sobota, 23 maja 2026

Małgorzata Pieczyńska (nie) tylko o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]

Małgorzata Pieczyńska (nie) tylko o serialu "M jak miłość"  [WYWIAD]



















fot. sesja do projektu #lubiesiebie

W kwietniu w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie dwukrotnie została wystawiona "Kolacja dla głupca" w reżyserii Cezarego Żaka.

Z Małgorzatą Pieczyńską rozmawiała red. Mariola Morcinkova. Aktorka opowiedziała o swoim pozytywnym podejściu do życia, fascynacji jogą i bohaterkach, w które wciela się w serialach "M jak miłość" i "Zaraz wracam".

Na początku każdej rozmowy staram się opisać jej bohaterkę. Panią widzę jako polską i szwedzką aktorkę teatralną, filmową i telewizyjną, popularyzatorkę jogi, zdrowego stylu życia, a co za tym idzie, osobę, dla której szklanka jest zawsze do połowy pełna. Pani postrzega siebie w podobny sposób?

Zdecydowanie. Ta szwedzka część jest bardzo ważna, bo niezwykle trudna i wymagająca. Jeśli aktor nigdy nie grał w obcym języku, to nie zrozumie stopnia tej trudności. Gram w teatrze, mówię wierszem, występuję w licznych produkcjach. Są to kwestie, które wypowiadam w języku rosyjskim, szwedzkim i angielskim. Uważam to za swoje życiowe osiągnięcie.

W którym języku gra się najtrudniej?

W każdym obcym języku trudno się gra. Nadspodziewanie dobrze gra mi się po rosyjsku. Do tej pory myślałam, że ten język jest we mnie kompletnie uśpiony i zupełnie go nie znam. Jakiś czas temu okazało się jednak, że był gdzieś tam w mojej pamięci i kiedy przyszło mi się z nim zmierzyć i wygrać zdjęcia próbne w tym języku oraz skonfrontować się z rolą, mój poziom jego znajomości był dla mnie miłym zaskoczeniem. Angielski jest trudny, ponieważ to język, który wydaje się oczywisty. Wcale tak nie jest, ponieważ w obcym języku możliwość improwizacji jest zerowa. Kwestie trzeba mieć wykute na blachę.

Jeśli chodzi o Pani pozytywne usposobienie, tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem?

Wydaje mi się, że tak było zawsze. Moja mama była uśmiechniętą osobą, pozytywną. Chyba można tak powiedzieć, że wyssałam to z mlekiem matki. Taka natura.

Takie nastawienie pomaga także w tym pięknym, a jednocześnie trudnym zawodzie, prawda?

To pomaga w życiu, a zawód, który wykonujemy, to przecież kawał naszego życia. Jeśli chodzi o ekipę akurat "Kolacji dla głupca", z którą przyjechaliśmy do Cieszyna, muszę powiedzieć, że czasami w trasie spędzamy wiele godzin, jesteśmy ze sobą praktycznie cały czas. Jeśli ktoś z natury jest mrukliwy, ma trudny charakter, byłby dla takiej grupy nieznośny. Wydaje mi się zatem, że usposobienie jest bardzo ważne w codzienności.

Spotykamy się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie. Ilekroć rozmawiam z aktorami w tym miejscu, stwierdzają, że to magiczne miejsce. Pani się zgadza?

To przepiękny teatr, niezwykłe miejsce. Pamiętam pierwsze edycje Międzynarodowego Festiwalu Filmowego Era Nowe Horyzonty, które w latach 2002-2005 miały miejsce w Cieszynie i Czeskim Cieszynie. Pomysłodawcą tego wydarzenia był Roman Gutek. Przy tej okazji kilka razy byłam tutaj na dłużej. Tutaj jest pochowany Helmut Kajzar, który był bardzo ważną postacią w moim życiu. Poznałam go w młodości, pisałam na jego temat pracę magisterską. Wydaje mi się, że znajomości z młodości są formatujące. Jego "Manifest teatru meta-codziennego" jest dla mnie bardzo ważny. Przytoczę taki fragment "Postaraj się z codziennego krojenia chleba, uczynić krojenie tortu urodzinowego".

Mam wrażenie, że te słowa są idealnym odzwierciedleniem tego, jak Pani podchodzi do życia.

Staram się. Jego słowa są moim mottem.

Wracając do cieszyńskiego teatru, to właśnie w jego wnętrzach, w 1974 roku, kręcono jedną ze scen "Ziemi obiecanej". Wiedziała Pani o tym?

Nie wiedziałam o tym, ale już wiem, która to scena. To wymarzony obiekt do filmu.

Skoro to już kolejny Pani raz w naszym regionie, proszę powiedzieć, jak wraca się w te strony?

To urocze miejsce pod każdym względem. Przywitała nas piękna pogoda, a wtedy chce się uśmiechać, chce się żyć. Tutejsza publiczność jest żywa, obyta z teatrem, ze sztuką.

"Kolacja dla głupca" to uznany klasyk komedii, zarówno filmowej, jak i teatralnej. Jak grać klasykę, by zaciekawić widza?

To żywy tekst, bardzo dobry. Reżyseria Cezarego Żaka jest niezwykle inteligentna i błyskotliwa. Ma mnóstwo energii, którą zaraża wszystkich. Więcej nie trzeba kombinować.

Nie jest tajemnicą, że scena była Pani miłością od czasów szkolnych, ale sięgnijmy pamięcią do momentu, w którym po raz pierwszy zafascynowała się Pani jogą.

To był przypadek. Zawsze lubiłam aktywność fizyczną. W młodości parałam się m.in. akrobatyką i jazdą konną. W szkole teatralnej też było dużo różnych aktywności. Pamiętam jednak, że kiedy byłam już dorosła, polubiłam pilates. Ćwiczyłam też sama. Korzystałam z kaset, na których ćwiczenia prezentowała Jane Fonda. To było fantastyczne. Wydawało mi się, że nic mi więcej nie potrzeba. Wtedy koleżanka zaprosiła mnie na jogę. Z początku nie chciało mi się iść, pomyślałam, że będzie to dla mnie za mało aktywne. Od pierwszych zajęć jednak czułam, że to jest to.

Czy to rodzaj aktywności dla każdego? 

Tak, zdecydowanie. To aktywność dla każdego.

Czy jest wsparciem także w intensywnym życiu zawodowym? Przypomnijmy, że m.in. dzięki sprawnemu łączeniu kariery w Szwecji i Polsce, dużo czasu spędza Pani w podróży.

Oczywiście. Joga pomaga w koncentracji, balansie psychicznym i fizycznym. To panaceum.

A czym zafascynował Panią szwedzki rynek filmowy? 

Moją przygodę ze szwedzkim rynkiem filmowym rozpoczęłam w latach 90. Duże różnice były zawarte w komforcie pracy, 8-godzinnym trybie pracy. Pracuje się dosyć podobnie, jednak ludzie są bardziej zrelaksowani, lepiej przygotowani.

Czy kiedy realizuje się Pani na zagranicznym rynku, zdarza się Pani tęsknić za Polską?

Bardzo. Granie w języku ojczystym jest ogromnym komfortem.

Wyobraża Pani sobie taką sytuację, w której zrezygnowałaby z realizowania projektów polskich lub zagranicznych, by w całości poświęcić się aktywności zawodowej w jednym z omawianych w rozmowie krajów?

Gdybym musiała wybierać, wybrałabym polski rynek filmowy.

Jako Aleksandra Chodakowska, mama Marcina i Olka Chodakowskich po raz pierwszy pojawiła się Pani w 1011. odcinku serialu „M jak miłość”. Czy zanim dołączyła Pani do obsady, miała w nim swoje ulubione wątki i bohaterów?

Nie. Nie śledziłam losów bohaterów, przyjęłam tę propozycję roli. Jestem zadowolona, że to zrobiłam. Miałam dużo szczęścia, że trafiłam akurat do wątku rodziny Chodakowskich. Gram m.in. z Mikołajem Roznerskim, Adą Kalską, Maurycym Popielem, Iloną Janyst. Uważam, że to fajni, mili ludzie.

Czy wieloletnie wcielanie się w jedną postać, choć do pewnego stopnia szufladkuje?

Poczytuję to sobie raczej jako pozytywną reakcję widzów. Aleksandra jest lubiana. Pracowałam na to, ponieważ na początku była postacią negatywną, przez co nie miała zbyt wielkich szans u widowni. Poprzez wcielanie się w Aleksandrę zyskuję też kredyt zaufania u widzów, których spotykam w teatrze.

Kompletnym przeciwieństwem Aleksandry jest Krystyna Filar, matka Janusza, która po raz pierwszy pojawiła się w 73. odcinku serialu "Zaraz wracam". Czy swego rodzaju złamanie, którą postać posiada, tworzy dodatkowy atut do grania?

To bardzo atrakcyjne dla aktora. Konflikt jest atrakcyjny do grania. Najważniejsze są emocje. Najgorsze do grania są takie „ciepłe kluchy”. (śmiech) 

To wyrazistość zdecydowała, że zechciała Pani tę rolę przyjąć?

Tak, podobało mi się to.

Nie jest to jedyna mroczna postać w Pani dorobku, albowiem w serialu "Na dobre i na złe", w latach 2005-2006, wcielała się Pani w profesor Annę Sulak-Hartmann, która także miała wiele za uszami. Czy to właśnie Aleksandra z "Emki" i profesor Hartmann są postaciami, z którymi jest Pani najczęściej kojarzona przez widzów?

Tych ról jest wiele. Najbardziej jestem kojarzona chyba z "Piłkarskiego pokera", "Ekstradycji" i "Wiernej rzeki". Wiadomo, że filmy, które nie są za często powtarzane w telewizji, aż tak nie zapadają w pamięci widzów. Bardzo lubiłam też "Szpilki na Giewoncie".

Oj, tak. Mogła tam Pani pokazać góralską energię.

Język, gwara... To było bardzo atrakcyjne, ale i trudne.

Myśli Pani, że powrót tego serialu po latach spodobałby się widzom? Oczywiście, z wątkami osadzonymi w dzisiejszej codzienności.

Trudno powiedzieć. Nie musieliby to być nawet wyłącznie ci bohaterowie, do których widzowie byli przyzwyczajeni.

Mandaryna o życiu w blasku reflektorów i domowym zaciszu [WYWIAD]

Mandaryna o życiu w blasku reflektorów i domowym zaciszu [WYWIAD]




















fot. Mariola Morcinková

Marta „Mandaryna” Wiśniewska była gwiazdą ostatniego przystanku Projektu Zima TVN, który zagościł w Wiśle w jeden z lutowych weekendów. Z red. Mariolą Morcinkową wokalistka rozmawiała o fenomenie utworu „Ev’ry Night”, zdefiniowała pojęcie wolności w tańcu i szczerze wyznała, czego nauczyło ją życie z cukrzycą.

Mam wrażenie, że z jednej strony jest Pani osobą, która potrzebuje świateł, muzyki i publiczności, z drugiej zaś rodziny i spokoju. Mam rację?

Jak najbardziej. Myślę, że to łączy mnie z wieloma kobietami. Lubimy robić swoje w świetle reflektorów. Mam artystyczną duszę, bardzo tego potrzebuję, karmi mnie to energetycznie. Lubię dawać ludziom dużo swojej energii, ale też ją otrzymywać. To niesie mnie przez kolejne dni. Prawdą jest jednak również to, że uwielbiam domowe zacisze, kocham spotykać się z bliskimi, znajomymi, grać w planszówki. Od czasu do czasu lubię też poleniuchować.

Jak dziś definiuje Pani swoją tożsamość artystyczną?

Nie mam jednej definicji. Otwieram różne drzwi. Lubię to. Bywam czasem w dwóch skrajnych miejscach – we fleszach reflektorów i bardzo komercyjnym świecie, ale potem nadchodzi moment, w którym chcę też czegoś innego, a wtedy wpadam w świat niszowy, offowy, robię performance’y, które nie są dla każdego, bo nie każdy rozumie taki świat. Lubię być w jednej linii, próbując różnych rzeczy.

Dziś zdecydowanie bliżej Pani do tej dziewczyny, która potrzebuje sceny?

Tak. Kocham koncerty, energię, ludzi. Uwielbiam widzieć uśmiech na ich twarzach. Szczególnie w tych czasach jest bardzo ważne, by wyluzować się chociaż na chwilę, poskakać, sprawić, by przez moment nic nas nie obchodziło.

Pani twórczość od lat kojarzy się nie tylko z kultowymi hitami, o których będziemy rozmawiać, ale przede wszystkim z taneczną wolnością. Mówi Pani, że taniec jest dla Pani nie tylko sposobem na życie, ale też największą odskocznią. Czym jeszcze?

Taniec jest dla mnie powietrzem. Nie pamiętam momentu, w którym nie było go w moim świecie. Tańczę, odkąd zaczęłam chodzić i tak już będzie zawsze (śmiech). Taniec jest sposobem na wszystko. Od poprawienia kondycji, aż do wytańczenia złych emocji.

Jaka jest Pani definicja wolności w tańcu?

Specjalizuję się w hip-hopie, a to prawdziwy taniec wolności. Ma on oczywiście swój kręgosłup taneczny, ale czerpie z różnych innych stylów. Można go tańczyć nie tylko do każdej muzyki, ale przede wszystkim po swojemu. Najfajniejsze jest to, że kiedy przepuścisz te dźwięki przez siebie, za każdym razem otrzymasz inną historię, podarowaną przez drugiego człowieka. To właśnie wielowymiarowość jest najfajniejsza w tańcu. Wszystko zależy od tego, jaki masz dzień, co chcesz w danej chwili za jego pomocą wyrazić i jaką masz w sobie ekspresję.

Czy daje on więcej wolności niż muzyka, czy jest raczej jej dopełnieniem?

Dla mnie to połączenie jednego z drugim, natomiast taniec daje dużo większą wolność.

Gdyby życie postawiło Panią przed wyborem pomiędzy muzyką a tańcem, wybrałaby Pani pewnie taniec, prawda?

Oj, chyba nie umiałabym wybrać (śmiech). Kocham jedno i drugie.

Co takiego daje taniec, czego nie dają inne formy aktywności?

Wspomnianą wolność i to, że w taniec zaangażowane jest tak naprawdę całe ciało. Niemożliwe, by taniec porwał nas, gdy mamy głowę pełną innych rzeczy. Trzeba się wyłączyć i zrobić coś dla siebie. W tańcu można wszystko z siebie wyrzucić.

Czy każdy może nauczyć się tańczyć?

Oczywiście. Nauczyć się tańczyć może każdy, kto po prostu kocha muzykę.

Finał Projektu Zima nie jest Pani pierwszą okazją do bycia w Wiśle i okolicach. Jak się wraca w te strony?

Wspaniale. Góry są cudowne. Kocham snowboard, więc kiedy tylko mogę, zakładam deskę i śmigam. Niestety robię to bardzo rzadko.

Usłyszymy dziś kultowe już zdanie, „znacie Ev’ry night”?

Mam nadzieję, że tak.

Co ma w sobie ten utwór, że od lat budzi tyle pozytywnych emocji?

„Ev’ry Night” to już nie jest utwór, a całe zjawisko społeczne. Zawarte jest w nim wszystko – od uśmiechu, przez dobrą zabawę, aż po wiele ludzkich historii. Ta piosenka dlatego stała się tak kultowa, bo już nie jest tylko piosenką.

Jak Pani patrzy na ten utwór po latach? Nie miała Pani takiego momentu w swoim życiu, w którym świadomie przestała go lubić?

Miałam momenty, w których nie chciałam już go śpiewać. Teraz też nie muszę, bo wszyscy robią to za mnie (śmiech).

Mój ulubiony utwór z Pani repertuaru to zdecydowanie „Stay together”. A które swoje utwory z lat ubiegłych darzy Pani szczególnym sentymentem?

Bardzo lubię swoje pierwsze płyty, ponieważ były bardzo beztroskie, młodzieńcze i bardzo moje. Szczególnym sentymentem darzę też swoją trzecią płytę i utwór „Chemical”. Ma w sobie coś innego i moją zadziorną duszę.

Każdy artysta na przestrzeni lat przechodzi muzyczną przemianę. Jak opisałaby Pani swoją?

Człowiek dojrzewa z każdym dniem. Na początku inspiruje się czymś innym, potem to ewoluuje. Cały czas jestem w podobnej stylistyce, dopasowanej nieco do tego, co dzieje się obecnie. Grają mi w duszy różne projekty, po które sięgnę pewnie z czasem.

Jak w tym czasie zmieniała się Pani jako człowiek?

Oj, bardzo (śmiech). Kiedy oglądam programy, w których wystąpiłam blisko dwadzieścia lat temu, różnie o sobie myślę. Jednak, młodość ma swoje prawa. Dziś jestem matką dojrzałych dzieci, uczę ich, jak być dobrym człowiekiem. Występują ze mną na scenie, wnosząc na nią dużo dobrej energii, a ja wykorzystuję to, jak tylko mogę.

Wróciłaby Pani do siebie sprzed lat?

Tak.

Diagnoza cukrzycy w wieku 27 lat była dla Pani, jak dla każdego, ogromnym życiowym wyzwaniem. Jak to doświadczenie zmieniło Pani spojrzenie na świat i życiowe priorytety?

Ta diagnoza uświadomiła mi, że nic nie trwa wiecznie, że życie jest zaskakujące. Pokazała mi, że w każdym momencie może dopaść nas coś, z czym musimy się zmierzyć. Lepiej, kiedy ta choroba idzie ze mną w parze. Gorzej, gdybym musiała z nią walczyć. Z cukrzycą musiałam się zaprzyjaźnić. Już wiem, jak ważna jest profilaktyka i to, by o siebie dbać. W cukrzycy najbardziej podoba mi się to, że znajduje czas dla siebie, uważniej patrzę na to, co jem.