czwartek, 12 marca 2026

Cykl #mariolapoleca (21): „Dalej jazda 2“ [RECENZJA FILMU]

 Cykl  #mariolapoleca (21): „Dalej jazda 2“ [RECENZJA FILMU]















fot. Robert Bartosiewicz 

Zawsze warto znaleźć coś, co poprawi nasze samopoczucie, będzie gwarancją pojawienia się uśmiechu na twarzy. Jedni znajdują takie czynniki w książkach, drudzy w filmach, a jeszcze inni w serialach, czy w muzyce. 

Propozycjami, które (w moim odczuciu) takie czynniki posiadają, chciałabym się dzielić z Wami w moim cyklu #mariolapoleca. Serdecznie Was zapraszam. 

Dziś zachęcam do lektury recenzji najnowszego filmu w reżyserii Mariusza Kuczewskiego, będącego m.in. autorem scenariuszy do pięciu części "Listów do M". Premiera szóstej i być może ostatniej już odsłony hitowej serii odbyła się 7 listopada 2024 roku. Wydawać by się mogło, że teraz jest idealny czas na odpoczynek dla Kuczewskiego, ale nic bardziej mylnego. Film "Dalej jazda", który trafił do kin w całym kraju 3 stycznia 2025 roku, cieszył się tak ogromnym powodzeniem, że szybko zdecydowano o tym, że historia rodziny Gugulaków będzie kontnuowana. Druga część hitowej produkcji na ekrany kin w całym kraju trafiła 6 lutego 2026. Film w drugiej odsłonie zgromadził już w kinach 400 tys. widzów a ta liczba dalej rośnie. Czy powstanie trzecia odsłona?

Oficjalna, premiera medialna jednego z pierwszych filmów, które weszły na ekran kin w całej Polsce w 2026 roku, odbyła się 5 lutego. Nie zabrakło na niej oczywiście twórców i zaproszonych gwiazd. 

W "Dalej jazda!" lekkość, a jednocześnie głębia poruszanych zagadnień idealnie się uzupełniają. To właśnie m.in. te dwa czynniki są odpowiedzialne za dotychczasowy, ogromny sukces produkcji. Do kina wybierają się nie tylko osoby starsze, ale całe pokolenia widzów. Babciom towarzyszą wnuki, córki i synowie zabierają na film nie tylko swoich rodziców, ale też dzieci. Wszystko po to, by przybliżyć  i łatwiej oswoić temat starości oraz Alzheimera, powszechnie nazywanego chorobą utraconych wspomnień oraz wzruszyć się, kiedy seniorzy rodu Gugulaków po raz drugi stają na ślubnym kobiercu.

Temat dotyczący jesieni życia, chorób, a w konsekwencji także odchodzenia, nie należy do łatwych. Jednak, podobnie jak przy okazji pierwszej części, nie brakuje momentów radosnych, takich jak przygotowania do ślubu. Twórcy filmu, na czele z Mariuszem Kuczewskim, po raz kolejny, stworzyli wzruszający, ale także zabawny film, którego głównym motywem był częsty, aczkolwiek nierzadko pomijany problem społeczny. Bardzo zgrabnie połączony został tutaj motyw przeżywania jesieni życia z braniem garściami tego, co przynosi. 

Cykl  #mariolapoleca (21): „Dalej jazda!“ [RECENZJA FILMU]

UROCZYSTA PREMIERA MEDIALNA: 5 lutego 2026

PREMIERA KINOWA: 6 lutego 2026

GATUNEK FILMU:  film fabularny

SCENARIUSZ: Mariusz Kuczewski, Marcin Baczyński

REŻYSERIA: Mariusz Kuczewski

PRODUCENT WYKONAWCZY: Grzegorz Kondek

PRODUCENT: Magdalena Kuczewska

PRODUKCJA: DreamLake

DYSTRYBUCJA: Monolith Films

MUZYKA: Paweł Skorupka

ZDJĘCIA: Studiometro / Robert Bartosiewicz / Paweł Ciecierski / Magda Boruch / Sebastian Filipowicz

OBSADA: Marian Opania, Małgorzata Rożniatowska, Wiktor Zborowski, Maria Winiarska, Bartłomiej Firlet, Julia Wieniawa, Mariusz Drężek, Anita Sokołowska, i inni.

***

O FILMIE: 

Najnowszy film w reżyserii Mariusza Kuczewskiego, to historia rodziny, za którą tak naprawdę, czasem trudno nadążyć. To jednak sprawia, że Gugulaków i ich bliskich, szybko można pokochać i uznać za jedną z najciekawszych historii, ukazanych na szklanym ekranie w ostatnich latach. W pierwzsej części, codzienność Elżbiety (Małgorzata Rożniatowska) i Jóźka (Marian Opania) nabiera rozpędu, gdy postanawiają wybrać się w sentymentalną podróż przez Polskę. Przygotowania do szalonej eskapady wspiera wnuczka Justyna w tej roli (Julia Wieniawa), która niebawem urodzi ich prawnuka, oraz zgryźliwy sąsiad Antoni Kryska (Wiktor Zborowski), który jednak z biegiem zdarzeń okazuje się nie tylko ogromnym wsparciem w organizacji całego przedsięwzięcia, ale też prawdziwym przyjacielem rodziny. Jednak troskliwy syn Andrzej, (Mariusz Drężek) w pierwszej chwili ani myśli puścić rodziców w świat. Przebojowi staruszkowie kradną więc kultową nyskę z jego komisu i ruszają, by spełnić marzenia. Elżbieta i Józiek jadą na własnych zasadach: śmieją się, ryzykują i kochają, jakby mieli po 20 lat. To, co spotyka ich po drodze, finalnie zbliża całą rodzinę. Z biegiem zdarzeń okazuje się, że Elżbieta, zmagająca się z Alzhaimerem, wcale nie marzy o wyjeździe w Pieniny i zobaczeniu czterech cudnych szlaków w Pieninach, ale o... wizycie w hotelu o tej samej nazwie, który oddalony od domu Gogulaków jest jedynie o... 5 km. 

















fot. Robert Bartosiewicz

Część druga nawiązuje do momentu, którym zakończono pierwszą odsłonę filmu. Józef Gugulak trafia do szpitala, a choroba Elżbiety postępuje. Ich syn, (w tej roli Mariusz Drężek) zaniedbuje swoją żonę Barbarę (Anita Sokołowska), bo nie do końca radzi sobie z połączeniem obowiązków wynikających z zawarcia związku małżeńskiego, z opieką nad schorowanymi nestorami rodu. Jeśli ktokolwiek spodziewa się tutaj smutnej historii, jest w błędzie. Aktorski duet, na który po raz kolejny stawiają twórcy, szybko odpala wortki i...przedstawia szaloną historię, w której nie brakuje tylko śmiechu, ale też szalonych pomyłek i zwrotów akcji. 

***

Elżbieta Gugulak, (Małgorzata Rożniatowska) choć zmaga się z Alzheimerem, w wyniku którego traci pamięć i orientację w czasie i przestrzeni, to swojego męża, Jóźka (Marian Opania), kocha do szaleństwa, podobnie jak kwiaty. Rozmawia z nimi, pielęgnuje, a kiedy w pewnym momencie nieświadoma tego, co robi ucieka z domu, zabiera ze sobą właśnie jedną z ukochanych roślinek. 

Józef Gugulak (Marian Opania) kocha swoją żonę i trwa przy niej, mimo jej problemów z pamięcią. Choć w kontaktach ze swoim sąsiadem Antonim Kryską (Wiktor Zborowski)  i synem (Mariusz Drężek) bywa szorstki, dla swojej żony jest możliwie najczulszą wersją siebie. Kiedy wielokrotnie ucieka, nie wiedząc, gdzie jest, za każdym razem robi wszystko, by ją odnaleźć i okazywać jej swoje ciepło. 














fot. Robert Bartosiewicz 

W odsłonie drugiej Józiek najpierw szykuje się do ostatniej drogi, ale pod wpływem Elżbiety i kolejnego jej marzenia, które przed nim odkrywa, całość zmienia się w przygotowania do...ślubu. 

W tle przygotowań do uroczystości dzieje się bardzo wiele. Kiedy jego pierścionek przechwytuje Elżbieta, Sebuś (w tej roli Bartłomiej Firlet) po raz kolejny szuka idealnego momentu, by oświadczyć się Justynce (Julia Wieniawa), która jest ogromnym wsparciem dla swoich dziadków. 

Antoni Kryska (Wiktor Zborowski) nie szuka zmian, nie planuje życiowej rewolucji. Niczego nikomu nie próbuje udowodnić, a i tak pokazuje, że na miłość nigdy nie jest za późno, bo szczęście nie ma terminu ważności. Najpierw zakochuje się w głosie, który dochodzi do niego z odbiornika radiowego, a potem w jego właścicielce (Maria Winiarska), Danusi Kowalik, nazywanej, nie tylko przez swoich wiernych słuchaczy, "Wesołą Wdówką". 

Cała historia prowadzi do wzruszającego finału, w którym miłość, rodzina i przyjaźń okazują się ważniejsze, niż wszystkie przeciwności.

#mariolapoleca, CZYLI KILKA SŁÓW PO OBEJRZENIU FILMU Z PERSPEKTYWY WIDZA:

Jako pierwszą chciałabym wyróżnić Małgorzatę Rożniatowską, która w całej tej historii wciela się w Elżbietę Gugulak. Aż trudno uwierzyć, że na główną rolę w filmie czekała... 50 lat. Razem z Marianem Opanią tworzą trzon całej tej historii, ale także najbardziej lubiany ekranowy duet. W każdej scenie widać, że nie tylko na stopie zaowodej, ale również na niwie prywatnej bardzo się lubią. Więź, którą na przestrzeni dwóch części udało im się stworzyć wspomaga autentyczność historii przedstawionej na ekranie. 

Kolejnymi aktorami, którzy zasługują na ogromne brawa są Maria Winiarska i Wiktor Zborowski. Choć prywatnie są małżeństwem z 50-letnim stażem, to właśnie w historii o rodzinie Gugulaków zagrali razem po raz pierwszy. W produkcji, która przez Zborowskiego nazywana jest "komedią geriatryczną" po raz pierwszy również przenieśli swoje uczucie na ekran. Zrobili to wspaniale, albowiem od pierwszej sceny widać, że to uczucie nie jest zagrane, ale prawdziwe. Pomogło w tym być może również to, że Zborowski nie traktował na planie Winiarskiej jak swoją żonę, ale jak koleżankę aktorkę. 














fot. Robert Bartosiewicz 

Julia Wieniawa i Bartłomiej Firlet to kolejny duet, którego nie można ominąć. Na ekranie widać, że wspólne sceny przynoszą im wiele radości. Są wyluzowani, ale nie tracą przy tym autentyczności. Udowadniają też, że świetnie radzą sobie grając na planie z najmłodszym członkiem ekipy.

Dodatkowe wyrazy uznania należą się Julii Wieniawie za wykonanie utworu "Wielka miłość", który na co dzień figuruje w dorobku artystycznym Seweryna Krajewskiego. To właśnie Wieniawa tchnęła w niego nowe życie, w czym pomogli jej Marian Opania i Mariusz Drężek

To właśnie Drężek i partnerująca mu Anita Sokołowska są tymi aktorami, których chciałabym wyróżnić na końcu. Cieszy fakt, że ich wątek został rozbudowany. Fajnie, że mieli przestrzeń, by pokazać również swoje umiejętności komediowe, których wiadomo już na podstawie innych produkcji, że tym dwojgu nie brakuje. 

Tak naprawdę, to każdy aktor, którego nie wymieniłam, zasługuje na to, by o nim powiedzieć, bo każdy, kto znalazł się w tej historii zrobił coś, co zostało zapamiętane przez widza. Gdybym jednak chciała o każdym coś napisać, jak zwykłam to podkreślać w moich recenzjach, ta opinia nie miałaby kilka akapitów, ale kilka stron. 

Dla kogo jest ten film?

Opowieść o rodzinie Gugulaków, która kontynuowana jest w filmie "Dalej jazda 2" jest historią, która tak naprawdę jest dla każdego. Podobnie jak w przypadku części pierwszej, coś dla siebie znajdą w niej widzowie w każdym wieku. Dlatego, każdemu, kto jeszcze nie widział, polecam. Wybierzcie się do kina, póki ta propozycja znajduje się w repertuarze, albowiem nigdzie tak, jak w kinie oglądanie filmu tak nie smakuje. Choć oczywiście, jeśli natkniecie się na moją recenzję za jakiś czas, obejrzyjcie ją w streamingu. Jestem pewna, że zostanie hitem nie tylko srebrnego ekranu, ale również platform takich, jak Netflix, czy Prime Video. 

Serdecznie polecam. 

Mariuszowi Kuczewskiemu i Magdalenie Kuczewskiej oraz każdemu, który pracował nad tym filmem a nie został tutaj wymieniony, gratuluję pomysłu, uporu i konsekwencji. Dalej jazda po...trzecią część. 

środa, 25 lutego 2026

Sebastian Fabijański (nie) tylko o "Tańcu z gwiazdami" [WYWIAD]

 Sebastian Fabijański (nie) tylko o "Tańcu z gwiazdami" [WYWIAD]

















fot. archiwum prywatne

Sebastian Fabijański dwukrotnie bawił publiczność Teatru im. Adama Mickiewicza w Cieszynie, brawurowo wcielając się w rolę Wolfganga w spektaklu “Królowe życia”, który swoją warszawską premierę miał dosłownie na moment przed przyjazdem na Śląsk Cieszyński.

Aktor spotkał się z red. Morcinkovą, by opowiedzieć nie tylko o samej sztuce, ale także o tym, dlaczego zdecydował się na udział w najnowszej edycji “Tańca z gwiazdami”, która startuje w Polsacie w marcu.

Aktor teatralny, filmowy, muzyk, scenarzysta i reżyser spektakli, a także uczestnik najnowszej edycji “Tańca z gwiazdami”. Można tak Pana chyba opisać, prawda? (śmiech.)

 Chyba można tak o mnie powiedzieć. (śmiech.)

Gdyby miał Pan wytyczyć, do której z tych profesji jest Panu obecnie najbliżej, padłoby na Teatr?

Najbliżej w tym momencie jest mi do aktorstwa, ale bywa różnie. To bardzo uniwersalne pojęcie.

Co dał Panu powrót na deski teatralne?

Zobaczyłem siłę rażenia tego, w jaki sposób mogę oddziaływać na ludzi.

Spotykamy się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie, tuż po pierwszym spektaklu “Królowe życia” w reżyserii Wojciecha Błacha. Jakie emocje towarzyszą Panu tuż po zejściu ze sceny?

Towarzyszy mi satysfakcja z tego, że dostarczamy ludziom fajnej rozrywki.

Premiera spektaklu odbyła się 2 lutego w Scenie Relax. Zabrał Pan na nią swojego ukochanego psa, Bąbla. Wspaniale czuł się na ściance, prawda? (Śmiech.)

Tak, to prawda. Wolał to, niż czekanie na mnie w garderobie. (Śmiech.)

To prawda, że w Pana życiu pies był obecny od zawsze? Z jakim czworonogiem wiążą się Pana pierwsze wspomnienia?

Tak, tak było. Pierwsza była bokserka, Tina.

W całej tej historii wciela się Pan w Wolfganga. Co Pan o nim opowie?

To facet z Niemiec, który do Polski przyjechał robić interesy i przy okazji dobrze się bawić.

Jaka jest Pana definicja bycia królem życia? (Śmiech).

Dla mnie, to po prostu żyć po swojemu i robić to, co się chce.

Zaprośmy widzów na ten spektakl.

Bardzo serdecznie zapraszam wszystkich na spektakl “Królowe życia”. Myślę, że to kawałek fajnej rozrywki, na dobrym poziomie.

Ilekroć rozmawiam z twórcami we wnętrzach Teatru im. Ardama Mickiewicza, słyszę, że ma w sobie swego rodzaju magię. Zgodzi się Pan z tym stwierdzeniem?

Tak naprawdę, to każdy teatr ma w sobie magię.

To właśnie w jego wnętrzach, w 1974 roku, kręcono “Ziemię obiecaną”. Wiedział Pan o tym?

Nie wiedziałem o tym.

To już oficjalne, że wystąpi Pan w wiosennej edycji “Tańca z gwiazdami”. Co spowodowało, że przyjął Pan zaproszenie do tego programu?

Myślę, że w moim życiu nadszedł odpowiedni moment, w którym chciałbym, by prawda na mój temat się obroniła. Uważam, że w tym programie, ta prawda jest w stanie ze mnie wyjść najbardziej, ze wszystkich formatów tego typu. Poza tym, chciałbym poprzez taniec dostarczyć ludziom emocji i wzruszeń.

W końcu, utwór “Tańcz”, który można znaleźć w Pana repertuarze, zobowiązuje. (Śmiech.)

Oczywiście. (Śmiech.)

Basia Kurdej-Szatan (nie tylko) o „Piernikowym sercu” [WYWIAD]

 Basia Kurdej-Szatan (nie tylko) o „Piernikowym sercu” [WYWIAD]





















fot. Radek Świątkowski 


Jedna z najbardziej charakterystycznych i uśmiechniętych aktorek w Polsce ostatnie dni roku 2025 spędziła w naszym regionie. Odwiedzając Wisłę, znalazła chwilę na rozmowę ze mną.

Opowiedziała o filmie „Piernikowe serce”, który trafił do kin 28 listopada 2025 roku oraz serialu „Zaraz wracam”.

Już na pierwszy rzut oka sprawia Pani wrażenie osoby niezwykle pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. Widać, że to Pani świadomy wybór. Tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem?

Od dziecka miałam tyle energii, było mnie wszędzie pełno.

Takie nastawienie pomaga także w zawodzie aktorskim?

Oczywiście, że tak. To bardzo nierównomierny i zróżnicowany zawód. Każdy dzień jest inny, trzeba być mocno elastycznym. Jako że pracuje się czasem od rana do nocy, naprawdę trzeba mieć sporo energii.

Trzeba też umieć cieszyć się małymi rzeczami. Co ucieszyło Panią ostatnio?

Bardzo ucieszył mnie czas, który przyszło nam spędzić w Wiśle, razem z rodziną. Ogromną radość sprawiły mi święta.

Nie jest to ani Pani pierwsza wizyta w Wiśle, ani w okolicznych miejscowościach. Jak wraca się w te strony?

Wraca się wspaniale. Wisła jest przepiękna. Świąteczny czas spędziliśmy w Szczyrku. Kiedy byłam mała, to właśnie tam jeździłam z tatą na narty. W Wiśle byłam tuż po otwarciu hotelu, w którym rozmawiamy. Kilka lat temu przyjechałam tu, by wystartować w Biegu po Nowe Życie. W tym mieście panuje wspaniała, wręcz przytulna atmosfera.

12 grudnia w serwisach streamingowych pojawiła się Wasza rodzinna, zimowa piosenka „Bo Święta, to…”. Jaka była droga od pomysłu do realizacji?

W przypływie weny twórczej mój mąż Rafał skomponował ten utwór i napisał do niego tekst. Bardzo lubi pisać świąteczne utwory, ten czas dobrze go nastraja. Z przyjemnością nagraliśmy go w naszym rodzinnym gronie.

Czym są dla Pani święta?

Są dla mnie cudowną możliwością zatrzymania się na chwilę, odetchnięcia, bycia z rodziną. Uwielbiam ten czas.

28 listopada do kin w całej Polsce trafiło „Piernikowe serce”. Scenariusz inspirowany jest książką „Marcepanowa miłość” Agnieszki Lis. Czy chociażby w ramach pracy nad rolą czytała Pani tę książkę lub inne tytuły napisane przez autorkę?

Wcześniej nie miałam okazji poznać twórczości Agnieszki. Poznałyśmy się przy pracy na planie filmu. Jest cudowną, uroczą osobą o wspaniałym sercu. Była szczęśliwa, że to, co wymyśliła, nagle się ekranizuje. Miała wiele frajdy z tego, że widzi te postaci na żywo i że tworzymy ten projekt.

W całej tej historii wciela się Pani w Samantę, influencerkę, która dla internetu porzuca dotychczasowe zatrudnienie. Mam wrażenie, że  cukierkowy, pokazywany w social mediach świat Panią nie do końca przekonuje. Mam rację?

Internet jest dla mnie dodatkiem, który w pewnym momencie pojawił się jako możliwość promowania się i kontaktu z publicznością. Lubię z niego czasem korzystać.

Samanta jest kobietą charakterną i silną. Czy właśnie m.in. te cechy miały wpływ na to, że Pani tę rolę przyjęła?

Producenci Anderegande Studio, Katarzyna Staszczyk i Krzysztof Łączak, kilka lat temu spotkali się ze mną, wręczając mi pierwszą wersję scenariusza, która kilka razy jeszcze się zmieniała. Byłam jedną z pierwszych aktorek, której zaproponowali udział w tym filmie. Cieszyłam się, że jestem z nimi w tym od początku. Kibicowałam im, by to się ziściło.

Gdyby miała Pani wskazać największe wyzwanie w tej roli, jakie by to było?

Największym wyzwaniem w tej roli było utrzymanie tej charakterystyczności i łączenie jej z rodzinnością, pokazaniem prawdziwego ciepła i miłości.

O filmie mówi Pani, że jest taki trochę korzenno-cynamonowy. Czy to właśnie z tymi zapachami kojarzą się Pani zimowe dni?

Myślę, że wszystkim nam się tak kojarzą, prawda? Dorzuciłabym do tego jeszcze zapach mandarynek i choinki.

A jakie są Pani ulubione świąteczne filmy? W tej puli znajduje się od tej pory „Piernikowe serce”?

Oczywiście, teraz już tak. (Śmiech) Bardzo lubimy oglądać „Kronikę świąteczną” z Goldie Hawn i Kurtem Russellem.

Czy dzięki dniom zdjęciowym w Toruniu udało się Pani tę magię świąt poczuć dwukrotnie?

Bardzo. Film zaczęliśmy kręcić rok temu, w grudniu. Całe miasto było pięknie ustrojone. Rzeczywiście, te magię czułam już wtedy. Zdjęcia zakończyliśmy w marcu. Dodatkowo czułam już wtedy intensywnie magię Świąt, bo na wyjazd do Torunia zabrałam dzieciaki z trzech placówek opiekuńczych i domów dziecka, w ramach działań mojej fundacji „Z Porywu Serca”, aby zobaczyły jak wygląda praca na planie filmu i zwiedziły Toruń. Zwieńczeniem wycieczki były oczywiście prezenty świąteczne. To był dla nich magiczny czas!

Jak to było z Pani wiarą w Świętego Mikołaja? Jak długo Pani wierzyła, że jegomość z siwą brodą rozdaje prezenty i spełnia najskrytsze marzenia?

Dokładnie pamiętam ten moment. Przestałam wierzyć, kiedy moja koleżanka, która zobaczyła moje piękne zabawki, powiedziała, że nie ma Mikołaja, a prezenty dają rodzice. (śmiech) Kiedy razem pobiegłyśmy do mamy i powiedziałam jej, czego się właśnie dowiedziałam, mama nie wiedziała co zrobić, przyznała, że to prawda. Było to dla mnie ogromnym rozczarowaniem.

Zaszczepia Pani tę wiarę młodszemu synkowi?

Tak, Henio cały czas wierzy w Mikołaja. Przepięknie jest widzieć radość w oczach dziecka, gdy znajduje prezenty pod choinką.

Woli Pani dawać czy dostawać prezenty?

Zdecydowanie wolę dawać prezenty.

Jaki prezent z dziecięcych lat zapisał się w Pani pamięci szczególnie?

To była lalka, której za pomocą wody można było robić make-up.

Od 2 września, cztery razy w tygodniu można oglądać serial „Zaraz wracam” z Pani udziałem. Obecnie oglądać można już drugi sezon produkcji. Jak pracowało się na planie?

Wspaniale. Cieszę się, że możemy tworzyć ten projekt i opowiadać historię z małego miasteczka. Mam nadzieję, że ludziom się podoba. Lubię tę moją Ewę.

Za co najbardziej?

Jest taka dobra, poczciwa. Kocha książki, jest marzycielką. Wierzy w ludzi, ale przejdzie szkołę życia.

Dlaczego warto zobaczyć ten serial?

Jest bardzo życiowy. Fajnie przekazuje ważne, życiowe wartości. Problemy mieszkańców wsi, a potem już miasteczka. Mówi o miłości i tolerancji. Choć do pewnego stopnia, każdy odnajdzie w nim siebie.

Z Leszkiem Zduniem (nie tylko) o klasyce [WYWIAD]

 Z Leszkiem Zduniem (nie tylko) o klasyce [WYWIAD]















fot. z archwium prywatnego Leszka Zdunia

Aktor i reżyser, a także współzałożyciel Teatru Klasyki Polskiej, Leszek Zduń, tuż przed spektaklem „Śluby panieńskie” w Strumieniu opowiada o swojej drodze artystycznej, miłości do klasyki, współpracy z Romanem Kołakowskim, wspomnieniach o Gabrieli Kownackiej oraz o tym, czy wróciłby na plan serialu „Rodzina zastępcza PLUS”.

Aktor telewizyjny, teatralny, dubbingowy, reżyser, a także współzałożyciel Teatru Klasyki Polskiej, z którym to przyjechał Pan dzisiaj do Strumienia, by zagrać „Śluby panieńskie” Fredry. Za chwilę do tego wrócimy. Na początek – wszystko się zgadza?

Tu wszystko się zgadza.

Chyba śmiało można powiedzieć, że dość często ostatnio bywa Pan w okolicznych stronach, albowiem 11 listopada, w 107. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, wystąpił Pan w czeskim Jabłonkowie w koncercie „Bo tęsknię po Tobie”. Jak wraca się w te strony?

Bardzo lubię te powroty. Te strony nie są mi do końca obce, bo pochodzę z okolic, z Beskidu Makowskiego. W czasach licealnych jeździłem sporo po tych terenach na rowerze. Pierwsza wycieczka prowadziła przez Śląsk Cieszyński i okolice.

O czym najczęściej myśli Pan, wędrując po górach?

Myślę o tym, co przede mną, ale też o tym, co za mną. W górach staram się jednak za dużo nie rozmyślać, po prostu idę, jestem w drodze. Próbuję być tu i teraz.

W górach panuje cisza, są wspaniałym miejscem, by wyciszyć się i nabrać dystansu. Ma Pan swoje ulubione miejsca, w których najefektowniej odpoczywa Pan po intensywnej trasie teatralnej czy dniach zdjęciowych?

Każdego roku staram się iść w Tatry lub w Bieszczady. Nie mam jednej ulubionej trasy. Przyznam jednak, że w Beskidzie Makowskim mam trasę, którą bardzo lubię. To blisko mojego domu. A jeśli miałbym wymienić jedną górę, którą odwiedzam bardzo często, to Babia Góra.

Oscylując dalej wokół niedawnego Święta Niepodległości – w 2018 roku, w 100. rocznicę tego wydarzenia, wystąpił Pan w artystycznym widowisku multimedialnym „Sztandary Niepodległości” na cieszyńskim rynku, autorstwa i w reżyserii nieodżałowanego Romana Kołakowskiego. Jak wspomina Pan artystę?

Mam z nim same dobre skojarzenia. Zazdrościłem kolegom, którzy brali udział w jego wydarzeniach. Któregoś razu do mnie zadzwonił i wciągnął mnie do swojej ekipy. Bardzo mi się podobało to, co robił. To pozwoliło mi obrać nową życiową ścieżkę. Współpraca z nim otworzyła mi głowę na to, że ja też mogę pisać, organizować i reżyserować wydarzenia. Zaczynałem od wydarzeń okolicznościowych. Z pierwszymi moimi scenariuszami przychodziłem właśnie do Romka. Doradzał mi.

Gdybyście się nie spotkali na tej artystycznej ścieżce, mogło być tak, że te możliwości by się przed Panem nie otworzyły?

Tego nie wiem. Wierzę, że spotykamy ludzi, którzy są nam potrzebni, by obrać właściwą drogę. Gdyby nie Romek, to może wskazałby ją ktoś inny, a może rzeczywiście w ogóle by się to nie wydarzyło.

Teatr Klasyki Polskiej jako Fundacja Teatr Klasyki Polskiej powstał w 2020 roku. Jaka była droga od pomysłu po realizację?

Dwóch moich kolegów założyło Fundację Teatru Klasyki Polskiej. Zaprosili mnie do niej, ale też do realizacji pierwszego przedstawienia, którym była „Zemsta”. W ciągu trzech lat powstało jeszcze kilka innych spektakli. Najwyraźniej ta inicjatywa okazała się potrzebna. W marcu 2023 roku minister Piotr Gliński powołał instytucję Teatr Klasyki Polskiej.

Która premiera była dla Pana najważniejsza?

To zdecydowanie „Noc listopadowa”, którą reżyserowałem. Była wystawiana w Łazienkach Królewskich w Warszawie.

Mam wrażenie, że do tej pory brakowało takiego miejsca, które systematycznie prezentowałoby repertuar narodowy. Zgodzi się Pan z tym stwierdzeniem?

Mnie trudno to oceniać, ponieważ mieszkam w Warszawie. To duże miasto, z dostępem do wielu teatrów. W takich miejscach łatwiej zobaczyć klasyczną sztukę. Ale Polska to nie tylko Warszawa. Wędrujemy z klasyką po całym kraju. Jest mnóstwo miejscowości, z których ludzie z różnych powodów nie dojeżdżają do większych miast, by pójść do teatru. My – Teatr Klasyki Polskiej – przyjeżdżamy do nich. Za każdym razem widzowie fantastycznie nas przyjmują. To trafiony pomysł, który dobrze się sprawdza.

Jak już wspominaliśmy, powodem naszego spotkania są „Śluby panieńskie”. Kiedy po raz pierwszy zetknął się Pan z twórczością Fredry?

Jeśli chodzi o zawodowe spotkanie z Fredrą, to pierwszym tytułem, w którym zagrałem, było „Dożywocie”. Grałem Michała Lagenę. Reżyserował Jan Englert. Sztukę można było zobaczyć w Teatrze Narodowym.

Natknęłam się na materiał, w którym o Fredrze mówi Pan jako o królu komedii polskiej. Drążąc temat dalej – co najbardziej ceni Pan w jego twórczości?

Żywy język. Jest cudowny, przystępny, dowcipny i bardzo kolorowy. Fredro bardzo dobrze pisał. Rozumiał ludzi. Lubił swoich bohaterów. Są bardzo barwni, pełni emocji. Kulturotwórcza warstwa, jaką jest język, to ważny element naszej tożsamości.

W spektaklu wciela się Pan w Radosta, dobrodusznego starszego pana, stryja Gustawa, który chce ożenić go z Anielą Dobrójską. Jak Pan go budował? Na co skupiał Pan szczególną uwagę?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Nad każdą sztuką czuwa reżyser, który gdzieś nas popycha i nami kieruje. To wspólna praca. Staraliśmy się, by utrzymać dobre proporcje pomiędzy powagą a dowcipem. Jako dla aktora było dla mnie ważne, by reżyserka, Lidia Sadowa, wyznaczała mi zadania do wykonania w każdej ze scen. Podążając za tymi wskazówkami, krok po kroku doszliśmy do postaci, którą z przyjemnością gram, a widzowie przyjmują ją z dużą sympatią.

Jak grać klasykę, by zainteresowała widza w dzisiejszych czasach? Czy konieczne, choć do pewnego stopnia, jest zerwanie z klasycznym podejściem do niej?

Niekoniecznie. Osobiście nie przepadam za zbyt nowatorskimi pomysłami w klasyce. Nie mówię, że to jest złe. Ja, kiedy wystawiane są sztuki np. Fredry, lubię zobaczyć kostium i sprzęty z epoki. Świat jednak cały czas się zmienia i nowe spojrzenie na klasykę jest konieczne, by nie tracić kontaktu z odbiorcą. Ważne, żeby nie wypaczać idei autora. Nie naciągać jej do jakichś ideowych przepychanek.

W jednym z wywiadów wyznał Pan, że był taki czas, w którym nie lubił Pan czytać. Czy zatem było tak, że w czasach szkolnych również do czytania klasyki polskiej trzeba było Pana namawiać?

Tak. Nie lubiłem czytać, zwłaszcza sztuk dramatycznych. Gubiłem się. Myliłem imiona bohaterów.

Po lekturze jakiej książki odkrył Pan w sobie pasję do czytania? Jakim czytelnikiem jest Pan teraz i czego w książkach Pan poszukuje?

Jestem czytelnikiem umiarkowanym. Czasem czytam dużo, a innym razem potrzebuję przerwy. Piszę sporo scenariuszy, więc bardzo często czytam zadaniowo. Kiedy mam napisać o jakimś wydarzeniu, czytam materiały, które mogą mi w tym pomóc. Nie wiem, od której książki się zaczęło moje czytanie. Nie pamiętam. Na pewno jakiś nowy rozdział czytelniczy w moim życiu otworzyła książka „Cień wiatru”, której autorem jest Carlos Ruiz Zafón. Po tej książce czekałem na dzień premiery kolejnej jego książki.

Spotyka się Pan z takimi opiniami, że spektakle wystawiane przez Was powodują później, że młodzież chętniej sięga po książki?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale wydaje mi się to prawdopodobne. Młodzież przychodzi do nas, nasze sztuki jej się podobają.

Wydaje mi się, że serialem, z którym jest Pan najczęściej kojarzony przez widzów, nadal jest „Rodzina zastępcza PLUS”, czy się mylę?

Faktycznie, najczęściej jestem kojarzony właśnie z tym serialem.

To właśnie tam wcielał się Pan w Kubę Potulickiego. Powroty seriali są teraz modne. Gdyby była taka możliwość, wróciłby Pan na plan?

To mój zawód. Gdyby propozycja była ciekawa, to z przyjemnością.

30 listopada 2025 roku minęło 15 lat od śmierci Gabrieli Kownackiej. Jak zapamiętał Pan tę aktorkę?

Cudowna kobieta. Znałem ją nie tylko z planu tego serialu. Pracowaliśmy też razem we wspominanym Teatrze Narodowym. Była ciepła, koleżeńska. Miała dobrą aurę. Była wspaniałą aktorką.

niedziela, 22 lutego 2026

Tak smakuje życie z Lidią Bogaczówną [WYWIAD]

 Tak smakuje życie z Lidią Bogaczówną [WYWIAD]
















fot. Lana Portrait 

Z Lidią Bogaczówną, aktorką teatralną i filmową, urodzoną w Rudniku nad Sanem, red. Mariola Morcinková rozmawia o miłości do rodzinnych stron, ukochanych rodzicach i książkach, ale także produkcjach, w których aktorka wkrótce się pojawi, i tym, co skłoniło ją do założenia swojego konta na Instagramie.

W rozmowie nie brakuje pozytywnej energii, która jest znakiem rozpoznawczym Bogaczówny, a także dozy szczerości.

Optymistka, aktorka teatralna i filmowa, zakochana w Krakowie i Rudniku nad Sanem, a także osoba stawiająca pierwsze kroki na Instagramie. Coś pominęłam, czy wszystko się zgadza?

Wszystko się absolutnie zgadza.

O Rudniku nad Sanem mówi Pani jako o swoim miejscu na ziemi. Co ma takiego w sobie, czego nie mają inne miejscowości?

Tak naprawdę Rudnik nad Sanem ma w sobie prawdziwe życie, a to przede wszystkim natura, spokój i kontakty z ludźmi, które są tak naprawdę najważniejsze. Będąc w Rudniku, nie muszę zabiegać o to, jak wyglądam, czy ktoś mnie ocenia… Cisza i spokój tam mnie urzekają. Człowieka ciągnie do dzieciństwa.

Słyszałam, że Rudnik nad Sanem jawi się trochę jak świat Astrid Lindgren i „Dzieci z Bullerbyn”.

Dokładnie tak jest. Będąc dzieckiem, przeczytałam tę książkę kilkadziesiąt razy. Właśnie tak, jak jawi się w książce, wyobrażałam sobie swoje dzieciństwo. Nie zabrakło chodzenia po drzewach, po płotach, ale wtedy można było tak żyć. Teraz jest z tym o wiele trudniej. Wtedy była wolność, dzieci były twórcze. Nie oszukujmy się, jak zgłodniały, to przyszły. Teraz przychodzą, kiedy nie mają Wi-Fi. (Śmiech.)

Czy w podobnych kategoriach, jak o Rudniku nad Sanem, zdarza się Pani myśleć o Krakowie czy nawet Warszawie? A może Rudnik wygrywa z każdym innym miejscem na mapie?

Rudnik nad Sanem wygrywa z każdym innym miejscem na mapie, bo był moim początkiem, to on mnie ukształtował. Kiedy tam przyjeżdżam, czuję energię tej małej Lidzi, ciągle ją widzę, podobnie jak jej wolność i dziecięcą beztroskę. Kraków jest dla mnie drugim najważniejszym miejscem. Kiedyś myślałam, że wszystko jedno, co będę studiować, najważniejsze, by właśnie tam. Wydawało mi się, że Kraków to taki drugi Oxford, coś bardzo tajemniczego i intelektualnego. Poza tym mój tata był z Krakowa, więc w związku z tym tam też czuję się jak w domu.

Od zawsze kocha Pani książki, był czas, że ratowała im Pani życie.

Dokładnie tak było. Ratowałam życie książkom, ponieważ był taki przepis, że jeżeli książka w bibliotece nie była przez dziesięć lat wypożyczana, trzeba ją było spisać na straty i wyrzucić. Kiedyś nie można było kupować książek z taką łatwością jak teraz. Godzinami stało się w kolejkach, by którąś zdobyć, dlatego tak ważne były biblioteki. Kiedy już przeczytałam tam wszystkie, sięgnęłam po te, których nikt nie chciał, i tak uratowałam „Ulissesa” Jamesa Joyce’a, „Fausta” Thomasa Manna, „Kobietę z wydm” Kobo Abe, ale co ja tam z tego zrozumiałam. (śmiech)

Jaką książkę każdy przeczytać powinien? Czego Pani w nich szuka?

Zdecydowanie „Mistrza i Małgorzatę”, „Maga” Johna Fowlesa. Genialna powieść, ale za dużo musiałabym wymienić.

Nawiązując do optymistycznego usposobienia, tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu przyszło z czasem?

Tak było zawsze. Cieszę się z każdej chwili. Czasem zachwycam się czyimś uśmiechem, a innym razem tym, jak ktoś jest ubrany. Jesteśmy tu na krótko, więc smakuję każdą chwilę życia.

Gdyby miała Pani sięgnąć pamięcią do pierwszego radosnego wspomnienia z dzieciństwa, na jakie mogłoby paść?

W dzieciństwie bardzo często chorowałam. Bardzo wcześnie zaczęłam czytać. Miałam chyba jakieś pięć lat, kiedy mój tata, który był marynarzem, wrócił z rejsu, przywiózł mi przepięknie ilustrowaną książkę Marii Konopnickiej „O krasnoludkach i sierotce Marysi”. Był to dla mnie tak piękny i tajemniczy świat, że natychmiast weszłam w to bajkowe życie i w książki. Pamiętam nie tylko zachwyt nad nią, ale też jej zapach. Nie umiem korzystać z e-booków. Nie lubię tego. Mam intymny stosunek do książek, papieru i liter. Nie chcę, by ktoś narzucał mi swoją interpretację lektury. Kiedy ktoś mi ją narzuca, przekazuje też swój obraz wyobraźni. Nie o to w tym chodzi.

Jednym ze wspomnień, związanym z Pani tatą, podzieliła się Pani na Instagramie. 20 lat temu otrzymała Pani od ukochanego Tatusia pająka ze słomy i bibuły, którego skonstruowania nauczył się jako dziecko na wsi pod Tarnowem, gdzie ukrywał się razem z resztą rodziny po ucieczce z Krakowa, ponieważ dziadek był w AK. Opowiedzmy coś więcej.

Mój dziadek był wojskowym i służył w 5. Pułku Artylerii Ciężkiej na Rakowicach, a oprócz tego był instruktorem na poligonie w Włodzimierzu Wołyńskim. Szkolił wszystkie służby mundurowe w kraju — marynarzy, policjantów, żołnierzy. Po kampanii wrześniowej wylądował w AK. Babcia razem z synami musiała uciekać i zaszyła się u dalekich kuzynów w okolicach Żabna. Tata był tam do końca wojny. Z opowieści pamiętam, że jego tata, czyli mój dziadek, w nocy przychodził z partyzantami, rozmawiał z babcią, zabierał jedzenie i znikał. Tata, żyjąc w samym centrum Krakowa, w pierwszej czy drugiej klasie wylądował w wiejskiej szkole. Nie mógł się w tym wszystkim odnaleźć, ale po jakimś czasie zaczęli uczyć się od siebie nawzajem. On uczył ich trochę innego języka i zachowania, a oni uczyli go wsi, obrabiania pola, a nawet robienia takich pająków. Tam miał szkołę prawdziwego życia.

Wierzy Pani w energię przedmiotów podarowanych z serca?

Absolutnie tak. Trzymam tego pająka na pamiątkę, cały czas u mnie wisi. Kiedy robiłam remont, ściągałam go z pietyzmem, by nic mu się nie stało. Wiem, że gdzieś tam jest energia taty, która się mną opiekuje.

Ta radość i pozytywna energia przydają się także w Pani zawodzie, prawda?

Tak, zwłaszcza że jestem aktorką komediową. (Śmiech.)

Jestem pełna podziwu, jeśli chodzi o Pani relacje z planu, które wstawia Pani na Instagramie. Dlaczego na jego założenie trzeba było tak długo czekać?

To na planie „Miłych kobiet” zostałam niejako zmuszona do założenia konta na Instagramie. Wcześniej mówiłam, że nie zrobię tego nigdy, wystarczy mi konto na Facebooku. Jeżeli nie operuje się tym mądrze, to social media kradną nam życie. Konto założyłam, promując tę właśnie produkcję, to mądry film. Zamieszczam też to, co mnie ciągle zadziwia, jak np. przygody w PKP rodem z socjalizmu, czyli „PKP nigdy nie zawozi”. (Śmiech.)

Z tego co pamiętam, Maurycy też długo wzbraniał się przed założeniem swojego konta.

Tak, widocznie to u nas rodzinne. (Śmiech.) Szkoda na to czasu. Młodzi w tej chwili żyją wirtualnie, to nie jest dobre. Zamiast patrzeć na to, ile mam followersów, wolę patrzeć na jasną stronę mocy. Tam wszystko jest sztuczne, nikt nie pokazuje siebie takim, jakim jest. Każdy siebie wybiela, chce być gwiazdą. Chciałabym, by ludzie pokazali się tam niepomalowani, rozczochrani, bez filtrów.

To właśnie Maurycego, Pani syna, oglądaliśmy na parkiecie minionego sezonu „Tańca z gwiazdami”. Został pierwszym finalistą jubileuszowej edycji, zajmując drugie miejsce. Jak to było z tańcem w jego życiu?

Na dyskotekach, zwłaszcza nad ranem, był świetny. (Śmiech.)

W sezonie poprzedzającym ten, z udziałem Maurycego, wystąpiła Grażyna Szapołowska, której towarzyszył Janek Kliment, w tym pojawił się Michał Kassin, który prowadził przez tę przygodę Barbarę Bursztynowicz. Zastanawiała się Pani kiedykolwiek, czy przyjęłaby propozycję udziału w „Tańcu z gwiazdami”?

Byłoby mi bardzo miło. Takie propozycje są przyjemne. Fajnie byłoby mieć zajęcia ze specjalistami od tańca. Ale nie, mam swój teatr, to mój świat. Najczęściej tańczę w sztukach albo z wnukami. Poskaczemy i to mi wystarczy do szczęścia.

Podobno, zanim została Pani aktorką, chciała zostać… marynarzem. Jak do tego doszło?

Tata był marynarzem, więc ja też chciałam nim zostać. Fascynował mnie ten świat, zachwycały mnie zapachy, które ze sobą przywoził. Kiedy raz do roku otwierał walizkę, nie pachniała komunizmem, a wszystkim tym, czego w Polsce nie było. Tam można było wyczuć zapach cytrusów, dobrych perfum, lepszego, kolorowego życia. Tęskniłam za tym otwartym światem. Za wolnością.

Co finalnie zadecydowało o wyborze aktorstwa?

Kiedy zrezygnowałam z tego, że zostanę marynarzem i dalej nie wiedziałam, co powinnam robić, byłam w klasie matematyczno-fizycznej, a tata chciał, żebym poszła studiować fizykę jądrową do Warszawy. Kiedy byłam w liceum i oglądałam „Hamleta” w Teatrze Telewizji, powiedziałam, że zagrałabym to inaczej niż jeden z aktorów. I kawałek zademonstrowałam. Wtedy zdumiona siostra powiedziała, że powinnam być aktorką, tak więc zawdzięczam to siostrze.

W tym zawodzie przecież można być każdym.

Oczywiście, że tak.

Wśród licznych produkcji, w których Pani zagrała, była m.in. „Seksmisja” i „Boże ciało”. Z którą rolą jest Pani najczęściej kojarzona?

Najczęściej jestem kojarzona z Helusią ze „Spotkania z Balladą”, czyli z tych telewizyjnych programów kabaretowych, jako że były one emitowane prawie 30 lat. Co prawda, tak się przebrałam, że mnie rodzona matka nie poznała, (Śmiech), bo nie chciałam być kojarzona wyłącznie z tą rolą. Taka łatka przylega później do aktora przez całe życie.

Po czasie zaakceptowała Pani tę sytuację?

Czasami kojarzono mnie po głosie. I wystarczy. Jeśli chodzi o film, to faktycznie najczęściej jestem kojarzona z „Bożym ciałem”, nominowanym do Oscara. W „Seksmisji” miałam do zagrania jedną scenę. Byłam tuż po szkole, w ogóle nie miałam świadomości, że biorę udział w czymś wiekopomnym, a film ten okazał się przecież kultowym.

W serialu „Zatoka szpiegów” zagrała Pani Hilde Rathenau, sekretarkę Bergmana.

Wredną Niemkę, sekretarkę-donosicielkę, każda rola to ekscytujące wyzwanie.

Na dużym ekranie można Panią było ostatnio zobaczyć w filmie „Oskar, Patka i Złoto Bałtyku”. To film familijny. Co musi mieć takie kino, by podobało się dzieciom?

Takie kino powinno mieć w sobie optymizm, ale też taki rodzaj tajemnicy, którą dziecko jest w stanie śledzić i utożsamić się z nią. Główny bohater zawsze musi zwyciężyć.

Jakiś czas temu zakończyły się zdjęcia do filmu „Miłe kobiety”, w reżyserii Jakuba Kroffty i Marii Wojtyszko. Można już coś powiedzieć?

Mam nadzieję, że to będzie bardzo ważny, kobiecy film, łamiący stereotypy, które przylgnęły do kobiet. Mówię tu przede wszystkim o tym, że kobieta w naszym społeczeństwie musi być wszechstronną bohaterką, nawet jeśli nie daje rady.

Na planie partnerowała Pani m.in. Julia Totoszko. Lubi Pani pracę z młodym pokoleniem aktorów?

Świetnie mi się pracuje. Siebie również uważam za młode pokolenie, czuję to w środku. (śmiech) Kiedy pracowałam na planie z panią Basią Wrzesińską, czułam od niej tak samo. Mimo swoich 88 lat niczym nie różniła się od Julki, mnie i innych, w swojej dziecięcej energii. Człowiek rodzi się ze starą lub młodą duszą. Kiedy rodzi się z młodą duszą, czuje się wspaniale bez względu na wiek.

piątek, 9 stycznia 2026

Helena Norowicz o dojrzałym modelingu [WYWIAD]

 Helena Norowicz o dojrzałym modelingu [WYWIAD]

















fot. Michał Ignar / Mua: Anna Koniarek / Stylista: Adrian Kozioł 

Helena Norowicz w listopadzie obchodziła 91. urodziny. Karierę aktorską budowała latami, ale to po 80. roku życia zaczęła karierę w modelingu. Do dziś bez problemu robi szpagat. Ludzi, których spotyka zaraża pozytywną energią.

Opowiada nie tylko o tym, czym jest dla niej dojrzały modeling, ale także wspomina nieodżałowanego Stanisława Brudnego. Przyznaje również, że nadaje kolory swoim myślom.

Jest Pani osobą, która z powodzeniem nie tylko zachowuje świetną formę fizyczną, bierze udział w projektach aktorskich, ale też z sukcesami kontynuuje karierę modelki, którą rozpoczęła mając 81 lat. Czym jest dla Pani dojrzały modeling?

Od zawsze bardzo dużą wagę przywiązuję do tego, w co i jak się ubieram. Było mi łatwo, ponieważ przez cały czas mieliśmy w Teatrze krawca, który przerabiał i szył nam różne rzeczy. Już w szkole teatralnej dostałam propozycję udziału w pokazach mody. Wtedy jednak wyglądało to inaczej, ponieważ osoba, która przychodziła na przymiarkę, stała około trzech godzin, co mnie dyskwalifikowało, ponieważ mam tak, że mogę chodzić, biegać, a nawet skakać, ale nie mogę stać, bo od razu robią mi się plamki przed oczami. Muszę być w ruchu. W związku z tym wtedy odmówiłam. Gdyby ktoś zapytał mnie, czy wolę być modelką, czy aktorką, bez dwóch zdań postawiłabym na aktorstwo.

Jednak, nowe propozycje w tym zakresie chyba dają Pani siłę na to, by robić jeszcze więcej i nie tracić przy tym tej iskry w oku i wspaniałej energii.

To prawda. Aktorstwo daje jednak większą szansę przeżywania całej gamy emocji, od drobnych, po skrajne. Nie do końca jestem zwolenniczką obecnej mody. Modelki po wybiegu chodzą tak, jakby były manekinami. To jest bez sensu, ponieważ ładna dziewczyna, idąc, chce zwrócić na siebie uwagę i pokazać, jak fajnie jest ubrana. Kiedyś tak było. Modelki cieszyły się, obracały.

Istotne jest też to, że lubi Pani ludzi, rozmowy i spotkania z nimi. Gdyby Pani miała wskazać, z kim w ostatnim czasie spotkanie było szczególnie inspirujące, na jakie mogłoby paść?

Na szczęście, każde spotkanie jest dla mnie inspirujące. Zawsze jest czymś nowym, poznaje się innego człowieka. Często rozmawiam z młodymi ludźmi.

Długie, srebrzyste włosy są Pani znakiem rozpoznawczym. Pamięta Pani moment, w którym świadomie zrezygnowała z farbowania?

Pamiętam. Grałam pewną postać i doszłam do wniosku, że nie jest mi to już potrzebne. Przyznam jednak, że włosów nigdy nie farbowałam, używałam jedynie szamponu koloryzującego.

Postrzegam to jako świadomy krok w kierunku akceptacji siebie. Pani, decydując się na to, towarzyszyły podobne odczucia?

To nie tylko akceptacja samej siebie, ale także tego, że czas przemija i że choć byśmy się nie wiem, jak wysilali, to i tak on gdzieś się szparkami przepycha i widać go.

Swoją postawą stara się Pani pokazać, że na marzenia nigdy nie jest za późno, a chcieć to móc. O czym marzy Pani obecnie?

Chciałabym, by te wszystkie niepokoje i zagrożenia, które mogą objawić się bardzo dramatycznie, minęły. Wszyscy jesteśmy zaniepokojeni tym, co obecnie dzieje się na świecie.

Podobno dalej, bez problemu, robi Pani szpagat. (śmiech) Zdradzi Pani sekret swojej młodzieńczej formy?

Szpagat jest najłatwiejszą rzeczą, którą można zrobić, jeżeli w pewnym momencie doprowadzi się do rozciągnięcia ścięgien. Może nie zawsze udaje się to za pierwszym razem, ale za każdym razem cieszy.

Choć na szklanym ekranie zadebiutowała Pani w 1957 roku w filmie „Wzgórza jak białe słonie”, a później dała się też poznać jako Greta w spektaklu telewizyjnym „Stawka większa niż życie”, to Pani kariera nabrała rozpędu dopiero po skończeniu 80. roku życia. To niesamowite.

Moje życie teatralne było dość aktywne. Wtedy, jeśli reżyser chciał zaangażować aktora, musiał stwierdzić, czy jest on w tym czasie wolny. Czasami nie znaleźli aktorów, musieli zmienić repertuar, co było dla nich problemem. Ja chętnie jeździłam z teatrem, bo szkoda mi było tracić tę szansę.

Wydaje mi się, że jednym z decydujących o tym momentów był ten, w którym polecono Panią Piotrowi Dumale, realizującemu film „Ederly". Mam rację?

Byłam już wtedy na emeryturze. Z moim partnerem z tego projektu, Stanisławem Brudnym, zagrałam jeszcze później w innym filmie. Niestety, umarł w tym roku. Był wspaniałym kolegą. Bardzo miły, bardzo sympatyczny człowiek.

Jak zapamiętała Pani Pana Stanisława Brudnego?

Już zawsze będę go pamiętać. Był nie tylko dobrym aktorem, ale też bardzo pozytywną postacią, pięknym człowiekiem.

To właśnie na planie tego filmu poznała Pani Aleksandrę Popławską, która zrobiła Pani zdjęcia i... świat się Panią zachwycił. To prawda, że fala komplementów, którą z dnia na dzień została Pani zalana, była dla Pani zaskakująca?

Tak, ponieważ przede wszystkim, duet projektantów Bohoboco zaprosił mnie na spotkanie, by wyznać, że chcą zobaczyć mnie na wybiegu. Zastanawiałam się, co zrobić, ale to, co mi zaproponowali, pasowało na mnie. Jednak okazało się, że pokaz jest... pojutrze. Pomyślałam sobie, że jestem aktorką. Gdyby ktoś mi powiedział, że mam zagrać rolę modelki, starałabym się zagrać, więc... zagrałam. (śmiech)

W wieku 89 lat… nagrała Pani piosenkę z bardzo głębokim przesłaniem. Jej tytuł to „Czas nie istnieje”. Słowa do niej stworzył Jacek Cygan, a muzykę Marcin Nierubiec. Pani recytowała, a śpiewała Sandra Wasilewska. Jaka była droga od pomysłu do realizacji?

Wtedy bardzo zaprzyjaźniłam się z Marcinem Nierubcem. Nie była to moja pierwsza styczność z takim materiałem, albowiem już wcześniej robiłam rzeczy związane z poezją. Brałam udział w koncertach, podczas których wychodziłam przed publiczność i w akompaniamencie muzyki recytowałam poezję. Bardzo lubię poezję Ildefonsa Gałczyńskiego. Na Mazurach jest zlokalizowana Leśniczówka Pranie, w której mieści się Muzeum jego imienia. Zaproszono mnie tam. Wystąpiłam ze skrzypkiem, który mi towarzyszył. Kilka dni po tym koncercie zapytano mnie, czy mogłabym wystąpić jeszcze raz. Najpierw przyznałam, że nie mogę wystąpić, bo wszystko już powiedziałam. Organizatorka jednak mnie namówiła. Właśnie po tym drugim koncercie podeszła do mnie pani z naręczem polnych kwiatów. To było piękne. Powiedziała mi, że była też na poprzednim koncercie i zauważyła, że nie powtórzyłam ani jednego wiersza.

W listopadzie świętowała Pani 91. urodziny. Na pytanie jednego z dziennikarzy, czy jest Pani szczęśliwa, odpowiedziała, że jest pogodzona z życiem. Rozwińmy proszę tę myśl.

Szczęście to jakiś rodzaj doznania. Człowiek nie jest szczęśliwy przez całe życie. Ma momenty zmartwień, niepokoju, złości. Jednak, akceptacja tego, co się z nami dzieje, powinna zawsze wygrywać. Tak jest ze mną. Nie będę ani młodsza, ani piękniejsza. Cieszę się tym, co mam.

Pani pogoda ducha, pozytywne usposobienie i energia, którą obdarowuje Pani ludzi, których spotyka, jest niesamowita i godna naśladowania. Niejeden młody człowiek nie ma tyle energii i zapału do pracy co Pani. Jak Pani to robi? (śmiech)

Nie mam żadnych tajemnic. Postępuję zgodnie z własnymi upodobaniami. W stosunku do ludzi staram się być uprzejma. Nadaję też kolory swoim myślom.

Nadaje Pani kolory swoim myślom. Jakie to piękne. Jakiego koloru są te dzisiejsze?

Moje myśli były skupione na naszej rozmowie. Wyobrażałam sobie, co powiedzieć, a czego nie. (śmiech) Byłam pozytywnie nastawiona.  Kolor nadziei powinien nam towarzyszyć zawsze. To nas wspomaga, daje nam siłę.

Do pewnego czasu mówiło się, że ucieka Pani w pewien sposób od nowoczesności. Dopiero w niedawnym wywiadzie dla „Vivy” wyjawiła Pani, dlaczego, mimo wielkiego postępu technologicznego, dalej posiada telefon stacjonarny.

Miałam operację głowy. Pozostały po niej ślady. Kiedy przyszłam na badania po wykonanym zabiegu, lekarz przyznał, że korzystniej byłoby, gdybym nie nadużywała komórki. Przyznam, że korzystanie z internetu i nowoczesnej komórki to moje najsłabsze punkty.

14 stycznia 2025 premierę miał teledysk do utworu „Proszę tańcz” z repertuaru Kayah i Dawida Kwiatkowskiego, z Pani udziałem. Jak doszło do tej współpracy?

Zadzwoniono do mnie z tą propozycją. Bardzo chętnie podjęłam się tej roli. Mam pełną świadomość, że z każdym rokiem będzie tych propozycji coraz mniej. Korzystam, póki starcza mi sił.

Wokalista stoi na czele listy idoli nastolatków.

Kiedyś wzruszało mnie, kiedy śpiewał Frank Sinatra. Słucham nowoczesnej muzyki, ale różni się pokoleniowo.

Jest Pani jedną z bohaterek książki autorstwa Magdy Kuszewskiej „Wojowniczki. Jak czule zawalczyć o siebie”. Co spowodowało, że zdecydowała się Pani na udział w tym projekcie?

Magda zadzwoniła do mnie, proponując, że chciałaby porozmawiać.

Posiada Pani cechy wojowniczki?

Czasami nie. Myślę, jaki będzie tego odbiór, czy ma to jakiś sens. Każdy może czegoś dokonać w wybranej przez siebie dziedzinie.

Dlaczego warto przeczytać tę książkę?

To rozmowy z kobietami. Każda jest inna. Temat jest jeden. To dowodzi, jak bogate jest życie każdego człowieka. Każdy jest ciekawą postacią.

Katarzyna Herman (nie) tylko o serialu "1670" [WYWIAD]

 Katarzyna Herman (nie) tylko o serialu "1670" [WYWIAD]














fot. Małgorzata Krawczyk 

Aktorka Katarzyna Herman przyjechała do Cieszyna, by dwukrotnie zagrać w spektaklu „Dwoje na zakręcie". W rozmowie z red. Mariolą Morcinkovą opowiada nie tylko o sztuce, ale też hitowym serialu "1670", który podbija Netflixa.

Już na pierwszy rzut oka sprawia Pani wrażenie osoby niezwykle pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. Widać, że to Pani świadomy wybór. Tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem?

Czasami bywam wkurzona, to się zdarza. Przeszłam pieszo przez pół Cieszyna, nieodśnieżone chodniki tego nie ułatwiały. Kiedy skarpety mi zamokły, aż tak bardzo się nie śmiałam. (śmiech) Mój tata powtarza, że lepiej żartować, niż się denerwować. Tego się trzymam.

To pomaga także w tym zawodzie?

To zawsze pomaga, nie tylko w tym zawodzie.

Nie jest to ani Pani pierwsza wizyta w tutejszym teatrze, ani w tych stronach. Jak tu się wraca?

Niestety, za rzadko. Jeszcze nigdy nie miałam okazji być na Kinie na Granicy. Chciałabym kiedyś dotrzeć na ten festiwal. Do tej pory byłam tylko z teatrem. Raz też wybrałam się do Cieszyna prywatnie, będąc w okolicy.

Ilekroć rozmawiam z twórcami w tym miejscu, każdy mówi, że ma w sobie swego rodzaju magię. Zgodzi się Pani z tym stwierdzeniem?

Tak. To piękny, stary teatr. To takie cacuszko. Lubię go, ale także ten w Bielsku-Białej. Na co dzień pracuję w Teatrze Dramatycznym, w Pałacu Kultury. Też ma swój urok, ale to zupełnie inna skala. Na życie wolę trochę mniejszą skalę. (śmiech)

Aż dwukrotnie został wystawiony tutaj spektakl "Dwoje na zakręcie". Mówi o tym, co może wydarzyć się po 27 latach małżeństwa, kiedy do drzwi puka kryzys.

Dla mnie ta sztuka jest o tym, że mimo kłótni, można znaleźć jakieś porozumienie. W całej tej historii mamy pomoc w postaci naszego sąsiada, który nas w pewnym sensie terapeutyzuje. To nie jest do końca terapia. Terapeuta wyznacza nam parę prostych zasad. Kilka z nich można wziąć sobie do serca i je wykorzystać w praktyce. Ważne jest to, by w trudnym momencie nie przerywać sobie. Kiedy rzuci się jakimś przykrym słowem, trzeba umieć przeprosić. Czasami warto wrócić wspomnieniami do ważnych momentów. Wspomnienia pomagają przypomnieć sobie, jak dobrze było na początku i wzmacniają związek. Podoba mi się też numer, który stosuje nasz terapeuta. Chodzi o to, by razem zatańczyć. Wydaje mi się, że taniec ma wielką moc. Jeśli dojdzie do tego jeszcze patrzenie sobie w oczy, wtedy całość robi robotę.

Jak budowała Pani swoją postać? Jakby opisała ją Pani w kilku słowach?

To nie jest rodzaj tekstu, na podstawie którego postać buduje się psychologicznie. To lekka i przyjemna komedia francuska. Taka wzdrygałka, trochę błahostka. Psychologicznie buduję postać w cięższych dramatach, w których gram. Mam do tego okazję chociażby we wspominanym wcześniej Teatrze Dramatycznym, w takich spektaklach jak "Kruk z Tower", "Anioły w Warszawie" czy "The Wall". Serdecznie państwa zresztą na nie zapraszam. Tutaj opierało się to przede wszystkim na tym, że z Barkiem Topą znamy się, lubimy i często razem gramy. Doszliśmy do wniosku, że nasza para czasami ekstremalnie się kłóci, bo lubi. Wydaje się, że to ich wspólne hobby. (śmiech) Szukaliśmy rytmów, kiedy uderzyć, a kiedy odpuścić. Tu budowanie, bardziej niż na psychologii, polegało właśnie na rytmach.

Gdyby miała Pani pracę nad tym spektaklem zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Sympatyczne spotkanie towarzyskie.

Na scenie pojawia się Pani w towarzystwie Karola Dziuby i wspomnianego już Bartłomieja Topy. Przyjaźń między Panią a Panem Bartkiem Topą narodziła się jeszcze przed wspólnymi projektami teatralnymi i filmowymi. Jakie były jej początki?

Nie przyjaźniliśmy się od początku. Lubiliśmy się, pobieżnie znaliśmy się, spotykając się na trasie. Spotkaliśmy się w pracy i dość szybko okazało się, że mamy podobny gust, podobne poczucie humoru i dobrze się dogadujemy. Na przyjaźń dopiero pracujemy. Nasze kolegowanie się zrodziło się w pracy.

W budowaniu relacji między postaciami taka więź jest pomocna?

Tak. Rozumiemy się, mówimy podobnym językiem. Dużo prościej dogadujemy się.

Pytam o to wszystko oczywiście w nawiązaniu do hitowego serialu Netflixa "1670", w którym zagraliście małżeństwo Adamczewskich. Co spowodowało, że postanowiła Pani przyjąć rolę Zofii? Czy choć do pewnego stopnia miał na to wpływ również kostium?

Tak. Kostium zawsze jest miły. Zaczynając pracę nad tą produkcją kompletnie nie wiedzieliśmy, co z tego wyjdzie. To był eksperyment. Na początku nie myślałam o kostiumie. Był na dalszym planie. Wydawało mi się to ciekawe w warstwie tekstowej i w warstwie poczucia humoru. Przy tym tytule widać znakomitą pracę zespołową. Maciej Buchwald, Konrad Kondziela (reżyserowie), Iwo Krankowski (producent kreatywny), Iwo Krankowski (operator) i Janek Kwieciński (producent) to grupa przyjaciół, chłopaków koło czterdziestki, którzy bardzo dobrze się porozumiewają, wiedzą, czego chcą. Kiedy zaczynaliśmy, wszystko było nowe. Wokół tego na początku krążyły moje myśli. Z kostiumu ucieszyłam się dopiero później.

Co, oprócz warunków atmosferycznych, okazało się największym wyzwaniem w roli Zofii?

Warunki atmosferyczne nie były dla nas łaskawe przede wszystkim w pierwszej serii. Podsumowując, podczas kręcenia pierwszej serii było nam za zimno, a przy drugiej i trzeciej, zdecydowanie za ciepło. (śmiech) Kostium nie jest prosty. Doskwiera mi coraz bardziej. Trochę marudzę, ale jest bardzo ciężki. Gorset też nie jest wygodny. Sznuruje się go długo, więc nie rozwiązuję go w przerwach. Kiedy wieczorem go rozwiązuję, przychodzi ulga.

Jak z Pani perspektywy, na przestrzeni tych dwóch sezonów, zmieniła się Adamczycha? Relacje pomiędzy postaciami na pewno się pogłębiły.

W pierwszej serii przedstawiliśmy się dosyć pobieżnie, ale dowcipnie. Druga seria jest pogłębiona psychologicznie i relacyjnie. Trzecia idzie jeszcze dalej. Nie znaczy to, że nie żartujemy, ale zależało nam, by nie było to tylko odcinanie dowcipów i skeczy. Chcieliśmy stworzyć postacie z krwi i kości. Zżyliśmy się. Wiemy, jak nasze postacie reagują. To, co przynosi nam scenarzysta, Jakub Rużyłło, jest dla nas niespodzianką.

Spodziewała się Pani tak ogromnej popularności serialu?

Nikt się nie spodziewał.

Czy w chwili obecnej, jeśli chodzi o role serialowe, najczęściej jest Pani kojarzona właśnie z rolą Zofii z "1670"?

Tak. To moje najnowsze zadanie.

Jeszcze przez chwilę o serialach. (śmiech) Serial "M jak miłość", w którym w latach 2003-2004 wcielała się Pani w Iwonę Majer, obchodzi w tym roku 25. urodziny. Jak wspomina Pani pracę na tym planie?

Prawie tego nie pamiętam. Byłam wtedy w ciąży i to właśnie tym wtedy przede wszystkim żyłam. Wiedziałam, że to krótki epizod. Była to zupełnie inna epoka, bo jeszcze przed dziećmi. Pamiętam moją rolę w serialu "Magda M". i serialu "Kryminalni".

Gdyby miała Pani taką możliwość, do którego z nich wróciłaby?

Z ekipą "Magdy M" marzy nam się powrót na plan po latach. Zwłaszcza, że scenarzysta napisał kontynuację. Zaryzykowałabym i chętnie spotkałabym się z nimi. Seriale czasami wracają. To mogłoby być ciekawe. Chętnie wróciłabym też do serialu "Ekipa" w reżyserii Agnieszki Holland. Swego czasu był pokazywany na Polsacie.

Zakończyły się zdjęcia do serialu "Piekło kobiet". Wiadomo, że przeniesie on widza do lat 30. XX. wieku.

Widziałam pierwsze fragmenty. Wygląda bardzo mrocznie i interesująco. Premiera wiosną w HBO Max. To kolejny serial kostiumowy, choć inny, inna epoka i tematy.