środa, 14 maja 2025

Maryla Rodowicz nie tylko o swoich największych przebojach [WYWIAD]

Maryla Rodowicz nie tylko o swoich największych przebojach [WYWIAD]
















fot. Maryla Rodowicz / Facebook

Maryla Rodowicz, artystka, której przedstawiać nie trzeba, bo jej mniej i bardziej znane przeboje nucą wszyscy, 17 stycznia zagrała akustyczny koncert w Cavatina Hall w Bielsku-Białej.

Opowiedziała o latach spędzonych na scenie, przyjaźni z Agnieszką Osiecką, największych przebojach w nowych aranżacjach oraz o tym, co z tym wszystkim mają wspólnego... naleśniki.

Spotykamy się w Cavatina Hall w Bielsku-Białej. To miasto dość często pojawia się na Pani trasie koncertowej. Jak wraca się w te strony?

Oj, gdzie ja nie byłam przez te blisko sześćdziesiąt lat kariery scenicznej. (śmiech) Grałam tutaj rok temu, a na koncert, przed którym rozmawiamy, również wyprzedała się cała sala. To bardzo miłe.

Te najbardziej i mniej znane utwory zabrzmią w nowych akustycznych aranżacjach z akompaniamentem dwóch gitar. Taka forma koncertu to powrót do klimatu z początków Pani kariery, kiedy na scenie towarzyszyli Pani tylko gitarzyści. Co najbardziej lubi Pani w tej akustycznej odsłonie swojej twórczości?

Klimat, który jest zupełnie inny. Kiedy gra się w plenerze, to zupełnie coś innego. Inna atmosfera, przesłanie. Tutaj mogę zagrać utwory, których nie wykonuję w plenerze, ponieważ nadają się jedynie do tak klimatycznej sali jak ta.

Jakie to utwory?

Jest ich sporo. To m.in. "Ludzkie gadanie", znane też jako "Gadu gadu", utwór "Z gwinta", "Sama chciała", "Na brudno" lub "Największa miłość, najcięższy grzech".

Na scenie muzycznej obecna jest Pani od ponad 57 lat. Kiedy to minęło? (śmiech)

Chciałabym powiedzieć, że szybko, ale nie to nie do końca tak. (śmiech) To tysiące koncertów, około dwóch tysięcy utworów. Mój repertuar jest tak duży, że zawsze pojawia się problem, co zagrać.

Gdyby miała Pani zamknąć ten czas w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Nie da się tego podsumować ani w jednym słowie, ani jednym zdaniu. Na tyle lat na scenie składają się różne etapy mojego życia, różne problemy, różne składy muzyczne. W latach 80. urodziłam troje dzieci. To była inna epoka, nastąpiły wtedy wielkie społeczne zmiany. Różnie bywało.

„Moja energia bierze się stąd, że ja lubię żyć. Że lubię ludzi, że lubię robić to, co robię, że udzielam wywiadów, że mam spotkania, że idę do sklepu po bagietkę". No właśnie, jest Pani osobą niezwykle pozytywnie nastawioną, co przekłada się także na Pani twórczość.

W swoim repertuarze mam też utwory dosyć nostalgiczne i wtedy muszę przestawiać się z trybu, gdzie daję bardzo dużo energii, na ten bardziej spokojny.

Zaskakuje Pani nie tylko wspaniałymi kreacjami scenicznymi, takimi, jak chociażby podczas Sylwestra, ale także pomysłami na wspaniałe duety i nowe aranżacje swoich kultowych przebojów. Wróćmy jednak do tej kreacji, którą przyodziała Pani w ostatnią noc starego roku, podczas Sylwestra z Polsatem.

Za tę kreację odpowiedzialny jest Jakub Jasiński, młody projektant z Poznania. Wysłał mi sporo swoich propozycji, spośród których wybrałam tę, która podobała mi się najbardziej. Wykonanie tej kreacji wcale nie było łatwe, ponieważ te paski musiał malować, potem wyklejał je kamieniami. Efektem końcowym byłam zachwycona. Dzień wcześniej mierzyliśmy kapelusz, który okazał się bardzo ciężki. Nie trzymał się, więc przyłożył do niego niewidoczną, elastyczną żyłkę. Podczas występu nie za bardzo mogłam się ruszać, ale dałam radę.

W duecie z Mrozu wykonała Pani "Sing-sing", Roxie Węgiel towarzyszyła Pani w utworze "Damą być", a Dawid Kwiatkowski nagrał z Panią "Wielką wodę". Jest jakiś klucz, według którego wybiera Pani artystów, z którymi tworzy te staro-nowe duety?

Moja lista ulubionych artystów jest długa. Jednak sprawami związanymi z duetami zajmuje się Warner Music Polska.

Z moich obserwacji wynika, że to właśnie duet z Dawidem Kwiatkowskim wywołał największą radość i poruszenie wśród Waszych słuchaczy.

"Sing sing" i "Damą być" to utwory wesołe, rytmiczne. "Wielka woda" jest też rytmiczna, ale ma tak wzruszający tekst, że wywołuje całą gamę emocji. Teledysk jest dopełnieniem całości i też wywołuje ciarki.

Autorką tekstów do wszystkich trzech wymienionych tutaj utwórów jest Agnieszka Osiecka. Nie jest tajemnicą, że się przyjaźniłyście. Jak ją Pani wspomina?

Agnieszka Osiecka była wyjątkową osobą, niesamowitą postacią, kobietą i poetką. To, że pozwoliła mi się tak do siebie zbliżyć, jest dla mnie wyróżnieniem. Razem przeżyłyśmy wiele bardzo interesujących momentów.

Te duety z młodym pokoleniem artystów powodują, że na Pani koncertach bawi się coraz więcej młodzieży. Co czuje artysta, kiedy jego muzyka łączy pokolenia?

Wtedy przede wszystkim czuję ogromną satysfakcję, że ci tak młodzi ludzie odnajdują się w moim repertuarze. Dzieje się też dlatego, że mam same dobre, wartościowe teksty. Młodzi szukają w muzyce czegoś więcej niż tylko efektownej formy.

Kogo, oprócz Roxie, Mroza i Dawida Kwiatkowskiego zaprosiła Pani na płytę, która ma ukazać się w kwietniu tego roku?

(śmiech) Nie powiem. Mam kilka nazwisk, ale pozostaną moją tajemnicą. Zdradzę jednak, że każda współpraca zaczyna się od... naleśników. Za kilka dni mam spotkanie z artystą "X", którego uwielbiam. Cieszę się, że razem zaśpiewamy jeden z utworów, który znajdzie się na płycie. Chciał od razu przejść do rozmów zawodowych, ale powiedziałam, że najpierw naleśniki. (śmiech)

Czego Pani uczy się od artystów młodego pokolenia, a czego to oni uczą się od Pani?

Przede wszystkim poznaję nowych producentów. To jest niesamowite, że jestem świadkiem powstawania tych nowych produkcji. Cieszę się, że zgadzają się na duety ze mną. Nazwiska dwóch artystów, których zaprosiłam do współpracy, będą naprawdę ogromnym zaskoczeniem.

Jaki jest Pani ulubiony utwór z repertuaru Roxie, a którą piosenkę Dawida Kwiatkowskiego lubi Pani najbardziej?

Słucham wszystkich nowych produkcji obojga artystów. Dawid jest ogromnym dżentelmenem. Jest dobrze wychowany, subtelny. To artysta wyjątkowy. Miałam okazję przyglądać się wielu jego koncertom. Zdarza się, że grając koncerty plenerowe, to właśnie on występuje przede mną. Kiedy widzę ten tłum piszczących dziewczynek, stojących pod sceną i śpiewających wszystkie teksty, wychodzę z garderoby i patrzę na to z podziwem. Ma wspaniałą formę kontaktu z fanami. Ja też spotykam się ze swoimi sympatykami. Po każdym koncercie organizowane jest podpisywanie i czas na wspólne zdjęcia. Fani mi pomagają. Na moje koncerty zjeżdżają się fani z całej Polski. Po wszystkim spotykam się z nimi w garderobie i robimy sobie wspólne zdjęcie.

wtorek, 22 kwietnia 2025

Bartosz Porczyk o tańcu, wyrażaniu siebie i "YCD. Po prostu Tańcz" [WYWIAD]

 Bartosz Porczyk o tańcu, wyrażaniu siebie i "YCD. Po prostu Tańcz" [WYWIAD]


















fot. Miasto Wisła / Projekt Zima

Bartosz Porczyk debiutuje w nowej roli, jednak tym razem nie ma to nic wspólnego ani z filmem, ani z teatrem. 26 lutego o godz. 20.50 w TVN, przy okazji powrotu programu „You Can Dance. Po Prostu Tańcz!“, po raz pierwszy oceniał umiejętności taneczne uczestników.

Z red. Mariolą Morcinkovą spotkał się w Wiśle, podczas cyklicznej imprezy „Projekt zima“, która odbyła się na stoku narciarskim Cieńków. Opowiedział o swoich pierwszych tanecznych krokach, ale też o wdzięczności, jaką czuje, uświadamiając sobie, że taniec wraca do niego po dwudziestu latach, choć tym razem w nieco innej postaci.

Czy uważa, że jest surowym jurorem? Co jest najtrudniejsze w ocenianiu innych? Na co, podczas oceniania, zwraca uwagę z perspektywy bycia aktorem? Bartosz Porczyk odpowiada na te i wiele innych pytań.

Jest Pan aktorem, performerem, tancerzem, muzykiem, a od niedawna także barberem i jurorem w programie "You Can Dance – Po prostu tańcz!", który wraca na antenę TVN 26 lutego. Coś ominęłam, czy wszystko się zgadza? (śmiech)

Najpierw byłem tancerzem, bo od tańca zaczynałem. W wieku dziewiętnastu lat dostałem się do szkoły filmowej i zostałem aktorem. Równolegle robiłem monodramy, ale też grałem koncerty, a nawet nagrałem płytę "Sprawca", więc byłem też muzykiem i wokalistą i performerem. Najbliższe jednak jest mi aktorstwo.

Mam wrażenie, że z racji okoliczności, w których się spotykamy, najbliżej jest Panu obecnie do bycia jurorem.

Dokładnie. Taniec wraca do mnie po dwudziestu latach. Przez tyle właśnie czasu nie byłem obecny na turniejowym parkiecie, ale taniec towarzyszył mi zawsze. Nawet gdy robiłem spektakle, to w niektórych miałem tak skrojone role, że wykorzystałem swoje skille. Taniec wraca do mnie w postaci programu "You Can Dance – Po prostu tańcz!" i teraz będę jurorem. Wielka przygoda.

Co spowodowało, że przyjął Pan tę propozycję?

Taniec jest dalej moją wielką namiętnością. Jeśli nie będę mógł tyle tańczyć, ile tańczyłem wcześniej, to przynajmniej będę mógł patrzeć na pięknych ludzi, którzy tańczą. To raduje moje serce.

Co jest najtrudniejsze w ocenianiu umiejętności tanecznych innych osób? Niektórzy myślą, że to bardzo łatwo przychodzi, a tak naprawdę, do końca tak nie jest. Mam rację?

To nie jest proste. Jeżeli ktoś kiedykolwiek był na castingu, wie, jak jest trudno przez ten krótki czas zaprezentować siebie i swoje umiejętności. Ja muszę pamiętać, że oceniam tylko urywek tańca człowieka, który przychodzi do programu. Najbardziej działa na mnie to, kiedy widzę, że choreografia, taniec i tancerz pokazuje coś o sobie. Podoba mi się, kiedy taniec jest spersonalizowany, wyjątkowy, inny,  mimo tego, że prezentowane są podobne kroki lub techniki. Ważne, by taniec był nasycony osobowością i historią życia konkretnego uczestnika i intencją w jakiej się wyraża. Zaskakujące jest czasem to, dlaczego ludzie tańczą. Niektórzy dlatego, że od małego są zarażani przez rodziców miłością do tańca, ale są też tacy, którym taniec uratował życie.

Jurorzy różnych formatów, czy to muzycznych, czy tanecznych, często przyznają, że czasami, nawet długo po nagraniu, myślą, czy dobrą decyzję podjęli, na przykład w momencie, kiedy muszą kogoś wyeliminować. Panu również zdarzało się wracać z podobnymi myślami z eliminacji?

Są takie myśli. Nie można przyjąć wszystkich. W półfinale i finale jest ścisła liczba miejsc. Niemniej jednak, niektórych namawiamy do powrotu przy okazji następnych edycji programu. Zwracamy uwagę, nad czym powinni popracować. Jeśli umiesz przekłuć porażkę w sukces a konstruktywną krytykę przyjmiesz z umiarkowanym spokojem i zaufaniem - wzbogacasz się i wzrastasz.

A na co najczęściej zwraca Pan uwagę jako juror?

Najważniejsza jest dla mnie osobowość i to, kim jest tancerz i jak próbuje  światu z odwagą manifestować swoje jestestwo i dar.

Czy są jakieś umiejętności, które bierze Pan w ocenie pod uwagę z racji tego, że jest także aktorem?

To umiejętność gospodarowania przestrzenią, w której się porusza tancerz, praca ze swoją energią i opowiadana historia w tańcu no i pasja.

Mam wrażenie, że Pana wrażliwość artystyczna i sceniczne doświadczenie to bezcenny atut w ocenie uczestników. A jak Pan siebie ocenia w roli jurora? Bywa Pan surowy? (śmiech)

Oceniając siebie samego, mam wrażenie, że jestem surowym jurorem, ponieważ bardzo skrupulatnie dobieram słowa krytyki, ale też nie chcę się bać emocji. Kiedy ktoś je we mnie wzbudza, porusza mnie, a nawet sprawia, że lecą mi łzy, wtedy pozwalam sobie na pokazanie światu swojej wrażliwości. Taniec też jest rozmową i romansem.

Pan tańcem towarzyskim pasjonował się tak naprawdę od dziecka. Gdyby jednak miał Pan wytyczyć moment startu tej fascynacji, na co mogłoby paść?

Miałem jakieś 8-9 lat, kiedy koleżanka po raz pierwszy zabrała mnie na zajęcia taneczne. Najpierw zaczynałem od tańca ludowego, później był jazz, a dopiero potem natrafiłem na taniec towarzyski. Tam znalazłem swoje miejsce. W tańcu znalazłem przestrzeń w której mogłem się wyrażać.

Mylę się, czy zamiłowanie do tańca pojawiło się u Pana wcześniej, jak to do aktorstwa?

Oczywiście, że tak. Taniec był moją pierwszą namiętnością. Śni mi się do dzisiaj. Mam piękne sny, w których nadal jestem na turniejach tanecznych. Przeżywam emocje odbierania pucharów, stawania na podium. To taniec mnie ukształtował. Potem okazało się, że ten w parach nie jest dla mnie wystarczający. Wiedziałem, że chcę iść w stronę kariery solowej. Zaczęła się też moja droga aktorska.

Swoje umiejętności często wykorzystuje Pan w filmach i serialach?

Do tej pory, w żadnym filmie ani serialu nie miałem okazji tańczyć.

Dlaczego Adam w "Barwach" nigdy nie tańczył? (śmiech)

Adam był kryminalistą. (śmiech) Tam nie było miejsca na taniec. Był bardzo zmartwionym człowiekiem. Kłopoty nie odstępowały go na krok.

Muszę o to zapytać. Czy każdy może nauczyć się tańczyć?

Każdy może tańczyć, może się nauczyć, ale nie każdy może być mistrzem. To jest ta różnica. Każdy może do niego sięgnąć, znaleźć w nim ukojenie, sposób na życie. Ma też cele terapuetyczne, co sprawdza się zwłaszcza w czasach, kiedy dopada nas depresja. Często nie wiemy, w jakim kierunku iść, czego oczekujemy od życia. W takich momentach, taniec naprawdę jest w stanie wyleczyć człowieka. Nadać sens życiu.

Na szczęście nie trzeba, ale gdyby nastała taka konieczność, to taniec czy aktorstwo?

Taniec. Ja nie chcę wybierać i nie będę, kiedy ktoś tego ode mnie oczekuje więc... będę i grał i śpiewał, i tańczył. (śmiech) 

W jednym z wywiadów powiedział Pan coś, co bardzo mi się spodobało. Mianowicie, że to role wybierają aktora. Poszłabym o krok dalej, ryzykując stwierdzenie, że życiowe role wybierają człowieka. Czuje Pan, że bycie jurorem Pana wybrało?

Tak. Jestem wielkim szczęściarzem. Czuję, że los dał mi okazję, konfrontowania się i obcowania z ludźmi, pomagania i bycia dla nich.

Jest Pan także barberem. Kiedy pojawił się u Pana ten pomysł?

Ten pomysł pojawił się w okresie pandemii, kiedy zaczęły się moje problemy z kręgosłupem. Przez chwilę byłem unieruchomiony, co było dla mnie trudne. Czytałem wtedy książkę Olgi Tokarczuk, "Podróż ludzi Księgi". To mądra opowieść o drodze człowieka w poszukiwaniu sensu i odpowiedzi o życiu.  Ktoś mi powiedział, że kiedy człowiek chce się dowiedzieć, do czego jest stworzony, powinien sięgnąć do zdjęć z dzieciństwa i zobaczyć, czym się bawił lub jaką zabawkę trzymał w ręku. Nie znalazłem takiego zdjęcia, ale przypomniało mi się, że lubiłem trzymać ręce w włosach mojej matki. Dlatego poszedłem do zakładu barberskiego w Warszawie i poprosiłem, by mnie wyszkolili, żebym został barberem. Szkolenie trwało około trzech miesięcy. Obcinam do dziś. Jest to przepiękna i niesamowita alternatywa dla mnie jako aktora.  Mogę być kim chcę, na każdym etapie swojego życia. Nie jestem już tylko aktorem. Postanowiłem żyć życiem bohaterów, których czasem przychodzi mi grać. Dlaczego by nie. 

Jak udaje się Panu tyle pasji i pomysłów na siebie realizować jednocześnie? Musi Pan być niezwykle dobrze zorganizowany.

Do południa umawiam się i obcinam ludzi. W gronie moich klientów jest wielu aktorów i tancerzy, bo rozumiem ich potrzebę przygotowania się na casting do filmu lub na przesłuchanie do teatru. Wieczorem biegnę na spektakl lub jadę na plan filmowy. Staram się tak wszystko zorganizować, by obcinanie włosów nie stało się dla mnie uciążliwym zawodem a dodatkową pasją, która staje się okazją do poznania nowych ludzi.

Gdyby miał Pan wytyczyć jedną rolę serialową, z którą jest Pan kojarzony przez widzów do tej pory, na którą mogłoby paść? Adam z "Barw", Adam z "Galerii", czy coś zupełnie innego?

Dużo ludzi kojarzy mnie z "Ambasadą" Juliusza Machulskiego. Faktycznie, jeśli chodzi o seriale, najczęściej łączą mnie z "Barwami" i "Galerią". W obydwu serialach zagrałem bohatera o tym samym imieniu, więc czasami po prostu mówią do mnie Adam. (śmiech)

Do dziś lubię wracać do "Galerii". Razem z Magdą Turczeniewicz stworzyliście w tym serialu wspaniały duet. Co ciekawe, nie jest to jedyny projekt, w którym razem wystąpiliście, bo po drodze był też serial „Na dobre i na złe“.

Faktycznie, z Magdą spotkaliśmy się przy tych dwóch projektach. Niesłychanie cenię sobie naszą przyjaźń, która trwa do dzisiaj. Bardzo się lubimy. Magda to czyste złoto i piękna  energia.

Czy jest szansa, że pojawicie się razem w kolejnym serialu lub spektaklu?

Życzyłbym sobie tego. Mam nadzieję, że producenci sobie o nas przypomną i będziemy mogli jeszcze nie raz razem pracować.

Grzegorz Daukszewicz (nie) o kontynuacji "Uwierz w Mikołaja" [WYWIAD]

Grzegorz Daukszewicz (nie) o kontynuacji "Uwierz w Mikołaja"  [WYWIAD]

















fot. Albert Pabijanek 

Grzegorz Daukszewicz po blisko trzech latach wrócił do Bielska-Białej. Wszystko za sprawą kontynuacji filmu „Uwierz w Mikołaja". Zdjęcia do drugiej części rozpoczęły się pod koniec stycznia.

W rozmowie opowiada nie tylko o roli Mikołaja i o tym, jak zmienił się od czasu zakończenia zdjęć do pierwszej części jako aktor, ale też o życiowych zmianach i... roli ojca.

Ponownie spotykamy się w Bielsku-Białej, gdzie blisko trzy lata temu nagrywano pierwszą część filmu „Uwierz w Mikołaja". Jak wraca się w te strony?

Do Bielska wraca się trochę tak, jak w rodzinne strony. Choć podobnie, jak trzy lata temu, do tej pory nie miałem za bardzo okazji zapoznać się z pięknem tego miasta. Kiedy rozmawiamy, mam wyjątkowo wolny dzień, więc mam zamiar wybrać się w góry i zaliczyć jakiś masaż. Chciałbym też pochodzić po rynku, ale już się trochę po nim nachodziłem podczas zdjęć. (śmiech) Jestem zachwycony nie tylko lokalną architekturą, ale też różnymi innymi zakamarkami. Uwielbiam antykwariaty, więc to dla mnie raj, bo jest ich tu naprawdę sporo.

Zawód aktora jest jednak magiczny, prawda? Krótko po świętach, można tę magię poczuć raz jeszcze. Dobrze, że tych świątecznych scen nie gracie w upale, bo i tak się czasem zdarza...

Choć mówi się, „Święta, święta i po świętach“, to w świecie filmu można je przeżyć raz jeszcze.

Jak to było z Twoją wiarą w Świętego Mikołaja? Jak długo wierzyłeś, że jegomość z siwą brodą rozdaje prezenty i spełnia najskrytsze marzenia?

Przyznam, że w Świętego Mikołaja wierzyłem bardzo długo, a nawet dłużej niż przeciętny dzieciak. Kiedy rodzice, w porozumieniu z moim starszym bratem, postanowili mi uświadomić, że Święty Mikołaj jest wytworem kolektywnej wyobraźni, płakałem. Zanim prawda wyszła na jaw, rodzice w bardzo pieczołowity i sprytny sposób tę wiarę we mnie podsycali. Kiedy nadchodziła wigilia, prosili, abyśmy schowali się do pokoju, bo w przeciwnym razie Mikołaj ucieknie. Zadbali o to, by po fakcie widoczne były ślady butów, w otwartym więc szeroko oknie szukałem go, ale nigdy nie znalazłem.

Zaszczepiasz tę wiarę swojej córeczce?

Moja córeczka jest jeszcze mała, więc nie wytrącam jej póki co z tych przekonań. Na swoim przykładzie mogę powiedzieć, że to bardzo delikatna materia, a co za tym idzie, uważam, że młodego człowieka trzeba powoli wprowadzać w realny świat, by za długo nie bujał w obłokach.

Wolisz dawać czy dostawać prezenty?

Zdecydowanie wolę dawać prezenty.

Jaki prezent z dziecięcych lat zapisał się w Twojej pamięci szczególnie?

Coraz trudniejsze te pytania. (śmiech) Jako dziecko bardzo lubiłem nie tylko klasyczne zabawki, ale też gry wideo. Dlatego, wspomnę tutaj o konsoli do gier Nintendo 64. Byłem nią zachwycony. Podejrzewam jednak, że gdybyś zadała mi to pytanie w innych okolicznościach, odpowiedź byłaby inna.

To właśnie kilka dni temu tutejszy rynek drugi już raz zmienił się w scenerię dla filmowej produkcji. Co oznacza to dla Twojego bohatera, Mikołaja?

Nasza historia jest kontynuowana mniej więcej po upływie półtora roku od wydarzeń z pierwszej części filmu. Widz Mikołaja zastanie innego, dojrzalszego, kiedy jego związek z Agnieszką (w tej roli Aleksandra Grabowska - przyp. red.) kwitnie. Jednak, jak to w komediach romantycznych bywa, sielanka w pewnym momencie zostaje przerwana.

W pierwszej części dałeś się poznać jako nie do końca święty Mikołaj (śmiech)

To prawda, ale dobre ma intencje. Będę go bronił. Czasem chcemy dobrze, a wychodzi, jak zawsze. (śmiech)

Agnieszka kompletnie zmieniła jego podejście do życia. Warto mieć taką osobę, prawda?

Nieważne, czy to partner, przyjaciel, czy ktoś z rodziny. Dobrze jest mieć człowieka, który jest nas w stanie zakorzenić, ponieważ mamy tendencję wiecznego poszukiwania, ucieczek. To naturalny proces. Chcemy się rozwijać, wydaje nam się, że to łączy się ze związaniem skrzydeł, natomiast, jeśli trafi się na odpowiedniego człowieka w swoim życiu, to te skrzydła umacnia.

Z Aleksandrą Grabowską od samego początku tworzycie wspaniały filmowy duet. Widać, że lubicie się również prywatnie. Mam wrażenie, że Ola jest zdecydowanie bardziej przekonana do social mediów niż Ty.

Zdecydowanie. (śmiech) Wychowałem się w retro-domu. Mój ojciec do dzisiaj pisze na maszynie do pisania. Ciężko oczekiwać ode mnie, że będę kiedykolwiek śmigał w technologii. Podczas spaceru tutejszymi uliczkami, Ola rozmawiała z Chatem GPT. Dla mnie to kosmos. (śmiech) Mi wystarczy, że założyłem Instagrama. Wszyscy i tak mówią, że o kilka lat za późno. W pewnym wieku, uczenie się nowych technologii, jest dużo bardziej karkołomnym zadaniem. Jest całe pokolenie ludzi, którzy robią to dobrze, a do tego sprawia im to przyjemność. Do aktywności w mediach społecznościowych podchodzę falowo. Kiedy mam wenę, odzywam się, jednak zazwyczaj, kiedy dzieje się bardzo wiele fajnych rzeczy, znikam. Pisanie postów z codziennego życia i robienie sobie zdjęć jest dla mnie bardziej stresujące niż wyjście na scenę i wystąpienie przed czterystu osobową publicznością.

Jest szansa, że pod jej wpływem zaczniesz kręcić więcej zakulisowych relacji? (śmiech)

Wątpię. (śmiech)

Jak w kilku słowach opisałbyś przemianę Mikołaja, którą zauważyłeś na etapie czytania scenariusza kontynuacji filmu?

Jeśli miałbym się zastanowić, co zostało w nim z pierwszej części, postawiłbym na wewnętrznego lekkoducha, który cały czas gdzieś tam w nim drzemie. Jest człowiekiem spontanicznym, szybciej działa niż myśli. To jednocześnie jest jego największą wadą, jak i zaletą. Mikołaj zmienił się też wizualnie. Chcieliśmy podkreślić jego dojrzałość.

Jak Ty zmieniałeś się jako aktor?

Zapuściłem włosy, pojawił się też zarost. Pierwszą część kręciliśmy blisko trzy lata temu, a mam córkę w tym wieku, więc ten film kojarzy mi się z początkami w roli ojca. Po drodze wydarzyło się wiele wspaniałych chwil. Małgosia uświadomiła mi, że to, co robię, nie jest najważniejsze. Zawsze stawiałem wszystko na jedną kartę. Dziecko stało się moim największym zbawieniem. Zacząłem mieć w sobie więcej luzu. Stałem się lepszym, pełniejszym aktorem. To był rewolucyjny czas.

Między Tobą a filmowym Mikołajem próbowałam znaleźć kilka wspólnych cech. Na pewno łączy Was zamiłowanie do gór. Co jeszcze?

Na pewno łączy nas wrażliwość i ludzie, pełni ciepła i życiowej mądrości, których spotykamy na swojej drodze. Mikołaj archetypowo kojarzy mi się z Adamem Krajewskim, w którego w latach 2012-2018 wcielałem się w „Na dobre i na złe". Gdyby przeanalizować ich charaktery, mają wiele wspólnych cech. Ja w ogóle taki nie jestem, czym ludzie, którzy mnie spotykają, są do pewnego stopnia rozczarowani.

Jaki górski szlak wybrałeś? Gdzie wybierzesz się na spacer?

Jeszcze się nie zdecydowałem, ale mam odpowiednią aplikację przy sobie, więc dam radę. Chciałbym się wybrać na Klimczok.

Jaka jest Twoja rola marzeń?

Nieważne, czy w teatrze, czy przed kamerą, ale marzy mi się powrót do dramatycznych ról. Lata doświadczeń i zmiana perspektywy wyposażyły mnie w narzędzia, emocje i historie, które chciałbym opowiedzieć. Chętnie zagrałbym w niezależnym, dramatycznym filmie kinowym.

Mam wrażenie, że jednym z ważniejszych dla Ciebie filmów, w którym zagrałeś w ostatnim czasie był „Kulej. Dwie strony medalu". Dlaczego warto zobaczyć ten film? 

Mnie w „Kuleju" jest bardzo mało, ale atmosfera na tym planie i to, jak dobrze się bawiłem, jest ostatecznie najważniejsza. Zachwyciła mnie wolność, którą Xawery Żuławski daje aktorom na planie. To świetnie opowiedziana historia człowieka, znanego w sferze sportowej. Koledzy stworzyli wspaniałe role. Ja obejrzałem go dopiero niedawno, ponieważ nie mogłem być na premierze. Jestem nim zachwycony. Warto go zobaczyć.

Która z dotychczasowych ról teatralnych była dla Ciebie największym wyzwaniem?

Był to ojciec Welsh w „Samotnym zachodzie". Była to dramatycznie nacechowana rola. Grałem księdza, który zmagał się z alkoholizmem i depresją. Sam byłem w trakcie terapii, więc bałem się tej roli. Obawiałem się tej konfrontacji i rozrachunku. Wejście w postać tego kalibru była naprawdę wielkim wyzwaniem. Bohater ten był z jednej strony zanurzony w beznadziei, a z drugiej, jako sługa kościoła, miał nieść nadzieję. Całość kończy się dla niego tragicznie, więc i ja musiałem przetworzyć bardzo dużo rzeczy. Do dziś zastanawiam się, czy byłem wtedy w pełni gotowy na tę rolę. Z perspektywy czasu myślę, że teraz zagrałbym ją inaczej. Byłem bardzo dumny z efektu końcowego. Żałuję, że nie gramy już tego spektaklu.

W jakich spektaklach obecnie można Cię zobaczyć?

Obecnie można mnie zobaczyć w kilku tytułach Teatru Kwadrat. Premiera spektaklu „Pozory mylą" odbyła się pod koniec października. Gram również w spektaklu „Ciotka Karola", „4000 dni", „Za jakie grzechy" i „Kłamstewka".

Wydaje mi się, że największym wyzwaniem w tej chwili jest dla Ciebie rola w spektaklu "4000 dni". Czy się mylę? Na czym polega ta trudność?

Ta rola wymaga ode mnie bardzo dużego obnażenia swojej wrażliwości i delikatności, którą często niepotrzebnie staram się maskować. W tej roli nie da się tak. Trzeba wejść w emocje, co wbrew pozorom, wcale nie było tak trudne, ponieważ partmerujący mi Patryk Pietrzak oraz Ewa Wencel sprawiają, że tworzymy tak bardzo kameralny i intymny obraz, że wejście w nasze role nie jest trudne. Tę przestrzeń daje nam mała scena.

No, muszę na koniec zadać to pytanie. (śmiech) Czy nadal rolą, z którą jesteś najczęściej kojarzony, jest Adam Krajewski z "Na dobre i na złe"?

Tak. (śmiech) Przyznam, że kiedyś bardzo mnie to bolało, a teraz pogodziłem się z tym i uznałem, że tak ma być. Nie mogę narzekać.

niedziela, 2 marca 2025

Robert Motyka i Jarek Pająk - Paranienormalni - Ludzie potrzebują przymrużenia oka i humoru [WYWIAD]

Robert Motyka i Jarek Pająk - Paranienormalni -  Ludzie potrzebują przymrużenia oka i humoru  [WYWIAD]














fot. Małgorzata Krawczyk

Pod koniec listopada po raz kolejny do Cieszyna wrócili Paranienormalni. Działo się tak pod pretekstem programu “2024”. Robert Motyka i Jarek Pająk chętnie i z uśmiechem, który jest ich nieodzownym znakiem szczególnym ze mną rozmawiali.

Kiedyś, jeden z kabareciarzy powiedział mi, że to właśnie przedstawiciele tego zawodu są największymi ponurakami w życiu prywatnym.

Robert Motyka: W związku z tym, że pracujemy z publicznością, wciąż jesteśmy ciekawi nowych rzeczy i poniekąd zobowiązujemy się, by również w życiu prywatnym być radosnymi, pełnymi energii ludźmi. Tu nie ma czasu na smutki.

Jarek Pająk: Nawet jeśli pojawia się coś, co powoduje, że jesteśmy smutni, musimy szybko o tym zapomnieć i wyjść na scenę. Zdecydowanie, ponurakami nie jesteśmy. (śmiech) Jednak, to wszystko zależy od człowieka. Nawet elektryk, może być wesoły. (śmiech)

Ja już na pierwszy rzut oka widzę, że bije od Was pozytywna energia. (śmiech) Chyba nawet nie moglibyście inaczej. Panowie, tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem?

Robert Motyka: Tej pozytywnej energii, już w momencie, kiedy stawialiśmy swoje pierwsze kroki, było na tyle dużo, że pojawił się pomysł, by robić kabaret i tą energią się dzielić. Zawsze byliśmy wesołkami, chętnymi do tego, by robić jakąś hecę i spotykać się z ludźmi. Myślę, że ta początkowo mała kulka energii i śmiechu toczy się efektem kuli śnieżnej. Po dwudziestu latach jesteśmy pod tym względem elektryczni. (śmiech)

Jarek Pająk: Dobrze na siebie oddziaływujemy, a to owocuje twórczością, jaką mamy. Ktoś zrobi coś fajnego, ktoś pociągnie to dalej, a jeszcze ktoś podrzuci zupełnie nowy pomysł. Tak to działa. Uzupełniamy się.

Widać też, że umiecie się cieszyć z małych rzeczy. Co, oprócz dzisiejszej wizyty w Cieszynie z programem “2024”, ucieszyło Was ostatnio?

Robert Motyka: Cieszy nas to, że wciąż mamy pomysły na nowe skecze, że od nowego roku ruszamy z premierowym programem, ale też to, że potrafimy się regularnie spotykać na próbach i wciąż mamy ogromną chęć tworzenia nowych rzeczy. Fajnym było też granie przez dwa lata z rzędu Polskiej Nocy Kabaretowej, ale ze względu na program premierowy, w tym temacie robimy sobie rok przerwy. Cały czas pracujemy też nad mini-serialem internetowym “Chirurdzy”.

Jarek Pająk: Wspaniałym wydarzeniem były też Letnie Spotkania Kabaretowe, podczas których graliśmy i zbieraliśmy pieniądze dla dzieci.

Nie jest to ani Wasza pierwsza wizyta w Cieszynie, ani w okolicy. Jak wraca się w te strony?

Robert Motyka: Ja mam do tych stron ogromny sentyment, ponieważ kilka lat mieszkałem w Bielsku-Białej, a to przecież rzut beretem. Tutejszy teatr jest piękny. Uruchamiają się we mnie wspomnienia, związane z realizacją telewizyjną z okazji naszego 10-lecia. Przyjemnie się tutaj wraca. Publiczność wytwarza znakomitą energię.

Jarek Pająk: Jestem zakochany w tym teatrze. Byliśmy tutaj ostatni raz bodajże dwa lata temu. To był mój występ życia. (śmiech). Zdjęcie, które zrobiłem sobie tutaj na tle widowni, mam do dzisiaj.

Jaka była droga od pomysłu do realizacji programu “2024”?

Jarek Pająk: Skecze, które gramy w ramach programu “2024”, w większości powstały na festiwal “Ryjek”, który co roku odbywa się w Rybniku. Wzięliśmy udział w tym konkursie i okazało się, że nasze skecze były tak dobre, że znalazły się w tym materiale. Potem przyszedł czas na warszawską premierę. Kilka skeczy jeszcze doszlifowaliśmy i tak powstał program, który wciąż ma nowe warianty. Skecze, które były na początku, teraz wyglądają już zupełnie inaczej. Postaciami, które do tego programu powstały, bawimy się z publicznością. Nowością jest to, że w tych skeczach pojawia się kolega Rafał.

Robert Motyka: Mamy nowe postaci, wrócił doktor Prozak, jest Jarek, który jest protoplastą Jasia Fasoli. (śmiech) Gra nam się wspaniale i jest nam smutno, że za chwilę ten program przejdzie do historii.

Jarek Pająk: Strój Araba, w którym pojawiam się na scenie, został kupiony w Dubaju.

Co najbardziej zaskoczyło bądź zdzwiwiło Panów, jeśli chodzi o wydarzenia z tego roku?

Robert Motyka: Mnie najbardziej zdzwił, ale też zastanowił, poziom polskiej piłki nożnej. Jednak, mimo wszystko, zawsze, kiedy reprezentanci z orzełkiem na piersi wychodzą na murawę, kibicujemy.

Wspomniany już doktor Prozak jest chyba jedną z najbardziej lubianych postaci wśród wszystkich, które na przestrzeni lat zostały wykreowane przez Was. Panie Robercie, jak Pan to robi? (śmiech)

Robert Motyka: Doktor Prozak to część składowa skeczy, ponieważ musi spotkać się z jakąś ciekawą postacią. To psychiatra, który zajmuje się, powiedzmy sobie szczerze, dziwnymi przypadkami. Przychodzą do niego ludzie z pokręconymi historiami. Im ciekawszy przypadek trafia do niego na kozetkę, tym skecz jest lepszy. (śmiech) Tu pacjentem jest Jarek, który przychodzi i ma taką przypadłość, że w stresującej sytuacji odpowiada pytaniem na pytanie. Doktor Prozak też jest w pewnym stopniu naruszony. (śmiech)

W programie jest miejsce na wiele surrelistycznych wątków. Panowie, wskażcie swój ulubiony. (śmiech)

Robert Motyka: Lubimy ten moment, w którym okazuje się, że nie tylko jego pacjent ma problemy, ale też doktor Prozak, choć jego kłopoty uwydatniają się dopiero, kiedy ich drogi się przecinają. To daje miejsce na improwizację.

No właśnie. Ile jest tutaj miejsca na improwizację?

Robert Motyka: Dużo. Improwizujemy w różnych momentach, nawet, kiedy nie przypuszczamy, że to właśnie tam jest miejsce na improwizację. Dużo jest sytuacji, które zaskakują nas na scenie. Skecz “Morderca” jest odbiciem teatralnym z wątkiem humorystycznym. Zawodowy morderca przez przypadek myli adresy, wchodząc do mieszkania nie tego człowieka, którego ma zlikwidować. Piją razem kawę. Wszystkiemu towarzyszy muzyka i ciekawa puenta.

Plusem nie tylko tego programu, ale wszystkich Waszych kabaretowych spektakli jest to, że nie poruszacie tematów związanych chociażby z polityką i kościołem, dzięki czemu widz, jak sami mówcie, może czuć się bezpiecznie i nie jest obrażony. Z tego, co wiem, tak działacie od zawsze, to prawda?

Robert Motyka: Tak było od początku. Jest to co prawda kuszący temat, ale pozostajemy wierni naszemu postanowieniu, że nie poruszamy tematów dotyczących polityki, religii i seksu.

Jarek Pająk: Polityka nigdy nie towarzyszyła nam w skeczach.

Gdybyście mieli Panowie zamknąć pracę nad programem “2024” w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Robert Motyka: Szaleństwo.

Jarek Pająk: Nie będę oryginalny i powiem to, co co Robert. Szaleństwo. (śmiech)

Panie Robercie, Pan jest nie tylko kabareciarzem i współzałożycielem kabaretu Paranienormalni, ale też komikiem i prezenterem radiowym. Jak tak to wszystko pogodzić?

Robert Motyka: Jestem kabareciarzem z krwi i kości, który wątki stand-upu wplata do naszego programu. Tę nutę uruchomił we mnie Jarek, dzięki niemu mogę to robić. Uwierzyłem, że potrafię. Najważniejszy jest kabaret. Wszystko inne, co pojawia się gdzieś pobocznie jest wspaniałe i w sumie splata się w jedno. To wszystko trzeba pogodzić, bo jeszcze w tym wszystkim jest rodzina, a rodzina jest najważniejsza. Wspólnie z kolegami staramy się łapać balans i nie zatracić się w tym.

Czego nie dał Panu kabaret, a dała mu praca w radiu?

Robert Motyka: Radio, to przede wszystkim teatr wyobraźni. Będąc prezenterem radiowym, jestem jedną postacią, a kabaret to przede wszystkim zespół. Jestem ekstrawertykiem, więc potrzebuję wokół siebie ludzi z pozytywną energią. Tacy są Jarek i Rafał. Ta praca daje inny rodzaj radości, ale w dopełnieniu z radiem tworzy całość.

Humor też jest przydatny na antenie, prawda? (śmiech)

Robert Motyka: Tak, żyjemy w trudnych czasach. Ludzie potrzebują przymrużenia oka i humoru.

Jarek Pająk: Zanim tu przyjechaliśmy, o godz. 6.00 rano wrzuciliśmy do sieci kolejny odcinek “Chirurgów”. Piszą do nas ludzie, którzy przyznają, że dzięki nam, tuż po przebudzeniu, pokładają się ze śmiechu. To najlepsza recenzja.

Andrzej Piaseczny i Kacper Dworniczak o sile współpracy [WYWIAD]

 Andrzej Piaseczny i Kacper Dworniczak o sile współpracy [WYWIAD]















fot. materiały prasowe

11 grudnia w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie, Andrzej Piaseczny i Kacper Dworniczak zagrali koncert w ramach trasy "Jeszcze zanim Święta". W rozmowie ze mną, artyści opowiadali nie tylko świętach, ale też o muzyce i sile współpracy.

Panie Andrzeju, dla Pana nie jest to pierwszy koncert w Cieszynie, choć z koncertem świątecznym w tutejszym teatrze pojawiają się Panowie po raz pierwszy. Jak wraca się w te strony?

Andrzej Piaseczny: Faktycznie, miałem tutaj przyjemność już kilka razy występować. Kiedy po raz pierwszy widzi się tutejszy teatr i poznaje się jego historię, nie sposób o nim zapomnieć. Zawsze wraca się z przyjemnością. Co prawda, życie w trasie, które nasza publiczność kojarzy z rock´n´roll-em, nie ma z nim nic wspólnego i tak naprawdę, nigdy nie mamy czasu na to, by przejść się po mieście, co akurat tutaj, byłoby bardzo sympatyczne. Może kiedyś zagramy o wcześniejszej godzinie i nadrobimy. (śmiech.)

Kacper Dworniczak: Ja w Cieszynie jestem pierwszy raz.

"Jeszcze zanim święta" to nie tylko trasa koncertowa, ale też nazwa pięknego, świątecznego albumu, który swoją premierę miał w 2023 roku. Panie Kacprze, pamięta Pan moment, w którym Wasze drogi przecięły się po raz pierwszy?

Kacper Dworniczak: Oczywiście, że pamiętam. Było to jakieś dwa lub trzy lata temu. Po roku ponownie mamy się okazję spotykać na koncertach i jest to wspaniała rzecz.

Andrzej Piaseczny: To nie tylko trasa koncertowa i płyta. Jakiś czas temu mieliśmy ogromną przyjemność, by wraz z zaproszonymi gośćmi nagrać koncert "Nasze Święta". Emisja odbyła się 24 grudnia o godz. 21.20 w TVP1. Kiedy byłem znacznie młodszy, pamiętam, że od wigilijnego stołu odchodziło się przede wszystkim po to, by oglądać filmy, ale my zapraszamy do wsłuchania się w nasz koncert. Będzie nam bardzo miło, jeśli zdecydują się Państwo spędzić z nami ten szczególny wieczór. To subtelne, ale też magiczne i klimatyczne przedłużenie świętowania.

Jak nad płytą z zimowymi piosenkami pracuje się, kiedy za oknem słońce? (śmiech.) Jak wprowadzaliście się w tę atmosferę?

Kacper Dworniczak: Bardzo dobrze. Myślę, że lepiej być nie mogło. Muzyka ma to do siebie, że jeśli ktoś jest na nią wrażliwy, bardzo łatwo wejść w klimat danego utworu. Tak było z tymi piosenkami. Kiedy zaczęliśmy próby, a rozpoczęliśmy je w wakacje, to nie było to żadną przeszkodą. Nawet chyba fajniej, (śmiech) bo robiąc przerwę, nie trzeba było zakładać tych wszystkich kurtek, bo atmosfera udzielała się bez tego.

Panie Andrzeju, to Pan podobno wymyślił nazwę płyty, to prawda?

Andrzej Piaseczny: Tak, bo warstwa literacka zwykle do mnie należy. (śmiech.) Pomysł na tytuł wziął się od nazwy jednej z naszych piosenek, którą napisaliśmy. Kiedy zna się te genialne klasyki, wcale nie jest tak łatwo wynaleźć sobie jakiś temat, który można opisać w przedświątecznej piosence. Wpadłem na to, że może opowiadać o gorączce przygotowań i o tym, jak wszyscy biegamy i mamy do siebie wszelkiego rodzaju połajanki, finalnie i tak przecież nie o tym są te święta, by wszystko zdążyć ugotować. 

Świąteczne utwory zostały nagrane w innych aranżacjach niż tych powszechnie znanych. Panie Kacprze, Panie Andrzeju, jakie są Wasze ulubione kawałki z płyty i trasy "Jeszcze zanim Święta"? 

Kacper Dworniczak: U mnie to się zmienia. Uważam, że niezwykle urokliwie brzmi "Zamówię płatki śniegu". Tworzy się unikatowy klimat. Lubię też utwór "Nie ma, nie ma Ciebie".

Andrzej Piaseczny: Na koncertach gramy nie tylko utwory z płyty, ale też piosenki, które wcześniej nagrałem. Na koncertach wybrzmiewają również dwa utwory z płyty "Zimowe piosenki", którą nagrałem kiedyś z Sewerynem Krajewskim. Gramy też polskie i anglojęzyczne klasyki.

W jednym z zeszłorocznych wywiadów, Pan, Panie Andrzeju, powiedział, że tworzycie wyjątkowe połączenie muzycznych światów. Proszę tę myśl rozwinąć.

Andrzej Piaseczny: Na szczęście nie jest to wojna światów, a ich połączenie. (śmiech) Kacper wychowywał się jako adept muzyki klasycznej. Teraz fantazjuje w różne strony, na co ciekawie mi patrzeć i to obserwować. Kacper już wkrótce będzie mógł pokazać Państwu swoją płytę, co bardzo mnie cieszy. Doskonale wiem, że kiedy zdecydował się na naszą współpracę, kilka osób bardzo się zdziwiło, cóż on to robi. Mówię o tym z uśmiechem i jestem więcej niż pewien, że ci sami ludzie, w dobrym tego słowa znaczeniu, zazdroszczą nam tej świetnej przygody.

Pomysł na świąteczną trasę koncertową pojawił się mniej więcej w tym samym czasie co pomysł na nagranie płyty?

Kacper Dworniczak: Pomysł na płytę zrodził się bardzo późno. Najpierw myśleliśmy o tym, by na koncercie grać kilka świątecznych piosenek. Dopiero później wpadliśmy na to, że można te piosenki nagrać i wydać.

Czego dowiedzieli się Panowie o sobie podczas ostatniej wspólnej trasy?

Andrzej Piaseczny: Ja dowiedziałem się, że na szczęście, różnice pokoleniowe nie dominują nad nami w sposób, który uniemożliwiałby porozumienie. Nie jest tajemnicą, że dzieli nas więcej niż kilka lat. Kacper jest gościem, któremu można pozazdrościć pasji. Odczuwalne jest to za każdym razem, kiedy tylko bierze instrument do ręki. To sprawdza się u nas także w przedziale poczucia humoru. To bardzo ważne, kiedy spędza się ze sobą sporo czasu w trasie.

Panie Kacprze, jak to jest móc obcować na scenie z weteranem sceny muzycznej? Czego uczy się Pan od Pana Andrzeja?

Kacper Dworniczak: Andrzej jest legendą. To niezliczona ilość wiedzy, którą po prostu trzeba czerpać. Tak robię. Jestem wdzięczny, że mogę spędzać z nim tyle czasu i się uczyć.

Ze Zbigniewem Suszyńskim (nie tylko) o miłości do czeskiej literatury [WYWIAD]

 Ze Zbigniewem Suszyńskim (nie tylko) o miłości do czeskiej literatury [WYWIAD]














fot. Małgorzata Krawczyk 

Ze Zbigniewem Suszyńskim  spotkałam się podczas 25. Kina na Granicy. Nie zabrakło pytań na temat dubbingu i grania negatywnych postaci, ale znalazło się także miejsce na wspomnienia współpracy z tuzami czeskiego filmowego świata.

Jak zapamiętał Vaclava Vláčila? W jakich okolicznościach poznał Miloša Formana? Jakie są jego ulubione miejsca w czeskiej Pradze? 

Bez dwóch zdań jest Pan artystą, którego rozpoznaje się po głosie. Zasługą tego jest niezwykła, plastyczna barwa głosu, którą Pan posiada.

Kiedyś również reżyserowałem znane produkcje, ale przestałem pracować jako reżyser, bo po prostu brak mi na to czasu. Dubbinguje tak czołowe produkcje, jak „Barbie“. W serialu dla dzieci „Spongebob“, głos podkładam od blisko dziewiętnastu lat. Przyznam, że jest tego tyle, że czasami sam zapominam nazw konkretnych produkcji. Nie podkładam głosu tylko w planowych produkcjach, często, jak to się mówi, „gaszę pożary“. Jak ktoś jest pod ścianą, dzwoni do Zbyszka Suszyńskiego i pyta, czy damy radę coś zrobić. (śmiech)

Co jest dla Pana najważniejsze w pracy głosem? Kiedy rozmawiam z aktorami, którzy podobnie jak Pan realizują się w dubbingu, często słyszę, że praca głosem jest bardziej wymagająca od grania przed kamerą. Jak Pan się do tego odniesie?

Jako jeden z niewielu mam olbrzymie spektrum pracy. Oprócz tego, że jestem na etacie w teatrze, to w kilku gram gościnnie. Nie tak dawno przeczytałem o sobie w internecie, że jestem królem seriali. Poprosiłem, by już dla mnie nie pisać, bo zwyczajnie nie dam rady tego zrobić. Nie można grać w siedmiu serialach jednocześnie. Kiedy tylko włączam telewizor, przeważnie siebie w nim widzę (śmiech.) Od czternastu lat gram w „Klanie". Pojawiam się też w „Barwach Szczęścia" i „Na Wspólnej". Mam szczęście do pracy z Jakubem Żulczykiem. Co jakiś czas powtarzany jest serial „Ślepnąc od świateł", w którym zagrałem posła ale również „Informacja zwrotna", gdzie pojawiam się jako Sławek Kurzyna.

Wieczór, który poprzedził naszą rozmowę, spędziłem na spotkaniu z moją ukochaną panią reżyser, Magdaleną Łazarkiewicz. Jej film „Ostatni dzwonek", głosami widzów otrzymał Jantara Czterdziestolecia na 40. Koszalińskim Festiwalu Debiutów Filmowych „Młodzi i Film”. Siedzieliśmy przy winku w gronie osób, które ten film widziały i mają do niego sentyment. Kiedy Polacy wyjeżdżali na zachód, zabierali ten film na kasecie. Muzykę do tego filmu opracował Zbigniew Preissner. Są w nim piękne, zapadające w pamięć utwory.

Festiwal w Cieszynie jest jedyny w swoim rodzaju. To pierwsza edycja, na którą przyjechałem, bo nigdy wcześniej nie miałem czasu. Spotkałem się tutaj z Marianem Dziędzielem, który w serialu „Ucieczka z miejsc ukochanych" (1987) grał mojego ojca. Bardzo się lubimy. Razem graliśmy też w dwóch filmach Wojciecha Wójcika.

Czy dzięki temu, że ma Pan tak bogaty dorobek nie tylko aktorski, ale też dubbingowy, zdarza się, że częściej jest Pan rozpoznawany po głosie? (śmiech) Do takiej właśnie sytuacji, w 2022 roku, w rozmowie ze mną przyznał się pan Tomasz Kozłowicz.

To zdarza się często. Podchodzą do mnie ludzie, którzy wychowywali się na moich bajkach. Kiedy jestem w czapce i okularach, to ludzie i tak rozpoznają mnie po głosie. (śmiech) Z Tomkiem znamy się nie tylko z „Adama i Ewy", ale przede wszystkim ze szkoły. W pewnym momencie, ze względu na filmy, musiałem wziąć urlop dziekański. Do dziś, często widujemy się w studiach nagraniowych.

Książę ze „Shreka", „Tom i Jerry", Skalmar ze „Spangeboba", czy to właśnie z tymi głosami jest Pan najczęściej kojarzony?

Z tym bywa różnie. Faktycznie często jestem kojarzony z księciem ze „Shreka“, ale też z bajką „Sezon na misia". Czasami ludzie zaskakują mnie i przypominają sobie stare produkcje, o których ja już prawie nie pamiętam. (śmiech)

Które wcielenie dubbingowe było dla Pana największym wyzwaniem?

Był taki film, który można było zobaczyć w kinach, „Tożsamość szpiega". Główną rolę zagrał tam rosjanin. Twórcy zwrócili się do mnie, bym to udźwiękowił. Ten bohater praktycznie nie schodzi z taśmy. Wszystkie dialogi musiałem podłożyć za niego. W studio siedziałem miesiąc. Było to bardzo trudne, bo kameralne granie.

W filmach i serialach często przypadają Panu role negatywne. Wychodzi Pan z założenia, że poznając złożoność danej postaci i motywacje, które nią kierują, prawie każdą  można obronić?

Właśnie. Prawie każdą postać można obronić. Jakie to słowo robi ogromną różnicę. (śmiech) Grałem wiele negatywnych postaci, to się za mną ciągnęło. Zdziwiłem się, że w serialu „Linia życia", w kontrze do tego, co grałem zazwyczaj, zaproponowano mi rolę rzetelnego ojca trójki dzieci, prowadzącego restaurację. Człowieka spokojnego i miłego. Wspaniale pracowało mi się na tym planie z Małgosią Potocką. Szkoda, że miał tak krótką żywotność... Oglądalność była bardzo wysoka.

Jedną z najsłynniejszych negatywnych postaci, w którą przyszło się Panu wcielać, był mecenas Werner w kultowym serialu „Adam i Ewa". Jak wspomina Pan pracę na planie?

Szczerze przyznam, że do dziś mam z tym serialem bardzo pozytywne skojarzenia, ponieważ grałem z aktorami, z którymi bardzo lubiłem się prywatnie. Z Kasią Chrzanowską znaliśmy się już wcześniej, dobrze nam się pracowało. Lubiłem też Iwonę Bielską. Fantastyczna osoba i aktorka. Jestem osobą niekonfliktową, oddaną pracy. Nie marudzę, staram się, by wszystko, co robię, miało naprawdę wysoki poziom. Na planie ważna jest twórcza atmosfera.

Nie jest tajemnicą, że kiedy wcielił się Pan w mecenasa Wernera,  niektórzy mieli problem z oddzieleniem fikcji od rzeczywistości, przez co spotykał się Pan z mało przyjaznymi reakcjami widzów, którzy na ulicy głośno manifestowali swoją niechęć do Pana.

Niestety, tak właśnie było. (śmiech) Porysowano mi samochód. Zaczepiały mnie panie, które mówiły, jak bardzo mnie nie lubią. To z jednej strony nawet przerażające, ale to też niezbity dowód na to, że dobrze zagrałem. (śmiech)

Jak Pan reagował w takich sytuacjach?

Trudno komu cokolwiek tłumaczyć. Dużo osób zaczepiało mnie także po „Młodych wilkach".

Z jakimi rolami serialowymi jest Pan najczęściej kojarzony przez widzów?

Zagrałem w tylu serialach, że ktoś kojarzy mnie z „Pierwszą miłością“, ktoś z „Klanem", a jeszcze ktoś z czymś zupełnie innym.

A spotykamy się, przypomnijmy, na 26. Kinie na Granicy.

Przyjechałem tu też dlatego, że jestem fanem czeskiej literatury. Znam te lektury, grałem w spektaklach na ich podstawie. Poznałem osobiście m.in. Vaclava Havla. Jeden z reżyserów, jako dyplom w telewizji zrobił „Wernisaż“ Havla. Grałem w tej dwuosobowej sztuce z jedną z aktorek. Do dziś miło to wspominam.

Pana ulubieni przedstawiciele czeskiej literatury to...

Bohumil Hrabal, Milan Kundera, Pavel Kohout i wiele innych. Bohumila Hrabala, podobnie jak Václava Havla i Jiřího Menzla poznałem osobiście. Z Menzlem widywałem się częściej, ponieważ bywałem u niego w teatrze na spektaklach.

Z Andrzejem Jagodzińskim rozmawiałem w Cieszynie o sztukach, które warto zaadoptować. Kilka tytułów chciałbym ściągnąć do Warszawy. Do Cieszyna przyjechałem też ze względu na Łukasza Maciejewskiego, który jest fantastycznym człowiekiem. Ma ogromną klasę. Jest człowiekiem na właściwym miejscu. Mam nadzieję, że za rok tu wrócę.

Z czym jeszcze, oprócz świetnej literatury, piwa i smażonego sera, (śmiech) kojarzą się Panu Czechy?

Knedliczki, koniecznie. (śmiech) Nie ukrywam, że kocham Pragę. Znam ją z każdej strony. Mam ulubione knajpki i inne miejsca. Kilka z nich pokazał mi Hrabal. Zależy mi, by do Kamienicy ściągnąć czeską literaturę, ponieważ ostatnia czeska premiera, która spotkała się z entuzjastycznymi reakcjami ze strony widzów, odbyła się w marcu. Mowa o spektaklu „Teściowe wiecznie żywe". Lata temu, w tutejszym Teatrze im. Adama Mickiewicza, grałem dwosobową sztukę, w której partnerowała mi nieodżałowana Gabriela Kownacka. Chciałbym wrócić do tego tytułu razem z Aleksnadrą Konieczną. Wierzę, że to się uda.

W ramach cieszyńskiego Kina na Granicy wystawiony został film „Cień paproci“ / „Stín kapradiny" z 1984 roku, w którym zagrał Pan Václava Kala. Jak do filmów ze swoim udziałem wraca się po latach? 

Trochę śmiesznie, ale sentyment zawsze pozostaje. W latach 80. ubiegłego wieku grałem w filmie „Dzikie konie“, w którym partnerowała mi wówczas młodziutka Anna Gornostaj. Później grałem m.in. we wspominanym wcześniej „Ostatnim dzwonku“ Magdy Łazarkiewicz. Szkoły chodziły tłumnie na te filmy, a ja nie mogłem przejść na drugą stronę ulicy. (śmiech)

Przytłaczała Pana kiedyś popularność?

Nie. Uprawiam taki zawód a nie inny. Jestem tu dla ludzi.

“Stín kapradiny" powstał na podstawie powieści Josefa Čapka. Autorem scenariusza i reżyserem filmu był František Vláčil. Jak spotkanie na planie z Vláčilem wspomina Pan po latach?

Kochaliśmy Vláčila. Był fenomenalnym artystą, cenionym przez wszystkich. Miloš Forman bardzo go cenił. Formana poznałem, kiedy na jeden dzień przyjechał na jeden z czeskich festiwali.

Uda się przytoczyć jakieś wspomienie z planu?

Tam bardzo dużo się działo. Pamiętam, jak chodziłem na spektakle do Teatru na Vinohradech, do Narodního Divadla i w wiele innych miejsc. Było tyle fantastycznych chwil, że nie jestem w stanie ich odtworzyć…

sobota, 1 marca 2025

Marek Kaliszuk o byciu dawcą przeszczepu [WYWIAD]

Marek Kaliszuk o byciu dawcą przeszczepu [WYWIAD]




















Fot. Jakub Grabarczyk

Z Markiem Kaliszukiem, aktorem i wokalistą, red. Mariola Morcinková spotkała się tuż po Nowym Roku. Rozmowa miała wiele wątków, ale nie mogło w niej zabraknąć pytań dotyczących debiutanckiej płyty Kaliszuka „Inny nie będę“ i zostania dawcą przeszczepu. Co czuje się, ratując czyjeś życie? Ile w tych emocjach towarzyszących całemu procesowi jest strachu? Jak duża jest wiedza na temat przeszczepów wśród społeczeństwa?

Jest Pan osobą niezwykle pozytywnie nastawioną do świata, lubiącą ludzi i otwartą na nich. Chyba nawet nie mógłby Pan inaczej, prawda? (śmiech)

Wydaje mi się, że to kwestia genów, charakteru, ale też wychowania przez rodziców.

No właśnie. Takie wzorce i wartości wynosi się przede wszystkim z domu rodzinnego, prawda?

Dokładnie. Najbardziej kształtują nas nasi rodzice, opiekunowie, dziadkowie, a w drugiej kolejności otoczenie, szkoła, studia oraz nasi przyjaciele.

Z mamą łączy Pana piękna relacja, wspieracie się. W wywiadach otwarcie Pan mówi o tym, że odziedziczył po niej wrażliwość, empatię, a co za tym idzie - chęć do pomagania. Co jeszcze?

Po Mamie odziedziczyłem na pewno wrażliwość na świat, zamiłowanie do muzyki i do sztuki w ogóle, ponieważ moja mama całe życie była bardzo zainteresowana wszystkimi rodzajami sztuki. Do dziś uwielbia festiwale, spektakle muzyczne, teatr, muzykę i koncerty. Najbardziej ze wszystkich przeżywa jednak moje występy. Nie ma znaczenia, czy mam premierę, koncert czy występ w telewizji. Wszystko ją cieszy. Być może do pewnego stopnia jest to spełnienie jej marzeń, których tak do końca nigdy nie spełniła.

W tym, pięknym, a jednocześnie trudnym, zawodzie, takie wsparcie się przydaje, prawda?

Jak najbardziej. Jest to trudny świat. Powiedziałbym nawet, że nieco niebezpieczny. Trzeba być bardzo czujnym i uważać. Posiadanie takiego prawdziwego wsparcia zaufanych osób jest niezwykle ważne. 

W tym momencie jest Panu bliżej do aktorstwa czy kariery scenicznej? Wiem, że nie lubi Pan tego pytania, ale może padnie jakaś odpowiedź. (śmiech)

No właśnie, nie lubię tego pytania. (śmiech) Blisko jest mi do muzyki i aktorstwa. Nie rozdzielam tego i nie wybieram. Inny nie będę.

Dokładnie. 6 października 2023 roku wydał Pan swoją debiutancką, solową płytę „Inny nie będę“. Ten tytuł jest poniekąd odpowiedzią na to pytanie, tak nurtujące dziennikarzy.

Tak, zgadza się!

Pod tytułem płyty kryje się także nazwa singla, który ją promuje. Fajnym posunięciem jest pokazanie w klipie Pana wcieleń aktorskich. Od początku miał Pan taki pomysł na teledysk?

Kiedy wymyśliłem temat i przesłanie tej piosenki, pomysł na takie zrealizowanie teledysku od razu pojawił mi się w głowie. Oczywiście ewoluował, zanim doszło do jego nagrania, ale zrodził się zaraz, jak tylko wiedziałem, o czym będzie utwór.

Tytuł płyty nawołuje również do bycia sobą. Czy pod wpływem jej wydania, dochodziły do Pana głosy, że ktoś odważył się na coś, czego wcześniej się bał? Że postawił na siebie, zaczął spełniać marzenia?

Pod teledyskiem faktycznie pojawiło się kilka takich komentarzy. Ludzie pisali, że fajnie, że taki tekst powstał, ale też, że warto wierzyć w siebie, w swoje cele i ideały.

Które z wcieleń, jakie zostało tam pokazane, jest Pana ulubionym? 

Trudno powiedzieć. Zawarłem tam najbardziej wyraziste i najbardziej znaczące dla mnie role teatralne,  w ktore obecnie się wcielam. W każdej znajduję dla siebie coś ciekawego, fascynującego i intrygującego do grania. To inne postaci, osadzone w innym czasie. Są albo bardzo realne, albo nierealne.

Jak chociażby postać na szpilkach, którą gra Pan w spektaklu „Goło i wesoło".

To rzeczywiście wyjątkowa rola. Trudno sprecyzować, kim jest. Wchodząc na scenę w spektaklu „Goło i wesoło“, staram się zagrać po prostu kobietę. Mimo, że nie jestem w 100% ucharakteryzowany i widać,  że to mężczyzna, wszyscy to widzą, aale  i ludzie w to wchodzą.

Frajda jest, prawda?

Tak, mam dużo radości z grania tej postaci.

Gdyby miał Pan pracę nad płytą zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Trudne pytanie. (śmiech) Spełnienie.

23 maja 2023 ogłosił Pan w mediach społecznościowych, że został dawcą przeszczepu, po tym, jak ok. 10 lat temu zarejestrował się w DKMS. W jednej z rozmów powiedział Pan, że gdyby nie był synem swojej mamy, nie wie, czy w ogóle odważyłby się zgłosić. Poniekąd to ona Pana do tego namówiła?

Nie, Mama mnie nie namawiała. Być może takie stwierdzenie gdzieś się pojawiło, kiedy udzielałem wywiadów już w temacie oddania komórek macierzystych. Wtedy, rzeczywiście, gdzieś powiedziałem, że radziłem się Mamy, co o tym myśli, czy według jej wiedzy, ze względu na to, że przez całe życie pracuje w służbie zdrowia, to jest bezpieczne. Powiedziała, że tak. Trzymała kciuki, by wszystko się udało. Rozmowa z nia bardzo mnie uspokoiła.

Często, w kontekście zostania dawcą przeszczepu, pada pytanie o strach. Pan się bał?

„Bać się“ to chyba za duże słowo. Miałem pewne obawy i lęki. Pojawiła się też niepewność. Było to coś, z czym spotkałem się po raz pierwszy w życiu. Wiedziałem, że jest to poważna procedura. Decyzja musiała być bardzo dobrze przemyślana. Po tym doświadczeniu wiem, że nie ma się czego bać.

Co się czuje, ratując czyjeś życie?

Nie umiem tego dokładnie sprecyzować. To taka mieszanka. Jest w niej strach, lęk o siebie, lęk o biorcę, o człowieka, o którym nic nie wiem, a jednak ratuję mu życie. Siłą rzeczy, zaczyna nas łączyć nie tylko więź mentalna, ale łączą nas też geny. Jest w tym dużo nadziei, by wszystko się udało, bym sprawdził się jako dawca, a biorca wrócił do zdrowia. Jest też euforia, radość. Jednym słowem - koktajl wielu bardzo skrajnych emocji.

Myślę, że Pana historia zmobilizowała wielu do zapisania się do DKMS. Spotkał się Pan z takim odezwem?

Tak. Do dzisiaj zdarza mi się dostawać wiadomości, nie tylko od obcych mi osób, ale też od osób ze świata artystycznego i z mojej rodziny. Cały ten proces pokazywałem na bieżąco, ponieważ zależało mi na szerzeniu tej świadomości, która wbrew pozorom, jest bardzo mała. DKMS działa w kraju 15 lat, a mimo to, wiedza niektórych ludzi na ten temat jest zerowa.  W całym procesie towarzyszyła mi również kamera. Niektórzy chcieliby się zarejstrować, ale trochę się boją, nie do końca wiedzą, czy jest sens, czy po co to robić. Dlatego, bardzo świadomie o tym mówiłem, co zresztą robię do tej pory. Uważam, że tak trzeba, bo czyjeś życie może być w naszych rękach.

Po sukcesie spektaklu „Wieczór Panieński Plus“, autor, Marcin Szczygielski, stworzył kolejną sztukę. „Podróż poślubna Plus" jest kontynuacją perypetii Waszych bohaterów. Co w tej odsłonie podoba się Panu najbardziej?

Nie chcę spoilerować, ale cała ta historia i wszystko, co będzie się działo w drugiej części, jest fajne, ciekawe, zabawne i intrygujące. Uważam, że dla widzów bardzo dużym zaskoczeniem będzie pojawienie się na scenie dodatkowej postaci, do końca owianej tajemnicą. Nie ma jej ani na plakacie, ani w programie. Wprowadzi wiele zamieszania.

Jak zmienił się Krystian? Wiadomo jedynie, że będzie ratował sytuację.

Z tym ratowaniem sytuacji, to tak chyba nie do końca. Wbrew pozorom, będzie się bardziej skupiał na Krysi i ich relacji. Wszyscy będą siebie wpędzać w tarapaty, ale też wzajemnie wyciągać się z kłopotów.

Mylę się, czy taką rolą serialową, z którą jest Pan najbardziej do tej pory kojarzony, jest Boguś z „M jak Miłość“, w którego wcielał się Pan w latach 2005-2009?

To wcale nie pomyłka. (śmiech) Faktycznie, był to Boguś. Do dzisiaj mnie ludzie kojarzą z tą rolą. Fascynuje mnie, że widzowie ciągle to pamiętają. To bardzo miłe.

Wróciłby Pan do serialu, gdyby była taka możliwość?

Gdyby był to powrót, w ramach którego miałbym coś ciekawego do zagrania, a udałoby się pogodzić terminy, to pewnie tak.

A gdyby była to zupełnie nowa postać?

Szczerze mówiąc, nie wiem. Czasami lepiej wejść w coś nowego. Czy to się wydarzy, nie mam pojęcia. Może kiedyś produkcja wróci do tych dawnych postaci i postanowi ich przywrócić.