czwartek, 30 maja 2024

Z Nowickim po drodze, z Nowickim w Cieszynie [WYWIAD]

Z Nowickim po drodze, z Nowickim w Cieszynie  [WYWIAD]













fot. Małgorzata Krawczyk 
1 marca w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie wystawiony został spektakl "Miłość i polityka", wyreżyserowany przez Annę Oberc. Na scenie pojawił się między innymi Łukasz Nowicki, z którym red. Mariola Morcinkova rozmawia o Cieszynie, wspomnieniach z nim związanych, nowych miejscach, które tu odkrywa oraz o podcaście "Z Nowickim po drodze".
Po raz kolejny spotykamy się w Pana ukochanym Cieszynie. O Teatrze im. Adama Mickiewicza za każdym razem mówi Pan jak o miejscu wyjątkowym.
To prawda. Zawsze cieszę się, kiedy tu jestem. Przyznam jednak, że martwię się, ponieważ szykuje się remont. Mam nadzieję, że Teatr im. Adama Mickiewicza zachowa swój styl, elegancję i "Ziemię obiecaną", która przecież była tutaj kręcona. Ufam, że planowane zmiany zostaną przeprowadzone w mądry sposób i sprawią, że cały charakter i energia tego miejsca pozostaną niezmienne. 
O Cieszynie ostatni raz rozmawialiśmy blisko dwa lata temu. Już wtedy nie ukrywał Pan, że choć po polskiej stronie ma wiele ulubionych miejsc, to właśnie z Czeskim Cieszynem ma najwięcej skojarzeń. Lubi Pan Hotel Piast, słynną karczmę, w której przesiadywał Jaromir Nohavica oraz restaurację Da Capo. Jakie są jeszcze miejsca po czeskiej stronie Cieszyna, do których lubi Pan wracać?
W tej kwestii nic się nie zmieniło. Z racji życiowych zmian, moja wiedza na temat Czeskiego Cieszyna się nie poszerzyła. Ostatnio mało tutaj bywam. Nie wiem, czy jest to możliwe od strony technicznej, ale namawiam organizatorów, by zagrać kiedyś jakiś spektakl po czeskiej stronie, w Těšínském divadle, czyli na polskiej scenie Teatru Cieszyńskiego. To jedyny po czeskiej stronie Cieszyna teatr z polskim zespołem, gdzie w ramach abonamentu można oglądać przedstawienia w języku polskim. Mimo że bardzo lubię ten teatr, moim marzeniem jest, by zagrać po tamtej stronie.
Kocham Śląsk Cieszyński niezależnie od tego, czy znajduję się po jednej, czy po drugiej stronie Olzy. Tutaj na szczęście walory przyrodnicze się nie zmieniają. Ostry pozostaje Ostrym, a Kozubowa Kozubową (śmiech).
Niezmiennie zachwycam się architekturą Cieszyna. Zawsze, kiedy tu przyjeżdżam, spaceruję jego uliczkami. Uwielbiam to. Niestety, dziś pada deszcz, więc tego nie zrobię. To miejsce bliskie memu sercu.
Gdyby miał Pan przytoczyć jedno wspomnienie związane właśnie z Cieszynem i okolicami, na jakie mogłoby paść?
Nieopodal, w Kocobędzu, brałem ślub, więc to takie mocne wspomnienie (śmiech). Pamiętam też moment, w którym w jednym z tutejszych hoteli witaliśmy gości. W mojej pamięci zapisały się też chwile, kiedy podróżowałem pociągiem między polską a czeską stroną Olzy. Za każdym razem patrzyłem z radością, że jednak ten piękniejszy Cieszyn jest po polskiej stronie (śmiech). 
Z pewnego rodzaju rozrzewnieniem, które wiąże się z sentymentalizmem i wiekiem, wspominam również budki graniczne na moście i ten moment, kiedy z dozą niepewności sprawdzałem, czy nie zapomniałem dokumentów. Z tyłu głowy miałem zawsze myśl, że musiałbym wracać do Warszawy i ponownie ruszyć w drogę. 
Niedawno po raz pierwszy trafiłem do niezwykle klimatycznej kawiarenki "Kornel i Przyjaciele". To czarujące miejsce, którego wcześniej nie znałem. Można więc powiedzieć, że cały czas odkrywam i poznaję tu nowe zakamarki.
W cieszyńskim teatrze zagrana została francuska komedia Pierre’a Sauvila "Miłość i polityka" w przekładzie Barbary Grzegorzewskiej i w reżyserii Anny Oberc. W czym, Pana zdaniem, tkwi sukces tej sztuki?
Mam bardzo nieobiektywny stosunek do tego tytułu. Jestem tutaj już z czwartym spektaklem i o żadnym nie mógłbym powiedzieć, że tak bardzo go lubię. Wcielam się w rolę premiera Francji Bertranda Guérauda, potwornego łotra, skorumpowanego cwaniaka z dużą ilością wdzięku. To człowiek, który milionami euro operuje na lewo i prawo, rozstawiając wszystkie pionki na szachownicy polityki.
Tekst tej francuskiej sztuki jest niezwykle współczesny i aktualny. Każde zdanie, które w niej pada, można przenieść na polski grunt. Choć padają w niej proste zdania, widowni bardzo się to podoba. W spektaklu "Miłość i polityka" pojawia się również wiele metafor. Łotrów gra się przyjemnie (śmiech).
Za pośrednictwem spektaklu, widz przenosi się do miejsca, gdzie miłość, władza i pieniądze stanowią stawkę w nieustannej walce. Proszę opowiedzieć coś więcej.    
Intryga jest oczywiście typowo komediowa. Pojawia się Bouladon, którego na zmianę z Jackiem Kopczyńskim gra Mariusz Drężek. To on znalazł coś na Bertranda Guérauda i go szantażuje. Mój bohater w ogóle się go nie boi, bo jest prawdziwym rekinem oszustw. Jednak okazuje się, że Bouladon ma dokumenty, które mogą premiera Francji, w którego się wcielam, pozbawić stanowiska. W zamian za nieopublikowanie tych dokumentów, Bouladon żąda jego żony. W tej roli zobaczyć można Marysię Wieczorek lub Melanię Grzesiewicz. To dość orginalny szantaż, ponieważ nie chce on pieniędzy, które tak naprawdę mógłby dostać bez problemu.
To człowiek, który jak Pan mówi, co prawda kocha ojczyznę i żonę, ale mam wrażenie, że najbardziej zakochany jest w... pieniądzach. 
Zdecydowanie. Najśmieszniejsze jest to, że jest do tego stopnia zdeprawowany, że nie rozumie problemu. Jest zakochanym w sobie kabotynem.
Czy jest jakaś cecha, którą świadomie podarował Pan premierowi? 
Oboje bardzo lubimy wino. On ma mnóstwo posiadłości na całym świecie, a ja mam mieszkanie w Albanii. To, co nas dzieli, to chociażby to, że ja nie gram w golfa. No i zdecydowanie bardziej kocham swoją żonę niż on (śmiech).
Jak zachęciłby Pan do obejrzenia spektaklu "Miłość i polityka"? 
Uwielbiam ten spektakl, ten tekst i lubię grać tę rolę. Kiedy wchodzę na scenę, jestem zawsze z tego powodu szczęśliwy. Nie wiem, czy to wystarczająca zachęta, ale proszę mi wierzyć, że warto usiąść na widowni i zobaczyć aktorów, którzy lubią to co robią. Nie robimy tego ani dla pieniędzy, ani dlatego, by odfajkować kolejny tytuł w swoim dorobku.
Dla mnie ten spektakl jest jedną z ważniejszych rzeczy, które zrobiłem. To komedia lekka, ale dająca do myślenia. Zapraszam do teatrów w całej Polsce.
Mimo że woli Pan, kiedy to Panu zadaje się pytania, a nie odwrotnie, to na początku 2023 roku postanowił Pan zaryzykować i powołać do życia podcast "Z Nowickim po drodze". 
Gościem pierwszego odcinka był Sebastian Mikosz, były prezes LOT-u i Kenya Airways.
W zapowiedzi tego odcinka użył Pan ciekawego sformułowania, nazywając siebie "gawędziarzem marzeń". Mam wrażenie, że kiedy pojawił się pierwszy odcinek, zmienił Pan status z "gawędziarza" na realizatora swoich marzeń.
 Jest dokładnie tak, jak pani to ujęła. Stałem się realizatorem marzeń. Przez czternaście lat prowadziłem program, w którym zadawałem pytania. Nie były one tworzone przeze mnie, a długość rozmowy była mocno ograniczona czasem antenowym.
Nie jestem dziennikarzem z zawodu, ale marzyłem, by móc przeprowadzić rozmowę na własnych warunkach. Nie chciałem w żaden sposób ograniczać jej czasu. Czułem, że chcę zrobić to, na co mam ochotę i to zrealizować. Pomyślałem, że chciałbym przyjeżdżać do swoich gości. Kiedy jesteśmy zapraszani do jakiegoś programu, trzeba dojechać pod dany adres. Tu jest inaczej. Lubię campery i podróże. Uwielbiam być w drodze, więc to ja przemierzam trasę, by przyjechać do gościa.
Fascynujące jest dla mnie to, że mogę zapraszać kogo chcę. To podcast, który powolutku zdobywa swoją przestrzeń. Nie jest klikalny, bo nie zapraszam topowych gwiazd. Nie mam gigantycznych zasięgów. Nie mam za sobą mocnego wsparcia w postaci portalu, gazety lub rozgłośni. Sam wybieram gości, sam montuję, sam piszę wstępniaki. Jadąc do Cieszyna, montowałem kolejny odcinek. Przeniosłem się do Urugwaju i na Wyspy Owcze. To właśnie tam żyje moja gościni, Kinga Eysturland.
To taki projekt, do którego dopłacam, nie zarabiam na nim. Realizuję swoją pasję. Nie wiem, na jak długo starczy mi paliwa. Obecnie realizuję trzeci sezon. Ostatnio nagrałem kolejne dwie rozmowy. Jednym z moich gości będzie wspaniały botanik, Artur Zagajewski. Ciekawie zapowiada się także podcast, którego twarzą będzie człowiek podróżujący po Polsce ze swoim kotem i pomagający ludziom. Chciałem, by mój program przybliżał też sylwetki osób, które nie są znane, a mają ciekawe historie. Każdy z gości może stać się inspiracją dla innych, co z kolei może pomóc mu w rozwijaniu swojej pasji. 
Mam oczywiście ludzi, którzy mi pomagają i jestem im za to bardzo wdzięczny. 
Jestem ciekaw, w którą stronę to pójdzie. Czy w stronę moich marzeń i uda mi się kiedyś pojechać w Bieszczady do jakiegoś drwala, usiądziemy na pniu i porozmawiamy, czy raczej program zostanie utrzymany w stylu warszawskim.
Oczywiście pojawiają się też tacy goście jak polski dziennikarz, pisarz i popularyzator historii Bogusław Wołoszański czy himalaista Piotr Pustelnik. Uwielbiam ten program.
W ten sposób połączył Pan dwie miłości - tę do podróżowania i rozmów z drugim człowiekiem. Jaka była droga od pomysłu do realizacji?
Pomysł rozwijał się we mnie przez długi czas. Jestem mistrzem planowania i gadania o tym, co zrobię (śmiech). Tu jednak na gadaniu się nie skończyło. 5 lutego 2023 roku mój podcast wystartował. Jako pierwsza światło dzienne ujrzała rozmowa z listopada 2022 roku, ponieważ z racji tego, że umarł mój ojciec, premiera została przesunięta w czasie.
Za mną już dwadzieścia trzy rozmowy, dwa odcinki "The best of". W tym sezonie nagram jeszcze pięć odcinków. Łącznie będą dostępne trzydzieści dwa odcinki. Jest szansa, że powstanie z tego książka.
To moje największe szczęście, największa pasja. Moment, w którym zbieram materiały, przygotowuję się i robię research, jest moim ulubionym. Nie lubię natomiast promocji, wrzucania postów do mediów społecznościowych i reklamowania się. Nie umiem tego robić. Promowanie mnie nie kręci. Akurat w tej kwestii byłoby łatwiej, gdyby stał za mną jakiś potężny koncern.
Rozmowy realizowane są w camperze, miejscu, które na pierwszy rzut oka nie nadaje się do nagrań. 
Jest idealne.
Jak camper jako miejsce rozmów odbierany jest przez gości?
Bardzo pozytywnie. Szczególnie gdy podjeżdżam pod czyjś dom. Gość wychodzi w kapciach, najczęściej z kawą. Studio jest przygotowane. Najpierw robimy sobie parę zdjęć i zaczynamy rozmawiać. Godzę się na to, by ten podcast nie był idealny. Zdarza się, że w tle naszej rozmowy słychać przejeżdżające samochody. Czasem ktoś do nas zapuka. To wszystko zostaje w tych rozmowach zachowane. Tak ma być. Rozmowa ma być w drodze, a kiedy w niej jesteśmy, nie jesteśmy w sterylnych, studyjnych warunkach. Samochód ma dobre właściwości tłumiące. Akustyka jest dobra.
Mam wrażenie, że rozmowa w camperze dla gości jest zdecydowanie mniej stresująca, niż gdyby miała się odbywać przed kamerą.
Dokładnie tak. Każdy to podkreśla. Gdybym myślał o zasięgach, byłaby to rozmowa wideo. W dzisiejszych czasach liczy się obraz. Nagrania audio są mniej popularne. Upieram się jednak, aby było to radio w starym stylu. Żebyśmy nie musieli wyglądać idealnie. A radio to nie tylko głos, ale też pewnego rodzaju tajemnica.
Ile przejechał już Pan kilometrów, zmierzając do swoich rozmówców?
Oj, to były setki kilometrów. Gdybym zarabiał na swoim programie, mógłbym zrealizować swoje marzenie, jeździć po Polsce, odwiedzić Bieszczady, a nawet Cieszyn i realizować rozmowy na terenie całego kraju. 
W 22. odcinku rozmawiał Pan z Łukaszem "Knopkiem" Konopką, lektorem Netflixa. Rozmawialiście o potędze ludzkiego głosu i urządziliście bitwę na głosy. Kto wygrał?
Ja (Śmiech). Łukasz "Knopek" Konopka jest wybitnym lektorem. Jest jednym z najbardziej pracowitych ludzi, których spotkałem na swojej drodze. Jest tancerzem. Swego czasu w ogóle nie zajmował się głosem. Wszystkiego nauczył się sam.
Pana najbliższe plany zawodowe to przede wszystkim trasa ze spektaklami oraz realizacja kolejnych odcinków podcastu. Może szykuje się coś jeszcze?
Ruszamy w kolejną trasę ze spektaklem "Miłość i polityka". Skupiam się także na moim podcaście "Z Nowickim po drodze". Być może czekają mnie też próby do nowej sztuki, ale nic więcej powiedzieć nie mogę. Zaczynam już myśleć o mojej wakacyjnej wyprawie do Norwegii i Serbii. Podróże są chyba dla mnie teraz najważniejsze.

Artur Gadowski nie tylko o muzyce [WYWIAD]

Artur Gadowski nie tylko o muzyce  [WYWIAD]

















fot. Paweł Lacheta

1 lutego w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie zespół Ira zaprezentował repertuar koncertu "Ira - Akustycznie", który jest kontynuacją jubileuszu 35-lecia zespołu.

Artur Gadowski opowiadał nie tylko o koncertach. Pokusił się również o krótkie podsumowanie dotyczasowej działalności zespołu, choć jak sam przyznał, zamiast żyć wspomnieniami, woli skupiać się na tym, co tu i teraz.

Frontman grupy zdradził również, jak ważną rolę w powrocie zespołu na scenę po przerwie, która nastąpiła w drugiej połowie lat 90. ubiegłego roku, pełnił...internet.

Lider legendarnego zespołu Ira, muzyk, kompozytor, autor tekstów a prywatnie - kolekcjoner płyt. Słowem wstępu - wszystko się zgadza? (Śmiech)

Wszystko się zgadza (Śmiech.) Z tym kolekcjnowaniem płyt bym nie przesadzał, bo nie mam ich znów w tak strasznie dużej ilości. Choć to prawda, że wspominałem o nich ostatnio na swoim profilu na Facebooku, bo od czasu do czasu trzeba je przewietrzyć i ich posłuchać.

Czy jak na frontmana legendarnego zespołu rockowego przystało, słucha Pan właśnie przede wszystkim rocka, czy jednak gustuje w innym gatunku muzycznym?

Nie. Słucham bardzo różnej muzyki. W kręgu moich zainteresowań nie ma disco polo, nie ma elektronicznego popu, muzyki techno i hip-hopu, ale cała reszta - jak najbardziej.

Cieszyn i okoliczne miasta często znajdują się na koncertowej mapie Iry. Jak wraca się w te strony?

Z przyjemnością. Gdyby tak nie było, nie przyjeżdżalibyśmy tutaj. Od lat przywozimy stąd dobre wspomnienia. Zawsze wracamy z przyjemnością.

Akustyczne wersje swoich największych przebojów, ale także nowsze utwory zagraliście w Teatrze im. Adama Mickiewicza. Mówi się, że to miejsce magiczne...

Po próbie miałem przyjemność obejrzeć tutejszy teatr, bardzo mi się podoba.

Trasa ta jest kontynuacją jubileuszu 35-lecia zespołu. Kiedy to minęło? (Śmiech.)

Choć kontynuujemy obchody 35-lecia, na scenie jesteśmy już od trzydiestu sześciu lat. Staram się o tym nie myśleć, ponieważ to taka ilość czasu, że wszystkiego nie można zapamiętać, a jak wiemy, pamięć płata figle. Czasem, niektóre rzeczy zapamiętujemy inaczej niż to miało miejsce. Kiedy rozmawiam z kolegami, często łapiemy się na tym, że każdy z nas zapamiętuje zupełnie inne szczegóły. Choć oczywiście wracamy do pewnych momentów, to staramy się żyć dniem dzisiejszym a nie wspomnieniami. (Śmiech) 

Gdyby miał Pan te 35 lat zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

 Oj, nie da się. (Śmiech) 

Wróćmy na moment do przeszłości. W drugiej połowie lat 90. zespół Ira zawiesił działalność, a Pan rozpoczął karierę solową. W wielkim skrócie - do powrotu zespołu na scenę mobilizowały dwa czynniki - fani i... raczkujący wówczas internet. Zastanawiał się Pan kiedyś nad tym, czy gdyby nie pojawiło się wtedy nowe medium, moglibyście już nie wrócić na scenę jako zespół?

Na pewno nie wrócilibyśmy na scenę w tym składzie. Dowiedzieliśmy się wtedy, że nadal istnieją fani zespołu Ira. Nie były to tylko osoby, które nas znały i widziały nas wcześniej na koncertach i słyszały nasze płyty, tylko były to zupełnie nowe osoby, które wcześniej nie miały okazji być na naszych koncertach. Śledziliśmy ich rozmowy na czatach internetowych, które prowadzili na stronie, którą sami założyli. Zorientowaliśmy się, że kiedyś chcieliby być na naszym koncercie. Postanowiliśmy wtedy z kolegami, że musimy to naszym sympatykom dać, musimy wrócić na scenę i dalej grać koncerty.

W 2002 roku wróciliście, a wraz z Wami pojawiła się płyta "Tu i teraz".

 Mogliśmy ogłościć swój powrót i zagrać stare piosenki, ale chcieliśmy być uczciwi. Postanowiliśmy, że powodem naszego powrotu będzie nowa, wspominana podczas naszej rozmowy płyta "Tu i teraz".

"Jutro" to Wasz dwunasty już album studyjny. Na rynku pojawił się w czasie pandemii, 14 maja 2021 roku, czyli blisko pięć lat po wydaniu Waszej ostatniej płyty. Do tego, że trzeba było tak długo czekać, przyczyniła się m.in. pandemia. Co jeszcze?

Pandemia była na pewno czynnikiem spowalniającym wydanie płyty. Jednak, jeśli chodzi o tę warstwę muzyczną, to nam dobrze zrobiło, ponieważ dopisałem kilka piosenek, które pewnie, gdyby nie pandemia, prawdopodobnie w ogóle by nie powstały. To jedyny plus z tego czasu, kiedy wszyscy siedzieliśmy w zamknięciu, bez wykonywania swojej pracy. (śmiech)

Gdyby miał Pan wskazać swój ulubiony utwór z płyty "Jutro", na jaki mogłoby paść?

 Bardzo lubię "Piękny kraj".

Na pewno wyjątkowym dla Pana utworem jest "Zimowa", albowiem poza tym, że napisał Pan do niej słowa, wyreżyserował Pan również teledysk. Mówi Pan, że nie umie opowiadać o piosenkach, ale może jednak coś Pan o "Zimowej" powie. (Śmiech) 

Teledysk również zmonotowałem, bo nie było chętnych. Lubię tę piosenkę. Ma zimowych klimat, choć zimy nie lubię, ale piosenki o takim klimacie od zawsze do mnie przemawiały. Dużo jest takich wykonawców, których lubię za to, że są smutni. (Śmiech)

(Śmiech) Z czego to wynika?

Lubię smutne piosenki.

Jaka jest Pana ulubiona smutna piosenka?

Nie wiem, czy mam taką. Tu chodzi raczej o sam klimat. To są wszystkie piosenki, które mają jakiś taki smutek w sobie. Zawsze chwyta mnie to za serce.

Skąd pomysł na taką realizacje teledysku do utowru "Zimowa"? Czym Pan się inspirował?

Teledysk powstawał bardzo spontanicznie. Znajomy, który dysponuje teatrem, udostępnił nam salę, w której nakręciliśmy zdjęcia zespołu. Kolejna osoba zaproponowała, że możemy wykorzystać jego zabytkowe auto... Gdyby ekipa zawodowców zobaczyła, w jaki sposób ten teledysk powstawał, wyśmiałaby nas. (Śmiech) Jednym słowem - korzystaliśmy z tego, co było dostępne.

Skupiacie się teraz przede wszystkim na trasie akustycznej i kontynuacji oobchodów 35-lecia zespołu, czy jednak myślicie już o kolejnym krążku? W jakim klimacie będzie utrzymany?

Przygotowujemy nowe wydawnictwo, ale jeszcze nic nie powiem, bo prace nam się na ten moment zatrzymały. Nikt i nic nam nie pomaga, pracujemy nad metariałem, który sobie wymarzyliśmy. Efekty będzie można poznać pod koniec roku.

Na koniec wspomnijmy jeszcze o piosence "Wiara", która z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy związana jest od drugiego finału. Sentyment do utworu pewnie pozostał, prawda?

Tak, oczywiście. Podczas koncertu w Cieszynie "Wiara" również wybrzmiała.

Pan 32. finał wsparł m.in. poprzez wystawienie na aukcję kolacji w swoim towarzystwie. Wylicytowana została za 3 750 zł.

Strasznie droga ta kolacja (Śmiech) Będę się dwoił i troił, by to był świetny czas.


środa, 8 maja 2024

Tomasz Dedek o teatrze i "Rodzinie zastępczej" [WYWIAD]

Tomasz Dedek o teatrze i "Rodzinie zastępczej" [WYWIAD]




























fot. Agencja Gudejko / archiwum

Od 21 do 23 marca w Ustroniu odbywały się 25. Ustrońskie Spotkania Teatralne - USTa. W sobotę, 23 marca jako ostatni wśród festiwalowych propozycji wystawiony został spektakl "Prezent urodzinowy". Miałam okazję rozmawiać z aktorem. Opowiedział, w jakich okolicznościach założył konto na dawnym Twitterze, czyli portalu X. Przyznał również, czy otrzymał kiedyś nietypowy prezent i co, jego zdaniem, najfajniejszego jest w obdarowywaniu.

Na próżno szukać Pana oficjalnego profilu na Instagramie i Facebooku, ale za to, można Pana znaleźć na Portalu X, dawnym Twitterze. Dlaczego akurat to miejsce wybrał Pan do komunikowania się ze światem?

To był odruch. Nie pamiętam, ile lat temu założyłem tam konto, ale zapadło mi w pamięć, że zrobiłem to nad morzem, na plaży w Chałupach.

Czy jest szansa, że założy Pan kiedyś konto na Instagramie? (Śmiech) Może po naszym dzisiejszym spotkaniu coś się zmieni i zdecyduje się Pan na ten krok.

Kiedyś moja córka próbowała mi tam założyć konto. Wydaje mi się jednak, że właśnie Portal X, czyli dawny Twitter, jest dla mnie odpowiedni, by za jego pośrednictwem przekazywać różne treści.

Może po prostu jest również tak, że nie przekonuje Pana cukierkowa rzeczywistość, którą usilnie społeczeństwo lubi pokazywać na Instagramie? Nie wszystko jest tak cukierkowe, jak może się wydawać.

No właśnie. Tam wszystko wygląda trochę tak, jak byśmy nie wierzyli sami sobie i upiększali nie tylko świat, ale też swój wizerunek.

Dziś spotykamy się na 25. Ustrońskich Spotkaniach Teatralnych - "USTA". Czym jest dla Pana teatr?

Kiedyś teatr był dla mnie bardzo ważny, bo zaraz po ST trafiłem do Teatru Ateneum, z którym związany byłem ponad dwadzieścia lat. Moje życie jednak tak się potoczyło, że przez jakiś czas byłem tzw. wolnym strzelcem. Zawodowo nie był to mój najlepszy okres, ponieważ po zakończeniu moich serialowych przygód, wszystko ucichło, ale mimo to, był to bardzo fajny czas. Później dostałem propozycję współpracy od stołecznego Teatru Komedia, z którym związany jestem od ponad dziesięciu lat. Z Teatrem Capitol robimy przedstawienia, z którymi jeździmy po Polsce i dajemy ludziom radość. Przez wiele lat, kiedy byłem związany z Teatrem Ateneum, nie miałem okazji zagrać spektaklu komediowego, a teraz, na stare lata, dopadły mnie farsy. (Śmiech)

Nie jest to Pana pierwsza wizyta ze spektaklem w Ustroniu i okolicach, albowiem miał Pan też już okazję grać kilka lat temu m.in. w Cieszynie. Jak wraca się w te strony?

Cudownie się tutaj wraca. Moje pierwsze spotkanie z Cieszynem nastąpiło, kiedy przed laty, z Ateneum, w ramach Dni Teatru zagraliśmy spektakl "Trans-Atlantyk". Teatr w Cieszynie jest cudowny. To bez dwóch zdań wyjątkowe miejsce. Z tego, że mogę być tutaj po raz kolejny, jestem bardzo zadowolony.

Dziś zagrany zostanie spektakl "Prezent urodzinowy", który znajduje się w repetuarze stołecznego Teatru Capitol.

Spektakl wyreżyserował Jerzy Bończak, znakomity aktor, który od kilku lat bardziej skupia się na reżyserii.

Cała akcja toczy się w dwóch bliźniaczych apartamentach luksusowego hotelu.

W tych dwóch identycznych pokojach następuje pewne zabawne nieporozumienie, ponieważ do jednego z nich trafia zupełnie inna osoba niż ta, która miała się w nim pojawić. W trakcie akcji dowiadujemy się, o co w tym wszystkich chodzi. Więcej nie powiem. (Śmiech)

Pan wciela się w Boba, czyli jednego z dwóch bohaterów spektaklu, którzy otrzymują nietypowy prezent, jakim jest kolacja z kobietą swobodnych obyczajów.

Okazuje się, że tej kobiety tak naprawdę nie ma, bo to wszystko to spisek, który został uknuty przez jego przyjaciela. Bob jednak dobrze na tym wychodzi, ponieważ poznaje nową kobietę, z którą być może łączyłby swoją przyszłość, ale w ostateczności dochodzi do wniosku, że jednak spędzenie dwudziestu lat z żoną było czymś pięknym.

Jaki najbardziej nietypowy prezent Pan dostał na urodziny?

Dostaję zazwyczaj typowe prezenty lub też nie dostaję ich w ogóle.

Jak wynika z ankiety, na którą natknęłam się, kiedy przygotowywałam się do naszej rozmowy, aż 64 proc. Polaków woli dawać niż dostawać prezenty. Pan jest w której grupie?

Ja uwielbiam dawać prezenty. Wszystko jedno, czy to są prezenty-niespodzianki, prezenty zamawiane. Lubię sprawiać ludziom radość. Mam nadzieję, że "Prezent urodzinowy", z którym przyjechaliśmy do Ustronia, również okaże się być trafionym podarunkiem dla tutejszej publiczności.

Co takiego ma w sobie "Prezent urodzinowy", czego nie mają inne spektakle?

Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, ale to fantastyczne przedstawienie. Przede wszystkim ma… mnie w szpilkach (śmiech). Tak, przyznaję, że chodzę w tej sztuce w dwunastocentymetrowych szpilkach (Śmiech).

Jak Pan się w nich czuje?

Niedobrze. Nie wiem dlaczego, strasznie bolą mnie biodra (Śmiech). 

Zaprośmy wszystkich na tę sztukę.

Z tym spektaklem jeździmy po całej Polsce. Obsada jest wymienna. Zapraszamy serdecznie. Szczegółowy terminarz znajduje się na stronie Teatru Capitol.

W roli Jerzego Olewicza w serialu "M jak miłość" pojawił się Pan po raz pierwszy w 1460 odcinku serialu. Co ciekawe, nie jest to Pana pierwsza rola w tym serialu, albowiem na samym jego początku, wcielał się Pan w rolę Roberta Kozielskiego, który razem z Krzysztofem Zduńskim (w tej roli Cezary Morawski, przyp. red.) prowadził hurtownię. Jak wspomina Pan tamten czas?

Ojej, to było tak dawno temu. Nie pamiętam za bardzo tego czasu, ale zapadło mi w pamięć, że Robert wylądował w końcu za kratkami. Moim największym zdziwieniem było to, jak oni to wymyślili. Interesowało mnie, jak Kozielski zostanie zlikwidowany, by Olewicz nie był tą samą postacią, ale kiedy wszedłem na plan po raz drugi, przeczytałem w scenariuszu, że Jerzy do jednego z bohaterów mówi, że w życiu robił różne złe rzeczy i… był w więzieniu. No, trzeba powiedzieć, że wyszło dosyć zgrabnie. Wierni widzowie serialu mogliby przypuszczać, że pojawienie się Jerzego w serialu jest kontynuacją wątku sprzed lat.

Jak wraca się na plan, na którym pracowało się przed laty?

To już zupełnie inny plan, ponieważ w serialu co rusz pojawiają się nowi bohaterowie. Jeśli ten serial nadal podoba się ludziom, to znaczy, że jest dobrze.

Mam wrażenie, że są dwie postacie, z którymi do tej pory jest Pan kojarzony przez widzów. To "Mały", człowiek "Dzikiego" z "Poranka Kojota" oraz Jędrula z "Rodziny zastępczej". Czy się mylę?

Tak, najczęściej jestem łączony z tymi dwiema postaciami. Powiedziałbym nawet, że z Jędrulą jestem kojarzony o wiele częściej niż z "Porankiem Kojota". Z Joasią Trzepiecińską, która w "Rodzinie zastępczej" wcielała się w Alutkę, mam okazję grać teraz w spektaklu "Jak Zabłocki na mydle".

Pamięta Pan jeszcze jakiś kultowy tekst z filmu "Poranek Kojota"?

Pamiętam, ale nie powiem. (Śmiech)

Co jakiś czas powtarzają się pytania widzów, czy jest jeszcze szansa na powrót "Rodziny zastępczej" po latach. Gdyby dostał Pan taką propozycję, zdecydowałby się ponownie zagrać Jędrulę?

Całą ekipą musielibyśmy się nad tym zastanowić.