piątek, 14 lutego 2025

Aleksander Bożyk o serialu "M jak miłość". Wspomina Kamińskiego i Precigsa [WYWIAD]

 Aleksander Bożyk o serialu "M jak miłość". Wspomina Kamińskiego i Precigsa [WYWIAD]




















fot. z arhiwum prywatnego Aleksandra Bożyka

Z Aleksandrem Bożykiem, dziecięcym aktorem, który ma z tym zawodem do czynienia od najmłodszych lat, rozmawialiśmy o serialu "M jak Miłość". Z  łezką w oku wspominał Emiliana Kamińskiego i Andrzeja Precigsa. Opowiedział też o swoich zainteresowaniach, które nie dotyczą branży. 

Jesteś dziecięcym aktorem, który miał do czynienia z kamerą od najmłodszych lat, albowiem w serialu "M jak miłość" zadebiutowałeś jako malec, w 2018 roku. Pamiętasz, kiedy to Ty pierwszy raz świadomie poszedłeś na casting? 

Mój pierwszy, świadomy casting, to właśnie ten, do serialu "M jak miłość". 

Co Ci się najbardziej podoba w castingach? Jak one wyglądają? Jak się do nich przygotowujesz?

Najbardziej podoba mi się ta miła rywalizacja, która na nich panuje. Na każdy casting trzeba przygotować swoją wizytówkę, uwzględnić w niej swoje zainteresowania. U mnie to przede wszystkim zamiłowanie do sportu i gór.


 
















fot. z archiwum prywatnego Aleksandra Bożyka / kadr powstały po rozmowie w Warszawie

Sprawiasz wrażenie niezwykle pogodnego chłopca, który niczym się nie stresuje. Zdarza Ci się mieć tremę przed kamerą? Jak wtedy pomagają Ci aktorzy, z którymi nagrywasz daną scenę?

Tak, stresuję się czasem, jak każdy normalny człowiek. (Śmiech.)

Pamiętasz casting do filmu "1 800 gramów"? Wystąpiłeś jako Adaś. Razem z Tobą zagrali m.in. Magdalena Różczka i Piotr Głowacki. 

Śmieszna sprawa, ale tego castingu nie pamiętam. 

Rodzice pozwalają Ci czasem oglądać "M jak Miłość" lub inne filmy i seriale, w których się pojawiasz? 

Tak, zachęcają mnie nawet do tego. 

Masz w tym serialu swoich ulubionych bohaterów? 

Wszyscy są świetni, więc nie wymienię nikogo konkretnego. 

Jak to jest, zobaczyć siebie na ekranie? Fajne uczucie, prawda?

Teraz już tak. Przyznam jednak, że na samym początku, kiedy oglądałem odcinki "M jak miłość" lub inne produkcje ze swoim udziałem, wstydziłem się samego siebie. 
















fot. z archiwum prywatnego Aleksandra Bożyka

Największą popularność przyniosła Ci rola Miśka Zduńskiego we wspominanej "Emce". Czy wiesz, że to jeden z najpopularniejszych seriali w Polsce?

Tak, mam tego świadomość i bardzo się z tego cieszę. 

Jak Twoi rówieśnicy reagują na to, że grasz w tak lubianym serialu? Śledzą losy Twojego bohatera? 

Reagują bardzo pozytywnie, ale losów Miśka nie śledzą. 

Co najbardziej lubisz w Miśku, w którego wcielasz się w serialu? Jest niezłym rozrabiaką. Fajnie tak czasami połobuzować na planie? 

Tak. Wspaniale. Właśnie, najbardziej podoba mi się to jego rozrabianie. (Śmiech.)

Oboje lubicie grać w piłkę, spędzać czas na świeżym powietrzu. Łączy Was też pasja do majsterkowania. Co jeszcze? 

Łączy nas też miłość do pupili. 

Kilku sztuczek uczyłeś swojego serialowego psa, Sapera. Jakim jest partnerem na planie?

Jest świetnym psim aktorem. Słucha się. No, i jak każdy pies, ma bzika na punkcie smaczków. 

Jak wabią się Twoje pupile? 

Mam dwa psy. Alutkę i Malećkę. 

Pierwszy raz słyszę imię Malećka. Skąd pomysł?

Imię Malećka wzięło się z przypadku. Mój bratanek, kiedy mówiliśmy na nią "Maleństwo", przejęzyczył się, powiedział "Malecia", no i tak już zostało. 

Która z dotychczasowych scen była dla Ciebie do tej pory najtrudniejsza, a co przyniosło Ci najwięcej frajdy?

Do tej pory najtrudniejsze okazały się dla mnie sceny ze zrzucaniem różnych talerzy, kubków i wazonów. W tej sztuce zawsze może wyjść coś źle, może komuś też coś się stać. (Śmiech.) Powiem jednak, że dużo frajdy sprawiło mi... zrzucanie choinki w odcinku specjalnym, Święta z „M jak miłość”.

Jesteś dość aktywny na swoim profilu na Instagramie, ale rodzice mają to pod kontrolą, prawda? (Śmiech.) 

Moją aktywność w social mediach ma pod kontrolą mój starszy brat. 

Grasz m.in. z Marcinem Mroczkiem, Kasią Cichopek i Dominiką Kachlik. Jakie relacje panują między Wami na planie?

Panują między nami wspaniałe relacje. Czuję się w rodzinie. (Śmiech.) 

 Czy aktorzy często dają Ci wskazówki, lubisz z nich korzystać?

Tak, często dostaję przydatne wskazów. 

Jak wspominasz Emiliana Kamińskiego i Andrzeja Precigsa? Miałeś z nimi wiele wspólnych, czasami nawet wzruszających scen. 

Świetnie się z nimi współpracowało. Mieliśmy wiele wspólnych tematów, na które rozmawialiśmy pomiędzy scenami. Lubiliśmy łowić ryby. Bardzo przeżyłem śmierć obu serialowych dziadków, ale mam wrażenie, że śmierć Emiliana Kamińskiego zabolała mnie ze zdwojoną siłą. Może dlatego, że mieliśmy tak wiele wspólnych scen. W październiku 2022 roku nagrywaliśmy jeszcze wspólne 















fot. z archiwum prywatnego Aleksandra Bożyka

Jak, razem z aktorami, z którymi masz wspólne sceny, umilacie sobie czas oczekiwania między scenami? Pewnie świetnie się bawicie. 

W przerwach bardzo lubię bujać się na hamaku w naszym serialowym ogrodzie. Kiedy towarzyszy mi serialowe rodzeństwo, rozmawiamy i powtarzamy tekst. 

Skupiasz się przede wszystkim na "Emce", czy są na horyzoncie jakieś nowe projekty?

Chciałbym oczywiście wystąpić w jakimś nowy filmie lub pojawić się na planie reklamy, chodzę na castingi, ale jakoś się nie udaje. Trzeba pamiętać, że muszę to wszystko pogodzić z nauką. 

Nie tylko jesteś aktorem serialowym, ale też dubbingowym. 

Tak, to prawda, już kilka postaci przemówiło moim głosem. To kolejna fajna przygoda, ale wolę aktorstwo. 

Zastanawiałeś się kiedyś nad tym, czy z aktorstwem chciałabyś wiązać swoją przyszłość? Kim chciałbyś zostać, jak dorośniesz? 

Tak, zdecydowanie. Chciałbym dalej kontynuować tę przygodę. 

Kiedy nie ma Cię na planie, lubisz wędrować po górach, założyłeś też swoją małą szklarnię. Jakie warzywa w końcu posadziłeś? Pamiętam, że nie tak dawno przeprowadziłeś ankietę i pytałeś o podpowiedzi swoich fanów. 

Posadziłem ogórki. 

Może zostaniesz kiedyś przewodnikiem wycieczek po górach lub ogrodnikiem?

Chciałbym, żeby to jednak zostało w sferze zainteresowań. Wybieram aktorstwo. 

sobota, 8 lutego 2025

Rafał Cieszyński o radości z małych rzeczy, "Barwach" i serialu "Ojciec Mateusz" [WYWIAD]

 Rafał Cieszyński o radości z małych rzeczy, "Barwach" i serialu "Ojciec Mateusz" [WYWIAD]
















fot. Instagram Rafała Cieszyńskiego 

O cieszeniu się z małych rzeczy, korzystaniu z wyjść awaryjnych, powrotach do Cieszyna i pracy na planie dwóch najpopularniejszych seriali w Polsce, specjalnie dla „Głosu Ziemi Cieszyńskiej“, odpowiada najbardziej cieszyński aktor w historii kina i telewizji.

Jest Pan kolejną osobą, od której, od samego początku, bije pozytywna energia. Chyba nawet nie mógłby Pan inaczej, prawda?

Jestem Cieszyński i bardzo się cieszę ze wszystkiego (śmiech), a zwłaszcza z wizyty w pięknym Cieszynie.

Przyjemność sprawiają Panu również małe rzeczy. Co ucieszyło Pana ostatnio?

Mnie wszystko cieszy. Życie mnie cieszy, śniadanie w towarzystwie mojej rodziny mnie cieszy. 

Tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem? 

Różnie w życiu bywa. Od dziecka byłem raczej optymistycznie nastawiony do życia. Im dłużej żyję w optymiźmie, tym mocniej utwierdzam się w tym, że to dobra droga. To sprawia, że to życie toczy się we właściwy sposób. Na świecie czuję się jak w miejscu, które bardzo lubię.

Do Cieszyna dość regularnie jeździ Pan ze swoimi spektaklami. Jak wraca się w te strony?

Bardzo dobrze. Teatr jest przepiękny, publiczność jest wspaniała. Lubię spacerować tutejszymi uliczkami. Kiedy grałem tutaj wczesną wiosną, zrobiłem sobie zdjęcie przy tablicy z napisem "Cieszyn" i napisałem na Instagramie, że… Cieszyn pozdrawia z Cieszyna. (Śmiech)

"Wyjście awaryjne" to spektakl, który udowadnia, że nawet z najbardziej absurdalnych sytuacji, jest jakieś wyjście. W jakich okolicznościach widz zastaje Pana na scenie?

Widz zastaje mnie w okolicznościach… łóżkowych. Tym optymistycznym akcentem zakończmy temat, by nie uchylać rąbka tajemnicy tym, którzy jeszcze go nie widzieli. Zapraszamy na spektakle w całej Polsce.

Co najbardziej podoba się Panu w tym spektaklu? Dlaczego warto go zobaczyć?

Podoba mi się przede wszystkim towarzystwo, z którym mam przyjemność grać w tej sztuce. Gram z Edytą Herbuś, Kasią Kwiatkowską, Olgą Borys i Darkiem Kordkiem. Reżyserem jest mój serdeczny kolega, Tomasz Dutkiewicz. Skład osobowy jest tutaj balsamem na serce i pochmurne dni. Lubię przebywać z tymi ludźmi. Scenariusz był bardzo ciekawy. W przeciwieństwie do wielu fars, gdzie widz ma jednak ogromną przewagę nad bohaterem sztuki, ponieważ wie o wiele więcej,  tutaj okazuje się, że jeden z bohaterów, który wietrzy intrygę zdrady małżeńskiej, jest na pierwszy rzut oka świadomy i bardzo trudno wprowadzić go w błąd.

Mówi się, że komedia to najtrudniejszy gatunek do grania dla aktora. Jak Pan to odbiera?

Trzeba wiedzieć, jak grać komedię. Kiedy grać ją na poważnie, a kiedy można pobawić się formą. W komedii, podobnie jak w farsie, ważne są rytmy, bardzo często, nawet uderzenie drzwi rytmicznie napędza akcję.

Jaka była najzabawniejsza sytuacja, w której to Pan musiał skorzystać z wyjścia awaryjnego, zrobić coś inaczej, niż planował? (Śmiech.)

Dużo mam takich sytuacji, mam nadzieję, że dobrze sobie w nich radzę.

W zawodzie aktora jest ich sporo?

Powiedziałbym, że w tym zawodzie dużo ich było, natomiast proporcjonalnie jest to bardzo mała ilość. Zdarza się zapomnieć tekstu, przytrafiają się też usterki natury technicznej, jak awaria prądu w czasie spektaklu. Wtedy trzeba coś zrobić, zaimprowizować, takie są prawa żywego teatru. 

W 2846 odcinku dołączył Pan do obsady serialu „Barwy szczęścia". To nie jest Pana pierwsza rola w tym serialu, albowiem na samym jego początku, wcielał się Pan w rehablitanta Sławka, który leczył Pawła Zwoleńskiego (Marcin Hycnar). Jak wraca się na plan w nowej roli, po latach przerwy?

Nie postrzegam tego w kategoriach powrotu, ponieważ te lata temu to była bardzo malutka rola. Gra mi się świetnie. Partneruję Kasi Glince, z którą się przyjaźnimy, znamy się od ponad dwudziestu lat. Studiowaliśmy nie na jednym roku, ale praktycznie równolegle. Razem byliśmy w Stanach Zjednoczonych na wyjeździe studenckim.

Mariusz, w którego Pan się wciela, zakochany jest w Kasi, ma swoje gospodarstwo, ale też spore kłopoty. Jak Pan odbiera swojego bohatera? Co opowie Pan o nim ze swojej perspektywy?

Zależało mi, by był to bohater pozytywny. Nie chciałem, by kierowały nim jakiekolwiek złe intencje. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki pisane są scenariusze w "Barwach". Przy serialu pracują ludzie, którzy otwarci są na sugestie aktorów. Lubię Mariusza. Myślę, że jemu i Kasi będzie się dobrze żyło.

Czy zdarza się Panu oglądać ten serial? Ma swoje ulubione wątki, ulubionych bohaterów?

Kiedy kręcimy jakąś dłuższą scenę, do której trzeba się bardziej przygotować, wtedy oglądam. Nie jest jednak tak, że oglądam każdy odcinek, często w porze emisji serialu jestem w teatrze. 

Nie sposób nie porozmawiać także o serialu "Ojciec Mateusz", w którym brawurowo wciela się Pan w Przemka Gibalskiego. Pana bohater jest jednym z tych, najbardziej lubianych przez widzów. Jak Pan to robi? (Śmiech)

Sympatyczna pani funkcjonariusz policji, która mnie kiedyś zatrzymała, bo troszkę przekroczyłem prędkość stwierdziła, że mnie kojarzy z  roli policjanta, tylko nie pamięta, którego. Powiedziałem wstedy, że Gram Gibalskiego - sierżanta, który bardzo się stara, ale nie zawsze mu wychodzi. Pani policjant uśmiechnęła się i powiedziała: "To tak jak kolega w radiowozie".  No, właśnie taka postać. Ma w sobie odrobinę dziecięcej naiwności i komediowości. Lubię Gibalskiego, znamy się już szesnaście lat. (Śmiech)

Mam wrażenie, że po tylu latach wcielania się w policjanta, mógłby Pan z powodzeniem realizować się w tym zawodzie. (Śmiech)

Ja odnalazłem się w zawodzie aktora i nie wyobrażam sobie, bym mógł robić coś innego. Mam jednak ogromny szacunek do policjantów, mam wielu kolegów, którzy są funkcjonariuszami policji i naszymi planowymi konsultantami.

Najtrudniejszą czynnością operacyjną jest podobno prawidłowe założenie kajdanek. To prawda?

Tak, dlatego ja ich nie zakładam. (śmiech) Po prostu trudno zrobić to tak, by nie bolało. Kiedy gram z kolegami aktorami, nie chcę ich pokaleczyć tym żelastwem, w związku z tym, odwracam danego delikwenta, tyłem do kamery, by kamera kajdanek nie widziała i po prostu wkładam mu  je w rękę. 

Zdarza się, że ludzie na ulicy zwracają się do Pana "panie władzo" lub "Gibal"? (śmiech) Jak Pan wtedy reaguje?

Kiedyś grałem spektakl i po dwóch godzinach, kiedy dochodziłem do puenty i miałem wyznawać miłość po tym, jak bohaterkę spotyka tragedia, ktoś krzyknął z widowni, "No to, Gibalski masz przechlapane". (śmiech)

Z tego, co kojarzę, jest Pan autorem scenariusza do dwóch odcinków serialu ("Awans" i "La Cucaracha") Czy jest szansa na wcielenie w scenariusz kolejnych Pana pomysłów?

Najpierw napisałem scenariusz, który był później przeredagowany przez jednego z naszych scenarzystów, a do drugiego odcinka miałem pomysł, który został wprowadzony. W zanadrzu mam jeszcze parę pomysłów i mam nadzieję, że będą Państwo mieli szansę obejrzeć kolejne scenariusze mojego autorstwa lub pomysłu.

Był Pan nominowany w Telekamerach, w kategorii "najlepszy aktor". Ostatecznie sympatia widzów spowodowała, że zajął Pan 3. miejsce w swojej kategorii. Serdecznie gratuluję. Emocje nie do opisania, prawda?

To dla mnie ogromne zaskoczenie, ale też niespodzianka i wielkie wyróżnienie. Kiedy dowiedziałem się, że jestem nominowany, byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Dziękuję wszystkim z Państwa, którzy darzą mnie sympatią i na mnie głosowali.