piątek, 28 sierpnia 2026

Waldemar Obłoza o "Na Wspólnej" i "Miodowych latach" [WYWIAD]

Waldemar Obłoza o "Na Wspólnej" i "Miodowych latach" [WYWIAD]






















fot. Krzysztof Kuczyk / Forum 

Miliony widzów znają go z „Na Wspólnej” i „Miodowych lat”, ale podczas spotkania w Cieszynie Waldemar Obłoza pokazał się przede wszystkim jako człowiek otwarty, pogodny i pełen dystansu do siebie.

Opowiedział o aktorstwie, życiowych kryzysach, mediach społecznościowych i miejscu, do którego lubi wracać.

Optymista, aktor, twórca legendarnych wręcz postaci, których losy widzowie na przestrzeni lat mogą śledzić na małym ekranie, jeszcze do niedawna człowiek bez Instagrama. Coś pominęłam, czy wszystko się zgadza? (Śmiech)

Tak, zgadza się, i to prawda, jeszcze do niedawna byłem człowiekiem bez profilu na Instagramie, ale od jakiegoś czasu można mnie tam już znaleźć.

 Nie wierzył pan w siłę internetu?

Długo myślałem, że taki profil nie jest mi do niczego potrzebny. Mam wspaniałą rodzinę, cudowną wnuczkę. Zawsze jest mnóstwo do zrobienia. Nie wydaje mi się, że spędzanie dużej ilości czasu w sieci jest dla mnie rozwijające.

Jednak zgodzę się, że siła internetu i mediów społecznościowych jest ogromna. Jeżeli dojdzie kiedyś do takiej katastrofy, że klikalność będzie się liczyła bardziej niż warsztat aktorski, pasja i zawód, to wtedy czas umierać. (Śmiech) Choć już mnie to nie dotyczy, mam nadzieję, że zawsze znajdzie się jakaś nisza, która pozwoli także osobom bez kont w mediach społecznościowych pracować i cieszyć się życiem.

Już od pierwszych chwil naszego spotkania sprawia pan wrażenie osoby niezwykle pozytywnie usposobionej. Tak było zawsze czy przyszło z czasem?

Jestem pozytywnie nastawiony, ale czasami, jak każdy, ulegam negatywnym emocjom. Mam świadomość, że pozytywne nastawienie jest dużo korzystniejsze niż negatywne, bo ono nic nie wnosi, może tylko pogłębić problem. Pozytywne nastawienie i uśmiech wyciągają nas z kłopotów. Uważam, że życie jest fikcją, hologramem. Żyjemy w różnych wymiarach. Wybór należy do nas. Programy, które są nam narzucone, każą nam nie wierzyć w naszą sprawczość.

Czy otwartość na człowieka, którą można u pana zaobserwować, bywa przydatna w zawodzie aktora? Przekłada się chociażby na kontakt z publicznością?

Zawsze byłem otwarty na drugiego człowieka. Nie pamiętam czasu, w którym wykazywałbym cechy introwertyczne. Mam bardzo obiektywny stosunek do rzeczywistości, daję prawo do funkcjonowania różnym poglądom. Zależy mi tylko na tym, by nikt nikogo nie krzywdził.

Wspominam o tym, bo sam pan mówi, że aktorstwo to tak naprawdę wymiana energii z widzem. Co jest dla pana w tym przepływie najważniejsze?

Kontakt z widzem w pracy scenicznej jest korzyścią. Teatr jest umownością, lustrem rzeczywistości. Prawdopodobną rzeczywistość przenosimy na scenę. Pokazujemy ją widzowi, który albo się z nią identyfikuje, albo się z niej śmieje. Komedia różni się od życia tym, że te same historie przydarzają się nie tylko aktorom. (śmiech)

Z serialem „Na Wspólnej“ jest pan związany od samego początku, czyli od blisko 23 lat.

Gram tam od pierwszego odcinka, można powiedzieć, że jestem twarzą tego serialu. Bardzo długo byłem pierwszoplanową postacią, ale namnożyło się tyle wątków, że teraz nie zawsze tak jest. Zauważyłem, że w tej chwili już co innego decyduje o tym, jakie wątki będą kontynuowane. Wygrywają wątki młodzieżowe.

Jestem człowiekiem zadaniowym, w życiu znalazłem się w wielu bardzo trudnych sytuacjach, kryzysy nie są mi obce. Z każdego takiego momentu wychodziłem zwycięsko. Oczywiście, nie było łatwo żegnać się z pierwszą żoną, z marzeniami.

Serial „Na Wspólnej" był moją bezpieczną przystanią. Ta rola daje mi wiele satysfakcji. Na przestrzeni lat dzieliłem się także ze scenarzystami swoimi pomysłami, jakie losy mogą spotkać Romana. Co będzie dalej? Nie wiem. Wszystko się zmienia. Może być tak, że platformy streamingowe wkrótce zdominują telewizję.

Jak w jednym słowie lub zdaniu podsumowałby pan przemianę, jaką pana bohater, Roman, przeszedł na przestrzeni lat?

Każdy człowiek ewoluuje z wiekiem, ale Roman nie, ponieważ scenarzyści mu na to nie pozwalają. Serialowy scenariusz zawsze powstaje od punktu zero. Roman jest prawdomówny, ma swoje zasady, jest szlachetny, ale też nerwowy i impulsywny. To jego cechy charakterystyczne, ale on się nie uczy, nie robi postępów. Nie zdobywa doświadczenia życiowego, ciągle popełniając te same błędy.

Kolejnym bohaterem serialowym, dzięki któremu zapisał się pan w świadomości widzów, jest niewątpliwie Kurski z „Miodowych lat". To pewnie druga po Romanie postać, z którą najczęściej jest pan kojarzony przez widzów. Mam rację?

Tak się złożyło, że producenci tych dwóch seriali poszukiwali aktorów, którzy bardzo mocno wchodzą w postać. Ja tak robię. Poznaję ją, daję swoje cechy.

Czy każdą postać, w którą się wciela aktor, musi, choć do pewnego stopnia, polubić?

Ja lubię. Ktoś mi powiedział, że to przenika na drugą stronę i sprawia, że jest pełnokrwista. Zawsze jestem ciekawy, jak moja postać funkcjonuje, jak radzi sobie z problemami. Zawsze zastanawiam się, jakich środków, nabytych przez czterdzieści lat pracy w zawodzie, mogę użyć, by pokazać daną postać wiarygodnie.

Kilkakrotnie spekulowało się o powrocie „Miodowych lat" na ekrany. Gdyby pojawiła się propozycja, wróciłby pan do serialu?

Z największą przyjemnością. To jedna z moich najpiękniejszych zawodowych przygód. Oczywiście, na przestrzeni lat takich przygód było wiele, ale postać Kurskiego kochałem najbardziej. Ta rola jest konwencją, nie farsą. Dzięki reżyserom, Maćkowi Wojtyszce, Wojtkowi Adamczykowi, Maćkowi Strzemboszowi, nie stała się marnej miary dowcipem. Pilnowali tego. Bardzo cenię sobie ten czas. Jeśli tylko to się kiedyś wydarzy i serial wróci, ja również do grania postaci Kurskiego wrócę z przyjemnością.

Zapamiętałam jeszcze rolę pielęgniarza ze szpitala psychiatrycznego, w którego wcielił się pan w „Plebanii". Jak to jest wcielać się w postać negatywną?

Niezależnie od tego, czy jest to postać pozytywna, czy negatywna, wkładam ją w siebie i nadaję jej rację, próbując zrozumieć, czym się kieruje. Kiedy taka postać mija ludzi na ulicach, nikt się nie zastanawia, skąd wzięła się w niej taka podłość.

Porozmawiajmy jeszcze o spektaklu „Łóżko pełne cudzoziemców". Nie mogę sobie przypomnieć, czy wcześniej gościł pan w Cieszynie, ale w okolicy bywa pan ze spektaklami dość często. Jak wraca się w te strony?

Jestem tu już któryś raz. Piękne miasto. Niewiele brakowało, a tu, w Teatrze im. Adama Mickiewicza, wylądowałbym po szkole. Dostałem jednak wtedy list od pani Aliny Obidniak, wybitnej reżyserki i wieloletniej dyrektorki Teatru im. Cypriana Kamila Norwida w Jeleniej Górze, z zaproszeniem do współpracy. Czechy też są cudowne, a Czechom zazdroszczę czasem postawy wobec codzienności i życia. Dużo bardziej cenią sobie spokój od kariery.

Ma Pan swoich ulubionych czeskich twórców?

Hrabal, Zelenka. To kapitał czeskiej twórczości. Bardzo lubię „Przygody dobrego wojaka Szwejka".

Jolanta Fraszyńska o Biegu po Nowe, życiu i serialach medycznych [WYWIAD]

 Jolanta Fraszyńska o Biegu po Nowe, życiu i serialach medycznych [WYWIAD]

















fot. Marlena Bielińska 

Aktorka na Bieg po Nowe Życie w Wiśle przyjeżdża zawsze, kiedy tylko zobowiązania zawodowe jej na to pozwalają. Otwarcie mówi, że do perły Beskidów wraca się jak do domu.

Opowiedziała o pracy na planie „Szpital św. Anny" i o tym, czego nauczyła ją serialowa bohaterka. Wspomina także Franciszka Pieczkę, z którym lata temu pracowała na planie serialu „Hotel pod żyrafą i nosorożcem".

Spotykamy się na 29. Biegu po Nowe Życie w Wiśle. W to wydarzenia angażuje się pani wspólnie ze swoim partnerem, który w 2011 roku przeszedł przeszczep wątroby. Czy czuje się pani ambasadorką tego wydarzenia?

Można mnie zaliczyć do grona ambasadorów tego wydarzenia, albowiem od 18 lat jestem w związku z Tomaszem, który 15 lat temu dostał drugie życie dzięki przeszczepowi wątroby.

Można powiedzieć, że wchodzi pani w to wydarzenie ze swoją historią. Co powiedziałaby pani tym wszystkim, którzy do tej pory zastanawiają się nad podpisaniem oświadczenia woli, czyli zgody na pobranie swoich narządów po śmierci?

Każdy powinien to rozważyć w swoim sercu, podobnie jak wszystkie inne decyzje. Nigdy nie wiadomo, w jakim momencie przyjdzie nam skonfrontować się z taką lub inną zdrowotną potrzebą. Z tego miejsca chciałabym nakłonić do głębokiego zastanowienia się nad tym tematem i znalezienia odpowiedzi w sobie.

Dzisiejsza impreza jest szczególna, albowiem świętowane jest 15-lecie jej istnienia. Dobrze wspólpracuje się pani z Przemysławem Saletą?

Kiedyś miałam możliwość kroczenia za nim w jednej ze sztafet. Kiedy ja robię osiemnaście kroków, on robi jeden. (Śmiech)

Po tylu latach wraca się do Wisły jak do domu, prawda?

Tak. Dzień wcześniej podkreślano też to na gali, na której świętowaliśmy nasz przyjazd. Mówiono właśnie o tym, że Wisła jest domem dla Biegu po Nowe Życie. Potwierdzam.

Nie jest to nasza pierwsza rozmowa, ale od zawsze jestem zafascynowana pani pozytywnym podejściem do życia. Tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem?

Niedawno przeczytałam książkę pani profesor Ewy Woydyłło- Osiatyńskiej o szczęściu. Mówi o tym, że bycie pozytywnym w życiu po prostu nam się bardziej opłaca. Polecam tę książkę z całego serca.

To ułatwia funkcjonowanie nie tylko w codzienności, ale też w tym pięknym, a jednocześnie trudnym zawodzie?

Dawka poczucia humoru i dystansu przydaje nam się w tym wymagającym świecie zawsze.

Pozytywne usposobienie jest jedną z cech, którą podarowała pani Zycie Orłowicz ze „Szpitala św. Anny". Co jeszcze?

Opowiem o tym, co ona mi dała. Podarowała mi umiejętność wypowiadania się w jasny, klarowny, ale też zdecydowany sposób.

Czy umiejętności, które nabyła pani we wcześniejszych latach, pracując na planie serialu „Na dobre i na złe" i wcielając się w dr. Monikę Zybert, okazały się przydatne?

Najbardziej przydało się to, że dość naturalnie umiem zaprezentować się w lekarskim kitlu. (śmiech)

Jakie są pani sposoby na przyswajanie terminologii medycznej?

To trzeba wykuć lub zapisać na dłoni tak, żeby nikt nie widział. (śmiech) Zdarza mi się dość często korzystać z takiej ściągi.

Fani nam nie wybaczą, jeśli nie zdradzimy, gdzie można nabyć te charakterystyczne okulary, z którymi Zyta się nie rozstaje.

W kraju nie ma możliwości, by je nabyć. Zakupiła je kostiumolog, szykująca nam kostiumy do serialu „Szpital św. Anny". Muszę faktycznie przyznać, że stały się hitem.

Serial „Teściowie" również cieszy się dużą sympatią widzów. To w nim po latach spotkała się pani z Cezarym Kosińskim, który jest Pani serialowym mężem. Jakie to było spotkanie?

Cezary Kosiński jest wspaniałym aktorem i kolegą. Wcześniej graliśmy razem nie tylko w „Na dobre i na złe", ale też w serialu „Licencja na wychowanie". Była to jedna z moich ulubionych produkcji.

Czy to, że wcześniej przez kilka lat graliście razem, pomogło wam w budowaniu relacji między bohaterami? 

Kiedy między ludźmi jest chemia, to zawsze lepiej się pracuje.

Czy serialem, z którym najczęściej jest pani kojarzona przez widzów jest dalej „Na dobre i na złe", czy pod wpływem „Szpitala św. Anny" to się trochę zmieniło?

Teraz zdecydowanie jest to „Szpital św. Anny". Zyta robi dobrą robotę.

W pamięci tych nieco młodszych widzów zapisała się pani jako Ania z „Hotelu pod żyrafą i nosorożcem". Wspominam o tym, ponieważ serial jest dość regularnie powtarzany m.in. w TVP ABC. Czy zwierzęta są trudnymi partnerami na planie?

Dzieci i zwierzęta zaliczają się do podobnego stopnia trudności, jeżeli używamy tutaj takiej nomenklatury, zawsze uwaga skupia się na nich. (Śmiech)

To tam pracowała pani u boku Franciszka Pieczki. Jak go pani zapamiętała?

Zapamiętam go jako cudownego, ciepłego człowieka. Jego serdeczność i to, że był taki „ludzki“, cenię to  w ludziach bardzo.

niedziela, 2 sierpnia 2026

Amanda Mincewicz (nie) tylko o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]

 Amanda Mincewicz (nie) tylko o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]

















fot. Valeria Mitelman

Amanda Mincewicz, niemiecko-polska aktorka młodego pokolenia w serialu "M jak miłość" wciela się w Agnes. Jej bohaterka po raz pierwszy pojawiła się 1878 odcinku. 

Spotkałyśmy się w Warszawie, by porozmawiać nie tylko o serialu i życiu pomiędzy Berlinem a Warszawą, ale też o tym, z jaką łatwością uczy się języków obcych. Opowiedziała też o podróżach i miejscach, które ją zachwycają. 

Na początku każdej rozmowy, staram się opisać swojego rozmówcę. Panią widzę jako utalentowaną niemiecko-polską aktorkę filmową i teatralną młodego pokolenia, osobę głodną nowych doświadczeń i podróży. A także osobę ciekawą ludzi i ich historii.  Postrzega Pani siebie w podobny sposób?

Tak. Ciekawość faktycznie mnie charakteryzuje. 

Wiele jest zawodów na "A". (Śmiech.) Co spowodowało, że wybrała Pani akurat aktorstwo? Nigdy nie miała Pani innych pomysłów na siebie?

Miałam też pomysł, by zostać reżyserką. Kino zawsze mnie interesowało. 

Kino światowe, czy polskie?

Lubię m.in. kino amerykańskie, skandynawskie, azjatyckie, ale też kino indie, charakteryzujące się tym, że filmy są produkowane poza głównym systemem wielkich wytwórni hollywoodzkich, takich jak Warner Bros., Disney czy Universal. Fascynuje mnie też polskie kino. 

Od jakiego filmu rozpoczęła się Pani przygoda z poznawaniem polskiej kinematografii?

Moja przygoda z poznawaniem polskiej kinematografii rozpoczęła się od oglądania filmów Kieślowskiego. To one częściowo ukształtowały mój gust filmowy. Szczególnie zapisało się we mnie "Podwójne życie Weroniki". 

Na mnie ogromne wrażenie zrobiła też słynna, międzynarodowa trylogia filmowa "Trzy kolory" w reżyserii  Kieślowskiego, zrealizowana w latach 1993–1994. Przypomnijmy, że tytułowe barwy nawiązują bezpośrednio do kolorów flagi Francji oraz haseł rewolucji francuskiej: wolności, równości i braterstwa. Która z części tej trylogii to na Pani zrobiła największe wrażenie?

Bardzo trudno wybrać, ale intuicja podpowiada mi film "Trzy kolory: Niebieski". Temat wolności jest nieskończony, a ten film zawsze mi przypomina, że nigdy nie uciekniemy od samych siebie.  Krok w głąb siebie jest zawsze właściwym krokiem.  

O wyborze tego zawodu mówi Pani tak - "Moje korzenie są wielojęzyczne - moja scena jest bez granic". Proszę tę myśl rozwinąć.

Zastanawiam się, kiedy ja to powiedziałam. (Śmiech.) Ale jakieś ziarno prawdy w tym jest. Scena może być bez granic. 

Proszę opowiedzieć coś więcej o swoim polskim pochodzeniu. 

Z tatą od małego rozmawiałam po polsku, z siostrą po niemiecku. Polska kultura była zawsze dla mnie ważna. Regularnie odwiedzałam dziadków. Przyznam, że w Niemczech nie do końca czułam się zawsze, jak w domu. 

Nadszedł już ten moment, w którym to w Polsce poczuła się Pani, jak w domu?

Na początku czułam się trochę dziwnie, może nawet obco. Brakowało mi Niemiec. Kiedy byłam w Nowym Jorku, poczułam z kolei, że brakuje mi Polski. Uświadomiłam sobie wtedy, że jestem szczęściarą, bo z każdej kultury, każdego kraju, w którym aktualnie przebywam, mogę wybierać to, co podoba mi się najbardziej. Teraz jestem z tego dumna, ale przyznam szczerze, że był czas, kiedy tak naprawdę nie czułam się częścią ani jednego, ani drugiego kraju. 

Pamięta Pani moment, w którym po raz pierwszy w Pani głowie pojawiła się myśl o tym, by spróbować swoich sił w tym zawodzie także w Polsce?

Ten moment nastał podczas studiów w Lee Strasberg Theatre and Film Institute w Nowym Jorku. Pomyślałam wtedy, że Berlin i Warszawa to miasta, które są mi naprawdę bliskie. Mam wrażenie, że od zawsze polskich aktorów podziwiałam bardziej niż niemieckich.

Kogo najbardziej?

Bardzo lubię Roberta Więckiewicza.

Którego z aktorów z serialu "M jak miłość" ceni Pani najbardziej?

Nie ma takiej osoby. Wychodzę z założenia, że od każdego aktorka, czy aktorki uczę się czegoś nowego i ważnego dla siebie.

Jak pracuje się Pani z Robertem Moskwą?

Wspaniale. Jest profesjonalistą a przy tym dobrym człowiekiem. Bardzo dobrze nam się razem pracuje. Mamy też wspólne pasje.

Pamięta Pani swój pierwszy polski casting? 

Szczegółów nie pamiętam, ale był to film historyczny. 

Jest Pani absolwentką Lee Strasberg Theatre and Film Institute w Nowym Jorku. Proszę opowiedzieć o tamtejszej edukacji. 

Dowiedziałam się przede wszystkim, jak ważne w tym zawodzie jest słuchanie partnera scenicznego i że nie ma czegoś takiego jak "dobrze vs. źle".

Czego dowiedziała się Pani o sobie, studiując w Nowym Jorku? Czego nauczył Panią ten czas?

Nauczyłam się, że pokazywanie swojej wrażliwej strony łączy ludzi. A to jest piękne.

Obecnie prowadzi Pani życie na walizkach pomiędzy trzema krajami –  Polską, Niemcami i Czechami. W Berlinie i Warszawie realizuje Pani projekty zawodowe. A jak to jest z Pragą?Tam też realizuje Pani swoje aktorskie zamierzenia?

Ani z Pragą, ani z innymi czeskimi miastami jeszcze nie łączą mnie sprawy zawodowe. Powstaje tam jednak wiele niemieckich produkcji, więc mam nadzieję, że prędzej czy później to nastąpi.

Biegle mówi Pani w kilku językach. Nigdy nie myślała Pani, by nauczyć się także czeskiego? (Śmiech.) 

Bardzo lubię uczyć się języków obcych, więc dlaczego nie? (Śmiech.) 

Od pierwszych chwil naszego spotkania sprawia Pani także wrażenie osoby niezwykle pozytywnie usposobionej, dla której szklanka zawsze jest do połowy pełna. Tak było od zawsze, czy – jak wiele rzeczy w życiu – przyszło to z czasem?

Dla mnie faktycznie szklanka jest zawsze do połowy pełna. Lubię życie, a to też jest istotne i pomocne – nie tylko w tym zawodzie, ale i w codzienności.

Mam wrażenie, że właśnie to pozytywne spojrzenie na świat jest taką cechą, którą daje Pani od siebie postaciom, w które się wciela. Jedną z nich, w której można taką cechę zaobserwować jest zdecydowanie Agnes z serialu "M jak miłość". Jak trafiła Pani do tej produkcji?

Dwa lata temu mój agent poinformował mnie, że rozpoczynają się poszukiwania niemiecko-polskiej aktorki do stałej roli w tym serialu. Grałam w tym czasie w kilku odcinkach serialu "Na dobre i na złe" i okazało się, że regularnego pojawiania się w tych dwóch produkcjach nie można łączyć. 

W zeszłym roku, w lutym, odbył się casting do roli Agnes w "M jak miłość". Miałam do zagrania scenę z Robertem Moskwą. Coś fajnego się zadziałało i Robert stwierdził, że ta rola jest moja. (Śmiech.) 

Miała to być rola na kilka odcinków, ale Agnes nadal jest w serialu. Będzie też pojawiać się w nowym sezonie. 

Wchodząc w ten serial, miała Pani świadomość, że stanie się częścią kultowej produkcji, która sympatię widzów zaskarbia sobie od ponad dwudziestu pięciu lat?

Miałam świadomość, że to ważny serial dla polskich widzów. W maju 2026 roku "M jak miłość" oglądało średnio 2,43 miliona widzów na odcinek. 

W czym, to w Pani odczuciu, tkwi fenomen tego serialu?

Ten serial mówi o tym, że trzeba dbać i interesować się drugim człowiekiem, a ja to mocno wspieram. 

Czy ze względu na swoje polsko-niemieckie pochodzenie, zdarzało się Pani oglądać serial we wcześniejszych latach? Miała Pani swoje ulubione postaci, ulubione wątki?

Oglądam ten serial z dziadkiem. Moją sympatię skradli przede wszystkim nestorzy rodu Mostowiaków, grani przez Teresę Lipowską i nieodżałowanego Witolda Pyrkosza.

Po raz pierwszy w tej historii pojawiła się Pani w 1878 odcinku. Agnes jest córką Artura Rogowskiego, o której istnieniu wcześniej nie wiedział. Jak została Pani przyjęta na planie?

Ekipa serialu "M jak miłość" bardzo ciepło mnie przyjęła. Wszyscy są niesamowicie zgrani, serdeczni, zabawni. Pełen profesjonalizm. 

Miała Pani dość mocne wejście w ten serial, albowiem za Pani bohaterką ciągnęły się też demony przeszłości chociażby w postaci niebezpiecznego partnera (w tej roli Paweł  Izdebski, ), przed którym tak naprawdę uciekła do Grabiny. Czy takie nieoczywistości i złamania, ukryte w postaciach sprawiają, że są one większym wyzwaniem dla aktora?

Dokładnie. Granie takich postaci jest ciekawe dla aktora. Ludzie są skomplikowani i wielowarstwowi. 

Na swoim oficjalnym profilu na Instagramie dzieli się Pani nie tylko kadrami z planów filmowych, ale także zdjęciami i nagraniami z podróży. Podróż marzeń Amandy Mincewicz to...

Marzy mi się podróż do Meksyku. Chciałabym też wrócić do Japonii. 

Czym Japonia urzekła Panią za pierwszym razem?

Japończyków cechuje ogromny, wręcz instytucjonalny szacunek do drugiego człowieka. Mają też duży szacunek do jedzenia, który ma wręcz wymiar duchowy. To mnie urzekło. 

Jakie miejsca zachwyciły Panią ostatnio?

Afryka: Kenia i Zanzibar.

Byłam zachwycona otwartością i serdecznością ludzi. 

Czy jeśli chodzi o kuchnie świata, jest coś takiego, czego nigdy nie odważyłaby się Pani spróbować?

Nigdy nie zjadłabym skorpiona ani innego karalucha. (Śmiech.)