piątek, 19 czerwca 2026

Dominika Sakowicz (nie) tylko o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]

 Dominika Sakowicz (nie) tylko o serialu "M jak miłość"  [WYWIAD]





















fot. Iga Mackiewicz 

Z Dominiką Sakowicz spotkałam się w Warszawie. Rozmawiałyśmy o serialu "M jak miłość", postaci Joanny, w którą wciela się od 1914 odcinka, ale też o tym, jak czasami widzowie tracą czujność i mylą fikcję z rzeczywistością.

W naszej rozmowie nie zabrakło też przestrzeni na poruszenie tematu teatru, a także skonfrontowanie dwóch światów - teatralnego a kamery telewizyjnej. 

Aktorka telewizyjna, teatralna, modelka, optymistka. Osoba, dla której zawsze, szklanka jest do połowy pełna. Przyjaźnie nastawiona do ludzi i świata. Tak Panią widzę. (Śmiech.) Postrzega Pani siebie w podobny sposób?

To bardzo ciekawe spostrzeżenie, albowiem dla ludzi z zewnątrz jawię się w podobny sposób. Widzą mnie jako ciepłą osobę i ja się z tym zgadzam, ponieważ wydaje mi się, że mam w sobie sporo tego ciepła i miłości do ludzi. Gdybym jednak ja sama miałabym siebie w jakiś sposób określić, powiedziałabym, że jest we mnie sporo smutku i swego rodzaju melancholii. 

Od zawsze Panią tak postrzegano, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem?

Zawsze. Wynika to z tego, że moim celem jest dawać ludziom radość. Ważne jest dla mnie, by ludzie w moim otoczeniu dobrze się czuli. Nie mam w zwyczaju swoich wewnętrznych rozterek przelewać na innych. (Śmiech.)

Takie nastawienie pomaga także w tym pięknym, ale jednak trudnym zawodzie?

Pozytywne nastawienie w ogóle pomaga w życiu. 

Wiele jest zawodów na "A". (Śmiech). Co spowodowało, że wybrała Pani akurat aktorstwo?

Mam takie wrażenie, że ja się z tym urodziłam. Wybór aktorstwa przyszedł dość naturalnie. 

Czy nigdy nie miała Pani innych pomysłów na siebie, a od najmłodszych lat lubiła się przebierać i wcielać w różne postaci?

Oczywiście, inne pomysły też były, ale chyba bardziej w życiu dorosłym. Jak mi nie szło w aktorstwie, często myślałam o tym, żeby się przebranżowić.

Jakie pomysły na siebie brała Pani pod uwagę?

Myślałam, by zostać agentką nieruchomości. Zrobiłam też kurs, by zostać... wedding plannerką.

Nic straconego, wszystkie swoje umiejętności może Pani wykorzystać na ekranie.

Oczywiście, że tak. 

Choć w zawodzie jest Pani aktywna od 2017 roku, to czy właśnie otrzymanie roli w serialu "M jak miłość" sprawiło, że poczuła Pani, jak nabiera wiatru w żagle?

Tak. Nie ukrywajmy, że jednym z powodów naszej rozmowy jest właśnie to, że pojawiłam się w tym serialu. (Śmiech.) 

Kończąc szkołę, sporo grałam w różnych teatrach, m.in. w Teatrze Studio, Teatrze Scena 11, a także w teatrze objazdowym. "M jak miłość" pozwoliło szerszej publiczności mnie poznać. Mam ogromny apetyt na karierę filmową. 

Wielu aktorów marzy o tym, by być częścią właśnie tej kultowej produkcji, która od ponad 25 lat cieszy się niesłabnącą sympatią wśród widzów. Czy wizualizując sobie rolę marzeń, myślała Pani kiedykolwiek o tym serialu?

Oczywiście! Jako mało dziewczynka też oglądałam ten serial. Siadałam przed telewizorem i marzyłam o tym, że jak dorosnę, to dołączę do rodziny Mostowiaków. 

I jak tu nie wierzyć w to, że marzenia mają siłę sprawczą? Jako doktor Joanna Dobrzańska, w serialu "M jak miłość" po raz pierwszy pojawiła się Pani w 1914 odcinku. 

Jestem ciekawa, jak te losy Joasi się potoczą. 

Wiadomo już, że zanim trafiła Pani do produkcji, zdarzało się Pani ją oglądać i to od swoich najmłodszych lat.  Czy zatem miała Pani swoje ulubione wątki, ulubionych bohaterów?

Kiedy oglądałam ten serial lata temu, fascynowały mnie np. losy Marty Mostowiak, granej przez wspaniałą aktorkę Dominikę Ostałowska. Jej bohaterka miała naprawdę sporo życiowych zawirowań, głównie tragicznych. Za tym oczywiście idą wyzwania aktorskie, które mnie kręcą. 

Jak po latach patrzy się na coś, co oglądało się, będąc dzieckiem? 

Pamiętam, jak podczas jednego z moich dni zdjęciowych pierwszy raz podjechałam pod dom w Grabinie. Było to faktycznie takie zderzenie tego, o czym marzyłam jako mała dziewczynka, oglądając serial w telewizji, z tym, gdzie teraz jestem, jako dorosła kobieta. 

W czym, w Pani odczuciu, tkwi fenomen tego serialu?

Myślę, że ten serial jest tak lubiany przede wszystkim dzięki temu, że grają w nim tak wybitni aktorzy. Jest bliski ludziom i codzienności. Zrzesza tyle różnych wątków i historii, że każdy może się w nim odnaleźć. 

Jak została Pani przyjęta na planie?

Bardzo miło. Od pierwszych scen partnerował mi Robert Moskwa, który wziął mnie pod swoje skrzydła, oprowadził po planie i poznał z ekipą. Złapaliśmy od razu świetny kontakt. To dzięki niemu, już od pierwszych chwil, poczułam się na planie serialu, jak w domu. Nie chcę tak słodzić, ale naprawdę jak na razie, (Śmiech.) nie mogę powiedzieć na nikogo złego słowa. Wszyscy bardzo ciepło mnie przyjęli. A to wcale nie zdarza się tak często.

Miała Pani mocne wejście nie tylko w sam serial, ale również w życie Artura, w którego wciela się wspominany Robert Moskwa. (Śmiech.) Widzowie poznali Joannę w momencie, w którym rani się w rękę, a z opresji ratuje ją właśnie wspominany, serialowy doktor Rogowski. Jak realizowano tę scenę?

Chronologia nagrywania bywa czasem zaburzona i nie idzie w parze z kolejnością tego, co jest pokazywane na ekranie, więc to nie była pierwsza scena, którą realizowałam, wcielając się w Joannę. Ta scena nagrana była trochę później.

Podczas mojego pierwszego dnia zdjęciowego realizowaliśmy sceny w przychodni. 

Nagrywanie sceny, w której Joanna rani się w rękę, było dla mnie bardzo ciekawe. Dużo się działo. Mogłam pokazać wiele emocji. Mimo, że dla niektórych jest to wątek dość kontrowersyjny, gra mi się go bardzo dobrze. (Śmiech.) 

Między Joanną a Arturem iskrzy od pierwszego spotkania i mam wrażenie, że tak już będzie zawsze. (Śmiech.) Muszę o to zapytać, choć wiem, że nie może Pani zdradzić zbyt wiele. Czy fani, przyzwyczajeni do małżeńskiej sielanki, która panuje pomiędzy Arturem a Marysią, powinni zacząć się martwić?

Widzowie od lat byli przyzwyczajeni do sielanki w małżeństwie doktora Rogowskiego, ale powiedzmy sobie szczerze, czy byłoby co oglądać, gdyby cały czas szło to w jednym kierunku? (Śmiech.) 

Jedni są zaniepokojeni już teraz, drudzy zaś czasem mylą rzeczywistość z serialową fikcją. Niestety, ta cienka linia pomiędzy jednym, a drugim, społeczeństwu czasem się zaciera. Apelowała Pani już na swoim oficjalnym profilu na Instagramie do widzów w tej kwestii. Co powiedziałaby Pani na ten temat w naszej rozmowie?

Dostałam kilka wiadomości na Instagramie, które co prawda nie były przesycone agresją, ale w których było widać, że niektórym widzom naprawdę zaciera się ta granica pomiędzy fikcją a tym, co dzieje się naprawdę. Były takie głosy, które domagały się, abym zostawiła Artura w spokoju. (Śmiech.) 

Niestety, Robert Moskwa obrywa bardzo mocno za to, co dzieje się na ekranie. Oczywiście, można wyrazić swoją opinię, ale nie można nikogo obrażać. 

Myślę, że najgorsze w tym wszystkim są portale, które podsycają hejt. Już same nagłówki są jednostronnie skonstruowane. Zdarzyło mi się parę razy zajrzeć w komentarze pod takim postem i to, co tam się sączy… delikatnie mówiąc, nie należy do najprzyjemniejszych odczuć. Dla swojego zdrowia, staram się tego nie robić, choć czasem kusi. 

Ja jestem aktorką, to jest mój wyuczony zawód i staram się go wykonywać najlepiej, jak potrafię. Im barwniejsza postać, tym dla mnie lepiej, bo mam jakieś wyzwanie przed sobą. A o perypetiach bohaterów nie decydują aktorzy, dostajemy gotowy scenariusz i robimy, co w naszej mocy.

Mój partner dobrze to kiedyś podsumował, a propos tego, że niektórzy widzowie przekraczają wszelkie granice - czy jeśli nie smakuje Ci bułka kupiona w piekarni, idziesz do tej piekarni i personalnie obrażasz Panią, która ją sprzedała? 

Bliska jest Pani nie tylko kamera telewizyjna, ale również scena teatralna. Czym jest dla Pani teatr?

Teatr jest mi zdecydowanie bliższy, niż kamera.

Z czego to się bierze?

To tam powstałam jako aktorka, tam rozwinęłam swoje skrzydła. Dopiero to pozwoliło mi przebić się na ekran. Teatr jest moją miłością absolutną. To coś zupełnie innego, niż ekran. Na scenie obcujemy z żywym organizmem. Relacja widz - aktor jest jak tango. Musimy razem ze sobą zatańczyć. Jeśli komuś się pomylą kroki, ten drugi też się wywróci.

To prawda, że aktor jest świadomy tego, co dzieje się na widowni?

Oczywiście. Pamiętam sytuacje, w których widz, siedzący w pierwszym rzędzie myślał, że nie widzę, kiedy wysyła do kogoś SMSa. Kiedy byłam na początku drogi, takie zachowanie potrafiło wybić mnie z rytmu.

Czy takie zachowanie może być powodem zaimprowizowania i uświadomienia widza, że to, co zrobił, nie było na miejscu?

Coś takiego wydarzyło się na monodramie Ewy Błaszczyk. Potrafiła tak podjąć temat, że faktycznie, w delikatny sposób zwróciła widzowi uwagę. 

Co dają jego deski, czego nie daje oko kamery?

To zdecydowanie adrenalina. Oczywiście, jest ona też obecna, kiedy po raz pierwszy wchodzi się na plan jakiegoś nowego projektu lub partneruje mi zupełnie nowy aktor, z którym nie miałam jeszcze przyjemności spotkać się w pracy.

 Jak często zdarza się Pani improwizować przed kamerą?

Chyba jak na razie to mi się nie zdarzyło. Albo sobie nie przypominam. Ja w ogóle cenię sobie bliską współpracę z reżyserem, lubię poddawać się czyjejś wizji, oczywiście korzystając ze swojej wrażliwości. 

Jest Pani nie tylko aktorką, ale także modelką. Kiedy to modeling pojawił się w Pani życiu? 

Modelka, to chyba za duże słowo. (Śmiech.) 

Kiedy byłam nastolatką, chodziłam do szkoły estradowej i to właśnie tam, moja nauczycielka tańca coś we mnie zauważyła. Podpowiedziała mi, żebym poszła na konkurs miss. Od tej pory zaczęłam dostawać propozycje współpracy komercyjnych, które do dziś zdarza mi się realizować. 

Traktuje to Pani jako uzupełnienie bycia aktorką, czy raczej jako osobną przygodę?

Traktuję to raczej jako osobną przygodę, choć usłyszałam ostatnio, że powinno to się zazębiać. Przyznam, że u mnie chyba nie do końca tak to działa. 

Trzeba przyznać, że Joasia w "M jak miłość" stylówki ma wspaniałe. Ma Pani jakiś wpływ na to, jak się ubiera?

Kiedy przyszłam na pierwsze przymiarki, cały pion kostiumów zaproponował mi tak piękne stroje, że ja się kompletnie w nich zakochałam. Nie miałam żadnych uwag. Fajne jest to, że tak jak w życiu, w serialowej garderobie te stroje też się powielają. No, któż codziennie ubiera się w co innego? (Śmiech.)

W czym to Pani na co dzień czuje się najlepiej? 

Jestem mniej elegancka, niż postać, w którą wcielam się w serialu, ale przyznam, że wiele jej sukienek chętnie bym sobie przywłaszczyła. (Śmiech.) Uwielbiam kwiaty, sukienki. Na co dzień ubieram się w to, w czym dobrze się czuję. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz