piątek, 26 czerwca 2026

Agnieszka Żulewska o filmie "Człowiek do wszystkiego" i (nie) tylko [WYWIAD]

Agnieszka Żulewska o filmie "Człowiek do wszystkiego" i (nie) tylko  [WYWIAD]















fot. Małgorzata Krawczyk 

Dla Agnieszki Żulewskiej 28. edycja Kina na Granicy była możliwością powrotu do Cieszyna. Okazją do spotkań z widzami były aż trzy filmy z jej udziałem, które można było zobaczyć. 

Opowiedziała o pracy nad filmem „Człowiek do wszystkiego" i współpracy z Anką i Wilhelmem Sasnalami, epizodzie w „Brzydkiej siostrze" w reżyserii Emilie Blichfeldt i przewadze mężczyzn na planie „Wielkiej Warszawskiej".

 28. edycja Kina na Granicy nie jest pierwszą odsłoną festiwalu, na którym się Pani pojawia. Jak wraca się do Cieszyna?

Do Cieszyna cudownie się wraca. To przepiękne miejsce, dlatego cieszę się, że mam taką możliwość.

To jeden z tych festiwali, na którym nie obowiązują galowe stroje i nie ma czerwonych dywanów. Czy właśnie to składa się Pani zdaniem na jego sukces? 

Oczywiście, to że nie ma tutaj dress codu i wszyscy jesteśmy na luzie, jest ważne. Istotna jest też możliwość spotkania tych, których spotyka się tylko okazjonalnie. Tu wszyscy się zbieramy i to jest wspaniałe.

 Dużym atutem, moim zdaniem, jest również to, że ten przegląd łączy miłośników kina polskiego, czeskiego i słowackiego. Jacy czescy przedstawiciele filmu są Pani ulubionymi?

Jednym z nich jest dla mnie Petr Zelenka.

 Ilekroć pytam gości festiwalowych o skojarzenia z Czechami, najczęściej słyszę, że to piwo i smażony ser. Co Pani dorzuci do tej puli?

Prostokątne salami, masełko smakowe i pistacje. (śmiech)

 W ramach tej edycji przeglądu można zobaczyć aż trzy filmy z Pani udziałem. Zacznijmy od „Człowieka do wszystkiego". To najnowszy film w reżyserii Anki Sasnal i Wilhelma Sasnala. Jak się z nimi pracowało?

To wspaniali ludzie. Praca z nimi to przywilej i wielka radość. Plany są rodzinne, spokojne. W tej pracy liczy się tak naprawdę proces twórczy, a nie efekt. To jest świetne.

 Czego się Pani nauczyła od Sasnalów?

Samo przebywanie z Anką i Wilhelmem oraz słuchanie tego jak opisują świat, a także ich wiedza i doświadczenie, jest swego rodzaju nauką.

 Scenariusz powstał na podstawie powieści szwajcarskiego pisarza, Roberta Walsera pod tym samym tytułem, wydanej w 1908 roku. Czy w ramach pracy nad filmem sięgnęła Pani po ten tytuł?

Książkę przeczytałam po zakończeniu pracy na planie. Głównym materiałem do pracy był dla mnie wspaniały scenariusz napisany przez Wilhelma i to on stanowił punkt wyjścia i wsparcia w całym procesie 

 Główny bohater to alter ego samego pisarza, który zarabiał jako kopista, pomocnik w bogatych domach. Najpierw jest takim człowiekiem od wszystkich zadań, a z czasem staje się zaufanym rozmówcą i doradcą Pani bohaterki, czyli żony Toblera. Co Pani o niej opowie? Jak ją Pani budowała?

Tekst napisany przez Walsera był konkretny i treściwy. Nie zdarza mi się zastanawiać nad tym, jak budować swoją postać. Wchodzę do zastanych okoliczności. Słucham tego, czego chce reżyser. Czytam scenariusz. Z tego wyłania się postać. Nie przygotowuję się do tego, co mam do zagrania. Liczę, że okoliczności mi pomogą.

 Mimo, że film oparty jest na powieści z 1908 roku, uważam, że to obraz na dzisiejsze czasy, albowiem mechanizm upokarzania człowieka przez pracę wciąż działa, a zatem jego życie jest odzwierciedleniem otaczającej nas rzeczywistości. Zgodzi się Pani z tym stwierdzeniem?

Tak, zdecydowanie.

 Warto podkreślić, że nie jest to Wasza pierwsza współpraca, albowiem zagrała Pani także w filmie „Nie zgubiliśmy drogi" z 2023 roku. W czym upatruje Pani największą siłę tego duetu reżyserskiego?

Ich największa siła zawarta jest w tym, że są zgodni. Proponują coś bardzo konkretnego. Nie uginają się pod zewnętrznymi wytycznymi. Mają ogromną chęć realizacji swojej wizji.

 Kolejnym filmem z oferty festiwalowej jest „Brzydka siostra". To debiut reżyserski Emilie Blichfeldt.

To body horror. Mamy do czynienia z historią, którą wszyscy znamy. Tak naprawdę oglądamy „Kopciuszka", ale akcenty są tutaj przesunięte, ponieważ główna bohaterka jest tutaj przyrodnia siostra Kopciuszka, uznawana za mniej urodziwą i podłą. Przy bliskim spotkaniu okazuje się to jednak dużo bardziej zniuansowane. 

 Z polskich aktorek, obok Pani wystąpiła Katarzyna Herman. Proszę opowiedzieć o swojej postaci.

Pojawiam się tam dosłownie na trzy sekundy. (Śmiech) Wychodzę z obrazu, jestem matką mówiącą do głównej bohaterki, że jej buty są w kieszeni, a dynia zamieni się w karocę.

 Możliwość pojawienia się na zagranicznym planie filmowym jest zawsze bardzo ciekawym doświadczeniem, prawda?

Tak, dokładnie.

 Jakie są podstawowe różnice między pracą na planie filmowym w kraju a poza jego granicami?

Różnice są bardzo względne. Jesteśmy wspaniałym rynkiem. Tak naprawdę tego, w jaki sposób ten rynek się rozwija i jak bardzo profesjonalną grupą filmowców jesteśmy, można doświadczać jeżdżąc w różne miejsca. Mamy zupełnie inny etos pracy. Polskie plany filmowe są wspaniałe.

 „Wielka Warszawska" to film o kulisach wyścigów konnych. Prezentuje spojrzenie na brudną stronę sportowego sukcesu, co stawia bohaterów w sytuacjach wyborów moralnych. Jak odnajdywała się Pani na planie filmu zdominowanego przez mężczyzn?

Świetne pytanie. Kobiet w tym filmie faktycznie jest jak na lekarstwo. To z jednej strony sprawia, że jesteśmy na wierzchu, ale faktycznie, ten męski świat trzeba było trochę porozchadzać i trochę się przez niego poprzedzierać.  Dzięki temu jednak mogłyśmy być zauważone na tle panów.(śmiech)

 Gdyby miała Pani pracę nad tym filmem zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Uwielbiam pracować z Tomkiem Ziętkiem. Bardzo cieszyłam się na ponowne spotkanie z reżyserem Bartkiem Ignaciukiem, z którym spotkałam się wcześniej przy serialu „Wielka woda".

 Jaki był to powrót do pracy z Ignaciukiem?

Był to wspaniały powrót. Bartek jest osobą wysokiej kultury osobistej, człowiekiem szalenie spokojnym, wiedzącym, czego chce. Spotkania z nim są bardzo przyjemne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz