środa, 30 października 2019

EXCLUSIVE: Marcelina Zawadzka: "Energię czerpię od ludzi"

Marcelina Zawadzka: "Energię czerpię od ludzi"


























fot. zdjęcie nadesłane

Marcelina Zawadzka przyznaje, że najwięcej siły daje jej wiara w ludzi, której nigdy nie traci. Zaraża pozytywną energią. W rozmowie zdradza, w jakich tematach najpewniej czuje się na wizji, ale także wspomina swoją pracę na planie serialu "Na sygnale".

Już wkrótce spełni się jedno z jej największych marzeń.  Wystartuje w rajdzie Africa Eco Race. 

Sprawia Pani wrażenie osoby niezwykle pozytywnie nastawionej do świata i ludzi, wręcz emanuje pozytywną energią. Co daje Pani w życiu najwięcej siły?

Wiara w ludzi. Nigdy jej nie tracę, zawsze w nich wierzę. Wstając każdego dnia, wybieram drogę, którą pójdę. Zawsze wybieram tę pozytywną. Kiedy widzę ludzi, zawsze jestem uśmiechnięta. Energię czerpię od ludzi. 

Mam wrażenie, że w życiu codziennym pomocne jest cieszenie się z drobiazgów, ale nie każdy taką umiejętność posiada. Co zrobić, by to się zmieniło?

Mam wrażenie, że niektóre rzeczy mamy w genotypie i wynosimy je z domu. Wydaje mi się, że np. łatwość w nawiązywaniu kontaktu z ludźmi odziedziczyłam po mojej Babci. Uśmiechając się do ludzi, można sprawić im przyjemność. Relacje międzyludzkie są ważne.

Wychodzi Pani z założenia, że wszystko zależy tylko od nas, a każdy dzień może być dobrym? Co jest dla Pani gwarancją udanego dnia?

Uważam, że tak. Żyjemy w biegu, nie zastanawiamy się nad wieloma rzeczami. 

Na dzień przed naszym wywiadem bardzo źle się czułam, a musiałam pojechać jeszcze na sesję zdjęciową. Nie skupiałam się na bólu, ale na tym, że zaraz poczuję się lepiej. Wiele zależy od naszego nastawienia. Spotkałam cudownych ludzi. Mimo, że nie zaczęło się najlepiej, stwierdziłam, że był to bardzo dobry czas. 

Gwarancją dobrego dnia jest "Pytanie na śniadanie". (Śmiech.) Na jakie tematy najczęściej lubi Pani rozmawiać z gośćmi?

Poruszamy wiele ważnych, osobistych tematów. 

Spotykamy się 15 października, czyli w Światowy Dzień Dziecka Utraconego. To bardzo trudny temat, a musieliśmy rozmawiać o nim dzisiaj na antenie. Trzeba wtedy wyczuć gościa, na ile on chce poruszać temat. 

Program dał mi dużą odwagę. Nie boję się zadawania pytań. Lubię rozmawiać z ludźmi, którzy przeszli swoje granice i dzięki temu coś osiągnęli. Bez wątpienia taką osobą jest Andrzej Bargiel, czy Jasiek Mela. Dają dobry przykład, że zawsze warto.


























fot. zdjęcie nadesłane

Program śniadaniowy moim zdaniem jest wspaniałą okazją do poznawania nowych ludzi, osób z ciekawymi pasjami, zajmujących się istotnymi rzeczami. Podobnie jak Tomek Wolny, Pani również na swoim profilu na Instagramie dzieli się takimi spotkaniami. Kto zachwycił Panią ostatnio?

Moim gościem w "PNŚ" był ojciec, który na początku był gangsterem. Został porzucony przez ojca, mieszkał z matką. Kiedy zmienił swoje życie, został księdzem. Opowiadał o drodze, którą przeszedł. Bardzo wzruszyła mnie jego historia. 

Każdego dnia poznaję kogoś, kto mnie zachwyca, to jest fantastyczne. Dużo jest takich historii. 

Co prawda pogoda dziś dopisuje, ale interesuje mnie, jakie ma Pani sposoby na dobry nastrój na wizji, kiedy aura nie sprzyja. 


























fot. zdjęcie nadesłane

Na początek zawsze muszę napić się kawy. (Śmiech.) Słucham dobrej muzyki.

Sposób na dobry nastrój drzemie w dobrze zgranym teamie. (Śmiech.) Co jest największą siłą duetu, który w "PNŚ" tworzy Pani z Tomkiem Wolnym?

Polubiliśmy się, jesteśmy do siebie podobni. 

Przekazywanie jakich wartości podczas trwającego na żywo programu jest dla Pani najważniejsze? Mam wrażenie, że szczerość, prawda, autentyczność. 

Lepiej bym tego nie ujęła. (Śmiech.) Nie lubię stwarzać dystansu pomiędzy sobą, a zaproszonym gościem. Ważne jest, by czuł się swobodnie w naszym towarzystwie. 

Pojawił się już w naszej rozmowie temat Pani profilu na Instagramie. Czym najchętniej dzieli się Pani z followersami?

Najwięcej frajdy sprawia mi Instastory, ponieważ za jego pośrednictwem mogę przekazywać swoją energię. Ze zdjęciami jest tak, że nie zawsze nadążam z ich wrzucaniem, ponieważ od czasu spędzonego na grzebaniu w telefonie, zdecydowanie wolę czas spędzony z ludźmi. 

Czego Pani poszukuje w mediach społecznościowych? Jakim jest użytkownikiem?

Lubię oglądać przyrodę i zwierzaki. Jeśli chodzi o to, czego w sieci omijam, są to na pewno portale plotkarskie, ponieważ mają one negatywną energię. 

Czy takie portale jak Instagram, czy Facebook ułatwiają Pani kontakt z sympatykami?

Tak, oczywiście. 

Wierzy Pani w dobrą moc internetu?

Tak, zdecydowanie, internet ma swoje dobre strony. Możemy zrobić coś dobrego, nagłośnić ważną sprawę lub wesprzeć zbiórkę pieniędzy na szczytny cel. 


























fot. zdjęcie nadesłane

W serialu "Na Sygnale" wcielała się Pani w rolę Gabi. Jak trafiła Pani do produkcji?

Pojechałam na casting. Była to bardzo ciekawa i wymagająca rola. Lubiłam Gabi.

Był to Pani debiut aktorski. Co dla osoby, zajmującej się na co dzień modelingiem i dziennikarstwem, okazało się największym wyzwaniem?

Oddzielić emocje, które trzeba było zagrać, od emocji prawdziwych. 

Co najbardziej lubiła Pani w swojej roli, a co okazało się najtrudniejsze?

Najtrudniejsze okazało się to, że musiałam być stanowcza, a przyznam, że czasami mam z tym problem. (Śmiech.) 

Jak radziła sobie Pani z przyswajaniem nazewnictwa medycznego?

Raz lepiej, raz gorzej. (Śmiech.) 

Najtrudniejszy fachowy termin do zapamiętania...

Dekstrometorfan, anaphylaxia...Było ich wiele. (Śmiech.)

Czy rola w serialu "Na sygnale" spowodowała, że otrzymuje Pani nowe aktorskie propozycje?

Pojawiła się pewna propozycja bardzo wymagającej roli. Realizacja w 2020 roku, projekt owiany jest jeszcze ogromną nutką tajemnicy. Zobaczymy, co z tego wyjdzie. Może się uda. 

Najbliższe plany. 

W listopadzie ruszą odcinki live programu "Voice of Poland", wezmę też udział w rajdzie Africa Eco Race, z którego dochód wesprze Caritas. Udział w tym przedsięwzięciu był moim marzeniem. 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

Robert Złotkowski: "We wszystkim najważniejsza jest równowaga"

Robert Złotkowski: "We wszystkim najważniejsza jest równowaga"


























fot. Małgorzata Wielicka

Z Robertem Złotkowskim miałam przyjemność rozmawiać w Warszawie. O sporcie, projekcie Złotkowscy Dla Zdrowia, profilaktyce, zdrowym trybie życia i aktywizacji całych rodzin do aktywnego spędzania wspólnego czasu. 

Sprawia Pan wrażenie osoby niezwykle pozytywnie nastawionej do świata i ludzi. Co daje Panu w życiu najwięcej siły? Rodzina i sport?

Dokładnie tak, i rodzina i sport. (Śmiech.) Ci, którzy mnie dobrze znają, wiedzą, że jestem z natury radosnym człowiekiem. Dla mnie szklanka zawsze jest do połowy pełna. Ze wszystkich sytuacji życiowych – tych lepszych i tych gorszych – staram się wyciągać wnioski na przyszłość.  W moim życiu różnie się działo, więc z doświadczenia wiem, że cokolwiek by się nie wydarzyło, to nie można się poddawać, trzeba znaleźć w sobie siłę do działania i motywację. Tylko pozytywne nastawienie do świata i ludzi pozwala wyjść z opresji, które czasami się pojawiają na naszej drodze. 

Czy dobry, intensywny trening jest dla Pana gwarancją udanego dnia? 

Oczywiście! Jestem sportowcem, więc staram się w miarę możliwości intensywnie trenować, ale dopiero trening z moimi podopiecznymi, daje mi największą satysfakcję! Dlaczego? Ponieważ mi ufają i chętnie przyjmują moje wskazówki. Cieszę się jak ojciec z ich sukcesów w ringu czy oktagonie, bo przecież dzięki mojej wiedzy poniekąd je osiągają, a to z kolei i mnie - jako trenera - motywuje do działania i daje wewnętrzną satysfakcję. Od wielu osób słyszałem, że jestem stworzony do tego, żeby prowadzić zawodników i sam też czuję, że jako trener odnajduję się w tym najlepiej. Moje doświadczenia jako zawodnika, który z niejednego pieca jadł chleb, zdobył i Mistrzostwo Świata i kilkukrotnie Mistrzostwo Europy i Polski, są tu nie bez znaczenia.

Jest Pan osobą, która w swojej dyscyplinie zdobyła wszystko, a mimo to potrafi się Pan pochylić nad małymi rzeczami, z których nie ma Pan korzyści finansowych, często udziela się Pan charytatywnie, przygarnia bezdomne zwierzęta i potrafi cieszyć się z drobiazgów. Mam wrażenie, że tej umiejętności brakuje nam wszystkim w codzienności. Co zrobić, by to się zmieniło?

Cieszę się z drobiazgów, ponieważ to z nich składa się życie. Dopóki nie zaczniemy doceniać tego, co mamy, to będziemy sfrustrowani i notorycznie z niego niezadowoleni. To nie jest sportowe podejście! Sport to entuzjazm, endorfiny i dobra energia! Jeśli komuś tego brakuje, powinien zacząć go uprawiać, a nie tylko oglądać zmagania sportowców w ringu, czy na boisku. Sport oczyszcza głowę ze złych myśli, polecam! 

W Pana życiu ten sport w różnych postaciach obecny był od najmłodszych lat. Gdzieś tam po drodze było kolarstwo, ale też judo, czy zapasy. Ale kiedy tak naprawdę uświadomił Pan sobie, że to właśnie boks i kickboxing są dyscyplinami, którym chce Pan się w pełni poświęcić?

Tę miłość i swoje predyspozycje odkryłem już w zasadzie za tzw. „szczenięcych lat“ , kiedy graliśmy z kolegami w piłkę. Owszem,lubiłem to, ale - wszyscy koledzy grali klasycznie, a ja zadzierałem nogę do góry i tak właśnie ściągałem ją na ziemię. (Śmiech.) Już wtedy byłem dobrze rozciągnięty, a w kickboxingu jak wiadomo , ważne są te kopnięcia i praca nóg. To był też czas, kiedy do kin wchodził film "Wejście smoka" z Brucem Lee. Poza tym Marek Piotrowski zdobył mistrzostwo świata w kicboxingu, a ja od zawsze miałem duszę wojownika, więc chciałem próbować swoich sił w sportach indywidualnych, a nie grupowych.  Jak niemal każdy dorastający chłopak, chciałem się bić. (Śmiech.) 

Mówi się, że boks i kickboxing to dziedziny, w których co prawda najłatwiej pozbyć się negatywnych emocji, ale także najprościej nabawić się kontuzji. To prawda?

W każdym sporcie, w którym dochodzi do bliskiego kontaktu z przeciwnikiem, pojawia się ryzyko kontuzji, czy to w boksie, czy to w piłce nożnej. Kontuzja nie grozi tylko w szachach (śmiech). Na szczęście dobre techniczne przygotowanie zawodnika minimalizuje to ryzyko. 


























fot. Małgorzata Wielicka

Powspominaliśmy dawne czasy, a obecnie razem z żoną, Kasią Złotkowską („Panią Profesor“ od jogi terapeutycznej) stworzyliście projekt pod nazwą "Złotkowscy Dla Zdrowia". Co było dla Was inspiracją do jego stworzenia?

Inspiracją do powstania projektu "Złotkowscy Dla Zdrowia" byli nasi znajomi, obserwacje i chęć zmotywowania do aktywności fizycznej ludzi w naszym wieku. Nie da się ukryć, że aktywne życie to mnóstwo korzyści dla naszego ciała i psychiki, dlatego mówimy, że projekt „Złotkowscy Dla Zdrowia“ to styl życia i stan umysłu. Nie jesteśmy samozwańczymi trenerami „wszystkich Polaków“ i sztucznymi tworami Instagrama. Jesteśmy sportowcami, którzy mają doświadczenie i merytoryczne przygotowanie, a w związku z tym wiedzą, co służy ciału, a co nie. Nie stoi za tym jakaś premedytacja działania, szumny marketing i kompulsywne budowanie liczby followersów w mediach społecznościowych. Skupieni jesteśmy na realnym życiu, na treningach z ludźmi, campach z jogą i boksem. Na nasze zajęcia przychodzą ludzie w różnym wieku i bardzo nas to cieszy, kiedy odkrywają, że sport jest dla nich przygodą na całe życie. Na naszych treningach pojawiają się całe rodziny i to jest super!

Która grupa wiekowa jest najmniej otwarta na wiedzę, z kim najtrudniej się pracuje?

Nie mogę powiedzieć, że z ludźmi w jakimś wieku pracuje się gorzej. Natomiast z każdą grupą pracuje się inaczej - inaczej z dziećmi, a inaczej z osobami dorosłymi, inaczej z amatorami i i naczej z zawodowcami. W każdym przypadku jest to dla nas wyzwanie i staramy się podchodzić indywidualnie do każdego uczestnika, mieć z nim bezpośredni kontakt, bo każdy ma inne potrzeby i każdego co innego motywuje.

Do kogo właściwie skierowany jest projekt "Złotkowscy Dla Zdrowia"? 

Chociaż najbardziej chcemy aktywizować ludzi w wieku dojrzałym 40+, to widzimy, że nasze treningi cieszą się popularnością we wszystkich kategoriach wiekowych. Przez to, że przychodzą do nas całe rodziny, to wykonujemy podwójną robotę, czyli również w dzieciakach zaszczepiamy ruch i zdrowy tryb życia. Dzieciaki są świetne! Z ogromną radością i zaciekawieniem naśladują swoich rodziców, wszystkie ćwiczenia starają się wykonać bezbłędnie! 

Myśl przewodnia projektu "Złotkowscy Dla Zdrowia" to...

Żyjmy zdrowo. Pielęgnujmy zdrowe nawyki żywieniowe i starajmy się je wprowadzać małymi krokami. Dbajmy o profilaktykę. Badajmy się. Ważne jest, by być sprawnym fizycznie na każdym etapie swojego życia. 

Proszę opowiedzieć w kilku słowach o najważniejszych i najbliższych eventach i aktywnościach planowanych w ramach projektu "Złotkowscy Dla Zdrowia". 

Za nami otwarte treningi na PGE Narodowym, łączące jogę i boks. To połączenie dwóch żywiołów. Staramy się odczarować te dwie dyscypliny, pokazując, że joga nie jest tylko dla kobiet, a boks tylko dla mężczyzn. Atmosfera była niesamowita i już jesteśmy pytani o to, kiedy znowu się spotkamy na takim treningu!

Niedawno jako prelegenci uczestniczyliśmy w Międzynarodowej  Konferencji Naukowej „ Nowa Jakość Edukacji. Nauczyciel - Dziecko – Rodzic“. Po naszym wystąpieniu odzew był niesamowity wśród nauczycieli i dyrektorów szkół, dlatego postanowiliśmy w nowym roku ruszyć z nowym projektem sportowym dedykowanym właśnie szkołom w całej Polsce. 

W przygotowaniu jest też inny ogólnopolski projekt, w ramach którego będziemy mogli dalej realizować swoją misję jako „Złotkowscy Dla Zdrowia“ i z myślą o ludziach w wieku 40+. Tu dostaliśmy wsparcie zacnych partnerów ... ale na tę chwilę nie moge więcej zdradzić.

Poza tym w grudniu razem z naszą jogą i boksem wyruszamy do Tajlandii ...ale to tylko część tego, co się będzie działo w najbliższym czasie. Zapraszam do śledzenia naszych profili w mediach społecznościowych, będzie nam bardzo miło!

Swoją drogą... połączenie treningu boksu z treningiem jogi. Jak ogień i woda. (Śmiech.) Zdawałoby się, że tego nie można ze sobą połączyć i jedno wyklucza drugie...

We wszystkim najważniejsza jest równowaga. A właśnie dzięki temu, że łączymy ze sobą te dwie różne dyscypliny – zajęcia są ciekawsze, nie są monotonne, uczestnicy dostają jogę dla zdrowia i boks dla kondycji, pracują nad koncentracją i elastycznością ciała. Pakiet korzyści dla zdrowia jest o niebo większy!

Wracając jeszcze na chwilę do akcji charytatywnych, w których bierze Pan udział, to niedawno odbyła się 5.edycja akcji „Namaluj niewidzialne“. Jest ona organizowana przez Niewidzialną Wystawę, której przewodnikami są osoby niewidome. Akcja polegała na tym, żeby w absolutnych ciemnościach, nie widząc ani kolorów, ani farb, ani gdzie leży płótno – namalować obraz... Jakie to było dla Pana doświadczenie?

Niewidzialna Wystawa jest niesamowitym miejscem, które „otwiera oczy“. Muszę powiedzieć, że ta ciemność była dla mnie na początku trudna do zniesienia i zanim się z nią oswoiłem, to musiało minąć trochę czasu. Dopiero potem mogłem – bez używania wzroku – otworzyć się na bodźce słuchowe i dotykowe.  Polecam tę wystawę, ponieważ jej zwiedzanie uwrażliwia na osoby niewidome i słabo widzące. Jestem pełen podziwu dla tych, którzy stacili wzrok, ale też po tym traumatycznym doświadczeniu podniosły się, nie załamują się i odnajdują w tej rzeczywistości co więcej – prowadzą aktywne życie, również starają się uprawiać sport. 


























fot. Małgorzata Wielicka


W jakich jeszcze akcjach charytatywnych bierze Pan udział na ten moment?

Bardzo mocno jestem zaprzyjaźniony z akcją charytatywną Bieg po Nowe Życie, chodzi tu o wsparcie polskiej transplantologii. Wziąłem też udział w biegu Czas na Wzrok. Tu z kolei – jeden uczestnik to jedna para okularów dla dziecka, które jest pod opieką „SOS Wioski Dziecięce“. To jest dla mnie bardzo ważne, bo sam jestem ojcem i zarazem motywujące, ponieważ udało mi się pobiec mimo moich kontuzji. 

Razem z moją żoną Kasią pomagamy zwierzakom, prowadząc dom tymczasowy i wspierajac działania Fundacji „Westy do adopcji“, która co prawda ma „westy” w nazwie, ale i obok kundelka nie przejdzie obojętnie. A fakt, że często są to zwierzęta, które wymagają opieki weterynaryjnej, miłości, spokoju, bo już kiedyś zostały skrzywdzone przez człowieka.  Jednym słowem - staramy się pomagać jak tylko możemy. Dobro wraca! 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji 

piątek, 25 października 2019

Sebastian Dziubiel: "Cieszę się tym, co jest teraz"

Sebastian Dziubiel: "Cieszę się tym, co jest teraz"


























fot. zdjęcie nadesłane

Aktor. W serialu "Miłość na zakręcie", emitowanym w TV4  wciela się w rolę Igora, pozornego twardziela. Rozmawiamy o serialu, czynnikach składających się na jego sukces oraz o podróżach. Dlaczego najlepiej czuł się w Tajlandii? Czego bał się przed wyjazdem do Jordanii? Czy w polskich górach odnajduje spokój? 

Wiele jest zawodów na "A". Co spowodowało, że wybrał Pan aktorstwo? To trudny, a czasem nawet bardzo niepewny zawód. 

To niepewny, ale bardzo fajny zawód, ponieważ można wcielać się w wiele ról. Można być politykiem, lekarzem, kim się chce. 

Jakie pomysły na życie pojawiły się u Pana tzw. "po drodze"? 

Pomagałem przy promocji teledysków, pracowałem jako taksówkarz. Po drodze wiele się działo. (Śmiech.) 

Czy jednak od najmłodszych lat przejawiał Pan zainteresowanie tym zawodem, lubił wcielać się w różne postaci?

Tak. Brałem nawet udział  w Jasełkach, grałem pasterza. (Śmiech.) 

Jak wyglądało Pana pierwsze poważne spotkanie z tym zawodem? Kiedy nastąpiło?

Przypadkiem znalazłem się w miejscu, gdzie odbywał się casting. Nie byłem przygotowany, ale dostałem swoją pierwszą poważną rolę. 

Od ogółu do szczegółu. (Śmiech.) 19 sierpnia w TV4 premierę miał serial "Miłość na zakręcie z Pana udziałem. Co opowiedziałby Pan o kulisach powstania tego serialu?

To bardzo fajny serial, do którego castingi odbywały się już od 2018 roku. Wszystko rozciągnęło się w czasie. W lutym nagrywaliśmy odcinek pilotarzowy i czekaliśmy na decyzję, czy serial się przyjmie. 

Wciela się Pan w postać Igora, automechanika. Co opowiedziałby Pan o swojej postaci?

Igor jest trochę chamski, udaje prawdziwego faceta, ale mama krótko go trzyma. Tego jednak nie chce przyznać swoim kolegom, więc kreuje kogoś, kim nie do końca jest. 





















fot. Joanna Koczan 

Czym "Miłość na zakręcie" różni się od innych seriali? Co jest jego największą siłą w Pana odczuciu?

Jest dużo wątków komediowych, są wątki kryminalne, a nawet sensacyjne. Wspaniała obsada - Zbigniew Stryj, Aleksandra Szwed, Viola Arlak i wielu, wielu innych. 

Za nami kilka pierwszych odcinków. Z jakimi opiniami nt. serialu Pan się spotyka?

Widzowie na samym początku byli sceptycznie nastawieni, ale z emisją kolejnych odcinków to się zmienia. Jest dobrze, choć z krytyką także trzeba się liczyć, zwłaszcza przy nowościach. 

Czy odnośnie postaci Igora zdarza się Panu zmagać z hejtem?

Na szczęście nie. Jeszcze nikt nic mi złego nie napisał, więc jest dobrze. 

Skupia się Pan przede wszystkim na omawianym przez nas serialu, czy pojawi się także w innych produkcjach na jesieni?

Pojawiały się nowe propozycje, ale wolałem się poświęcić naszemu serialowi. Na inne projekty przyjdzie czas. 

Bardzo aktywny jest Pan na Instagramie. Czy ta platforma jest dla Pana ułatwieniem kontaktu z sympatykami?

Tak. Ludzie w dzisiejszych czasach żyją internetem, tak jest prościej. 


























fot. Joanna Koczan

O co najczęściej pytają?

O autograf. (Śmiech.) 

Czym najbardziej lubi się Pan dzielić za pośrednictwem "Insta", a czego poszukuje Pan na nim jako użytkownik?

Chcę się dzielić kulisami pracy oraz tym, co ciekawego mnie otacza. 

Pana pasją są górskie wycieczki. Czy w górach można faktycznie odnaleźć spokój? Jakie są Pana ulubione miejsca w górach?

Lubię świat. Kocham podróże. Byłem w Jordanii, Izraelu, Turcji, Tajlandii. Lubię zwiedzać. Jeżeli mam wolną chwilę, wyjeżdżam. Bywam tam, gdzie jest cisza i spokój. 

Która podróż wywarła na Panu największe wrażenie?

Tajlandia. Przemili ludzie. Jordania zaskoczyła mnie równie pozytywnie, choć na samym początku trochę się obawiałem. 

Podróż marzeń...

Nie mam czegoś takiego. Cieszę się tym, co jest teraz. Jutra może nie być. 

Najbliższe plany. 

Jeżeli serial się skończy, poszukam nowej pracy. (Śmiech.)

Co takiego musi mieć w sobie rola, żeby ją Pan przyjął?

Przyjmuję każdą rolę, która jest dla mnie choć w pewnym stopniu interesująca. 

Co zachwyciło Pana w Igorze z "Miłości na zakręcie"?

To bardzo fajna, wymagająca rola. 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji 

czwartek, 24 października 2019

Laura Samojłowicz: "Działam na wielu płaszczyznach"

Laura Samojłowicz: "Działam na wielu płaszczyznach"



























fot. Kamila Markiewicz - Lubańska @fotografkapl


Śpiewa, przygotowuje materiał na debiutancką płytę, gra w serialu "Policjantki i policjanci". Dołączyła też do obsady spektaklu "Czarno to widzę", na którego potrzeby musi opanować poruszanie się na wózku inwalidzkim. 

Premiera spektaklu z udziałem Laury Samojłowicz zaplanowana jest na 23 stycznia 2020 roku. 

To moja druga rozmowa z artystką. 

Po raz pierwszy rozmawiałyśmy w 2018 roku. Jak opisałaby Pani zmiany, które nastąpiły w Pani życiu zawodowym od tego czasu?

Zmiany postępują. Bardzo dużo się dzieje, działam na wielu płaszczyznach. Pracuję na planie serialu "Policjantki i Policjanci", byłam ostatnio w DD TVN i PNŚ. Aktywnie biorę udział w wielu eventach, spotykam się z ludźmi, reżyserami. 

Na dzień przed naszą rozmową wystąpiłam w Kielcach na gali "Życie na obcasach". Zagrałam koncert i opowiedziałam o swojej twórczości. Było świetnie. Na widowni pojawiło się 700 kobiet, ciepłe przyjęcie. Zostałam zarażona sukcesem. Mam nadzieję, że jeszcze wrócę do Kielc w tej samej sprawie. 

Aktorka? Wokalistka? Które z tych określeń najtrafniej opisuje Panią w tym momencie? Mam wrażenie, że obydwa są adekwatne w tej chwili. 

Wokalistka. Śpiewając, próbuję swoich sił. Tworzymy nasz repertuar. Będą to polskie autorskie piosenki. Muzykę tworzę wraz z moim gitarzystą Markiem. Z zawodu jestem aktorką, więc działam też na tym polu. 

Właśnie. Porozmawiajmy o muzyce. W połowie września pojawiła się Pani w "Dzień Dobry TVN", gdzie wykonała utwór "Cień". Utworu przyjemnie się słucha, gratuluję. Powstanie do niego teledysk?


























fot. Kamila Markiewicz - Lubańska @fotografkapl


Teledysk jest w planach. Nie chciałabym za dużo zdradzać na ten temat. Wszystko wyjdzie w praniu. (Śmiech.) Zamysł już jest, będziemy kombinować. 

W jakim klimacie płyta zostanie utrzymana?  

Nie chciałabym w tej kwestii niczego  zdradzać. 

Pojawią się na niej tylko polskie piosenki.

Tak, ponieważ wychodząc z założenia, że jesteśmy w Polsce, stawiamy na taki repertuar. 

Muzyka to jedno, ale przejdźmy o krok dalej. W dziesiątym sezonie serialu "Policjantki i policjanci" dołączyła Pani do obsady. Wciela się Pani w rolę Kariny Wolniewicz. Co najbardziej lubi Pani w swojej bohaterce?

To, że nosi mundur i rozprawia się z przestępcami. (Śmiech.)

Opanowanie, jakich umiejętności okazało się dla Pani konieczne, by mogła wiarygodnie wcielać się w swoją postać?

Musiałam opanować odpowiednie trzymanie broni i umiejętne posługiwanie się kajdankami. To okazało się bardzo ważne. 

Co sprawiło Pani najwięcej trudności?

Na początku były to kajdanki, ale już sobie z nimi poradziłam. Troszeczkę obawiam się jak to wyjdzie ze spektaklem "Czarno to widzę" o którym jeszcze będziemy rozmawiać, a najwięcej przyjemności sprawia mi śpiewanie. 

Zdarzało się Pani oglądać serial, zanim dołączyła do obsady?

Ze dwa razy, kiedy byłam u babci, śledziłam kątem oka losy bohaterów. Uważam, że to bardzo ciekawy serial. 

Trwają prace nad spektaklem "Czarno to widzę", celem sztuki jest zwrócenie uwagi na problemy osób wykluczonych. Proszę opowiedzieć o kulisach powstania tej sztuki.

Spektakl stawiamy od zera, to jest fajne w tej pracy. Cenię, że spektakl powstaje na naszych oczach. Gram dziewczynę na wózku, która uległa wypadkowi, ale stara się zrobić użytek ze swojego kalectwa i wstępuje do Słowiańskich Słowików i tam śpiewa. 

Co było największym wyzwaniem w kreowaniu tej postaci? Czy właśnie to, że Teresa od piętnastu miesięcy porusza się na wózku?

Na razie największą trudność sprawia mi poruszanie się na wózku inwalidzkim, ale uczę się. Nie martwię się o to. 


























fot. Joanna Pawłowska - Hencel 

"Inny nie znaczy gorszy". Takie przesłanie moim zdaniem niesie Wasz spektakl. Zgadza się Pani z tym stwierdzeniem?

Dokładnie. To główny przekaz tego spektalu. Wszyscy jesteśmy równi i tak samo mamy prawo do szczęścia. Dlaczego miałoby być inaczej?

Kiedy premiera?

Premiera naszego spektaklu zaplanowana jest na 23 stycznia 2020 roku. Odbędzie się w Domu Kultury Świt w Warszawie.  22 października ruszyła przedsprzedaż biletów.  

Spektakl powstał z inicjatywy Omenaa Foundation, aby zebrać środki na budowę szkoły dla dzieci ulicy w Ghanie. Producentem wykonawczym jest Teatr MY. Spektakle planowane są w całej Polsce, ale również w Wielkiej Brytanii, Irlandii i Niemczech, ponieważ temat tolerancji aktualny jest na całym świecie. Kalendarz spektakli na rok 2020 jest już praktycznie zamknięty, planujemy rok 2021. 
Zapraszamy. 

Najbliższe plany. 

Śpiewać, zakochać się i być szczęśliwą. (Śmiech.) 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

Zuzanna Lit: "Z teatrem jest tak, że kocham i nienawidzę go jednocześnie"

 Zuzanna Lit: "Z teatrem jest tak, że kocham i nienawidzę go jednocześnie"

























fot. Iga Mackiewicz

Aktorka młodego pokolenia. Mówi o sobie, że to aktorstwo ją wybrało. Uważa, że nad każdą rolą trzeba ciężko pracować, bez znaczenia, czy mowa o teatrze, czy telewizji. W 749 odcinku dołączyła do obsady serialu "Na dobre i na złe", który jak się okazuje, oglądała w dzieciństwie. Ma nadzieję, że postać Kazi w którą się wciela sprawi, że ludzie zmienią swój stosunek do osób niepełnosprawnych. 

Wiele jest zawodów na "A". (Śmiech.) Jak to się stało, że wybrała Pani aktorstwo? To trudny, a czasami nawet bardzo niepewny zawód.
 
A stało się tak, że trochę wybrało mnie. Bardzo długo nie wiedziałam czym chcę się w życiu zajmować. Pojawiały się różne pomysły, głównie odciągające myśli, żeby aktorstwem zająć się zawodowo. Bo podświadomie bardzo silnie czułam, że mam coś światu do dania, do powiedzenia, że chcę się z nim skomunikować, skonfrontować, tylko nie mam narzędzia. Będąc w liceum pewnego październikowego wieczora śmiesznym zbiegiem okoliczności trafiłam na zajęcia aktorskie do Piotra Furmana w Tearze Muzycznym Roma i wszystko się zmieniło. Po raz pierwszy w życiu ktoś mi powiedział, że jestem w czymś dobra, że mam talent. 

Czy już od najmłodszych lat przejawiała Pani zainteresowanie tym zawodem, lubiła się przebierać i wcielać w różne postaci?

 Dzieckiem byłam raczej samotnym. Sama szlajałam się po podwórku, miałam klucze na smyczy i kolana całe w strupach. To szlajanie się zostało mi z resztą do tej pory. Czasami przygruchałam sobie jakieś koleżanki, ale zazwyczaj kończyło się to spięciem i bójkami. U mnie na podwórku (warszawska Praga) walczyło się mocno o dominację. Więc wolałam sama. Z tego rodziły się różne zabawy, fantazje, że jestem ścigana i muszę zostawić tropy dla policji albo, że jestem na polowaniu albo, że jest koniec świata i jedyne bezpieczne miejsce to BAZA. No i te zabawy lubię do dzisiaj. 

Jak to jest u Pani z teatrem? Czy tak, jak dla większości aktorów jest dla Pani miejscem szczególnym?

Z teatrem jest tak, że ja go kocham i nienawidzę jednocześnie. Jest to miejsce święte bez dwóch zdań. Ale też miejsce, które bezustannie każe mi wychodzić, ze strefy komfortu. Miejsce tarć, kumulacji złości i agresji. Teatr wzrusza mnie najmocniej, ale też doprowadza do furii. Ja, żeby grać w teatrze muszę za nim tęsknić. Kocham go bardzo, ale muszę dozować tą miłość bo ona jest toksyczna. 

Miałam teraz rok odpoczynku od desek, rok bardzo filmowy. Pojawiały się w trakcie, różne propozycje, ale jakoś nie mogłam, nie chciałam. Ostatnio przyszła propozycja, której nawet nie wyśniłam. Za dwa sezony będę robić coś pięknego. I tu po raz kolejny los pokazuje mi: odpuść, bądź cierpliwa, nie frustruj się - samo przyjdzie. 

Uważa Pani, że rola teatralna wymaga większego skupienia, większej pracy niż rola, którą aktor ma do zagrania przed kamerą?

Rola to rola. Jak pracujesz to pracuj najlepiej i najsumienniej jak potrafisz. Czy Pani wie, że ja nawet do spotkań z publicznością i wywiadów się przygotowuje? Bo tak mnie nauczono. Babcia mówi: jak coś robić, to porządnie. 

Przejdźmy jednak o krok dalej. Porozmawiajmy o filmie "Monument", który był pokazywany w tym roku w ramach festiwalu filmowego Kino na granicy / Kino na hranici. Co jest według Pani największym sukcesem tego filmu?

Sukcesem tego filmu jest ten film. 
Sukcesem tego filmu, jest to, że został zrobiony z miłością i chęcią zamknięcia ważnego etapu.
Sukcesem tego filmu jest to, że nikt się nie silił na efekt. 
Sukcesem tego filmu jest każdy członek zespołu tworzącego ten film. 
Sukcesem tego filmu jest jego Liderka.

Porozmawiajmy o serialach. W 749 odcinku pojawiła się Pani w "Na dobre i na złe". Jak została Pani przyjęta na planie?
 
A wie Pani, że bardzo dobrze?! Miałam cykora, bo to zespół, który pracuje ze sobą blisko 20 lat, widzieli tam tylu aktorów i potrafią w sekundę zorientować się kto tu sobą co reprezentuje. Ludzko i zawodowo. Mam już ksywę na planie wiec chyba mnie kupili. Z wielką przyjemnością rozpoczynam tą przygodę i bardzo dużo się tam uczę. 

Wciela się Pani w rolę Kazi. Co było dla Pani największym wyzwaniem w tej roli? Czy była to potrzeba przyswajania terminologii medycznej, czy to, że Pani postać porusza się na wózku inwalidzkim?

Przed rozpoczęciem zdjęć, przeszłam szkolenie z poruszania się czy raczej chodzenia na wózku. Bo nie wiem czy Pani wie, ale osoby z niepełnosprawnością nie jeżdżą tylko chodzą na wózku. 

Nie dotyka się wózka bo to integralna cześć ciała osoby poruszającej się na nim. To tak jakbym do Pani podeszła i złapała za kolano, czy pośladek. Niegrzeczne, nie? 

Czy rola Kazi może przyczynić się do innego, bardziej przychylnego patrzenia na osoby z niepełnosprawnością, które mimo wszystko idą swoją drogą i spełniają marzenia?

Mam nadzieję, że ta postać będzie pełniła, chociaż w małym procencie funkcje edukacyjną społecznie. Sama jestem teraz jak kobieta w ciąży, która ciagle widzi brzuchy. Tyle, że ja ciągle widzę wózki. Idąc ulicą w Warszawie czy Krakowie wpadam na to, że na wózku tu bym nie wjechała, a tu musiałabym kombinować, a tu nie ma podjazdu...

Bardzo cieszyłabym się, gdyby widz serialu tez zaczął zadawać sobie takie pytania. I żebyśmy przestali podchodzić do osób z niepełnosprawnością jak do jeża, albo infantylizować i zwracać się jak do dziecka. Takie moje życzenie. 

Czy zanim trafiła Pani do "Na dobre" zdarzyło się Pani oglądać serial?

Powiem więcej, jako kilkulatka bawiłam się z koleżankami w Zosię, Kubę i Bruna. 

Co jest według Pani największym sukcesem serialu o lekarzach z Leśnej Góry?

A to, że wszyscy byśmy chcieli, żeby tak wyglądała polska służba zdrowia.

Czy ogląda Pani seriale medyczne? Może wybiera Pani inny gatunek?

Oglądam wszystkie gatunki filmowe. Jeżeli triller jest dobry, to oglądam triller, jeżeli komedia to komedię, jeżeli horror to horror. W kinie czy serialu szukam przeżyć, bohaterów, w których przeglądam się jak w lustrze, śmiechu z samej siebie. Tyle samo mamy w sobie komedii co dramatu. Pytanie, co aktualnie jest wrażliwsze. 

Najbliższe plany. 
 
Do końca kwietnia romansuje z Krakowem, w Warszawie wystawiam recepty, wkrótce przygotowania teatralne, a co jutro się wydarzy...się zobaczy. 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

Norbert Legieć: "Od najmłodszych lat otoczony byłem muzyką"

Norbert Legieć: "Od najmłodszych lat otoczony byłem muzyką"





















fot. zdjęcie nadesłane

Producent muzyczny, autor tekstów, wokalista. Mimo młodego wieku, w dziedzinie muzyki wiele już osiągnął. Muzyczne doświadczenie Norberta robi wrażenie. Premiera utworu "Learn to let go" już 5 listopada. 

Czy od najmłodszych lat przejawiałeś talent muzyczny? Brałeś udział w występach już w przedszkolu, czy szkole?

Na temat tego, czy mam talent mogą wypowiadać się inni. Od najmłodszych lat otoczony byłem muzyką. Mama z wyższym muzycznym wykształceniem zadbała by muzyka odgrywała ważną role w moim życiu. Mój brat, który jest ode mnie straszy o 15lat inspirował mnie konsolami Dj’skimi oraz muzyką elektroniczną. Odnosząc się do drugiego pytania: pewnie, że brałem udział w szkolnych konkursach. Pierwszy konkurs w którym brałem udział to szkolny konkurs ,,Mam Talent”. Zaśpiewałem podczas niego utwór ,,Counting Stars”- OneRepublic.

Nie brakowało Ci uprawiania sportów, czasu spędzonego z rówieśnikami?

Staram się połączyć muzykę z aktywnością fizyczną oraz ze spędzaniem czasu ze znajomymi. Każdą wolną chwilę spędzam właśnie z nimi m.in. jeżdżąc wyczynowo na snowboardzie czy też grając w kosza.

Producent muzyczny? Autor tekstów? Wokalista? Do czego jest Ci najbliżej w tym momencie?

Tworząc utwór w całości muszę być wszechstronny. Wszystkie te elementy są dla mnie ważne. To życie pokaże w którym kierunku rozwinę się najbardziej i w którą stronę pójdę.

Co pojawiło się w Twoim życiu jako pierwsze? Śpiewanie, pisanie tekstów, czy praca na stanowisku producenta muzycznego?

Najczęściej zajmowałem się mixowanie utwór na Dj’ce. Organizowałem wiele szkolnych, urodzinowych imprez, które w późniejszych latach przemieniło się na kluby. Następnie pojawiło się śpiewanie. Udziały w konkursach, role w musicalach, śpiewanie coverów. Wszystkie te elementy doprowadziły do decyzji o próbie własnej twóczości. 

Z czego byłoby Ci najprościej zrezygnować, gdyby nastała taka konieczność? Na szczęście nie trzeba. (Śmiech.)

Jak mam być szczery, to nie chciałbym rezygnować z niczego. Każdy element związany z muzyką sprawia mi tyle przyjemności, że nie trudno mi zdecydować z czego mógłbym zrezygnować.

W tym roku wydałeś już trzy anglojęzyczne single. Czy tworzenie muzyki w języku angielskim przychodzi Ci łatwiej niż w języku polskim?

Moim zdaniem o wiele łatwiej pisać teksty w języku angielskim. Mam dużo znajomych z zagranicy dzięki czemu mam kontakt z językiem angielskim na co dzień. Probowałem wiele razy pisać w języku polski, ale nie potrafię i szybko się zniechęcam.

Co jest dla Ciebie najważniejsze w procesie twórczym? W jakich warunkach najczęściej zdarza Ci się tworzyć muzykę?

Najważniejsza dla mnie jest oryginalność utworu oraz wyróżniające się dźwięki oraz melodie. Staram się tworzyć coś innego od innych producentów. Najcześciej tworzę gdy wrócę do domu ok. 23:00 po wszystkich zajęciach… Dostaje weny, gdy jestem bardzo, ale to bardzo zmęczony. Wtedy przychodzą mi najlepsze pomysły nad którymi czasami siedzę do 4:00/5:00 rano. Oprócz domu często zabieram laptopa w podróż i tworzę właśnie wtedy.

Przekazanie jakich emocji za pośrednictwem muzyki jest dla Ciebie najważniejsze?

Jest to trudne do określenie. Staram się, aby słuchacze odebrali wiele emocji i przeżywali na swój sposób moją muzykę.

1 października miała miejsce premiera Twojego najnowszego utworu "Holiday". Co opowiedziałbyś o kulisach jego powstania?

Jednego wieczoru powiedziałem tacie ,,o patrz jaki mega sampel, zrobie coś z tego”. Po 6h pracy utwór był gotowy jeśli chodzi o produkcje. Zamieniłem jeden sampel w całkowicie inne brzmienie, ponagrywałem kilka własnych dźwięków oraz dodałem dużo wirtualnych instrumentów. Następnie podczas wizyty w studiu u Justina Mylo stworzyłem dwie główne melodie do dropu(refrenu) które po przyjeździe do polski złączyłem w jedną melodie. 

Podobno w najbliższym czasie opublikujesz kolejną piosenkę. Opowiedz coś więcej na ten temat. 

Następną piosenką, która zamierzam opublikować będzie nazwyać się ,,Learn to let go”. Piosenkę będę chciał zgłosić do polskich preselekcji na Eurowizję. Za dużo nie chce zdradzać, ponieważ chce abyście sami to zobaczyli!

Czy piosenki, które stopniowo prezentujesz są zapowiedzią płyty? Jeśli tak, to w jakim klimacie może być utrzymana?

Oczywiście że tak. Wszystkie piosenki zapowiadają album! Moja pierwsza płyta będzie w wielu stylach: Pop, Trap, RnB, Future House. Każdy znajdzie coś dla siebie.

Czy jest szansa, że zaprezentujesz też piosenki w języku polskim?

Powiedziałem sobie, że na pewno wypuszczę JEDNĄ piosenkę w języku Polskim. Na pewno się z tym zmierzę.

Z kim z polskiego, a z kim z zagranicznego rynku muzycznego chciałbyś wystąpić w duecie?

Jeżeli chodzi o polskich artystów to bardzo chciałbym zaśpiewać duet w języku angielskim z Roksaną Węgiel oraz stworzyć muzykę z Gromeem. Jeżeli chodzi o Zagranicznych artystów… z chęcią zaśpiewałbym z Shawnem Mendesem, Justinem Bieberem, Arianą Grande oraz moją największą inspiracją Williamem Singe.

Opowiedz o najbliższych planach. 

Jak już wcześniej wspomniałem na początku listopada zostanie wydany nowy signiel „Learn to let go”, który zostanie wysłany jako propozycja do preselekcji eurowizyjnych. Przed wydaniem singla pojawią się również inne muzyczne niespodzianki m.in. covery oraz remiks mojego pierwszego singla z gościem specjalnym :) Także zapraszam do subskrypcji mojego kanału oraz obserwowania moich wszystkich mediów społecznościowych. Będzie się działo!

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

niedziela, 13 października 2019

Jacek Fedorowicz: „Zachłannie czytałem od dziecka”


Jacek Fedorowicz: „Zachłannie czytałem od dziecka”





















fot. zdjęcie nadesłane

Dnia 8 października w Bibliotece Miejskiej w Cieszynie odbyło się spotkanie autorskie z Jackiem Fedorowiczem. Mieliśmy okazję porozmawiać. O książkach, gwałtownie spadającym czytelnictwie w Polsce i czynnikach mających na to znamienny wpływ.  

Nie jest łatwo namówić Pana na wywiad. Dziękuję za to wyróżnienie.

Dobrze Pani z oczu patrzy, stąd moja niespodziewana przychylność. Proszę się nie śmiać. Bardzo często jestem w sytuacji, że trzeba byłyskawicznie ocenić, czy dziennikarz jest godny zaufania, nie zmanipuluje wypowiedzi, nie przekręci... Mnie bardzo zależy na czytelnikach. Nie chciałbym, żeby jakieś bzdury czytali myśląc, że to niby ja powiedziałem.                                                                Oczywiście czasem mówię bzdury sam z siebie. Ale wtedy wiem do kogo mieć pretensje.

Spotykamy się w Bibliotece Miejskiej w Cieszynie. Jak samopoczucie przed rozpoczęciem Pana spotkania autorskiego?

Jak zwykle, to znaczy jestem napięty i lekko zdenerwowany, z powodów, które wyłuszczyłem przed chwilą. Nie chciałbym, żeby spotkanie wypadło głupio, albo nudno, wiem o co Pani chce spytać, czy często mi się tak zdarza, więc chyba nie, ale niebezpieczeństwo zawsze istnieje. Dlatego od spotkań z czytelnikami, do których mówię, wolę spotkania z czytelnikami dla których coś napisałem. Znaczy wolę jak mnie czytają, a nie jak mnie słuchają, bo tylko pisząc mam szansę się skupić i bez pośpiechu przekazać co też ja sądzę o tym czy o owym.
Wyniki czytelnictwa z roku na rok gwałtownie spadają.

No niestety.

Jak Pan myśli, co ma na to największy wpływ? Można jakoś to zmienić, jakoś temu zaradzić?

Największy wpływ ma postęp techniczny. Po prostu. Ja jako dziecko zachłannie czytałem (czasem przy świetle latarki pod kołdrą, bo noc była głęboka i dorośli by nie pozwolili) i książka dawała mi to wszystko, co dzisiejszej młodzieży daje film, telewizja, internet, czy wreszcie telefon komórkowy. Pewnie Pani nie uwierzy, ale ja do ósmego roku życia nie widziałem na oczy radioodbiornika i nie byłem w kinie, mimo że mieszkałem w centrum Warszawy. Była okupacja, radio było zakazane, a do kina nie chodziło się bo „tylko świnie siedzą w kinie“ – piszę o tym w nowej książce, która ukaże się za chwilę, „Mistrz Offu“ to są moje wspomnienia z kontaktów z filmem – polecam przy okazji. Jest tam dużo o stopniowym rozwoju „cywilizacji obrazkowej“ w którym to rozwoju, owszem maczałem palce, być może przyczyniając się w ten sposób do zaniku czytelnictwa. Mimo wszystko umiejętność czytania jeszcze nie zanikła. W przyszłości może być gorzej, jakieś nieodkryte jeszcze fale będą nam przesyłały treści bezpośrednio do mózgu może?... Nie mniej zawsze – wierzę – będzie spora liczba ludzi preferujących czytanie tradycyjne.


Jest wiele inicjatyw promujących czytanie. Jest Pan ich zwolennikiem, czy przeciwnikiem?

Zwolennikiem, bo zawsze staram się być po stronie słabszych. Książka jest formą mniej efektowną niż obrazki na ekranie telewizora. Więc trzeba promować książkę. Obrazki same sobie dadzą radę bez promowania.

Jakim jest Pan czytelnikiem, czego poszukuje w książkach?

Trudne pytanie, to różnie bywa. Czasem chcę sie czegoś dowiedzieć, czasem zabawić, czasem podpatrzeć styl autora, poznać jego sposoby na skuszenie czytelnika po to, żeby samemu spróbować tak jak on... Ale nie zżynam! Co to, to nie.

W zasadzie tak" to jedna z książek, wokół której oscylować będzie dzisiejsze spotkanie. To najprawdziwszy, a zarazem najśmieszniejszy przewodnik po rzeczywistości PRL-u. Na czym skupiał się Pan podczas powstawania tej książki? 

To było pisane w tamtych czasach. Wydane w 1975 roku. Główną zgryzotą, ale i ambicją było tak opisać tę rzeczywistość, żeby czytelnicy nie mieli wątpliwoiści co ja myślę o PRL a jednocześnie żeby cenzura mi nie skreśliła, no bo myślałem o totalitaryzmie wszystko co najgorsze. To się na szczęście udało.



Czy na spotkaniach autorskich spotkał się Pan już z opinią od osób, które nie pamiętają czasów PRL-u, że dzięki Pana książce poczuły jego smak?

Smak? Ryzykowne słowo, bo kojarzy się pozytywnie. Myślę, że jeżeli ktoś wspomina PRL z sentymentem, to bierze sie to głównie z prostego faktu, że 40 lat temu był młody, piękny i zdrowy, a dziś, szkoda gadać... Ale rzeczywiście wiele do mnie dociera opinii, że książka dobrze oddaje tamte czasy. Zdarza sie też, że słyszę, że w wielu fragmentach ksiażka jest wciąż aktualna. Ogromną frajdę mi to sprawia.

Idąc dalej śladami PRL-u zapytam o to, co uważa Pan za największą wadę, a co za największą zaletę tych czasów? 

Spośród wielu wad najwidoczniejszą było zatrzymanie w rozwoju państwa środkowoeuropejskiego średniej wielkości na dziesięciolecia, a w końcu doprowadzenie go do bankructwa. Ta jedna wada wystarczy, żeby nie wyliczać zalet, bo zabrzmiałyby śmiesznie

Drugą książką wokół której oscyluje Pana spotkanie autorskie w Cieszynie jest "Chamo Sapiens". Jak rozszyfrowałby, wytłumaczył Pan ten tytuł? Co ze sobą niesie? 

To tytuł jednego z monologów, który posłużył jako tytuł całego zbioru. Ten akurat traktował o powstaniu nowego gatunku CHAMO SAPIENS, który powoli wypiera HOMO SAPIENS. Zjawisko powszechne, w Polsce szczególnie widoczne. Jak jest z tym w Czechach, niestety nie miałem okazji zaobserwować, ale może kiedyś się się uda.



Proszę opowiedzieć o kulisach powstania tej książki.To zbiór dialogów, monologów.

Właśnie! I dlatego powiem Pani – zdradzając kulisy – długo się broniłem przed wydaniem jej. Powodem była moja megalomania. Uważałem, że dialogi, monologi, czyli kawałki pisane specjalnie nie do czytania, tylko do mówienia z sceny, wydrukowane w formie do czytania, a więc pozbawione mojej intpretacji, będą nieśmieszne. Ale w końcu mnie przekonano, że wcale nie jestem taki znów rewelacyjny jako aktor, żeby od tego uzależniać wydanie tekstów w formie książkowej, więc sie w końcu zgodziłem. Dialogów tam jest akurat niewiele, ale za to ogromnie dużo własnoręcznych ilustracji (jestem z zawodu rysownikiem-karykaturzystą) i przede wszystkim monologi.


























fot. zdjęcie nadesłane


Ma Pan wśród nich swój ulubiony?

W monologach najlepiej się zawsze czułem przypominając postać z audycji radiowej niegdyś nieprzytomnie popularnej, „60 minut na godzinę“, a mianowicie „Kolegę kierownika“. Tak więc na pewno najbardziej lubię monolog mówiony głosem tej postaci.

Czego dotyczy?

Wszystkiego, na czym kolega kierownik zupełnie się nie zna, ale dlatego wygłasza o tym długie tyrady. To zresztą charakterystyczne dla kolegów kierowników w realu. Tępy, ale posłuszny partii i jak długo będzie posłuszny, tak długo będzie kierownikiem. Wciąż awansując.


Do jakich czytelników skierowana jest ta książka? 

Głównie do tych, co szukają rozrywki. Miałem różne zbiory tekstów, niektóre miały ambicje publicystyczne, ta jest zdecydowanie „do śmichu“

Najbliższe plany?

Ponieważ „Chamo sapiens“ był zbiorem monologów z całego życia (zadebiutowałem na scenie w grudniu 1954 roku, więc książka zawiera też i teksty prehistoryczne) „W zasadzie tak“ było o PRL, a „Mistrz Offu“ to znów wspomnienia z przeszłości, postanowiłem, że absolutnie najwyższy czas zabrać się za dzień dzisiejszy. Żyjemy w czasach coraz ciekawszych niestety. Obawiam sie, że tematów nie zabraknie.

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

poniedziałek, 7 października 2019

Sławek Uniatowski: "Moja muzyka zmieniała się na przestrzeni lat"

Sławek Uniatowski: "Moja muzyka zmieniała się na przestrzeni lat"


















fot. zdjęcie nadesłane

Spotykamy się w Cieszynie przed koncertem promującym Pana najnowszy album "Metamorphosis". Jak w kilku słowach opisałby Pan muzyczną metamorfozę, którą przeszedł na przestrzeni lat?

"Metamorphosis" to przemiana muzyczna, a nie przemiana fizyczna, jak ktoś mógłby pomyśleć. (Śmiech.) Moja muzyka zmieniała się na przestrzeni lat. Piosenki anglojęzyczne są z 2008 roku, a utwór "Każdemu wolno kochać powstał", kiedy miałem 22 lata. Cały materiał, który znalazł się na składance "Metamorphosis" wydany został po trzynastu latach. Dużo się przez ten czas zmieniło. Piosenki są różne, ale mój głos je zespala.

Czy jest dla Pana jakaś różnica między występem na "zwykłej" a teatralnej scenie? Stres jest może bardziej odczuwalny w tak kameralnych miejscach jak to, w którym teraz jesteśmy?

Bywa różnie. Czasem odczuwam stres przed występem. Kiedy jest mało ludzi, trzeba skupiać się na konkretnych osobach, a kiedy ludzi jest dużo, wyczuwalna jest presja, że występ może nie spodobać się większości. Stres jest zawsze, zależy od wielu czynników. Najważniejsze jest to, że jesteśmy bardzo zgrani muzycznie.

Podczas dzisiejszego koncertu słuchacze będą mieli okazję posłuchać m.in takich utworów jak "5 rano", "Honolulu", czy "Każdemu wolno kochać". Jak Pan myśli, który utwór z płyty jest najbardziej wyczekiwany na koncertach?

Moim zdaniem jest to piosenka "Każdemu wolno kochać", słuchacze bardzo ją lubią. Wyczekiwane są również piosenki z repertuaru Zbigniewa Wodeckiego.

Ma Pan na swojej płycie utwór, w którym to od strony wokalnej czuje się najpewniej?

Lubię wykonywać piosenkę "What I've become".

Wszystkie Pana piosenki są bardzo emocjonalne, głębokie. Motywują, zastanawiają i pozwalają na wiele rzeczy spojrzeć z innej perspektywy. Czy na płycie "Metamorphosis" znajduje się utwór, który jest dla Pana w szczególności ważny?


























fot. zdjęcie nadesłane

Każdy z utworów jest dla mnie ważny. Lubię piosenkę "We are stars", która poświęcona jest do pewnego stopnia Grzegorzowi Ciechowskiemu z Repupliki, Andrzejowi Zausze i Zbyszkowi Wodeckiemu.

Ciekawostką jest, że oprócz piosenek z płyty, wokół której oscyluje nasza rozmowa, będzie można usłyszeć również utwory z repertuaru Zbigniewa Wodeckiego i Andrzeja Zauchy. Co najbardziej ceni Pan w ich twórczości?

Kiedyś muzyka była prawdziwa, a ludzie, którzy ją kochali, musieli jej szukać. Nie było internetu, dostęp był znacznie utrudniony. Jestem z tego pokolenia, które musiało walczyć, by uczyć się muzyki. Kasety i płyty pożyczałem od starszego rodzeństwa i swoich rówieśników.

Według jakiego klucza dobierał Pan ich utwory, które pojawiły się w repertuarze Pana koncertu?

Za każdym razem gramy coś innego. Często pojawia się piosenka "Zabiorę Cię dziś na bal", która zyskała wyjątkowy aranż.

Czy w repertuarze Wodeckiego i Zauchy ma Pan swoje ulubione piosenki?

Mam, ale ciężko je wymienić. Lubię piosenki, które są mało znane, ale też"Jak na lotni", "Bądź moim natchnieniem", czy "Jesienną piosenkę".

Idąc tym tropem, zapytam o Pana gust muzyczny. Jakim jest Pan słuchaczem? Czego poszukuje w muzyce?

Słucham wszystkiego. Kiedy byłem dzieckiem, słuchałem techno, co zdarza mi się do dzisiaj. Za pośrednictwem muzyki lubię sobie czasem przypomnieć młodzieńcze lata, kiedy to imprezowałem do rana.

Zastanawiał się Pan, ile kilometrów pokonuje w ramach jednej trasy?

Od września ubiegłego roku jesteśmy w jednej trasie koncertowej. Liczby mogą zaskoczyć. Miesięcznie jesteśmy w stanie zrobić 15-20 tysięcy kilometrów.

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji 

wtorek, 1 października 2019

Monika Mielnicka: "Dubbing leczy kompleksy, ale wzbudza nowe"

Monika Mielnicka: "Dubbing leczy kompleksy, ale wzbudza nowe"















fot. zdjęcie nadesłane

Aktorka młodego pokolenia. Odtwórczyni roli Lilki Banach w "M jak miłość". Jak sama przyznaje, w tej roli najtrudniejsze jest dla niej przekazanie emocji, których dotychczas nie doświadczyła. Dołączyła również do obsady serialu "Na Wspólnej", w którym wciela się w rolę Poli Kamińskiej.
To moja druga rozmowa z Moniką Mielnicką.
Po raz pierwszy rozmawiałyśmy w 2018 roku. Wchodziłaś wtedy do obsady serialu "M jak miłość", gdzie wcielasz się w postać Lilki Banach. Jak podsumowałabyś w kilku słowach zmiany, które od tego czasu nastąpiły w Twoim życiu zawodowym?
W moim życiu zawodowym nastąpiło bardzo dużo zmian. W naszym pierwszym wywiadzie powiedziałam, że moim marzeniem jest rozwijać się w dubbingu i przemówić głosem postaci animowanej. To marzenie się spełniło. Aktualnie można usłyszeć mnie w trzech produkcjach, "No good nick" na Netflixie, "Kim Kolwiek" na Disneyu oraz "Gormitti" na TVP ABC. 
W serialu "Na Wspólnej" gram Polę Kamińską. To nowa postać. Jest uczennicą, często ma styczność z serialową Danusią, czyli aktorką Malec. Już w pierwszym odcinku można zauważyć determinację dziewczyny w zdobywanu wysokich ocen. Gdy dostaje ze sprawdzianu czwórkę, robi nauczycielce awanturę. Chce poprawić ocenę, lecz Danka odmawia. Pola wpada w furię! Odcinki z moim udziałem emitowane będą od 1 października.
Gościnnie, w 233 odcinku wystąpię także w serialu „Lombard życie pod zastaw“. Wcielę się w rolę studentki, Marioli, która ma ogromne problemy z właścicielem mieszkania, które wynajmuje wraz z koleżanką. Na planie pracowałam z Mateuszem Murańskim, serialowym Adkiem oraz Maciejem Gismanem - Maćkiem. Nie ukrywam, że było to bardzo ciekawe doświadczenie, choćby dlatego, że zdjęcia były kręcone we Wrocławiu, co było dla mnie nowością. 
Warto wspomnieć o nowym sezonie serialu "M jak miłość". Moja postać przejdzie ogromną metamorfozę. Będą nowe wątki, zwroty akcji. Kłopoty nie ominą ani rodziny Mostowiaków, ani rodziny Banachów. Zapewniam, że będzie kilku nowych bohaterów, a co za tym idzie? Mnóstwo nieoczekiwanych zdarzeń. 











fot. Łukasz Kamiński
Lilka Banach to postać po przejściach. Czy droga którą przeszła jest dla Ciebie uatrakcyjnieniem pracy nad rolą? Co jest dla Ciebie w jej odgrywaniu największym wyzwaniem?
Dla mnie największym wyzwaniem jest zagranie emocji, których dotychczas nie doświadczyłam w moim życiu. Lilka dużo przeszła, los jej nie oszczędza. Ja  przeszłam odrobinę mniej. Muszę użyć wyobraźni, żeby wejść w jej skórę. Myślę, co mogłaby czuć w danej sytuacji. Pomagają mi filmy, które odzwierciedlają takie emocje. Przyznam się, że rok temu przed pierwszym dniem zdjęciowym w "M jak miłość", także skorzystałam ze sztuki audiowizualnej. Czy udało mi się osiągnąć zamierzony efekt? To pytanie zostawiam dla największego krytyka. Siebie samej. 
Jakimi filmami się inspirujesz podczas pracy nad rolą?
Nie mam konkretnych filmów, które mi towarzyszą. Przeglądam kultowe sceny z popularnych filmów amerykańskich i polskich. Wzoruję się na aktorach, którzy osiągneli ogromny sukces w swojej karierze, ale nie przytoczę konkretnych nazwisk. Nigdy nie miałam swojego idola. Uważam, że każdy aktor jest interesujący i każdy wnosi coś nowego do filmu, czy roli. 















fot. Marcin Bąkowicz
Jej wątek jest bardzo emocjonalny. Przekazanie widzom jakich emocji za pośrednictwem swojej roli jest dla Ciebie najważniejsze?
fot. archiwum prywatne - zdjęcie z planu serialu "M jak miłość"
Chcę ostrzec i uczulić ludzi, że warto zastanowić się nad życiem. Problemy, z którymi mierzy się są dość aktualne a los Lilki jest bardzo przewrotny. To postać, która cały czas ewoluuje. Cieszę się, że Lilka nie będzie prostolinijna. Gdyby taka była, nie miałabym wyzwania aktorskiego i czułabym się ograniczona. Nie chcę być znana jako jeden typ postaci. 
fot. Łukasz Kamiński
Na swoim koncie na Instagramie często pokazujesz kulisy pracy na planie oraz zaplecze pracy w dubbingu. Jakie jest najczęstsze pytanie, które w zakresie tych dwóch tematów zadają Ci widzowie?
Najczęściej pytana jestem o to, czy pocałunki są prawdziwe. To największa zagwozdka telewidzów. (Śmiech.) Wszystkiego nie da się podrobić, prawdziwe uczucia trzeba pokazać. Musimy zapomnieć o całej ekipie i sprzęcie. Trzeba poczuć emocje, które powinny towarzyszyć danej chwili i dać się ponieść.
Jeśli chodzi o dubbing, internauci najczęściej pytają, jak wygląda cały ten proces. Interesują ich kulisy. Nie mogę za bardzo pokazywać zaplecza dubbingu, ponieważ biorę udział w zagranicznych produkcjach. Mogę dzielić się tylko efektem końcowym.
Co w scenach emocjonalnych lub w scenach pocałunków pomaga Ci w wiarygodnym odegraniu scen?
Myślę o bliskich mi osobach, z którymi mam bardzo dobry kontakt i znam się od lat. Nie myślę wtedy o serialowym partnerze. (Śmiech.)
Dubbing jest trudniejszy od wcielania się w rolę na planie filmowym?
Na samym początku myślałam, że jest bardzo trudny. Po zrealizowaniu kilku produkcji uważam, że jest łatwiejszy. Zamykam się w swoim świecie, w komórce, gdzie stoję przed mikrofonem. Nie muszę myśleć o ciele, o wyglądzie. Dubbing leczy kompleksy, ale wzbudza nowe. Jednym z kompleksów jest nierozpoznawalność. Pracuje się całym sobą, by wydobyć odpowiednie emocje, jednak nasza praca przypisywana jest konkretnemu, zagranicznemu aktorowi. Nikt nie wyszukuje polskiej wersji językowej. Sama dopiero po latach zauważyłam, że ulubione postacie z seriali, w rzeczywistości mają inne głosy. Mogę stwierdzić, że w wielu przypadkach polski dubbing poprawił jakość oryginału.
Pod czyim okiem szkolisz swoje dubbingowe umiejętności?
Cały czas mam ścisły kontakt z reżyser Joanną Węgrzynowską. Jej zawdzięczam wszystko, co osiągnęłam w dubbingu. Jest moją inspiracją. Znam ją z wielu produkcji dubbingowych, jest w tym świetna.
Co najbardziej podoba Ci się w dubbingu, a co jest dla Ciebie w tej dziedzinie największym wyzwaniem?
Najbardziej podoba mi się, że mogę grać różne postacie niezależnie od mojego przeznaczenia. Mogę być animowaną agentką, co raczej nie zdarzy się w moim życiu. (Śmiech.) Chciałabym być kiedyś jakimś zwierzątkiem, to byłoby ogromnym wyzwaniem. W dubbingu mogę być wszystkim, czym chcę, nawet przedmiotem.
Byłaś już kiedyś głosem jakiegoś przedmiotu?
Nie byłam jeszcze przedmiotem, ale byłam ostatnio stworko - ludkiem - Ao-ki. Postać animowana, balansująca na granicy z człowiekiem. Było to w serialu "Gormitti", który już 2 października pojawi się w TVP ABC. Postać animowana jest większym wyzwaniem. Muszę ją wykreowawać, pracować z wyobraźnią.
Jak wspominałaś na początku, nie jest już tajemnicą, że dołączyłaś do obsady serialu "Na Wspólnej". Co opowiedziałabyś o Poli Kamińskiej, w którą się wcielisz?
Pola jest skryta. Jest terroryzowana przez swoją matkę, która wymaga, by miała same dobre oceny. Nie wpływa to dobrze na jej relacje w klasie i stosusunki z wychowawczynią. Podobnie jak w "M jak miłość", tu również moja postać przechodzi przemianę. Będzie dużo ekstremalnych scen, problemów współczesnego świata.
Czy między Lilką z "M jak miłość", a Polą z "Na Wspólnej" znajdujesz jakieś wspólne cechy?
To dwie skrajnie różne osobowości. Pola jest sama, nie ma chłopaka, który mógłby ją wesprzeć. Wspólnym mianownikiem obydwu postaci mogą być despotyczni rodzice. Lilka zmaga się z despotycznym ojcem, a Pola ma despotyczną matkę.
Która z tych postaci jest dla Ciebie większym wyzwaniem?
Na ten moment myślę, że większym wyzwaniem jest postać Poli Kamińskiej. W serialu pojawia się jako jednostka. Nie jest od nikogo zależna, jak to było w przypadku Lilki. Losy toczą się wokoł niej, a nie serialowych partnerów. Postać matki jest dodatkiem. Kiedy zaczynałam wcielać się w postać Lilki w "M jak miłość", nie miałam aż takiego wyzwania. Pojawiłam się w życiu Mateusza i byłam przy nim.
W przypadku "Na Wspólnej" od pierwszego odcinka mam nałożony duży bagaż doświadczeń. Być może, gdy będę pojawiać się w "Emce" częściej to zmienię zdanie. Mogę zdradzić, że zapowiada się naprawdę ciekawie. Jedno jest pewne. Lubię trudne role, nie chcę być "mdła".
18 sierpnia zakończył się 7. Międzynarodowy Bałtycki Festiwal Filmów Krótkometrażowych „Open Place 2019” organizowany na Łotwie. Za rolę w filmie "Odbicie" wraz z ekranową partnerką Agatą Buzek zostałyście ogłoszone Najlepszymi Aktorkami przeglądu filmów festiwalowych. Jaka była Twoja pierwsza reakcja?
Pierwszą reakcją było niedowierzanie. W pierwszej chwili myślałam, że to nagroda dla Agaty Buzek. Zagrałam jej córkę. Była to główna rola, ale jestem na początku drogi i mam poczucie, że jeszcze nie do końca pokazałam profesjonalne umiejętności aktorskie. "Odbicie" było moim debiutem na dużym ekranie. Poznałam wszystkie tajniki gry w filmie, zdobyłam pierwsze doświadczenie. Doceniam, że Pani reżyser mi zaufała.
Ogromne gratulacje. Tę nagrodę uważasz za swój największy dotychczasowy sukces. To prawda?
Uważam, że ta nagroda jest moim największym sukcesem. Każdy aktor chciałby być doceniony za swoją pracę. Wiadomo, że fani, czy najbliżsi mogą stwierdzić, że było dobrze, ale to nie to samo, co zagraniczne jury tak znaczącego festiwalu na Łotwie.To ważna dla mnie ocena.
Na jakich jeszcze festiwalach w najbliższym czasie będzie można zobaczyć "Odbicie"?
Film "Odbicie" pojawia się na różnych festiwalach w Polsce jak i zagranicą.
Opowiedz jeszcze w kilku słowach o warsztatach, które prowadzisz w Zwierzyńcu.
Prowadziłam warsztaty w Zwierzyńcu, ale głównym celem moich wyjazdów do tego miasta był mój udział w spektaklu "Willa Rózin". Prowadziłam warsztaty, aby wprowadzić dzieciaki w tematykę przedstawienia i zaprosić ich do współpracy. Po przerwie wracam do teatru. Mogę ponownie poczuć zapach desek teatralnych. Odkryłam, że w teatrze muszę bardziej skupić się na swoim ciele. W filmie trzeba być subtelnym, a tu warto pokazać więcej.
Opowiedz o swojej roli w spektaklu "Willa Rózin".
Gram przyjaciółkę głównej bohaterki. Spektakl porusza tematykę dzieci Zamojszczyzny, które były ratowane z rąk hitlerowców. Moja postać jest wsparciem dla głównej bohaterki.
Spektakl ma podłoże historyczne?
Tak. Chcemy, aby nasz spektakl przypominał sztuki wystawiane w wielkich teatrach.
Najbliższe plany.
Plany cały czas ewoluują. Od października rozpoczynam naukę w Szkole Aktorskiej Agnieszki Pilaszewskiej ACTUPWARSAW.
Od kogo chciałabyś się uczyć?
Chyba nie mam takiej konkretnej osoby. Wspaniałych aktorów jest mnóstwo. 
Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji