niedziela, 12 lipca 2026

Cezary Trybański (nie) tylko o tranplantologii [WYWIAD]

Cezary Trybański (nie) tylko o tranplantologii [WYWIAD]














fot. materiały prasowe Biegu po Nowe Życie / Cezary Trybański na starcie 

25 kwietnia odbył się 29. Bieg po Nowe Życie, który był jednocześnie okazją do świętowania 15. urodzin wydarzenia. Jednym ze stałych bywalców wiślańskiej imprezy, której celem jest szerzenie wiedzy na temat transplatacji, jest jeden z najlepszych polskich koszykarzy Cezary Trybański. 

Opowiedział o swoich powrotach do Wisły, ale też przytoczył jedną ze wzruszających historii, jaką usłyszał od osoby po przeszczepie. Opowiedział też o swojej przygodzie z programem „Taniec z gwiazdami“ i o tym, co jego udział miał zmienić w nastawieniu młodzieży do życia.

Spotykamy się na 29. Biegu po Nowe Życie w Wiśle. Jak samopoczucie?

Dobrze, bardzo dobrze.

Nie jest to Pana pierwszy start w wydarzeniu promującym temat transplantacji i transplantologii, a wręcz jest Pan jednym z weteranów tej imprezy. Jak wraca się do Wisły?

Cudownie. Swój udział w poprzednich edycjach Biegu po Nowe Życie bardzo miło wspominam. Zresztą, przyjeżdżałem tutaj również jeszcze jako aktywny sportowiec. Często odbywały się tutaj zgrupowania. Lubię to miasto.

Spotykają się tutaj nie tylko osoby publiczne, ale też osoby po przeszczepach. To okazja do wysłuchania wielu historii. Czy któraś Pana szczególnie poruszyła?

Na przestrzeni lat wiele było takich historii. Są piękne. Najbardziej urzekła mnie ta, kiedy jedna z osób czekała na przeszczep nerki. Przyszedł do niej lekarz i powiedział, że może żegnać się z rodziną. Powiedział, że czas płynie nieubłaganie, a odpowiedniego organu do przeszczepu nie ma. Kiedy doszło już do pożegnania, okazało się, że nerka się znalazła, a wraz z nią pojawiła się nadzieja i szansa na nowe życie.

Dzisiejsza impreza jest szczególna, ponieważ świętowane jest jej 15-lecie. Jak wspomina Pan swoje pierwsze starty? 

Jestem szczerze zaskoczony, że to już 15 lat. Czas płynie nieubłaganie. To wspaniała inicjatywa. Cieszę się, że trwa już tyle lat. Życzę temu wydarzeniu, by trwało jeszcze przez wiele, wiele lat. To wspaniała idea. Trzeba ją nagłaśniać. 

Swój pierwszy udział w biegu, który odbył się w Warszawie wspominam bardzo miło. Zaskoczyła mnie bardzo pozytywna energia i to że wszyscy traktują się tutaj jak jedna wielka rodzina.

Nie ma chyba drugiego takiego wydarzenia, które tłumaczy, czym jest donacja, transplantacja i transplantologia. 

Dokładnie tak. Są ludzie, którzy nie mają świadomości, czym to wszystko jest. Nie mają też jak dotrzeć do materiałów tłumaczących temat. Sam, kiedy zaproszono mnie po raz pierwszy, szukałem informacji, czytałem wiele artykułów. Były to jednak puste słowa. Dopiero kiedy tutaj się przychodzi i rozmawia się z dawcami, biorcami i autorytetami medycyny, zaczyna się rozumieć, o co tak naprawdę chodzi. Historie są niesamowite. Dzielą się nimi nie tylko dawcy i biorcy, ale też lekarze, którzy te przeszczepy przeprowadzają. Moja głowa tego nie ogarnia, ale mówią, że to jest proste. (śmiech)

Co powiedziałby Pan tym wszystkim, którzy zastanawiają się nad podpisaniem oświadczenia woli na transplantację narządów?

Jak najbardziej do tego zachęcam. Od razu, po swoim pierwszym udziale w tym wydarzeniu podpisałem oświadczenie.

Jak żyje się ze świadomością, że kiedyś być może uratuje się czyjeś życie?

To coś wspaniałego. Po naszym odejściu, nasze organy mogą uratować kilka żyć, a jeśli nie podpiszemy takiego oświadczenia, marnujemy je. Trafiają do piachu. Miałem styczność z ludźmi, którzy dzięki temu dostali drugą szansę.

Fajnie tak "wykorzystać" swoją popularność w szczytnym celu, prawda?

Tutaj wszyscy, którzy w jakiś sposób są rozpoznawalni, przyjeżdżają właśnie po to.

Już od pierwszych minut naszego spotkania, uśmiech i dobra energia Pana nie opuszczają. Jest Pan życiowym optymistą?

Staram się nim być. Oczywiście, nie jest to łatwe, bo są różne momenty w życiu, ale kiedy tutaj przyjeżdżam, to rozmowy z „przeszczepkami” uświadamiają mi, że tak naprawdę nie mam żadnych problemów. Jestem szczęściarzem. Kiedy widzę, jak doceniają swoje drugie życie, jeszcze bardziej doceniam to swoje, pierwsze.

Było tak od zawsze?

Przez całe życie starałem się doceniać to, co mam i cieszyć się małymi rzeczami.

Był Pan uczestnikiem 29. edycji „Tańca z gwiazdami”. Udowodnił Pan, że mimo wzrostu, każdy może nauczyć się tańczyć. Jak zapamięta Pan tę przygodę?

Bardzo fajnie wspominam tę przygodę. Zdecydowałem się na udział w  programie, ponieważ kiedy rozmawiam z młodzieżą, zachęcam ją do wychodzenia ze strefy komfortu. Namawiam, by próbowali nowych rzeczy i nigdy nie dali sobie wmówić, że czegoś nie są w stanie zrobić. Sam, idąc do tego programu, słyszałem różne opinie na ten temat. Mówiono, że jestem za duży, że nie dam rady. Po pierwszym odcinku dostawałem wiadomości z przeprosinami, bo nie spodziewano się, że tak dobrze może być.

Jaką partnerką była Izabela Skierska?

Wymagającą. (Śmiech) To profesjonalistka. Jest mistrzynią świata w tańcu towarzyskim. Nie mogłem lepiej trafić.

Gdyby miał Pan tę przygodę zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Nie da się tak w jednym słowie lub zdaniu. To była wspaniała przygoda. Przekroczyłem swoje bariery, bo nigdy wcześniej nie tańczyłem. Było to coś wspaniałego.

Czy teraz, kiedy wie Pan, z czym to się je, zdecydowałby się na ponowny udział w tym programie?

Uczyłem się wszystkiego od zera. Chciałbym to jednak zrobić drugi raz i pokazać to tym młodym ludziom, którzy nie widzieli mnie w tym programie wcześniej. Po tym programie dzieciaki gratulowały mi, że próbowałem i przełamywałem swoje bariery. Kiedy teraz ktoś mówi mi, że czegoś nie da się zrobić, to pytam, czy widział mnie jak tańczyłem. (Śmiech)

W jakim jeszcze programie o formule talent show chciałby Pan spróbować swoich sił?

Powiem szczerze, że nie myślę o tym w ten sposób. Cieszę się, że co roku mogę być tutaj.

czwartek, 9 lipca 2026

Ewa Bonecka o życiu aktorki wędrującej [WYWIAD]

Ewa Bonecka o życiu aktorki wędrującej [WYWIAD]




















fot. Lucas Suchorab

Z aktorką Ewą Bonecką spotkałam się w Warszawie. Rozmawiałyśmy o pracy na planie w kraju i poza jego granicami. Opowiedziała także o swoich licznych podróżach, apetycie na życie i roli w "Gliniarzach". 

Aktorka teatralna i filmowa. Optymistka a także, co za tym idzie,  miłośniczka podróży. Słowem wstępu - wszystko się zgadza? (Śmiech.) 

Wszystko się zgadza. Jestem kobietą spełnioną na każdym polu życia.  Spotykamy się co prawda w duchu aktorskim, ale dużą wagę przywiązuję do mojego życia prywatnego. 

Już od pierwszych chwil naszego spotkania bije od Pani niesamowicie pozytywna energia, która jest zaraźliwa. (Śmiech.) Chyba nawet nie mogłaby Pani inaczej, prawda?

Dziękuję. Nie umiałabym inaczej. Kocham żyć. Nawet czekając na nasze spotkanie, myślałam o tym, że jest wspaniałe i przynosi wiele niespodzianek. 

Dochodzenie do tego było procesem, czy tak zawsze Pani czuła?

Nie lubię słowa "proces". Na bieżąco dostrajam się do najlepszej wersji siebie. Im bardziej się zmieniam, transformuję, tym moja rzeczywistość zewnętrzna transformuje się razem ze mną. 

Kiedy do tego dołączyło, tak istotne, cieszenie się z małych rzeczy?

Myślę, że po urodzeniu córki. 

Po wnikliwej obserwacji nie tylko Pani dorobku artystycznego, ale także tego, czym dzieli się Pani  w mediach społecznościowych, widzę Panią jako wędrującą aktorkę z naturą odkrywcy. (Śmiech.) Postrzega Pani siebie w podobny sposób?

Wyznaczam sobie nowe kierunki i eksploruję. 

Jaki kierunek, idąc tym tropem, zachwycił Panią ostatnio?

Berlin. 

Jak jest z Polską?

Polska mnie zachwyciła, ale chcę spróbować nowych kierunków, nowych rynków?

Myśli Pani także o eksplorowaniu zagranicznych rynków aktorskich?

Zdecydowanie tak.

Ma Pani wiele zagranicznych projektów na koncie.

Są to zazwyczaj występy gościnne, głosowe. Mam ochotę zgłębiać ten rynek zagraniczny jeszcze bardziej. 

Jaki projekt zagraniczny jest dla Pani na ten moment najważniejszy?

Zachowam go dla siebie. (śmiech.)

Czy natura odkrywcy przydaje się również w tym zawodzie?

Oczywiście, jest wręcz bardzo pomocna. 

Właśnie. Wiele jest zawodów na "A", ale mam wrażenie, że Pani od zawsze wiedziała, że to właśnie aktorstwo jest dla Pani. 

Wiedziałam o tym od dziecka. 

Nigdy nie miała Pani nawet przez chwilę innego pomysłu na siebie?

Miałam pomysł, by zostać dziennikarką. Po ukończeniu ST skończyłam dziennikarstwo podyplomowo. Wybrałam aktorstwo.

Byłaby Pani w stanie porzucić aktorstwo dla dziennikarstwa?

Nie byłabym w stanie. 

Czy tak, jak u wielu adeptek zawodów artystycznych, u Pani było również tak, że od zawsze lubiła się przebierać i wcielać w różne postaci?

Oj, tak. Kochałam to od zawsze. 

W jakich okolicznościach nastąpiło Pani pierwsze poważne zderzenie z aktorstwem?

Nastąpiło wtedy, kiedy wygrałam Ogólnopolski Konkurs Recytatorski "Poezja i i Proza na Wschód od Bugu".  Było to w podstawówce, jak dobrze pamiętam, w szóstej klasie. 

Cztery lata studiowała Pani aktorstwo na państwowej ST im. Ludwika Solskiego w Krakowie z filią we Wrocławiu, ale w międzyczasie wyjechała Pani w ramach stypendium na Słowację. W Bratysławie studiowała Pani również aktorstwo. Czy fakt, że bardzo szybko uczy się Pani języków, ułatwił Pani edukację? 

Tak. Było to bardzo ciekawe doświadczenie. Do dzisiaj mówię po słowacku. 

Czy w dalszym ciągu to uczenie się nowych języków tak łatwo Pani przychodzi?

Myślę, że tak. Teraz bardziej skupiam się na niemieckim, byłam w klasie germanistycznej w LO. Na ten język stawiam. 

Czy są jakieś różnice pomiędzy studiami aktorskimi w Polsce a Bratysławie? 

Ogromne. Napisałam na ten temat pracę magisterską. Mogłabym długo opowiadać. Do ST w Bratysławie uczęszcza tylko kilka osób. U mnie na roku było nas dwadzieścia. Powinniśmy docenić polską edukację teatralną. 

W pracy na planie jest pewnie sporo różnic, prawda? Słyszałam, że tam, praca na planie trwa o wiele wolniej, niż w Polsce. Ile mniej więcej trwa okres zdjęciowy do filmu czy serialu?

Chciałabym ten temat zgłębić jeszcze bardziej. Nie mam aż tak wielkiego doświadczenia w tej materii. Mam doświadczenie, jeśli chodzi o pracę na polskich planach. Dla zagranicy chciałabym pracować więcej. 

Jest Pani obecnie zaangażowana do jakiegoś zagranicznego projektu, czy skupia się teraz przede wszystkim na rodzimych produkcjach?

Jeszcze nie. 

Dużo czasu spędza Pani na planie "Gliniarzy". 

To prawda. Wcielam się w podkomisarz Milenę Wiciak, to postać związana z Interpolem. 

Prywatnie jest Pani miłośniczką podróży. Gdyby tak się dało, podróżowałaby Pani pewnie cały czas, prawda? 

Na pewno. Bardzo lubię się przemieszczać, kocham być w podróży. 

Ile krajów udało się Pani do tej pory zwiedzić?

Świetne pytanie, ale chyba tego nie zliczę. (Śmiech.) 

środa, 8 lipca 2026

Ireneusz Czop o życiu, emocjach i „Zapiskach śmiertelnika” [WYWIAD]

 Ireneusz Czop o życiu, emocjach i „Zapiskach śmiertelnika” [WYWIAD]















fot. Małgorzata Krawczyk 

Aktor Ireneusz Czop był gościem 28. Kina na Granicy. Rozmawiamy o „Zapiskach śmiertelnika" w reżyserii Macieja Żaka. To film, w którym Czop wcielił się w głównego bohatera, F.P.

Opowiada m.in. na pytanie, dlaczego mężczyznom tak trudno przyznać się do problemów emocjonalnych. Zdradza też do zadawania sobie jakich pytań skłonił go filozoficzny charakter produkcji.

Przy okazji festiwalu Kino na Granicy nie spotykamy się po raz pierwszy, albowiem gościł Pan m.in. na 19. i 20. odsłonie przeglądu. Jak wraca się do Cieszyna?

Pięknie tu się wraca. Byłem tu wielokrotnie, na przestrzeni lat przyjeżdżałem nie tylko przy okazji tego festiwalu, ale także grając w tutejszym teatrze.

Jednym z trzech filmów z Pana udziałem, który można było tutaj zobaczyć, są „Zapiski śmiertelnika". Mówi Pan otwarcie, że to nie film o umieraniu, jak wielu mogłoby się wydawać, ale o życiu. Rozwińmy, proszę, tę myśl.

To film o z tym, czy rozumie się to życie czy wręcz przeciwnie.

Ważną wydaje się tutaj umiejętność przeżycia fragmentu własnej historii tak jak chcemy. Odnoszę równocześnie wrażenie, że nie każdy taką umiejętność posiada. Jak Pan się do tego odniesie?

Tego, kto taką umiejętność posiada, poproszę o korepetycje w tej materii. (Śmiech)

Głównemu bohaterowi, w którego Pan się wciela, pozornie niczego nie brakuje. Ma przecież wszystko - dom, rodzinę, pracę. Mimo to czuje rozczarowanie, że nie spełnił swoich młodzieńczych marzeń, co z kolei popycha go do myśli samobójczych. Mam wrażenie, że twórcy coraz chętniej decydują się na oparcie swoich produkcji o motyw odchodzenia. Z czego, Pana zdaniem, to wynika?

Myślę, że bierze się to z codzienności. Wydaje nam się, że mamy i wiemy wszystko. Dzisiejszy świat podpowiada nam także, że o wszystko możemy zapytać sztuczną inteligencję. Tak naprawdę to nas zwodzi, powoduje, że mamy w sobie swego rodzaju lukę.

Reżyser filmu, Maciej Żak, zdecydowanie wypełnia tę lukę, w sposobie poruszania kwestii ostatecznych w polskiej kinematografii. Czy jego podejście do całego zagadnienia, w którym nie brakuje też dystansu i humoru, było jednym z powodów, dla których zdecydował się Pan przyjąć rolę F.P.?

Oczywiście. Jednym z czynników jest na pewno jego podejście do narracji. Kluczową rolę odgrywa tu także jego wrażliwość literacka. Scenariusz „Zapisków śmiertelnika" nie był modyfikowany. Podczas jego realizacji szukaliśmy po prostu rozwiązań.

Nie było to Wasze pierwsze spotkanie, albowiem u Żaka zagrał Pan też w filmie „Konwój" z 2017 roku. Czy to pomogło Wam w pracy nad „Zapiskami śmiertelnika"?

Pomogło i przeszkodziło. (śmiech)  Ale wiadomo, że każdy kij ma dwa końce.

Czego nauczyła Pana praca z Maciejem Żakiem?

Praca z Maćkiem nauczyła mnie, że nie wszystko musi być takie prawdopodobne. Przekonałem się, że film to przede wszystkim metafora, że możemy poszukać siebie w innej optyce.

Czy filozoficzny charakter filmu skłonił Pana do rozmyślań nad swoim życiem?

Mam nadzieję, że do takich rozmyślań nasz film skłonił także widzów. To podstawowe zadanie sztuki.

Pod wpływem tego, czego doświadczał na ekranie Pana bohater, zdarzało się Panu myśleć też o tym, czy jest szczęśliwy?

Myślałem o tym, co to w ogóle znaczy.

Jakie jeszcze pytania zadawał Pan sobie, tworząc postać F.P.? 

Było ich naprawdę wiele. Myślałem o tym, ile mam czasu. Zastanawiałem się, czy dobrze go wykorzystuję. Myślałem też o tym, czy coś tak naprawdę lubię, czy ktoś mi to wmówił. W gruncie rzeczy były to bardzo proste pytania.

Czego dowiedział się Pan o sobie pracując nad tym filmem? Czego się nauczył?

Przekonałem się, że wszystko jest ciągłą pracą.

Dlaczego mężczyznom, o wiele trudniej niż kobietom, przychodzi poproszenie o pomoc?

Nie lubimy gadać i tyle. Kiedy zaczynamy myśleć czy rozmawiać o swoich wątpliwościach, tak naprawdę nie ma to końca. Zaczynamy marudzić, a mężczyzna, który marudzi, nie jest ciekawy.

Czy poniekąd bierze się też to z dość powszechnego hasła, że „chłopaki nie płaczą”?

Moim zdaniem bierze się to raczej z poczucia, że nas się nie słucha.

Czy po seansach spotyka się Pan z głosami widzów, którzy mówią, że pod wpływem tego, co zostało pokazane na ekranie, nie posunęli się do ostateczności i jeszcze raz przemyśleli swoje życie?

Były to inne refleksje, ale bardzo ciekawe. Ktoś zdecydował się, że zabierze swoją drugą połowę na spacer, a ktoś inny po seansie stwierdził, że musi zadzwonić do kumpla.

Pojawiły się też osoby, które opowiadały Panu swoje historie zbliżone do losów Pana bohatera?

Tak. To było dla mnie trudne, nie umiałem się w tym odnaleźć.

To z pewnością rola, która niesie trudność emocjonalną. Jakie miał Pan sposoby na zejście z trudnych emocji po kręceniu wymagających scen?

To najtrudniejsze i najczęstsze pytanie. Aktorów wprowadza się w rolę, ale nikt nas z tej roli nie wyprowadza…

Leżenie w zimnym Bałtyku nie było podobno tak trudne, jak mogłoby się wydawać. O wiele większym wyzwaniem okazało się leżenie bez ubrań w kostnicy.

Tak, to prawda, choć wchodzenie nago do Bałtyku w listopadzie nie było niczym przyjemnym.  Trudne było też chociażby granie w deszczu. Podczas kręcenia filmu było wiele wyzwań czysto fizycznych.

Gdyby miał Pan pracę nad tym filmem zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Zapiski śmiertelnika. (Śmiech)

Patryk Mandla / patsontopata o utowrze "Usterki" [WYWIAD]

 Patryk Mandla / patsontopata o utowrze "Usterki" [WYWIAD]
















fot. Piotr Lasoń

Patryk Mandla, znany jako patsontopata, opowiedział mi o kulisach powstania utworu "Usterki", ale także mechanizmach, które potrafią zdominować codzienne życie, a także być... trzonem piosenki. 

Próżność, zazdrość, kłamstwo i fałsz – to nie tylko pojedyncze błędy, ale mechanizmy, które potrafią zdominować codzienne życie. Skąd pomysł, by to właśnie one były trzonem utworu "Usterki"? 

Myślę, że to główna przyczyna porażek ciągłego niezadowolenia, wymówek i problemów człowieka w codzienności. Tym bardziej teraz, kiedy ludzie są pożerani przez internet, zanikają wzorce, brak emocji zaciera uczucia i buduje osoby bez niczego, co warto prezentować w odpowiedni sposób.

Wybór owych mechanizmów na motyw przewodni utworu był choć do pewnego stopnia inspirowany doświadczeniami życiowymi, czy był podyktowany czym innym?

Stworzyliśmy to na podstawie obserwacji i własnych doświadczeń. 

Utwór jest istną mieszanką stylistyczną, albowiem łączy rapową narrację, popową melodykę i rockową energię. Opowiedzmy coś więcej na ten temat. Skąd pomysł, by połączyć te trzy style? 

Oboje, razem z Arturem, posiadamy mieszankę umiejętności wokalnych, potrafimy robić podobne, ale w tym wszystkim różne, koncepcje na kawałek.  

W momencie kiedy to łączymy, wychodzi coś, czego nie da się kategoryzować. I tak to potem powstaje. Oboje uznaliśmy, że chcemy to robić dla ludzi, a nie, dla siebie. Oboje już mamy dość tego chorego spojrzenia na własne cztery litery. 

Niestety, tak  kreują social media. Samowystarczalność jest super, ale jak masz być sam, to  ważne, żeby być i czuć, spełniać się, ale patrzeć w tym wszystkim też na bliskich. 

Jaka była droga od pomysłu, po realizację Waszego duetu? 

Przyjechałem do studia, Artur pokazał mi numer, od razu powiedziałem, że go zrobimy. No i...wyszło. (Śmiech.)

Czego dowiedzieliście się o sobie podczas pracy nad tym utworem? Czego się nauczyliście? 

Dowiedzieliśmy się, że lubimy ze sobą współpracować i że dobrze nam to idzie, pomimo chaosu, który czasem w tym wszystkim się pojawia, walczymy i działamy. Spotykamy się co tydzień i pracujemy nad utworami i jak najlepszym efektem końcowym. 

Nauczyliśmy się, że warto działać z przyjaciółmi, wymieniać się sugestiami. 

To nie tylko utwór, który będzie próbował podbić listy przebojów, ale przede wszystkim opowieść o człowieku, który powoli traci kontakt z samym sobą. Zastanawialiście się, czy może pełnić także funkcję terapeutyczną, stanowić oczyszczenie?

Ta piosenka to lustro dla każdego, kto gubi się na drodze, którą nigdy nie powinien iść.

To historia o kimś, kto buduje swoją tożsamość na pozorach. Wiele jest takich osób, prawda?

Tak, niestety. Świat internetu ma to do siebie, że jest sztuczny, a to przekłada się na prawdziwe życie. Dlatego, ten problem dotyczy najczęściej młodzieży, ale niestety również starszych pokoleń.

Narracja "Usterek" skupia się na bohaterze zagubionym we własnym odbiciu. Czy czuliście kiedyś podobnie? 

Ja, jak najbardziej, szczególnie w relacjach damsko męskich, gdzie notorycznie, na siłę próbowałem coś zmienić, jeszcze bardziej niszcząc przy tym nie tylko siebie, ale też drugą osobę.  

Co jest najtrudniejsze w momencie, w którym przyznajemy się do tego? 

Strach przed tym, kim się nagle stajemy.

Co zrobić, kiedy próżność zaczyna dominować nad autentycznością?

Wtedy trzeba na chwilę zwolnić i spojrzeć na siebie w lustrze, zadając sobie pytanie, "Czy to naprawdę ja, czy ktoś kogo będę musiał później udawać?” 

Może to spotkać każdego, niezależnie od momentu, w którym aktualnie się znajduje. 

Jak postępować, by tej autentyczności, nie tylko w muzyce, mimo życiowych zakrętów, nie stracić?

Umieć zaakceptować siebie. Pokochać swoje zalety i wady, a dopiero wtedy zacząć budować siebie, tak, jak chcemy. Warto spróbować. 

Życie bywa ciężkie i dołujące. Każdy dzień to walka. Trzeba iść, czasem zwolnić, żeby przestać się bać tego, co może się wydarzyć.  Nie ma żadnych utartych schematów. Trzeba wiedzieć, co nas uszczęśliwia, ale znać też odpowiedź na pytanie, czemu tego nie robimy. 

Jak pozbyć się zazdrości, będącej motorem napędowym konfliktów?

Odpuścić. Opowiem pewną historię. 

Znałem kogoś, kto stracił jedyną w swoim rodzaju kobietę, która go kochała. 

Pozbierał się, znajdując sobie kogoś po kilku miesiącach. 

Prawda jest taka, że i tak musiał iść do przodu mimo tego, że tak naprawdę to on zawinił i wszystko zniszczył. Musiał nauczyć się cieszyć czyimś szczęściem, bo to największa umiejętność.

Co najczęściej, oprócz fałszu i kłamstw, wypala wzajemne zaufanie?

Zdrada i brak poczucia, że możesz na kogoś liczyć.

Dlaczego ludzie zakładają maski? Zastanawiałeś się nad tym? W jakich sytuacjach robisz to najczęściej?

Wydaje się to łatwiejsze, niż przyznanie się do błędu. Dlatego, czasem każdy je zakłada. 

Najczęściej powoduje to przeszłość, strach, doświadczenie, które ciąży nam na barkach. To najczęściej zdarzenie, które nas zniszczyło i nauczyło, że nie warto być sobą, nie warto być szczerym. 

Ciężko stwierdzić kiedy je zakładam, ale staram się być na takim etapie, żeby nie patrzeć za siebie, chociaż wiem ile błędów popełniłem i ile mnie nauczyły. Zawsze trzeba, mimo wszystko, iść do przodu. 

Podobno Wasz utwór nie jest rodzajem moralitetu, ani wykładem o etyce, a jedynie zapisem obserwacji. Jak długo trwały? Na czym się skupiały?

Nie trwało to długo. Rozmawialiśmy o tym, co nas męczy. Tytuł nawiązuje do Usterki, czyli postaci z Bajki Disneya, "Ralph Demolka", gdzie główny bohater spotyka małą usterkę, która niszczy grę. Patrzyliśmy również na problemy świata codziennego, gdzie coraz więcej osób patrzy tylko i wyłącznie na siebie. Niestety, każdy czasem tak ma, więc warto to wypośrodkować i spróbować jakkolwiek poukładać.