Katarzyna Herman (nie) tylko o serialu "1670" [WYWIAD]
fot. Małgorzata Krawczyk
Aktorka Katarzyna Herman przyjechała do Cieszyna, by dwukrotnie zagrać w spektaklu „Dwoje na zakręcie". W rozmowie z red. Mariolą Morcinkovą opowiada nie tylko o sztuce, ale też hitowym serialu "1670", który podbija Netflixa.
Już na pierwszy rzut oka sprawia Pani wrażenie osoby niezwykle pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. Widać, że to Pani świadomy wybór. Tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem?
Czasami bywam wkurzona, to się zdarza. Przeszłam pieszo przez pół Cieszyna, nieodśnieżone chodniki tego nie ułatwiały. Kiedy skarpety mi zamokły, aż tak bardzo się nie śmiałam. (śmiech) Mój tata powtarza, że lepiej żartować, niż się denerwować. Tego się trzymam.
To pomaga także w tym zawodzie?
To zawsze pomaga, nie tylko w tym zawodzie.
Nie jest to ani Pani pierwsza wizyta w tutejszym teatrze, ani w tych stronach. Jak tu się wraca?
Niestety, za rzadko. Jeszcze nigdy nie miałam okazji być na Kinie na Granicy. Chciałabym kiedyś dotrzeć na ten festiwal. Do tej pory byłam tylko z teatrem. Raz też wybrałam się do Cieszyna prywatnie, będąc w okolicy.
Ilekroć rozmawiam z twórcami w tym miejscu, każdy mówi, że ma w sobie swego rodzaju magię. Zgodzi się Pani z tym stwierdzeniem?
Tak. To piękny, stary teatr. To takie cacuszko. Lubię go, ale także ten w Bielsku-Białej. Na co dzień pracuję w Teatrze Dramatycznym, w Pałacu Kultury. Też ma swój urok, ale to zupełnie inna skala. Na życie wolę trochę mniejszą skalę. (śmiech)
Aż dwukrotnie został wystawiony tutaj spektakl "Dwoje na zakręcie". Mówi o tym, co może wydarzyć się po 27 latach małżeństwa, kiedy do drzwi puka kryzys.
Dla mnie ta sztuka jest o tym, że mimo kłótni, można znaleźć jakieś porozumienie. W całej tej historii mamy pomoc w postaci naszego sąsiada, który nas w pewnym sensie terapeutyzuje. To nie jest do końca terapia. Terapeuta wyznacza nam parę prostych zasad. Kilka z nich można wziąć sobie do serca i je wykorzystać w praktyce. Ważne jest to, by w trudnym momencie nie przerywać sobie. Kiedy rzuci się jakimś przykrym słowem, trzeba umieć przeprosić. Czasami warto wrócić wspomnieniami do ważnych momentów. Wspomnienia pomagają przypomnieć sobie, jak dobrze było na początku i wzmacniają związek. Podoba mi się też numer, który stosuje nasz terapeuta. Chodzi o to, by razem zatańczyć. Wydaje mi się, że taniec ma wielką moc. Jeśli dojdzie do tego jeszcze patrzenie sobie w oczy, wtedy całość robi robotę.
Jak budowała Pani swoją postać? Jakby opisała ją Pani w kilku słowach?
To nie jest rodzaj tekstu, na podstawie którego postać buduje się psychologicznie. To lekka i przyjemna komedia francuska. Taka wzdrygałka, trochę błahostka. Psychologicznie buduję postać w cięższych dramatach, w których gram. Mam do tego okazję chociażby we wspominanym wcześniej Teatrze Dramatycznym, w takich spektaklach jak "Kruk z Tower", "Anioły w Warszawie" czy "The Wall". Serdecznie państwa zresztą na nie zapraszam. Tutaj opierało się to przede wszystkim na tym, że z Barkiem Topą znamy się, lubimy i często razem gramy. Doszliśmy do wniosku, że nasza para czasami ekstremalnie się kłóci, bo lubi. Wydaje się, że to ich wspólne hobby. (śmiech) Szukaliśmy rytmów, kiedy uderzyć, a kiedy odpuścić. Tu budowanie, bardziej niż na psychologii, polegało właśnie na rytmach.
Gdyby miała Pani pracę nad tym spektaklem zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?
Sympatyczne spotkanie towarzyskie.
Na scenie pojawia się Pani w towarzystwie Karola Dziuby i wspomnianego już Bartłomieja Topy. Przyjaźń między Panią a Panem Bartkiem Topą narodziła się jeszcze przed wspólnymi projektami teatralnymi i filmowymi. Jakie były jej początki?
Nie przyjaźniliśmy się od początku. Lubiliśmy się, pobieżnie znaliśmy się, spotykając się na trasie. Spotkaliśmy się w pracy i dość szybko okazało się, że mamy podobny gust, podobne poczucie humoru i dobrze się dogadujemy. Na przyjaźń dopiero pracujemy. Nasze kolegowanie się zrodziło się w pracy.
W budowaniu relacji między postaciami taka więź jest pomocna?
Tak. Rozumiemy się, mówimy podobnym językiem. Dużo prościej dogadujemy się.
Pytam o to wszystko oczywiście w nawiązaniu do hitowego serialu Netflixa "1670", w którym zagraliście małżeństwo Adamczewskich. Co spowodowało, że postanowiła Pani przyjąć rolę Zofii? Czy choć do pewnego stopnia miał na to wpływ również kostium?
Tak. Kostium zawsze jest miły. Zaczynając pracę nad tą produkcją kompletnie nie wiedzieliśmy, co z tego wyjdzie. To był eksperyment. Na początku nie myślałam o kostiumie. Był na dalszym planie. Wydawało mi się to ciekawe w warstwie tekstowej i w warstwie poczucia humoru. Przy tym tytule widać znakomitą pracę zespołową. Maciej Buchwald, Konrad Kondziela (reżyserowie), Iwo Krankowski (producent kreatywny), Iwo Krankowski (operator) i Janek Kwieciński (producent) to grupa przyjaciół, chłopaków koło czterdziestki, którzy bardzo dobrze się porozumiewają, wiedzą, czego chcą. Kiedy zaczynaliśmy, wszystko było nowe. Wokół tego na początku krążyły moje myśli. Z kostiumu ucieszyłam się dopiero później.
Co, oprócz warunków atmosferycznych, okazało się największym wyzwaniem w roli Zofii?
Warunki atmosferyczne nie były dla nas łaskawe przede wszystkim w pierwszej serii. Podsumowując, podczas kręcenia pierwszej serii było nam za zimno, a przy drugiej i trzeciej, zdecydowanie za ciepło. (śmiech) Kostium nie jest prosty. Doskwiera mi coraz bardziej. Trochę marudzę, ale jest bardzo ciężki. Gorset też nie jest wygodny. Sznuruje się go długo, więc nie rozwiązuję go w przerwach. Kiedy wieczorem go rozwiązuję, przychodzi ulga.
Jak z Pani perspektywy, na przestrzeni tych dwóch sezonów, zmieniła się Adamczycha? Relacje pomiędzy postaciami na pewno się pogłębiły.
W pierwszej serii przedstawiliśmy się dosyć pobieżnie, ale dowcipnie. Druga seria jest pogłębiona psychologicznie i relacyjnie. Trzecia idzie jeszcze dalej. Nie znaczy to, że nie żartujemy, ale zależało nam, by nie było to tylko odcinanie dowcipów i skeczy. Chcieliśmy stworzyć postacie z krwi i kości. Zżyliśmy się. Wiemy, jak nasze postacie reagują. To, co przynosi nam scenarzysta, Jakub Rużyłło, jest dla nas niespodzianką.
Spodziewała się Pani tak ogromnej popularności serialu?
Nikt się nie spodziewał.
Czy w chwili obecnej, jeśli chodzi o role serialowe, najczęściej jest Pani kojarzona właśnie z rolą Zofii z "1670"?
Tak. To moje najnowsze zadanie.
Jeszcze przez chwilę o serialach. (śmiech) Serial "M jak miłość", w którym w latach 2003-2004 wcielała się Pani w Iwonę Majer, obchodzi w tym roku 25. urodziny. Jak wspomina Pani pracę na tym planie?
Prawie tego nie pamiętam. Byłam wtedy w ciąży i to właśnie tym wtedy przede wszystkim żyłam. Wiedziałam, że to krótki epizod. Była to zupełnie inna epoka, bo jeszcze przed dziećmi. Pamiętam moją rolę w serialu "Magda M". i serialu "Kryminalni".
Gdyby miała Pani taką możliwość, do którego z nich wróciłaby?
Z ekipą "Magdy M" marzy nam się powrót na plan po latach. Zwłaszcza, że scenarzysta napisał kontynuację. Zaryzykowałabym i chętnie spotkałabym się z nimi. Seriale czasami wracają. To mogłoby być ciekawe. Chętnie wróciłabym też do serialu "Ekipa" w reżyserii Agnieszki Holland. Swego czasu był pokazywany na Polsacie.
Zakończyły się zdjęcia do serialu "Piekło kobiet". Wiadomo, że przeniesie on widza do lat 30. XX. wieku.
Widziałam pierwsze fragmenty. Wygląda bardzo mrocznie i interesująco. Premiera wiosną w HBO Max. To kolejny serial kostiumowy, choć inny, inna epoka i tematy.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz