środa, 29 lipca 2020

Damian Hornet: "W fotografii samo patrzenie nie wystarczy"

Damian Hornet: "W fotografii samo patrzenie nie wystarczy"





















fot. Wojciech Wrazowski

Z Damianem Hornetem rozmawiam o fotografii, kluczowych momentach, które spowodowały, że poszedł tą drogą oraz o jego autorskim projekcie "#PAUZA", który powstał podczas panującej pandemii koronawirusa. Wzięli w nim udział znani i lubiani aktorzy. 

Swoje pierwsze zdjęcie wykonał Pan w wieku ośmiu lat. Często jest tak, że wiele rzeczy wynosimy z domu rodzinnego. Czy wśród Pana bliskich ktoś jeszcze przejawiał zainteresowanie fotografią?

Ostatnio nawet doszedłem do wniosku, że musiało to być jednak dwa lata wcześniej. Gdy wykonałem pierwsze zdjęcie miałem jakieś 6 lat. Wówczas nikt z moich najbliższych, nie był fascynatem fotografii. W latach 90-tych moja starsza siostra Natalia, wykształciła się w zawodzie fotografa, ale nie poszła dalej w tym kierunku.

fot. Damian Hornet / Zadar

Było tak, że Pana rówieśnicy biegali za piłką, a Pan biegał z aparatem? (Śmiech.) 

Na przełomie lat 70 i 80 gdy dorastałem, nie było zbyt wielu atrakcji, dlatego oprócz fotografowania, biegałem także za piłką.

fot. Damian Hornet / Zadar

W jakich okolicznościach powstało Pana pierwsze zdjęcie? Co udało się wtedy Panu na nim uwiecznić?

Niestety, dokładnie nie pamiętam, co lub kogo sfotografowałem przy pierwszym naciśnięciu spustu migawki. Jak nietrudno się domyślić, to najbliższa rodzina i koledzy z podwórka, pojawiali się najczęściej w początkowym okresie rozwoju mojej pasji.

fot. Damian Hornet / Londyn 

Od tamtego czasu minęło wiele lat, a fotografia stała się dla Pana czymś więcej niż hobby. Okazała się sposobem na życie. Pamięta Pan ten kluczowy moment w którym uświadomił  sobie, że to właśnie fotografii chce się poświęcić? Nigdy nie miał Pan innych pomysłów na siebie? Proszę opowiedzieć o najciekawszych. 

Takich kluczowych momentów było kilka, ale dwa z nich były chyba najważniejsze. Pierwszy to ten dzień w którym moja babcia Joanna wręczyła mi 20 000 zł i powiedziała żebym poszedł sobie kupić wymarzony aparat. Był nim Zenit 12XP. Przyznaję, że było to dla mnie olbrzymim zaskoczeniem. 

Drugim takim momentem, było spotkanie Stanisława Dziekańskiego - jarocińskiego reportażysty. Pewnego dnia poszedłem do niego po opinię na temat zdjęć, które w tamtym czasie wykonywałem. Z kilkunastu rozrzuconych na stole zdjęć Staszek wybrał trzy, może cztery, popatrzył na nie chwilę i powiedział: „Te mogą być, coś z tego będzie. Możesz robić dalej.” Wtedy uwierzyłem, że fotografia może być dla mnie czymś więcej niż tylko zabawą. Że może to dobry kierunek na samorealizację.

Kilka lat później razem ze Stanisławem Dziekańskim pracowałem już w redakcji Gazety Jarocińskiej jako fotoreporter. To był wspaniały czas, a Staszek był moim nieodłącznym kompanem. 

Mój fotograficzny przyjaciel niestety już nie żyje, ale zawsze, gdy tylko mam okazję, przywołuję wspomnienia o nim. To był wspaniały człowiek.

A co do pomysłów na siebie, to miałem ich mnóstwo. Chciałem być kaskaderem, pilotem, kosmonautą... Dużo by wymieniać (Śmiech.) Jednak nigdy, nic nie wychodziło mi tak dobrze jak fotografowanie i tak już zostało.

fot. Damian Hornet / Londyn

Pamięta Pan swój pierwszy aparat? Na jakim sprzęcie obecnie Pan pracuje?

Pierwszy aparat jakim fotografowałem był AMI66, jednak nie był to mój aparat. Prawdopodobnie miałem go pożyczony od któregoś z kolegów. Następny był wspomniany już Zenit 12XP, a kolejny Nikon 801s. Obecnie często fotografuję sprzętem marki Nikon i Fujifilm.

fot. Damian Hornet / Berlin 

Jak sam Pan mówi, dzięki fotografii nauczył się Pan nie tylko patrzeć, ale i widzieć. Proszę tę myśl rozwinąć.

Można to porównać do oddzielania ziarna od plew. Dobry fotograf potrafi wychwycić to co istotne w danej sytuacji i uwypuklić to na zdjęciu. Nie da się tego dokonać bez umiejętności widzenia. Samo patrzenie nie wystarczy.

Na co podczas powstawania zdjęć zwraca Pan szczególną uwagę?

Wszystko zależy od tego co w danym momencie fotografuję. Jeśli jest to street photo - skupiam się na wyszukaniu jakiś nietuzinkowych historii. W przypadku fotografii portretowej staram się uchwycić coś, co pokaże daną osobę w prawdziwy, ale nie do końca oczekiwany sposób.

Jeśli chodzi zaś o technikalia to największą wagę przywiązuję do kompozycji. 

fot. Damian Hornet / Berlin 

Closer is better - to myśl, którą kieruje się Pan podczas powstawania zdjęć. Czy dystans z którego powstaje zdjęcie jest ważny?

W określeniu „Closer is better” nie chodzi mi o dystans fizyczny. Aby powstało dobre zdjęcie należy skrócić dystans do sedna sprawy, której to zdjęcie dotyczy.

Jeżeli chodzi o dystans, warto też poruszyć temat tego, że wiele osób twierdzi, że nie są fotogeniczne. Jak Pan się do tego odnosi? Czy każdemu można zrobić ładne zdjęcie?

Uważam, że nie ma brzydkich ludzi. Są tylko kiepscy fotografowie. Absolutnie każdą osobę można sfotografować w taki sposób, by wydobyć jej naturalne piękno. A jeśli ktoś w to nie wierzy - zapraszam do kontaktu.

Dzięki fotografii poznał Pan wiele ciekawych osób, nauczył się z nimi rozmawiać. Mówi się, że dialog w fotografii to połowa sukcesu. Zgadza się Pan z tym stwierdzeniem?

Wiele lat pracowałem jako handlowiec, a handlowiec bez umiejętności porozumiewania się z ludźmi jest mało skuteczny. W fotografii również stawiam na komunikację. Jeżeli pracuję nad zdjęciem portretowym lub jakimś projektem, który wymaga dotarcia do człowieka zaczynam od rozmowy. Pozwala to skrócić proces twórczy do absolutnego minimum. Dzięki niej mogę poznać osobę sfotografowaną, a ona może poznać mnie.  To rodzi zaufanie, dzięki któremu dużo łatwiej osiągnąć zadowalające efekty na planie zdjęciowym.

Kiedy cały świat zatrzymał się z powodu pandemii, Pan wymyślił wyjątkowy projekt fotograficzny. Mowa oczywiście o projekcie #PAUZA. Wystawa fotografii dostępna będzie już od września. Proszę zdradzić więcej szczegółow.

Projekt „#PAUZA” to mój sposób na uchwycenie tego przedziwnego czasu. W tym okresie wielu aktorów i ludzi kultury, zostało zmuszonych do zaprzestania swojej działalności.  To spowodowało, że mieli więcej czasu niż zwykle. Postanowiłem to wykorzystać w sposób twórczy.  Zdjęcia, które powstały podczas tego projektu mam nadzieję zaprezentować na wystawie, która jak wszystko dobrze pójdzie, pojawi się jeszcze w tym roku.

W jeden miesiąc wykonał Pan sesje fotograficzne ponad dwudziestu aktorom i aktorkom w ich prywatnej przestrzeni. Uchwycił Pan moment zatrzymania się i tego, jak ten czas wykorzystali. Czego nauczyły Pana te spotkania?

Trudno wskazać tutaj coś konkretnego. To co najbardziej mnie zachwyciło w tym wszystkim, to fakt, że osoby, które sfotografowałem, nie dość, że są wspaniałymi artystami, to prywatnie są niesamowicie otwartymi ludźmi, którzy nie zamykają się na drugiego człowieka.  Mądrzy, inteligentni i niezwykle kreatywni. Takich mamy artystów w tym kraju :)

Czy wśród tych ponad dwudziestu spotkań i sesji zdjęciowych znalazło się spotkanie, które było dla Pana w szczególności ważne?

Każda z tych sesji była na swój sposób wyjątkowa. Każde spotkanie było ważne. Nie da się wskazać tej jednej jedyne, jest to po prostu niemożliwe.

Kogo było najtrudniej namówić do udziału w projekcie #PAUZA?

Najtrudniej było namówić te osoby, które w projekcie nie wzięły udziału (Śmiech.)  A kto to był, to pozostanie już moją słodką tajemnicą.

Uchwycenie jakich emocji na zdjęciach powstałych w ramach projektu #PAUZA było dla Pana najważniejsze?

Ideą tego projektu było uchwycenie aktorki i aktorów w przestrzeni w której spędzali czas pandemii. Każda z tych osób spędzała ten czas na swój wyjątkowy sposób. Nie miałem żadnych założeń podchodząc do tego projektu otworzyłem się na wszystko, co chcieli pokazać mi artyści i to sfotografowałem.

Czego Pana prywatnie nauczył ten przedziwny czas?

Kilkanaście lat temu, gdy fotografowałem jeszcze śluby i eventy, wymarzyłem sobie, aby stworzyć projekt fotograficzny z udziałem znanych osób. Podejmowałem wiele prób, by z takimi osobami umówić się na zdjęcia, jednak nie odnosiły one skutku. Po latach, gdy zamieszkałem w Warszawie, pojawiły się nowe możliwości, pojawiły się nowe znajomości i pojawiła się... pandemia. W taki oto sposób powstał historyczny materiał związany z ogólnoświatowym kryzysem oraz zrealizowało się moje marzenie. Życie pokazało mi, że nie ma takiej sytuacji, której nie dałoby się zamienić na pozytyw. Ale o tym wiedziałem już wcześniej.

Mówi się, że takie zwolnienie tempa jest czasami potrzebne każdemu z nas. Uważa Pan, że obecna sytuacja może zmienić społeczeństwo na lepsze i spowodować, że ludzie będą patrzeć na życie z większym dystansem i bardziej przychylnie?

Byłoby pięknie. Czas pokaże, co z tego wyniknie. Każdy z nas wyciągnie z tego swoją lekcję lub nie.

Porozmawiajmy jeszcze o konkursie Hornet Photo Awards 2020 do którego zdjęcia można było nadsyłać do 30 czerwca. Jest Pan przewodniczącym jury. Jest Pan surowym jurorem? (Śmiech.)

Zgłoszenia na konkurs można wysyłać do końca października 2020 r., a co za tym idzie Jest jeszcze trochę czasu. Czy jestem  surowym jurorem? Myślę że nie. Ideą konkursu jest znaleźć i wypromować zdolnych fotografów. Artyści to wrażliwe osoby, trzeba podchodzić do nich z empatią. 

Czy trudno jest oceniać czyjeś zdjęcia? Na jakie szczegóły zwraca Pan uwagę? Czego poszukuje w nadesłanych kadrach konkursowych?

Jako ludzie jesteśmy tak skonstruowani, że bardzo łatwo przychodzi nam ocenianie innych. Jednak jako jurorzy musimy wznieść się trochę ponad to standardowe przyzwyczajenie. Nasz wybór będzie miał wpływ na wile osób. Będą zwycięzcy i będą „przegrani”. Dzięki nagrodzie, którą otrzyma zdobywca grand prix, jego kariera może nabrać tempa.

Dla mnie jedną z najważniejszych cech dobrego zdjęcia jest umiejętność z zaskoczenia. Wyrwania ze strefy komfortu. Zmuszenia do myślenia. Istotna jest kompozycja.

 fot. Damian Hornet / Berlin 

Proszę na koniec opowiedzieć o swoich najbliższych planach zawodowych.

Przez 46 lat mojego życia nauczyłem się nie planować zbyt wiele, a podążać raczej za tym co się w życiu pojawia. Mam co prawda jeszcze kilka fotograficznych marzeń i jak wszechświat mnie wesprze to je zrealizuję. 

poniedziałek, 27 lipca 2020

Daria Zawiałow: "Lubimy pędzić pod prąd, na własnych warunkach, tak jak czujemy"

Daria Zawiałow: "Lubimy pędzić pod prąd, na własnych warunkach, tak jak czujemy"


























fot. Monika Szałek

Dnia 18 lipca 2020 odbył się koncert Darii Zawiałow w Ustroniu. Rozmawiamy o czasie izolacji, odmrażaniu koncertów, płycie "A Kysz!", "Helsinki" i najnowszym krążku, który jest obecnie na ukończeniu. 

Spotykamy się tuż po koncercie w Amfiteatrze w Ustroniu. Jak wrażenia? Publiczność dopisała?

Było bardzo sympatycznie. Publika była wspaniała. Dziękuję. Długo czekaliśmy na to, aby móc wrócić na scenę!

Twoja kariera z każdym dniem nabiera rozpędu. W 2017 roku wszędzie przedstawiano Cię jako debiutantkę, a w chwili obecnej masz na swoim koncie dwie wspaniałe płyty "A Kysz!" (2017) oraz "Helsinki"(2019), o których będziemy jeszcze rozmawiać. Jak wspominasz początki swojej kariery muzycznej?

Ciężko powiedzieć, ponieważ śpiewać zaczynałam bardzo wcześnie, bo już w wieku siedmiu lat. (Śmiech.) Jednak wydaje mi się, że takimi prawdziwymi początkami kariery był dla mnie moment pojawienia się mojego pierwszego singla "Malinowy chruśniak".

Zanim  Twoje utwory zawojowały listy przebojów, pojawiałaś się w licznych programach o formule talent - show. Czy uważasz, że programy tego typu są szansą dla młodych twórców? Są też osoby, które uważają wręcz odwrotnie... Jake jest Twoje zdanie na ten temat?

Myślę, że każdy z programów o takiej formule może wynieść coś innego. Jednym pomogą, drugim zaszkodzą, a jeszcze innym po prostu nic nie dadzą. To bardzo indywidualna kwestia. 

Byłaś dzieckiem, które miało w sobie wiele odwagi, ale też pokłady brawury i charyzmy. Czy te cechy pomgły Ci zaistnieć na scenie? Jak to jest u Ciebie z tremą - pojawia się u Ciebie i jest motywująca, czy nie ma jej wogóle?

Trema jest i powinna towarzyszyć występom zawsze! Gdybyśmy nie czuli w tym adrenaliny i lekkiego stresu, wpadlibyśmy w rutynę, przez co nie moglibyśmy dawać już publice takiej energii. To konieczne! 

Pandemia koronawirusa ma ogromny wpływ na obecną sytuację artystów w Polsce. Jak ten niełatwy czas wykorzystałaś muzycznie? Czy w Twoim domowym zaciszu powstawały nowe utwory?

To był dla mnie bardzo owocny czas, stworzyliśmy trzeci album! Jesteśmy na etapie demo, za moment będziemy go rejestrować już na poważnie. 

W jakim klimacie zostanie utrzymany? Kiedy premiera? Opowiedz coś więcej na ten temat. 

Na razie nic nie zdradzę. To niespodzianka. 

W czasie kwarantanny przeczytałaś pewnie wszystkie książki i obejrzałaś wszystkie filmy. (Śmiech.) Uważasz, że ten niełatwy czas może zmienić coś w ludziach i sprawić, że na życie i otaczający świat będą patrzeć bardziej przychylnie?

Myślę, że ten czas uczy nas wszystkich pokory i doceniania tego, co mamy. Wszystko w jednej chwili może się zepsuć, zniknąć. Trzeba mieć z tyłu głowy tę myśl i doceniać to, co się ma. 

Czego Ciebie nauczyły ostatnie miesiące?

Właśnie tego. Pokory i posiadania twardego gruntu pod stopami. Nigdy nie miałam z tym problemu, ale jednak teraz życie zweryfikowało wszystko tak, że dostałam kolejną cenną lekcję. 

Zagraliście w Opolu, my rozmawiamy w Ustroniu. Gracie oczywiście przy obowiązujących obostrzeniach. Czym różnią się obecnie Wasze koncerty?

Ilością osób, ponieważ wcześniej koncerty zarówno letnie jak i klubowe graliśmy dla kilku, a na festiwalach zdarzało się, że nawet kilkunastu czy kilkudziesięciu tysięcy osób. Dziś widownię liczymy w setkach. W tym momencie jednak najważniejsze jest to, że w ogóle możemy spotykać się z ludźmi, ponieważ przez cztery miesiące wcale nie było to możliwe. Liczymy na to, że obostrzenia szybko zostaną wycofane i wszystko wróci do normy. 

Jak odmrażanie koncertów wygląda w praktyce?

Zobaczymy. Wszystko przed nami. (Śmiech.) Póki co nie jest kolorowo. Rządzący nakładają na nas wymogi, które nie są nakładane na inne branże. Wystarczy spojrzeć co dzieje się chociażby na wiecach wyborczych, w pociągach, w kościołach, w klubach czy restauracjach. 

Który z utworów z Twojego repertuaru jest najbardziej wyczekiwany przez fanów na koncertach? 

Wydaje mi się, że fani najbardziej lubią utwory "Gdybym miała serce" oraz "Hej, hej". Zawsze na to czekają. 

W której z piosenek Ty czujesz się najelepiej od strony wokalnej?

Nie mam czegoś takiego. Lubię bawić się moimi utworami. Nie myślę o tym, który podoba mi się bardziej, w momencie kiedy je śpiewam. 

Porozmawiajmy o Twoich dwóch płytach. Porównajmy je. "Helsinki" odbiegają stylistycznie od "A kysz!", mają w sobie zdecydowanie więcej elektroniki. To celowy zabieg, czy wynika z chęci eksperymentowania muzyką?

Wraz z moim przyjacielem i producentem Michałem, rozwijamy się. Inne rzeczy nas kręcą. Co innego miałam w głowie pisząc teksty do utworów z płyty "A kysz!", a zupełnie inne emocje towarzyszyły mi kiedy powstawały "Helsinki". Rozwijam się jako kobieta, ale także jako artystka, zmieniają się moje upodobania. Trzecia płyta będzie równie zaskakująca. Lubimy pędzić pod prąd, na własnych warunkach, tak jak czujemy. Chcemy być odważni. 

W Twoim wypadku sprawdza się to, co u większości muzyków, że Twoja pierwsza płyta jest dla Ciebie najważniejsza? Krążek "A Kysz!" powstawał cztery lata.

Na pewno jest dla mnie ważna. Za płytę "A Kysz!" zostaliśmy nagrodzeni Fryderykami, jednak moją faworytką do tej pory była płyta "Helsinki". W tym momencie jestem jednak na innym etapie życiowym i w mojej głowie rozbrzmiewa już trzecia album. 

Czym są dla Ciebie tytułowe Helsinki? Krainą Twojej wyobraźni?

Są ucieczką, azylem, do którego mogłam uciec podczas jej tworzenia. 

Utożsamiasz się z twórczością Tolkiena, jesteś jego wielką fanką. Czy Twoje zamiłowanie do jego literatury też miało swego rodzaju wpływ na to, jak ten album wygląda?

Myślę, że na pewno po części, ale było wiele bodźców, które inspirowały mnie do jej tworzenia. Jestem fanką fantasy więc uwielbiam kreować rzeczywistość, wymyślać historie, zderzać ze sobą swoich bohaterów. 

Opowiedz o swoich najbliższych planach zawodowych. 

Najbliższe plany to odmrażanie koncertów i skupianie się na dokończeniu trzeciej płyty. 

8 sierpnia zapraszam na koncert w Żywcu, który odbędzie się w ramach trasy Męskiego Grania. 

środa, 1 lipca 2020

Ich Troje: Michał Wiśniewski i Ania Świątczak: "Magia koncertów akustycznych tkwi w bliskości publiczności"

Ich Troje: Michał Wiśniewski i Ania Świątczak: "Magia koncertów akustycznych tkwi w bliskości publiczności"



























fot. zdjęcie nadesłane

W lutym 2020 roku po koncercie akustycznym w Hotelu Gołębiewskim w Wiśle miałam ogromną przyjemność rozmawiać z Anią Świątczak i Michałem Wiśniewskim.

Spotykamy się w Hotelu Gołębiewskim w Wiśle, tuż po koncercie akustycznym. Jak wrażenia?

Michał Wiśniewski: Bardzo dobrze, czyli tak, jak zawsze w Wiśle. (Śmiech.)

Pierwsza część trasy akustycznej "A niech gadają została bardzo entuzjastycznie przyjęta przez fanów. W czym w Waszym odczuciu tkwi magia koncertów akustycznych?

Ania Świątczak: W sile głosu naszego czerwonowłosego jegomościa, czyli Michała. (Śmiech.)

Michał Wiśniewski: W bliskości publiczności. To coś, czego duże koncerty, które gramy na co dzień, absolutnie nie oddają.

Repertuar jest tu zazwyczaj stały, czy zmienia się np. z uwagi na miejsce, czy okoliczności grania koncertu?

Michał Wiśniewski: Co jakiś czas zmieniamy piosednki na inne. Gramy te utwory, których nie grywamy na dużych koncertach.





















fot. zdjęcie nadesłane

Prezentujecie też mniej znane utwory ze swojego repertuaru. W jaki sposób są dobierane?

Michał Wiśniewski: Tak, jak słyszałaś. (Śmiech.) Dużo jest takich piosenek.

W tym roku obchodzicie 25 - lecie działalności artystycznej. W lipcu zostanie wydana płyta "Projekt X". W jakim klimacie zostanie utrzymana?

Michał Wiśniewski: W klimacie Ich Troje. To najlepiej określa klimat naszej najnowszej płyty. Kto słuchał naszych płyt, zdaje sobie sprawę, że tam jest taka mieszanka wybuchowa różnych gatunków, że każdy znajdzie coś dla siebie.


























fot. zdjęcie nadesłane

Niespodzianką dla fanów było również ukazanie się piosenki oraz teledysku "Nie straszne strachy" w wykonaniu Vivienne. Czy od najmłodszych lat wpajał Pan dzieciom miłość do muzyki?

Ania Świątczak: Miłości do muzyki nie trzeba było im wpajać. Obydwie córki są cały czas w jej otoczeniu. Dla Vivienne muzyka jest bardzo ważna. Zaowocowało to takim utworem. Michał ją zmobilizował, ale córka kolejnych utworów nie planuje. (Śmiech.) 

Michał Wiśniewski: Stwierdziła, że na tym koniec. (Śmiech.) 


























fot. zdjęcie nadesłane

Pojawienie się piosenki było pomysłem Vivienne? 

Michał Wiśniewski: Zawsze jest tak, że to rodzice wychodzą z inicjatywą, ale Vivi, jak większość nastolatek w jej wieku, słucha zupełnie innej muzyki. Lubi utwory Ariany Grande, Billie Eilish, ale ja nie pozwolę jej pokazywać biustu. (Śmiech.)

Ania Świątczak: W tym mamy zgodność, ja też nie. (Śmiech.) 
Fajnie, że miała okazję posmakować pracy w studio. To była dla niej nowość. 

Michał Wiśniewski: Ja swoją pierwszą piosenkę bardziej przeżywałem, niż ona. (Śmiech.)

Jakiej muzyki słuchacie na co dzień? Sięgacie po utwory inspirowane swoją twórczością, czy słuchacie czegoś zupełnie innego?

Ania Świątczak: Słucham bardzo różnej muzyki. U mnie zależy to od nastroju, bądź życiowego etapu, na którym w danej chwili jestem. 
Lubię elektronikę, co nie przeszkadza mi świetnie się bawić przy utworach w wersji akustycznej.

A Pan, jakie ma gusta muzyczne? 

Michał Wiśniewski: Żadnych. Praktycznie nie słucham muzyki. (Śmiech.) Już się nasłuchałem. Dużo muzyki klasycznej, musicalowej oraz to, czego słuchają dzieci. Jestem zacofany i większości artystów, którzy są dzisiaj popularni, ja po prostu nie znam. 

Najbliższe plany. 

Michał Wiśniewski: Kończymy prace nad wspominaną dziesiątą płytą. Jestem bardzo dumny. 

poniedziałek, 29 czerwca 2020

Siostry Szczepańskie: "Inspirację czerpiemy z codzienności"

Siostry Szczepańskie: "Inspirację czerpiemy z codzienności"



















fot. Sara Byczkowska

Siostry Szczepańskie to w chwili obecnej najbardziej rozpoznawalne rodzeństwo w polskim showbiznesie. Wszystko za sprawą serialu "Miłość na zakręcie" i reklam Plusha, w którym to już po raz drugi wystąpiły jako trojaczki, choć ich siostra Agnieszka jest od nich nieco starsza.

Bez dwóch zdań w tym momencie jesteście jednymi z najbardziej rozpoznawalnych sióstr w polskim showbiznesie. Szerszej publiczności dałyście się poznać w serialu "Miłość na zakręcie", gdzie wcieliłyście się w córki serialowej Heleny, granej przez Katarzynę Skrzynecką. Jak trafiłyście do serialu?

Monika Szczepańska:  Do serialu trafiłyśmy dość niespodziewanie. Z zaproszeniem na zdjęcia próbne do nowo powstającego projektu w reżyserii Pawła Orwara i Marcina Szczerbica zadzwonili do mnie z produkcji. Jako, że Dorota również jest aktorką, podczas rozmowy telefonicznej wspomniałam także o niej. 

Od samego początku było wiadomo, że w produkcji TV4 zagracie obie? 

Monika: Dostałyśmy informację, że ubiegamy się o tę samą rolę. (Śmiech.) Zdjęcia próbne poszły bardzo dobrze, a kilka dni później dostałyśmy cynk, że scenarzyści zmienili koncepcję i...zagramy siostry bliźniaczki. 

Zagrałyście bliźniaczki, a to już macie przećwiczone. (Śmiech.) Co okazało się dla Was największym wyzwaniem w tej roli? Chciałyście wykreować zupełnie różne od siebie postaci, czy dałyście swoim bohaterkom też coś swojego?

Monika: Z Dorotą znamy się bardzo dobrze. Wiemy, jak każda z nas zachowałaby się w danej sytuacji, dzięki czemu nasza praca przechodzi na wyższy poziom. Najciekawszym momentem jest zawsze kreowanie postaci - styl mówienia, poruszania. Myślę, że postaci Dominiki i Weroniki są nam bliskie, zważywszy chociażby na energię, otwartość i pewnego rodzaju bezpośredniość. Myślę jednak, że w tym zawodzie jest cudowne to, że można łączyć swoje cechy charakteru z cechami kogoś zupełnie innego. 

Serial "Miłość na zakręcie" już od pierwszych odcinków zaskarbił sobie sympatię widzów. W czym Waszym zdaniem tkwił sukces tej produkcji?

Monika: Serial cieszy się popularnością i tak pozytywnym odbiorem przez widzów przede wszystkim dlatego, że opowiada o losach postaci, z którymi widz się utożsamia. Prawda i humor płynący z serialu sprawia, że chętnie się go ogląda. 

Zdarzało Wam się oglądać serial?

Monika i Dorota: Tak, przed rozpoczęciem zdjęć widziałyśmy kilka odcinków. Z dołączenia do obsady tego projektu bardzo się ucieszyłyśmy. 

Lubicie oglądać siebie na ekranie? Na co zwracacie wtedy największą uwagę?

Monika: Oglądanie siebie na ekranie wymaga dużej cierpliwości. (Śmiech.) Myślę, że wraz z Dorotą nie jesteśmy fankami tego zabiegu. (Śmiech.) Zwykle wtedy człowiek doszukuje się w sobie różnych wad, często przesadzając. Jednak praktykujemy tę czynność, bo dzięki temu stale się rozwijamy, mamy możliwość nanoszenia zmian i zobaczenia, jak to wygląda z tej "drugiej strony". 

Podobno już wkrótce pojawicie się w kolejnym serialu. Zdradźcie coś więcej na ten temat.

Monika i Dorota: Już niedługo, bo prawdopodobnie po wakacjach pojawi się nowy serial z naszym udziałem, w reżyserii Tomasza Suskiego.  Taki temat nigdy wcześniej w polskich serialach nie był poruszony. Tam również wcielimy się w siostry bliźniaczki, ale niestety nie możemy jeszcze zdradzać szczegółów:)

Oprócz grania w serialach, macie na swoim koncie także występy w reklamach. Od kilku dni  dostępna jest już druga reklama Plush bez limitu z udziałem Waszym i Waszej starszej siostry, Agnieszki. Jak wspominacie pracę na planie? Co dało Wam większą rozpoznawalność, udział w serialu "Miłość na zakręcie", czy reklama Plusha? Można tak to porównać?

Dorota: Właśnie pojawiła się druga część projektu reklamowego Plush z naszym udziałem, w reżyserii Wojciecha Wawszyczyka. Cieszymy się, że ponownie spotkaliśmy się na planie tego projektu. Współpraca z tak wspaniałym zespołem z ogromną dawką humoru, swobodą artystyczną, flow...mogłybyśmy tak wymieniać w nieskończoność. (Śmiech.) - to ogromna przyjemność. Myślę, że każdy projekt, który realizujemy, wzajemnie się wspiera.                    

Co do popularności, my skupiamy się na pracy. Trudno rozdzielić, a tym bardziej stwierdzić, który z projektów był jego sprawcą. (Śmiech.) 

Czy po emisji reklamy ludzie nadal myślą, że jesteście trojaczkami? (Śmiech.) Czym na co dzień zajmuje się Wasza starsza siostra?

Dorota: Ludzie często nas mylą. Postrzegają nas już nie tylko jako siostry, ale jako trojaczki. Razem z Moniką wybrałyśmy aktorstwo, a wraz z Agnieszką zajmujemy się koncertowaniem, gdzie występujemy jako trio. Uzupełniamy się. Każda z nas jest inna, ma inny charakter. We trzy stanowimy pewną całość. To jest piękne. 

Czym różni się praca na planie filmowym od pracy na planie reklamy?

Dorota i Monika: Praca na planie serialu, a reklamy różni się zupełnie we wszystkim. Używa się zupełnie innych środków aktorskich. Warto poruszyć różnicę pomiędzy pracą sceniczną, teatralną, a pracą z kamerą. To inne żywioły, inna energia, inny rodzaj adrenaliny. 

Seriale i reklamy to jedno, ale warto wspomnieć również o tym, że jesteście multiinstrumentalistkami. Co jako pierwsze pojawiło się w Waszym życiu, zamiłowanie do aktorstwa, czy grania na instrumentach?

Dorota i Monika: Koncertujemy we trzy, ale także z większym bandem dętym, który liczy osiemdziesiąt osób. 

W naszym życiu najpierw pojawiła się muzyka, towarzyszy nam od czwartego roku życia. Stopniowo wspinałyśmy się po kolejnych szczeblach muzycznej kariery, pojawiły się koncerty nie tylko w Polsce, ale również poza granicami naszego kraju. 

Zainteresowanie aktorstwem przyszło do nas w liceum. Poznałyśmy wtedy Magdalenę Waligórską - Lisiecką i jej męża, Mateusza Lisieckiego, którzy są już teraz naszymi przyjaciółmi. Odkrywali przed nami tajniki tego zawodu, pomagali nam. 

To zawód, który w dużej mierze oparty jest na doświadczeniach życiowych. Magda i Mateusz bardzo świadomie przeprowadzili nas nie tylko przez stronę techniczną, ale również doprowadzili do głębszego poznania siebie, a przede wszystkim zachęcili nas do wychodzenia ze swojej strefy komfortu. 


























fot. Sara Byczkowska

Instrumenty klawiszowe macie w małym palcu. (Śmiech.) Jak wspominacie swoje koncerty w USA, Australii, Chinach, czy Malezji? Czym różni się tamtejszy rynek muzyczny od rynku polskiego?

Agnieszka: Nie tylko instrumenty klawiszowe. (Śmiech.) Koncerty w każdym kraju wyglądają zupełnie inaczej. Wiąże się to z inną energią, ludźmi, kulturą. Zawsze jednak nasz zespół był przyjmowany bardzo ciepło, spotkaliśmy się z ogromem pozytywnej energii. Wychodzimy z przekonania, że dobra energia łączy ludzi i to, co dajemy innym, kiedyś do nas wraca. Kontakt z publicznością jest dla nas bezcenny, dlatego tak o niego dbamy. 

Zdarzały się koncerty również na prowincjach, aby móc wystąpić również dla ludzi mieszkających w małych miasteczkach. Niczym to jednak nie różniło się od koncertów w wielkich miastach. Wszędzie słuchaczom towarzyszy ogromna energia. 

Ostatnio dużo czasu spędzacie w studio nagraniowym. Opowiedzcie nad czym tak intensywnie pracujecie. 

Dorota i Monika: Rzeczywiście, nie liczymy już godzin spędzonych w studio muzycznym. (Śmiech.) 

Pracujemy nad własnymi utworami. W przyszłym tygodniu premierę będzie mieć singiel stworzony z raperem Wrooblem, gdzie we współpracy stworzyłyśmy muzykę oraz tekst, a już w sierpniu planujemy oficjalną premierę naszego singla "Siostry Szczepańskie". Będzie on zupełnie nowym, innym odzwierciedleniem nas trzech. (Śmiech.) Same tworzymy muzykę oraz tekst, ponieważ lubimy dzielić się tym, co nam w duszy gra. Będzie to więc nasze "wspólne dziecko". Pojawiają się także nowe propozycje aktorskie, które wspólnie rozważamy. 

Gdyby nastała taka konieczność, z czego byłoby Wam łatwiej zrezygnować, z aktorstwa, czy z muzyki?

Monika: Nie wchodzi w grę rezygnacja ani z muzyki, ani z aktorstwa. (Śmiech.) 

Przejdźmy o krok dalej. Świat zatrzymał się z dnia na dzień. Wszystko oczywiście w związku z pandemią koronawirusa. Jak spędzałyście ten czas? Zacieśniałyście swoje siostrzane więzy, a może miałyście już czasem siebie dość? (Śmiech.) 

Dorota i Monika: Pandemia zaskoczyła nas wszystkich, zmieniła nasze plany, sprawiła, że czas się zatrzymał. Miałyśmy zaplanowane projekty aktorskie oraz koncerty poza granicami kraju. Wszystko siłą rzeczy zostało odwołane. 

Ten czas wykorzystałyśmy na wspólne tworzenie muzyki. To właśnie wtedy powstało najwięcej projektów. Poprzez spotkania online działałyśmy również aktorsko. Dołączyłyśmy również do ekipy "Instanocki", gdzie śpiewałyśmy i umilałyśmy dzieciom wieczory. 

Ważne jest dla nas to, że spędzałyśmy czas z rodziną. Odczuwamy przemianę. Jest spowodowana byciem samemu ze sobą.

Mówi się, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu. (Śmiech.) Jak Wy dogadujecie się w pracy? Doradzacie sobie, wspieracie się?

Dorota i Monika: (Śmiech.) Rzeczywiście tak się mówi, ale my potrafimy porozumieć się bez słów. Cieszymy się, że pracujemy razem, że tworzymy muzykę, która nam w duszy gra. Nasze sprzeczki są bardzo zabawne, ponieważ z racji wykonywanego zawodu idealnie puentujemy. (Śmiech.) Dzięki temu, że każda z nas jest inna, uzupełniamy się, wymieniamy swoimi pomysłami i poglądami, a dzięki temu stanowimy silny team. 

Jesteście podobne do siebie jak dwie krople wody, wchodzicie we wspólne projekty, obydwie gracie na instrumentach klawiszowych, to Was łączy. A w czym jesteście kompletnie różne?

Monika: Trudne pytanie. Wiele nas łączy, ale każda z nas jest inna. Łączy nas poczucie humoru, tym przyciągamy też innych. Lubimy rozmowy z ludźmi, inspirują nas. Jesteśmy zupełnie inne, delikatne, ale jednocześnie silne, niezależne, ale wrażliwe. Nasza przyjaciółka powiedziała kiedyś, że trzeba mieć dusze motyla i pancerz żółwia. Coś w tym jest. Takie jesteśmy...

 Sięgacie po te same książki, słuchacie tej samej muzyki, lubicie tę samą kuchnię, czy macie odrębny gust?

Agnieszka, Dorota i Monika: Lubimy dobrze zjeść, chociaż po nas nie widać. (Śmiech.) Wzajemnie inspirujemy się muzyką, książkami, lookiem. Każda z nas zwraca uwagę na coś innego, dzięki czemu nasze horyzonty świadomości są szersze.

Jesteście bardzo aktywne w social mediach. Czym lubicie dzielić się na Instagramie?

Monika: Z naszymi odbiorcami na Instagramie dzielimy się przede wszystkim pasją, muzyką, pracą i dobrą energią. Często wrzucamy filmy z naszych nieudolnych prób kulinarnych. (Śmiech.) Zarówno w życiu, jak i w social mediach jesteśmy otwarte na ludzi, dlatego cieszymy się, że możemy dzielić się dobrą energią z drugim człowiekiem.

Jakimi jesteście użytkowniczkami? Czego poszukujecie w sieci?

Monika: Wbrew pozorom, nie jesteśmy mocno zapalnonymi użytkowniczkami internetu. (Śmiech.) Wykorzystujemy go w celach pozyskania inspiracji, chociaż nie ukrywam, że inspirację najczęściej czerpiemy z codzienności. W czasie pandemii koronawirusa rozpoczęłyśmy wirtualne podróże po różnych krajach. Przyznam, że to było ciekawe.

Czy doświadczacie ciemnych stron internetu? Spotykacie się z hejtem? Jak sobie z nim radzicie?

Monika: To zawsze temat rzeka. Wielu ukrytych pod nickami użytkowników często czuje się bezkarnie. My nie czytamy komentarzy na nasz temat. Owszem, kilka razy spotkałyśmy się z bezpośrednim hejtem, jednak mamy niezwykłą umiejętność wyciągania lekcji z takich sytuacji. 
Cenimy sobie konstruktywną krytykę, która spływa do nas od osób, będących dla nas autorytetem w tym, co robimy. Dzięki temu możemy stale się rozwijać. 

Najbliższe plany. 

Agnieszka, Monika i Dorota: Nie chcemy i nie możemy wszystkiego zdradzić. Rzeczywiście pojawiają się nowe propozycje aktorskie, niedługo projekt dla TTV, pojawi się też coś dla McDonald's, zdjęcia próbne do nowych produkcji trwają, wszystko zależy od sytuacji, jaka będzie panować. 

Sierpień upłynie dla nas pod znakiem muzyki, bo planujemy premierę singla, który połączony będzie z niespodzianką....:) 

środa, 17 czerwca 2020

Michał Chruściel: „Ten zawód daje mi radość, ale uczy też dyscypliny”

Michał Chruściel: „Ten zawód daje mi radość, ale uczy też dyscypliny”


























fot. zdjęcie nadesłane

Aktor młodego pokolenia, znany z takich seriali jak m.in. „Na Wspólnej”, „M jak miłość”, czy „W rytmie serca”. Opowiada o tym, co powoduje, że na przestrzeni lat pojawia się w tych samych produkcjach w różnych rolach, jak pracuje nad zróżnicowaniem postaci, które ma do odegrania.

Wspomina też o jednym z najbardziej wymagających wyzwań aktorskich, którym bez dwóch zdań było wcielenie się w postać Piotra Nagiela, muzyka, zmagającego się z problemami alkoholowymi.

Przed Michałem wiele nowych wyzwań zawodowych. Obecnie wraz z innymi artystami czyta bajki dla najmłodszych w ramach inicjatywy #Instanocka, powstałej w czasie wybuchu pandemii koronawirusa w Polsce z inicjatywy Joanny Pawłowskiej-Hencel z HealthyGroup PR& Management.

Z dnia na dzień świat się zatrzymał. Wszystko oczywiście spowodowane jest sytuacją panującą obecnie w Polsce i na świecie. Na początek — jak radzisz sobie z wyzwaniem #zostańwdomu? Jakie są Twoje sposoby na spędzanie wolnego czasu?

Szczerze mówiąc, pierwszy raz słyszę o takim wyzwaniu jak #zostańwdomu.

Co do sposobów na spędzanie czasu wolnego sądzę, że mogę zaliczyć całkiem sporo czynności, jakim lubię oddać się w wolnych chwilach. Na pewno będzie to dobry film lub gra komputerowa, zdecydowanie lubię się oddać aktywnościom fizycznym takim jak np. różnego rodzaju ćwiczenia sportowe, wyjście na rower, na dłuższy spacer po lesie, a wolnymi wieczorami zdecydowanie książka. 

No właśnie. Pewnie, tak jak wszyscy, przeczytałeś już wszystkie książki i obejrzałeś wszystkie filmy. (Śmiech.) Jak to jest u Ciebie z filmami i książkami? Lubisz wracać do sprawdzonych tytułów, czy odkrywać nowe?

Moim zdaniem dobry  film i dobra książka to właśnie takie, do których się wraca, takie, które po jednokrotnym przeczytaniu czy obejrzeniu nie wyparowują z głowy, tylko pozostawiają w niej większy lub mniejszy ślad w postaci wspomnień, czy pewnych przemyśleń. Takie, które przede wszystkim wzbudzają nasze większe zainteresowanie, a nasza przygoda z nimi nie kończy się na napisach końcowych, a na godzinach dyskusji, chwilach przemyśleń i chęcią zobaczenia go na nowo co raz poszukując w nim kolejnych smaczków, których nie wyłapaliśmy przy pierwszym obejrzeniu. Dobrym przykładem będzie tutaj film „Mother" za którego reżyserię odpowiadał Darren Aronofsky. Nie zmienia to oczywiście faktu, że pewnie tak jak duża część ludzi na ziemi nie tylko lubię, ale i potrzebuję eksplorować tę artystyczną przestrzeń i odkrywać również nowe, nieznane mi jeszcze tytuły zgłębiając ich „twórczą tajemnicę", nie byłbym w stanie oglądać i czytać do końca swoich dni w kółko tych samych tytułów, które już widziałem, nawet jeśli obecnie uważam je za arcydzieła... z czasem mógłby stracić swój urok przez nadmierne eksploatowanie ich treści. To trochę jak w przypadku starych gier komputerowych czy konsolowych, gdy grało się w jakiś świeży tytuł jako dziecko, gra mogła robić na nas ogromne wrażenie zarówno pod kątem graficznym, jak i gameplay'owym, gdy odpalisz tę grę po piętnastu latach, sądzę, że większość osób będzie po prostu zawiedziona tym jak bardzo przez pryzmat wyidealizowanego sentymentu zapisanego w naszych wspomnieniach do danego tytułu, gra po prostu się zestarzała. Czas robi swoje, mechanika i grafika się starzeją, w filmie bywa podobnie, fajnie wrócić do starego tytułu, ale nie raz jakość, błędy techniczne, wiecznie trzęsące się ujęcia pozostawiają wiele do życzenia.

























fot. zdjęcie nadesłane / Filmweb

Książka Twojego dzieciństwa to...

Ciężko mi teraz sobie przypomnieć konkretną książkę mojego dzieciństwa, ale na pewno gdzieś tam z tyłu głowy siedzi mi „Kubuś Puchatek”, ale też  „Akademia Pana Kleksa” trochę ze względu na jej ekranizację z niesamowitą postacią polskiej filmografii, jaką jest Piotr Fronczewski, czy cała seria książek „Mikołajek”, które to akurat kojarzą mi się z pięknymi beztroskimi czasami dzieciństwa, gdy na wyjazdach wakacyjnych, gdy już leżeliśmy, z kuzynem w łóżkach, oczekując kolejnego ekscytującego dnia wakacji przychodziła do nas ciocia i czytała nam opowieści „Mikołajka”, wspaniałe czasy.

No i nie mogę zapomnieć o ilustrowanych zestawach książek Braci Grimm, to była chyba jeden z pierwszych „zbiorów” ilustrowanych książeczek, jakie dostałem od mamy i już pierwszego dnia pochłonąłem wszystkie 12 sztuk...! Później przyszedł czas na komiksy, magazyny i książki z serii „Kaczor Donald i Sknerus McKwacz". Oj, te potrafiłem czytać w kółko, jedną i tą samą 200-stu stronicową przygodę Sknerusa i jego bliskich pochłaniałem raz za razem. 

Nie pytam bez powodu, ponieważ bierzesz udział w #instanocce, wraz z innymi artystami czytałeś dzieciakom bajki na dobranoc. Co przeczytałeś na pierwszym spotkaniu?

Przeczytałem krótkie książki z serii „Poczytaj mi mamo”, które szczerze mówiąc, pierwszy raz w życiu widziałem na oczy. Trafiłem na nie całkiem przypadkiem, w domu, w starej szafce, do której nie zaglądałem od ładnych kilku, może nawet kilkunastu lat. Same książeczki są, już można powiedzieć epokowe, bo z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych,  więc trzeba się z nimi obchodzić jak z przysłowiowym „jajkiem”.


















fot. zdjęcie nadesłane


Uważasz, że takie inicjatywy już od najmłodszych lat działają na dziecięcą wyobraźnię i uświadamiają, jak ważne jest czytanie?

Tak, to bardzo fajna inicjatywa, do której zostałem niedawno zaproszony przez Joannę Pawłowską - Hencel z Healthy Group, dzięki której miałem przyjemność poczytać bajki dzieciaczkom m.in. u boku Piotra Stramowskiego, czy też ostatnio u Miśka Koterskiego.

Sądzę, że tego typu inicjatywy są bardzo ważne i niosą za sobą sporą wartość. Wydaje mi się, że w pewien sposób zachęcają ludzi do czytania, zarówno rodziców do czytania dzieciom, jak i również dzieci do czytania sobie samym. Literatura jest wspaniała, pomaga poznawać nowe słownictwo, a przede wszystkim pobudza wyobraźnię, którą moim zdaniem powinno się pielęgnować całe życie.

Powiem więcej, jeśli kiedyś będę miał to szczęście, że uda mi się założyć własną rodzinę chciałbym, aby tego typu inicjatywa zagościły w moim domu na dobre, gdzie zarówno rodzice będą czytać dzieciom, jak i później dzieci będą próbować swoich sił, czytając rodzicom. 

Czy social media są ważnym elementem Twojego życia zawodowego i prywatnego? Dlaczego?

Tak, w pewnym momencie social media stały się na swój sposób ważnym elementem mojego życia zawodowego, jak i prywatnego. Jedną z głównych cech tego typu „platform” są między innymi komunikatory takie jak IG direct czy messenger w fb, których teraz używa się bardzo często. Druga strona medalu to sprawy zawodowe i Instagram, który jest dla mnie swojego rodzaju dokumentacją pracy, jest to jedno „publiczne” miejsce, gdzie mogę udostępniać i gromadzić materiały z życia zawodowego pod moim pełnym nadzorem treści, jakie tam trafiają. Dodatkowo social media, w moim przypadku głównie Instagram pomagają budować swojego rodzaju społeczności, które bardzo często okazują się przydatne do promowania różnego rodzaju inicjatyw społecznych czy szczytnych akcji charytatywnych, które mogą teraz docierać jeszcze dalej i odbijać się świecie jeszcze większym echem co zwiększa ich skuteczność, dzięki czemu pomoc dociera szybciej tam, gdzie jest to akurat w danym momencie potrzebne. 


























fot. zdjęcie nadesłane


Internet ma swoje plusy, ale również swoje ciemne strony. Jedną z nich na pewno jest hejt. Spotykasz się z hejtem? Jak na niego reagujesz?

Temat hejtu w internecie to bardzo trudny temat do poruszenia, temat dużych sporów między tym, co dobre dla społeczeństwa a tym, co ograniczające wolność słowa...

Przyznam, że w internecie z hejtem nie mam styczności prawie wcale, raczej trafiam na życzliwe społeczności. Sądzę, że nawet częściej mogłem spotkać się z hejtem realu, niż w sieci.

Hejt jest chyba jakimś pokrewieństwem krytyki, a krytyka moim zdaniem jest istotna w naszym życiu i świecie. Oczywiście nie taka forma krytyka u podłoża zawiści czy zazdrości jak to często bywa, mówię tutaj o konstruktywnej krytyce, taką, którą człowiek powinien chcieć usłyszeć, aby móc wciąż nad sobą pracować, aby miał chęć bycia lepszym, aby miał chęć i motywację, aby zawieszać poprzeczkę coraz wyżej, nie tracąc przy tym pokory.

Hejtowanie mające na celu sprawienie komuś przykrości jest po prostu złe.

Nie da się go całkowicie wyeliminować, wydaje mi się, że nie należy celować aż tak wysoko, ale warto jest uświadamiać ludzi, o złych skutkach ich działań, związanych z krytykowaniem innych, tego, jak „hejt” na nich wpływa, jak jest postrzegany i jak odbija się on na ludzkiej psychice, a często nawet i zdrowiu fizycznym. 

Mówi się, że takie zwolnienie tempa jest czasami potrzebne każdemu z nas. Uważasz, że obecna sytuacja może zmienić społeczeństwo na lepsze i spowodować, że ludzie będą patrzeć na życie z większym dystansem i bardziej przychylnie? 

Sądzę, że taka sytuacja mogłaby mieć pozytywny wpływ na społeczeństwo, pytanie na jak długo. A z doświadczenia i historii wiemy, że Polacy potrafią się jednoczyć, gdy jest wszystkim źle, ale gdy sytuacja się poprawi, szybko o tym zapominają i nagle przestaje się zwracać większą uwagę na drugiego człowieka i problemy, jakie nas otaczają. Cały czas gdzieś tam głęboko w sercu mam jednak nadzieję, że się mylę. 

Od ogółu, do szczegółu. (Śmiech.) Wiele jest zawodów na „A”. Co spowodowało, że wybrałeś akurat aktorstwo? Nigdy nie rozważałeś innych opcji?

Ciężko będzie mi udzielić jakiejś konkretnej odpowiedzi na ten temat, od dziecka wiedziałem, że chcę robić „rzeczy”, a zwykle wykonując konkretny zawód, wykonuje się monotonnie jakieś czynności zlecone nam odgórnie.

Prace artystyczne dają dużą swobodę, jeśli wiemy gdzie jej szukać, dając przy tym coraz to więcej nowych doświadczeń i pojawia się też masa wyzwań. Nie wiem, czy jest drugi taki zawód na świecie, który może dać tyle radości z pracy, ucząc przy tym dyscypliny, hartując człowieka i w finalnym efekcie dając mu odczuć naprawdę niesamowitą ilość satysfakcji z pracy, jaką się wykonuje.

Często myśląc o swojej pracy mam w głowie jedną myśl:

„My jako ludzie odejdziemy, ale sztuka pozostaje na wieki” - to pewien sposób przekazywania i pozostawiania czegoś po sobie na tym świecie kolejnym pokoleniom... Nasuwa mi się tu powiedzenie, że pozostawiamy po sobie „Pomnik trwalszy niż ze spiżu...”. 

Czy już od najmłodszych lat przejawiałeś zainteresowanie tym zawodem? Lubiłeś wcielać się w różne postaci? 

Jako dziecko raczej unikałem publicznych wystąpień, za każdym razem wychodząc przed publiczność podczas święta szkoły czy też podczas innych uroczystości takich jak dzień babci, dzień matki, ojca czy dziadka, gdy otrzymywaliśmy wiersze do czytania, czy robiliśmy jakieś przedstawienia, zwykle towarzyszyła mi ogromna trema, wewnętrzny niepokój, psychiczny dyskomfort i myśl o kilkuset parach oczu, które będą skupiać całą swoją uwagę konkretnie na mnie jednym...
















fot. zdjęcie nadesłane


Można Cię oglądać m.in. w „Na Wspólnej”, gdzie na przestrzeni odcinków zagrałeś...aż cztery role. (Śmiech.) Czy wcielanie się w różnych bohaterów w jednej produkcji jest trudne? Próbujesz jakoś ich odróżnić charakterologicznie, zrobić coś, by naznaczyć ich obecność w tym serialu?

Tak, serial „Na Wspólnej” jest dla mnie pod tym kątem fenomenem, który niecały rok później powtórzył się w serialu „M jak miłość” gdzie również w ciągu kilku miesięcy zagrałem chyba trzy czy nawet cztery całkowicie różniące się od siebie postacie epizodyczne. Było to możliwe głównie dzięki metamorfozom, jakim się często poddaje, zaczynając od ingerencji w fryzurę i zarost aż do ważniejszych zmian takich jak większe przybranie na wadze czy jej szybsza utrata. Sądzę, że w innym przypadku tego typu sytuacje nie przeszłyby po prostu przez sztab ludzi, których praca jest wyczulona na to, żeby nie dopuszczać do sytuacji gdzie jeden aktor lub aktorka zbyt często nie pojawiali się w jednym serialu na przestrzeni kilku odcinków w skrajnie różnych rolach, gdyż serial traci wtedy na wiarygodności, a tego raczej nikt nie chce.

„Na Wspólnej” zaskarbiło sobie sympatię widzów już na samym początku, a trwa to nadal. W czym tkwi jego fenomen?

Przyznam, że nie wiem, skąd wziął się fenomen serialu „Na Wspólnej”. Zupełnie nie jestem na bieżąco z polskimi serialami, nawet z tymi zagranicznymi nie jest mi za bardzo po drodze. Nie wiem, czy w ogóle lubię spędzać czas przed telewizorem, sądzę, że jest masa innych, ciekawszych zajęć i form spędzania czasu. Oglądanie seriali absorbuje bardzo dużo czasu, nie wiem, czy chciałbym go trwonić na taką rozrywkę, biorąc pod uwagę, że życie mamy tylko jedno, a żadna z godzin, która już upłynęła, nigdy się nie powtórzy. 

Czy zanim trafiłeś do jednego, czy drugiego serialu, zdarzało Ci się go oglądać? Miałeś swoich ulubionych bohaterów, ulubione wątki?

Jedyne seriale, jakie pamiętam to te, które zdarzało mi się kiedyś oglądać jeszcze jako nieświadome życia dziecko, gdy na zewnątrz np. padało lub było zimno, komputer się znudził, a do gier planszowych nie było chętnego. A były to „Miodowe lata” „Niania” oraz „I kto tu rządzi?” Dotąd uważam, że były całkiem udane. 

Jeśli chodzi o pracę na planach filmowych, Twoje drogi zeszły się z wieloma cenionymi reżyserami, m.in. z Konradem Piwowarskim, (na planie „W rytmie serca”), Wojciechem Smarzowskim, Jerzym Skolimowskim, czy z Tomaszem Koneckim. Jak wspominasz pracę z nimi?

Praca z tymi zasłużonymi już w swoim fachu reżyserami była dla mnie bardzo cenna zarówno pod kątem doświadczenia, jak i swojego rodzaju „lekcji”, wejścia na wyższy poziom, zobaczenia jak wymagającą pracą staje się aktorstwo u boku tak znakomitych i zasłużonych dla Polskiego kina nazwisk. Film, serial czy sztuka teatralna to praca zespołowa, im bardziej ambitny jest zespół, im więcej ma znanych nazwisk, tym więcej się od nich wymaga, a te wymagania przechodzą później na resztę ekipy, każdy chce zadowolić widza, dać mu coś, czego oczekuje, dać mu nowe doznanie, wynieść je na jeszcze wyższy poziom niż dotychczas. To trudne, to wymagające, taka właśnie jest sztuka.

Od zawsze chcę być dobry w tym, co robię, więc dążę do tego, aby pracować z najlepszymi, z lepszymi od siebie samego, dużo lepszymi, bo tylko od osób przewyższających moje obecne zdolności mogę się nauczyć czegoś więcej, niż już potrafię. W tym zawodzie i pewnie nie tylko w tym trzeba po prostu mierzyć wysoko, bardzo wysoko. Za każdym razem, gdy osiągnie się sukces, gdy osiągnie się swój wymarzony cel, trzeba przesunąć poprzeczkę wyżej, wyznaczyć nowe cele i dalej do nich sukcesywnie dążyć. 

Z którym z reżyserów, z którymi jeszcze nie miałeś przyjemności, chciałbyś popracować?

Warto tu wymienić nazwisko Patryka Vegi, nie za twórczość, jaką kreuje, ale za szlaki, które przeciera i kierunki, które wyznacza, za to, jak spopularyzował pewien gatunek filmu w polskim kinie, za tematy, jakie poruszył na skalę całego kraju i do jak wielkiego grona te treści dotarły. Moim zdaniem to niewątpliwie jego sukces. Sądzę, że Patryk Vega jest naprawdę genialnym PR'owcem i jednym z niewielu reżyserów, którego można nazwać mistrzem marketingu, praca u boku takiego człowieka może dać cenną lekcję i masę doświadczenia, które jest niezwykle cenne zwłaszcza dla tak naprawdę początkujących aktorów takich, jak ja.

Następnie będą już raczej klasyki polskiego kina i popkultury, nazwiska, które nigdy się nie zestarzeją takie jak Olaf Lubaszenko, Władysław Pasikowski, Małgorzata Szumowska, Jerzy Hoffman czy bardzo zdolny reżyser nowego pokolenia Jan Komasa.

Masz za sobą wiele wymagających ról, wcieliłeś się m.in. w postać Piotra Nagiela, muzyka, zmagającego się z problemami alkoholowymi. Jak przygotowywałeś się do tej roli? Zgłębiałeś życiorys Nagiela, próbowałeś zrozumieć jego nałóg i zachowania, które były nim spowodowane?

Nigdy nie miałem problemu z używkami, nie popadłem w żaden nałóg, nie ciągnie mnie do alkoholu, jeśli już po niego sięgam to raczej sporadycznie, głównie przy jakichś specjalnych okolicznościach typu czyjeś urodziny gdzie napiję się lampki czy dwóch wina lub impreza sylwestrowa gdzie analogicznie znów będzie to jeden, czy dwa, ale kieliszki szampana, raczej nic więcej.

Największym wyzwaniem w odegraniu postaci Piotra Nagiela była próba postawienie się w jego sytuacji, w której jak wiadomo, zmagał się z problemami alkoholowymi, z którymi nigdy osobiście nie miałem styczności.

Czytałem trochę zarówno o samym muzyku, jego życiu, jak i o danej chorobie, zmartwiło mnie to, czego się doszukałem, zmartwiło mnie, że alkohol może nieść za sobą takie spustoszenie dla organizmu, a pomimo tego jest legalnie sprzedawany wszystkim w nieograniczonej ilości i zezwala się na jego promocje w telewizji czy kinach w postaci bloków reklamowych zachęcających do jego zakupu, to jest po prostu złe, biorąc pod uwagę, ile mniej szkodliwych rzeczy czy substancji jest w Polsce wycofanych ze sprzedaży, czyli w uproszczeniu zdelegalizowana.

Ze względu na to, że tak jak wspomniałem wcześniej, w moim życiu alkohol raczej rzadko występuje, postanowiłem sobie wtedy przypomnieć, jak to w ogóle jest być mocno wstawionym, wręcz pijanym. Pamiętam, że sięgnąłem wtedy po dwie butelki wina i starałem się robić wszystkie codzienne czynności w zaciszu domowym pod wpływem alkoholu, aby zobaczyć jakie to uczucie, jak bardzo utrudnia to zarówno życie, jak i normalne funkcjonowanie, a następnie próbowałem to eskalować w swojej głowie do piętnastu dni przebywania w takim stanie. Doszedłem po tym do wniosku, że nie umiałbym tak żyć, to ciężkie, szkodliwe, męczące i niezwykle niszczące. 
Szczerze współczuję Piotrowi zmagań z tego typu problemem, ale również bardzo go podziwiam i szanuję za to, że postanowił z tym walczyć i co najważniejsze  — WYGRAŁ. Teraz wraz z Ośrodkiem Terapii Uzależnień „Od-Nowa” pomaga również innym, uświadamiając ich, że warto z tym walczyć, reagując odpowiednio wcześnie, tak naprawdę jesteśmy na wygranej pozycji. Wspólnie tłumaczą, jak wiele korzyści przynosi walka z nałogiem dla człowieka i jego zdrowia zarówno psychicznego, jak i fizycznego.


















fot. zdjęcie nadesłane



Co w roli Nagiela było dla Ciebie największym wyzwaniem? Czy role z tego rodzaju „złamaniem” / rysą na życiorysie są większym wyzwaniem aktorskim?

Poza postacią Piotra Nagiela było kilka bardziej wymagających ról, do jakich mnie zaangażowano. Były to role głównie w etiudach szkolnych, gdzie zdarzyło mi się wcielić w mężczyznę, który był obiektem zainteresowania pewnego duchownego, co z kolei przerodziło się w ich głębszą relację. Najbardziej wymagające były dla mnie role, przy których zarówno fizycznie, jak i pod kątem stylu życia byłem całkowicie inną osobą, najczęściej skrajnie inną, niż postać, w którą miałem się wcielić. To właśnie jest ta trudność, gdy wejście w skórę takiego bohatera i stworzenie go jest dla mnie swojego rodzaju wyzwaniem, które uwielbiam podejmować.

Którą ze swoich dotychczasowych ról uważasz za największe wyzwanie?

Trener Grzegorz z „Na Wspólnej” był jedną z takich postaci. Trener, osoba z fit sylwetką, ale jednocześnie posiadająca pewną muskulaturę, trochę kobieciarz i zawadiaka, co jest niespójne z moim życiem prywatnym. Stworzenie tej postaci poza samym przygotowaniem tekstu wymagało ode mnie również zgubienia brzuszka, który zapuściłem do jednej z innych moich ról, czyli pewnego informatyka oraz zredukowania masy ciała z 92 kg do 78 kg w niecały miesiąc. Nie robiłem tego dlatego, że ktoś mi kazał tak zrobić, wręcz nikt tego nie wymagał przez wzgląd na małą ilość czasu zwykle potrzebną na przygotowanie postaci. Chciałem to zrobić dla siebie i dla mojego bohatera, żeby był wiarygodny, żeby widz w niego uwierzył.



















fot. zdjęcie nadesłane

Opowiedz o najbliższych planach. 

Mam wiele planów na przyszłość. Na pewno nie potrafię ich wymienić w punktach. Mam w głowie pełno pomysłów, mam w sobie masę energii i jeszcze więcej chęci do działania, jedno jest pewne, chcę się wciąż rozwijać, nie osiadać na laurach i dawać z siebie zawsze 100%, a czasem nawet i więcej co mam nadzieję, będzie można wkrótce zobaczyć (może nawet na dużym ekranie) w filmie „Aferzyści-złe psy”, którego szczegóły są obecnie objęte tajemnicą, ale wkrótce powinny pojawiać się jakieś zapowiedzi i „smaczki” związane z tą produkcją.

Po przeczytaniu scenariusza mogę śmiało powiedzieć tylko jedno, produkcja ma ogromny potencjał i sądzę, że naprawdę jest na co czekać.

niedziela, 31 maja 2020

Anna Bangoura: "W zawodzie aktora najbardziej podoba mi się zgłębianie emocji"

Anna Bangoura: "W zawodzie aktora najbardziej podoba mi się zgłębianie emocji"


























fot. Alena Syslová

Anna Bangoura, aktorka, konferansjer, modelka. 11 maja 2020 roku swoją premierę miał teledysk grupy Ampli Fire do piosenki "All I Gave to You" w którym zagrała rolę główną.

"Kobieta o wielu twarzach" - tak opisujesz siebie w jednym zdaniu na swojej stronie internetowej. Pamiętam, że już od najmłodszych lat ciągnęło Cię na scenę, do ludzi. Pamiętasz konkretny moment, w którym uświadomiłaś sobie, że chcesz zostać aktorką?

Ten moment przyszedł w ósmej klasie szkoły podstawowej. Pomyślałam, że fajnie byłoby zostać aktorką, wcielać się w różne postaci.

To trudny, a czasami nawet niepewny zawód. Co w aktorstwie cenisz sobie najbardziej? Wielu aktorów w rozmowie ze mną przyznaje, że najfajniejsza jest ta możliwość "przeżycia wielu żyć", czyli kreowania różnych postaci. Zgadzasz się z tym stwierdzeniem?

Zgadzam się. Najbardziej podoba mi się zgłębianie emocji, które nie muszą być w tym wypadku moje. Mogę je odkrywać, zrozumieć. 


























fot. Mia Köhlerová - kolekcja biżuterii Hany Polívkové

Jak w Twoim przypadku wygląda proces pracy nad rolą? Na czym się wtedy skupiasz? Próbujesz zrozumieć zachowania postaci, którą masz do odegrania? A może starasz się dać bohaterce też coś od siebie, "przemycasz" swoje cechy charakteru?

W pracy nad rolą najbardziej skupiam się na tym, by w postaci nie  było moich cech, ale przede wszystkim cechy nabyte, przyodziane specjalnie dla danej roli. Na scenie chcę pokazać myśli konkretnego człowieka. Zależy mi, by wszystko było w koncepcji bohatera i gry aktorskiej. 

11 maja na YouTube pojawił się teledysk grupy Ampli Fire do piosenki "All I Gave to You", w którym miałaś okazję wystąpić. Jak wyglądały prace na planie? Jak długo trwały?

Prace nad teledyskiem omawiane były bardzo długo, ale brakowało nam impulsu do działania i realizacji. Zaczęliśmy się spotykać przy kawie, a to zaowocowało burzą mózgów i konfrontacją naszych pomysłów. Przyznam, że wszystko było żywe do ostatniego momentu realizacji klipu. Nie było sztywnie ustalonych zasad.


















fot. Anna Sajdok - ujęcia do teledysku zespołu Ampli Fire

Teledysk do piosenki składa się z wielu wymagających scen. Co okazało się dla Ciebie największym wyzwaniem aktorskim, a które z ujęć okazało się najtrudniejsze technicznie?

Najtrudniejsze okazały się sceny przy ognisku. Realizowane były w temperaturze -5 ℃. Było bardzo zimno. Zdarzało mi się uciekać do samochodu, by się choć na chwilę ogrzać. (Śmiech.) Przy ognisku było bardzo przyjemnie. Kolejnym wyzwaniem okazało się namawianie pieska do współpracy. (Śmiech.) 

Największym aktorskim wyzwaniem było pokazanie w oczach emocji dziewczyny, która myśli o miłości, której już nie ma, a mimo to, cały czas jakoś tam ściga ją to uczucie, a nawet prześladuje. 

Przekazanie jakich emocji za pośrednictwem teledysku było dla Ciebie najważniejsze?

Związek, który jest pokazany w teledysku jest już przeszłością, a mimo to w mojej bohaterce cały czas istnieje. 


"All I Gave to You", Ampli Fire 

Czy spotkałaś się już z pierwszymi opiniami na temat teledysku?

Tak, wszystkie opinie były bardzo dobre. Choć na YouTube jedna łapka poszła już w dół, ale równowaga w przyrodzie musi być. (Śmiech.) 

Wracając do pierwszego zdania, które padło podczas naszej dzisiejszej rozmowy, aktorstwo nie jest jedyną rzeczą, której zawodowo poświęcasz swój czas. Kiedy w Twoim życiu pojawił się modeling i konferansjerka?

Wszystko jakoś tak się połączyło. Mieszkam w Ostravě, znam ludzi, którzy poświęcają czas fotografii i modelingowi. Przygoda z konferansjerką rozpoczęła się dla mnie już w konserwatorium. 

Tuż przed pandemią, wraz ze swoją koleżanką,  zdążyłaś poprowadzić swój własny panel dyskusyjny z udziałem publiczności. Wszystko związane było z Dniem Kobiet. Co było dla Ciebie najciekawsze w tym przedsięwzięciu?


















fot. Gabriela Knýblová - event Pecha Kucha Night Ostrava

Całe przedsięwzięcie było dla mnie bardzo ciekawe, ponieważ temat bardzo mnie interesuje. To, co dotyczy kobiet i ich samodzielności jest dla mnie ważne. Największym wyzwaniem było połączyć pytania tak, by zadowolić obie strony, ponieważ gościem panelu byli przedstawiciele obu płci. Oprócz poglądu kobiety na dany temat ważne też było to, co myśli mężczyzna. Okazało się, że świetnie się uzupełniali. Wyszło fajnie. Bardzo się cieszę. 

Jednym z tematów panelu dyskusyjnego była przemoc wobec kobiet. Zgadzasz się, że w tym momencie, kiedy świat się zatrymał, wszyscy większość czasu spędzamy w domach, to temat przemocy stał się jeszcze bardziej aktualny?

Tak. Czytałam wiele na ten temat. W ostatnich tygodniach zanotowano ogromny wzrost przemocy wobec kobiet. Trzeba pomóc tym kobietom.

Przemoc to trudny temat. Wiele osób nie przyznaje się, że jej doświadcza... 

Rozmawialiśmy o tym podczas panelu. Prawda jest taka, że póki problem omawiany jest tylko w teorii, to wszyscy są chętni do pomocy. Kiedy jednak zaczyna nas dotykać realnie, pomoc milknie.
Przemocy doświadczamy najczęściej od osób bliskich. 

Czy pogodzenie tylu aktywności zawodowych na dłuższą metę nie bywa trudne?

Moje aktywności się wzajemnie uzupełniają, są ze sobą ściśle powiązane. Trzeba jednak umieć określić sobie priorytety. 

Co jest dla Ciebie priorytetem zawodowym w tym momencie?

Aktorstwo i konferansjerka, ponieważ przy moim wzroście modeling nie jest najlepszym pomysłem. (Śmiech.) 

Gdybyś musiała podjąć taką decyzję, to z czego najprościej byłoby Ci zrezygnować?

Z modelingu. 

Najbliższe plany. 

Na lipiec zaplanowane jest rozpoczęcie prób do nowego spektaklu z moim udziałem. Nad rolą będę pracować w Brně. 

poniedziałek, 4 maja 2020

Aleksandra Anioł - Tołubińska: "Nigdy nie jest za późno na naukę języka"

Aleksandra Anioł - Tołubińska: "Nigdy nie jest za późno na naukę języka"


















fot. Michał Sarnowski - fotografia

Z Aleksandrą Anioł - Tołubińską, właścielką przestrzeni do nauki języka angielskiego Language Lovin', lektorką, trenerką oraz coachem języka rozmawiam o wykorzystaniu coachingu w edukacji, sposobach na naukę angielskiego w domu oraz tym, czy języka można się nauczyć w każdym wieku.

Pod nazwą Language Lovin' kryje się zamiłowanie do nauczania języka angielskiego i rozwoju osobistego oraz do coachingu w edukacji. Co w Twoim życiu pojawiło się jako pierwsze, język angielski, czy coaching?

Zdecydowanie język angielski. Z wykształcenia oraz z zamiłowania jestem anglistką, zawsze pasjonowały mnie języki i z łatwością nabywałam umiejętności lingwistyczne. Coaching to tylko (a może aż?) element motywujący na mojej lekcji. Z wykształcenia nie jestem coachem, posiadam jednak dyplomy ukończenia kursów, które uczą jak wykorzystywać techniki coachingu w edukacji. I te szkolenia zmieniły moje życie zawodowe i podejście do nauczania angielskiego.

"Coaching w edukacji" - jak go wykorzystać?

Coaching ma na celu wspierać ucznia w dążeniu do wyznaczonego celu odpowiednią drogą. Na początku zawsze analizuję potrzeby mojego klienta, który zawsze ma cel, który go motywował do spotkania ze mną i rozpoczęcia nauki. Najważniejsze, aby klient wiedział, jak możemy osiągnąć cel, jakie metody i materiały będą skuteczne w jego przypadku. Oczywiście, wiele rzeczy, mówiąc potocznie, wychodzi w praniu, a więc styl i metody pracy dopasowuję indywidulanie do potrzeb klienta, kiedy go lepiej poznam. Najważniejszym aspektem jest weryfikacja założonego celu, może to być raz na pół roku lub pod koniec kursu. Ważne jest to, aby klient wiedział w jakim punkcie jest i co przed nim oraz aby poznał swoje mocne i słabe strony. Moim zadaniem jest maksymalnie wykorzystanie tych mocnych stron oraz zapewnienie maksymalnego komfortu pracy na zajęciach. W tym właśnie pomagają metody coachingu w edukacji. Jestem wymagającą lektorką, ale bardzo sobie cenię ciepłą i przyjazną atmosferę na moich lekcjach.


















fot. Michał Sarnowski - fotografia

Przyznajesz, że motywacja jest Twoją  najmocniejszą stroną, argumentem przetargowym. Jak motywujesz swoich uczniów do nauki?

Jak wspomniałam wcześniej, jednym z kluczowych elementów jest analiza potrzeb klienta, która pozwala nam dobrać odpowiednie metody oraz styl pracy. Trafiony podręcznik i materiały oraz trafione podejście do klienta są kluczem do sukcesu. Na swoich lekcjach często chwalę uczniów, mówiąc i pokazując jakie robią postępy, oni tego potrzebują jak każdy pracownik, mąż czy przyjaciel – pochwały, doceniania wysiłku oraz wkładu w zajęcia. Ponadto, jestem dość wymagającą osobą, każdy kto chce uczyć się języka na pewno się ze mną nauczy. Również, mówiąc bardzo otwarcie, nie oszukuję swoich klientów, iż po trzech miesiącach będą mówić biegle po angielsku. Nie ma cudów. (Śmiech). Zawsze mówię, że wszystko zależy od ich czasu poświęconego w domu oraz zaangażowania w dodatkowe zadania, czy prace domowe. Dopiero wtedy mogę określić w jakiej perspektywie czasu dana osoba będzie mogła się swobodnie porozumiewać w danej sytuacji – nie wszystko na raz. Świadomość procesu i potrzeba zaangażowania, również są motywujące dla moich klientów. Co więcej, jestem bardzo komunikatywną i zabawną osobą i sądzę, że to kolejny element dzięki któremu mam wieloletnich klientów. Wiem, że trochę nieskromnie, ale taka prawda. (Śmiech.)

Czy pasję do nauki języków można odkryć u siebie w każdym wieku?

Bazując na współpracy z moimi klientami sądzę, że tak. Uczę dorosłych w różnym wieku, tych najmłodszych oraz tych starszych – seniorów. Myślę, że klienci często odkrywają swoją pasję, jeśli relacja uczeń – nauczyciel jest również pasjonującą. Mam na myśli tu tak zwaną chemię, polubienie się i chęć spotykania się na zajęciach. Wierzę, że to pomaga odkryć chęć do nauki języka obcego, która przeradza się często w pasję.


























fot. Michał Sarnowski - fotografia

Wiele osób w pewnym momencie zaczyna bić się z myślami, rezygnuje z nauki i mówi, że teraz już "za późno". Czy faktycznie tak jest? Jak walczyć z tym strachem i pewnego rodzaju kompleksami?

Znam ten temat bardzo dobrze. Na mojej stronie znajdziesz ciekawą historię jednej mojej klientki –  w zakładce ZESPÓŁ. Mówi ona o kobiecie, dla której słaba znajomość języka była olbrzymim kompleksem. Była bardzo nieśmiała, nie wierzyła absolutnie w swoje umiejętności. Okazuję się, że po kilku latach współpracy ze mną, chętnie odbiera telefony zza granicy oraz pisze maile po angielsku. Zajęcia dla niej to prawdopodobnie zdrowy nawyk, hobby i dalsza chęć poszerzania swojej wiedzy. NIGDY nie jest za późno na naukę języka, trzeba tylko chcieć  Trzeba również trafić na „swojego nauczyciela”, który Cię zmotywuje i doda Ci skrzydeł.

Co najbardziej zachwyca Cię w języku angielskim?

To trudne pytanie. Pasjonuje mnie angielski, ale również inne języki. Myślę, że jeśli mam odpowiedzieć na to pytanie to zachwyca mnie nieustanna możliwość uczenia się znanych mi słówek w nowym kontekście. 


















fot. Michał Sarnowski - fotografia

Jakie  miejsca w Anglii każdy zobaczyć powinien? Jakie jest Twoje ulubione miejsce, a które najbardziej Cię zawiodło? Było coś takiego?

Oczywiście „must see” to Londyn. Bardzo klimatyczna metropolia, w której znajdziemy miejsca i budynki historyczne, które przeplatają się z nowoczesną kulturą. Osobiście, urzekł mnie Globe Theatre, w którym przedstawiano sztuki Szekspira, który dał początek dzisiejszemu teatrowi. Może dlatego, że swoje prace na studiach pisałam o historii teatru angielskiego i ten temat jest bliski memu sercu. Rzecz jasna, wszystkie charakterystyczne punkty, które widziałam wcześniej tylko w gazetach i telewizji, zrobiły na mnie ogromne wrażenie.


















fot. Michał Sarnowski - fotografia

W zakresie języka ogólnego i biznesowego pracujesz z dorosłymi, ale praca z dziećmi też nie jest Ci obca. Jak wspominasz pracę nad językiem angielskim z najmłodszymi? Prawdą jest, że dzieci są najbardziej wymagającą grupą odbiorców?

To kolejne trudne pytanie.  Myślę, że każdy anglista w pewnym momencie swojej kariery odkrywa w sobie powołanie, która grupa wiekowa jest dla niego grupą docelową – która sprawia mu największą radość z pracy. Dla mnie praca z dorosłymi to jest to, a więc odpowiadając na pytanie powiem, że tak – grupa najmłodszych uczniów to jest spore wyzwanie. Aczkolwiek, mam koleżanki, ze studiów które mnie pytają jak mogę pracować z dorosłymi  Także mamy chyba pełen obraz sytuacji.

Podobno dzieciaki ze wszystkich języków obcych najchętniej uczą się właśnie angielskiego. To prawda? Co wynika z Twoich  obserwacji?

Ze względu na to, że od kilku lat nie nauczam najmłodszych to moja odpowiedź będzie właśnie na podstawie moich spostrzeżeń. Z takiej codziennej obserwacji, uważam, że język angielski jest w sam w sobie najbardziej popularny i dostępny na runku polskim. Według mnie, dziś język angielski to odpowiednik języka polskiego w szkole. Aczkolwiek, dzieci teraz chętnie uczą się innych języków, świat stoi przed nimi otwarty i są na tyle mądrzy, że wiedzą, że dzięki językom mogą swobodnie podróżować i znaleźć lepszą pracę. To naprawdę było dla mnie duże odkrycie, kiedy pracowałam przez rok w szkole podstawowej. Robi to wrażenie, jak dzieci dziś myślą, prawda?

Jesteś miłośniczką kreatywnego nauczania. Proszę, rozwiń tę myśl.
To bardzo ważny element pracy w mojej przestrzeni w Language Lovin’. Wielu osobom może się wydawać, że kreatywnie oznacza lekcję za pomocą narzędzi i programów internetowych. Też, ale nie tylko, dla mnie najważniejsze jest wykorzystanie 100% czasu lekcji oraz 100% potencjału ucznia. Pracuję zatem metodą powtórki, metodą podręcznika oraz kart pracy. Nasuwa się pytanie – a gdzie tu kreatywność?  Wplatam w kreatywny sposób, jak również spójny i logiczny, w zajęcia lekcje video, karty konwersacyjne, gry planszowe, gazety i wiele innych ciekawych oraz angażujących materiałów. Jednakże, dla mnie kreatywna lekcja to nie lekcja przeładowana bodźcami – dla mnie to jest dobrze zorganizowana lekcja, która ma swój mocny początek, rozwinięcie oraz zakończenie. Uczeń musi wiedzieć w jakim jest miejscu, co robimy i dlaczego to robimy. Elementy które wymieniłam wcześniej, to materiały, które mają wzbogacić lekcję, oderwać ucznia trochę od rzeczywistości, zrelaksować czymś interesującym lub zabawnym. Jednakże należy pamiętać o założonym celu i o tym, aby klient miał dużą przestrzeń do powtarzania i mówienia, bo to daje mu największą satysfakcję. 

Ze dnia na dzień świat się zatrzymał. Wszystko oczywiście spowodowane jest obecną sytuacją w Polsce i na świecie. Czy ten czas sprzyja nauce języków? Zainteresowanie nauczaniem online wzrasta?

Na szczęście czas na naukę języków obcych się nie zatrzymał. Aktualnie, ja oraz mój zespół prowadzimy zajęcia w formie online. Zarówno te indywidulane jak i grupowe. Oczywiście, nie oszukujmy się, są zwolennicy takiej formy pracy, ale część klientów wciąż preferuje zajęcia face-to-face. Dla tej ostatnie grupy znaleźliśmy kompromis i oni też kontynuują naukę w formie zdalnej. Od czasu do czasu mamy krótkie mini-konferencje z lektorami i stwierdziliśmy jednogłośnie, że część klientów może nawet pozostać na zajęciach online. Czy zainteresowane wzrasta? Myślę, że jest takie samo jak przed koronawirusem. Mamy nowych klientów, są to głownie osoby, które chcą się szkolić z zakresu konwersacji, co nas bardzo mocno cieszy. 

Wszyscy #zostajemywdomu i możemy ten czas wykorzystać z korzyścią dla siebie. Opowiedz o obecnej ofercie Language Lovin'  dotyczącej   nauczania języka angielskiego online. 

Po krótce, moja oferta, która jest dostępna wraz z cennikiem na mojej stronie, od początku dotyczyła zajęć stacjonarnych, czyli w naszej siedzibie, zajęć z dojazdem do klienta oraz zajęć ONLINE. Zajęcia online oraz zajęcia w naszej siedzibie są traktowane jednakowo, jeśli chodzi o cenę zajęć, choć wbrew pozorom, często zajęcia online wymagają od nas lektorów większej elastyczności i pracy nad materiałami. W Language Lovin’ prowadzimy indywidualne kursy szyte na miarę, kursy w parach oraz kameralnych grupach, kursy mogą być standardowe, biznesowe lub egzaminacyjne. Po więcej szczegółów zapraszam serdecznie na naszą stronę – trochę tego jest -  www.languagelovin.pl
  
Jakie książki w języku angielskim polecasz?

Zainteresowania każdego klienta są inne. Polecam najczęściej literaturę, który dana osoba lubi w języku polskim. W dobie Internetu, nie ma problemu z zamawianiem książek w angielskiej wersji językowej. W małej biblioteczce szkolnej mam tytuły, które kiedyś sama czytałam, angielski powieści klasyczne jak i popularne, ale także krótkie książeczki dla początkujących. Wracamy zatem znowu do punktu wyjścia – indywidulane podejście to podstawa mojej pracy,

Oglądając filmy też można szlifować swoje umiejętności językowe. Jaki jest Twój ulubiony film po angielsku, do którego lubisz wracać? 

Ulubiony film? Jednym z moich ulubionych filmów, choć lista jest długa,  jest Pretty Woman. Jednak chyba zdecydowanie częściej oglądam seriale, aktualnie Netflix, i sądzę, że one są lepszym sposobem na naukę języka, choćby ze względu na czas trwania. Oglądanie filmów i seriali to fantastyczna przygodna, lecz bardzo pracowity czas jeśli jesteś osobą początkującą. Na początek najważniejsze wyłączyć polskiego lektora i włączyć polskie napisy. Słówka, zwroty oraz kolokacje mimo chodem zapadają w naszej pamięci. Z czasem, w zależności od poziomu, warto włączyć angielskie napisy, a później już tylko po angielsku oglądać swoje ulubione produkcje. Jednak trzeba uważać, gdyż jest to proces wymagający czasu, a więc odradzam oglądanie wszystkiego od razu z napisami czy bez, bo możemy się zniechęcić. Wiedzę należy dawkować i tak samo pracę i naukę z filmem.

Jakie są Twoje sposoby na #zostańwdomu?  Jak wykorzystujesz ten trudny czas?

Dla mnie jest to poniekąd normalny czas. Codziennie rano wstaję, szykuję się do pracy i idę do biura na zajęcia online. Moi lektorzy pracują u siebie w domach, więc mam biuro dla siebie. Po pracy dom, rodzina, obowiązki, ale również sport – powróciłam do ćwiczeń domowych na macie i jestem zachwycona, bo robię przynajmniej trzy treningi tygodniowo, co było wcześnie niemożliwe! To taki super plus  Ponadto, cała tygodniowa rzeczywistość się nie zmieniłam, poza faktem, że brakuje w naszym życiu wielu osób, za którymi się już bardzo tęskni.

Oj, masz co robić. (Śmiech.) Ludzie bardzo chętnie korzystają z Twojej wiedzy i usług. Przykładem na to jest choćby aktor, Arek Smoleński, który jakiś czas temu zgłosił się do Ciebie po potrzebne wskazówki. Opowiedz w kilku słowach o tej lekcji. 

Lekcja z Arkadiuszem Smoleńskim to była czysta przyjemność. Znamy się z Arkiemiem wiele lat i spotkanie z Nim nazwałabym bardziej konsultacją językową niż czystą lekcją angielskiego. Część konsultacji opublikowaliśmy na Instagramie i Facebooku. Spotkanie miało przede wszystkim służyć na upłynnieniu wypowiedzi Arka w języku angielskim, a więc trenowaliśmy wymowę pojedynczych słów oraz zdań. Myślę, że wyszło to całkiem przyzwoicie  Zdałam sobie tylko sprawę, że praca aktora to ciężka praca, gdyż kręcąc część konsultacji myliłam się wielokrotnie albo śmiałam do łez, tak więc trochę nam się z tym zeszło, a moje zmęczenie było naprawdę odczuwalne. Także wielki szacunek dla wszystkich aktorów – wasza praca wygląda słodko i łatwo, a tak naprawdę taka nie jest. Przy okazji ciepłe pozdrowienia dla Arka:)


















fot. Michał Sarnowski - fotografia


Mówi się, że każda lekcja uczy nie tylko ucznia, ale także nauczyciela. Zgadzasz się z tym stwierdzeniem? Jak jest w Twoim przypadku?

Piękne stwierdzenie, piękne zdanie. W mojej ocenie to całkowita prawda. W oczach swoich uczniów kreuje wizerunek osoby „wiecznie uczącej się”. Jak nie wiem czegoś, nie udaję, że wiem. Uważam, że języka ojczystego uczymy się przez całe życie, a co dopiero obcego, nieprawdaż? Język angielski, jak każdy inny język obcy, to wielki twór, który zgłębiam każdego dnia. Na moim etapie uczę się dalej słówek oraz zgłębiam wiedzę techniczną.



















fot. Michał Sarnowski - fotografia


Co będzie pierwszą rzeczą, którą zrobisz  po kwarantannie? (Śmiech.) 

Spotkam się z przyjaciółkami ❤.

Najbliższe plany w zakresie rozwoju osobistego i pracy zawodowej. 

Właśnie z racji panującej sytuacji w Polsce oraz na świecie, wiele szkoleń i konferencji zostało odwołanych, przełożonych w czasie lub przełożonych w formie online. Aktualnie szkolę się przez krótkie webinaria online u najlepszych trenerów z zakresu lekcji online. Wiedzy nigdy za wiele. Moim osobistym sukcesem jest fakt, iż udało mi się wygospodarować więcej czasu na naukę języka hiszpańskiego, którego uczę się od wielu lat i sprawia mi to ogromną radość, że mogę mieć teraz  więcej lekcji w miesiącu. Wiele anglistek, które znam, również przeznaczyło ten czas na naukę języka obcego. Co dalej? Trochę czas pokaże, ale planuję wrócić wraz ze swoim zespołem do nauki młodzieży licealnej, co oznacza mnóstwo przygotowań, pracy oraz wyzwań – już nie mogę się doczekać.

Chcesz dowiedzieć się więcej o Aleksandrze i kursach języka angielskiego? Odwiedź poniższe limki.