czwartek, 30 października 2025

Joanna Brodzik (nie) tylko o debiucie literackim [WYWIAD]

 Joanna Brodzik (nie) tylko o debiucie literackim [WYWIAD]















fot. Wydawnictwo MAjUS

Joanna Brodzik opowiada o debiucie literackim "Kalejdoskopy", na który składać będą się cztery tomy. Premiera "Bólu", otwierającego tę serię odbyła się 15 maja. Nie jest również tajemnicą, że książka "Umami. Opowieści i przepisy" doczeka się kontynuacji. 

Rozmawiamy też o baśniowych archeotypach, ukochanej książce z dzieciństwa i wielu innych rzeczach.

Optymistka, pasjonatka gotowania i dobrej kuchni, aktorka, autorka książki "Umami. Opowieści i przepisy" a także debiutu literackiego "Kalejdoskopy", na który składać będą się  cztery tomy.  Coś ominęłam, czy wszystko się zgadza? (Śmiech.) 

Wszystko się zgadza. Brzmi to dosyć karkołomnie, niemniej, mam takie poczucie, że droga, którą idę jest moja. 

Już to dziś raz powiedziałam, ale powtórzę się. Mogłabym konsumować owoce swojej pracy i jak to się mówi, odcinać kupony, ale wolę wybierać drogę, która jest trudniejsza. Taką, która pozwala mi rozwijać się w kierunkach, które są dla mnie interesujące. 

Czy ta droga, daje Ci w takim razie, większą satysfakcję?

Tak. Cele, które przed sobą stawiam i marzenia, które realizuję, czyli serię "Kalejdoskopy", są chyba najlepszym dowodem. To osiem lat mojej pracy. Dla mnie jest to wyjątkowe zdarzenie na osi czasu. 

Nie poddałam się, dałam radę, kiedy słyszałam, że to marzenie nie może być z jakiegoś powodu zrealizowane. Dziś jestem szczęśliwa, że wtedy się nie udawało. Tak musiało być, by miało to taki kształt, jak ma teraz. 

„Ból”, otwierający serię „Kalejdoskopy”, to nie tylko Twój literacki debiut, ale przede wszystkim świeże spojrzenie na baśniowe archetypy, które przenoszone są do rzeczywistości współczesnej. Czy decyzja o osadzeniu akcji w baśniowym świecie, bierze się poniekąd z tęsknoty za dzieciństwem?

Wręcz przeciwnie. Ta decyzja bierze się z przekonania, które w pierwszej chwili,  było dla mnie jako kobiety i człowieka dość bolesnym odkryciem. Potem, jako twórczyni, postanowiłam podzielić się tymi spostrzeżeniami z innymi. 

Przechodząc przez trudny dla siebie moment, będąc mocno w emocji poczucia winy i wstydu, dostrzegłam, że funkcjonują we mnie skrypty, które podpowiadały mi, że jestem zła, brzydka, niewystarczająca. Spostrzegłam, że są one przez nas wszystkich zasysane razem z bajkami. 

Królowa Śniegu jest tą, która więzi małego chłopca. Żyje w pałacu z lodu i jest osobą zamkniętą na innych. Czerwony Kapturek jest naiwną dziewczynką, dającą się sprowokować wilkowi.

Pomyślałam sobie, że te stereotypy, bardzo często, już w dorosłym życiu, stanowią dla nas nie tylko ogromne ograniczenie, ale rodzaj więzienia, w którym przebywamy, nie pozwalając sobie na konfrotację i sprawdzenie, czy chcemy lub nie, być z tej bajki. Chodzi o to, by obnażyć te stereotypy i dać światło na to, że to skrypty, z których możemy korzystać, ale możemy je też demontować, rozpoznawać w sobie i innych i nie pozwalać, by w ograniczający sposób zmuszały nas do bezrefleksyjnego realizowania jakichkolwiek scenariuszy. 

Pierwszy tom zadebiutował na rynku wydawniczym 15 maja, od początku budzi zainteresowanie nie tylko fanów literatury, ale i kinematografii. W ramach promocji debiutu literackiego, pojawiłaś się na premierze "Śnieżki". Pamiętam, że przy tej okazji zwróciłaś uwagę na potrzebę adaptacji klasycznych historii do zmieniającej się rzeczywistości. Podaj proszę przykład zastosowania tegoż w swoim debiucie. 

Z perspektywy twórczyni i matki dorastających synów, jest we mnie pewnego rodzaju niezgoda, a jednocześnie zrozumienie, dlaczego większość bohaterek, nawet u Disneya, to fighterki, osoby odgrywające główne role i mające tą sprawczość. Dzieje się tak dlatego, że patriarchat, mam nadzieję, odbywa właśnie swój łabędzi śpiew, ale to nie znaczy, że chłopaki mają przestać mieć prawo głosu i prawo do sprawczości.

Stąd, razem z Mariką Krajniewską, z którą tę powieść piszę postanowiłam, że pierwszy tom podarujemy męskim wstydom i męskim perspektywom. Pojawia się perspektywa młodego chłopaka, Bastiana, który choruje na łuszczycowe zapalenie skóry, będąc obłażącą ze skóry i obrzydliwą bestią, której wszyscy wstydzą się i boją. To odniesienie do "Pięknej i Bestii". Bastian przeżywa swoją pierwszą miłość i znajduje swoją Bellę w Idzie, dziewczynie ze spektrum autyzmu, która dzięki swojemu specjalnemu zespołowi cech i swojej wrażliwości, nie dostrzega jego brzydoty. 

Druga, to perspektywa prawicowego kandydata na prezydenta, który ukrywa swoją tożsamość seksualną, będąc jednocześnie uzależnionym od doświadczania bólu. 

Czy trudno jest osadzić znaną postać w dzisiejszych czasach?

Dla mnie to mega kręcące doświadczenie. Mam nadzieję, że równie interesujące będzie dla czytelników. 

Jakie baśniowe archeotypy zdecydowałaś się wykorzystać w debiucie literackim?

W pierwszym tomie pojawiają się Bestia i Wilk. 

W drugim tomie pojawi się odniesienie do Królowej Śniegu i wspominany temat uzależnienia. 

W trzecim, który nosi tytuł "Żądze" pojawi się perspektywa dzieci, które mają w swoim doświadczeniu jakiś rodzaj więzienia, którego doświadczają od swojego opiekuna. To odniesienie do Śnieżki i Kaia.

Czwarty tom o tytule "Miłość" mam nadzieję, że da rozwiązanie dla całej tej zagadkowej kryminalnej i międzyludzkiej historii. To archeotyp króla i królowej oraz czarownicy i czarodzieja. 

Z baśniowym światem oswajałaś się od najmłodszych lat? 

Tak. Żyję z Braćmi Grimm, a szczególnie z trzytomowym wydaniem Andersena, które dostałam od mojego taty na szóste urodziny i które mam do dzisiaj. Te książki posłużyły mi też jako inspiracja.

Jaka była droga od pomysłu, do realizacji czterotomowej serii? 

Osiem lat temu przechodziłam przez coś, co głupi ludzie nazywają kryzysem wieku średniego, a mądrzy nazywają to "momentem sprawdzam". Oczyszczając przestrzeń wokół siebie, dochodząc do różnych trudnych wniosków, wróciłam do lektury "Biegnącej z wilkami".

Jak do lektury wraca się po latach? Z innymi wnioskami, innymi emocjami?

Zdecydowanie. 

Mogę porównać to tylko do tego, co zdarzyło się niedawno. Po latach, zupełnie przypadkiem, w hotelowym telewizorze, trafiłam na film "Dolce Vita" i pamiętam, że pierwszy raz, zachwycając się Fellinim, oglądałam go jakieś dwadzieścia pięć lat temu. Dziś jest dla mnie o czymś zupełnie innym. 

Perspektywa zmienia się z wiekiem?

Punkt widzenia zmienia się z punktem siedzenia. 

Gdybyś miała zawrzeć ten proces w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Osiem lat szłam przez ciemny las. Spotykałam ludzi, którzy mówili "NIE". Nie rozumieli, co chcę przekazać. Mówili, że to bez sensu. 

Po drodze spotkałam Marikę, która powiedziała, że rozumie. Szła ze mną przez te ciemności, w momencie, w którym inni ludzie kręcili głową. 

Tylko Marika uwierzyła?

Tylko ona. Bez niej nie zrobiłabym tego, bo nie jest tylko autorką swoich bardzo inteligentnych i fajnych książek, jest też trenerką trenerką pisania i znakomitą towarzyszką procesu twórczego. 

Jest też Twoją przyjaciółką. To pomaga w całym procesie?

Przyjaźnimy się twórczo. Nie opowiadamy sobie o kolorach paznokci. Nie plotkujemy. Szanujemy się. To jest piękne. Jestem szczęśliwa, że jest mi dane z nią pracować. 

Który proces jest bardziej wymagający? Praca nad książką, czy rolą?

To dwa zupełnie inne rodzaje pracy. Pracując nad książką działam w duecie, więc nie jestem ze wszystkim sama. Musiałyśmy wspierać się pracować, opierając się i przyglądając sobie aż do momentu, kiedy pierwszy czytelnik dał nam feedback. 

Praca nad rolą, to praca zbiorowa. Od razu przeglądam się tak naprawdę w oczach i wrażliwości moich kolegów. 

Choć "Kalejdoskopy" są Twoim debiutem literackim, warto poświęcić też uwagę książce "Umami. Opowieści i przepisy". Czym jest dla Ciebie tytułowe "Umami"?

Smakiem jedzenie darowanego z uwagą i miłością. Po trzech latach spotkań z czytelnikami na spotkaniach autorskich i podczas prowadzenia kolacji degustacyjnych i warsztatów upewniłam się w tym, że to, czego szukają najwybitniejsi szefowie kuchni i najbardziej utytułowane restauracje, to po prostu smak, który dla każdego z nas, znaczy co innego. Kiedy postanowiłam, by tak brzmiał tytuł mojej gawędy kulinarnej, uświadomiłam sobie, że to smak jak u mamy. Za tym wszyscy gonimy. To smak, w pamięci emocjonalnej zapisany jako moment, kiedy ktoś stawiał przed nami tę pajdę chleba ze śmietaną i cukrem albo zalewajkę na mleku. To właśnie ten piąty smak. Związany jest z dzieciństwem, bliskością oraz prawdziwą, darowaną obecnością.

Co ciekawe, tę książkę napisałaś, kiedy świat się zatrzymał. Pomogła Ci?

Uratowała mi życie. 

Co jest większym wyzwaniem, napisanie debiutu literackiego, czy książki, w której przepisy przeplatane są z opowieściami z życia?

"Umami" i praca nad drugą częścią, to ogromna frajda.

Chcę ją zatytułować "Umami do kwadratu. Przygody i przepisy". Chcę opisać te trzy lata przygody, która zdarzyła mi się od dnia premiery, razem z kolacjami degustacyjnymi, konkursami kulinarnymi oraz tym wspaniałym doświadczeniem, jakim jest możliwość zajrzenia do kuchni profesjonalnej. 

"Umami" to zapis mojej pasji i frajda z tego, że mogę dzielić się nią z czytelnikami. Debiut literacki to zupełnie nowe portki. Jestem mega zestresowana tym, jak książka zostanie przyjęta. Mam już pierwsze recenzje i kolejnych, za każdym razem, boję się tak samo. 

Mówisz, że to książka o skarbach miłości, którymi została obdarowana. Rozwińmy tę piękną myśl. 

Pozornie jest o kulinariach oraz o tropieniu historii przypraw i potraw. Tak naprawdę, co podkreślają też czytelnicy będący po lekturze, jest o miłosci i szacunku do świata i do ludzi i o gotowości, którą staram się w sobie pielęgnować, by cieszyć się z tego, że nie wiem, co czeka mnie za rogiem, czego przykładem jest chociażby nasze spotkanie. 

To babcia Jadzia pokazała Ci, ile radości może dać dzielenie się posiłkiem. Lubisz gotować dla rodziny, dla przyjaciół? Celebracja wspólnych posiłków, jak się domyślam, jest dla Ciebie ważna.

Najbardziej lubię ten moment wspólnego posiłku, czyli gromadzenia się wokół i wspólnego doświadczania. Fajne jest to, że mogę sobie porządzić. (Śmiech.) 

Pokazała Ci, jaką frajdę można mieć z popełniania kulinarnych „wykroczeń”. Jakie kulinarne wykroczenia zdarza Ci się popełniać do dziś?

Niezależnie od zawodu, katastrofy są częścią drogi do sukcesu. Ja też je zaliczam. Jedna z najbardziej spektakularnych, zdarzyła mi się w w przededniu premiery "Umami". Byłam wtedy w dużej fascynacji kuchnią gruzińską. Usiłowałam odtworzyć przepis na ciasteczka Qada. To przepyszne kaukaskie słodkie coś, co składa się ze słonego kefirowego ciasta i nadzienia z cukru, orzechów włoskich i masła. 

Poprosiłam wszystkich przyjaciół, którzy mieli pojawić się na premierze, by pomogli mi je zrobić, by starczyło dla wszystkich. Ja zrobiłam Qada z czterech porcji, ale... zapomniałam dodać cukru. Nadzienie składało się tylko z orzechów i masła. Po panice, co powinnam zrobić, jedne posmarowałam roztrzepanym jajkiem, inne posypałam chilli w płatkach, jeszcze inne czarnuszką, a ostatnie zrobiłam w wersji wytrawnej do wina.

Rozdział o pięknych katastrofach, zamierzam zamieścić w drugiej części książki. Przepis na wytrawne ciasteczka Qada też tam się znajdzie. 

Czy serialami, z którymi najczęściej jesteś kojarzona są do tej pory "Kasia i Tomek" i "Magda M."?

Kiedy zaczynam spotkanie autorskie, proszę publiczność, by podnosili ręke Ci, którzy są z bandy Kasi i Tomka, a potem Ci, którzy są z obozu "Magdy M" i słonecznej strony ulicy, a kto jest fanem "Rozlewiska". (Śmiech.)  Wtedy wiem, jak się rozkładają siły. 

Modne są powroty seriali po latach. Gdyby pojawiła się taka możliwość, wróciłabyś na plan "Magdy M", "Kasi i Tomka" lub "Rozlewiska"?

Nie.

We wszystkich trzech przypadkach, zdarzyły się  wyjątkowe połączenia okoliczności. Serial "Kasia i Tomek" pojawił się, kiedy wyjątkowi pasjonaci stawiali TVN, czyli tworzyli telewizję na amerykańskim poziomie. Był to moment, w których byliśmy zachłyśnięci możliwościami. Przygody tej pary i format, który otrzymaliśmy do zrealizowania, był wyjątkowy, bo wtedy nie było jeszcze takiej wielości fajnych projektów do konsumowania. Dzięki temu, mogliśmy wybić się jako pewien rodzaj fenomenu i nowości.

"Magda M." pojawiła się w momencie, kiedy całe moje pokolenie miało możliwość gonienia za marzeniami i realizowania się w dużych miastach, jak Magda. W związku z tym, znów miałam możliwość brać udział w projekcie, który był też jakimś zdarzeniem społecznym.

"Rozlewisko" sprawiło, że przez siedem lat z rzędu, pracowałam tylko trzy miesiące w roku. Przez resztę czasu miałam czas dla dzieciaków. 

Każdy z tych projektów był dla mnie idealnym momentem, który się zdarzył. 

Jak zapamiętałaś Małgosię Braunek?

Tak naprawdę, Małgosia była królową krasnoludków. Nikt tak cudownie nie potrafił się bawić, śmiać. Można było z Nią konie kraść. 

Wywiad ukazał się w Law. Business. Quality. Półrocznik dostępny w Empikach Kliknij tutaj




















sobota, 11 października 2025

Anna Mucha (nie) tylko o swojej potrzebie sprawczości [WYWIAD]

Anna Mucha (nie) tylko o swojej potrzebie sprawczości [WYWIAD]





 













fot. Adria Art

Anna Mucha przyjechała do Cieszyna, by zagrać dla tutejszej publiczności dwukrotnie w spektaklu „O mało co”. Porozmawialiśmy z nią nie tylko o podwójnej roli w tej i innych sztukach, ale także o przemianie, jaką przeszła na przestrzeni lat, wcielając się w rolę Magdy w serialu „M jak miłość”.

Na scenie Teatru im. Adama Mickiewicza w Cieszynie dwukrotnie można było zobaczyć spektakl „O mało co”. Jak Pani się podoba to miejsce?

To magiczny, przepiękny teatr. Słyszałam trochę o jego historii, więc upewniłam się, że dobre duchy nam sprzyjają.

Nie jest to Pani pierwsza wizyta ani w tutejszym teatrze, ani w pobliskich miejscowościach. Jak wraca się w te strony?

Tu zawsze jest bardzo miło. Przed każdym spektaklem zamawiamy lokalny catering, więc dowiedziałam się, że są tutaj aż cztery rodzaje rosołu – z kluskami wątrobianymi, ze zwykłym makaronem, rosół Franciszka Józefa z naleśnikami oraz z lanymi kluskami.

Jest Pani zarówno producentką omawianego spektaklu, jak i odtwórczynią głównej bohaterki. Jak odnajduje się Pani w tej podwójnej roli?

Bardzo dobrze. Sprawia mi to olbrzymią przyjemność. Cieszę się, że jestem w tej komfortowej sytuacji, że mogę pracować z ludźmi, od których ciągle się uczę, są dla mnie inspiracją. Nie mam tu na myśli jedynie spektaklu „O mało co”, ale też sztukę „Przygoda z ogrodnikiem”, „Nadzieja” i nasz najnowszy spektakl „Wacław rządzi”. A w październiku przedstawiliśmymy widzom kolejny tytuł „Selfie”. Cieszy mnie to, że mam szansę rozwijać się także w tym kierunku.

Dlaczego zajęła się Pani produkowaniem sztuk teatralnych? Do pewnego stopnia było to spowodowane poszukiwaniem nowych wyzwań?

Jesteś jedną z pierwszych osób, które o to pytają . Mam w sobie pewnego rodzaju potrzebę sprawczości. Tak długo byłam aktorką serialową, filmową i teatralną, że do pewnego stopnia zapomniałam, że mam tę umiejętność. Jako aktorce było mi dobrze do tego stopnia, że zapomniałam o tym, że bycie producentką było jednym z moich pomysłów na przyszłość. Chwilę później nadarzyła się taka okazja.

Na szczęście nie trzeba, ale gdyby pojawiła się taka konieczność, z czego przyszłoby Pani łatwiej zrezygnować – z bycia aktorką, czy producentką właśnie?

Dobre pytanie. Teraz musiałabym rzucić monetą (śmiech). Myślę, że przyjdzie taki moment, kiedy aktorstwo stanie się bardziej moim hobby, niż codziennym zarobkiem.

Na scenie w sztuce „O mało co” pokazane są poplątane losy Pani bohaterki, Hilary i jej męża Briana. Gdyby miała Pani wytyczyć swój ulubiony moment w tej sztuce, na jaki mogłoby paść?

Każdy moment, w którym publiczność się śmieje, kiedy się wzrusza albo ociera łzy ze śmiechu.

Zwróćmy uwagę, że ogromną rolę w tym spektaklu odgrywa… uprawianie joggingu co środę. Jaką aktywność fizyczną to Pani uprawia najczęściej?

Regularnie nie uprawiam żadnej aktywności fizycznej, poza jedzeniem i spaniem (śmiech).Uprawiam aktywność umysłową (Śmiech).

Gdyby miała Pani wskazać trzy powody, dla których warto zobaczyć ten spektakl, na co mogłoby paść?

To gwarancja dobrej zabawy przez ponad dwie godziny. Widzowie zapominają o tym wszystkim, co dzieje się dookoła. Każdy spektakl jest inny. Pół żartem, pół serio, my też się starzejemy, więc nie będziemy tego grać wiecznie. Teatry w tej chwili przeżywają renesans, dzieje się bardzo dużo fajnych rzeczy.

Nie sposób, choć krótko, nie porozmawiać o serialu „M jak Miłość”, do którego obsady dołączyła Pani w 176. odcinku, w 2003 roku. Jak w kilku słowach opisałaby Pani przemianę, jaką Pani bohaterka przeszła na przestrzeni lat?

Fajne jest to, że razem dojrzewamy. Cały czas mam tam co grać. Po wakacjach, w nowych odcinkach moją bohaterkę czekają kolejne niespodziewane przygody i zawirowania.

Jak Pani zmieniała się jako aktorka?

Tyłam i chudłam. Ale tak naprawdę ważne jest to, że na etapie każdej zmiany towarzyszą nam wierni widzowie. Wielokrotnie słyszę, że dorastali z nami. Oglądalność serialu przekłada się na pewnego rodzaju ciekawość i zaufanie, dzięki czemu ludzie przychodzą też do teatru, by nas zobaczyć.

Gdyby miała Pani wskazać scenę, której zagranie było dla Pani w tym serialu największym wyzwaniem, na jaką mogłoby paść?

Nie pamiętam najtrudniejszej sceny, ale pamiętam jedną taką, której tekst bardzo mnie zaskoczył. Dotyczyło to momentu, w którym Magda wyszła za Saszę (w tej roli Ivan Komarenko – przyp. red.), by mieć pieniądze na studia, dzięki czemu on uzyskał polskie obywatelstwo.

Przez te wszystkie lata w Pani serialowego ojca wcielał się nieodżałowany Emilian Kamiński. Jak wspomina Pani zmarłego w 2022 roku aktora?

Cudowny, charyzmatyczny człowiek. Mocno kibicował mnie i innym. Był duchowym światłem, wsparciem i przewodnikiem.

Kolejnym spektaklem Pani produkcji jest „Nadzieja”. Co opowie Pani o tej sztuce? Dlaczego warto ją zobaczyć?

Niebanalna, wyjątkowa. Inna od spektakli, które są już na rynku. To spektakl rodzinny, który można oglądać razem. Grają wspaniali aktorzy – Paulina Holtz, Paweł Deląg, Hanna Turnau, Emma Giegżno, Piotrek Janusz i Grzegorz Wons, który podbija serce każdego widza.

W spektaklu „Wacław rządzi” można zobaczyć m.in. Maurycego Popiela, z którym jakiś czas temu w „Emce” Pani losy regularnie się przecinały.

Z Maurycym graliśmy kiedyś małżeństwo w „M jak miłość”, a teraz gramy małżonków w „Pikantnych”. Z kolei „Wacław rządzi” to spektakl dla dorosłych. Ma niezwykły tekst, który mówi o najbliższej męskiej przyjaźni. Mężczyzna jest przerażony. Kiedy kobieta zaczyna rodzić, mdleje i przenosi się w abstrakcyjną relację ze swoim penisem. Wacław, jako jego przyjaciel, zaczyna mu doradzać, rządzić jego życiem.

Z Marietą Żukowską nie tylko o „Próbie łuku”. Wierzy, że nie damy się zaszczuć stereotypom filmowym [WYWIAD]

 Z Marietą Żukowską nie tylko o „Próbie łuku”. Wierzy, że nie damy się zaszczuć stereotypom filmowym [WYWIAD]


















































fot. Małgorzata Krawczyk

Aktorka Marieta Żukowska była jednym z gości tegorocznej, 27. już edycji Kina Granicy po obu stronach Olzy. Opowiedziała mi o filmie „Próba łuku”, ale też o ważności kontrowersji w kinie i tym, jak wielkie znaczenie dla aktora ma kostium.

Spotkałyśmy się na 27. Kinie na Granicy w Cieszynie. Jak zareagowała Pani na zaproszenie Łukasza Maciejewskiego?

Znamy się już wiele lat, dlatego bardzo się ucieszyłam. Kiedy stawiałam pierwsze kroki w teatrze, współpracując z Mariuszem Grzegorzkiem, odkąd pamiętam Łukasz był dla mnie bardzo przychylny. Zawsze byłam przez niego mocno doceniana. „Kino na Granicy” było czwartym z kolei festiwalem, na którym pojawiłam się z „Próbą łuku”. Cieszy mnie każde spotkanie z publicznością i możliwość pokazania naszego filmu.

Festiwal łączy kino polskie, czeskie i słowackie. Z czym kojarzą się Pani Czechy? Zadając to pytanie gościom festiwalowym na przestrzeni lat, najczęstsze skojarzenia, jakie słyszę, to przeważnie smażony ser i piwo.

Z Czechami mam same bardzo pozytywne skojarzenia. Uważam, że czeskie kino jest w świetnej kondycji. Nie brakuje w nim poczucia humoru, lekkości w prowadzeniu bohaterów, prowadzeniu narracji. Czesi są niezwykle przyjaznymi osobami.

Pani ulubieni czescy przedstawiciele literatury i świata filmu to…

Musiałabym się dłużej zastanowić, ale na pewno są to Miloš Forman oraz Věra Chytilová.

Do Cieszyna przyjechała Pani z filmem „Próba łuku” w reżyserii Łukasza Barczyka. Czy podczas seansu dla widzów festiwalowych Pani również go obejrzała?

Wcześniej widziałam nasz film już wiele razy. „Próba łuku” do kin trafiła 6 czerwca.

Z jakimi emocjami ogląda się film, którego jest się częścią? Tego chyba nie można do niczego innego porównać, prawda?

Za każdym razem są to bardzo duże emocje. To bardzo twórczy, wspaniały zawód, ale też wymagający, wystawiający nas aktorów cały czas na ocenę ludzi i ich gustów.

Co spowodowało, że zdecydowała się Pani tę rolę przyjąć? Co było dla Pani największym wyzwaniem w tej roli?

Łukasz jest fantastycznym, wręcz niezwykłym reżyserem. Jego punkt widzenia jest bardzo ciekawy. Filmy Łukasza od lat wzbudzają skrajne emocje. Praca z tak wiernym sztuce twórcą jest niezwykła i fascynująca. Mam szczęście do takich ludzi. Pracowałam z wieloma reżyserami m.in. Wojtkiem Smarzowskim, Barbarą Sas, Mariuszem Grzegorzkiem, ale też Patrykiem Vegą, który wzbudza kontrowersje.

Kontrowersje są potrzebne i dobre dla kina?

Kino według mnie powinno być „gorące,” wzbudzać emocje.

Chciałaby Pani kontynuować współpracę z Łukaszem Barczykiem przy okazji innych projektów?

Oczywiście, zawsze.

Co ciekawe, w „Próbie łuku” nie tylko Pani zagrała, ale była też odpowiedzialna za kostiumy.

To był mały film, więc nie pracował przy nim wielki sztab ludzi. Dzięki temu mogłam zająć się aktorami i zrealizować jedno ze swoich marzeń. Uwielbiam tworzyć postać. To niesamowite. Często, małymi, podkorowymi rzeczami, poprzez kostium, przekazujemy widzom pewnego rodzaju komunikat.

Co się czuje, mając wpływ na kostiumy postaci?

Jestem aktorką, dlatego wiem, jak w tym zawodzie kostium jest ważny. Kostium to taka druga skóra, a dobry kostium to taki, który kryje powierzchowność, żeby pokazać wnętrze postaci.

Dla Pani też ważne jest to, co nosi?

Tak. To moja frajda. Tak się wydarzyło, że w filmie, powstałym z potrzeby serca, mogłam zrealizować to marzenie.