piątek, 26 czerwca 2026

Andrzej Chyra o swoich najnowszych rolach, samotności, intuicji i sile kina [WYWIAD]

 Andrzej Chyra o swoich najnowszych rolach, samotności, intuicji i sile kina [WYWIAD]














fot. Małgorzata Krawczyk 

Andrzej Chyra jest jednym ze stałych bywalców Kina na Granicy. Opowiada o powrotach do Cieszyna, ale też o filmach ze swoim udziałem, które można było zobaczyć na mionionej, 28. odsłonie wydarzenia. 

Opowiada o kulisach wieloletniego powstawania filmu „Las“ w reżyserii Joanny Zastróżnej i „Klarnecie“ w reżyserii Toli Jasionowskiej.

Jest Pan jednym z weteranów tej imprezy, którzy w Cieszynie spędzili chyba rekordową liczbę majowych długich weekendów.

Przyjeżdżając na tę edycję, rzeczywiście uświadomiłem sobie, że jestem tutaj już kolejny raz. Za każdym razem, kiedy przyjeżdżam do Cieszyna, czuję się tutaj zadomowiony.

Pamięta Pan swoje pierwsze spotkanie z dyrektorem programowym polskiej części festiwalu, Łukaszem Maciejewskim?

Jestem prawie pewien, że po raz pierwszy spotkaliśmy się przy okazji, kiedy prowadził spotkanie po którymś z moich filmów. Było to bardzo dawno, więc chyba mogę zaryzykować stwierdzenie, że nasze kariery rozpoczęły się w podobnym momencie. (Śmiech)

Nie tylko rozmowy o filmach, ale też spotkania kuluarowe, po projekcjach, te więzy zacieśniają, prawda?

Tak. Łukasz jest wyjątkowym człowiekiem. Na polu krytycznym, w teatrze, ale też w filmie, przez lata bardzo dużo działał, pisał.  Rozumie, że festiwale są wyborem gustu, również takiego, który idzie czasem na kompromis. Uważam, że jest dobrze zorientowany i ma świadomość, jak filmy działają, a zatem może je umiejętnie łączyć. Ma ogromny talent do tworzenia dobrej atmosfery.

Dużym atutem cieszyńskiego festiwalu jest również to, że łączy miłośników kina polskiego, czeskiego i słowackiego. Jacy czescy przedstawiciele filmu są Pana ulubionymi?

Jednym z nich jest na pewno Miloš Forman. Lubię czeskie, starsze kino, zwłaszcza filmy z lat 60. Niektóre bardzo dobrze pamiętam. Kilka lat temu byłem nawet jednym z jurorów na festiwalu filmowym po czeskiej stronie, miało to miejsce w Plzni.

Spotykamy się po projekcji filmu „Las" w reżyserii Joanny Zastróżnej. To obraz bardzo atypowy. Czy właśnie w tej atypowości zawarty jest jego największy sukces?

Na jego sukces składa się na pewno to, co ta atypowość zawiera. Poszczególne warstwy tego filmu i wątki, z których się składa, tworzą napięcie dramatyczne. Jeżeli ktoś wejdzie w rytm tego filmu i otworzy się na jego urok, będzie zadowolony z efektu.

O tym projekcie mówi się również, że jest podróżą surrealistyczną. Jaką podróżą był dla Pana? Czego się Pan o sobie dowiedział, czego się nauczył?

Była to dla mnie podróż fascynują, trwająca bardzo długo. Była to podróż przez świat wyobraźni Joanny. To załapanie się na czyjś świat wyobraźni jest tym, co od zawsze fascynuje mnie w tym zawodzie. Zdjęcia do „Lasu" trwały osiem lat, a jego łączne konstruowanie trwało około czternaście lat, co sprawia, że był on jednym z najdłużej powstających polskich filmów. Był realizowany w większości z prywatnych środków, albowiem częściowe dofinansowanie z Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej otrzymał dopiero w późniejszym czasie. Opowiem jeszcze o kulisach powstawania naszego filmu. W tym okresie bardzo zmieniała mi się waga. Jej różnica w maksymalnych odchyleniu to piętnaście kilogramów. Ciekaw jestem, czy dla widza jest to zauważalne.

W tym filmie, dzięki właśnie wieloletniej pracy nad nim, można usłyszeć głos nieodżałowanego Franciszka Pieczki.

Fantastyczny człowiek.

A jak pracowało się z Joanną Zastróżną?

Joanna się uczyła. Przyszła ze świata, w którym pracowała wcześniej. Musiała się wielu rzeczy nauczyć. Praca nad tym filmem odbywała się poza normami topograficznymi. Tradycyjnych uwag, które słyszymy od reżyserów, nie było.

Natknęłam się na fragmenty Pańskich wypowiedzi, w których zwracał Pan uwagę na specyficzny, nieoczywisty i nieco "wykręcony" charakter scenariusza tej produkcji. Czy to właśnie te jego cechy zdecydowały, że postanowił Pan tę rolę przyjąć?

Oczywiście. Lubię sztukę i uważam, że jest czymś, czym nie umiemy się posługiwać i bawić. Uważam, że korzystania ze sztuki powinno uczyć się w szkołach. Uświadomienie tego, jak może być pobudzająca duchowo, jest rzeczą ważną.

Drugim filmem, który można było w Cieszynie zobaczyć, jest „Klarnet" w reżyserii Toli Jasionowskiej. Podobno, jego paradoksem jest to, że pokazuje świat kobiet, w którym brakuje mężczyzny, a ten brak staje się jego szczególną wartością.

Ten film wchodzi w pewną intymność z czułością, ale bez ekscesów, bez histerii. Intymność samotnych kobiet jest szczególna. Kiedy w danej historii obecny jest mężczyzna, tematy, które się porusza, są inne. Bardzo wiele osób przyznaje się, że płakało na tym filmie. „Klarnet" przez to, że dotyka świata bez mężczyzn, pokazuje potrzebę obecności tego brakującego pierwiastka.

Stworzył Pan postać, którą cechuje silna intuicja, która w dzisiejszym świecie, w moim odczuciu jest bardziej powszechna u kobiet, aniżeli u mężczyzn.

Chcieliśmy wyjść poza funkcjonujące w świecie przekonanie, że stereotyp określa prawdopodobieństwo charakteru. Myślę, że tacy mężczyźni się zdarzają. To, co prezentuje mój bohater, jest sposobem na spotkanie tych dwóch światów, kobiecego i męskiego, na nieco innej płaszczyźnie. To spotkanie jest bardzo głębokie, prawdziwe i intrygujące. Uważam, że udało nam się przełamać stereotyp spotkania dwójki ludzi. Ten film, w swojej delikatności i głębokiej intymności ma coś takiego, że wiele osób bardzo go przeżywa.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz