środa, 25 lutego 2026

Sebastian Fabijański (nie) tylko o "Tańcu z gwiazdami" [WYWIAD]

 Sebastian Fabijański (nie) tylko o "Tańcu z gwiazdami" [WYWIAD]

















fot. archiwum prywatne

Sebastian Fabijański dwukrotnie bawił publiczność Teatru im. Adama Mickiewicza w Cieszynie, brawurowo wcielając się w rolę Wolfganga w spektaklu “Królowe życia”, który swoją warszawską premierę miał dosłownie na moment przed przyjazdem na Śląsk Cieszyński.

Aktor spotkał się z red. Morcinkovą, by opowiedzieć nie tylko o samej sztuce, ale także o tym, dlaczego zdecydował się na udział w najnowszej edycji “Tańca z gwiazdami”, która startuje w Polsacie w marcu.

Aktor teatralny, filmowy, muzyk, scenarzysta i reżyser spektakli, a także uczestnik najnowszej edycji “Tańca z gwiazdami”. Można tak Pana chyba opisać, prawda? (śmiech.)

 Chyba można tak o mnie powiedzieć. (śmiech.)

Gdyby miał Pan wytyczyć, do której z tych profesji jest Panu obecnie najbliżej, padłoby na Teatr?

Najbliżej w tym momencie jest mi do aktorstwa, ale bywa różnie. To bardzo uniwersalne pojęcie.

Co dał Panu powrót na deski teatralne?

Zobaczyłem siłę rażenia tego, w jaki sposób mogę oddziaływać na ludzi.

Spotykamy się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie, tuż po pierwszym spektaklu “Królowe życia” w reżyserii Wojciecha Błacha. Jakie emocje towarzyszą Panu tuż po zejściu ze sceny?

Towarzyszy mi satysfakcja z tego, że dostarczamy ludziom fajnej rozrywki.

Premiera spektaklu odbyła się 2 lutego w Scenie Relax. Zabrał Pan na nią swojego ukochanego psa, Bąbla. Wspaniale czuł się na ściance, prawda? (Śmiech.)

Tak, to prawda. Wolał to, niż czekanie na mnie w garderobie. (Śmiech.)

To prawda, że w Pana życiu pies był obecny od zawsze? Z jakim czworonogiem wiążą się Pana pierwsze wspomnienia?

Tak, tak było. Pierwsza była bokserka, Tina.

W całej tej historii wciela się Pan w Wolfganga. Co Pan o nim opowie?

To facet z Niemiec, który do Polski przyjechał robić interesy i przy okazji dobrze się bawić.

Jaka jest Pana definicja bycia królem życia? (Śmiech).

Dla mnie, to po prostu żyć po swojemu i robić to, co się chce.

Zaprośmy widzów na ten spektakl.

Bardzo serdecznie zapraszam wszystkich na spektakl “Królowe życia”. Myślę, że to kawałek fajnej rozrywki, na dobrym poziomie.

Ilekroć rozmawiam z twórcami we wnętrzach Teatru im. Ardama Mickiewicza, słyszę, że ma w sobie swego rodzaju magię. Zgodzi się Pan z tym stwierdzeniem?

Tak naprawdę, to każdy teatr ma w sobie magię.

To właśnie w jego wnętrzach, w 1974 roku, kręcono “Ziemię obiecaną”. Wiedział Pan o tym?

Nie wiedziałem o tym.

To już oficjalne, że wystąpi Pan w wiosennej edycji “Tańca z gwiazdami”. Co spowodowało, że przyjął Pan zaproszenie do tego programu?

Myślę, że w moim życiu nadszedł odpowiedni moment, w którym chciałbym, by prawda na mój temat się obroniła. Uważam, że w tym programie, ta prawda jest w stanie ze mnie wyjść najbardziej, ze wszystkich formatów tego typu. Poza tym, chciałbym poprzez taniec dostarczyć ludziom emocji i wzruszeń.

W końcu, utwór “Tańcz”, który można znaleźć w Pana repertuarze, zobowiązuje. (Śmiech.)

Oczywiście. (Śmiech.)

Basia Kurdej-Szatan (nie tylko) o „Piernikowym sercu” [WYWIAD]

 Basia Kurdej-Szatan (nie tylko) o „Piernikowym sercu” [WYWIAD]





















fot. Radek Świątkowski 


Jedna z najbardziej charakterystycznych i uśmiechniętych aktorek w Polsce ostatnie dni roku 2025 spędziła w naszym regionie. Odwiedzając Wisłę, znalazła chwilę na rozmowę ze mną.

Opowiedziała o filmie „Piernikowe serce”, który trafił do kin 28 listopada 2025 roku oraz serialu „Zaraz wracam”.

Już na pierwszy rzut oka sprawia Pani wrażenie osoby niezwykle pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. Widać, że to Pani świadomy wybór. Tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem?

Od dziecka miałam tyle energii, było mnie wszędzie pełno.

Takie nastawienie pomaga także w zawodzie aktorskim?

Oczywiście, że tak. To bardzo nierównomierny i zróżnicowany zawód. Każdy dzień jest inny, trzeba być mocno elastycznym. Jako że pracuje się czasem od rana do nocy, naprawdę trzeba mieć sporo energii.

Trzeba też umieć cieszyć się małymi rzeczami. Co ucieszyło Panią ostatnio?

Bardzo ucieszył mnie czas, który przyszło nam spędzić w Wiśle, razem z rodziną. Ogromną radość sprawiły mi święta.

Nie jest to ani Pani pierwsza wizyta w Wiśle, ani w okolicznych miejscowościach. Jak wraca się w te strony?

Wraca się wspaniale. Wisła jest przepiękna. Świąteczny czas spędziliśmy w Szczyrku. Kiedy byłam mała, to właśnie tam jeździłam z tatą na narty. W Wiśle byłam tuż po otwarciu hotelu, w którym rozmawiamy. Kilka lat temu przyjechałam tu, by wystartować w Biegu po Nowe Życie. W tym mieście panuje wspaniała, wręcz przytulna atmosfera.

12 grudnia w serwisach streamingowych pojawiła się Wasza rodzinna, zimowa piosenka „Bo Święta, to…”. Jaka była droga od pomysłu do realizacji?

W przypływie weny twórczej mój mąż Rafał skomponował ten utwór i napisał do niego tekst. Bardzo lubi pisać świąteczne utwory, ten czas dobrze go nastraja. Z przyjemnością nagraliśmy go w naszym rodzinnym gronie.

Czym są dla Pani święta?

Są dla mnie cudowną możliwością zatrzymania się na chwilę, odetchnięcia, bycia z rodziną. Uwielbiam ten czas.

28 listopada do kin w całej Polsce trafiło „Piernikowe serce”. Scenariusz inspirowany jest książką „Marcepanowa miłość” Agnieszki Lis. Czy chociażby w ramach pracy nad rolą czytała Pani tę książkę lub inne tytuły napisane przez autorkę?

Wcześniej nie miałam okazji poznać twórczości Agnieszki. Poznałyśmy się przy pracy na planie filmu. Jest cudowną, uroczą osobą o wspaniałym sercu. Była szczęśliwa, że to, co wymyśliła, nagle się ekranizuje. Miała wiele frajdy z tego, że widzi te postaci na żywo i że tworzymy ten projekt.

W całej tej historii wciela się Pani w Samantę, influencerkę, która dla internetu porzuca dotychczasowe zatrudnienie. Mam wrażenie, że  cukierkowy, pokazywany w social mediach świat Panią nie do końca przekonuje. Mam rację?

Internet jest dla mnie dodatkiem, który w pewnym momencie pojawił się jako możliwość promowania się i kontaktu z publicznością. Lubię z niego czasem korzystać.

Samanta jest kobietą charakterną i silną. Czy właśnie m.in. te cechy miały wpływ na to, że Pani tę rolę przyjęła?

Producenci Anderegande Studio, Katarzyna Staszczyk i Krzysztof Łączak, kilka lat temu spotkali się ze mną, wręczając mi pierwszą wersję scenariusza, która kilka razy jeszcze się zmieniała. Byłam jedną z pierwszych aktorek, której zaproponowali udział w tym filmie. Cieszyłam się, że jestem z nimi w tym od początku. Kibicowałam im, by to się ziściło.

Gdyby miała Pani wskazać największe wyzwanie w tej roli, jakie by to było?

Największym wyzwaniem w tej roli było utrzymanie tej charakterystyczności i łączenie jej z rodzinnością, pokazaniem prawdziwego ciepła i miłości.

O filmie mówi Pani, że jest taki trochę korzenno-cynamonowy. Czy to właśnie z tymi zapachami kojarzą się Pani zimowe dni?

Myślę, że wszystkim nam się tak kojarzą, prawda? Dorzuciłabym do tego jeszcze zapach mandarynek i choinki.

A jakie są Pani ulubione świąteczne filmy? W tej puli znajduje się od tej pory „Piernikowe serce”?

Oczywiście, teraz już tak. (Śmiech) Bardzo lubimy oglądać „Kronikę świąteczną” z Goldie Hawn i Kurtem Russellem.

Czy dzięki dniom zdjęciowym w Toruniu udało się Pani tę magię świąt poczuć dwukrotnie?

Bardzo. Film zaczęliśmy kręcić rok temu, w grudniu. Całe miasto było pięknie ustrojone. Rzeczywiście, te magię czułam już wtedy. Zdjęcia zakończyliśmy w marcu. Dodatkowo czułam już wtedy intensywnie magię Świąt, bo na wyjazd do Torunia zabrałam dzieciaki z trzech placówek opiekuńczych i domów dziecka, w ramach działań mojej fundacji „Z Porywu Serca”, aby zobaczyły jak wygląda praca na planie filmu i zwiedziły Toruń. Zwieńczeniem wycieczki były oczywiście prezenty świąteczne. To był dla nich magiczny czas!

Jak to było z Pani wiarą w Świętego Mikołaja? Jak długo Pani wierzyła, że jegomość z siwą brodą rozdaje prezenty i spełnia najskrytsze marzenia?

Dokładnie pamiętam ten moment. Przestałam wierzyć, kiedy moja koleżanka, która zobaczyła moje piękne zabawki, powiedziała, że nie ma Mikołaja, a prezenty dają rodzice. (śmiech) Kiedy razem pobiegłyśmy do mamy i powiedziałam jej, czego się właśnie dowiedziałam, mama nie wiedziała co zrobić, przyznała, że to prawda. Było to dla mnie ogromnym rozczarowaniem.

Zaszczepia Pani tę wiarę młodszemu synkowi?

Tak, Henio cały czas wierzy w Mikołaja. Przepięknie jest widzieć radość w oczach dziecka, gdy znajduje prezenty pod choinką.

Woli Pani dawać czy dostawać prezenty?

Zdecydowanie wolę dawać prezenty.

Jaki prezent z dziecięcych lat zapisał się w Pani pamięci szczególnie?

To była lalka, której za pomocą wody można było robić make-up.

Od 2 września, cztery razy w tygodniu można oglądać serial „Zaraz wracam” z Pani udziałem. Obecnie oglądać można już drugi sezon produkcji. Jak pracowało się na planie?

Wspaniale. Cieszę się, że możemy tworzyć ten projekt i opowiadać historię z małego miasteczka. Mam nadzieję, że ludziom się podoba. Lubię tę moją Ewę.

Za co najbardziej?

Jest taka dobra, poczciwa. Kocha książki, jest marzycielką. Wierzy w ludzi, ale przejdzie szkołę życia.

Dlaczego warto zobaczyć ten serial?

Jest bardzo życiowy. Fajnie przekazuje ważne, życiowe wartości. Problemy mieszkańców wsi, a potem już miasteczka. Mówi o miłości i tolerancji. Choć do pewnego stopnia, każdy odnajdzie w nim siebie.

Z Leszkiem Zduniem (nie tylko) o klasyce [WYWIAD]

 Z Leszkiem Zduniem (nie tylko) o klasyce [WYWIAD]















fot. z archwium prywatnego Leszka Zdunia

Aktor i reżyser, a także współzałożyciel Teatru Klasyki Polskiej, Leszek Zduń, tuż przed spektaklem „Śluby panieńskie” w Strumieniu opowiada o swojej drodze artystycznej, miłości do klasyki, współpracy z Romanem Kołakowskim, wspomnieniach o Gabrieli Kownackiej oraz o tym, czy wróciłby na plan serialu „Rodzina zastępcza PLUS”.

Aktor telewizyjny, teatralny, dubbingowy, reżyser, a także współzałożyciel Teatru Klasyki Polskiej, z którym to przyjechał Pan dzisiaj do Strumienia, by zagrać „Śluby panieńskie” Fredry. Za chwilę do tego wrócimy. Na początek – wszystko się zgadza?

Tu wszystko się zgadza.

Chyba śmiało można powiedzieć, że dość często ostatnio bywa Pan w okolicznych stronach, albowiem 11 listopada, w 107. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, wystąpił Pan w czeskim Jabłonkowie w koncercie „Bo tęsknię po Tobie”. Jak wraca się w te strony?

Bardzo lubię te powroty. Te strony nie są mi do końca obce, bo pochodzę z okolic, z Beskidu Makowskiego. W czasach licealnych jeździłem sporo po tych terenach na rowerze. Pierwsza wycieczka prowadziła przez Śląsk Cieszyński i okolice.

O czym najczęściej myśli Pan, wędrując po górach?

Myślę o tym, co przede mną, ale też o tym, co za mną. W górach staram się jednak za dużo nie rozmyślać, po prostu idę, jestem w drodze. Próbuję być tu i teraz.

W górach panuje cisza, są wspaniałym miejscem, by wyciszyć się i nabrać dystansu. Ma Pan swoje ulubione miejsca, w których najefektowniej odpoczywa Pan po intensywnej trasie teatralnej czy dniach zdjęciowych?

Każdego roku staram się iść w Tatry lub w Bieszczady. Nie mam jednej ulubionej trasy. Przyznam jednak, że w Beskidzie Makowskim mam trasę, którą bardzo lubię. To blisko mojego domu. A jeśli miałbym wymienić jedną górę, którą odwiedzam bardzo często, to Babia Góra.

Oscylując dalej wokół niedawnego Święta Niepodległości – w 2018 roku, w 100. rocznicę tego wydarzenia, wystąpił Pan w artystycznym widowisku multimedialnym „Sztandary Niepodległości” na cieszyńskim rynku, autorstwa i w reżyserii nieodżałowanego Romana Kołakowskiego. Jak wspomina Pan artystę?

Mam z nim same dobre skojarzenia. Zazdrościłem kolegom, którzy brali udział w jego wydarzeniach. Któregoś razu do mnie zadzwonił i wciągnął mnie do swojej ekipy. Bardzo mi się podobało to, co robił. To pozwoliło mi obrać nową życiową ścieżkę. Współpraca z nim otworzyła mi głowę na to, że ja też mogę pisać, organizować i reżyserować wydarzenia. Zaczynałem od wydarzeń okolicznościowych. Z pierwszymi moimi scenariuszami przychodziłem właśnie do Romka. Doradzał mi.

Gdybyście się nie spotkali na tej artystycznej ścieżce, mogło być tak, że te możliwości by się przed Panem nie otworzyły?

Tego nie wiem. Wierzę, że spotykamy ludzi, którzy są nam potrzebni, by obrać właściwą drogę. Gdyby nie Romek, to może wskazałby ją ktoś inny, a może rzeczywiście w ogóle by się to nie wydarzyło.

Teatr Klasyki Polskiej jako Fundacja Teatr Klasyki Polskiej powstał w 2020 roku. Jaka była droga od pomysłu po realizację?

Dwóch moich kolegów założyło Fundację Teatru Klasyki Polskiej. Zaprosili mnie do niej, ale też do realizacji pierwszego przedstawienia, którym była „Zemsta”. W ciągu trzech lat powstało jeszcze kilka innych spektakli. Najwyraźniej ta inicjatywa okazała się potrzebna. W marcu 2023 roku minister Piotr Gliński powołał instytucję Teatr Klasyki Polskiej.

Która premiera była dla Pana najważniejsza?

To zdecydowanie „Noc listopadowa”, którą reżyserowałem. Była wystawiana w Łazienkach Królewskich w Warszawie.

Mam wrażenie, że do tej pory brakowało takiego miejsca, które systematycznie prezentowałoby repertuar narodowy. Zgodzi się Pan z tym stwierdzeniem?

Mnie trudno to oceniać, ponieważ mieszkam w Warszawie. To duże miasto, z dostępem do wielu teatrów. W takich miejscach łatwiej zobaczyć klasyczną sztukę. Ale Polska to nie tylko Warszawa. Wędrujemy z klasyką po całym kraju. Jest mnóstwo miejscowości, z których ludzie z różnych powodów nie dojeżdżają do większych miast, by pójść do teatru. My – Teatr Klasyki Polskiej – przyjeżdżamy do nich. Za każdym razem widzowie fantastycznie nas przyjmują. To trafiony pomysł, który dobrze się sprawdza.

Jak już wspominaliśmy, powodem naszego spotkania są „Śluby panieńskie”. Kiedy po raz pierwszy zetknął się Pan z twórczością Fredry?

Jeśli chodzi o zawodowe spotkanie z Fredrą, to pierwszym tytułem, w którym zagrałem, było „Dożywocie”. Grałem Michała Lagenę. Reżyserował Jan Englert. Sztukę można było zobaczyć w Teatrze Narodowym.

Natknęłam się na materiał, w którym o Fredrze mówi Pan jako o królu komedii polskiej. Drążąc temat dalej – co najbardziej ceni Pan w jego twórczości?

Żywy język. Jest cudowny, przystępny, dowcipny i bardzo kolorowy. Fredro bardzo dobrze pisał. Rozumiał ludzi. Lubił swoich bohaterów. Są bardzo barwni, pełni emocji. Kulturotwórcza warstwa, jaką jest język, to ważny element naszej tożsamości.

W spektaklu wciela się Pan w Radosta, dobrodusznego starszego pana, stryja Gustawa, który chce ożenić go z Anielą Dobrójską. Jak Pan go budował? Na co skupiał Pan szczególną uwagę?

Trudno mi odpowiedzieć na to pytanie. Nad każdą sztuką czuwa reżyser, który gdzieś nas popycha i nami kieruje. To wspólna praca. Staraliśmy się, by utrzymać dobre proporcje pomiędzy powagą a dowcipem. Jako dla aktora było dla mnie ważne, by reżyserka, Lidia Sadowa, wyznaczała mi zadania do wykonania w każdej ze scen. Podążając za tymi wskazówkami, krok po kroku doszliśmy do postaci, którą z przyjemnością gram, a widzowie przyjmują ją z dużą sympatią.

Jak grać klasykę, by zainteresowała widza w dzisiejszych czasach? Czy konieczne, choć do pewnego stopnia, jest zerwanie z klasycznym podejściem do niej?

Niekoniecznie. Osobiście nie przepadam za zbyt nowatorskimi pomysłami w klasyce. Nie mówię, że to jest złe. Ja, kiedy wystawiane są sztuki np. Fredry, lubię zobaczyć kostium i sprzęty z epoki. Świat jednak cały czas się zmienia i nowe spojrzenie na klasykę jest konieczne, by nie tracić kontaktu z odbiorcą. Ważne, żeby nie wypaczać idei autora. Nie naciągać jej do jakichś ideowych przepychanek.

W jednym z wywiadów wyznał Pan, że był taki czas, w którym nie lubił Pan czytać. Czy zatem było tak, że w czasach szkolnych również do czytania klasyki polskiej trzeba było Pana namawiać?

Tak. Nie lubiłem czytać, zwłaszcza sztuk dramatycznych. Gubiłem się. Myliłem imiona bohaterów.

Po lekturze jakiej książki odkrył Pan w sobie pasję do czytania? Jakim czytelnikiem jest Pan teraz i czego w książkach Pan poszukuje?

Jestem czytelnikiem umiarkowanym. Czasem czytam dużo, a innym razem potrzebuję przerwy. Piszę sporo scenariuszy, więc bardzo często czytam zadaniowo. Kiedy mam napisać o jakimś wydarzeniu, czytam materiały, które mogą mi w tym pomóc. Nie wiem, od której książki się zaczęło moje czytanie. Nie pamiętam. Na pewno jakiś nowy rozdział czytelniczy w moim życiu otworzyła książka „Cień wiatru”, której autorem jest Carlos Ruiz Zafón. Po tej książce czekałem na dzień premiery kolejnej jego książki.

Spotyka się Pan z takimi opiniami, że spektakle wystawiane przez Was powodują później, że młodzież chętniej sięga po książki?

Nie znam odpowiedzi na to pytanie, ale wydaje mi się to prawdopodobne. Młodzież przychodzi do nas, nasze sztuki jej się podobają.

Wydaje mi się, że serialem, z którym jest Pan najczęściej kojarzony przez widzów, nadal jest „Rodzina zastępcza PLUS”, czy się mylę?

Faktycznie, najczęściej jestem kojarzony właśnie z tym serialem.

To właśnie tam wcielał się Pan w Kubę Potulickiego. Powroty seriali są teraz modne. Gdyby była taka możliwość, wróciłby Pan na plan?

To mój zawód. Gdyby propozycja była ciekawa, to z przyjemnością.

30 listopada 2025 roku minęło 15 lat od śmierci Gabrieli Kownackiej. Jak zapamiętał Pan tę aktorkę?

Cudowna kobieta. Znałem ją nie tylko z planu tego serialu. Pracowaliśmy też razem we wspominanym Teatrze Narodowym. Była ciepła, koleżeńska. Miała dobrą aurę. Była wspaniałą aktorką.

niedziela, 22 lutego 2026

Tak smakuje życie z Lidią Bogaczówną [WYWIAD]

 Tak smakuje życie z Lidią Bogaczówną [WYWIAD]
















fot. Lana Portrait 

Z Lidią Bogaczówną, aktorką teatralną i filmową, urodzoną w Rudniku nad Sanem, red. Mariola Morcinková rozmawia o miłości do rodzinnych stron, ukochanych rodzicach i książkach, ale także produkcjach, w których aktorka wkrótce się pojawi, i tym, co skłoniło ją do założenia swojego konta na Instagramie.

W rozmowie nie brakuje pozytywnej energii, która jest znakiem rozpoznawczym Bogaczówny, a także dozy szczerości.

Optymistka, aktorka teatralna i filmowa, zakochana w Krakowie i Rudniku nad Sanem, a także osoba stawiająca pierwsze kroki na Instagramie. Coś pominęłam, czy wszystko się zgadza?

Wszystko się absolutnie zgadza.

O Rudniku nad Sanem mówi Pani jako o swoim miejscu na ziemi. Co ma takiego w sobie, czego nie mają inne miejscowości?

Tak naprawdę Rudnik nad Sanem ma w sobie prawdziwe życie, a to przede wszystkim natura, spokój i kontakty z ludźmi, które są tak naprawdę najważniejsze. Będąc w Rudniku, nie muszę zabiegać o to, jak wyglądam, czy ktoś mnie ocenia… Cisza i spokój tam mnie urzekają. Człowieka ciągnie do dzieciństwa.

Słyszałam, że Rudnik nad Sanem jawi się trochę jak świat Astrid Lindgren i „Dzieci z Bullerbyn”.

Dokładnie tak jest. Będąc dzieckiem, przeczytałam tę książkę kilkadziesiąt razy. Właśnie tak, jak jawi się w książce, wyobrażałam sobie swoje dzieciństwo. Nie zabrakło chodzenia po drzewach, po płotach, ale wtedy można było tak żyć. Teraz jest z tym o wiele trudniej. Wtedy była wolność, dzieci były twórcze. Nie oszukujmy się, jak zgłodniały, to przyszły. Teraz przychodzą, kiedy nie mają Wi-Fi. (Śmiech.)

Czy w podobnych kategoriach, jak o Rudniku nad Sanem, zdarza się Pani myśleć o Krakowie czy nawet Warszawie? A może Rudnik wygrywa z każdym innym miejscem na mapie?

Rudnik nad Sanem wygrywa z każdym innym miejscem na mapie, bo był moim początkiem, to on mnie ukształtował. Kiedy tam przyjeżdżam, czuję energię tej małej Lidzi, ciągle ją widzę, podobnie jak jej wolność i dziecięcą beztroskę. Kraków jest dla mnie drugim najważniejszym miejscem. Kiedyś myślałam, że wszystko jedno, co będę studiować, najważniejsze, by właśnie tam. Wydawało mi się, że Kraków to taki drugi Oxford, coś bardzo tajemniczego i intelektualnego. Poza tym mój tata był z Krakowa, więc w związku z tym tam też czuję się jak w domu.

Od zawsze kocha Pani książki, był czas, że ratowała im Pani życie.

Dokładnie tak było. Ratowałam życie książkom, ponieważ był taki przepis, że jeżeli książka w bibliotece nie była przez dziesięć lat wypożyczana, trzeba ją było spisać na straty i wyrzucić. Kiedyś nie można było kupować książek z taką łatwością jak teraz. Godzinami stało się w kolejkach, by którąś zdobyć, dlatego tak ważne były biblioteki. Kiedy już przeczytałam tam wszystkie, sięgnęłam po te, których nikt nie chciał, i tak uratowałam „Ulissesa” Jamesa Joyce’a, „Fausta” Thomasa Manna, „Kobietę z wydm” Kobo Abe, ale co ja tam z tego zrozumiałam. (śmiech)

Jaką książkę każdy przeczytać powinien? Czego Pani w nich szuka?

Zdecydowanie „Mistrza i Małgorzatę”, „Maga” Johna Fowlesa. Genialna powieść, ale za dużo musiałabym wymienić.

Nawiązując do optymistycznego usposobienia, tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu przyszło z czasem?

Tak było zawsze. Cieszę się z każdej chwili. Czasem zachwycam się czyimś uśmiechem, a innym razem tym, jak ktoś jest ubrany. Jesteśmy tu na krótko, więc smakuję każdą chwilę życia.

Gdyby miała Pani sięgnąć pamięcią do pierwszego radosnego wspomnienia z dzieciństwa, na jakie mogłoby paść?

W dzieciństwie bardzo często chorowałam. Bardzo wcześnie zaczęłam czytać. Miałam chyba jakieś pięć lat, kiedy mój tata, który był marynarzem, wrócił z rejsu, przywiózł mi przepięknie ilustrowaną książkę Marii Konopnickiej „O krasnoludkach i sierotce Marysi”. Był to dla mnie tak piękny i tajemniczy świat, że natychmiast weszłam w to bajkowe życie i w książki. Pamiętam nie tylko zachwyt nad nią, ale też jej zapach. Nie umiem korzystać z e-booków. Nie lubię tego. Mam intymny stosunek do książek, papieru i liter. Nie chcę, by ktoś narzucał mi swoją interpretację lektury. Kiedy ktoś mi ją narzuca, przekazuje też swój obraz wyobraźni. Nie o to w tym chodzi.

Jednym ze wspomnień, związanym z Pani tatą, podzieliła się Pani na Instagramie. 20 lat temu otrzymała Pani od ukochanego Tatusia pająka ze słomy i bibuły, którego skonstruowania nauczył się jako dziecko na wsi pod Tarnowem, gdzie ukrywał się razem z resztą rodziny po ucieczce z Krakowa, ponieważ dziadek był w AK. Opowiedzmy coś więcej.

Mój dziadek był wojskowym i służył w 5. Pułku Artylerii Ciężkiej na Rakowicach, a oprócz tego był instruktorem na poligonie w Włodzimierzu Wołyńskim. Szkolił wszystkie służby mundurowe w kraju — marynarzy, policjantów, żołnierzy. Po kampanii wrześniowej wylądował w AK. Babcia razem z synami musiała uciekać i zaszyła się u dalekich kuzynów w okolicach Żabna. Tata był tam do końca wojny. Z opowieści pamiętam, że jego tata, czyli mój dziadek, w nocy przychodził z partyzantami, rozmawiał z babcią, zabierał jedzenie i znikał. Tata, żyjąc w samym centrum Krakowa, w pierwszej czy drugiej klasie wylądował w wiejskiej szkole. Nie mógł się w tym wszystkim odnaleźć, ale po jakimś czasie zaczęli uczyć się od siebie nawzajem. On uczył ich trochę innego języka i zachowania, a oni uczyli go wsi, obrabiania pola, a nawet robienia takich pająków. Tam miał szkołę prawdziwego życia.

Wierzy Pani w energię przedmiotów podarowanych z serca?

Absolutnie tak. Trzymam tego pająka na pamiątkę, cały czas u mnie wisi. Kiedy robiłam remont, ściągałam go z pietyzmem, by nic mu się nie stało. Wiem, że gdzieś tam jest energia taty, która się mną opiekuje.

Ta radość i pozytywna energia przydają się także w Pani zawodzie, prawda?

Tak, zwłaszcza że jestem aktorką komediową. (Śmiech.)

Jestem pełna podziwu, jeśli chodzi o Pani relacje z planu, które wstawia Pani na Instagramie. Dlaczego na jego założenie trzeba było tak długo czekać?

To na planie „Miłych kobiet” zostałam niejako zmuszona do założenia konta na Instagramie. Wcześniej mówiłam, że nie zrobię tego nigdy, wystarczy mi konto na Facebooku. Jeżeli nie operuje się tym mądrze, to social media kradną nam życie. Konto założyłam, promując tę właśnie produkcję, to mądry film. Zamieszczam też to, co mnie ciągle zadziwia, jak np. przygody w PKP rodem z socjalizmu, czyli „PKP nigdy nie zawozi”. (Śmiech.)

Z tego co pamiętam, Maurycy też długo wzbraniał się przed założeniem swojego konta.

Tak, widocznie to u nas rodzinne. (Śmiech.) Szkoda na to czasu. Młodzi w tej chwili żyją wirtualnie, to nie jest dobre. Zamiast patrzeć na to, ile mam followersów, wolę patrzeć na jasną stronę mocy. Tam wszystko jest sztuczne, nikt nie pokazuje siebie takim, jakim jest. Każdy siebie wybiela, chce być gwiazdą. Chciałabym, by ludzie pokazali się tam niepomalowani, rozczochrani, bez filtrów.

To właśnie Maurycego, Pani syna, oglądaliśmy na parkiecie minionego sezonu „Tańca z gwiazdami”. Został pierwszym finalistą jubileuszowej edycji, zajmując drugie miejsce. Jak to było z tańcem w jego życiu?

Na dyskotekach, zwłaszcza nad ranem, był świetny. (Śmiech.)

W sezonie poprzedzającym ten, z udziałem Maurycego, wystąpiła Grażyna Szapołowska, której towarzyszył Janek Kliment, w tym pojawił się Michał Kassin, który prowadził przez tę przygodę Barbarę Bursztynowicz. Zastanawiała się Pani kiedykolwiek, czy przyjęłaby propozycję udziału w „Tańcu z gwiazdami”?

Byłoby mi bardzo miło. Takie propozycje są przyjemne. Fajnie byłoby mieć zajęcia ze specjalistami od tańca. Ale nie, mam swój teatr, to mój świat. Najczęściej tańczę w sztukach albo z wnukami. Poskaczemy i to mi wystarczy do szczęścia.

Podobno, zanim została Pani aktorką, chciała zostać… marynarzem. Jak do tego doszło?

Tata był marynarzem, więc ja też chciałam nim zostać. Fascynował mnie ten świat, zachwycały mnie zapachy, które ze sobą przywoził. Kiedy raz do roku otwierał walizkę, nie pachniała komunizmem, a wszystkim tym, czego w Polsce nie było. Tam można było wyczuć zapach cytrusów, dobrych perfum, lepszego, kolorowego życia. Tęskniłam za tym otwartym światem. Za wolnością.

Co finalnie zadecydowało o wyborze aktorstwa?

Kiedy zrezygnowałam z tego, że zostanę marynarzem i dalej nie wiedziałam, co powinnam robić, byłam w klasie matematyczno-fizycznej, a tata chciał, żebym poszła studiować fizykę jądrową do Warszawy. Kiedy byłam w liceum i oglądałam „Hamleta” w Teatrze Telewizji, powiedziałam, że zagrałabym to inaczej niż jeden z aktorów. I kawałek zademonstrowałam. Wtedy zdumiona siostra powiedziała, że powinnam być aktorką, tak więc zawdzięczam to siostrze.

W tym zawodzie przecież można być każdym.

Oczywiście, że tak.

Wśród licznych produkcji, w których Pani zagrała, była m.in. „Seksmisja” i „Boże ciało”. Z którą rolą jest Pani najczęściej kojarzona?

Najczęściej jestem kojarzona z Helusią ze „Spotkania z Balladą”, czyli z tych telewizyjnych programów kabaretowych, jako że były one emitowane prawie 30 lat. Co prawda, tak się przebrałam, że mnie rodzona matka nie poznała, (Śmiech), bo nie chciałam być kojarzona wyłącznie z tą rolą. Taka łatka przylega później do aktora przez całe życie.

Po czasie zaakceptowała Pani tę sytuację?

Czasami kojarzono mnie po głosie. I wystarczy. Jeśli chodzi o film, to faktycznie najczęściej jestem kojarzona z „Bożym ciałem”, nominowanym do Oscara. W „Seksmisji” miałam do zagrania jedną scenę. Byłam tuż po szkole, w ogóle nie miałam świadomości, że biorę udział w czymś wiekopomnym, a film ten okazał się przecież kultowym.

W serialu „Zatoka szpiegów” zagrała Pani Hilde Rathenau, sekretarkę Bergmana.

Wredną Niemkę, sekretarkę-donosicielkę, każda rola to ekscytujące wyzwanie.

Na dużym ekranie można Panią było ostatnio zobaczyć w filmie „Oskar, Patka i Złoto Bałtyku”. To film familijny. Co musi mieć takie kino, by podobało się dzieciom?

Takie kino powinno mieć w sobie optymizm, ale też taki rodzaj tajemnicy, którą dziecko jest w stanie śledzić i utożsamić się z nią. Główny bohater zawsze musi zwyciężyć.

Jakiś czas temu zakończyły się zdjęcia do filmu „Miłe kobiety”, w reżyserii Jakuba Kroffty i Marii Wojtyszko. Można już coś powiedzieć?

Mam nadzieję, że to będzie bardzo ważny, kobiecy film, łamiący stereotypy, które przylgnęły do kobiet. Mówię tu przede wszystkim o tym, że kobieta w naszym społeczeństwie musi być wszechstronną bohaterką, nawet jeśli nie daje rady.

Na planie partnerowała Pani m.in. Julia Totoszko. Lubi Pani pracę z młodym pokoleniem aktorów?

Świetnie mi się pracuje. Siebie również uważam za młode pokolenie, czuję to w środku. (śmiech) Kiedy pracowałam na planie z panią Basią Wrzesińską, czułam od niej tak samo. Mimo swoich 88 lat niczym nie różniła się od Julki, mnie i innych, w swojej dziecięcej energii. Człowiek rodzi się ze starą lub młodą duszą. Kiedy rodzi się z młodą duszą, czuje się wspaniale bez względu na wiek.