czwartek, 10 września 2026

Tomasz Bednarek o „Klanie” i podróżach [WYWIAD]

Tomasz Bednarek o „Klanie” i podróżach [WYWIAD]














fot. Małgorzata Krawczyk

Tomasz Bednarek spotkał się z red. Mariolą Morcinkovą, by opowiedzieć nie tylko o byciu aktorem, ale też o podróżach po kraju, realizacji w 2016 roku odcinka programu „Zakochaj się w Polsce" na terenie Cieszyna, ale też o pracy głosem i serialu „Klan".

Na początek naszej rozmowy, spróbuję pana podsumować w kilku słowach. Jest pan aktorem teatralnym, telewizyjnym, dubbingowym, podróżnikiem i  przewodnikiem po Polsce. Wszystko się zgadza? 

Nie będę protestował, ten opis faktycznie zawiera to, czym się zajmuję. (śmiech)

Dość często można pana spotkać w pobliskich stronach, chociażby pod pretekstem właśnie spektakli, z którymi pan podróżuje. Jakie to są powroty?

Te powroty są zawsze bardzo przyjemne. Miło zobaczyć, jak te miejsca się zmieniają. Takie wyjazdy mają też swoje praktyczne strony. Kiedy w danym miejscu byłem z ekipą programu „Zakochaj się w Polsce" i w przerwie obiadowej szukaliśmy fajnego miejsca, gdzie można coś dobrego zjeść, to później mogę taką wskazówką podzielić się z ekipą teatralną.

W 203. odcinku programu „Zakochaj się w Polsce", realizowanym w 2016 roku, odwiedził pan właśnie Cieszyn, w którym się spotykamy. Co, oprócz smaku cieszyńskich kanapek, zapamiętał pan z tej wycieczki pod czujnym okiem kamery?

Zapamiętałem przede wszystkim bardzo miłych ludzi, którzy tutaj są, działają i pracują. Największe wrażenie zrobiła na mnie historyczna pracownia rusznikarska prowadzona przez mistrza Jerzego Wałgę, który kontynuuje tradycję wyrobu słynnej broni myśliwskiej – cieszynek. Takie miejsce na swojej trasie spotkałem tylko tutaj. Poznałem też historię Czeskiego Cieszyna. Podoba mi się też to, że myśli się tutaj o planie zagospodarowania przestrzennego w obrębie starówki. Polecałbym włodarzom innych miast, by przyjrzeli się, jak to się robi w Cieszynie.

Rozumiem, że udało się wtedy pospacerować również po drugiej stronie Olzy?

Poza nagraniami, tak. Zawsze jak jestem w Cieszynie, odwiedzam też czeską stronę. Bez tego wyjazd się nie liczy.

Z czym kojarzą się panu Czechy? Ilekroć zadaję to pytanie swoim rozmówcom, słyszę przeważnie takie skojarzenia jak smażony i piwo.

Mam trochę inne skojarzenia. (śmiech) Kojarzą mi się przede wszystkim z podejściem Czechów do życia. Podoba mi się ich ironia i to, jakby powiedziała młodzież, że mają... wywalone na wszystko. (śmiech) Oczywiście, nie do końca tak jest, ale czasem sprawiają takie wrażenie. Tego większego luzu, z którym podchodzą do życia, powinniśmy się od nich uczyć.

Ilekroć rozmawiam z twórcami we wnętrzach Teatru im. Adama Mickiewicza, słyszę, że ma w sobie swego rodzaju magię. Zgodzi się Pan z tym stwierdzeniem?

Wystarczy tutaj wejść i od razu ma się wrażenie, jakby wsiadło się w wehikuł czasu.

To właśnie w jego wnętrzach, w 1974 roku, kręcono „Ziemię obiecaną". Wiedział Pan o tym?

Nie, tego nie wiedziałem, ale wcale mnie to nie dziwi, bo architektura tego miejsca jest urzekająca. Widzowie tego nie mogą zobaczyć, bo nie wchodzą za kulisy, ale scena robi ogromne wrażenie. To miejsce jest definicją magii teatru.

Aż dwukrotnie został tutaj wystawiony spektakl „Podróż poślubna plus", która jest kontynuacją losów bohaterów przedstawionych w "Wieczorze panieńskim plus". Jak na przestrzeni tych dwóch części zmieniał się Alek, w któregopan się wciela?

Charakterologicznie on się właściwie nie zmienił. W pierwszej części było go trochę mało, bo pojawił się dopiero w drugim akcie, a w drugiej odsłonie tej historii zostaje postawiony przed sytuacją, która sprawi, że przebieg wyjazdu mocno się zmieni. Wszystko skończy się szczęśliwie, więcej nie zdradzę. Zapraszam do teatru.

A jak pan zmieniał się jako aktor?

Trudne pytanie. W tzw. międzyczasie zrobiłem spektakl „Papużka", który gram w duecie z Olgą Bończyk. W tym przedstawieniu dostałem bardzo trudne zadanie aktorskie, gdzie, mam takie wrażenie, ale też słyszałem to od reżysera, przekroczyłem pewien rubikon. Znów posłużę się językiem młodzieżowym: „coś pykło”. Przy okazji tej pracy dostałem dostęp do rzeczy, do których wcześniej go nie miałem. Trochę czerpię z tego również przy pracy nad tym spektaklem, choć to komedia, więc zupełnie inny gatunek.

Każda rola uczy czegoś innego, prawda?

Oczywiście, jeśli dostałem nowe narzędzie, będę z niego korzystał na szerszym polu.

W tej odsłonie w podróż poślubną na egzotyczną wyspę wyruszają dwie młode pary plus jedna niedoszła panna młoda. Nie jest to co prawda bezludna wyspa, ale gdyby życie rzuciło pana w taką podróż, jakie trzy rzeczy zabrałby pan ze sobą?

Oj, kolejne trudne pytanie. (śmiech) Pewnie, tak jak Alek, wziąłbym zapas cygar, które pomagają mu przetrwać, choć na co dzień nie palę. (śmiech)

Bohaterowie m.in. trafiają prosto w oko cyklonu, w którym muszą zmierzyć się z huraganem. Jaka najbardziej ekstremalna sytuacja pana spotkała w podróży?

Najbardziej ekstremalna sytuacja spotkała mnie, kiedy przyjechaliśmy nocą na realizację programu „Zakochaj się w Polsce". Jechaliśmy około siedem godzin przez bezdroża. Kiedy dotarliśmy na miejsce, które było zamkiem, gdzie mieliśmy nocować, bo były tam podobno pokoje gościnne, nikt nie odbierał, lał deszcz, nie było zasięgu.

Na przestrzeni naszej rozmowy jeszcze jedno określenie, które pasuje do pana, przyszło mi do głowy. Aktor wędrujący. Czy myślał pan o sobie kiedyś w ten sposób?

Nie, aczkolwiek faktycznie, to określenie dość dobrze mnie opisuje, ponieważ jestem niespokojnym duchem i raczej na miejscu długo nie usiedzę. Jako ciekawostkę dodam, że jeśli dobrze liczę, to w życiu przeprowadzałem się około trzynaście razy.

Od samego początku, czyli od 29 lat gra pan w "Klanie". Role w telenowelach szufladkują? Nigdy nie myślał pan o odejściu z tej produkcji?

Wiedziałem, że padnie to pytanie. (śmiech) Pewnie, że szufladkują. Kilka razy o tym myślałem, ale kilka razy też rezygnowałem z tego pomysłu. Jestem w miejscu, w którym jestem. Zobaczymy, co wydarzy się dalej.

Co, oprócz ogromnej rozpoznawalności, dała panu rola Jacka Boreckiego?

Ta rola dała mi wiele kontaktów, poznałem mnóstwo osób. Dała mi też spojrzenie na to, jak wygląda rynek filmowy w Polsce. Rola Jacka dała mi też wiele pokory. Nauczyła mnie rzemiosła telewizyjnego.

Tabaluga, Elmo z „Ulicy Sezamkowej", czy Dipsy z „Teletubisiów", to z kolei tylko niektóre postacie z bajek, które przemówiły pańskim głosem. Częściej jest pan kojarzony po głosie, czy jednak z serialem „Klan” i innymi produkcjami?

Bywa tak i tak. Czasem ktoś rozpoznaje mnie po głosie, a ktoś z twarzy.

W nowej serii „Ulicy Sezamkowej", która miała swoją premierę na Netflixie, wrócił pan jako Elmo. Jak wraca się do tworzenia postaci po przerwie?

Wspaniale. Sprawdzano, czy warunki głosowe mi się nie zmieniły, bo od momentu, kiedy w Elmo wcielałem się po raz pierwszy, upłynęło wiele lat. Z przyjemnością wróciłem do tej roli, to jedna z moich ulubionych postaci, psychologicznie i osobowościowo, jeśli można tak mówić o pacynce.

Zapytam jeszcze tylko, co jest dla pana najważniejsze w pracy głosem?

Najważniejsze, by mój głos był zdrowy, wtedy można więcej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz