piątek, 9 stycznia 2026

Helena Norowicz o dojrzałym modelingu [WYWIAD]

 Helena Norowicz o dojrzałym modelingu [WYWIAD]

















fot. Michał Ignar / Mua: Anna Koniarek / Stylista: Adrian Kozioł 

Helena Norowicz w listopadzie obchodziła 91. urodziny. Karierę aktorską budowała latami, ale to po 80. roku życia zaczęła karierę w modelingu. Do dziś bez problemu robi szpagat. Ludzi, których spotyka zaraża pozytywną energią.

Opowiada nie tylko o tym, czym jest dla niej dojrzały modeling, ale także wspomina nieodżałowanego Stanisława Brudnego. Przyznaje również, że nadaje kolory swoim myślom.

Jest Pani osobą, która z powodzeniem nie tylko zachowuje świetną formę fizyczną, bierze udział w projektach aktorskich, ale też z sukcesami kontynuuje karierę modelki, którą rozpoczęła mając 81 lat. Czym jest dla Pani dojrzały modeling?

Od zawsze bardzo dużą wagę przywiązuję do tego, w co i jak się ubieram. Było mi łatwo, ponieważ przez cały czas mieliśmy w Teatrze krawca, który przerabiał i szył nam różne rzeczy. Już w szkole teatralnej dostałam propozycję udziału w pokazach mody. Wtedy jednak wyglądało to inaczej, ponieważ osoba, która przychodziła na przymiarkę, stała około trzech godzin, co mnie dyskwalifikowało, ponieważ mam tak, że mogę chodzić, biegać, a nawet skakać, ale nie mogę stać, bo od razu robią mi się plamki przed oczami. Muszę być w ruchu. W związku z tym wtedy odmówiłam. Gdyby ktoś zapytał mnie, czy wolę być modelką, czy aktorką, bez dwóch zdań postawiłabym na aktorstwo.

Jednak, nowe propozycje w tym zakresie chyba dają Pani siłę na to, by robić jeszcze więcej i nie tracić przy tym tej iskry w oku i wspaniałej energii.

To prawda. Aktorstwo daje jednak większą szansę przeżywania całej gamy emocji, od drobnych, po skrajne. Nie do końca jestem zwolenniczką obecnej mody. Modelki po wybiegu chodzą tak, jakby były manekinami. To jest bez sensu, ponieważ ładna dziewczyna, idąc, chce zwrócić na siebie uwagę i pokazać, jak fajnie jest ubrana. Kiedyś tak było. Modelki cieszyły się, obracały.

Istotne jest też to, że lubi Pani ludzi, rozmowy i spotkania z nimi. Gdyby Pani miała wskazać, z kim w ostatnim czasie spotkanie było szczególnie inspirujące, na jakie mogłoby paść?

Na szczęście, każde spotkanie jest dla mnie inspirujące. Zawsze jest czymś nowym, poznaje się innego człowieka. Często rozmawiam z młodymi ludźmi.

Długie, srebrzyste włosy są Pani znakiem rozpoznawczym. Pamięta Pani moment, w którym świadomie zrezygnowała z farbowania?

Pamiętam. Grałam pewną postać i doszłam do wniosku, że nie jest mi to już potrzebne. Przyznam jednak, że włosów nigdy nie farbowałam, używałam jedynie szamponu koloryzującego.

Postrzegam to jako świadomy krok w kierunku akceptacji siebie. Pani, decydując się na to, towarzyszyły podobne odczucia?

To nie tylko akceptacja samej siebie, ale także tego, że czas przemija i że choć byśmy się nie wiem, jak wysilali, to i tak on gdzieś się szparkami przepycha i widać go.

Swoją postawą stara się Pani pokazać, że na marzenia nigdy nie jest za późno, a chcieć to móc. O czym marzy Pani obecnie?

Chciałabym, by te wszystkie niepokoje i zagrożenia, które mogą objawić się bardzo dramatycznie, minęły. Wszyscy jesteśmy zaniepokojeni tym, co obecnie dzieje się na świecie.

Podobno dalej, bez problemu, robi Pani szpagat. (śmiech) Zdradzi Pani sekret swojej młodzieńczej formy?

Szpagat jest najłatwiejszą rzeczą, którą można zrobić, jeżeli w pewnym momencie doprowadzi się do rozciągnięcia ścięgien. Może nie zawsze udaje się to za pierwszym razem, ale za każdym razem cieszy.

Choć na szklanym ekranie zadebiutowała Pani w 1957 roku w filmie „Wzgórza jak białe słonie”, a później dała się też poznać jako Greta w spektaklu telewizyjnym „Stawka większa niż życie”, to Pani kariera nabrała rozpędu dopiero po skończeniu 80. roku życia. To niesamowite.

Moje życie teatralne było dość aktywne. Wtedy, jeśli reżyser chciał zaangażować aktora, musiał stwierdzić, czy jest on w tym czasie wolny. Czasami nie znaleźli aktorów, musieli zmienić repertuar, co było dla nich problemem. Ja chętnie jeździłam z teatrem, bo szkoda mi było tracić tę szansę.

Wydaje mi się, że jednym z decydujących o tym momentów był ten, w którym polecono Panią Piotrowi Dumale, realizującemu film „Ederly". Mam rację?

Byłam już wtedy na emeryturze. Z moim partnerem z tego projektu, Stanisławem Brudnym, zagrałam jeszcze później w innym filmie. Niestety, umarł w tym roku. Był wspaniałym kolegą. Bardzo miły, bardzo sympatyczny człowiek.

Jak zapamiętała Pani Pana Stanisława Brudnego?

Już zawsze będę go pamiętać. Był nie tylko dobrym aktorem, ale też bardzo pozytywną postacią, pięknym człowiekiem.

To właśnie na planie tego filmu poznała Pani Aleksandrę Popławską, która zrobiła Pani zdjęcia i... świat się Panią zachwycił. To prawda, że fala komplementów, którą z dnia na dzień została Pani zalana, była dla Pani zaskakująca?

Tak, ponieważ przede wszystkim, duet projektantów Bohoboco zaprosił mnie na spotkanie, by wyznać, że chcą zobaczyć mnie na wybiegu. Zastanawiałam się, co zrobić, ale to, co mi zaproponowali, pasowało na mnie. Jednak okazało się, że pokaz jest... pojutrze. Pomyślałam sobie, że jestem aktorką. Gdyby ktoś mi powiedział, że mam zagrać rolę modelki, starałabym się zagrać, więc... zagrałam. (śmiech)

W wieku 89 lat… nagrała Pani piosenkę z bardzo głębokim przesłaniem. Jej tytuł to „Czas nie istnieje”. Słowa do niej stworzył Jacek Cygan, a muzykę Marcin Nierubiec. Pani recytowała, a śpiewała Sandra Wasilewska. Jaka była droga od pomysłu do realizacji?

Wtedy bardzo zaprzyjaźniłam się z Marcinem Nierubcem. Nie była to moja pierwsza styczność z takim materiałem, albowiem już wcześniej robiłam rzeczy związane z poezją. Brałam udział w koncertach, podczas których wychodziłam przed publiczność i w akompaniamencie muzyki recytowałam poezję. Bardzo lubię poezję Ildefonsa Gałczyńskiego. Na Mazurach jest zlokalizowana Leśniczówka Pranie, w której mieści się Muzeum jego imienia. Zaproszono mnie tam. Wystąpiłam ze skrzypkiem, który mi towarzyszył. Kilka dni po tym koncercie zapytano mnie, czy mogłabym wystąpić jeszcze raz. Najpierw przyznałam, że nie mogę wystąpić, bo wszystko już powiedziałam. Organizatorka jednak mnie namówiła. Właśnie po tym drugim koncercie podeszła do mnie pani z naręczem polnych kwiatów. To było piękne. Powiedziała mi, że była też na poprzednim koncercie i zauważyła, że nie powtórzyłam ani jednego wiersza.

W listopadzie świętowała Pani 91. urodziny. Na pytanie jednego z dziennikarzy, czy jest Pani szczęśliwa, odpowiedziała, że jest pogodzona z życiem. Rozwińmy proszę tę myśl.

Szczęście to jakiś rodzaj doznania. Człowiek nie jest szczęśliwy przez całe życie. Ma momenty zmartwień, niepokoju, złości. Jednak, akceptacja tego, co się z nami dzieje, powinna zawsze wygrywać. Tak jest ze mną. Nie będę ani młodsza, ani piękniejsza. Cieszę się tym, co mam.

Pani pogoda ducha, pozytywne usposobienie i energia, którą obdarowuje Pani ludzi, których spotyka, jest niesamowita i godna naśladowania. Niejeden młody człowiek nie ma tyle energii i zapału do pracy co Pani. Jak Pani to robi? (śmiech)

Nie mam żadnych tajemnic. Postępuję zgodnie z własnymi upodobaniami. W stosunku do ludzi staram się być uprzejma. Nadaję też kolory swoim myślom.

Nadaje Pani kolory swoim myślom. Jakie to piękne. Jakiego koloru są te dzisiejsze?

Moje myśli były skupione na naszej rozmowie. Wyobrażałam sobie, co powiedzieć, a czego nie. (śmiech) Byłam pozytywnie nastawiona.  Kolor nadziei powinien nam towarzyszyć zawsze. To nas wspomaga, daje nam siłę.

Do pewnego czasu mówiło się, że ucieka Pani w pewien sposób od nowoczesności. Dopiero w niedawnym wywiadzie dla „Vivy” wyjawiła Pani, dlaczego, mimo wielkiego postępu technologicznego, dalej posiada telefon stacjonarny.

Miałam operację głowy. Pozostały po niej ślady. Kiedy przyszłam na badania po wykonanym zabiegu, lekarz przyznał, że korzystniej byłoby, gdybym nie nadużywała komórki. Przyznam, że korzystanie z internetu i nowoczesnej komórki to moje najsłabsze punkty.

14 stycznia 2025 premierę miał teledysk do utworu „Proszę tańcz” z repertuaru Kayah i Dawida Kwiatkowskiego, z Pani udziałem. Jak doszło do tej współpracy?

Zadzwoniono do mnie z tą propozycją. Bardzo chętnie podjęłam się tej roli. Mam pełną świadomość, że z każdym rokiem będzie tych propozycji coraz mniej. Korzystam, póki starcza mi sił.

Wokalista stoi na czele listy idoli nastolatków.

Kiedyś wzruszało mnie, kiedy śpiewał Frank Sinatra. Słucham nowoczesnej muzyki, ale różni się pokoleniowo.

Jest Pani jedną z bohaterek książki autorstwa Magdy Kuszewskiej „Wojowniczki. Jak czule zawalczyć o siebie”. Co spowodowało, że zdecydowała się Pani na udział w tym projekcie?

Magda zadzwoniła do mnie, proponując, że chciałaby porozmawiać.

Posiada Pani cechy wojowniczki?

Czasami nie. Myślę, jaki będzie tego odbiór, czy ma to jakiś sens. Każdy może czegoś dokonać w wybranej przez siebie dziedzinie.

Dlaczego warto przeczytać tę książkę?

To rozmowy z kobietami. Każda jest inna. Temat jest jeden. To dowodzi, jak bogate jest życie każdego człowieka. Każdy jest ciekawą postacią.

Katarzyna Herman (nie) tylko o serialu "1670" [WYWIAD]

 Katarzyna Herman (nie) tylko o serialu "1670" [WYWIAD]














fot. Małgorzata Krawczyk 

Aktorka Katarzyna Herman przyjechała do Cieszyna, by dwukrotnie zagrać w spektaklu „Dwoje na zakręcie". W rozmowie z red. Mariolą Morcinkovą opowiada nie tylko o sztuce, ale też hitowym serialu "1670", który podbija Netflixa.

Już na pierwszy rzut oka sprawia Pani wrażenie osoby niezwykle pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. Widać, że to Pani świadomy wybór. Tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem?

Czasami bywam wkurzona, to się zdarza. Przeszłam pieszo przez pół Cieszyna, nieodśnieżone chodniki tego nie ułatwiały. Kiedy skarpety mi zamokły, aż tak bardzo się nie śmiałam. (śmiech) Mój tata powtarza, że lepiej żartować, niż się denerwować. Tego się trzymam.

To pomaga także w tym zawodzie?

To zawsze pomaga, nie tylko w tym zawodzie.

Nie jest to ani Pani pierwsza wizyta w tutejszym teatrze, ani w tych stronach. Jak tu się wraca?

Niestety, za rzadko. Jeszcze nigdy nie miałam okazji być na Kinie na Granicy. Chciałabym kiedyś dotrzeć na ten festiwal. Do tej pory byłam tylko z teatrem. Raz też wybrałam się do Cieszyna prywatnie, będąc w okolicy.

Ilekroć rozmawiam z twórcami w tym miejscu, każdy mówi, że ma w sobie swego rodzaju magię. Zgodzi się Pani z tym stwierdzeniem?

Tak. To piękny, stary teatr. To takie cacuszko. Lubię go, ale także ten w Bielsku-Białej. Na co dzień pracuję w Teatrze Dramatycznym, w Pałacu Kultury. Też ma swój urok, ale to zupełnie inna skala. Na życie wolę trochę mniejszą skalę. (śmiech)

Aż dwukrotnie został wystawiony tutaj spektakl "Dwoje na zakręcie". Mówi o tym, co może wydarzyć się po 27 latach małżeństwa, kiedy do drzwi puka kryzys.

Dla mnie ta sztuka jest o tym, że mimo kłótni, można znaleźć jakieś porozumienie. W całej tej historii mamy pomoc w postaci naszego sąsiada, który nas w pewnym sensie terapeutyzuje. To nie jest do końca terapia. Terapeuta wyznacza nam parę prostych zasad. Kilka z nich można wziąć sobie do serca i je wykorzystać w praktyce. Ważne jest to, by w trudnym momencie nie przerywać sobie. Kiedy rzuci się jakimś przykrym słowem, trzeba umieć przeprosić. Czasami warto wrócić wspomnieniami do ważnych momentów. Wspomnienia pomagają przypomnieć sobie, jak dobrze było na początku i wzmacniają związek. Podoba mi się też numer, który stosuje nasz terapeuta. Chodzi o to, by razem zatańczyć. Wydaje mi się, że taniec ma wielką moc. Jeśli dojdzie do tego jeszcze patrzenie sobie w oczy, wtedy całość robi robotę.

Jak budowała Pani swoją postać? Jakby opisała ją Pani w kilku słowach?

To nie jest rodzaj tekstu, na podstawie którego postać buduje się psychologicznie. To lekka i przyjemna komedia francuska. Taka wzdrygałka, trochę błahostka. Psychologicznie buduję postać w cięższych dramatach, w których gram. Mam do tego okazję chociażby we wspominanym wcześniej Teatrze Dramatycznym, w takich spektaklach jak "Kruk z Tower", "Anioły w Warszawie" czy "The Wall". Serdecznie państwa zresztą na nie zapraszam. Tutaj opierało się to przede wszystkim na tym, że z Barkiem Topą znamy się, lubimy i często razem gramy. Doszliśmy do wniosku, że nasza para czasami ekstremalnie się kłóci, bo lubi. Wydaje się, że to ich wspólne hobby. (śmiech) Szukaliśmy rytmów, kiedy uderzyć, a kiedy odpuścić. Tu budowanie, bardziej niż na psychologii, polegało właśnie na rytmach.

Gdyby miała Pani pracę nad tym spektaklem zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Sympatyczne spotkanie towarzyskie.

Na scenie pojawia się Pani w towarzystwie Karola Dziuby i wspomnianego już Bartłomieja Topy. Przyjaźń między Panią a Panem Bartkiem Topą narodziła się jeszcze przed wspólnymi projektami teatralnymi i filmowymi. Jakie były jej początki?

Nie przyjaźniliśmy się od początku. Lubiliśmy się, pobieżnie znaliśmy się, spotykając się na trasie. Spotkaliśmy się w pracy i dość szybko okazało się, że mamy podobny gust, podobne poczucie humoru i dobrze się dogadujemy. Na przyjaźń dopiero pracujemy. Nasze kolegowanie się zrodziło się w pracy.

W budowaniu relacji między postaciami taka więź jest pomocna?

Tak. Rozumiemy się, mówimy podobnym językiem. Dużo prościej dogadujemy się.

Pytam o to wszystko oczywiście w nawiązaniu do hitowego serialu Netflixa "1670", w którym zagraliście małżeństwo Adamczewskich. Co spowodowało, że postanowiła Pani przyjąć rolę Zofii? Czy choć do pewnego stopnia miał na to wpływ również kostium?

Tak. Kostium zawsze jest miły. Zaczynając pracę nad tą produkcją kompletnie nie wiedzieliśmy, co z tego wyjdzie. To był eksperyment. Na początku nie myślałam o kostiumie. Był na dalszym planie. Wydawało mi się to ciekawe w warstwie tekstowej i w warstwie poczucia humoru. Przy tym tytule widać znakomitą pracę zespołową. Maciej Buchwald, Konrad Kondziela (reżyserowie), Iwo Krankowski (producent kreatywny), Iwo Krankowski (operator) i Janek Kwieciński (producent) to grupa przyjaciół, chłopaków koło czterdziestki, którzy bardzo dobrze się porozumiewają, wiedzą, czego chcą. Kiedy zaczynaliśmy, wszystko było nowe. Wokół tego na początku krążyły moje myśli. Z kostiumu ucieszyłam się dopiero później.

Co, oprócz warunków atmosferycznych, okazało się największym wyzwaniem w roli Zofii?

Warunki atmosferyczne nie były dla nas łaskawe przede wszystkim w pierwszej serii. Podsumowując, podczas kręcenia pierwszej serii było nam za zimno, a przy drugiej i trzeciej, zdecydowanie za ciepło. (śmiech) Kostium nie jest prosty. Doskwiera mi coraz bardziej. Trochę marudzę, ale jest bardzo ciężki. Gorset też nie jest wygodny. Sznuruje się go długo, więc nie rozwiązuję go w przerwach. Kiedy wieczorem go rozwiązuję, przychodzi ulga.

Jak z Pani perspektywy, na przestrzeni tych dwóch sezonów, zmieniła się Adamczycha? Relacje pomiędzy postaciami na pewno się pogłębiły.

W pierwszej serii przedstawiliśmy się dosyć pobieżnie, ale dowcipnie. Druga seria jest pogłębiona psychologicznie i relacyjnie. Trzecia idzie jeszcze dalej. Nie znaczy to, że nie żartujemy, ale zależało nam, by nie było to tylko odcinanie dowcipów i skeczy. Chcieliśmy stworzyć postacie z krwi i kości. Zżyliśmy się. Wiemy, jak nasze postacie reagują. To, co przynosi nam scenarzysta, Jakub Rużyłło, jest dla nas niespodzianką.

Spodziewała się Pani tak ogromnej popularności serialu?

Nikt się nie spodziewał.

Czy w chwili obecnej, jeśli chodzi o role serialowe, najczęściej jest Pani kojarzona właśnie z rolą Zofii z "1670"?

Tak. To moje najnowsze zadanie.

Jeszcze przez chwilę o serialach. (śmiech) Serial "M jak miłość", w którym w latach 2003-2004 wcielała się Pani w Iwonę Majer, obchodzi w tym roku 25. urodziny. Jak wspomina Pani pracę na tym planie?

Prawie tego nie pamiętam. Byłam wtedy w ciąży i to właśnie tym wtedy przede wszystkim żyłam. Wiedziałam, że to krótki epizod. Była to zupełnie inna epoka, bo jeszcze przed dziećmi. Pamiętam moją rolę w serialu "Magda M". i serialu "Kryminalni".

Gdyby miała Pani taką możliwość, do którego z nich wróciłaby?

Z ekipą "Magdy M" marzy nam się powrót na plan po latach. Zwłaszcza, że scenarzysta napisał kontynuację. Zaryzykowałabym i chętnie spotkałabym się z nimi. Seriale czasami wracają. To mogłoby być ciekawe. Chętnie wróciłabym też do serialu "Ekipa" w reżyserii Agnieszki Holland. Swego czasu był pokazywany na Polsacie.

Zakończyły się zdjęcia do serialu "Piekło kobiet". Wiadomo, że przeniesie on widza do lat 30. XX. wieku.

Widziałam pierwsze fragmenty. Wygląda bardzo mrocznie i interesująco. Premiera wiosną w HBO Max. To kolejny serial kostiumowy, choć inny, inna epoka i tematy.