czwartek, 11 czerwca 2026

Natalia Sikora o wszystkich odcieniach bycia artystą [WYWIAD]

 Natalia Sikora o wszystkich odcieniach bycia artystą [WYWIAD]















fot. Marek Zimakiewicz 

Z Natalią Sikorą spotkałam się w Warszawie. To artystka o charakterystycznej barwie głosu. Rozmawiamy nie tylko o muzyce, ale też o malowaniu obrazów. Przywołuje moment, w którym rozpoczęła się jej przygoda z malowaniem. Może namalować obraz dla każdego. 

Na początek każdej rozmowy staram się opisać jej bohatera. Ciebie widzę jako wokalistkę o charakterystycznej barwie głosu, autorkę tekstów, aktorkę teatralną i filmową, a także malarkę. Do czego jest Ci w tym momencie najbliżej?

W każdej z tych dziedzin najbardziej kręci mnie proces powstawania i to, co można dzięki niemu odkryć. Tak staram się funkcjonować, by te dziedziny wpływały na siebie wzajemnie.

Jawisz się jako artystka totalna i człowiek renesansu. (Śmiech.) A także, miłośniczka zwierząt, kobieta silna, wiedzącą czego chce i o czym marzy, a jednocześnie bardzo wrażliwa. Postrzegasz siebie w podobny sposób?

Tak. Żyję z pewnym darem, który jednocześnie jest przekleństwem.

W czym to się objawia?

Kiedy ma się dar interpretowania, wszystko postrzega się bardzo głęboko, a to wiąże się z tym, że siła, która prowadzi nas przez życie, jest dla nas bardzo kosztowna. Poświęcając się czemuś, za każdym razem dajemy z siebie wszystko, co najczęściej trzeba odchorować. Wydaje mi się, że odpoczynek w moim życiu jest jedynie złudzeniem. 

Zatrzymajmy się na chwilę przy tej miłości do zwierząt. Gdybyś miała sięgnąć pamięcią do dzieciństwa, zwierzęta otaczały Cię od zawsze? 

Tak, zwierzęta otaczały mnie od zawsze. 

Czy obecność któregoś z czworonogów zapisała się w Tobie szczególnie? Jakieś imię, wspomnienie? 

Obecność każdego z nich w jakiś sposób się we mnie zapisała. Obecnie najbliższy jest mi mój pies Bonzo, z którym żyję od szesnastu lat. Zabrałam go ze schroniska, kiedy miał trzy miesiące. Ma w sobie coś z wilka. Wiem, że nasze dusze miały się spotkać. To najuczciwsza istota w moim życiu. 

Masz czasem tak, że wolisz zwierzęta od ludzi?

Zawsze. Zwierzęta zawsze są u mnie na pierwszym miejscu. 

Coraz częściej spotykam się z taką opinią. Tak naprawdę na co dzień nie mówi się o tym głośno, bo ostała się w nas resztka wiary, że dobrych ludzi jest więcej. 

Rozpiętość Twoich umiejętności robi ogromne wrażenie. Nie jest tajemnicą, że już od najmłodszych lat przejawiałaś zainteresowanie dziedzinami artystycznymi, śpiewając, chociażby różne utwory, przebierając się i wcielając w różne postaci. Można zatem stwierdzić, że nie miałaś innych pomysłów na siebie?

Moje życie od samego początku opierało się na pływaniu. Jednak, z racji dość poważnej kontuzji kolana, nie mogłam łączyć przyszłości ze sportem. 

Chciałam być też weterynarzem, ale dotarło do mnie, że nigdy nie będę w stanie uśpić zwierzęcia. 

Myślałam też o tym, by zostać lekarzem, ale od zawsze wiedziałam, że nie umiałabym uratować kogoś, o kim wiedziałabym, że jest mordercą. 

Tak naprawdę w tym zawodzie można być każdym, więc choćby pomysłów było wiele, nic straconego. (Śmiech.) 

Dokładnie. 

Gdybym zapytała Cię o rolę marzeń, mam wrażenie, że połączyłabyś swoje największe pasje i wyszłaby nam z tego śpiewająca aktorka malująca obraz. (Śmiech.) Czy się mylę?

Faktycznie, mogłabym zagrać kogoś takiego. Bardzo chętnie wcieliłabym się też w Bruce’a Lee albo Steve’a McQueena. (Śmiech.) 

Odnalazłabyś się w roli, w której trzeba zastosować sztuki walki?

Tak, trenowałam od dziecka, więc to coś, co nie jest mi obce. 

Twoja przygoda z malowaniem rozpoczęła się 4 grudnia 2019 roku, kiedy, jak sama  to określasz, siedząc w garderobie teatralnej, odpięłaś się od życia i spędziłaś dwie minuty w zaświatach. Brzmi intrygująco. Opowiedzmy coś więcej. 

To był taki moment w moim życiu, w którym nie wyrażałam już wobec siebie żadnego szacunku. Liczyła się tylko praca, wręcz harówka. Byłam wypalona wewnętrznie. W pracy otaczała mnie grupa ludzi, z którymi kompletnie nie mogłam nawiązać porozumienia. Przez dwie minuty byłam gdzie indziej. By dojść po tym wszystkim do siebie, zaczęłam malować. 

Pamiętasz myśli i emocje, które towarzyszyły Ci przez te dwie minuty?

Czułam ulgę i spokój. Było to czymś wspaniałym. Do ciała wróciła mnie myśl o zwierzętach i o tym, że czekają na mnie. 

Co przedstawiał Twój pierwszy obraz?

Mój pierwszy obraz przedstawiał leżące na podłodze, płonące ciało, które na nowo trafia prąd, w formie energii i myśli. 

Jak często łączysz malowanie ze śpiewaniem? Czy obrazy, które powstają, są czasami zapisem emocji, które wywołuje w Tobie utwór, który wykonujesz?

Te naczynia są u mnie tak połączone, że tu wszystko z siebie wynika. Tak naprawdę, jedno prowokuje drugie.

Czy dobór kolorów, którymi przedstawiasz rzeczywistość na swoich obrazach, bywa odzwierciedleniem emocji, które towarzyszą Ci danego dnia?

Tak. Należy do tego dodać pola podświadomości. 

Po jakie kolory sięgasz najczęściej?

Najczęściej sięgam po kolory ognia. Od bordo, do głębokiej pomarańczy. 

W ostatnich miesiącach w moich obrazach pojawia się również bardzo dużo odcieni zieleni. 

Wiąże się to z tym, że w Twoim życiu pojawia się coraz więcej nadziei?

Nie wiem, czy tak jest. Skupiam się na tym, w co wierzę.

W co w tej chwili wierzysz najbardziej?

Obecnie najbardziej wierzę w moją nową płytę, nad którą pracuję. 

To prawda, że inspiracją do namalowania obrazu może być tak naprawdę wszystko, od gestu, przez zasłyszane słowo, aż po to, czego doświadczamy? Czym Ty najczęściej się inspirujesz?

Sygnały zewnętrzne nazywają konkretny rodzaj energii, którą chcę przedstawić na konkretnym obrazie. To z kolei uruchamia wszystko, od biochemii, przez kierunki fizyki, aż do dynamiki barw i tego, co na nim się rozpada, a co składa się w całość. 

29 maja 2025 roku powstał Twój Warsztat Twórczy "Znachor". Nazwa kojarzy mi się oczywiście z kultowym filmem, w którym główną rolę zagrał Jerzy Bińczycki oraz z jego nowszą wersją, gdzie w doktora Wilczura wcielił się Leszek Lichota. Czy nazwa warsztatu inspirowana była filmem, czy ma jeszcze jakieś inne, głębsze znaczenie?

Trafiłaś w sedno. Nazwa mojego warsztatu była inspirowana rolą Jerzego Bińczyckiego, który moim zdaniem, obok Marka Kondrata jest najciekawszym polskim aktorem. 

Ile razy widziałaś ten kultowy film?

Bardzo wiele razy. 

W ramach swojego warsztatu malujesz obrazy na życzenie. Bardzo ciekawi mnie proces dochodzenia do energii, którą masz przelać na papier. W dojściu do niej pomagają Ci pytania, zadawane osobie, będącej później właścicielem obrazu. Co musi wiedzieć twórca, by taki obraz stworzyć? 

Wymyśliłam dość nowatorską formę. Bardzo kręci mnie wejście w dialog z osobą, która dany obraz zamawia. Zależy mi na tym, by było to ciekawe dla obu stron. 

O co pytasz najczęściej?

Pytam o wiele rzeczy. Skupiam się na tym, jakie energie lubi osoba, dla której tworzę obraz. Jakie barwy są dla niej ważne. Pytam też o to, kogo chciałaby zobaczyć koło siebie. Może to być też pamiątka przedstawiająca kogoś, z kim zamawiający nie zdążył zrobić sobie zdjęcia. 

Masz jeden warunek - musisz poczuć to, co masz przenieść na płótno. Jeśli tego nie czujesz, nie podejmujesz się wyzwania?

Bardzo lubię wyzwania. Jest bardzo mało rzeczy, z których namalowania mogłabym się wycofać, ale oczywiście są takie.

Jakie? 

Na pewno nie umiałabym przedstawić na obrazie czyjejś jednoznacznej krzywdy. 

Kiedy ktoś pyta Cię, co wiesz o malowaniu, najczęściej odpowiadasz, że wiesz, że jest wolnością. Powiedz coś więcej. 

Najczęściej myślę wtedy o twórczej wolności i wolności zmysłów człowieka. 

W moim odczuciu, wolnością jest wszystko, co pozwala nam na upust emocji. Jak definiujesz wolność w muzyce?

Wolnością w muzyce jest dla mnie otwartość, ponieważ wiąże się z kontaktem z muzykami. Żebym czuła się wolna, muszę czuć, że mają na tyle przygotowany materiał, że potrafią improwizować. 

Chciałabym porozmawiać o Twojej muzycznej współpracy z Sebastianem Fabijańskim. Stworzyliście jedyny w swoim rodzaju duet. Pamiętasz moment, w którym Wasze drogi przecięły się po raz pierwszy?

Wracaliśmy razem ze spektaklu. Włączył mi swoje piosenki. Rozmawialiśmy o tym, o czym mógłby być nasz duet. 

W czym zawarta jest siła Waszego duetu? 

Ta siła na pewno zawarta jest w uczciwym podejściu do zagadnień zawodowych i w dbaniu o wyraz takiej sytuacji. 

Jaka była droga od pomysłu, do realizacji albumu "Antidotum"? Miał on swoją premierę 17 października 2025 roku. 

Seba przedstawił kilka swoich pomysłów, ja weszłam w to ze swoimi pomysłami. Zjawił się ktoś, kto odegrał w tym wszystkim rolę producenta. Przeszliśmy do studia i zajęliśmy się zarejestrowaniem tych utworów. 

Gdybyś miała tę przygodę zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Przygoda. (Śmiech.) 

Z całego albumu, na którym mieści się osiem utworów, najbardziej przemawia do mnie "Kurz". Bardzo lubię też "Klub złamanych serc". Jaki utwór to Ty darzysz największym sentymentem? 

"Antidotum". 

Jak już wspominałyśmy, realizujesz się na wielu polach, ale czy zastanawiałaś się kiedyś, czy gdyby nie udział w drugiej edycji programu "Voice of Poland" i Twoja wygrana tego programu, byłabyś w miejscu, w którym jesteś teraz? 

Gdyby nie udział w tym programie, we właściwym momencie mojego życia nie poznałabym pewnych machin produkcyjnych tego, jak to wygląda. Nie wiedziałabym, z czym więcej się nie konfrontować.

No właśnie, z czym?

Ze ściemą i z tym, że ktoś próbuje zrobić z nas kogoś, kim tak naprawdę nie jesteśmy. Myślę, że nie byłabym w momencie, w którym jestem. Była to dla mnie fantastyczna przygoda. 

Czy teraz, wiedząc już z czym to się wiąże, chciałabyś wziąć udział w programie o podobnym formacie?

Postawiłabym ten sam warunek, co wtedy. Sama decyduję, co śpiewam.

"Droga rzadziej przemierzana". Zuzanna Grabowska o swoim debiucie reżyserskim [WYWIAD]

 "Droga rzadziej przemierzana". Zuzanna Grabowska o swoim debiucie reżyserskim [WYWIAD]















fot. Małgorzata Krawczyk 

„Droga rzadziej przemierzana" zamknęła 28. Kino na Granicy. To debiut reżyserski aktorki Zuzanny Grabowskiej, która w pracy nad tym filmem łączyła wiele ról. W rozmowie opowiada m.in. o tym procesie i wyborze motywu odchodzenia na myśl przewodnią swojej produkcji.

28. edycja Kina na Granicy jest pierwszą odsłoną festiwalu, na którym się pojawiasz, ale zdarza Ci się przyjeżdżać tutaj z teatrem. Jak wraca się w te strony?

Tak naprawdę, kiedy gdziekolwiek przyjeżdża się z teatrem, czasu na zwiedzanie jest bardzo mało. Nigdy wcześniej nie byłam chociażby na tutejszym rynku. Bardzo się cieszę z tego przyjazdu. Jestem zauroczona tym miastem. Spacerujemy. To wspaniała majówka.

To jeden z tych festiwali, na którym nie obowiązują galowe stroje i nie ma czerwonych dywanów. Czy między innymi właśnie to składa się na jego sukces?

Zdecydowanie. Łukasz Maciejewski naprawdę kocha aktorów, kocha filmy. Umie stworzyć luźną atmosferę. Bardzo dobrze się tutaj czuję.

Jego dużym atutem, moim zdaniem, jest również to, że ten przegląd łączy miłośników kina polskiego, czeskiego i słowackiego. Czy lubisz filmy naszych południowych sąsiadów?

Uwielbiam czeski humor i tę lekkość w czeskim kinie. Pojawiło się tutaj wiele tytułów, o których wcześniej nie słyszałam. Wśród tych, które zdecydowałam obejrzeć, znalazło się właśnie kilka czeskich pozycji.

Ilekroć pytam gości festiwalowych o skojarzenia z Czechami, najczęściej słyszę, że to piwo i smażony ser. Co dorzucisz do tej puli?

Podpisuję się pod przedmówcami. (śmiech)

Zostałaś gościem uwielbianego, i to nie tylko przez najmłodszych, cyklu „Aktorzy i aktorki czytają dzieciom". Jaka książka kojarzy Ci się z dzieciństwem?

Tych książek jest naprawdę dużo. Jednak przede wszystkim są to „Przygody Koziołka Matołka". Uwielbiałam tę serię.

Byłaś dzieckiem, które trzeba było namawiać do czytania?

Lubiłam słuchać bajek, jeszcze na adapterze.

Uważasz, że czytanie dzieciom od najmłodszych lat sprawia, że później same z większą ochotą sięgają po książki? Nie można zapominać też o tym, jak bardzo czytanie wpływa na kreatywność.

Och, zdecydowanie. Jeśli pokażemy dzieciom, że książka potrafi być czymś fajnym, a nie tylko nudną lekturą, może to zaprocentować w przyszłości i faktycznie sprawić, że chętniej sięgną po książkę w późniejszym czasie.

Jaka książka zachwyciła Cię ostatnio?

Najczęściej sięgam po powieści i poradniki psychologiczne. Ostatnio moją uwagę zwróciła „Odwaga bycia nielubianym" autorstwa Ichiro Kishimi i Fumitake Koga.

Na 28. Kino na Granicy przyjechałaś nie tylko po to, by czytać dzieciom. Filmem zamknięcia tej edycji została „Droga rzadziej przemierzana". To Twój debiut reżyserski. Jaka była droga od pomysłu do realizacji?

To na mnie spadło jak grom z jasnego nieba. Pewnego dnia zadzwoniłam do mojej przyjaciółki, Agaty Wątróbskiej, bo wpadłam na pomysł napisania pewnego scenariusza. Zaproponowałam jej, byśmy stworzyły go wspólnie. Od słowa do słowa - ten pierwszy etap tak się zaczął.

Oprócz tego, że film wyreżyserowałaś i jesteś współautorką scenariusza, grasz też jedną z głównych ról. Rozpiętość umiejętności niesamowita.

Wzięłam na siebie bardzo dużo, ale to wyjątkowy projekt, który mogłam zrealizować jedynie w taki sposób. Myślę, że gdyby pojawiły się kolejne produkcje, zdecydowałabym się już tylko na objęcie jednej z tych wielu funkcji. Bardzo się cieszę, bo z czymś aż tak osobistym wychodzę do ludzi po raz pierwszy. Nie jest to co prawda biograficzna historia, ale na pewno jest w niej jakaś część mnie.

Jaka?

Tą iskrą były moje czterdzieste urodziny. Pomyślałam sobie, że jestem w takim momencie życia, w którym dużo wiem, dużo jest za mną, ale jeszcze wiele przede mną. Przyjaźń z osobami, które często towarzyszą nam od dzieciństwa, była jednym z ważnych motywów. Możemy mieć w nich oparcie. To film o czterdziestoletnich kobietach. Też się do nich zaliczam. Mam nadzieję, że wiele kobiet w podobnym wieku i nie tylko, znajdzie w nim cząstkę siebie.

Co było dla Ciebie w tym połączeniu tak wielu wspomnianych już umiejętności najważniejsze?

Najważniejsze było przygotowanie. Kiedy plan się rozpoczął, nie chciałam mieć już w sobie żadnych pytań. Oczywiście, wiele rzeczy miało prawo się wydarzyć, natomiast to przygotowanie, które odbywało się wcześniej na tak wielu poziomach, było kluczowe.

Czy przyjaźń, która połączyła Cię z Agatą Wątróbską, pomogła Wam również w zbudowaniu relacji ekranowej?

Tak. Bardzo dobrze się znamy, byłyśmy razem na roku, przez całe studia razem mieszkałyśmy. Wiemy o sobie naprawdę dużo.

Lubicie wspólne projekty?

Przede wszystkim lubimy się nawzajem. Przez wiele lat działałyśmy razem w Teatrze Dramatycznym i Kabarecie na Koniec Świata. Zagrałam też w sztuce „Przyjaciele", którą Agata wyreżyserowała. Ten spektakl można zobaczyć w stołecznym Garnizonie Sztuki. Znamy swoje mocne i słabe strony, naprawdę lubimy ze sobą pracować.

Co było dla Was najistotniejsze w ukazaniu ekranowej relacji?

Istotne było dla nas to, żeby to płynęło, kiedy ruszyła kamera. Miałyśmy świadomość, że ta historia jest już w nas osadzona. Poszłyśmy wytyczonym wcześniej szlakiem.

Producentem, a także jednym z epizodycznych bohaterów jest Paweł Domagała, a w jednej z ról widzimy także Twojego tatę, Andrzeja Grabowskiego. Jak się układała współpraca Waszej trójki?

Bardzo dobrze. Tata i Paweł Domagała wspomogli mnie, skorzystałam z ich talentu i potencjału. W ogóle podczas pracy nad tym filmem otoczyłam się ludźmi, którzy są mi przyjaźni i dobrze na mnie patrzą. Zadziałało family friends. (śmiech) Teraz już wiem, że mogliśmy to zrobić tylko w takiej konfiguracji.

Oj, udowadniacie, zresztą nie po raz pierwszy, że z rodziną fajnie, nie tylko na zdjęciu. (śmiech) Praca na planie „Drogi..." jeszcze bardziej wzmocniła Waszą rodzinną więź?

Tak. Produkcja filmu ma wiele etapów. Bywają momenty, kiedy trzeba zaryzykować. Na to wszystko składają się także trudne rozmowy. Wspomogły nas także producentki wykonawcze, Sylwia Witowska i Vicky Witowska.

„Droga rzadziej przemierzana” to historia dwóch dziewczyn, które rozdzieliło życie, żeby połączyć na nowo wobec perspektywy odejścia trzeciej z przyjaciółek. To kolejna, po „Zapiskach śmiertelnika" w reżyserii Macieja Żaka, propozycja festiwalowa dotycząca przemijania. Mam wrażenie, że ten motyw jest obecnie chętnie poruszany w polskim kinie. Z czego, Twoim zdaniem, to wynika?

Jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, uważam że nie zawsze strata drugiej osoby niesie tylko rozpacz i cierpienie. Oczywiście, że jest tego częścią, ale w dłuższej perspektywie może przynieść nam także ukojenie, mądrość i dostarczyć nam także możliwość innego spojrzenia na świat. Chciałam pokazać, że śmierć nie jest tylko końcem samym w sobie. Jeżeli relacja była pełna, po tej osobie, która nas w danym momencie zostawia, już na zawsze coś w nas zostanie. To coś, co nigdy nie umrze.

Wybór takiego motywu bierze się z potrzeby pokazania odchodzenia z różnych perspektyw, potrzeby dzielenia się historiami opartymi o coś, co się przeżyło czy jeszcze z czegoś innego?

Sztuka jest czymś, dzięki czemu możemy alternatywnie przeżyć jakąkolwiek historię. Uczestnicząc w powstawaniu scenariusza, wcielając się w postać, przerobiłam w sobie te wszystkie emocje. Było w tym wszystkim coś oczyszczającego i wzmacniającego.