czwartek, 9 lipca 2026

Ewa Bonecka o życiu aktorki wędrującej [WYWIAD]

Ewa Bonecka o życiu aktorki wędrującej [WYWIAD]




















fot. Lucas Suchorab

Z aktorką Ewą Bonecką spotkałam się w Warszawie. Rozmawiałyśmy o pracy na planie w kraju i poza jego granicami. Opowiedziała także o swoich licznych podróżach, apetycie na życie i roli w "Gliniarzach". 

Aktorka teatralna i filmowa. Optymistka a także, co za tym idzie,  miłośniczka podróży. Słowem wstępu - wszystko się zgadza? (Śmiech.) 

Wszystko się zgadza. Jestem kobietą spełnioną na każdym polu życia.  Spotykamy się co prawda w duchu aktorskim, ale dużą wagę przywiązuję do mojego życia prywatnego. 

Już od pierwszych chwil naszego spotkania bije od Pani niesamowicie pozytywna energia, która jest zaraźliwa. (Śmiech.) Chyba nawet nie mogłaby Pani inaczej, prawda?

Dziękuję. Nie umiałabym inaczej. Kocham żyć. Nawet czekając na nasze spotkanie, myślałam o tym, że jest wspaniałe i przynosi wiele niespodzianek. 

Dochodzenie do tego było procesem, czy tak zawsze Pani czuła?

Nie lubię słowa "proces". Na bieżąco dostrajam się do najlepszej wersji siebie. Im bardziej się zmieniam, transformuję, tym moja rzeczywistość zewnętrzna transformuje się razem ze mną. 

Kiedy do tego dołączyło, tak istotne, cieszenie się z małych rzeczy?

Myślę, że po urodzeniu córki. 

Po wnikliwej obserwacji nie tylko Pani dorobku artystycznego, ale także tego, czym dzieli się Pani  w mediach społecznościowych, widzę Panią jako wędrującą aktorkę z naturą odkrywcy. (Śmiech.) Postrzega Pani siebie w podobny sposób?

Wyznaczam sobie nowe kierunki i eksploruję. 

Jaki kierunek, idąc tym tropem, zachwycił Panią ostatnio?

Berlin. 

Jak jest z Polską?

Polska mnie zachwyciła, ale chcę spróbować nowych kierunków, nowych rynków?

Myśli Pani także o eksplorowaniu zagranicznych rynków aktorskich?

Zdecydowanie tak.

Ma Pani wiele zagranicznych projektów na koncie.

Są to zazwyczaj występy gościnne, głosowe. Mam ochotę zgłębiać ten rynek zagraniczny jeszcze bardziej. 

Jaki projekt zagraniczny jest dla Pani na ten moment najważniejszy?

Zachowam go dla siebie. (śmiech.)

Czy natura odkrywcy przydaje się również w tym zawodzie?

Oczywiście, jest wręcz bardzo pomocna. 

Właśnie. Wiele jest zawodów na "A", ale mam wrażenie, że Pani od zawsze wiedziała, że to właśnie aktorstwo jest dla Pani. 

Wiedziałam o tym od dziecka. 

Nigdy nie miała Pani nawet przez chwilę innego pomysłu na siebie?

Miałam pomysł, by zostać dziennikarką. Po ukończeniu ST skończyłam dziennikarstwo podyplomowo. Wybrałam aktorstwo.

Byłaby Pani w stanie porzucić aktorstwo dla dziennikarstwa?

Nie byłabym w stanie. 

Czy tak, jak u wielu adeptek zawodów artystycznych, u Pani było również tak, że od zawsze lubiła się przebierać i wcielać w różne postaci?

Oj, tak. Kochałam to od zawsze. 

W jakich okolicznościach nastąpiło Pani pierwsze poważne zderzenie z aktorstwem?

Nastąpiło wtedy, kiedy wygrałam Ogólnopolski Konkurs Recytatorski "Poezja i i Proza na Wschód od Bugu".  Było to w podstawówce, jak dobrze pamiętam, w szóstej klasie. 

Cztery lata studiowała Pani aktorstwo na państwowej ST im. Ludwika Solskiego w Krakowie z filią we Wrocławiu, ale w międzyczasie wyjechała Pani w ramach stypendium na Słowację. W Bratysławie studiowała Pani również aktorstwo. Czy fakt, że bardzo szybko uczy się Pani języków, ułatwił Pani edukację? 

Tak. Było to bardzo ciekawe doświadczenie. Do dzisiaj mówię po słowacku. 

Czy w dalszym ciągu to uczenie się nowych języków tak łatwo Pani przychodzi?

Myślę, że tak. Teraz bardziej skupiam się na niemieckim, byłam w klasie germanistycznej w LO. Na ten język stawiam. 

Czy są jakieś różnice pomiędzy studiami aktorskimi w Polsce a Bratysławie? 

Ogromne. Napisałam na ten temat pracę magisterską. Mogłabym długo opowiadać. Do ST w Bratysławie uczęszcza tylko kilka osób. U mnie na roku było nas dwadzieścia. Powinniśmy docenić polską edukację teatralną. 

W pracy na planie jest pewnie sporo różnic, prawda? Słyszałam, że tam, praca na planie trwa o wiele wolniej, niż w Polsce. Ile mniej więcej trwa okres zdjęciowy do filmu czy serialu?

Chciałabym ten temat zgłębić jeszcze bardziej. Nie mam aż tak wielkiego doświadczenia w tej materii. Mam doświadczenie, jeśli chodzi o pracę na polskich planach. Dla zagranicy chciałabym pracować więcej. 

Jest Pani obecnie zaangażowana do jakiegoś zagranicznego projektu, czy skupia się teraz przede wszystkim na rodzimych produkcjach?

Jeszcze nie. 

Dużo czasu spędza Pani na planie "Gliniarzy". 

To prawda. Wcielam się w podkomisarz Milenę Wiciak, to postać związana z Interpolem. 

Prywatnie jest Pani miłośniczką podróży. Gdyby tak się dało, podróżowałaby Pani pewnie cały czas, prawda? 

Na pewno. Bardzo lubię się przemieszczać, kocham być w podróży. 

Ile krajów udało się Pani do tej pory zwiedzić?

Świetne pytanie, ale chyba tego nie zliczę. (Śmiech.) 

środa, 8 lipca 2026

Ireneusz Czop o życiu, emocjach i „Zapiskach śmiertelnika” [WYWIAD]

 Ireneusz Czop o życiu, emocjach i „Zapiskach śmiertelnika” [WYWIAD]















fot. Małgorzata Krawczyk 

Aktor Ireneusz Czop był gościem 28. Kina na Granicy. Rozmawiamy o „Zapiskach śmiertelnika" w reżyserii Macieja Żaka. To film, w którym Czop wcielił się w głównego bohatera, F.P.

Opowiada m.in. na pytanie, dlaczego mężczyznom tak trudno przyznać się do problemów emocjonalnych. Zdradza też do zadawania sobie jakich pytań skłonił go filozoficzny charakter produkcji.

Przy okazji festiwalu Kino na Granicy nie spotykamy się po raz pierwszy, albowiem gościł Pan m.in. na 19. i 20. odsłonie przeglądu. Jak wraca się do Cieszyna?

Pięknie tu się wraca. Byłem tu wielokrotnie, na przestrzeni lat przyjeżdżałem nie tylko przy okazji tego festiwalu, ale także grając w tutejszym teatrze.

Jednym z trzech filmów z Pana udziałem, który można było tutaj zobaczyć, są „Zapiski śmiertelnika". Mówi Pan otwarcie, że to nie film o umieraniu, jak wielu mogłoby się wydawać, ale o życiu. Rozwińmy, proszę, tę myśl.

To film o z tym, czy rozumie się to życie czy wręcz przeciwnie.

Ważną wydaje się tutaj umiejętność przeżycia fragmentu własnej historii tak jak chcemy. Odnoszę równocześnie wrażenie, że nie każdy taką umiejętność posiada. Jak Pan się do tego odniesie?

Tego, kto taką umiejętność posiada, poproszę o korepetycje w tej materii. (Śmiech)

Głównemu bohaterowi, w którego Pan się wciela, pozornie niczego nie brakuje. Ma przecież wszystko - dom, rodzinę, pracę. Mimo to czuje rozczarowanie, że nie spełnił swoich młodzieńczych marzeń, co z kolei popycha go do myśli samobójczych. Mam wrażenie, że twórcy coraz chętniej decydują się na oparcie swoich produkcji o motyw odchodzenia. Z czego, Pana zdaniem, to wynika?

Myślę, że bierze się to z codzienności. Wydaje nam się, że mamy i wiemy wszystko. Dzisiejszy świat podpowiada nam także, że o wszystko możemy zapytać sztuczną inteligencję. Tak naprawdę to nas zwodzi, powoduje, że mamy w sobie swego rodzaju lukę.

Reżyser filmu, Maciej Żak, zdecydowanie wypełnia tę lukę, w sposobie poruszania kwestii ostatecznych w polskiej kinematografii. Czy jego podejście do całego zagadnienia, w którym nie brakuje też dystansu i humoru, było jednym z powodów, dla których zdecydował się Pan przyjąć rolę F.P.?

Oczywiście. Jednym z czynników jest na pewno jego podejście do narracji. Kluczową rolę odgrywa tu także jego wrażliwość literacka. Scenariusz „Zapisków śmiertelnika" nie był modyfikowany. Podczas jego realizacji szukaliśmy po prostu rozwiązań.

Nie było to Wasze pierwsze spotkanie, albowiem u Żaka zagrał Pan też w filmie „Konwój" z 2017 roku. Czy to pomogło Wam w pracy nad „Zapiskami śmiertelnika"?

Pomogło i przeszkodziło. (śmiech)  Ale wiadomo, że każdy kij ma dwa końce.

Czego nauczyła Pana praca z Maciejem Żakiem?

Praca z Maćkiem nauczyła mnie, że nie wszystko musi być takie prawdopodobne. Przekonałem się, że film to przede wszystkim metafora, że możemy poszukać siebie w innej optyce.

Czy filozoficzny charakter filmu skłonił Pana do rozmyślań nad swoim życiem?

Mam nadzieję, że do takich rozmyślań nasz film skłonił także widzów. To podstawowe zadanie sztuki.

Pod wpływem tego, czego doświadczał na ekranie Pana bohater, zdarzało się Panu myśleć też o tym, czy jest szczęśliwy?

Myślałem o tym, co to w ogóle znaczy.

Jakie jeszcze pytania zadawał Pan sobie, tworząc postać F.P.? 

Było ich naprawdę wiele. Myślałem o tym, ile mam czasu. Zastanawiałem się, czy dobrze go wykorzystuję. Myślałem też o tym, czy coś tak naprawdę lubię, czy ktoś mi to wmówił. W gruncie rzeczy były to bardzo proste pytania.

Czego dowiedział się Pan o sobie pracując nad tym filmem? Czego się nauczył?

Przekonałem się, że wszystko jest ciągłą pracą.

Dlaczego mężczyznom, o wiele trudniej niż kobietom, przychodzi poproszenie o pomoc?

Nie lubimy gadać i tyle. Kiedy zaczynamy myśleć czy rozmawiać o swoich wątpliwościach, tak naprawdę nie ma to końca. Zaczynamy marudzić, a mężczyzna, który marudzi, nie jest ciekawy.

Czy poniekąd bierze się też to z dość powszechnego hasła, że „chłopaki nie płaczą”?

Moim zdaniem bierze się to raczej z poczucia, że nas się nie słucha.

Czy po seansach spotyka się Pan z głosami widzów, którzy mówią, że pod wpływem tego, co zostało pokazane na ekranie, nie posunęli się do ostateczności i jeszcze raz przemyśleli swoje życie?

Były to inne refleksje, ale bardzo ciekawe. Ktoś zdecydował się, że zabierze swoją drugą połowę na spacer, a ktoś inny po seansie stwierdził, że musi zadzwonić do kumpla.

Pojawiły się też osoby, które opowiadały Panu swoje historie zbliżone do losów Pana bohatera?

Tak. To było dla mnie trudne, nie umiałem się w tym odnaleźć.

To z pewnością rola, która niesie trudność emocjonalną. Jakie miał Pan sposoby na zejście z trudnych emocji po kręceniu wymagających scen?

To najtrudniejsze i najczęstsze pytanie. Aktorów wprowadza się w rolę, ale nikt nas z tej roli nie wyprowadza…

Leżenie w zimnym Bałtyku nie było podobno tak trudne, jak mogłoby się wydawać. O wiele większym wyzwaniem okazało się leżenie bez ubrań w kostnicy.

Tak, to prawda, choć wchodzenie nago do Bałtyku w listopadzie nie było niczym przyjemnym.  Trudne było też chociażby granie w deszczu. Podczas kręcenia filmu było wiele wyzwań czysto fizycznych.

Gdyby miał Pan pracę nad tym filmem zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Zapiski śmiertelnika. (Śmiech)

Patryk Mandla / patsontopata o utowrze "Usterki" [WYWIAD]

 Patryk Mandla / patsontopata o utowrze "Usterki" [WYWIAD]
















fot. Piotr Lasoń

Patryk Mandla, znany jako patsontopata, opowiedział mi o kulisach powstania utworu "Usterki", ale także mechanizmach, które potrafią zdominować codzienne życie, a także być... trzonem piosenki. 

Próżność, zazdrość, kłamstwo i fałsz – to nie tylko pojedyncze błędy, ale mechanizmy, które potrafią zdominować codzienne życie. Skąd pomysł, by to właśnie one były trzonem utworu "Usterki"? 

Myślę, że to główna przyczyna porażek ciągłego niezadowolenia, wymówek i problemów człowieka w codzienności. Tym bardziej teraz, kiedy ludzie są pożerani przez internet, zanikają wzorce, brak emocji zaciera uczucia i buduje osoby bez niczego, co warto prezentować w odpowiedni sposób.

Wybór owych mechanizmów na motyw przewodni utworu był choć do pewnego stopnia inspirowany doświadczeniami życiowymi, czy był podyktowany czym innym?

Stworzyliśmy to na podstawie obserwacji i własnych doświadczeń. 

Utwór jest istną mieszanką stylistyczną, albowiem łączy rapową narrację, popową melodykę i rockową energię. Opowiedzmy coś więcej na ten temat. Skąd pomysł, by połączyć te trzy style? 

Oboje, razem z Arturem, posiadamy mieszankę umiejętności wokalnych, potrafimy robić podobne, ale w tym wszystkim różne, koncepcje na kawałek.  

W momencie kiedy to łączymy, wychodzi coś, czego nie da się kategoryzować. I tak to potem powstaje. Oboje uznaliśmy, że chcemy to robić dla ludzi, a nie, dla siebie. Oboje już mamy dość tego chorego spojrzenia na własne cztery litery. 

Niestety, tak  kreują social media. Samowystarczalność jest super, ale jak masz być sam, to  ważne, żeby być i czuć, spełniać się, ale patrzeć w tym wszystkim też na bliskich. 

Jaka była droga od pomysłu, po realizację Waszego duetu? 

Przyjechałem do studia, Artur pokazał mi numer, od razu powiedziałem, że go zrobimy. No i...wyszło. (Śmiech.)

Czego dowiedzieliście się o sobie podczas pracy nad tym utworem? Czego się nauczyliście? 

Dowiedzieliśmy się, że lubimy ze sobą współpracować i że dobrze nam to idzie, pomimo chaosu, który czasem w tym wszystkim się pojawia, walczymy i działamy. Spotykamy się co tydzień i pracujemy nad utworami i jak najlepszym efektem końcowym. 

Nauczyliśmy się, że warto działać z przyjaciółmi, wymieniać się sugestiami. 

To nie tylko utwór, który będzie próbował podbić listy przebojów, ale przede wszystkim opowieść o człowieku, który powoli traci kontakt z samym sobą. Zastanawialiście się, czy może pełnić także funkcję terapeutyczną, stanowić oczyszczenie?

Ta piosenka to lustro dla każdego, kto gubi się na drodze, którą nigdy nie powinien iść.

To historia o kimś, kto buduje swoją tożsamość na pozorach. Wiele jest takich osób, prawda?

Tak, niestety. Świat internetu ma to do siebie, że jest sztuczny, a to przekłada się na prawdziwe życie. Dlatego, ten problem dotyczy najczęściej młodzieży, ale niestety również starszych pokoleń.

Narracja "Usterek" skupia się na bohaterze zagubionym we własnym odbiciu. Czy czuliście kiedyś podobnie? 

Ja, jak najbardziej, szczególnie w relacjach damsko męskich, gdzie notorycznie, na siłę próbowałem coś zmienić, jeszcze bardziej niszcząc przy tym nie tylko siebie, ale też drugą osobę.  

Co jest najtrudniejsze w momencie, w którym przyznajemy się do tego? 

Strach przed tym, kim się nagle stajemy.

Co zrobić, kiedy próżność zaczyna dominować nad autentycznością?

Wtedy trzeba na chwilę zwolnić i spojrzeć na siebie w lustrze, zadając sobie pytanie, "Czy to naprawdę ja, czy ktoś kogo będę musiał później udawać?” 

Może to spotkać każdego, niezależnie od momentu, w którym aktualnie się znajduje. 

Jak postępować, by tej autentyczności, nie tylko w muzyce, mimo życiowych zakrętów, nie stracić?

Umieć zaakceptować siebie. Pokochać swoje zalety i wady, a dopiero wtedy zacząć budować siebie, tak, jak chcemy. Warto spróbować. 

Życie bywa ciężkie i dołujące. Każdy dzień to walka. Trzeba iść, czasem zwolnić, żeby przestać się bać tego, co może się wydarzyć.  Nie ma żadnych utartych schematów. Trzeba wiedzieć, co nas uszczęśliwia, ale znać też odpowiedź na pytanie, czemu tego nie robimy. 

Jak pozbyć się zazdrości, będącej motorem napędowym konfliktów?

Odpuścić. Opowiem pewną historię. 

Znałem kogoś, kto stracił jedyną w swoim rodzaju kobietę, która go kochała. 

Pozbierał się, znajdując sobie kogoś po kilku miesiącach. 

Prawda jest taka, że i tak musiał iść do przodu mimo tego, że tak naprawdę to on zawinił i wszystko zniszczył. Musiał nauczyć się cieszyć czyimś szczęściem, bo to największa umiejętność.

Co najczęściej, oprócz fałszu i kłamstw, wypala wzajemne zaufanie?

Zdrada i brak poczucia, że możesz na kogoś liczyć.

Dlaczego ludzie zakładają maski? Zastanawiałeś się nad tym? W jakich sytuacjach robisz to najczęściej?

Wydaje się to łatwiejsze, niż przyznanie się do błędu. Dlatego, czasem każdy je zakłada. 

Najczęściej powoduje to przeszłość, strach, doświadczenie, które ciąży nam na barkach. To najczęściej zdarzenie, które nas zniszczyło i nauczyło, że nie warto być sobą, nie warto być szczerym. 

Ciężko stwierdzić kiedy je zakładam, ale staram się być na takim etapie, żeby nie patrzeć za siebie, chociaż wiem ile błędów popełniłem i ile mnie nauczyły. Zawsze trzeba, mimo wszystko, iść do przodu. 

Podobno Wasz utwór nie jest rodzajem moralitetu, ani wykładem o etyce, a jedynie zapisem obserwacji. Jak długo trwały? Na czym się skupiały?

Nie trwało to długo. Rozmawialiśmy o tym, co nas męczy. Tytuł nawiązuje do Usterki, czyli postaci z Bajki Disneya, "Ralph Demolka", gdzie główny bohater spotyka małą usterkę, która niszczy grę. Patrzyliśmy również na problemy świata codziennego, gdzie coraz więcej osób patrzy tylko i wyłącznie na siebie. Niestety, każdy czasem tak ma, więc warto to wypośrodkować i spróbować jakkolwiek poukładać.

piątek, 26 czerwca 2026

Andrzej Chyra o swoich najnowszych rolach, samotności, intuicji i sile kina [WYWIAD]

 Andrzej Chyra o swoich najnowszych rolach, samotności, intuicji i sile kina [WYWIAD]














fot. Małgorzata Krawczyk 

Andrzej Chyra jest jednym ze stałych bywalców Kina na Granicy. Opowiada o powrotach do Cieszyna, ale też o filmach ze swoim udziałem, które można było zobaczyć na mionionej, 28. odsłonie wydarzenia. 

Opowiada o kulisach wieloletniego powstawania filmu „Las“ w reżyserii Joanny Zastróżnej i „Klarnecie“ w reżyserii Toli Jasionowskiej.

Jest Pan jednym z weteranów tej imprezy, którzy w Cieszynie spędzili chyba rekordową liczbę majowych długich weekendów.

Przyjeżdżając na tę edycję, rzeczywiście uświadomiłem sobie, że jestem tutaj już kolejny raz. Za każdym razem, kiedy przyjeżdżam do Cieszyna, czuję się tutaj zadomowiony.

Pamięta Pan swoje pierwsze spotkanie z dyrektorem programowym polskiej części festiwalu, Łukaszem Maciejewskim?

Jestem prawie pewien, że po raz pierwszy spotkaliśmy się przy okazji, kiedy prowadził spotkanie po którymś z moich filmów. Było to bardzo dawno, więc chyba mogę zaryzykować stwierdzenie, że nasze kariery rozpoczęły się w podobnym momencie. (Śmiech)

Nie tylko rozmowy o filmach, ale też spotkania kuluarowe, po projekcjach, te więzy zacieśniają, prawda?

Tak. Łukasz jest wyjątkowym człowiekiem. Na polu krytycznym, w teatrze, ale też w filmie, przez lata bardzo dużo działał, pisał.  Rozumie, że festiwale są wyborem gustu, również takiego, który idzie czasem na kompromis. Uważam, że jest dobrze zorientowany i ma świadomość, jak filmy działają, a zatem może je umiejętnie łączyć. Ma ogromny talent do tworzenia dobrej atmosfery.

Dużym atutem cieszyńskiego festiwalu jest również to, że łączy miłośników kina polskiego, czeskiego i słowackiego. Jacy czescy przedstawiciele filmu są Pana ulubionymi?

Jednym z nich jest na pewno Miloš Forman. Lubię czeskie, starsze kino, zwłaszcza filmy z lat 60. Niektóre bardzo dobrze pamiętam. Kilka lat temu byłem nawet jednym z jurorów na festiwalu filmowym po czeskiej stronie, miało to miejsce w Plzni.

Spotykamy się po projekcji filmu „Las" w reżyserii Joanny Zastróżnej. To obraz bardzo atypowy. Czy właśnie w tej atypowości zawarty jest jego największy sukces?

Na jego sukces składa się na pewno to, co ta atypowość zawiera. Poszczególne warstwy tego filmu i wątki, z których się składa, tworzą napięcie dramatyczne. Jeżeli ktoś wejdzie w rytm tego filmu i otworzy się na jego urok, będzie zadowolony z efektu.

O tym projekcie mówi się również, że jest podróżą surrealistyczną. Jaką podróżą był dla Pana? Czego się Pan o sobie dowiedział, czego się nauczył?

Była to dla mnie podróż fascynują, trwająca bardzo długo. Była to podróż przez świat wyobraźni Joanny. To załapanie się na czyjś świat wyobraźni jest tym, co od zawsze fascynuje mnie w tym zawodzie. Zdjęcia do „Lasu" trwały osiem lat, a jego łączne konstruowanie trwało około czternaście lat, co sprawia, że był on jednym z najdłużej powstających polskich filmów. Był realizowany w większości z prywatnych środków, albowiem częściowe dofinansowanie z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej otrzymał dopiero w późniejszym czasie. Opowiem jeszcze o kulisach powstawania naszego filmu. W tym okresie bardzo zmieniała mi się waga. Jej różnica w maksymalnych odchyleniu to piętnaście kilogramów. Ciekaw jestem, czy dla widza jest to zauważalne.

W tym filmie, dzięki właśnie wieloletniej pracy nad nim, można usłyszeć głos nieodżałowanego Franciszka Pieczki.

Fantastyczny człowiek.

A jak pracowało się z Joanną Zastróżną?

Joanna się uczyła. Przyszła ze świata, w którym pracowała wcześniej. Musiała się wielu rzeczy nauczyć. Praca nad tym filmem odbywała się poza normami topograficznymi. Tradycyjnych uwag, które słyszymy od reżyserów, nie było.

Natknęłam się na fragmenty Pańskich wypowiedzi, w których zwracał Pan uwagę na specyficzny, nieoczywisty i nieco "wykręcony" charakter scenariusza tej produkcji. Czy to właśnie te jego cechy zdecydowały, że postanowił Pan tę rolę przyjąć?

Oczywiście. Lubię sztukę i uważam, że jest czymś, czym nie umiemy się posługiwać i bawić. Uważam, że korzystania ze sztuki powinno uczyć się w szkołach. Uświadomienie tego, jak może być pobudzająca duchowo, jest rzeczą ważną.

Drugim filmem, który można było w Cieszynie zobaczyć, jest „Klarnet" w reżyserii Toli Jasionowskiej. Podobno, jego paradoksem jest to, że pokazuje świat kobiet, w którym brakuje mężczyzny, a ten brak staje się jego szczególną wartością.

Ten film wchodzi w pewną intymność z czułością, ale bez ekscesów, bez histerii. Intymność samotnych kobiet jest szczególna. Kiedy w danej historii obecny jest mężczyzna, tematy, które się porusza, są inne. Bardzo wiele osób przyznaje się, że płakało na tym filmie. „Klarnet" przez to, że dotyka świata bez mężczyzn, pokazuje potrzebę obecności tego brakującego pierwiastka.

Stworzył Pan postać, którą cechuje silna intuicja, która w dzisiejszym świecie, w moim odczuciu jest bardziej powszechna u kobiet, aniżeli u mężczyzn.

Chcieliśmy wyjść poza funkcjonujące w świecie przekonanie, że stereotyp określa prawdopodobieństwo charakteru. Myślę, że tacy mężczyźni się zdarzają. To, co prezentuje mój bohater, jest sposobem na spotkanie tych dwóch światów, kobiecego i męskiego, na nieco innej płaszczyźnie. To spotkanie jest bardzo głębokie, prawdziwe i intrygujące. Uważam, że udało nam się przełamać stereotyp spotkania dwójki ludzi. Ten film, w swojej delikatności i głębokiej intymności ma coś takiego, że wiele osób bardzo go przeżywa.

Agnieszka Żulewska o filmie "Człowiek do wszystkiego" i (nie) tylko [WYWIAD]

Agnieszka Żulewska o filmie "Człowiek do wszystkiego" i (nie) tylko  [WYWIAD]















fot. Małgorzata Krawczyk 

Dla Agnieszki Żulewskiej 28. edycja Kina na Granicy była możliwością powrotu do Cieszyna. Okazją do spotkań z widzami były aż trzy filmy z jej udziałem, które można było zobaczyć. 

Opowiedziała o pracy nad filmem „Człowiek do wszystkiego" i współpracy z Anką i Wilhelmem Sasnalami, epizodzie w „Brzydkiej siostrze" w reżyserii Emilie Blichfeldt i przewadze mężczyzn na planie „Wielkiej Warszawskiej".

 28. edycja Kina na Granicy nie jest pierwszą odsłoną festiwalu, na którym się Pani pojawia. Jak wraca się do Cieszyna?

Do Cieszyna cudownie się wraca. To przepiękne miejsce, dlatego cieszę się, że mam taką możliwość.

To jeden z tych festiwali, na którym nie obowiązują galowe stroje i nie ma czerwonych dywanów. Czy właśnie to składa się Pani zdaniem na jego sukces? 

Oczywiście, to że nie ma tutaj dress codu i wszyscy jesteśmy na luzie, jest ważne. Istotna jest też możliwość spotkania tych, których spotyka się tylko okazjonalnie. Tu wszyscy się zbieramy i to jest wspaniałe.

 Dużym atutem, moim zdaniem, jest również to, że ten przegląd łączy miłośników kina polskiego, czeskiego i słowackiego. Jacy czescy przedstawiciele filmu są Pani ulubionymi?

Jednym z nich jest dla mnie Petr Zelenka.

 Ilekroć pytam gości festiwalowych o skojarzenia z Czechami, najczęściej słyszę, że to piwo i smażony ser. Co Pani dorzuci do tej puli?

Prostokątne salami, masełko smakowe i pistacje. (śmiech)

 W ramach tej edycji przeglądu można zobaczyć aż trzy filmy z Pani udziałem. Zacznijmy od „Człowieka do wszystkiego". To najnowszy film w reżyserii Anki Sasnal i Wilhelma Sasnala. Jak się z nimi pracowało?

To wspaniali ludzie. Praca z nimi to przywilej i wielka radość. Plany są rodzinne, spokojne. W tej pracy liczy się tak naprawdę proces twórczy, a nie efekt. To jest świetne.

 Czego się Pani nauczyła od Sasnalów?

Samo przebywanie z Anką i Wilhelmem oraz słuchanie tego jak opisują świat, a także ich wiedza i doświadczenie, jest swego rodzaju nauką.

 Scenariusz powstał na podstawie powieści szwajcarskiego pisarza, Roberta Walsera pod tym samym tytułem, wydanej w 1908 roku. Czy w ramach pracy nad filmem sięgnęła Pani po ten tytuł?

Książkę przeczytałam po zakończeniu pracy na planie. Głównym materiałem do pracy był dla mnie wspaniały scenariusz napisany przez Wilhelma i to on stanowił punkt wyjścia i wsparcia w całym procesie 

 Główny bohater to alter ego samego pisarza, który zarabiał jako kopista, pomocnik w bogatych domach. Najpierw jest takim człowiekiem od wszystkich zadań, a z czasem staje się zaufanym rozmówcą i doradcą Pani bohaterki, czyli żony Toblera. Co Pani o niej opowie? Jak ją Pani budowała?

Tekst napisany przez Walsera był konkretny i treściwy. Nie zdarza mi się zastanawiać nad tym, jak budować swoją postać. Wchodzę do zastanych okoliczności. Słucham tego, czego chce reżyser. Czytam scenariusz. Z tego wyłania się postać. Nie przygotowuję się do tego, co mam do zagrania. Liczę, że okoliczności mi pomogą.

 Mimo, że film oparty jest na powieści z 1908 roku, uważam, że to obraz na dzisiejsze czasy, albowiem mechanizm upokarzania człowieka przez pracę wciąż działa, a zatem jego życie jest odzwierciedleniem otaczającej nas rzeczywistości. Zgodzi się Pani z tym stwierdzeniem?

Tak, zdecydowanie.

 Warto podkreślić, że nie jest to Wasza pierwsza współpraca, albowiem zagrała Pani także w filmie „Nie zgubiliśmy drogi" z 2023 roku. W czym upatruje Pani największą siłę tego duetu reżyserskiego?

Ich największa siła zawarta jest w tym, że są zgodni. Proponują coś bardzo konkretnego. Nie uginają się pod zewnętrznymi wytycznymi. Mają ogromną chęć realizacji swojej wizji.

 Kolejnym filmem z oferty festiwalowej jest „Brzydka siostra". To debiut reżyserski Emilie Blichfeldt.

To body horror. Mamy do czynienia z historią, którą wszyscy znamy. Tak naprawdę oglądamy „Kopciuszka", ale akcenty są tutaj przesunięte, ponieważ główna bohaterka jest tutaj przyrodnia siostra Kopciuszka, uznawana za mniej urodziwą i podłą. Przy bliskim spotkaniu okazuje się to jednak dużo bardziej zniuansowane. 

 Z polskich aktorek, obok Pani wystąpiła Katarzyna Herman. Proszę opowiedzieć o swojej postaci.

Pojawiam się tam dosłownie na trzy sekundy. (Śmiech) Wychodzę z obrazu, jestem matką mówiącą do głównej bohaterki, że jej buty są w kieszeni, a dynia zamieni się w karocę.

 Możliwość pojawienia się na zagranicznym planie filmowym jest zawsze bardzo ciekawym doświadczeniem, prawda?

Tak, dokładnie.

 Jakie są podstawowe różnice między pracą na planie filmowym w kraju a poza jego granicami?

Różnice są bardzo względne. Jesteśmy wspaniałym rynkiem. Tak naprawdę tego, w jaki sposób ten rynek się rozwija i jak bardzo profesjonalną grupą filmowców jesteśmy, można doświadczać jeżdżąc w różne miejsca. Mamy zupełnie inny etos pracy. Polskie plany filmowe są wspaniałe.

 „Wielka Warszawska" to film o kulisach wyścigów konnych. Prezentuje spojrzenie na brudną stronę sportowego sukcesu, co stawia bohaterów w sytuacjach wyborów moralnych. Jak odnajdywała się Pani na planie filmu zdominowanego przez mężczyzn?

Świetne pytanie. Kobiet w tym filmie faktycznie jest jak na lekarstwo. To z jednej strony sprawia, że jesteśmy na wierzchu, ale faktycznie, ten męski świat trzeba było trochę porozchadzać i trochę się przez niego poprzedzierać.  Dzięki temu jednak mogłyśmy być zauważone na tle panów.(śmiech)

 Gdyby miała Pani pracę nad tym filmem zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Uwielbiam pracować z Tomkiem Ziętkiem. Bardzo cieszyłam się na ponowne spotkanie z reżyserem Bartkiem Ignaciukiem, z którym spotkałam się wcześniej przy serialu „Wielka woda".

 Jaki był to powrót do pracy z Ignaciukiem?

Był to wspaniały powrót. Bartek jest osobą wysokiej kultury osobistej, człowiekiem szalenie spokojnym, wiedzącym, czego chce. Spotkania z nim są bardzo przyjemne.

piątek, 19 czerwca 2026

Dominika Sakowicz (nie) tylko o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]

 Dominika Sakowicz (nie) tylko o serialu "M jak miłość"  [WYWIAD]





















fot. Iga Mackiewicz 

Z Dominiką Sakowicz spotkałam się w Warszawie. Rozmawiałyśmy o serialu "M jak miłość", postaci Joanny, w którą wciela się od 1914 odcinka, ale też o tym, jak czasami widzowie tracą czujność i mylą fikcję z rzeczywistością.

W naszej rozmowie nie zabrakło też przestrzeni na poruszenie tematu teatru, a także skonfrontowanie dwóch światów - teatralnego a kamery telewizyjnej. 

Aktorka telewizyjna, teatralna, modelka, optymistka. Osoba, dla której zawsze, szklanka jest do połowy pełna. Przyjaźnie nastawiona do ludzi i świata. Tak Panią widzę. (Śmiech.) Postrzega Pani siebie w podobny sposób?

To bardzo ciekawe spostrzeżenie, albowiem dla ludzi z zewnątrz jawię się w podobny sposób. Widzą mnie jako ciepłą osobę i ja się z tym zgadzam, ponieważ wydaje mi się, że mam w sobie sporo tego ciepła i miłości do ludzi. Gdybym jednak ja sama miałabym siebie w jakiś sposób określić, powiedziałabym, że jest we mnie sporo smutku i swego rodzaju melancholii. 

Od zawsze Panią tak postrzegano, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem?

Zawsze. Wynika to z tego, że moim celem jest dawać ludziom radość. Ważne jest dla mnie, by ludzie w moim otoczeniu dobrze się czuli. Nie mam w zwyczaju swoich wewnętrznych rozterek przelewać na innych. (Śmiech.)

Takie nastawienie pomaga także w tym pięknym, ale jednak trudnym zawodzie?

Pozytywne nastawienie w ogóle pomaga w życiu. 

Wiele jest zawodów na "A". (Śmiech). Co spowodowało, że wybrała Pani akurat aktorstwo?

Mam takie wrażenie, że ja się z tym urodziłam. Wybór aktorstwa przyszedł dość naturalnie. 

Czy nigdy nie miała Pani innych pomysłów na siebie, a od najmłodszych lat lubiła się przebierać i wcielać w różne postaci?

Oczywiście, inne pomysły też były, ale chyba bardziej w życiu dorosłym. Jak mi nie szło w aktorstwie, często myślałam o tym, żeby się przebranżowić.

Jakie pomysły na siebie brała Pani pod uwagę?

Myślałam, by zostać agentką nieruchomości. Zrobiłam też kurs, by zostać... wedding plannerką.

Nic straconego, wszystkie swoje umiejętności może Pani wykorzystać na ekranie.

Oczywiście, że tak. 

Choć w zawodzie jest Pani aktywna od 2017 roku, to czy właśnie otrzymanie roli w serialu "M jak miłość" sprawiło, że poczuła Pani, jak nabiera wiatru w żagle?

Tak. Nie ukrywajmy, że jednym z powodów naszej rozmowy jest właśnie to, że pojawiłam się w tym serialu. (Śmiech.) 

Kończąc szkołę, sporo grałam w różnych teatrach, m.in. w Teatrze Studio, Teatrze Scena 11, a także w teatrze objazdowym. "M jak miłość" pozwoliło szerszej publiczności mnie poznać. Mam ogromny apetyt na karierę filmową. 

Wielu aktorów marzy o tym, by być częścią właśnie tej kultowej produkcji, która od ponad 25 lat cieszy się niesłabnącą sympatią wśród widzów. Czy wizualizując sobie rolę marzeń, myślała Pani kiedykolwiek o tym serialu?

Oczywiście! Jako mało dziewczynka też oglądałam ten serial. Siadałam przed telewizorem i marzyłam o tym, że jak dorosnę, to dołączę do rodziny Mostowiaków. 

I jak tu nie wierzyć w to, że marzenia mają siłę sprawczą? Jako doktor Joanna Dobrzańska, w serialu "M jak miłość" po raz pierwszy pojawiła się Pani w 1914 odcinku. 

Jestem ciekawa, jak te losy Joasi się potoczą. 

Wiadomo już, że zanim trafiła Pani do produkcji, zdarzało się Pani ją oglądać i to od swoich najmłodszych lat.  Czy zatem miała Pani swoje ulubione wątki, ulubionych bohaterów?

Kiedy oglądałam ten serial lata temu, fascynowały mnie np. losy Marty Mostowiak, granej przez wspaniałą aktorkę Dominikę Ostałowska. Jej bohaterka miała naprawdę sporo życiowych zawirowań, głównie tragicznych. Za tym oczywiście idą wyzwania aktorskie, które mnie kręcą. 

Jak po latach patrzy się na coś, co oglądało się, będąc dzieckiem? 

Pamiętam, jak podczas jednego z moich dni zdjęciowych pierwszy raz podjechałam pod dom w Grabinie. Było to faktycznie takie zderzenie tego, o czym marzyłam jako mała dziewczynka, oglądając serial w telewizji, z tym, gdzie teraz jestem, jako dorosła kobieta. 

W czym, w Pani odczuciu, tkwi fenomen tego serialu?

Myślę, że ten serial jest tak lubiany przede wszystkim dzięki temu, że grają w nim tak wybitni aktorzy. Jest bliski ludziom i codzienności. Zrzesza tyle różnych wątków i historii, że każdy może się w nim odnaleźć. 

Jak została Pani przyjęta na planie?

Bardzo miło. Od pierwszych scen partnerował mi Robert Moskwa, który wziął mnie pod swoje skrzydła, oprowadził po planie i poznał z ekipą. Złapaliśmy od razu świetny kontakt. To dzięki niemu, już od pierwszych chwil, poczułam się na planie serialu, jak w domu. Nie chcę tak słodzić, ale naprawdę jak na razie, (Śmiech.) nie mogę powiedzieć na nikogo złego słowa. Wszyscy bardzo ciepło mnie przyjęli. A to wcale nie zdarza się tak często.

Miała Pani mocne wejście nie tylko w sam serial, ale również w życie Artura, w którego wciela się wspominany Robert Moskwa. (Śmiech.) Widzowie poznali Joannę w momencie, w którym rani się w rękę, a z opresji ratuje ją właśnie wspominany, serialowy doktor Rogowski. Jak realizowano tę scenę?

Chronologia nagrywania bywa czasem zaburzona i nie idzie w parze z kolejnością tego, co jest pokazywane na ekranie, więc to nie była pierwsza scena, którą realizowałam, wcielając się w Joannę. Ta scena nagrana była trochę później.

Podczas mojego pierwszego dnia zdjęciowego realizowaliśmy sceny w przychodni. 

Nagrywanie sceny, w której Joanna rani się w rękę, było dla mnie bardzo ciekawe. Dużo się działo. Mogłam pokazać wiele emocji. Mimo, że dla niektórych jest to wątek dość kontrowersyjny, gra mi się go bardzo dobrze. (Śmiech.) 

Między Joanną a Arturem iskrzy od pierwszego spotkania i mam wrażenie, że tak już będzie zawsze. (Śmiech.) Muszę o to zapytać, choć wiem, że nie może Pani zdradzić zbyt wiele. Czy fani, przyzwyczajeni do małżeńskiej sielanki, która panuje pomiędzy Arturem a Marysią, powinni zacząć się martwić?

Widzowie od lat byli przyzwyczajeni do sielanki w małżeństwie doktora Rogowskiego, ale powiedzmy sobie szczerze, czy byłoby co oglądać, gdyby cały czas szło to w jednym kierunku? (Śmiech.) 

Jedni są zaniepokojeni już teraz, drudzy zaś czasem mylą rzeczywistość z serialową fikcją. Niestety, ta cienka linia pomiędzy jednym, a drugim, społeczeństwu czasem się zaciera. Apelowała Pani już na swoim oficjalnym profilu na Instagramie do widzów w tej kwestii. Co powiedziałaby Pani na ten temat w naszej rozmowie?

Dostałam kilka wiadomości na Instagramie, które co prawda nie były przesycone agresją, ale w których było widać, że niektórym widzom naprawdę zaciera się ta granica pomiędzy fikcją a tym, co dzieje się naprawdę. Były takie głosy, które domagały się, abym zostawiła Artura w spokoju. (Śmiech.) 

Niestety, Robert Moskwa obrywa bardzo mocno za to, co dzieje się na ekranie. Oczywiście, można wyrazić swoją opinię, ale nie można nikogo obrażać. 

Myślę, że najgorsze w tym wszystkim są portale, które podsycają hejt. Już same nagłówki są jednostronnie skonstruowane. Zdarzyło mi się parę razy zajrzeć w komentarze pod takim postem i to, co tam się sączy… delikatnie mówiąc, nie należy do najprzyjemniejszych odczuć. Dla swojego zdrowia, staram się tego nie robić, choć czasem kusi. 

Ja jestem aktorką, to jest mój wyuczony zawód i staram się go wykonywać najlepiej, jak potrafię. Im barwniejsza postać, tym dla mnie lepiej, bo mam jakieś wyzwanie przed sobą. A o perypetiach bohaterów nie decydują aktorzy, dostajemy gotowy scenariusz i robimy, co w naszej mocy.

Mój partner dobrze to kiedyś podsumował, a propos tego, że niektórzy widzowie przekraczają wszelkie granice - czy jeśli nie smakuje Ci bułka kupiona w piekarni, idziesz do tej piekarni i personalnie obrażasz Panią, która ją sprzedała? 

Bliska jest Pani nie tylko kamera telewizyjna, ale również scena teatralna. Czym jest dla Pani teatr?

Teatr jest mi zdecydowanie bliższy, niż kamera.

Z czego to się bierze?

To tam powstałam jako aktorka, tam rozwinęłam swoje skrzydła. Dopiero to pozwoliło mi przebić się na ekran. Teatr jest moją miłością absolutną. To coś zupełnie innego, niż ekran. Na scenie obcujemy z żywym organizmem. Relacja widz - aktor jest jak tango. Musimy razem ze sobą zatańczyć. Jeśli komuś się pomylą kroki, ten drugi też się wywróci.

To prawda, że aktor jest świadomy tego, co dzieje się na widowni?

Oczywiście. Pamiętam sytuacje, w których widz, siedzący w pierwszym rzędzie myślał, że nie widzę, kiedy wysyła do kogoś SMSa. Kiedy byłam na początku drogi, takie zachowanie potrafiło wybić mnie z rytmu.

Czy takie zachowanie może być powodem zaimprowizowania i uświadomienia widza, że to, co zrobił, nie było na miejscu?

Coś takiego wydarzyło się na monodramie Ewy Błaszczyk. Potrafiła tak podjąć temat, że faktycznie, w delikatny sposób zwróciła widzowi uwagę. 

Co dają jego deski, czego nie daje oko kamery?

To zdecydowanie adrenalina. Oczywiście, jest ona też obecna, kiedy po raz pierwszy wchodzi się na plan jakiegoś nowego projektu lub partneruje mi zupełnie nowy aktor, z którym nie miałam jeszcze przyjemności spotkać się w pracy.

 Jak często zdarza się Pani improwizować przed kamerą?

Chyba jak na razie to mi się nie zdarzyło. Albo sobie nie przypominam. Ja w ogóle cenię sobie bliską współpracę z reżyserem, lubię poddawać się czyjejś wizji, oczywiście korzystając ze swojej wrażliwości. 

Jest Pani nie tylko aktorką, ale także modelką. Kiedy to modeling pojawił się w Pani życiu? 

Modelka, to chyba za duże słowo. (Śmiech.) 

Kiedy byłam nastolatką, chodziłam do szkoły estradowej i to właśnie tam, moja nauczycielka tańca coś we mnie zauważyła. Podpowiedziała mi, żebym poszła na konkurs miss. Od tej pory zaczęłam dostawać propozycje współpracy komercyjnych, które do dziś zdarza mi się realizować. 

Traktuje to Pani jako uzupełnienie bycia aktorką, czy raczej jako osobną przygodę?

Traktuję to raczej jako osobną przygodę, choć usłyszałam ostatnio, że powinno to się zazębiać. Przyznam, że u mnie chyba nie do końca tak to działa. 

Trzeba przyznać, że Joasia w "M jak miłość" stylówki ma wspaniałe. Ma Pani jakiś wpływ na to, jak się ubiera?

Kiedy przyszłam na pierwsze przymiarki, cały pion kostiumów zaproponował mi tak piękne stroje, że ja się kompletnie w nich zakochałam. Nie miałam żadnych uwag. Fajne jest to, że tak jak w życiu, w serialowej garderobie te stroje też się powielają. No, któż codziennie ubiera się w co innego? (Śmiech.)

W czym to Pani na co dzień czuje się najlepiej? 

Jestem mniej elegancka, niż postać, w którą wcielam się w serialu, ale przyznam, że wiele jej sukienek chętnie bym sobie przywłaszczyła. (Śmiech.) Uwielbiam kwiaty, sukienki. Na co dzień ubieram się w to, w czym dobrze się czuję. 

wtorek, 16 czerwca 2026

Maria Gładkowska o filmie "Magnat" i życiowych doświadczeniach [WYWIAD]

 Maria Gładkowska o filmie "Magnat" i życiowych doświadczeniach [WYWIAD]













fot. Małgorzata Krawczyk 

Aktorka Maria Gładkowska na Kino na Granicy  przyjechała po raz pierwszy. Spotkała się z najmłodszymi widzami, by zainaugurować lubiany cykl „Aktorzy i aktorki czytają dzieciom".

Nie był to jej jedyny powód przyjazdu nad Olzę, albowiem podczas przeglądu wyświetlone zostały dwa filmy z jej udziałem, których reżyserem jest Filip Bajon.

To właśnie m.in. o filmie „Magnat" i „Bal na dworcu w Koluszkach" Maria Gładkowska rozmawiała ze mną. Opowiedziała, z jakimi emocjami ogląda się po latach filmy, w których się zagrało oraz jak wspomina pracę nad nimi.

Na początku każdej rozmowy staram się opisać swojego rozmówcę. Panią widzę jako aktorkę o imponującym dorobku artystycznym, ale też osobę, która mimo tego, że nie brakowało w jej życiu trudnych doświadczeń, nadal potrafi się uśmiechać i widzi szklankę do połowy pełną. Postrzega Pani siebie w podobny sposób?

Tak, jak najbardziej. Moje doświadczenia mnie ukształtowały, to dzięki nim jestem taką osobą, jaką jestem.

Takie nastawienie pomaga również w tym pięknym, a równocześnie trudnym zawodzie, prawda?

Myślę, że to taki zawód, który uczy dystansu do życia i do wielu spraw, w tym także do niepowodzeń, które są częścią tego wszystkiego.

W wywiadach często przyznaje Pani, że to nie jest łatwy zawód, jednocześnie przekonując, że jego wyboru nigdy Pani nie żałowała. To prawda, że już w liceum postrzegała Pani go jako swego rodzaju sposób na naprawianie świata? 

Kiedy wybierałam ten zawód jako młoda dziewczynka, myślałam o tym, że dzięki mojej grze widz będzie mógł dokonać przemyśleń swojego życia, działania i mieć jakieś refleksje.

Jak postrzeganie tego zawodu zmieniło się u Pani na przestrzeni lat?

Trochę inaczej to wygląda, kiedy już jest się dorosłą osobą. W moim wieku człowiek nie ma już żadnych złudzeń. (Śmiech) To nie jest łatwy zawód, zwłaszcza dla kobiety. Kiedy pierwszy raz powiedziałam, że chcę zdawać do szkoły aktorskiej, przestrzegał mnie przed tym Janek Englert. Dziś już mam tego pełną świadomość, aczkolwiek niczego nie żałuję.

W repertuarze 28. edycji Kina na Granicy znalazły się dwa filmy z Pani udziałem. Pierwszy to „Magnat", który premierę miał w 1986 roku. Wcieliła się Pani w Daisy, żonę Hainsa Heinricha. To już prawie 40 lat od jego premiery. Jak dziś patrzy Pani na ten film? 

Mierzę wszystko wiekiem moich dzieci, więc to bardzo prawdopodobne, że to już tyle lat. (Śmiech) Im człowiek jest starszy, tym szybciej życie upływa. Mam takie poczucie, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, że wręcz pędzi, jak to najnowsze pendolino w naszym kraju.

Mam wrażenie, że „Magnat" jest dla Pani ważnym filmem. Dlaczego?

„Magnat" jest dla mnie bardzo ważnym filmem, ponieważ po raz pierwszy w mojej karierze zawodowej dostałam wtedy propozycję zagrania takiej właśnie postaci. Niewątpliwie, jako dla młodej osoby, było to dla mnie wyzwanie.

Jakim reżyserem jest Filip Bajon?

Pracowało nam się doskonale. Jak już wspomniałam, byłam wtedy bardzo młodą dziewczyną. Spotkanie w pracy tak doświadczonego aktora jak Jan Nowicki, czy tak uznanego już reżysera jak Filip Bajon, było dla mnie bardzo ważne. Przyglądałam się im z dużym zainteresowaniem i zaciekawieniem.

U Filipa Bajona zagrała Pani również w „Balu na dworcu w Koluszkach" i pokrewnym „Magnatowi" miniserialu „Biała wizytówka". Punktem wyjścia "Balu..." jest autentyczna zima stulecia z przełomu lat 1978/79. Jak Pani zapamiętała pracę nad tym projektem?

Te zdjęcia były zupełnie inne, ponieważ był to zupełnie odmienny film. Trudno tutaj mówić o większej roli. Moja postać nie była tak znacząca. Przy tym filmie, podobnie jak w przypadku „Magnata", Piotr Sobociński był odpowiedzialny za zdjęcia. Wiedziałam już, jak się z nimi pracuje. Być może ten dystans, który z początku mi towarzyszył, zmniejszył się, a co za tym idzie, lęk młodej, przystępującej do pracy aktorki, też nie był już tak duży.

Gdyby miała Pani możliwość zagrać u niego po latach, w jakimś nowym tytule, zdecydowałaby się Pani taką rolę przyjąć?

Gdyby tylko miał dla mnie jakąś ciekawą do zagrania postać, oczywiście, zgodziłabym się.

Nie wiem, czy po tylu latach można zadać to pytanie, ale spróbujmy. Czego Panią praca nad tym tytułem nauczyła?

Spotkałam wtedy Jana Peszka, który jest wielkim, nietuzinkowym wręcz aktorem. Jego styl gry jest odmienny od wielu, równie wspaniałych aktorów, których znam. To zetknięcie się z nim było dla mnie bardzo interesujące.

Czy zdarza się Pani po latach wracać do oglądania innych filmów ze swoim udziałem?

Tak. W ubiegłym roku po raz pierwszy w całości obejrzałam wspominaną „Białą wizytówkę", która jest rozszerzoną wersją „Magnata". Wcześniej nie widziałam tego miniserialu.

Jakie towarzyszyły Pani emocje?

Obejrzałam go z dużym zainteresowaniem i takim wewnętrznym drżeniem.

Cieszyński festiwal łączy miłośników polskiego, czeskiego i słowackiego kina oraz literatury. Pani ulubieni czescy przedstawiciele kina i literatury to...

Przyznam szczerze, że znam niewielu. Przyjeżdżając tu, miałam nadzieję, że wreszcie ich poznam.

A z czym kojarzą się Pani Czechy? Ilekroć zadaję to pytanie podczas przeglądu, na którym się spotykamy, najczęściej padają odpowiedzi takie jak piwo czy smażony ser. 

Piwa nie piję. (Śmiech) Lata temu, kiedy przejeżdżałam przez Czechy, wybierając się na narty do Austrii, zrobiłam wyjątek i wypiłam czeskie piwo. Pamiętam, że mi wówczas smakowało. Bardzo chciałabym odwiedzić Pragę.

Razem z Grażyną Błęcką-Kolską zainaugurowała Pani cykl skierowany do najmłodszych, „Aktorzy i aktorki czytają dzieciom". Uważa Pani, że czytanie dzieciom od najmłodszych lat sprawia, że w późniejszych latach chętniej sięgają po książki?

Jak najbardziej.

„Awantura o Basię", która jest lekturą szkolną, a w której zagrała Pani Stanisławę Olszańską, doczekała się adaptacji telewizyjnej. Z jakimi książkami i autorami kojarzy się Pani dzieciństwo? Czytała Pani wnuczkowi wspominaną lekturę?

Wnukowi jeszcze „Awantury o Basię" nie czytałam, bo jest na tę lekturę za mały. Mój wnuk ma już prawie sześć miesięcy i muszę przyznać, że już z dużym zainteresowaniem słucha, kiedy czytam mu o zwierzątkach i oswajam go z tym, jakie dźwięki wydają. Wyrosłam na „Baśniach Andersena", które czytała mi moja mama. Do dziś je kocham.

Jaka książka zachwyciła Panią ostatnio?

Był to „Chłopiec z latawcem" autorstwa Khaleda Hosseini. To piękna i bardzo mądra książka.

„Matki, żony i kochanki", „Na dobre i na złe" i „Czułość i kłamstwa" to seriale, z którymi nadal jest Pani najczęściej kojarzona przez widzów?

Jestem najczęściej kojarzona z tymi tytułami, które są w danym momencie emitowane w telewizji. Telewizja nadal jest bardziej popularna niż kino, więc prawdopodobnie z tego to wynika.

Można spotkać też Panią w Teatrze. W jakich sztukach obecnie Pani występuje?

Pracuję w Teatrze Nowym w Łodzi, zapraszam na spektakle w których gram. Zrobiłam wspaniały monodram „Testament Szekspira". Jego autorem jest Kanadyjczyk, Vern Thiessen. Z Wojtkiem Wysockim gram w komedii „Seks dla opornych". Można mnie zobaczyć też w bajce dla dzieci „Tajemniczy ogród".

Dzieci są najbardziej wymagającymi widzami?

Bardzo trudno wywalczyć ich uwagę.