niedziela, 2 marca 2025

Robert Motyka i Jarek Pająk - Paranienormalni - Ludzie potrzebują przymrużenia oka i humoru [WYWIAD]

Robert Motyka i Jarek Pająk - Paranienormalni -  Ludzie potrzebują przymrużenia oka i humoru  [WYWIAD]














fot. Małgorzata Krawczyk

Pod koniec listopada po raz kolejny do Cieszyna wrócili Paranienormalni. Działo się tak pod pretekstem programu “2024”. Robert Motyka i Jarek Pająk chętnie i z uśmiechem, który jest ich nieodzownym znakiem szczególnym ze mną rozmawiali.

Kiedyś, jeden z kabareciarzy powiedział mi, że to właśnie przedstawiciele tego zawodu są największymi ponurakami w życiu prywatnym.

Robert Motyka: W związku z tym, że pracujemy z publicznością, wciąż jesteśmy ciekawi nowych rzeczy i poniekąd zobowiązujemy się, by również w życiu prywatnym być radosnymi, pełnymi energii ludźmi. Tu nie ma czasu na smutki.

Jarek Pająk: Nawet jeśli pojawia się coś, co powoduje, że jesteśmy smutni, musimy szybko o tym zapomnieć i wyjść na scenę. Zdecydowanie, ponurakami nie jesteśmy. (śmiech) Jednak, to wszystko zależy od człowieka. Nawet elektryk, może być wesoły. (śmiech)

Ja już na pierwszy rzut oka widzę, że bije od Was pozytywna energia. (śmiech) Chyba nawet nie moglibyście inaczej. Panowie, tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem?

Robert Motyka: Tej pozytywnej energii, już w momencie, kiedy stawialiśmy swoje pierwsze kroki, było na tyle dużo, że pojawił się pomysł, by robić kabaret i tą energią się dzielić. Zawsze byliśmy wesołkami, chętnymi do tego, by robić jakąś hecę i spotykać się z ludźmi. Myślę, że ta początkowo mała kulka energii i śmiechu toczy się efektem kuli śnieżnej. Po dwudziestu latach jesteśmy pod tym względem elektryczni. (śmiech)

Jarek Pająk: Dobrze na siebie oddziaływujemy, a to owocuje twórczością, jaką mamy. Ktoś zrobi coś fajnego, ktoś pociągnie to dalej, a jeszcze ktoś podrzuci zupełnie nowy pomysł. Tak to działa. Uzupełniamy się.

Widać też, że umiecie się cieszyć z małych rzeczy. Co, oprócz dzisiejszej wizyty w Cieszynie z programem “2024”, ucieszyło Was ostatnio?

Robert Motyka: Cieszy nas to, że wciąż mamy pomysły na nowe skecze, że od nowego roku ruszamy z premierowym programem, ale też to, że potrafimy się regularnie spotykać na próbach i wciąż mamy ogromną chęć tworzenia nowych rzeczy. Fajnym było też granie przez dwa lata z rzędu Polskiej Nocy Kabaretowej, ale ze względu na program premierowy, w tym temacie robimy sobie rok przerwy. Cały czas pracujemy też nad mini-serialem internetowym “Chirurdzy”.

Jarek Pająk: Wspaniałym wydarzeniem były też Letnie Spotkania Kabaretowe, podczas których graliśmy i zbieraliśmy pieniądze dla dzieci.

Nie jest to ani Wasza pierwsza wizyta w Cieszynie, ani w okolicy. Jak wraca się w te strony?

Robert Motyka: Ja mam do tych stron ogromny sentyment, ponieważ kilka lat mieszkałem w Bielsku-Białej, a to przecież rzut beretem. Tutejszy teatr jest piękny. Uruchamiają się we mnie wspomnienia, związane z realizacją telewizyjną z okazji naszego 10-lecia. Przyjemnie się tutaj wraca. Publiczność wytwarza znakomitą energię.

Jarek Pająk: Jestem zakochany w tym teatrze. Byliśmy tutaj ostatni raz bodajże dwa lata temu. To był mój występ życia. (śmiech). Zdjęcie, które zrobiłem sobie tutaj na tle widowni, mam do dzisiaj.

Jaka była droga od pomysłu do realizacji programu “2024”?

Jarek Pająk: Skecze, które gramy w ramach programu “2024”, w większości powstały na festiwal “Ryjek”, który co roku odbywa się w Rybniku. Wzięliśmy udział w tym konkursie i okazało się, że nasze skecze były tak dobre, że znalazły się w tym materiale. Potem przyszedł czas na warszawską premierę. Kilka skeczy jeszcze doszlifowaliśmy i tak powstał program, który wciąż ma nowe warianty. Skecze, które były na początku, teraz wyglądają już zupełnie inaczej. Postaciami, które do tego programu powstały, bawimy się z publicznością. Nowością jest to, że w tych skeczach pojawia się kolega Rafał.

Robert Motyka: Mamy nowe postaci, wrócił doktor Prozak, jest Jarek, który jest protoplastą Jasia Fasoli. (śmiech) Gra nam się wspaniale i jest nam smutno, że za chwilę ten program przejdzie do historii.

Jarek Pająk: Strój Araba, w którym pojawiam się na scenie, został kupiony w Dubaju.

Co najbardziej zaskoczyło bądź zdzwiwiło Panów, jeśli chodzi o wydarzenia z tego roku?

Robert Motyka: Mnie najbardziej zdzwił, ale też zastanowił, poziom polskiej piłki nożnej. Jednak, mimo wszystko, zawsze, kiedy reprezentanci z orzełkiem na piersi wychodzą na murawę, kibicujemy.

Wspomniany już doktor Prozak jest chyba jedną z najbardziej lubianych postaci wśród wszystkich, które na przestrzeni lat zostały wykreowane przez Was. Panie Robercie, jak Pan to robi? (śmiech)

Robert Motyka: Doktor Prozak to część składowa skeczy, ponieważ musi spotkać się z jakąś ciekawą postacią. To psychiatra, który zajmuje się, powiedzmy sobie szczerze, dziwnymi przypadkami. Przychodzą do niego ludzie z pokręconymi historiami. Im ciekawszy przypadek trafia do niego na kozetkę, tym skecz jest lepszy. (śmiech) Tu pacjentem jest Jarek, który przychodzi i ma taką przypadłość, że w stresującej sytuacji odpowiada pytaniem na pytanie. Doktor Prozak też jest w pewnym stopniu naruszony. (śmiech)

W programie jest miejsce na wiele surrelistycznych wątków. Panowie, wskażcie swój ulubiony. (śmiech)

Robert Motyka: Lubimy ten moment, w którym okazuje się, że nie tylko jego pacjent ma problemy, ale też doktor Prozak, choć jego kłopoty uwydatniają się dopiero, kiedy ich drogi się przecinają. To daje miejsce na improwizację.

No właśnie. Ile jest tutaj miejsca na improwizację?

Robert Motyka: Dużo. Improwizujemy w różnych momentach, nawet, kiedy nie przypuszczamy, że to właśnie tam jest miejsce na improwizację. Dużo jest sytuacji, które zaskakują nas na scenie. Skecz “Morderca” jest odbiciem teatralnym z wątkiem humorystycznym. Zawodowy morderca przez przypadek myli adresy, wchodząc do mieszkania nie tego człowieka, którego ma zlikwidować. Piją razem kawę. Wszystkiemu towarzyszy muzyka i ciekawa puenta.

Plusem nie tylko tego programu, ale wszystkich Waszych kabaretowych spektakli jest to, że nie poruszacie tematów związanych chociażby z polityką i kościołem, dzięki czemu widz, jak sami mówcie, może czuć się bezpiecznie i nie jest obrażony. Z tego, co wiem, tak działacie od zawsze, to prawda?

Robert Motyka: Tak było od początku. Jest to co prawda kuszący temat, ale pozostajemy wierni naszemu postanowieniu, że nie poruszamy tematów dotyczących polityki, religii i seksu.

Jarek Pająk: Polityka nigdy nie towarzyszyła nam w skeczach.

Gdybyście mieli Panowie zamknąć pracę nad programem “2024” w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Robert Motyka: Szaleństwo.

Jarek Pająk: Nie będę oryginalny i powiem to, co co Robert. Szaleństwo. (śmiech)

Panie Robercie, Pan jest nie tylko kabareciarzem i współzałożycielem kabaretu Paranienormalni, ale też komikiem i prezenterem radiowym. Jak tak to wszystko pogodzić?

Robert Motyka: Jestem kabareciarzem z krwi i kości, który wątki stand-upu wplata do naszego programu. Tę nutę uruchomił we mnie Jarek, dzięki niemu mogę to robić. Uwierzyłem, że potrafię. Najważniejszy jest kabaret. Wszystko inne, co pojawia się gdzieś pobocznie jest wspaniałe i w sumie splata się w jedno. To wszystko trzeba pogodzić, bo jeszcze w tym wszystkim jest rodzina, a rodzina jest najważniejsza. Wspólnie z kolegami staramy się łapać balans i nie zatracić się w tym.

Czego nie dał Panu kabaret, a dała mu praca w radiu?

Robert Motyka: Radio, to przede wszystkim teatr wyobraźni. Będąc prezenterem radiowym, jestem jedną postacią, a kabaret to przede wszystkim zespół. Jestem ekstrawertykiem, więc potrzebuję wokół siebie ludzi z pozytywną energią. Tacy są Jarek i Rafał. Ta praca daje inny rodzaj radości, ale w dopełnieniu z radiem tworzy całość.

Humor też jest przydatny na antenie, prawda? (śmiech)

Robert Motyka: Tak, żyjemy w trudnych czasach. Ludzie potrzebują przymrużenia oka i humoru.

Jarek Pająk: Zanim tu przyjechaliśmy, o godz. 6.00 rano wrzuciliśmy do sieci kolejny odcinek “Chirurgów”. Piszą do nas ludzie, którzy przyznają, że dzięki nam, tuż po przebudzeniu, pokładają się ze śmiechu. To najlepsza recenzja.

Andrzej Piaseczny i Kacper Dworniczak o sile współpracy [WYWIAD]

 Andrzej Piaseczny i Kacper Dworniczak o sile współpracy [WYWIAD]















fot. materiały prasowe

11 grudnia w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie, Andrzej Piaseczny i Kacper Dworniczak zagrali koncert w ramach trasy "Jeszcze zanim Święta". W rozmowie ze mną, artyści opowiadali nie tylko świętach, ale też o muzyce i sile współpracy.

Panie Andrzeju, dla Pana nie jest to pierwszy koncert w Cieszynie, choć z koncertem świątecznym w tutejszym teatrze pojawiają się Panowie po raz pierwszy. Jak wraca się w te strony?

Andrzej Piaseczny: Faktycznie, miałem tutaj przyjemność już kilka razy występować. Kiedy po raz pierwszy widzi się tutejszy teatr i poznaje się jego historię, nie sposób o nim zapomnieć. Zawsze wraca się z przyjemnością. Co prawda, życie w trasie, które nasza publiczność kojarzy z rock´n´roll-em, nie ma z nim nic wspólnego i tak naprawdę, nigdy nie mamy czasu na to, by przejść się po mieście, co akurat tutaj, byłoby bardzo sympatyczne. Może kiedyś zagramy o wcześniejszej godzinie i nadrobimy. (śmiech.)

Kacper Dworniczak: Ja w Cieszynie jestem pierwszy raz.

"Jeszcze zanim święta" to nie tylko trasa koncertowa, ale też nazwa pięknego, świątecznego albumu, który swoją premierę miał w 2023 roku. Panie Kacprze, pamięta Pan moment, w którym Wasze drogi przecięły się po raz pierwszy?

Kacper Dworniczak: Oczywiście, że pamiętam. Było to jakieś dwa lub trzy lata temu. Po roku ponownie mamy się okazję spotykać na koncertach i jest to wspaniała rzecz.

Andrzej Piaseczny: To nie tylko trasa koncertowa i płyta. Jakiś czas temu mieliśmy ogromną przyjemność, by wraz z zaproszonymi gośćmi nagrać koncert "Nasze Święta". Emisja odbyła się 24 grudnia o godz. 21.20 w TVP1. Kiedy byłem znacznie młodszy, pamiętam, że od wigilijnego stołu odchodziło się przede wszystkim po to, by oglądać filmy, ale my zapraszamy do wsłuchania się w nasz koncert. Będzie nam bardzo miło, jeśli zdecydują się Państwo spędzić z nami ten szczególny wieczór. To subtelne, ale też magiczne i klimatyczne przedłużenie świętowania.

Jak nad płytą z zimowymi piosenkami pracuje się, kiedy za oknem słońce? (śmiech.) Jak wprowadzaliście się w tę atmosferę?

Kacper Dworniczak: Bardzo dobrze. Myślę, że lepiej być nie mogło. Muzyka ma to do siebie, że jeśli ktoś jest na nią wrażliwy, bardzo łatwo wejść w klimat danego utworu. Tak było z tymi piosenkami. Kiedy zaczęliśmy próby, a rozpoczęliśmy je w wakacje, to nie było to żadną przeszkodą. Nawet chyba fajniej, (śmiech) bo robiąc przerwę, nie trzeba było zakładać tych wszystkich kurtek, bo atmosfera udzielała się bez tego.

Panie Andrzeju, to Pan podobno wymyślił nazwę płyty, to prawda?

Andrzej Piaseczny: Tak, bo warstwa literacka zwykle do mnie należy. (śmiech.) Pomysł na tytuł wziął się od nazwy jednej z naszych piosenek, którą napisaliśmy. Kiedy zna się te genialne klasyki, wcale nie jest tak łatwo wynaleźć sobie jakiś temat, który można opisać w przedświątecznej piosence. Wpadłem na to, że może opowiadać o gorączce przygotowań i o tym, jak wszyscy biegamy i mamy do siebie wszelkiego rodzaju połajanki, finalnie i tak przecież nie o tym są te święta, by wszystko zdążyć ugotować. 

Świąteczne utwory zostały nagrane w innych aranżacjach niż tych powszechnie znanych. Panie Kacprze, Panie Andrzeju, jakie są Wasze ulubione kawałki z płyty i trasy "Jeszcze zanim Święta"? 

Kacper Dworniczak: U mnie to się zmienia. Uważam, że niezwykle urokliwie brzmi "Zamówię płatki śniegu". Tworzy się unikatowy klimat. Lubię też utwór "Nie ma, nie ma Ciebie".

Andrzej Piaseczny: Na koncertach gramy nie tylko utwory z płyty, ale też piosenki, które wcześniej nagrałem. Na koncertach wybrzmiewają również dwa utwory z płyty "Zimowe piosenki", którą nagrałem kiedyś z Sewerynem Krajewskim. Gramy też polskie i anglojęzyczne klasyki.

W jednym z zeszłorocznych wywiadów, Pan, Panie Andrzeju, powiedział, że tworzycie wyjątkowe połączenie muzycznych światów. Proszę tę myśl rozwinąć.

Andrzej Piaseczny: Na szczęście nie jest to wojna światów, a ich połączenie. (śmiech) Kacper wychowywał się jako adept muzyki klasycznej. Teraz fantazjuje w różne strony, na co ciekawie mi patrzeć i to obserwować. Kacper już wkrótce będzie mógł pokazać Państwu swoją płytę, co bardzo mnie cieszy. Doskonale wiem, że kiedy zdecydował się na naszą współpracę, kilka osób bardzo się zdziwiło, cóż on to robi. Mówię o tym z uśmiechem i jestem więcej niż pewien, że ci sami ludzie, w dobrym tego słowa znaczeniu, zazdroszczą nam tej świetnej przygody.

Pomysł na świąteczną trasę koncertową pojawił się mniej więcej w tym samym czasie co pomysł na nagranie płyty?

Kacper Dworniczak: Pomysł na płytę zrodził się bardzo późno. Najpierw myśleliśmy o tym, by na koncercie grać kilka świątecznych piosenek. Dopiero później wpadliśmy na to, że można te piosenki nagrać i wydać.

Czego dowiedzieli się Panowie o sobie podczas ostatniej wspólnej trasy?

Andrzej Piaseczny: Ja dowiedziałem się, że na szczęście, różnice pokoleniowe nie dominują nad nami w sposób, który uniemożliwiałby porozumienie. Nie jest tajemnicą, że dzieli nas więcej niż kilka lat. Kacper jest gościem, któremu można pozazdrościć pasji. Odczuwalne jest to za każdym razem, kiedy tylko bierze instrument do ręki. To sprawdza się u nas także w przedziale poczucia humoru. To bardzo ważne, kiedy spędza się ze sobą sporo czasu w trasie.

Panie Kacprze, jak to jest móc obcować na scenie z weteranem sceny muzycznej? Czego uczy się Pan od Pana Andrzeja?

Kacper Dworniczak: Andrzej jest legendą. To niezliczona ilość wiedzy, którą po prostu trzeba czerpać. Tak robię. Jestem wdzięczny, że mogę spędzać z nim tyle czasu i się uczyć.

Ze Zbigniewem Suszyńskim (nie tylko) o miłości do czeskiej literatury [WYWIAD]

 Ze Zbigniewem Suszyńskim (nie tylko) o miłości do czeskiej literatury [WYWIAD]














fot. Małgorzata Krawczyk 

Ze Zbigniewem Suszyńskim  spotkałam się podczas 25. Kina na Granicy. Nie zabrakło pytań na temat dubbingu i grania negatywnych postaci, ale znalazło się także miejsce na wspomnienia współpracy z tuzami czeskiego filmowego świata.

Jak zapamiętał Vaclava Vláčila? W jakich okolicznościach poznał Miloša Formana? Jakie są jego ulubione miejsca w czeskiej Pradze? 

Bez dwóch zdań jest Pan artystą, którego rozpoznaje się po głosie. Zasługą tego jest niezwykła, plastyczna barwa głosu, którą Pan posiada.

Kiedyś również reżyserowałem znane produkcje, ale przestałem pracować jako reżyser, bo po prostu brak mi na to czasu. Dubbinguje tak czołowe produkcje, jak „Barbie“. W serialu dla dzieci „Spongebob“, głos podkładam od blisko dziewiętnastu lat. Przyznam, że jest tego tyle, że czasami sam zapominam nazw konkretnych produkcji. Nie podkładam głosu tylko w planowych produkcjach, często, jak to się mówi, „gaszę pożary“. Jak ktoś jest pod ścianą, dzwoni do Zbyszka Suszyńskiego i pyta, czy damy radę coś zrobić. (śmiech)

Co jest dla Pana najważniejsze w pracy głosem? Kiedy rozmawiam z aktorami, którzy podobnie jak Pan realizują się w dubbingu, często słyszę, że praca głosem jest bardziej wymagająca od grania przed kamerą. Jak Pan się do tego odniesie?

Jako jeden z niewielu mam olbrzymie spektrum pracy. Oprócz tego, że jestem na etacie w teatrze, to w kilku gram gościnnie. Nie tak dawno przeczytałem o sobie w internecie, że jestem królem seriali. Poprosiłem, by już dla mnie nie pisać, bo zwyczajnie nie dam rady tego zrobić. Nie można grać w siedmiu serialach jednocześnie. Kiedy tylko włączam telewizor, przeważnie siebie w nim widzę (śmiech.) Od czternastu lat gram w „Klanie". Pojawiam się też w „Barwach Szczęścia" i „Na Wspólnej". Mam szczęście do pracy z Jakubem Żulczykiem. Co jakiś czas powtarzany jest serial „Ślepnąc od świateł", w którym zagrałem posła ale również „Informacja zwrotna", gdzie pojawiam się jako Sławek Kurzyna.

Wieczór, który poprzedził naszą rozmowę, spędziłem na spotkaniu z moją ukochaną panią reżyser, Magdaleną Łazarkiewicz. Jej film „Ostatni dzwonek", głosami widzów otrzymał Jantara Czterdziestolecia na 40. Koszalińskim Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film”. Siedzieliśmy przy winku w gronie osób, które ten film widziały i mają do niego sentyment. Kiedy Polacy wyjeżdżali na zachód, zabierali ten film na kasecie. Muzykę do tego filmu opracował Zbigniew Preissner. Są w nim piękne, zapadające w pamięć utwory.

Festiwal w Cieszynie jest jedyny w swoim rodzaju. To pierwsza edycja, na którą przyjechałem, bo nigdy wcześniej nie miałem czasu. Spotkałem się tutaj z Marianem Dziędzielem, który w serialu „Ucieczka z miejsc ukochanych" (1987) grał mojego ojca. Bardzo się lubimy. Razem graliśmy też w dwóch filmach Wojciecha Wójcika.

Czy dzięki temu, że ma Pan tak bogaty dorobek nie tylko aktorski, ale też dubbingowy, zdarza się, że częściej jest Pan rozpoznawany po głosie? (śmiech) Do takiej właśnie sytuacji, w 2022 roku, w rozmowie ze mną przyznał się pan Tomasz Kozłowicz.

To zdarza się często. Podchodzą do mnie ludzie, którzy wychowywali się na moich bajkach. Kiedy jestem w czapce i okularach, to ludzie i tak rozpoznają mnie po głosie. (śmiech) Z Tomkiem znamy się nie tylko z „Adama i Ewy", ale przede wszystkim ze szkoły. W pewnym momencie, ze względu na filmy, musiałem wziąć urlop dziekański. Do dziś, często widujemy się w studiach nagraniowych.

Książę ze „Shreka", „Tom i Jerry", Skalmar ze „Spangeboba", czy to właśnie z tymi głosami jest Pan najczęściej kojarzony?

Z tym bywa różnie. Faktycznie często jestem kojarzony z księciem ze „Shreka“, ale też z bajką „Sezon na misia". Czasami ludzie zaskakują mnie i przypominają sobie stare produkcje, o których ja już prawie nie pamiętam. (śmiech)

Które wcielenie dubbingowe było dla Pana największym wyzwaniem?

Był taki film, który można było zobaczyć w kinach, „Tożsamość szpiega". Główną rolę zagrał tam rosjanin. Twórcy zwrócili się do mnie, bym to udźwiękowił. Ten bohater praktycznie nie schodzi z taśmy. Wszystkie dialogi musiałem podłożyć za niego. W studio siedziałem miesiąc. Było to bardzo trudne, bo kameralne granie.

W filmach i serialach często przypadają Panu role negatywne. Wychodzi Pan z założenia, że poznając złożoność danej postaci i motywacje, które nią kierują, prawie każdą  można obronić?

Właśnie. Prawie każdą postać można obronić. Jakie to słowo robi ogromną różnicę. (śmiech) Grałem wiele negatywnych postaci, to się za mną ciągnęło. Zdziwiłem się, że w serialu „Linia życia", w kontrze do tego, co grałem zazwyczaj, zaproponowano mi rolę rzetelnego ojca trójki dzieci, prowadzącego restaurację. Człowieka spokojnego i miłego. Wspaniale pracowało mi się na tym planie z Małgosią Potocką. Szkoda, że miał tak krótką żywotność... Oglądalność była bardzo wysoka.

Jedną z najsłynniejszych negatywnych postaci, w którą przyszło się Panu wcielać, był mecenas Werner w kultowym serialu „Adam i Ewa". Jak wspomina Pan pracę na planie?

Szczerze przyznam, że do dziś mam z tym serialem bardzo pozytywne skojarzenia, ponieważ grałem z aktorami, z którymi bardzo lubiłem się prywatnie. Z Kasią Chrzanowską znaliśmy się już wcześniej, dobrze nam się pracowało. Lubiłem też Iwonę Bielską. Fantastyczna osoba i aktorka. Jestem osobą niekonfliktową, oddaną pracy. Nie marudzę, staram się, by wszystko, co robię, miało naprawdę wysoki poziom. Na planie ważna jest twórcza atmosfera.

Nie jest tajemnicą, że kiedy wcielił się Pan w mecenasa Wernera,  niektórzy mieli problem z oddzieleniem fikcji od rzeczywistości, przez co spotykał się Pan z mało przyjaznymi reakcjami widzów, którzy na ulicy głośno manifestowali swoją niechęć do Pana.

Niestety, tak właśnie było. (śmiech) Porysowano mi samochód. Zaczepiały mnie panie, które mówiły, jak bardzo mnie nie lubią. To z jednej strony nawet przerażające, ale to też niezbity dowód na to, że dobrze zagrałem. (śmiech)

Jak Pan reagował w takich sytuacjach?

Trudno komu cokolwiek tłumaczyć. Dużo osób zaczepiało mnie także po „Młodych wilkach".

Z jakimi rolami serialowymi jest Pan najczęściej kojarzony przez widzów?

Zagrałem w tylu serialach, że ktoś kojarzy mnie z „Pierwszą miłością“, ktoś z „Klanem", a jeszcze ktoś z czymś zupełnie innym.

A spotykamy się, przypomnijmy, na 26. Kinie na Granicy.

Przyjechałem tu też dlatego, że jestem fanem czeskiej literatury. Znam te lektury, grałem w spektaklach na ich podstawie. Poznałem osobiście m.in. Vaclava Havla. Jeden z reżyserów, jako dyplom w telewizji zrobił „Wernisaż“ Havla. Grałem w tej dwuosobowej sztuce z jedną z aktorek. Do dziś miło to wspominam.

Pana ulubieni przedstawiciele czeskiej literatury to...

Bohumil Hrabal, Milan Kundera, Pavel Kohout i wiele innych. Bohumila Hrabala, podobnie jak Václava Havla i Jiřího Menzla poznałem osobiście. Z Menzlem widywałem się częściej, ponieważ bywałem u niego w teatrze na spektaklach.

Z Andrzejem Jagodzińskim rozmawiałem w Cieszynie o sztukach, które warto zaadoptować. Kilka tytułów chciałbym ściągnąć do Warszawy. Do Cieszyna przyjechałem też ze względu na Łukasza Maciejewskiego, który jest fantastycznym człowiekiem. Ma ogromną klasę. Jest człowiekiem na właściwym miejscu. Mam nadzieję, że za rok tu wrócę.

Z czym jeszcze, oprócz świetnej literatury, piwa i smażonego sera, (śmiech) kojarzą się Panu Czechy?

Knedliczki, koniecznie. (śmiech) Nie ukrywam, że kocham Pragę. Znam ją z każdej strony. Mam ulubione knajpki i inne miejsca. Kilka z nich pokazał mi Hrabal. Zależy mi, by do Kamienicy ściągnąć czeską literaturę, ponieważ ostatnia czeska premiera, która spotkała się z entuzjastycznymi reakcjami ze strony widzów, odbyła się w marcu. Mowa o spektaklu „Teściowe wiecznie żywe". Lata temu, w tutejszym Teatrze im. Adama Mickiewicza, grałem dwosobową sztukę, w której partnerowała mi nieodżałowana Gabriela Kownacka. Chciałbym wrócić do tego tytułu razem z Aleksnadrą Konieczną. Wierzę, że to się uda.

W ramach cieszyńskiego Kina na Granicy wystawiony został film „Cień paproci“ / „Stín kapradiny" z 1984 roku, w którym zagrał Pan Václava Kala. Jak do filmów ze swoim udziałem wraca się po latach? 

Trochę śmiesznie, ale sentyment zawsze pozostaje. W latach 80. ubiegłego wieku grałem w filmie „Dzikie konie“, w którym partnerowała mi wówczas młodziutka Anna Gornostaj. Później grałem m.in. we wspominanym wcześniej „Ostatnim dzwonku“ Magdy Łazarkiewicz. Szkoły chodziły tłumnie na te filmy, a ja nie mogłem przejść na drugą stronę ulicy. (śmiech)

Przytłaczała Pana kiedyś popularność?

Nie. Uprawiam taki zawód a nie inny. Jestem tu dla ludzi.

“Stín kapradiny" powstał na podstawie powieści Josefa Čapka. Autorem scenariusza i reżyserem filmu był František Vláčil. Jak spotkanie na planie z Vláčilem wspomina Pan po latach?

Kochaliśmy Vláčila. Był fenomenalnym artystą, cenionym przez wszystkich. Miloš Forman bardzo go cenił. Formana poznałem, kiedy na jeden dzień przyjechał na jeden z czeskich festiwali.

Uda się przytoczyć jakieś wspomienie z planu?

Tam bardzo dużo się działo. Pamiętam, jak chodziłem na spektakle do Teatru na Vinohradech, do Narodního Divadla i w wiele innych miejsc. Było tyle fantastycznych chwil, że nie jestem w stanie ich odtworzyć…

sobota, 1 marca 2025

Marek Kaliszuk o byciu dawcą przeszczepu [WYWIAD]

Marek Kaliszuk o byciu dawcą przeszczepu [WYWIAD]




















Fot. Jakub Grabarczyk

Z Markiem Kaliszukiem, aktorem i wokalistą, red. Mariola Morcinková spotkała się tuż po Nowym Roku. Rozmowa miała wiele wątków, ale nie mogło w niej zabraknąć pytań dotyczących debiutanckiej płyty Kaliszuka „Inny nie będę“ i zostania dawcą przeszczepu. Co czuje się, ratując czyjeś życie? Ile w tych emocjach towarzyszących całemu procesowi jest strachu? Jak duża jest wiedza na temat przeszczepów wśród społeczeństwa?

Jest Pan osobą niezwykle pozytywnie nastawioną do świata, lubiącą ludzi i otwartą na nich. Chyba nawet nie mógłby Pan inaczej, prawda? (śmiech)

Wydaje mi się, że to kwestia genów, charakteru, ale też wychowania przez rodziców.

No właśnie. Takie wzorce i wartości wynosi się przede wszystkim z domu rodzinnego, prawda?

Dokładnie. Najbardziej kształtują nas nasi rodzice, opiekunowie, dziadkowie, a w drugiej kolejności otoczenie, szkoła, studia oraz nasi przyjaciele.

Z mamą łączy Pana piękna relacja, wspieracie się. W wywiadach otwarcie Pan mówi o tym, że odziedziczył po niej wrażliwość, empatię, a co za tym idzie - chęć do pomagania. Co jeszcze?

Po Mamie odziedziczyłem na pewno wrażliwość na świat, zamiłowanie do muzyki i do sztuki w ogóle, ponieważ moja mama całe życie była bardzo zainteresowana wszystkimi rodzajami sztuki. Do dziś uwielbia festiwale, spektakle muzyczne, teatr, muzykę i koncerty. Najbardziej ze wszystkich przeżywa jednak moje występy. Nie ma znaczenia, czy mam premierę, koncert czy występ w telewizji. Wszystko ją cieszy. Być może do pewnego stopnia jest to spełnienie jej marzeń, których tak do końca nigdy nie spełniła.

W tym, pięknym, a jednocześnie trudnym, zawodzie, takie wsparcie się przydaje, prawda?

Jak najbardziej. Jest to trudny świat. Powiedziałbym nawet, że nieco niebezpieczny. Trzeba być bardzo czujnym i uważać. Posiadanie takiego prawdziwego wsparcia zaufanych osób jest niezwykle ważne. 

W tym momencie jest Panu bliżej do aktorstwa czy kariery scenicznej? Wiem, że nie lubi Pan tego pytania, ale może padnie jakaś odpowiedź. (śmiech)

No właśnie, nie lubię tego pytania. (śmiech) Blisko jest mi do muzyki i aktorstwa. Nie rozdzielam tego i nie wybieram. Inny nie będę.

Dokładnie. 6 października 2023 roku wydał Pan swoją debiutancką, solową płytę „Inny nie będę“. Ten tytuł jest poniekąd odpowiedzią na to pytanie, tak nurtujące dziennikarzy.

Tak, zgadza się!

Pod tytułem płyty kryje się także nazwa singla, który ją promuje. Fajnym posunięciem jest pokazanie w klipie Pana wcieleń aktorskich. Od początku miał Pan taki pomysł na teledysk?

Kiedy wymyśliłem temat i przesłanie tej piosenki, pomysł na takie zrealizowanie teledysku od razu pojawił mi się w głowie. Oczywiście ewoluował, zanim doszło do jego nagrania, ale zrodził się zaraz, jak tylko wiedziałem, o czym będzie utwór.

Tytuł płyty nawołuje również do bycia sobą. Czy pod wpływem jej wydania, dochodziły do Pana głosy, że ktoś odważył się na coś, czego wcześniej się bał? Że postawił na siebie, zaczął spełniać marzenia?

Pod teledyskiem faktycznie pojawiło się kilka takich komentarzy. Ludzie pisali, że fajnie, że taki tekst powstał, ale też, że warto wierzyć w siebie, w swoje cele i ideały.

Które z wcieleń, jakie zostało tam pokazane, jest Pana ulubionym? 

Trudno powiedzieć. Zawarłem tam najbardziej wyraziste i najbardziej znaczące dla mnie role teatralne,  w ktore obecnie się wcielam. W każdej znajduję dla siebie coś ciekawego, fascynującego i intrygującego do grania. To inne postaci, osadzone w innym czasie. Są albo bardzo realne, albo nierealne.

Jak chociażby postać na szpilkach, którą gra Pan w spektaklu „Goło i wesoło".

To rzeczywiście wyjątkowa rola. Trudno sprecyzować, kim jest. Wchodząc na scenę w spektaklu „Goło i wesoło“, staram się zagrać po prostu kobietę. Mimo, że nie jestem w 100% ucharakteryzowany i widać,  że to mężczyzna, wszyscy to widzą, aale  i ludzie w to wchodzą.

Frajda jest, prawda?

Tak, mam dużo radości z grania tej postaci.

Gdyby miał Pan pracę nad płytą zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Trudne pytanie. (śmiech) Spełnienie.

23 maja 2023 ogłosił Pan w mediach społecznościowych, że został dawcą przeszczepu, po tym, jak ok. 10 lat temu zarejestrował się w DKMS. W jednej z rozmów powiedział Pan, że gdyby nie był synem swojej mamy, nie wie, czy w ogóle odważyłby się zgłosić. Poniekąd to ona Pana do tego namówiła?

Nie, Mama mnie nie namawiała. Być może takie stwierdzenie gdzieś się pojawiło, kiedy udzielałem wywiadów już w temacie oddania komórek macierzystych. Wtedy, rzeczywiście, gdzieś powiedziałem, że radziłem się Mamy, co o tym myśli, czy według jej wiedzy, ze względu na to, że przez całe życie pracuje w służbie zdrowia, to jest bezpieczne. Powiedziała, że tak. Trzymała kciuki, by wszystko się udało. Rozmowa z nia bardzo mnie uspokoiła.

Często, w kontekście zostania dawcą przeszczepu, pada pytanie o strach. Pan się bał?

„Bać się“ to chyba za duże słowo. Miałem pewne obawy i lęki. Pojawiła się też niepewność. Było to coś, z czym spotkałem się po raz pierwszy w życiu. Wiedziałem, że jest to poważna procedura. Decyzja musiała być bardzo dobrze przemyślana. Po tym doświadczeniu wiem, że nie ma się czego bać.

Co się czuje, ratując czyjeś życie?

Nie umiem tego dokładnie sprecyzować. To taka mieszanka. Jest w niej strach, lęk o siebie, lęk o biorcę, o człowieka, o którym nic nie wiem, a jednak ratuję mu życie. Siłą rzeczy, zaczyna nas łączyć nie tylko więź mentalna, ale łączą nas też geny. Jest w tym dużo nadziei, by wszystko się udało, bym sprawdził się jako dawca, a biorca wrócił do zdrowia. Jest też euforia, radość. Jednym słowem - koktajl wielu bardzo skrajnych emocji.

Myślę, że Pana historia zmobilizowała wielu do zapisania się do DKMS. Spotkał się Pan z takim odezwem?

Tak. Do dzisiaj zdarza mi się dostawać wiadomości, nie tylko od obcych mi osób, ale też od osób ze świata artystycznego i z mojej rodziny. Cały ten proces pokazywałem na bieżąco, ponieważ zależało mi na szerzeniu tej świadomości, która wbrew pozorom, jest bardzo mała. DKMS działa w kraju 15 lat, a mimo to, wiedza niektórych ludzi na ten temat jest zerowa.  W całym procesie towarzyszyła mi również kamera. Niektórzy chcieliby się zarejstrować, ale trochę się boją, nie do końca wiedzą, czy jest sens, czy po co to robić. Dlatego, bardzo świadomie o tym mówiłem, co zresztą robię do tej pory. Uważam, że tak trzeba, bo czyjeś życie może być w naszych rękach.

Po sukcesie spektaklu „Wieczór Panieński Plus“, autor, Marcin Szczygielski, stworzył kolejną sztukę. „Podróż poślubna Plus" jest kontynuacją perypetii Waszych bohaterów. Co w tej odsłonie podoba się Panu najbardziej?

Nie chcę spoilerować, ale cała ta historia i wszystko, co będzie się działo w drugiej części, jest fajne, ciekawe, zabawne i intrygujące. Uważam, że dla widzów bardzo dużym zaskoczeniem będzie pojawienie się na scenie dodatkowej postaci, do końca owianej tajemnicą. Nie ma jej ani na plakacie, ani w programie. Wprowadzi wiele zamieszania.

Jak zmienił się Krystian? Wiadomo jedynie, że będzie ratował sytuację.

Z tym ratowaniem sytuacji, to tak chyba nie do końca. Wbrew pozorom, będzie się bardziej skupiał na Krysi i ich relacji. Wszyscy będą siebie wpędzać w tarapaty, ale też wzajemnie wyciągać się z kłopotów.

Mylę się, czy taką rolą serialową, z którą jest Pan najbardziej do tej pory kojarzony, jest Boguś z „M jak Miłość“, w którego wcielał się Pan w latach 2005-2009?

To wcale nie pomyłka. (śmiech) Faktycznie, był to Boguś. Do dzisiaj mnie ludzie kojarzą z tą rolą. Fascynuje mnie, że widzowie ciągle to pamiętają. To bardzo miłe.

Wróciłby Pan do serialu, gdyby była taka możliwość?

Gdyby był to powrót, w ramach którego miałbym coś ciekawego do zagrania, a udałoby się pogodzić terminy, to pewnie tak.

A gdyby była to zupełnie nowa postać?

Szczerze mówiąc, nie wiem. Czasami lepiej wejść w coś nowego. Czy to się wydarzy, nie mam pojęcia. Może kiedyś produkcja wróci do tych dawnych postaci i postanowi ich przywrócić.