niedziela, 2 sierpnia 2026

Amanda Mincewicz (nie) tylko o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]

 Amanda Mincewicz (nie) tylko o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]

















fot. Valeria Mitelman

Amanda Mincewicz, niemiecko-polska aktorka młodego pokolenia w serialu "M jak miłość" wciela się w Agnes. Jej bohaterka po raz pierwszy pojawiła się 1878 odcinku. 

Spotkałyśmy się w Warszawie, by porozmawiać nie tylko o serialu i życiu pomiędzy Berlinem a Warszawą, ale też o tym, z jaką łatwością uczy się języków obcych. Opowiedziała też o podróżach i miejscach, które ją zachwycają. 

Na początku każdej rozmowy, staram się opisać swojego rozmówcę. Panią widzę jako utalentowaną niemiecko-polską aktorkę filmową i teatralną młodego pokolenia, osobę głodną nowych doświadczeń i podróży. A także osobę ciekawą ludzi i ich historii.  Postrzega Pani siebie w podobny sposób?

Tak. Ciekawość faktycznie mnie charakteryzuje. 

Wiele jest zawodów na "A". (Śmiech.) Co spowodowało, że wybrała Pani akurat aktorstwo? Nigdy nie miała Pani innych pomysłów na siebie?

Miałam też pomysł, by zostać reżyserką. Kino zawsze mnie interesowało. 

Kino światowe, czy polskie?

Lubię m.in. kino amerykańskie, skandynawskie, azjatyckie, ale też kino indie, charakteryzujące się tym, że filmy są produkowane poza głównym systemem wielkich wytwórni hollywoodzkich, takich jak Warner Bros., Disney czy Universal. Fascynuje mnie też polskie kino. 

Od jakiego filmu rozpoczęła się Pani przygoda z poznawaniem polskiej kinematografii?

Moja przygoda z poznawaniem polskiej kinematografii rozpoczęła się od oglądania filmów Kieślowskiego. To one częściowo ukształtowały mój gust filmowy. Szczególnie zapisało się we mnie "Podwójne życie Weroniki". 

Na mnie ogromne wrażenie zrobiła też słynna, międzynarodowa trylogia filmowa "Trzy kolory" w reżyserii  Kieślowskiego, zrealizowana w latach 1993–1994. Przypomnijmy, że tytułowe barwy nawiązują bezpośrednio do kolorów flagi Francji oraz haseł rewolucji francuskiej: wolności, równości i braterstwa. Która z części tej trylogii to na Pani zrobiła największe wrażenie?

Bardzo trudno wybrać, ale intuicja podpowiada mi film "Trzy kolory: Niebieski". Temat wolności jest nieskończony, a ten film zawsze mi przypomina, że nigdy nie uciekniemy od samych siebie.  Krok w głąb siebie jest zawsze właściwym krokiem.  

O wyborze tego zawodu mówi Pani tak - "Moje korzenie są wielojęzyczne - moja scena jest bez granic". Proszę tę myśl rozwinąć.

Zastanawiam się, kiedy ja to powiedziałam. (Śmiech.) Ale jakieś ziarno prawdy w tym jest. Scena może być bez granic. 

Proszę opowiedzieć coś więcej o swoim polskim pochodzeniu. 

Z tatą od małego rozmawiałam po polsku, z siostrą po niemiecku. Polska kultura była zawsze dla mnie ważna. Regularnie odwiedzałam dziadków. Przyznam, że w Niemczech nie do końca czułam się zawsze, jak w domu. 

Nadszedł już ten moment, w którym to w Polsce poczuła się Pani, jak w domu?

Na początku czułam się trochę dziwnie, może nawet obco. Brakowało mi Niemiec. Kiedy byłam w Nowym Jorku, poczułam z kolei, że brakuje mi Polski. Uświadomiłam sobie wtedy, że jestem szczęściarą, bo z każdej kultury, każdego kraju, w którym aktualnie przebywam, mogę wybierać to, co podoba mi się najbardziej. Teraz jestem z tego dumna, ale przyznam szczerze, że był czas, kiedy tak naprawdę nie czułam się częścią ani jednego, ani drugiego kraju. 

Pamięta Pani moment, w którym po raz pierwszy w Pani głowie pojawiła się myśl o tym, by spróbować swoich sił w tym zawodzie także w Polsce?

Ten moment nastał podczas studiów w Lee Strasberg Theatre and Film Institute w Nowym Jorku. Pomyślałam wtedy, że Berlin i Warszawa to miasta, które są mi naprawdę bliskie. Mam wrażenie, że od zawsze polskich aktorów podziwiałam bardziej niż niemieckich.

Kogo najbardziej?

Bardzo lubię Roberta Więckiewicza.

Którego z aktorów z serialu "M jak miłość" ceni Pani najbardziej?

Nie ma takiej osoby. Wychodzę z założenia, że od każdego aktorka, czy aktorki uczę się czegoś nowego i ważnego dla siebie.

Jak pracuje się Pani z Robertem Moskwą?

Wspaniale. Jest profesjonalistą a przy tym dobrym człowiekiem. Bardzo dobrze nam się razem pracuje. Mamy też wspólne pasje.

Pamięta Pani swój pierwszy polski casting? 

Szczegółów nie pamiętam, ale był to film historyczny. 

Jest Pani absolwentką Lee Strasberg Theatre and Film Institute w Nowym Jorku. Proszę opowiedzieć o tamtejszej edukacji. 

Dowiedziałam się przede wszystkim, jak ważne w tym zawodzie jest słuchanie partnera scenicznego i że nie ma czegoś takiego jak "dobrze vs. źle".

Czego dowiedziała się Pani o sobie, studiując w Nowym Jorku? Czego nauczył Panią ten czas?

Nauczyłam się, że pokazywanie swojej wrażliwej strony łączy ludzi. A to jest piękne.

Obecnie prowadzi Pani życie na walizkach pomiędzy trzema krajami –  Polską, Niemcami i Czechami. W Berlinie i Warszawie realizuje Pani projekty zawodowe. A jak to jest z Pragą?Tam też realizuje Pani swoje aktorskie zamierzenia?

Ani z Pragą, ani z innymi czeskimi miastami jeszcze nie łączą mnie sprawy zawodowe. Powstaje tam jednak wiele niemieckich produkcji, więc mam nadzieję, że prędzej czy później to nastąpi.

Biegle mówi Pani w kilku językach. Nigdy nie myślała Pani, by nauczyć się także czeskiego? (Śmiech.) 

Bardzo lubię uczyć się języków obcych, więc dlaczego nie? (Śmiech.) 

Od pierwszych chwil naszego spotkania sprawia Pani także wrażenie osoby niezwykle pozytywnie usposobionej, dla której szklanka zawsze jest do połowy pełna. Tak było od zawsze, czy – jak wiele rzeczy w życiu – przyszło to z czasem?

Dla mnie faktycznie szklanka jest zawsze do połowy pełna. Lubię życie, a to też jest istotne i pomocne – nie tylko w tym zawodzie, ale i w codzienności.

Mam wrażenie, że właśnie to pozytywne spojrzenie na świat jest taką cechą, którą daje Pani od siebie postaciom, w które się wciela. Jedną z nich, w której można taką cechę zaobserwować jest zdecydowanie Agnes z serialu "M jak miłość". Jak trafiła Pani do tej produkcji?

Dwa lata temu mój agent poinformował mnie, że rozpoczynają się poszukiwania niemiecko-polskiej aktorki do stałej roli w tym serialu. Grałam w tym czasie w kilku odcinkach serialu "Na dobre i na złe" i okazało się, że regularnego pojawiania się w tych dwóch produkcjach nie można łączyć. 

W zeszłym roku, w lutym, odbył się casting do roli Agnes w "M jak miłość". Miałam do zagrania scenę z Robertem Moskwą. Coś fajnego się zadziałało i Robert stwierdził, że ta rola jest moja. (Śmiech.) 

Miała to być rola na kilka odcinków, ale Agnes nadal jest w serialu. Będzie też pojawiać się w nowym sezonie. 

Wchodząc w ten serial, miała Pani świadomość, że stanie się częścią kultowej produkcji, która sympatię widzów zaskarbia sobie od ponad dwudziestu pięciu lat?

Miałam świadomość, że to ważny serial dla polskich widzów. W maju 2026 roku "M jak miłość" oglądało średnio 2,43 miliona widzów na odcinek. 

W czym, to w Pani odczuciu, tkwi fenomen tego serialu?

Ten serial mówi o tym, że trzeba dbać i interesować się drugim człowiekiem, a ja to mocno wspieram. 

Czy ze względu na swoje polsko-niemieckie pochodzenie, zdarzało się Pani oglądać serial we wcześniejszych latach? Miała Pani swoje ulubione postaci, ulubione wątki?

Oglądam ten serial z dziadkiem. Moją sympatię skradli przede wszystkim nestorzy rodu Mostowiaków, grani przez Teresę Lipowską i nieodżałowanego Witolda Pyrkosza.

Po raz pierwszy w tej historii pojawiła się Pani w 1878 odcinku. Agnes jest córką Artura Rogowskiego, o której istnieniu wcześniej nie wiedział. Jak została Pani przyjęta na planie?

Ekipa serialu "M jak miłość" bardzo ciepło mnie przyjęła. Wszyscy są niesamowicie zgrani, serdeczni, zabawni. Pełen profesjonalizm. 

Miała Pani dość mocne wejście w ten serial, albowiem za Pani bohaterką ciągnęły się też demony przeszłości chociażby w postaci niebezpiecznego partnera (w tej roli Paweł  Izdebski, ), przed którym tak naprawdę uciekła do Grabiny. Czy takie nieoczywistości i złamania, ukryte w postaciach sprawiają, że są one większym wyzwaniem dla aktora?

Dokładnie. Granie takich postaci jest ciekawe dla aktora. Ludzie są skomplikowani i wielowarstwowi. 

Na swoim oficjalnym profilu na Instagramie dzieli się Pani nie tylko kadrami z planów filmowych, ale także zdjęciami i nagraniami z podróży. Podróż marzeń Amandy Mincewicz to...

Marzy mi się podróż do Meksyku. Chciałabym też wrócić do Japonii. 

Czym Japonia urzekła Panią za pierwszym razem?

Japończyków cechuje ogromny, wręcz instytucjonalny szacunek do drugiego człowieka. Mają też duży szacunek do jedzenia, który ma wręcz wymiar duchowy. To mnie urzekło. 

Jakie miejsca zachwyciły Panią ostatnio?

Afryka: Kenia i Zanzibar.

Byłam zachwycona otwartością i serdecznością ludzi. 

Czy jeśli chodzi o kuchnie świata, jest coś takiego, czego nigdy nie odważyłaby się Pani spróbować?

Nigdy nie zjadłabym skorpiona ani innego karalucha. (Śmiech.) 

niedziela, 12 lipca 2026

Cezary Trybański (nie) tylko o tranplantologii [WYWIAD]

Cezary Trybański (nie) tylko o tranplantologii [WYWIAD]














fot. materiały prasowe Biegu po Nowe Życie / Cezary Trybański na starcie 

25 kwietnia odbył się 29. Bieg po Nowe Życie, który był jednocześnie okazją do świętowania 15. urodzin wydarzenia. Jednym ze stałych bywalców wiślańskiej imprezy, której celem jest szerzenie wiedzy na temat transplatacji, jest jeden z najlepszych polskich koszykarzy Cezary Trybański. 

Opowiedział o swoich powrotach do Wisły, ale też przytoczył jedną ze wzruszających historii, jaką usłyszał od osoby po przeszczepie. Opowiedział też o swojej przygodzie z programem „Taniec z gwiazdami“ i o tym, co jego udział miał zmienić w nastawieniu młodzieży do życia.

Spotykamy się na 29. Biegu po Nowe Życie w Wiśle. Jak samopoczucie?

Dobrze, bardzo dobrze.

Nie jest to Pana pierwszy start w wydarzeniu promującym temat transplantacji i transplantologii, a wręcz jest Pan jednym z weteranów tej imprezy. Jak wraca się do Wisły?

Cudownie. Swój udział w poprzednich edycjach Biegu po Nowe Życie bardzo miło wspominam. Zresztą, przyjeżdżałem tutaj również jeszcze jako aktywny sportowiec. Często odbywały się tutaj zgrupowania. Lubię to miasto.

Spotykają się tutaj nie tylko osoby publiczne, ale też osoby po przeszczepach. To okazja do wysłuchania wielu historii. Czy któraś Pana szczególnie poruszyła?

Na przestrzeni lat wiele było takich historii. Są piękne. Najbardziej urzekła mnie ta, kiedy jedna z osób czekała na przeszczep nerki. Przyszedł do niej lekarz i powiedział, że może żegnać się z rodziną. Powiedział, że czas płynie nieubłaganie, a odpowiedniego organu do przeszczepu nie ma. Kiedy doszło już do pożegnania, okazało się, że nerka się znalazła, a wraz z nią pojawiła się nadzieja i szansa na nowe życie.

Dzisiejsza impreza jest szczególna, ponieważ świętowane jest jej 15-lecie. Jak wspomina Pan swoje pierwsze starty? 

Jestem szczerze zaskoczony, że to już 15 lat. Czas płynie nieubłaganie. To wspaniała inicjatywa. Cieszę się, że trwa już tyle lat. Życzę temu wydarzeniu, by trwało jeszcze przez wiele, wiele lat. To wspaniała idea. Trzeba ją nagłaśniać. 

Swój pierwszy udział w biegu, który odbył się w Warszawie wspominam bardzo miło. Zaskoczyła mnie bardzo pozytywna energia i to że wszyscy traktują się tutaj jak jedna wielka rodzina.

Nie ma chyba drugiego takiego wydarzenia, które tłumaczy, czym jest donacja, transplantacja i transplantologia. 

Dokładnie tak. Są ludzie, którzy nie mają świadomości, czym to wszystko jest. Nie mają też jak dotrzeć do materiałów tłumaczących temat. Sam, kiedy zaproszono mnie po raz pierwszy, szukałem informacji, czytałem wiele artykułów. Były to jednak puste słowa. Dopiero kiedy tutaj się przychodzi i rozmawia się z dawcami, biorcami i autorytetami medycyny, zaczyna się rozumieć, o co tak naprawdę chodzi. Historie są niesamowite. Dzielą się nimi nie tylko dawcy i biorcy, ale też lekarze, którzy te przeszczepy przeprowadzają. Moja głowa tego nie ogarnia, ale mówią, że to jest proste. (śmiech)

Co powiedziałby Pan tym wszystkim, którzy zastanawiają się nad podpisaniem oświadczenia woli na transplantację narządów?

Jak najbardziej do tego zachęcam. Od razu, po swoim pierwszym udziale w tym wydarzeniu podpisałem oświadczenie.

Jak żyje się ze świadomością, że kiedyś być może uratuje się czyjeś życie?

To coś wspaniałego. Po naszym odejściu, nasze organy mogą uratować kilka żyć, a jeśli nie podpiszemy takiego oświadczenia, marnujemy je. Trafiają do piachu. Miałem styczność z ludźmi, którzy dzięki temu dostali drugą szansę.

Fajnie tak "wykorzystać" swoją popularność w szczytnym celu, prawda?

Tutaj wszyscy, którzy w jakiś sposób są rozpoznawalni, przyjeżdżają właśnie po to.

Już od pierwszych minut naszego spotkania, uśmiech i dobra energia Pana nie opuszczają. Jest Pan życiowym optymistą?

Staram się nim być. Oczywiście, nie jest to łatwe, bo są różne momenty w życiu, ale kiedy tutaj przyjeżdżam, to rozmowy z „przeszczepkami” uświadamiają mi, że tak naprawdę nie mam żadnych problemów. Jestem szczęściarzem. Kiedy widzę, jak doceniają swoje drugie życie, jeszcze bardziej doceniam to swoje, pierwsze.

Było tak od zawsze?

Przez całe życie starałem się doceniać to, co mam i cieszyć się małymi rzeczami.

Był Pan uczestnikiem 29. edycji „Tańca z gwiazdami”. Udowodnił Pan, że mimo wzrostu, każdy może nauczyć się tańczyć. Jak zapamięta Pan tę przygodę?

Bardzo fajnie wspominam tę przygodę. Zdecydowałem się na udział w  programie, ponieważ kiedy rozmawiam z młodzieżą, zachęcam ją do wychodzenia ze strefy komfortu. Namawiam, by próbowali nowych rzeczy i nigdy nie dali sobie wmówić, że czegoś nie są w stanie zrobić. Sam, idąc do tego programu, słyszałem różne opinie na ten temat. Mówiono, że jestem za duży, że nie dam rady. Po pierwszym odcinku dostawałem wiadomości z przeprosinami, bo nie spodziewano się, że tak dobrze może być.

Jaką partnerką była Izabela Skierska?

Wymagającą. (Śmiech) To profesjonalistka. Jest mistrzynią świata w tańcu towarzyskim. Nie mogłem lepiej trafić.

Gdyby miał Pan tę przygodę zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Nie da się tak w jednym słowie lub zdaniu. To była wspaniała przygoda. Przekroczyłem swoje bariery, bo nigdy wcześniej nie tańczyłem. Było to coś wspaniałego.

Czy teraz, kiedy wie Pan, z czym to się je, zdecydowałby się na ponowny udział w tym programie?

Uczyłem się wszystkiego od zera. Chciałbym to jednak zrobić drugi raz i pokazać to tym młodym ludziom, którzy nie widzieli mnie w tym programie wcześniej. Po tym programie dzieciaki gratulowały mi, że próbowałem i przełamywałem swoje bariery. Kiedy teraz ktoś mówi mi, że czegoś nie da się zrobić, to pytam, czy widział mnie jak tańczyłem. (Śmiech)

W jakim jeszcze programie o formule talent show chciałby Pan spróbować swoich sił?

Powiem szczerze, że nie myślę o tym w ten sposób. Cieszę się, że co roku mogę być tutaj.

czwartek, 9 lipca 2026

Ewa Bonecka o życiu aktorki wędrującej [WYWIAD]

Ewa Bonecka o życiu aktorki wędrującej [WYWIAD]




















fot. Lucas Suchorab

Z aktorką Ewą Bonecką spotkałam się w Warszawie. Rozmawiałyśmy o pracy na planie w kraju i poza jego granicami. Opowiedziała także o swoich licznych podróżach, apetycie na życie i roli w "Gliniarzach". 

Aktorka teatralna i filmowa. Optymistka a także, co za tym idzie,  miłośniczka podróży. Słowem wstępu - wszystko się zgadza? (Śmiech.) 

Wszystko się zgadza. Jestem kobietą spełnioną na każdym polu życia.  Spotykamy się co prawda w duchu aktorskim, ale dużą wagę przywiązuję do mojego życia prywatnego. 

Już od pierwszych chwil naszego spotkania bije od Pani niesamowicie pozytywna energia, która jest zaraźliwa. (Śmiech.) Chyba nawet nie mogłaby Pani inaczej, prawda?

Dziękuję. Nie umiałabym inaczej. Kocham żyć. Nawet czekając na nasze spotkanie, myślałam o tym, że jest wspaniałe i przynosi wiele niespodzianek. 

Dochodzenie do tego było procesem, czy tak zawsze Pani czuła?

Nie lubię słowa "proces". Na bieżąco dostrajam się do najlepszej wersji siebie. Im bardziej się zmieniam, transformuję, tym moja rzeczywistość zewnętrzna transformuje się razem ze mną. 

Kiedy do tego dołączyło, tak istotne, cieszenie się z małych rzeczy?

Myślę, że po urodzeniu córki. 

Po wnikliwej obserwacji nie tylko Pani dorobku artystycznego, ale także tego, czym dzieli się Pani  w mediach społecznościowych, widzę Panią jako wędrującą aktorkę z naturą odkrywcy. (Śmiech.) Postrzega Pani siebie w podobny sposób?

Wyznaczam sobie nowe kierunki i eksploruję. 

Jaki kierunek, idąc tym tropem, zachwycił Panią ostatnio?

Berlin. 

Jak jest z Polską?

Polska mnie zachwyciła, ale chcę spróbować nowych kierunków, nowych rynków?

Myśli Pani także o eksplorowaniu zagranicznych rynków aktorskich?

Zdecydowanie tak.

Ma Pani wiele zagranicznych projektów na koncie.

Są to zazwyczaj występy gościnne, głosowe. Mam ochotę zgłębiać ten rynek zagraniczny jeszcze bardziej. 

Jaki projekt zagraniczny jest dla Pani na ten moment najważniejszy?

Zachowam go dla siebie. (śmiech.)

Czy natura odkrywcy przydaje się również w tym zawodzie?

Oczywiście, jest wręcz bardzo pomocna. 

Właśnie. Wiele jest zawodów na "A", ale mam wrażenie, że Pani od zawsze wiedziała, że to właśnie aktorstwo jest dla Pani. 

Wiedziałam o tym od dziecka. 

Nigdy nie miała Pani nawet przez chwilę innego pomysłu na siebie?

Miałam pomysł, by zostać dziennikarką. Po ukończeniu ST skończyłam dziennikarstwo podyplomowo. Wybrałam aktorstwo.

Byłaby Pani w stanie porzucić aktorstwo dla dziennikarstwa?

Nie byłabym w stanie. 

Czy tak, jak u wielu adeptek zawodów artystycznych, u Pani było również tak, że od zawsze lubiła się przebierać i wcielać w różne postaci?

Oj, tak. Kochałam to od zawsze. 

W jakich okolicznościach nastąpiło Pani pierwsze poważne zderzenie z aktorstwem?

Nastąpiło wtedy, kiedy wygrałam Ogólnopolski Konkurs Recytatorski "Poezja i i Proza na Wschód od Bugu".  Było to w podstawówce, jak dobrze pamiętam, w szóstej klasie. 

Cztery lata studiowała Pani aktorstwo na państwowej ST im. Ludwika Solskiego w Krakowie z filią we Wrocławiu, ale w międzyczasie wyjechała Pani w ramach stypendium na Słowację. W Bratysławie studiowała Pani również aktorstwo. Czy fakt, że bardzo szybko uczy się Pani języków, ułatwił Pani edukację? 

Tak. Było to bardzo ciekawe doświadczenie. Do dzisiaj mówię po słowacku. 

Czy w dalszym ciągu to uczenie się nowych języków tak łatwo Pani przychodzi?

Myślę, że tak. Teraz bardziej skupiam się na niemieckim, byłam w klasie germanistycznej w LO. Na ten język stawiam. 

Czy są jakieś różnice pomiędzy studiami aktorskimi w Polsce a Bratysławie? 

Ogromne. Napisałam na ten temat pracę magisterską. Mogłabym długo opowiadać. Do ST w Bratysławie uczęszcza tylko kilka osób. U mnie na roku było nas dwadzieścia. Powinniśmy docenić polską edukację teatralną. 

W pracy na planie jest pewnie sporo różnic, prawda? Słyszałam, że tam, praca na planie trwa o wiele wolniej, niż w Polsce. Ile mniej więcej trwa okres zdjęciowy do filmu czy serialu?

Chciałabym ten temat zgłębić jeszcze bardziej. Nie mam aż tak wielkiego doświadczenia w tej materii. Mam doświadczenie, jeśli chodzi o pracę na polskich planach. Dla zagranicy chciałabym pracować więcej. 

Jest Pani obecnie zaangażowana do jakiegoś zagranicznego projektu, czy skupia się teraz przede wszystkim na rodzimych produkcjach?

Jeszcze nie. 

Dużo czasu spędza Pani na planie "Gliniarzy". 

To prawda. Wcielam się w podkomisarz Milenę Wiciak, to postać związana z Interpolem. 

Prywatnie jest Pani miłośniczką podróży. Gdyby tak się dało, podróżowałaby Pani pewnie cały czas, prawda? 

Na pewno. Bardzo lubię się przemieszczać, kocham być w podróży. 

Ile krajów udało się Pani do tej pory zwiedzić?

Świetne pytanie, ale chyba tego nie zliczę. (Śmiech.) 

środa, 8 lipca 2026

Ireneusz Czop o życiu, emocjach i „Zapiskach śmiertelnika” [WYWIAD]

 Ireneusz Czop o życiu, emocjach i „Zapiskach śmiertelnika” [WYWIAD]















fot. Małgorzata Krawczyk 

Aktor Ireneusz Czop był gościem 28. Kina na Granicy. Rozmawiamy o „Zapiskach śmiertelnika" w reżyserii Macieja Żaka. To film, w którym Czop wcielił się w głównego bohatera, F.P.

Opowiada m.in. na pytanie, dlaczego mężczyznom tak trudno przyznać się do problemów emocjonalnych. Zdradza też do zadawania sobie jakich pytań skłonił go filozoficzny charakter produkcji.

Przy okazji festiwalu Kino na Granicy nie spotykamy się po raz pierwszy, albowiem gościł Pan m.in. na 19. i 20. odsłonie przeglądu. Jak wraca się do Cieszyna?

Pięknie tu się wraca. Byłem tu wielokrotnie, na przestrzeni lat przyjeżdżałem nie tylko przy okazji tego festiwalu, ale także grając w tutejszym teatrze.

Jednym z trzech filmów z Pana udziałem, który można było tutaj zobaczyć, są „Zapiski śmiertelnika". Mówi Pan otwarcie, że to nie film o umieraniu, jak wielu mogłoby się wydawać, ale o życiu. Rozwińmy, proszę, tę myśl.

To film o z tym, czy rozumie się to życie czy wręcz przeciwnie.

Ważną wydaje się tutaj umiejętność przeżycia fragmentu własnej historii tak jak chcemy. Odnoszę równocześnie wrażenie, że nie każdy taką umiejętność posiada. Jak Pan się do tego odniesie?

Tego, kto taką umiejętność posiada, poproszę o korepetycje w tej materii. (Śmiech)

Głównemu bohaterowi, w którego Pan się wciela, pozornie niczego nie brakuje. Ma przecież wszystko - dom, rodzinę, pracę. Mimo to czuje rozczarowanie, że nie spełnił swoich młodzieńczych marzeń, co z kolei popycha go do myśli samobójczych. Mam wrażenie, że twórcy coraz chętniej decydują się na oparcie swoich produkcji o motyw odchodzenia. Z czego, Pana zdaniem, to wynika?

Myślę, że bierze się to z codzienności. Wydaje nam się, że mamy i wiemy wszystko. Dzisiejszy świat podpowiada nam także, że o wszystko możemy zapytać sztuczną inteligencję. Tak naprawdę to nas zwodzi, powoduje, że mamy w sobie swego rodzaju lukę.

Reżyser filmu, Maciej Żak, zdecydowanie wypełnia tę lukę, w sposobie poruszania kwestii ostatecznych w polskiej kinematografii. Czy jego podejście do całego zagadnienia, w którym nie brakuje też dystansu i humoru, było jednym z powodów, dla których zdecydował się Pan przyjąć rolę F.P.?

Oczywiście. Jednym z czynników jest na pewno jego podejście do narracji. Kluczową rolę odgrywa tu także jego wrażliwość literacka. Scenariusz „Zapisków śmiertelnika" nie był modyfikowany. Podczas jego realizacji szukaliśmy po prostu rozwiązań.

Nie było to Wasze pierwsze spotkanie, albowiem u Żaka zagrał Pan też w filmie „Konwój" z 2017 roku. Czy to pomogło Wam w pracy nad „Zapiskami śmiertelnika"?

Pomogło i przeszkodziło. (śmiech)  Ale wiadomo, że każdy kij ma dwa końce.

Czego nauczyła Pana praca z Maciejem Żakiem?

Praca z Maćkiem nauczyła mnie, że nie wszystko musi być takie prawdopodobne. Przekonałem się, że film to przede wszystkim metafora, że możemy poszukać siebie w innej optyce.

Czy filozoficzny charakter filmu skłonił Pana do rozmyślań nad swoim życiem?

Mam nadzieję, że do takich rozmyślań nasz film skłonił także widzów. To podstawowe zadanie sztuki.

Pod wpływem tego, czego doświadczał na ekranie Pana bohater, zdarzało się Panu myśleć też o tym, czy jest szczęśliwy?

Myślałem o tym, co to w ogóle znaczy.

Jakie jeszcze pytania zadawał Pan sobie, tworząc postać F.P.? 

Było ich naprawdę wiele. Myślałem o tym, ile mam czasu. Zastanawiałem się, czy dobrze go wykorzystuję. Myślałem też o tym, czy coś tak naprawdę lubię, czy ktoś mi to wmówił. W gruncie rzeczy były to bardzo proste pytania.

Czego dowiedział się Pan o sobie pracując nad tym filmem? Czego się nauczył?

Przekonałem się, że wszystko jest ciągłą pracą.

Dlaczego mężczyznom, o wiele trudniej niż kobietom, przychodzi poproszenie o pomoc?

Nie lubimy gadać i tyle. Kiedy zaczynamy myśleć czy rozmawiać o swoich wątpliwościach, tak naprawdę nie ma to końca. Zaczynamy marudzić, a mężczyzna, który marudzi, nie jest ciekawy.

Czy poniekąd bierze się też to z dość powszechnego hasła, że „chłopaki nie płaczą”?

Moim zdaniem bierze się to raczej z poczucia, że nas się nie słucha.

Czy po seansach spotyka się Pan z głosami widzów, którzy mówią, że pod wpływem tego, co zostało pokazane na ekranie, nie posunęli się do ostateczności i jeszcze raz przemyśleli swoje życie?

Były to inne refleksje, ale bardzo ciekawe. Ktoś zdecydował się, że zabierze swoją drugą połowę na spacer, a ktoś inny po seansie stwierdził, że musi zadzwonić do kumpla.

Pojawiły się też osoby, które opowiadały Panu swoje historie zbliżone do losów Pana bohatera?

Tak. To było dla mnie trudne, nie umiałem się w tym odnaleźć.

To z pewnością rola, która niesie trudność emocjonalną. Jakie miał Pan sposoby na zejście z trudnych emocji po kręceniu wymagających scen?

To najtrudniejsze i najczęstsze pytanie. Aktorów wprowadza się w rolę, ale nikt nas z tej roli nie wyprowadza…

Leżenie w zimnym Bałtyku nie było podobno tak trudne, jak mogłoby się wydawać. O wiele większym wyzwaniem okazało się leżenie bez ubrań w kostnicy.

Tak, to prawda, choć wchodzenie nago do Bałtyku w listopadzie nie było niczym przyjemnym.  Trudne było też chociażby granie w deszczu. Podczas kręcenia filmu było wiele wyzwań czysto fizycznych.

Gdyby miał Pan pracę nad tym filmem zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Zapiski śmiertelnika. (Śmiech)

Patryk Mandla / patsontopata o utowrze "Usterki" [WYWIAD]

 Patryk Mandla / patsontopata o utowrze "Usterki" [WYWIAD]
















fot. Piotr Lasoń

Patryk Mandla, znany jako patsontopata, opowiedział mi o kulisach powstania utworu "Usterki", ale także mechanizmach, które potrafią zdominować codzienne życie, a także być... trzonem piosenki. 

Próżność, zazdrość, kłamstwo i fałsz – to nie tylko pojedyncze błędy, ale mechanizmy, które potrafią zdominować codzienne życie. Skąd pomysł, by to właśnie one były trzonem utworu "Usterki"? 

Myślę, że to główna przyczyna porażek ciągłego niezadowolenia, wymówek i problemów człowieka w codzienności. Tym bardziej teraz, kiedy ludzie są pożerani przez internet, zanikają wzorce, brak emocji zaciera uczucia i buduje osoby bez niczego, co warto prezentować w odpowiedni sposób.

Wybór owych mechanizmów na motyw przewodni utworu był choć do pewnego stopnia inspirowany doświadczeniami życiowymi, czy był podyktowany czym innym?

Stworzyliśmy to na podstawie obserwacji i własnych doświadczeń. 

Utwór jest istną mieszanką stylistyczną, albowiem łączy rapową narrację, popową melodykę i rockową energię. Opowiedzmy coś więcej na ten temat. Skąd pomysł, by połączyć te trzy style? 

Oboje, razem z Arturem, posiadamy mieszankę umiejętności wokalnych, potrafimy robić podobne, ale w tym wszystkim różne, koncepcje na kawałek.  

W momencie kiedy to łączymy, wychodzi coś, czego nie da się kategoryzować. I tak to potem powstaje. Oboje uznaliśmy, że chcemy to robić dla ludzi, a nie, dla siebie. Oboje już mamy dość tego chorego spojrzenia na własne cztery litery. 

Niestety, tak  kreują social media. Samowystarczalność jest super, ale jak masz być sam, to  ważne, żeby być i czuć, spełniać się, ale patrzeć w tym wszystkim też na bliskich. 

Jaka była droga od pomysłu, po realizację Waszego duetu? 

Przyjechałem do studia, Artur pokazał mi numer, od razu powiedziałem, że go zrobimy. No i...wyszło. (Śmiech.)

Czego dowiedzieliście się o sobie podczas pracy nad tym utworem? Czego się nauczyliście? 

Dowiedzieliśmy się, że lubimy ze sobą współpracować i że dobrze nam to idzie, pomimo chaosu, który czasem w tym wszystkim się pojawia, walczymy i działamy. Spotykamy się co tydzień i pracujemy nad utworami i jak najlepszym efektem końcowym. 

Nauczyliśmy się, że warto działać z przyjaciółmi, wymieniać się sugestiami. 

To nie tylko utwór, który będzie próbował podbić listy przebojów, ale przede wszystkim opowieść o człowieku, który powoli traci kontakt z samym sobą. Zastanawialiście się, czy może pełnić także funkcję terapeutyczną, stanowić oczyszczenie?

Ta piosenka to lustro dla każdego, kto gubi się na drodze, którą nigdy nie powinien iść.

To historia o kimś, kto buduje swoją tożsamość na pozorach. Wiele jest takich osób, prawda?

Tak, niestety. Świat internetu ma to do siebie, że jest sztuczny, a to przekłada się na prawdziwe życie. Dlatego, ten problem dotyczy najczęściej młodzieży, ale niestety również starszych pokoleń.

Narracja "Usterek" skupia się na bohaterze zagubionym we własnym odbiciu. Czy czuliście kiedyś podobnie? 

Ja, jak najbardziej, szczególnie w relacjach damsko męskich, gdzie notorycznie, na siłę próbowałem coś zmienić, jeszcze bardziej niszcząc przy tym nie tylko siebie, ale też drugą osobę.  

Co jest najtrudniejsze w momencie, w którym przyznajemy się do tego? 

Strach przed tym, kim się nagle stajemy.

Co zrobić, kiedy próżność zaczyna dominować nad autentycznością?

Wtedy trzeba na chwilę zwolnić i spojrzeć na siebie w lustrze, zadając sobie pytanie, "Czy to naprawdę ja, czy ktoś kogo będę musiał później udawać?” 

Może to spotkać każdego, niezależnie od momentu, w którym aktualnie się znajduje. 

Jak postępować, by tej autentyczności, nie tylko w muzyce, mimo życiowych zakrętów, nie stracić?

Umieć zaakceptować siebie. Pokochać swoje zalety i wady, a dopiero wtedy zacząć budować siebie, tak, jak chcemy. Warto spróbować. 

Życie bywa ciężkie i dołujące. Każdy dzień to walka. Trzeba iść, czasem zwolnić, żeby przestać się bać tego, co może się wydarzyć.  Nie ma żadnych utartych schematów. Trzeba wiedzieć, co nas uszczęśliwia, ale znać też odpowiedź na pytanie, czemu tego nie robimy. 

Jak pozbyć się zazdrości, będącej motorem napędowym konfliktów?

Odpuścić. Opowiem pewną historię. 

Znałem kogoś, kto stracił jedyną w swoim rodzaju kobietę, która go kochała. 

Pozbierał się, znajdując sobie kogoś po kilku miesiącach. 

Prawda jest taka, że i tak musiał iść do przodu mimo tego, że tak naprawdę to on zawinił i wszystko zniszczył. Musiał nauczyć się cieszyć czyimś szczęściem, bo to największa umiejętność.

Co najczęściej, oprócz fałszu i kłamstw, wypala wzajemne zaufanie?

Zdrada i brak poczucia, że możesz na kogoś liczyć.

Dlaczego ludzie zakładają maski? Zastanawiałeś się nad tym? W jakich sytuacjach robisz to najczęściej?

Wydaje się to łatwiejsze, niż przyznanie się do błędu. Dlatego, czasem każdy je zakłada. 

Najczęściej powoduje to przeszłość, strach, doświadczenie, które ciąży nam na barkach. To najczęściej zdarzenie, które nas zniszczyło i nauczyło, że nie warto być sobą, nie warto być szczerym. 

Ciężko stwierdzić kiedy je zakładam, ale staram się być na takim etapie, żeby nie patrzeć za siebie, chociaż wiem ile błędów popełniłem i ile mnie nauczyły. Zawsze trzeba, mimo wszystko, iść do przodu. 

Podobno Wasz utwór nie jest rodzajem moralitetu, ani wykładem o etyce, a jedynie zapisem obserwacji. Jak długo trwały? Na czym się skupiały?

Nie trwało to długo. Rozmawialiśmy o tym, co nas męczy. Tytuł nawiązuje do Usterki, czyli postaci z Bajki Disneya, "Ralph Demolka", gdzie główny bohater spotyka małą usterkę, która niszczy grę. Patrzyliśmy również na problemy świata codziennego, gdzie coraz więcej osób patrzy tylko i wyłącznie na siebie. Niestety, każdy czasem tak ma, więc warto to wypośrodkować i spróbować jakkolwiek poukładać.

piątek, 26 czerwca 2026

Andrzej Chyra o swoich najnowszych rolach, samotności, intuicji i sile kina [WYWIAD]

 Andrzej Chyra o swoich najnowszych rolach, samotności, intuicji i sile kina [WYWIAD]














fot. Małgorzata Krawczyk 

Andrzej Chyra jest jednym ze stałych bywalców Kina na Granicy. Opowiada o powrotach do Cieszyna, ale też o filmach ze swoim udziałem, które można było zobaczyć na mionionej, 28. odsłonie wydarzenia. 

Opowiada o kulisach wieloletniego powstawania filmu „Las“ w reżyserii Joanny Zastróżnej i „Klarnecie“ w reżyserii Toli Jasionowskiej.

Jest Pan jednym z weteranów tej imprezy, którzy w Cieszynie spędzili chyba rekordową liczbę majowych długich weekendów.

Przyjeżdżając na tę edycję, rzeczywiście uświadomiłem sobie, że jestem tutaj już kolejny raz. Za każdym razem, kiedy przyjeżdżam do Cieszyna, czuję się tutaj zadomowiony.

Pamięta Pan swoje pierwsze spotkanie z dyrektorem programowym polskiej części festiwalu, Łukaszem Maciejewskim?

Jestem prawie pewien, że po raz pierwszy spotkaliśmy się przy okazji, kiedy prowadził spotkanie po którymś z moich filmów. Było to bardzo dawno, więc chyba mogę zaryzykować stwierdzenie, że nasze kariery rozpoczęły się w podobnym momencie. (Śmiech)

Nie tylko rozmowy o filmach, ale też spotkania kuluarowe, po projekcjach, te więzy zacieśniają, prawda?

Tak. Łukasz jest wyjątkowym człowiekiem. Na polu krytycznym, w teatrze, ale też w filmie, przez lata bardzo dużo działał, pisał.  Rozumie, że festiwale są wyborem gustu, również takiego, który idzie czasem na kompromis. Uważam, że jest dobrze zorientowany i ma świadomość, jak filmy działają, a zatem może je umiejętnie łączyć. Ma ogromny talent do tworzenia dobrej atmosfery.

Dużym atutem cieszyńskiego festiwalu jest również to, że łączy miłośników kina polskiego, czeskiego i słowackiego. Jacy czescy przedstawiciele filmu są Pana ulubionymi?

Jednym z nich jest na pewno Miloš Forman. Lubię czeskie, starsze kino, zwłaszcza filmy z lat 60. Niektóre bardzo dobrze pamiętam. Kilka lat temu byłem nawet jednym z jurorów na festiwalu filmowym po czeskiej stronie, miało to miejsce w Plzni.

Spotykamy się po projekcji filmu „Las" w reżyserii Joanny Zastróżnej. To obraz bardzo atypowy. Czy właśnie w tej atypowości zawarty jest jego największy sukces?

Na jego sukces składa się na pewno to, co ta atypowość zawiera. Poszczególne warstwy tego filmu i wątki, z których się składa, tworzą napięcie dramatyczne. Jeżeli ktoś wejdzie w rytm tego filmu i otworzy się na jego urok, będzie zadowolony z efektu.

O tym projekcie mówi się również, że jest podróżą surrealistyczną. Jaką podróżą był dla Pana? Czego się Pan o sobie dowiedział, czego się nauczył?

Była to dla mnie podróż fascynują, trwająca bardzo długo. Była to podróż przez świat wyobraźni Joanny. To załapanie się na czyjś świat wyobraźni jest tym, co od zawsze fascynuje mnie w tym zawodzie. Zdjęcia do „Lasu" trwały osiem lat, a jego łączne konstruowanie trwało około czternaście lat, co sprawia, że był on jednym z najdłużej powstających polskich filmów. Był realizowany w większości z prywatnych środków, albowiem częściowe dofinansowanie z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej otrzymał dopiero w późniejszym czasie. Opowiem jeszcze o kulisach powstawania naszego filmu. W tym okresie bardzo zmieniała mi się waga. Jej różnica w maksymalnych odchyleniu to piętnaście kilogramów. Ciekaw jestem, czy dla widza jest to zauważalne.

W tym filmie, dzięki właśnie wieloletniej pracy nad nim, można usłyszeć głos nieodżałowanego Franciszka Pieczki.

Fantastyczny człowiek.

A jak pracowało się z Joanną Zastróżną?

Joanna się uczyła. Przyszła ze świata, w którym pracowała wcześniej. Musiała się wielu rzeczy nauczyć. Praca nad tym filmem odbywała się poza normami topograficznymi. Tradycyjnych uwag, które słyszymy od reżyserów, nie było.

Natknęłam się na fragmenty Pańskich wypowiedzi, w których zwracał Pan uwagę na specyficzny, nieoczywisty i nieco "wykręcony" charakter scenariusza tej produkcji. Czy to właśnie te jego cechy zdecydowały, że postanowił Pan tę rolę przyjąć?

Oczywiście. Lubię sztukę i uważam, że jest czymś, czym nie umiemy się posługiwać i bawić. Uważam, że korzystania ze sztuki powinno uczyć się w szkołach. Uświadomienie tego, jak może być pobudzająca duchowo, jest rzeczą ważną.

Drugim filmem, który można było w Cieszynie zobaczyć, jest „Klarnet" w reżyserii Toli Jasionowskiej. Podobno, jego paradoksem jest to, że pokazuje świat kobiet, w którym brakuje mężczyzny, a ten brak staje się jego szczególną wartością.

Ten film wchodzi w pewną intymność z czułością, ale bez ekscesów, bez histerii. Intymność samotnych kobiet jest szczególna. Kiedy w danej historii obecny jest mężczyzna, tematy, które się porusza, są inne. Bardzo wiele osób przyznaje się, że płakało na tym filmie. „Klarnet" przez to, że dotyka świata bez mężczyzn, pokazuje potrzebę obecności tego brakującego pierwiastka.

Stworzył Pan postać, którą cechuje silna intuicja, która w dzisiejszym świecie, w moim odczuciu jest bardziej powszechna u kobiet, aniżeli u mężczyzn.

Chcieliśmy wyjść poza funkcjonujące w świecie przekonanie, że stereotyp określa prawdopodobieństwo charakteru. Myślę, że tacy mężczyźni się zdarzają. To, co prezentuje mój bohater, jest sposobem na spotkanie tych dwóch światów, kobiecego i męskiego, na nieco innej płaszczyźnie. To spotkanie jest bardzo głębokie, prawdziwe i intrygujące. Uważam, że udało nam się przełamać stereotyp spotkania dwójki ludzi. Ten film, w swojej delikatności i głębokiej intymności ma coś takiego, że wiele osób bardzo go przeżywa.

Agnieszka Żulewska o filmie "Człowiek do wszystkiego" i (nie) tylko [WYWIAD]

Agnieszka Żulewska o filmie "Człowiek do wszystkiego" i (nie) tylko  [WYWIAD]















fot. Małgorzata Krawczyk 

Dla Agnieszki Żulewskiej 28. edycja Kina na Granicy była możliwością powrotu do Cieszyna. Okazją do spotkań z widzami były aż trzy filmy z jej udziałem, które można było zobaczyć. 

Opowiedziała o pracy nad filmem „Człowiek do wszystkiego" i współpracy z Anką i Wilhelmem Sasnalami, epizodzie w „Brzydkiej siostrze" w reżyserii Emilie Blichfeldt i przewadze mężczyzn na planie „Wielkiej Warszawskiej".

 28. edycja Kina na Granicy nie jest pierwszą odsłoną festiwalu, na którym się Pani pojawia. Jak wraca się do Cieszyna?

Do Cieszyna cudownie się wraca. To przepiękne miejsce, dlatego cieszę się, że mam taką możliwość.

To jeden z tych festiwali, na którym nie obowiązują galowe stroje i nie ma czerwonych dywanów. Czy właśnie to składa się Pani zdaniem na jego sukces? 

Oczywiście, to że nie ma tutaj dress codu i wszyscy jesteśmy na luzie, jest ważne. Istotna jest też możliwość spotkania tych, których spotyka się tylko okazjonalnie. Tu wszyscy się zbieramy i to jest wspaniałe.

 Dużym atutem, moim zdaniem, jest również to, że ten przegląd łączy miłośników kina polskiego, czeskiego i słowackiego. Jacy czescy przedstawiciele filmu są Pani ulubionymi?

Jednym z nich jest dla mnie Petr Zelenka.

 Ilekroć pytam gości festiwalowych o skojarzenia z Czechami, najczęściej słyszę, że to piwo i smażony ser. Co Pani dorzuci do tej puli?

Prostokątne salami, masełko smakowe i pistacje. (śmiech)

 W ramach tej edycji przeglądu można zobaczyć aż trzy filmy z Pani udziałem. Zacznijmy od „Człowieka do wszystkiego". To najnowszy film w reżyserii Anki Sasnal i Wilhelma Sasnala. Jak się z nimi pracowało?

To wspaniali ludzie. Praca z nimi to przywilej i wielka radość. Plany są rodzinne, spokojne. W tej pracy liczy się tak naprawdę proces twórczy, a nie efekt. To jest świetne.

 Czego się Pani nauczyła od Sasnalów?

Samo przebywanie z Anką i Wilhelmem oraz słuchanie tego jak opisują świat, a także ich wiedza i doświadczenie, jest swego rodzaju nauką.

 Scenariusz powstał na podstawie powieści szwajcarskiego pisarza, Roberta Walsera pod tym samym tytułem, wydanej w 1908 roku. Czy w ramach pracy nad filmem sięgnęła Pani po ten tytuł?

Książkę przeczytałam po zakończeniu pracy na planie. Głównym materiałem do pracy był dla mnie wspaniały scenariusz napisany przez Wilhelma i to on stanowił punkt wyjścia i wsparcia w całym procesie 

 Główny bohater to alter ego samego pisarza, który zarabiał jako kopista, pomocnik w bogatych domach. Najpierw jest takim człowiekiem od wszystkich zadań, a z czasem staje się zaufanym rozmówcą i doradcą Pani bohaterki, czyli żony Toblera. Co Pani o niej opowie? Jak ją Pani budowała?

Tekst napisany przez Walsera był konkretny i treściwy. Nie zdarza mi się zastanawiać nad tym, jak budować swoją postać. Wchodzę do zastanych okoliczności. Słucham tego, czego chce reżyser. Czytam scenariusz. Z tego wyłania się postać. Nie przygotowuję się do tego, co mam do zagrania. Liczę, że okoliczności mi pomogą.

 Mimo, że film oparty jest na powieści z 1908 roku, uważam, że to obraz na dzisiejsze czasy, albowiem mechanizm upokarzania człowieka przez pracę wciąż działa, a zatem jego życie jest odzwierciedleniem otaczającej nas rzeczywistości. Zgodzi się Pani z tym stwierdzeniem?

Tak, zdecydowanie.

 Warto podkreślić, że nie jest to Wasza pierwsza współpraca, albowiem zagrała Pani także w filmie „Nie zgubiliśmy drogi" z 2023 roku. W czym upatruje Pani największą siłę tego duetu reżyserskiego?

Ich największa siła zawarta jest w tym, że są zgodni. Proponują coś bardzo konkretnego. Nie uginają się pod zewnętrznymi wytycznymi. Mają ogromną chęć realizacji swojej wizji.

 Kolejnym filmem z oferty festiwalowej jest „Brzydka siostra". To debiut reżyserski Emilie Blichfeldt.

To body horror. Mamy do czynienia z historią, którą wszyscy znamy. Tak naprawdę oglądamy „Kopciuszka", ale akcenty są tutaj przesunięte, ponieważ główna bohaterka jest tutaj przyrodnia siostra Kopciuszka, uznawana za mniej urodziwą i podłą. Przy bliskim spotkaniu okazuje się to jednak dużo bardziej zniuansowane. 

 Z polskich aktorek, obok Pani wystąpiła Katarzyna Herman. Proszę opowiedzieć o swojej postaci.

Pojawiam się tam dosłownie na trzy sekundy. (Śmiech) Wychodzę z obrazu, jestem matką mówiącą do głównej bohaterki, że jej buty są w kieszeni, a dynia zamieni się w karocę.

 Możliwość pojawienia się na zagranicznym planie filmowym jest zawsze bardzo ciekawym doświadczeniem, prawda?

Tak, dokładnie.

 Jakie są podstawowe różnice między pracą na planie filmowym w kraju a poza jego granicami?

Różnice są bardzo względne. Jesteśmy wspaniałym rynkiem. Tak naprawdę tego, w jaki sposób ten rynek się rozwija i jak bardzo profesjonalną grupą filmowców jesteśmy, można doświadczać jeżdżąc w różne miejsca. Mamy zupełnie inny etos pracy. Polskie plany filmowe są wspaniałe.

 „Wielka Warszawska" to film o kulisach wyścigów konnych. Prezentuje spojrzenie na brudną stronę sportowego sukcesu, co stawia bohaterów w sytuacjach wyborów moralnych. Jak odnajdywała się Pani na planie filmu zdominowanego przez mężczyzn?

Świetne pytanie. Kobiet w tym filmie faktycznie jest jak na lekarstwo. To z jednej strony sprawia, że jesteśmy na wierzchu, ale faktycznie, ten męski świat trzeba było trochę porozchadzać i trochę się przez niego poprzedzierać.  Dzięki temu jednak mogłyśmy być zauważone na tle panów.(śmiech)

 Gdyby miała Pani pracę nad tym filmem zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Uwielbiam pracować z Tomkiem Ziętkiem. Bardzo cieszyłam się na ponowne spotkanie z reżyserem Bartkiem Ignaciukiem, z którym spotkałam się wcześniej przy serialu „Wielka woda".

 Jaki był to powrót do pracy z Ignaciukiem?

Był to wspaniały powrót. Bartek jest osobą wysokiej kultury osobistej, człowiekiem szalenie spokojnym, wiedzącym, czego chce. Spotkania z nim są bardzo przyjemne.