. edycji Kina na Granicy znalazły się dwa filmy z Pani udziałem. Pierwszy to „Magnat", który premierę miał w 1986 roku. Wcieliła się Pani w Daisy, żonę Hainsa Heinricha. To już prawie 40 lat od jego premiery. Jak dziś patrzy Pani na ten film? 

Mierzę wszystko wiekiem moich dzieci, więc to bardzo prawdopodobne, że to już tyle lat. (Śmiech) Im człowiek jest starszy, tym szybciej życie upływa. Mam takie poczucie, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, że wręcz pędzi, jak to najnowsze pendolino w naszym kraju.

Mam wrażenie, że „Magnat" jest dla Pani ważnym filmem. Dlaczego?

„Magnat" jest dla mnie bardzo ważnym filmem, ponieważ po raz pierwszy w mojej karierze zawodowej dostałam wtedy propozycję zagrania takiej właśnie postaci. Niewątpliwie, jako dla młodej osoby, było to dla mnie wyzwanie.

Jakim reżyserem jest Filip Bajon?

Pracowało nam się doskonale. Jak już wspomniałam, byłam wtedy bardzo młodą dziewczyną. Spotkanie w pracy tak doświadczonego aktora jak Jan Nowicki, czy tak uznanego już reżysera jak Filip Bajon, było dla mnie bardzo ważne. Przyglądałam się im z dużym zainteresowaniem i zaciekawieniem.

U Filipa Bajona zagrała Pani również w „Balu na dworcu w Koluszkach" i pokrewnym „Magnatowi" miniserialu „Biała wizytówka". Punktem wyjścia "Balu..." jest autentyczna zima stulecia z przełomu lat 1978/79. Jak Pani zapamiętała pracę nad tym projektem?

Te zdjęcia były zupełnie inne, ponieważ był to zupełnie odmienny film. Trudno tutaj mówić o większej roli. Moja postać nie była tak znacząca. Przy tym filmie, podobnie jak w przypadku „Magnata", Piotr Sobociński był odpowiedzialny za zdjęcia. Wiedziałam już, jak się z nimi pracuje. Być może ten dystans, który z początku mi towarzyszył, zmniejszył się, a co za tym idzie, lęk młodej, przystępującej do pracy aktorki, też nie był już tak duży.

Gdyby miała Pani możliwość zagrać u niego po latach, w jakimś nowym tytule, zdecydowałaby się Pani taką rolę przyjąć?

Gdyby tylko miał dla mnie jakąś ciekawą do zagrania postać, oczywiście, zgodziłabym się.

Nie wiem, czy po tylu latach można zadać to pytanie, ale spróbujmy. Czego Panią praca nad tym tytułem nauczyła?

Spotkałam wtedy Jana Peszka, który jest wielkim, nietuzinkowym wręcz aktorem. Jego styl gry jest odmienny od wielu, równie wspaniałych aktorów, których znam. To zetknięcie się z nim było dla mnie bardzo interesujące.

Czy zdarza się Pani po latach wracać do oglądania innych filmów ze swoim udziałem?

Tak. W ubiegłym roku po raz pierwszy w całości obejrzałam wspominaną „Białą wizytówkę", która jest rozszerzoną wersją „Magnata". Wcześniej nie widziałam tego miniserialu.

Jakie towarzyszyły Pani emocje?

Obejrzałam go z dużym zainteresowaniem i takim wewnętrznym drżeniem.

Cieszyński festiwal łączy miłośników polskiego, czeskiego i słowackiego kina oraz literatury. Pani ulubieni czescy przedstawiciele kina i literatury to...

Przyznam szczerze, że znam niewielu. Przyjeżdżając tu, miałam nadzieję, że wreszcie ich poznam.

A z czym kojarzą się Pani Czechy? Ilekroć zadaję to pytanie podczas przeglądu, na którym się spotykamy, najczęściej padają odpowiedzi takie jak piwo czy smażony ser. 

Piwa nie piję. (Śmiech) Lata temu, kiedy przejeżdżałam przez Czechy, wybierając się na narty do Austrii, zrobiłam wyjątek i wypiłam czeskie piwo. Pamiętam, że mi wówczas smakowało. Bardzo chciałabym odwiedzić Pragę.

Razem z Grażyną Błęcką-Kolską zainaugurowała Pani cykl skierowany do najmłodszych, „Aktorzy i aktorki czytają dzieciom". Uważa Pani, że czytanie dzieciom od najmłodszych lat sprawia, że w późniejszych latach chętniej sięgają po książki?

Jak najbardziej.

„Awantura o Basię", która jest lekturą szkolną, a w której zagrała Pani Stanisławę Olszańską, doczekała się adaptacji telewizyjnej. Z jakimi książkami i autorami kojarzy się Pani dzieciństwo? Czytała Pani wnuczkowi wspominaną lekturę?

Wnukowi jeszcze „Awantury o Basię" nie czytałam, bo jest na tę lekturę za mały. Mój wnuk ma już prawie sześć miesięcy i muszę przyznać, że już z dużym zainteresowaniem słucha, kiedy czytam mu o zwierzątkach i oswajam go z tym, jakie dźwięki wydają. Wyrosłam na „Baśniach Andersena", które czytała mi moja mama. Do dziś je kocham.

Jaka książka zachwyciła Panią ostatnio?

Był to „Chłopiec z latawcem" autorstwa Khaleda Hosseini. To piękna i bardzo mądra książka.

„Matki, żony i kochanki", „Na dobre i na złe" i „Czułość i kłamstwa" to seriale, z którymi nadal jest Pani najczęściej kojarzona przez widzów?

Jestem najczęściej kojarzona z tymi tytułami, które są w danym momencie emitowane w telewizji. Telewizja nadal jest bardziej popularna niż kino, więc prawdopodobnie z tego to wynika.

Można spotkać też Panią w Teatrze. W jakich sztukach obecnie Pani występuje?

Pracuję w Teatrze Nowym w Łodzi, zapraszam na spektakle w których gram. Zrobiłam wspaniały monodram „Testament Szekspira". Jego autorem jest Kanadyjczyk, Vern Thiessen. Z Wojtkiem Wysockim gram w komedii „Seks dla opornych". Można mnie zobaczyć też w bajce dla dzieci „Tajemniczy ogród".

Dzieci są najbardziej wymagającymi widzami?

Bardzo trudno wywalczyć ich uwagę.

czwartek, 11 czerwca 2026

Natalia Sikora o wszystkich odcieniach bycia artystą [WYWIAD]

 Natalia Sikora o wszystkich odcieniach bycia artystą [WYWIAD]















fot. Marek Zimakiewicz 

Z Natalią Sikorą spotkałam się w Warszawie. To artystka o charakterystycznej barwie głosu. Rozmawiamy nie tylko o muzyce, ale też o malowaniu obrazów. Przywołuje moment, w którym rozpoczęła się jej przygoda z malowaniem. Może namalować obraz dla każdego. 

Na początek każdej rozmowy staram się opisać jej bohatera. Ciebie widzę jako wokalistkę o charakterystycznej barwie głosu, autorkę tekstów, aktorkę teatralną i filmową, a także malarkę. Do czego jest Ci w tym momencie najbliżej?

W każdej z tych dziedzin najbardziej kręci mnie proces powstawania i to, co można dzięki niemu odkryć. Tak staram się funkcjonować, by te dziedziny wpływały na siebie wzajemnie.

Jawisz się jako artystka totalna i człowiek renesansu. (Śmiech.) A także, miłośniczka zwierząt, kobieta silna, wiedzącą czego chce i o czym marzy, a jednocześnie bardzo wrażliwa. Postrzegasz siebie w podobny sposób?

Tak. Żyję z pewnym darem, który jednocześnie jest przekleństwem.

W czym to się objawia?

Kiedy ma się dar interpretowania, wszystko postrzega się bardzo głęboko, a to wiąże się z tym, że siła, która prowadzi nas przez życie, jest dla nas bardzo kosztowna. Poświęcając się czemuś, za każdym razem dajemy z siebie wszystko, co najczęściej trzeba odchorować. Wydaje mi się, że odpoczynek w moim życiu jest jedynie złudzeniem. 

Zatrzymajmy się na chwilę przy tej miłości do zwierząt. Gdybyś miała sięgnąć pamięcią do dzieciństwa, zwierzęta otaczały Cię od zawsze? 

Tak, zwierzęta otaczały mnie od zawsze. 

Czy obecność któregoś z czworonogów zapisała się w Tobie szczególnie? Jakieś imię, wspomnienie? 

Obecność każdego z nich w jakiś sposób się we mnie zapisała. Obecnie najbliższy jest mi mój pies Bonzo, z którym żyję od szesnastu lat. Zabrałam go ze schroniska, kiedy miał trzy miesiące. Ma w sobie coś z wilka. Wiem, że nasze dusze miały się spotkać. To najuczciwsza istota w moim życiu. 

Masz czasem tak, że wolisz zwierzęta od ludzi?

Zawsze. Zwierzęta zawsze są u mnie na pierwszym miejscu. 

Coraz częściej spotykam się z taką opinią. Tak naprawdę na co dzień nie mówi się o tym głośno, bo ostała się w nas resztka wiary, że dobrych ludzi jest więcej. 

Rozpiętość Twoich umiejętności robi ogromne wrażenie. Nie jest tajemnicą, że już od najmłodszych lat przejawiałaś zainteresowanie dziedzinami artystycznymi, śpiewając, chociażby różne utwory, przebierając się i wcielając w różne postaci. Można zatem stwierdzić, że nie miałaś innych pomysłów na siebie?

Moje życie od samego początku opierało się na pływaniu. Jednak, z racji dość poważnej kontuzji kolana, nie mogłam łączyć przyszłości ze sportem. 

Chciałam być też weterynarzem, ale dotarło do mnie, że nigdy nie będę w stanie uśpić zwierzęcia. 

Myślałam też o tym, by zostać lekarzem, ale od zawsze wiedziałam, że nie umiałabym uratować kogoś, o kim wiedziałabym, że jest mordercą. 

Tak naprawdę w tym zawodzie można być każdym, więc choćby pomysłów było wiele, nic straconego. (Śmiech.) 

Dokładnie. 

Gdybym zapytała Cię o rolę marzeń, mam wrażenie, że połączyłabyś swoje największe pasje i wyszłaby nam z tego śpiewająca aktorka malująca obraz. (Śmiech.) Czy się mylę?

Faktycznie, mogłabym zagrać kogoś takiego. Bardzo chętnie wcieliłabym się też w Bruce’a Lee albo Steve’a McQueena. (Śmiech.) 

Odnalazłabyś się w roli, w której trzeba zastosować sztuki walki?

Tak, trenowałam od dziecka, więc to coś, co nie jest mi obce. 

Twoja przygoda z malowaniem rozpoczęła się 4 grudnia 2019 roku, kiedy, jak sama  to określasz, siedząc w garderobie teatralnej, odpięłaś się od życia i spędziłaś dwie minuty w zaświatach. Brzmi intrygująco. Opowiedzmy coś więcej. 

To był taki moment w moim życiu, w którym nie wyrażałam już wobec siebie żadnego szacunku. Liczyła się tylko praca, wręcz harówka. Byłam wypalona wewnętrznie. W pracy otaczała mnie grupa ludzi, z którymi kompletnie nie mogłam nawiązać porozumienia. Przez dwie minuty byłam gdzie indziej. By dojść po tym wszystkim do siebie, zaczęłam malować. 

Pamiętasz myśli i emocje, które towarzyszyły Ci przez te dwie minuty?

Czułam ulgę i spokój. Było to czymś wspaniałym. Do ciała wróciła mnie myśl o zwierzętach i o tym, że czekają na mnie. 

Co przedstawiał Twój pierwszy obraz?

Mój pierwszy obraz przedstawiał leżące na podłodze, płonące ciało, które na nowo trafia prąd, w formie energii i myśli. 

Jak często łączysz malowanie ze śpiewaniem? Czy obrazy, które powstają, są czasami zapisem emocji, które wywołuje w Tobie utwór, który wykonujesz?

Te naczynia są u mnie tak połączone, że tu wszystko z siebie wynika. Tak naprawdę, jedno prowokuje drugie.

Czy dobór kolorów, którymi przedstawiasz rzeczywistość na swoich obrazach, bywa odzwierciedleniem emocji, które towarzyszą Ci danego dnia?

Tak. Należy do tego dodać pola podświadomości. 

Po jakie kolory sięgasz najczęściej?

Najczęściej sięgam po kolory ognia. Od bordo, do głębokiej pomarańczy. 

W ostatnich miesiącach w moich obrazach pojawia się również bardzo dużo odcieni zieleni. 

Wiąże się to z tym, że w Twoim życiu pojawia się coraz więcej nadziei?

Nie wiem, czy tak jest. Skupiam się na tym, w co wierzę.

W co w tej chwili wierzysz najbardziej?

Obecnie najbardziej wierzę w moją nową płytę, nad którą pracuję. 

To prawda, że inspiracją do namalowania obrazu może być tak naprawdę wszystko, od gestu, przez zasłyszane słowo, aż po to, czego doświadczamy? Czym Ty najczęściej się inspirujesz?

Sygnały zewnętrzne nazywają konkretny rodzaj energii, którą chcę przedstawić na konkretnym obrazie. To z kolei uruchamia wszystko, od biochemii, przez kierunki fizyki, aż do dynamiki barw i tego, co na nim się rozpada, a co składa się w całość. 

29 maja 2025 roku powstał Twój Warsztat Twórczy "Znachor". Nazwa kojarzy mi się oczywiście z kultowym filmem, w którym główną rolę zagrał Jerzy Bińczycki oraz z jego nowszą wersją, gdzie w doktora Wilczura wcielił się Leszek Lichota. Czy nazwa warsztatu inspirowana była filmem, czy ma jeszcze jakieś inne, głębsze znaczenie?

Trafiłaś w sedno. Nazwa mojego warsztatu była inspirowana rolą Jerzego Bińczyckiego, który moim zdaniem, obok Marka Kondrata jest najciekawszym polskim aktorem. 

Ile razy widziałaś ten kultowy film?

Bardzo wiele razy. 

W ramach swojego warsztatu malujesz obrazy na życzenie. Bardzo ciekawi mnie proces dochodzenia do energii, którą masz przelać na papier. W dojściu do niej pomagają Ci pytania, zadawane osobie, będącej później właścicielem obrazu. Co musi wiedzieć twórca, by taki obraz stworzyć? 

Wymyśliłam dość nowatorską formę. Bardzo kręci mnie wejście w dialog z osobą, która dany obraz zamawia. Zależy mi na tym, by było to ciekawe dla obu stron. 

O co pytasz najczęściej?

Pytam o wiele rzeczy. Skupiam się na tym, jakie energie lubi osoba, dla której tworzę obraz. Jakie barwy są dla niej ważne. Pytam też o to, kogo chciałaby zobaczyć koło siebie. Może to być też pamiątka przedstawiająca kogoś, z kim zamawiający nie zdążył zrobić sobie zdjęcia. 

Masz jeden warunek - musisz poczuć to, co masz przenieść na płótno. Jeśli tego nie czujesz, nie podejmujesz się wyzwania?

Bardzo lubię wyzwania. Jest bardzo mało rzeczy, z których namalowania mogłabym się wycofać, ale oczywiście są takie.

Jakie? 

Na pewno nie umiałabym przedstawić na obrazie czyjejś jednoznacznej krzywdy. 

Kiedy ktoś pyta Cię, co wiesz o malowaniu, najczęściej odpowiadasz, że wiesz, że jest wolnością. Powiedz coś więcej. 

Najczęściej myślę wtedy o twórczej wolności i wolności zmysłów człowieka. 

W moim odczuciu, wolnością jest wszystko, co pozwala nam na upust emocji. Jak definiujesz wolność w muzyce?

Wolnością w muzyce jest dla mnie otwartość, ponieważ wiąże się z kontaktem z muzykami. Żebym czuła się wolna, muszę czuć, że mają na tyle przygotowany materiał, że potrafią improwizować. 

Chciałabym porozmawiać o Twojej muzycznej współpracy z Sebastianem Fabijańskim. Stworzyliście jedyny w swoim rodzaju duet. Pamiętasz moment, w którym Wasze drogi przecięły się po raz pierwszy?

Wracaliśmy razem ze spektaklu. Włączył mi swoje piosenki. Rozmawialiśmy o tym, o czym mógłby być nasz duet. 

W czym zawarta jest siła Waszego duetu? 

Ta siła na pewno zawarta jest w uczciwym podejściu do zagadnień zawodowych i w dbaniu o wyraz takiej sytuacji. 

Jaka była droga od pomysłu, do realizacji albumu "Antidotum"? Miał on swoją premierę 17 października 2025 roku. 

Seba przedstawił kilka swoich pomysłów, ja weszłam w to ze swoimi pomysłami. Zjawił się ktoś, kto odegrał w tym wszystkim rolę producenta. Przeszliśmy do studia i zajęliśmy się zarejestrowaniem tych utworów. 

Gdybyś miała tę przygodę zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Przygoda. (Śmiech.) 

Z całego albumu, na którym mieści się osiem utworów, najbardziej przemawia do mnie "Kurz". Bardzo lubię też "Klub złamanych serc". Jaki utwór to Ty darzysz największym sentymentem? 

"Antidotum". 

Jak już wspominałyśmy, realizujesz się na wielu polach, ale czy zastanawiałaś się kiedyś, czy gdyby nie udział w drugiej edycji programu "Voice of Poland" i Twoja wygrana tego programu, byłabyś w miejscu, w którym jesteś teraz? 

Gdyby nie udział w tym programie, we właściwym momencie mojego życia nie poznałabym pewnych machin produkcyjnych tego, jak to wygląda. Nie wiedziałabym, z czym więcej się nie konfrontować.

No właśnie, z czym?

Ze ściemą i z tym, że ktoś próbuje zrobić z nas kogoś, kim tak naprawdę nie jesteśmy. Myślę, że nie byłabym w momencie, w którym jestem. Była to dla mnie fantastyczna przygoda. 

Czy teraz, wiedząc już z czym to się wiąże, chciałabyś wziąć udział w programie o podobnym formacie?

Postawiłabym ten sam warunek, co wtedy. Sama decyduję, co śpiewam.

"Droga rzadziej przemierzana". Zuzanna Grabowska o swoim debiucie reżyserskim [WYWIAD]

 "Droga rzadziej przemierzana". Zuzanna Grabowska o swoim debiucie reżyserskim [WYWIAD]















fot. Małgorzata Krawczyk 

„Droga rzadziej przemierzana" zamknęła 28. Kino na Granicy. To debiut reżyserski aktorki Zuzanny Grabowskiej, która w pracy nad tym filmem łączyła wiele ról. W rozmowie opowiada m.in. o tym procesie i wyborze motywu odchodzenia na myśl przewodnią swojej produkcji.

28. edycja Kina na Granicy jest pierwszą odsłoną festiwalu, na którym się pojawiasz, ale zdarza Ci się przyjeżdżać tutaj z teatrem. Jak wraca się w te strony?

Tak naprawdę, kiedy gdziekolwiek przyjeżdża się z teatrem, czasu na zwiedzanie jest bardzo mało. Nigdy wcześniej nie byłam chociażby na tutejszym rynku. Bardzo się cieszę z tego przyjazdu. Jestem zauroczona tym miastem. Spacerujemy. To wspaniała majówka.

To jeden z tych festiwali, na którym nie obowiązują galowe stroje i nie ma czerwonych dywanów. Czy między innymi właśnie to składa się na jego sukces?

Zdecydowanie. Łukasz Maciejewski naprawdę kocha aktorów, kocha filmy. Umie stworzyć luźną atmosferę. Bardzo dobrze się tutaj czuję.

Jego dużym atutem, moim zdaniem, jest również to, że ten przegląd łączy miłośników kina polskiego, czeskiego i słowackiego. Czy lubisz filmy naszych południowych sąsiadów?

Uwielbiam czeski humor i tę lekkość w czeskim kinie. Pojawiło się tutaj wiele tytułów, o których wcześniej nie słyszałam. Wśród tych, które zdecydowałam obejrzeć, znalazło się właśnie kilka czeskich pozycji.

Ilekroć pytam gości festiwalowych o skojarzenia z Czechami, najczęściej słyszę, że to piwo i smażony ser. Co dorzucisz do tej puli?

Podpisuję się pod przedmówcami. (śmiech)

Zostałaś gościem uwielbianego, i to nie tylko przez najmłodszych, cyklu „Aktorzy i aktorki czytają dzieciom". Jaka książka kojarzy Ci się z dzieciństwem?

Tych książek jest naprawdę dużo. Jednak przede wszystkim są to „Przygody Koziołka Matołka". Uwielbiałam tę serię.

Byłaś dzieckiem, które trzeba było namawiać do czytania?

Lubiłam słuchać bajek, jeszcze na adapterze.

Uważasz, że czytanie dzieciom od najmłodszych lat sprawia, że później same z większą ochotą sięgają po książki? Nie można zapominać też o tym, jak bardzo czytanie wpływa na kreatywność.

Och, zdecydowanie. Jeśli pokażemy dzieciom, że książka potrafi być czymś fajnym, a nie tylko nudną lekturą, może to zaprocentować w przyszłości i faktycznie sprawić, że chętniej sięgną po książkę w późniejszym czasie.

Jaka książka zachwyciła Cię ostatnio?

Najczęściej sięgam po powieści i poradniki psychologiczne. Ostatnio moją uwagę zwróciła „Odwaga bycia nielubianym" autorstwa Ichiro Kishimi i Fumitake Koga.

Na 28. Kino na Granicy przyjechałaś nie tylko po to, by czytać dzieciom. Filmem zamknięcia tej edycji została „Droga rzadziej przemierzana". To Twój debiut reżyserski. Jaka była droga od pomysłu do realizacji?

To na mnie spadło jak grom z jasnego nieba. Pewnego dnia zadzwoniłam do mojej przyjaciółki, Agaty Wątróbskiej, bo wpadłam na pomysł napisania pewnego scenariusza. Zaproponowałam jej, byśmy stworzyły go wspólnie. Od słowa do słowa - ten pierwszy etap tak się zaczął.

Oprócz tego, że film wyreżyserowałaś i jesteś współautorką scenariusza, grasz też jedną z głównych ról. Rozpiętość umiejętności niesamowita.

Wzięłam na siebie bardzo dużo, ale to wyjątkowy projekt, który mogłam zrealizować jedynie w taki sposób. Myślę, że gdyby pojawiły się kolejne produkcje, zdecydowałabym się już tylko na objęcie jednej z tych wielu funkcji. Bardzo się cieszę, bo z czymś aż tak osobistym wychodzę do ludzi po raz pierwszy. Nie jest to co prawda biograficzna historia, ale na pewno jest w niej jakaś część mnie.

Jaka?

Tą iskrą były moje czterdzieste urodziny. Pomyślałam sobie, że jestem w takim momencie życia, w którym dużo wiem, dużo jest za mną, ale jeszcze wiele przede mną. Przyjaźń z osobami, które często towarzyszą nam od dzieciństwa, była jednym z ważnych motywów. Możemy mieć w nich oparcie. To film o czterdziestoletnich kobietach. Też się do nich zaliczam. Mam nadzieję, że wiele kobiet w podobnym wieku i nie tylko, znajdzie w nim cząstkę siebie.

Co było dla Ciebie w tym połączeniu tak wielu wspomnianych już umiejętności najważniejsze?

Najważniejsze było przygotowanie. Kiedy plan się rozpoczął, nie chciałam mieć już w sobie żadnych pytań. Oczywiście, wiele rzeczy miało prawo się wydarzyć, natomiast to przygotowanie, które odbywało się wcześniej na tak wielu poziomach, było kluczowe.

Czy przyjaźń, która połączyła Cię z Agatą Wątróbską, pomogła Wam również w zbudowaniu relacji ekranowej?

Tak. Bardzo dobrze się znamy, byłyśmy razem na roku, przez całe studia razem mieszkałyśmy. Wiemy o sobie naprawdę dużo.

Lubicie wspólne projekty?

Przede wszystkim lubimy się nawzajem. Przez wiele lat działałyśmy razem w Teatrze Dramatycznym i Kabarecie na Koniec Świata. Zagrałam też w sztuce „Przyjaciele", którą Agata wyreżyserowała. Ten spektakl można zobaczyć w stołecznym Garnizonie Sztuki. Znamy swoje mocne i słabe strony, naprawdę lubimy ze sobą pracować.

Co było dla Was najistotniejsze w ukazaniu ekranowej relacji?

Istotne było dla nas to, żeby to płynęło, kiedy ruszyła kamera. Miałyśmy świadomość, że ta historia jest już w nas osadzona. Poszłyśmy wytyczonym wcześniej szlakiem.

Producentem, a także jednym z epizodycznych bohaterów jest Paweł Domagała, a w jednej z ról widzimy także Twojego tatę, Andrzeja Grabowskiego. Jak się układała współpraca Waszej trójki?

Bardzo dobrze. Tata i Paweł Domagała wspomogli mnie, skorzystałam z ich talentu i potencjału. W ogóle podczas pracy nad tym filmem otoczyłam się ludźmi, którzy są mi przyjaźni i dobrze na mnie patrzą. Zadziałało family friends. (śmiech) Teraz już wiem, że mogliśmy to zrobić tylko w takiej konfiguracji.

Oj, udowadniacie, zresztą nie po raz pierwszy, że z rodziną fajnie, nie tylko na zdjęciu. (śmiech) Praca na planie „Drogi..." jeszcze bardziej wzmocniła Waszą rodzinną więź?

Tak. Produkcja filmu ma wiele etapów. Bywają momenty, kiedy trzeba zaryzykować. Na to wszystko składają się także trudne rozmowy. Wspomogły nas także producentki wykonawcze, Sylwia Witowska i Vicky Witowska.

„Droga rzadziej przemierzana” to historia dwóch dziewczyn, które rozdzieliło życie, żeby połączyć na nowo wobec perspektywy odejścia trzeciej z przyjaciółek. To kolejna, po „Zapiskach śmiertelnika" w reżyserii Macieja Żaka, propozycja festiwalowa dotycząca przemijania. Mam wrażenie, że ten motyw jest obecnie chętnie poruszany w polskim kinie. Z czego, Twoim zdaniem, to wynika?

Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, uważam że nie zawsze strata drugiej osoby niesie tylko rozpacz i cierpienie. Oczywiście, że jest tego częścią, ale w dłuższej perspektywie może przynieść nam także ukojenie, mądrość i dostarczyć nam także możliwość innego spojrzenia na świat. Chciałam pokazać, że śmierć nie jest tylko końcem samym w sobie. Jeżeli relacja była pełna, po tej osobie, która nas w danym momencie zostawia, już na zawsze coś w nas zostanie. To coś, co nigdy nie umrze.

Wybór takiego motywu bierze się z potrzeby pokazania odchodzenia z różnych perspektyw, potrzeby dzielenia się historiami opartymi o coś, co się przeżyło czy jeszcze z czegoś innego?

Sztuka jest czymś, dzięki czemu możemy alternatywnie przeżyć jakąkolwiek historię. Uczestnicząc w powstawaniu scenariusza, wcielając się w postać, przerobiłam w sobie te wszystkie emocje. Było w tym wszystkim coś oczyszczającego i wzmacniającego.

sobota, 23 maja 2026

Małgorzata Pieczyńska (nie) tylko o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]

Małgorzata Pieczyńska (nie) tylko o serialu "M jak miłość"  [WYWIAD]



















fot. sesja do projektu #lubiesiebie

W kwietniu w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie dwukrotnie została wystawiona "Kolacja dla głupca" w reżyserii Cezarego Żaka.

Aktorka opowiedziała o swoim pozytywnym podejściu do życia, fascynacji jogą i bohaterkach, w które wciela się w serialach "M jak miłość" i "Zaraz wracam".

Na początku każdej rozmowy staram się opisać jej bohaterkę. Panią widzę jako polską i szwedzką aktorkę teatralną, filmową i telewizyjną, popularyzatorkę jogi, zdrowego stylu życia, a co za tym idzie, osobę, dla której szklanka jest zawsze do połowy pełna. Pani postrzega siebie w podobny sposób?

Zdecydowanie. Ta szwedzka część jest bardzo ważna, bo niezwykle trudna i wymagająca. Jeśli aktor nigdy nie grał w obcym języku, to nie zrozumie stopnia tej trudności. Gram w teatrze, mówię wierszem, występuję w licznych produkcjach. Są to kwestie, które wypowiadam w języku rosyjskim, szwedzkim i angielskim. Uważam to za swoje życiowe osiągnięcie.

W którym języku gra się najtrudniej?

W każdym obcym języku trudno się gra. Nadspodziewanie dobrze gra mi się po rosyjsku. Do tej pory myślałam, że ten język jest we mnie kompletnie uśpiony i zupełnie go nie znam. Jakiś czas temu okazało się jednak, że był gdzieś tam w mojej pamięci i kiedy przyszło mi się z nim zmierzyć i wygrać zdjęcia próbne w tym języku oraz skonfrontować się z rolą, mój poziom jego znajomości był dla mnie miłym zaskoczeniem. Angielski jest trudny, ponieważ to język, który wydaje się oczywisty. Wcale tak nie jest, ponieważ w obcym języku możliwość improwizacji jest zerowa. Kwestie trzeba mieć wykute na blachę.

Jeśli chodzi o Pani pozytywne usposobienie, tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem?

Wydaje mi się, że tak było zawsze. Moja mama była uśmiechniętą osobą, pozytywną. Chyba można tak powiedzieć, że wyssałam to z mlekiem matki. Taka natura.

Takie nastawienie pomaga także w tym pięknym, a jednocześnie trudnym zawodzie, prawda?

To pomaga w życiu, a zawód, który wykonujemy, to przecież kawał naszego życia. Jeśli chodzi o ekipę akurat "Kolacji dla głupca", z którą przyjechaliśmy do Cieszyna, muszę powiedzieć, że czasami w trasie spędzamy wiele godzin, jesteśmy ze sobą praktycznie cały czas. Jeśli ktoś z natury jest mrukliwy, ma trudny charakter, byłby dla takiej grupy nieznośny. Wydaje mi się zatem, że usposobienie jest bardzo ważne w codzienności.

Spotykamy się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie. Ilekroć rozmawiam z aktorami w tym miejscu, stwierdzają, że to magiczne miejsce. Pani się zgadza?

To przepiękny teatr, niezwykłe miejsce. Pamiętam pierwsze edycje Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Era Nowe Horyzonty, które w latach 2002-2005 miały miejsce w Cieszynie i Czeskim Cieszynie. Pomysłodawcą tego wydarzenia był Roman Gutek. Przy tej okazji kilka razy byłam tutaj na dłużej. Tutaj jest pochowany Helmut Kajzar, który był bardzo ważną postacią w moim życiu. Poznałam go w młodości, pisałam na jego temat pracę magisterską. Wydaje mi się, że znajomości z młodości są formatujące. Jego "Manifest teatru meta-codziennego" jest dla mnie bardzo ważny. Przytoczę taki fragment "Postaraj się z codziennego krojenia chleba, uczynić krojenie tortu urodzinowego".

Mam wrażenie, że te słowa są idealnym odzwierciedleniem tego, jak Pani podchodzi do życia.

Staram się. Jego słowa są moim mottem.

Wracając do cieszyńskiego teatru, to właśnie w jego wnętrzach, w 1974 roku, kręcono jedną ze scen "Ziemi obiecanej". Wiedziała Pani o tym?

Nie wiedziałam o tym, ale już wiem, która to scena. To wymarzony obiekt do filmu.

Skoro to już kolejny Pani raz w naszym regionie, proszę powiedzieć, jak wraca się w te strony?

To urocze miejsce pod każdym względem. Przywitała nas piękna pogoda, a wtedy chce się uśmiechać, chce się żyć. Tutejsza publiczność jest żywa, obyta z teatrem, ze sztuką.

"Kolacja dla głupca" to uznany klasyk komedii, zarówno filmowej, jak i teatralnej. Jak grać klasykę, by zaciekawić widza?

To żywy tekst, bardzo dobry. Reżyseria Cezarego Żaka jest niezwykle inteligentna i błyskotliwa. Ma mnóstwo energii, którą zaraża wszystkich. Więcej nie trzeba kombinować.

Nie jest tajemnicą, że scena była Pani miłością od czasów szkolnych, ale sięgnijmy pamięcią do momentu, w którym po raz pierwszy zafascynowała się Pani jogą.

To był przypadek. Zawsze lubiłam aktywność fizyczną. W młodości parałam się m.in. akrobatyką i jazdą konną. W szkole teatralnej też było dużo różnych aktywności. Pamiętam jednak, że kiedy byłam już dorosła, polubiłam pilates. Ćwiczyłam też sama. Korzystałam z kaset, na których ćwiczenia prezentowała Jane Fonda. To było fantastyczne. Wydawało mi się, że nic mi więcej nie potrzeba. Wtedy koleżanka zaprosiła mnie na jogę. Z początku nie chciało mi się iść, pomyślałam, że będzie to dla mnie za mało aktywne. Od pierwszych zajęć jednak czułam, że to jest to.

Czy to rodzaj aktywności dla każdego? 

Tak, zdecydowanie. To aktywność dla każdego.

Czy jest wsparciem także w intensywnym życiu zawodowym? Przypomnijmy, że m.in. dzięki sprawnemu łączeniu kariery w Szwecji i Polsce, dużo czasu spędza Pani w podróży.

Oczywiście. Joga pomaga w koncentracji, balansie psychicznym i fizycznym. To panaceum.

A czym zafascynował Panią szwedzki rynek filmowy? 

Moją przygodę ze szwedzkim rynkiem filmowym rozpoczęłam w latach 90. Duże różnice były zawarte w komforcie pracy, 8-godzinnym trybie pracy. Pracuje się dosyć podobnie, jednak ludzie są bardziej zrelaksowani, lepiej przygotowani.

Czy kiedy realizuje się Pani na zagranicznym rynku, zdarza się Pani tęsknić za Polską?

Bardzo. Granie w języku ojczystym jest ogromnym komfortem.

Wyobraża Pani sobie taką sytuację, w której zrezygnowałaby z realizowania projektów polskich lub zagranicznych, by w całości poświęcić się aktywności zawodowej w jednym z omawianych w rozmowie krajów?

Gdybym musiała wybierać, wybrałabym polski rynek filmowy.

Jako Aleksandra Chodakowska, mama Marcina i Olka Chodakowskich po raz pierwszy pojawiła się Pani w 1011. odcinku serialu „M jak miłość”. Czy zanim dołączyła Pani do obsady, miała w nim swoje ulubione wątki i bohaterów?

Nie. Nie śledziłam losów bohaterów, przyjęłam tę propozycję roli. Jestem zadowolona, że to zrobiłam. Miałam dużo szczęścia, że trafiłam akurat do wątku rodziny Chodakowskich. Gram m.in. z Mikołajem Roznerskim, Adą Kalską, Maurycym Popielem, Iloną Janyst. Uważam, że to fajni, mili ludzie.

Czy wieloletnie wcielanie się w jedną postać, choć do pewnego stopnia szufladkuje?

Poczytuję to sobie raczej jako pozytywną reakcję widzów. Aleksandra jest lubiana. Pracowałam na to, ponieważ na początku była postacią negatywną, przez co nie miała zbyt wielkich szans u widowni. Poprzez wcielanie się w Aleksandrę zyskuję też kredyt zaufania u widzów, których spotykam w teatrze.

Kompletnym przeciwieństwem Aleksandry jest Krystyna Filar, matka Janusza, która po raz pierwszy pojawiła się w 73. odcinku serialu "Zaraz wracam". Czy swego rodzaju złamanie, którą postać posiada, tworzy dodatkowy atut do grania?

To bardzo atrakcyjne dla aktora. Konflikt jest atrakcyjny do grania. Najważniejsze są emocje. Najgorsze do grania są takie „ciepłe kluchy”. (śmiech) 

To wyrazistość zdecydowała, że zechciała Pani tę rolę przyjąć?

Tak, podobało mi się to.

Nie jest to jedyna mroczna postać w Pani dorobku, albowiem w serialu "Na dobre i na złe", w latach 2005-2006, wcielała się Pani w profesor Annę Sulak-Hartmann, która także miała wiele za uszami. Czy to właśnie Aleksandra z "Emki" i profesor Hartmann są postaciami, z którymi jest Pani najczęściej kojarzona przez widzów?

Tych ról jest wiele. Najbardziej jestem kojarzona chyba z "Piłkarskiego pokera", "Ekstradycji" i "Wiernej rzeki". Wiadomo, że filmy, które nie są za często powtarzane w telewizji, aż tak nie zapadają w pamięci widzów. Bardzo lubiłam też "Szpilki na Giewoncie".

Oj, tak. Mogła tam Pani pokazać góralską energię.

Język, gwara... To było bardzo atrakcyjne, ale i trudne.

Myśli Pani, że powrót tego serialu po latach spodobałby się widzom? Oczywiście, z wątkami osadzonymi w dzisiejszej codzienności.

Trudno powiedzieć. Nie musieliby to być nawet wyłącznie ci bohaterowie, do których widzowie byli przyzwyczajeni.