czwartek, 11 maja 2023

„Love Island. Wyspa miłości“ Ania Woźniak i Włodek Troszyn nie tylko o miłości [WYWIAD]

 Love Island. Ania Woźniak i Włodek Troszyn nie tylko o miłości [WYWIAD]
















fot. Fotografia Małgorzata Wielicka

Z uczestnikami piątej edycji programu „Love Island. Wyspa miłości“, Anią Woźniak i Włodkiem Troszynem, spotkałam się w Warszawie. Rozmawialiśmy o tym, co program zmienił w ich życiu, padło pytanie o to, czy gdyby nie program, mieli by taką samą szansę na miłość, ale też o to, czy chcieliby wystąpić w innym programie o formule talent show. 

Rozmawialiśmy też o tym, jak ważna w codzienności jest motywacja i o propagowaniu zdrowego stylu życia. 

Już na pierwszy rzut oka sprawiacie wrażenie osób  niezwykle pozytywnie nastawionych do ludzi i świata. Pozytywne nastawienie to Wasz świadomy wybór? Chyba nie moglibyście inaczej, prawda?

Włodek Troszyn: Dziękujemy bardzo. (Śmiech.)

Ania Woźniak: Mamy dosyć pogodne usposobienie, duży temperament, do życia podchodzimy pogodnie.

Włodek Troszyn: Lubimy zarażać uśmiechem, motywujemy też ludzi, więc to idzie w parze. 

Jak na co dzień dbacie o swoją pozytywną powierzchowność? Jaki jest Wasz taki sposób na to, by każdy dzień, może nie był taki w pełni dobry, bo tak też się nie da, ale chociaż przynosił odrobinę radości?

Ania Woźniak: Kiedy dzień nie przebiega do końca po naszej myśli, staramy się po prostu doceniać jakieś małe, pozytywne rzeczy, które jednak się w ciągu takiego dnia pojawiają i cieszyć się nimi. 

Włodek Troszyn: Bardzo dużą rolę w naszym życiu odgrywa sport, więc codziennie trenujemy, mamy czas, by się zrelaksować. Zażywamy spacerów, kiedy tego potrzebujemy, odpoczywamy, czytamy książki lub po prostu wychodzimy na miasto, by napić się kawy. Celebrujemy chwile. 

Czasami spotykam się z opinią, że pozytywnego nastawienia, tak, jak gry na fortepianie, czy jazdy na rowerze, można się nauczyć. Zgadzacie się?

Włodek Troszyn: Uważam, że tak, ale zależy to od wielu aspektów. 

Ania Woźniak: Mam troszkę inne zdanie, uważam, że albo to się ma, albo nie. Można zmienić myślenie lub podejście, ale jeśli ktoś ma negatywne usposobienie, to raczej ciężko byłoby nagle inaczej patrzeć na życie. 

Włodek Troszyn: Świat jest piękny, tylko zależy, jak na niego patrzymy. Jeżeli patrzymy ponuro, będzie ponury. Kiedy zwracamy uwagę na radość i uśmiech, możemy tym zarazić innych ludzi. 

W piątej edycji programu "Love Island. Wyspa miłości" dotarliście aż do finału. Aniu, jak to było, najpierw oglądałaś program, a potem pomyślałaś, że chciałabyś przeżyć podobną przygodę? 

















fot. Fotografia Małgorzata Wielicka

Ania Woźniak: Tak. Odpadliśmy tuż przed finałem, otarliśmy się o niego. (Śmiech.) Oglądałam poprzednie sezony i stwierdziłam, że fajnie, gdyby tak zaryzykować i wziąć udział w tym programie. 

Włodek, jak było w Twoim przypadku?

Włodek Troszyn: U mnie było spontanicznie. Programu wcześniej nie oglądałem, nie śledziłem go namiętnie. Oglądałem tylko trzeci sezon, bo pojawił się w nim mój znajomy. Któregoś dnia z jednym z kumpli siedziałem przed telewizorem, skakałem po kanałach i właśnie trafiłem na „Love Island. Wyspa miłości“. Kumpel stwierdził, żebym się nadał. Spontanicznie stwierdziłem, że idę, po czym okazało się, że właśnie trwa casting. Tak dostałem się do piątej edycji. 

Kiedy po raz pierwszy naszła Cię taka myśl, że możesz po programie wrócić szczęśliwie zakochany?

Włodek Troszyn: Pierwsza taka myśl naszła mnie, kiedy z Anią rozmawiałem na balkonie. 

Aniu, u Ciebie było podobnie?  W pewnym momencie poczułaś, że chcesz spróbować swoich sił w programie? Może ktoś namawiał Cię do udziału w programie? 

Ania Woźniak: Ja tak naprawdę takie myśli miałam dopiero pod koniec programu. Pomyślałam, że możemy razem wrócić i tworzyć swoje szczęśliwe życie. 

Jakie były Wasze inne oczekiwania wobec programu?

Ania Woźniak: Oprócz znaleznia drugiej połówki, ważne było też poznanie nowych osób, przeżycie nowej przygody, ale też zmiana życia po programie. 

W jakim stopniu po programie to Wasze życie się zmieniło?

Włodek Troszyn: Można powiedzieć, że nasze życie zmieniło się o 180°. Mamy siebie, dlatego i tak wygraliśmy ten program. To, jak ludzie teraz na nas spoglądają, też się zmieniło. Jesteśmy bardziej rozpoznawalni, ludzie do nas podchodzą, robią sobie z nami zdjęcia, przybijają piątki, witają się z nami.

Lubicie taki feedback?

Ania Woźniak: Tak, to bardzo miłe. Nasze życie zmieniło się też pod kątem zawodowym, bo wcześniej nie byliśmy influencerami, więcej ludzi wie teraz, co się u nas dzieje, nasze życie jest bardziej medialne. To coś nowego. 

Jak wspominacie swój pierwszy dzień na Wyspie Miłości? Co było dla Was największym zaskoczeniem?

Ania Woźniak: Dla mnie największym zaskoczeniem było, że Włodek wpadł mi w oko. (Śmiech.) 

Włodek Troszyn: Na początku zaskoczyła mnie ilość kamer, ale w połowie pierwszego dnia całkowicie o nich zapomniałem. 

Na przestrzeni odcinków Wasza relacja ewoluowała, choć nie zabrakło też takich trudniejszych momentów. Jak patrzycie na to z perspektywy czasu? 
















fot. Fotografia Małgorzata Wielicka

Ania Woźniak: Gdybym mogła cofnąć czas, pewnymi sytuacjami inaczej bym pokierowała, ale uważam, że wszystko czegoś uczy. Cieszę się, że jestem w tym miejscu i możemy tę relację kontynuować. 

Włodek Troszyn: Zgadzam się. Wszystko czegoś uczy. W życiu codziennym również zdarzają się zawahania, rozmyślania. Nikt nikogo nie udawał. 

Jak przyzwyczajaliście się do obecności kamery? To było Wasze pierwsze zetknięcie z nią w przypadku Was obu, prawda?

Ania Woźniak: Dla mnie był to całkiem przyjemny debiut. Fajne doświaczenie.

Włodek Troszyn: Dla mnie również.

Czy teraz, kiedy już wiecie, "z czym to się je", poszlibyście do innego programu o formule reality show? Polecilibyście przeżycie tej przygody znajomym?

Ania Woźniak: Tak. Gdyby była taka okazja, chętnie poszłabym do jakiegoś programu. Już nie randkowego, bo nie mam takiej potrzeby, ale może coś podobnego, do Ninja Warrior? Lubię wyzwania. (Śmiech.) Polecam. Jeśli ktoś chce zmienić swoje życie i przy okazji zrobić coś niecodziennego, to jest to ku temu znakomita okazja. 

Co myślicie o przeniesieniu emisji programu z Polsatu do Czwórki? 

Włodek Troszyn: Nie mam zdania.

Ania Woźniak: Jeśli miało to pozytywnie wpłynąć na Czwórkę, to chyba się udało. (Śmiech.) 

Czy zanim każdy z Was zdecydował się na udział w "Love Island", oglądaliście inne programy, które mają na celu łączenie w pary?

Ania Woźniak: Oglądałam tylko „Love Island“, formuła programu „Hotel Paradise“ nie do końca mi odpowiada. 

Zastanawialiście się kiedykolwiek, czy gdyby nie udział w programie, mielibyście szansę się poznać?

Włodek Troszyn: Doszliśmy do wniosku, że nie mielibyśmy szansy się poznać. Ja mieszkałem pod Warszawą, Ania pochodzi z Kielc. Dzieliło nas ponad 200 km. Program zagrał na plus. (Śmiech.) 

Połączył Was program, a teraz łączy Was również zamiłowanie do sportu, fitnessu, ekologii i zdrowego stylu życia. Wielu z nas ma problem z regularnymi treningami. Nie od dziś wiadomo, że nie trzeba robić ich na siłowni, ćwiczyć można też w domu. Jaki jest Wasz sposób na motywację i nie odpuszczanie treningów?

Włodek Troszyn: Motywacja jest czymś, co pozwala nam zacząć, zlepszyć nawyki, pozwala nam w tym wszystkim wytrwać. Motywacją dla nas może być np. to, że chcemy zmienić coś w swoim życiu. Kiedy chcemy lepiej wyglądać, idziemy na siłownię. Wtedy wchodzi nawyk, konsekwencja, determinacja, dążymy dzięki tym czynnikom do celu. 

Ania Woźniak: Mam podobnie. Czasem chcę coś zmienić w swojej sylwetce, by wyglądała lepiej. Nie zawsze się to udaje, bo jest to trudna droga, ale kiedy mam swój cel, napędza mnie do działania. 

Wspoólne treningi dają Wam dużo frajdy, prawda? Razem zawsze raźniej. Jesteście propagatorami treningów i zdrowego stylu życia. Co jest taką myślą przewodnią spotkań, na których w kontekście treningów i zdrowego stylu przekazujecie?

Włodek Troszyn: Mówimy o zdrowym trybie życia, zdrowych nawykach, o tym, jak zdobyć się na to, by przełamać w sobie strach, kiedy boimy się pójść na siłownię. 

Jak to zrobić?

Włodek Troszyn: Trzeba zwiększyć pewność siebie. Motywować dobrym słowem, pokazać ćwiczenia i to, jak je poprawnie wykonywać. Kiedy konsekwetnie zaczynamy działać, chce nam się bardziej dążyć do określonego celu. 

Ania Woźniak: Ważne jest też zapewnienie podopiecznemu ciepłej i miłej atmosfery, by poczuł się pewniej i swobodniej. 

Najbliższe plany. 

Włodek Troszyn: Chcemy bardziej zaangażować się w kręcenie treningów i porad dietetycznych. 

Ania Woźniak: Chcemy jeszcze większy nacisk kłaść na sport i na to, co robimy. Życie prywatne z tym wszystkim się przeplata, więc też go czasem pokazujemy. Chcemy dalej motywować innych. 

poniedziałek, 8 maja 2023

Jacek Kałucki o książce „Sekrety zza kulis“ [WYWIAD]

 Jacek Kałucki o książce „Sekrety zza kulis“ [WYWIAD]













fot. zdjęcie nadesłane

Z Panem Jackiem spotkałam się podczas mojego pobytu w Warszawie. Rozmawialiśmy przede wszystkim o książce „Sekrety zza kulis“, wydanej przez Wydawnictwo Moc Media. Jacek Kałucki odniósł się do kilku zamieszczonych w książce anegdot, ale opowiedział też te, związane z jego rolą w serialu „Barwy szczęścia“, w którym od 2007 roku gra Krzysztofa Jaworskiego, który jak sam przyznaje, jest postacią nieco kontrowersyjną.

Aktor teatralny, filmowy i dubbingowy, reżyser, felietonista, kabareciarz oraz autor tekstów i sztuk teatralnych, ale w chwili obecnej, przede wszystkim autor książki "Sekrety zza kulis" wydanej przez Wydawnictwo Moc Media. Stwierdził Pan ostatnio, że na debiut nigdy nie jest za późno.

Oczywiście, że tak. Jak to powiedział Dan Brown w „Cyfrowej twierdzy“; „Wszystko jest możliwe. Niemożliwe wymaga po prostu więcej czasu“ i to jest prawda. Wydaje mi się, że bardzo wiele rzeczy dzieje się za sprawą przypadku. Ja wierzę w przypadki.

Czy chce Pan zatem powiedzieć, że wydanie „Sekretów zza kulis“ jest formą pewnego rodzaju przypadku?

Poniekąd. Nie było tak, że od dłuższego czasu ślęczałem pod lipą i marzyłem, by napisać książkę. Wprawdzie coś mnie kusiło, coś mi się kołatało w głowie oraz wiele osób mnie do tego namawiało…

Powiedział Pan w jednym z wywiadów, że do napisania i wydania "Sekretów zza kulis" przyczyniły się namowy koleżeństwa. Ale gdyby miał Pan wskazać jedną osobę, która podczas całego procesu twórczego była dla Pana największym wsparciem, to kogo mógłby Pan wskazać?

Macieja Wojtyszkę, który jest dla mnie autorytetem. Jest doskonałym dramaturgiem, reżyserem, a przede wszystkim wspaniałym człowiekiem. Miałem przyjemność zagrać w dwóch serialach w jego reżyserii: “Pensjonat Pod Różą” i “Doręczyciel” oraz filmie fabularnym „Ogród Luizy“, który jest nie tylko piękny, ale także i mądry. Reżyserował także moją jednoaktówkę „Za lepsze czasy” w której grałem z Markiem Siudymem.

Kiedy książka była już gotowa, postawiłem jeden warunek. Mianowicie, aby przedmowę do niej napisał właśnie Maciej. Nie chciałem, aby moje pisanie składało się z różnych anegdot ułożonych „od sasa do lasa“, jakich już kilka wydano wcześniej. Znalazłem pomysł, ale nikomu o nim nie mówiłem. Pomyślałem sobie, że kiedy wyślę tekst Maćkowi, to on prawdopodobnie moją koncepcję zauważy. Pomysł co prawda nie był odkrywczy, ale prosty i jak najczęściej bywa najlepszy. Po kilku dniach przysłał mi przedmowę, notabene tą samą która obecnie znajduje się w książce...















fot. zdjęcie nadesłane

A gdyby Pana koncepcja nie została zauważona przez Macieja Wojtyszkę, książka mogłaby nie ujrzeć światła dziennego?

Być może… ale na pewno nie w tej formie. Jest tam jedno zdanie, które ucieszyło mnie najbardziej i było właśnie moim tajnym kluczem: “Jacek snuje wspomnienia, które zamieniają się w anegdoty, i opowiada anegdoty, które są wspomnieniami”. Pamiętam, że był to moment, w którym wiedziałem, że książkę oddam do druku, gdyż mój zamysł był czytelny.

Nie jest to biografia i nie jet to książka o mnie. Wprawdzie kilka zakulisowych epizodów ze swojego życia przemyciłem, ale głównymi bohaterami są Wielcy naszej kultury, których miałem zaszczyt poznać a z niektórymi nawet pracować. Zachowałem w niej jedynie chronologię moich przygód i zdarzeń począwszy od lat najmłodszych.

Gdyby nie pandemia, książka mogłaby nie powstać?

To prawda. Ale zacznę od początku… Nie byłem fanem Facebooka. Jestem tak skonstruowany, że szanuję swoją, ale też czyjąś prywatność. Nie należę do ludzi wścibskich, ale zarazem jestem postrzegany (i słusznie) jako człek towarzyski. I nagle wybuchła pandemia. Byliśmy odcięci od świata do tego stopnia, że nie było można wejść nawet do lasu – o teatrach, kinach, pubach czy restauracjach nie wspomnę. Było mi z tym źle, czułem się jakbym był zamknięty w klatce! Wtedy moja córka przekonała mnie do założenia profilu na portalu społecznościowym, aby w jakiś sposób być w stałym kontakcie z przyjaciółmi, znajomymi i mimo wszystko uczestniczyć w różnych wydarzeniach. Na Facebooku pojawiały się wspominki o ludziach, których znałem i bardzo ceniłem. Ukazywało się to przy konkretnych okazjach, takich jak np. premiery, daty urodzin czy zgonów, różnych rocznic… I tu stwierdziłem, że ja również mam takie wspomnienia. Chciałem je ocalić od zapomnienia. By tak się stało, napisałem najpierw jedną opowiastkę i drżącą ręką kliknąłem – Enter. Potem kolejną... i stała się rzecz dla mnie zaskakująca! Miałem mnóstwo polubień, komentarzy, wiadomości i telefonów od przyjaciół, którzy namawiali mnie, żebym pisał następne. Któregoś dnia zadzwoniła do mnie moja przyjaciółka, Adrianna Godlewska-Młynarska i kategorycznie zakomunikowała, że muszę siąść na tyłku i to wszystko złożyć w jakąś większą całość.

Wszystkie wydarzenia, anegdoty, a nawet dialogi, które znalazły się w książce, spisane są z zegarmistrzowską wręcz precyzją. Skoro nie prowadził Pan nigdy żadnego pamiętnika, ani nie przyczepiał nigdzie kolorowych fiszek z hasłami, to jak Pan tego dokonał?

Wielu ludzi mnie o to pyta. Kiedyś robiłem sobie podśmiechujki z mojego teścia. Śmiałem się, że nie pamiętał, co jadł wczoraj na obiad, a pamiętał, co działo się pięćdziesiąt lat temu – z detalami! Powiedział mi wtedy, że dożyję takiego wieku, kiedy będę miał podobnie. Miał rację.

Oczywiście, by być uczciwym, przy niektórych zdarzeniach musiałem podeprzeć się źródłami. Tak było np. w przypadku obsady niektórych filmów, czy w kompletowaniu listy wykonawców koncertu np. w Opolu.

Oczywistym jest, że przedstawione w książce dialogi nie są 1:1. Ale puenta dialogu jest taka, jaka była w oryginale. Zachowałem charakterystyczne zwroty jak np. „rozumiesz mnie“ Zdzisława Maklakiewicza, czy pewne wulgaryzmy, które w ustach Jana Himilsbacha musiały się pojawić. Pomijając Janka, poznałem jeszcze dwie takie osoby – Kalinę Jędrusik i Witolda Grucę, którzy używali przekleństw nie rażąc uszu słuchacza. Były one barwnym i adekwatnym dopełnieniem tego, co opowiadali.

Kiedy Pan czytał anegdoty napisane przez innych, często znajdował Pan w nich liczne przekłamania. Łatwo przekroczyć tę granicę, w której opowiedziana anegdota przestaje nią być i zaczyna być konfabulacją?

Istotnie, to mnie drażniło. Kiedyś usłyszałem anegdotę, najprawdopodobniej o sobie. Była ona już tak zniekształcona i udziwniona, że nie mogłem tego słuchać. Wypaczała sens oraz zupełnie w innym świetle pokazywała uczestników zdarzenia. Takie sytuacje sprowokowały mnie do tego, by opowiedzieć tylko te historie, w których sam uczestniczyłem lub słyszałem je od głównego bohatera.

Wśród wielu innych historii, przytoczył Pan anegdotę, która dotyczyła nieodżałowanej Ireny Kwiatkowskiej. Choć początki Państwa znajomości nie należały do łatwych, lody w pewnym momencie zostały przełamane. Proszę opowiedzieć coś więcej.

















fot. okładka książki "Sekrety zza kulis"

Pani Irenka, to była moja miłość. Pracowałem z nią w Teatrze Nowym i graliśmy razem w kilku sztukach. Najbardziej jednak zżyliśmy się podczas realizacji komedii „Ogłoszenie matrymonialne”. Sztuka grana była w teatrze a później jeździliśmy z nią po całej Polsce. Kwiatkowska była cudowną kobietą i wielką artystką. W ogóle książka miała mieć tytuł; „Zejdź mi z ócz!“, czyli tak, jak nazwany jest jeden z rozdziałów, w którym opisuję pewną historię związaną z Panią Ireną właśnie. W momencie, kiedy to zdarzenie miało miejsce (nie chcę go ujawniać, bo opis jest w książce), modliłem się do Boga, by ziemia się rozstąpiła i bym się pod nią zapadł, ale najczęściej w takich sytuacjach, ziemia nie chce się rozstąpić – cholera!

Zdradźmy trochę więcej szczegółów odnośnie procesu wydania i tytułu książki.

Dzięki Facebookowi w czasie pandemii zawarłem znajomość z Sylwią Chrabałowską. Przysłała mi zaproszenie do grona znajomych. Sprawdziłem jej profil i doczytałem, że jest założycielką Wydawnictwa Moc Media. Napisałem do niej, że być może będę miał pewną propozycję. Przyznałem, że napisałem książkę, którą chcę wydać i wysłałem jej tekst. Po kilku dniach krótko mi odpowiedziała: “Wchodzę w to!” Spotkaliśmy się na kawie, omówiliśmy szczegóły i tak właśnie doszło do współpracy z Wydawnictwem Moc Media.

W oryginale książka miała nosić tytuł „Najciekawsze są kulisy“. Felietony, które pisałem do kwartalnika dla Sceny Polskiej w Holandii, tak właśnie się nazywały.

Kiedy ukończyłem ją, odbyło się zebranie z udziałem grafików, na którym debatowaliśmy, jak wyraz „najciekawsze“ umieścić na okładce. Nijak to słowo się nie mieściło i burzyło konstrukcję projektu. Sylwia - szefowa wspomnianego Wydawnictwa zaproponowała, by ten tytuł zmienić. Stwierdziłem, że jeśli znajdzie synonim korespondujący z treścią książki, będę za. Rozpisaliśmy konkurs. Każdy, włącznie ze mną, spisał swoje propozycje. Finalnie zostały trzy tytuły, wśród nich „Sekrety zza kulis“. Było głosowanie, w którym ja się od głosu wstrzymałem, ale głosami bodajże 4:1 wygrały właśnie „Sekrety…“.

Przygód, anegdot i opowieści było tyle, że nie sposób powiedzieć coś o każdej, ale gdyby miał Pan wybrać swoją ulubioną historię ze wszystkich opublikowanych, na którą mogłoby paść? Czy można tak to w ogóle rozgraniczyć?

Trudne pytanie, bo to wszystko “moje dzieci”. Ale najbardziej chyba lubię anegdotę z Panią Ireną Kwiatkowską w roli głównej i z tym jej charakterystycznym: „Zejdź mi z ócz!“.

Od 2007 roku w serialu "Barwy szczęścia" wciela się Pan w Krzysztofa Jaworskiego, który jest postacią dość kontrowersyjną. „Krzysztof” również bywa często bohaterem wielu anegdot i zabawnych historii. Czy ma Pan wśród nich swoją ulubioną? Czego dotyczy?

Nieprawdopodobne jest to, jak ludzie utożsamiają postać graną przez aktora z jego życiem prywatnym. Niestety są tacy, którzy odbierają mnie nie jako Jacka Kałuckiego, ale Krzysztofa Jaworskiego. W prawdzie do tego jestem trochę przyzwyczajony, gdyż wiele lat temu kreowałem w popularnym programie dla dzieci postać „Docenta Doświadczalskiego”. Wtedy byłem rozpoznawalny – głównie przez dzieciarnie, jako „docent”, „Doświadczalski” a czasem nawet... „Kulfon”!

Ale wróćmy do „Barw...” Kiedyś na skwerze zobaczyłem wiekową panią, która szła na spacer z pieskiem. Przechodziła koło mnie i…splunęła, dodatkowo pytając, czy mi nie wstyd?! Przyszedłem do domu i opowiedziałem żonie o całej sytuacji. Włączyłem telewizor, bo leciała akurat powtórka „Barw szczęścia“ i okazało się, że we wczorajszej emisji był odcinek, w którym Dominika (w tej roli Karolina Chapko, przyp. red.), grała rolę „ekskluzywnej panienki do towarzystwa”. Chciała jak najszybciej uzbierać pieniądze na operację ojca. Jaworski odkrywszy ów proceder, postanowił to wykorzystać.

No i wszystko się wyjaśniło!

Grający przez wiele lat w "Na dobre i na złe" Artur Żmijewski, był wielokrotnie pytany przez osoby spotkane w różnych sytuacjach o to, dlaczego nie udziela pomocy ludziom poszkodowanym w wypadkach.

To autentyk. Podobnie miała Małgosia Foremniak. Niesamowite jest to, że są ludzie, którzy naprawdę wierzą, że np. Andrzej Grabowski mieszka we Wrocławiu na Ćwiartki ¾ i pije na okrągło Mocnego Fulla niczym Ferdek Kiepski.

Uważam, że jeśli ktoś nie rozróżnia rzeczywistości od fikcji, to jest to bardzo niebezpieczna przypadłość, kwalifikująca się raczej do leczenia.

Tak więc już wiemy, że Panu też zdarzają się sytuacje, w których mylony jest z graną przez siebie postacią.

Powiem szczerze, że ostatnio często mi się to zdarza. Na szczęście Jaworski przechodzi obecnie pozytywną metamorfozę. Ludzie przeważnie fajnie reagują.

Czy będzie druga część „Sekretów“?

Z tym samym pytaniem zadzwonił do mnie Piotr Fronczewski i powiedziałem mu, że „Sekrety 2“ będą, kiedy zostanie nakręcony „Rambo 62“. Ale mówiąc poważnie nie będę się zarzekał. Kiedy napisałem pierwszą jednoaktówkę „Jakoś to będzie”, myślałem że to była tylko jednorazowa, literacka przygoda. A później – głównie za sprawą widzów, pojawiła się kontynuacja i powstały kolejne dramaty: „Będzie tylko lepiej”, „Za lepsze czasy” i leżąca szufladzie... czwarta.

I tym pozytywnym akcentem zapraszając do lektury mojej książki „Sekrety za kulis”, zakończmy to miłe spotkanie.

wtorek, 25 kwietnia 2023

Paulina Lasota o „M jak miłość“, „Swatach“, podróżach i życiu chwilą [WYWIAD]

 Paulina Lasota o „M jak miłość“, „Swatach“, podróżach i życiu chwilą [WYWIAD]

















fot. Olga Tuz

Z Pauliną Lasotą spotkałam się w Warszawie. Rozmawiałyśmy o serialu „M jak miłość“, o serialu „Swaci“, który zadebiutował w Polsat Box Go 7 kwietnia, ale nie tylko.

Nie przechodzimy obojętnie również obok innych tematów, takich jak życie w zgodzie ze sobą i w rytmie slow. 

Już na pierwszy rzut oka sprawiasz wrażenie osoby niezwykle pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. Jak dbasz o to na co dzień?

Jeżeli ktoś ma różne doświadczenia w życiu, włącznie z tymi, które nie są zbyt przyjemne i pozytywne, musi się nauczyć jakoś  radzić. Nawet, jeżeli napotykam jakieś trudności, z którymi się borykam, zawsze staram się w tym wszystkim znaleźć coś pozytywnego. Kiedy na horyzoncie pojawia się jakaś trudna sytuacja, z której wydaje mi się na pierwszy rzut oka, że nic dobrego nie wyniknie, szukam w tym lekcji. Każde trudne doświadczenie w naszym życiu jest lekcją, zawsze możemy się czegoś nauczyć i w przyszłości nie odczuwać skutków tak intensywnie.

Czy takiego nastawienia wobec ludzi i świata można się nauczyć?

Myślę, że można się go nauczyć i nawet trzeba. Nie lubię otaczać się ludźmi, którzy w małych rzeczach doszukują się ogromnych problemów. Kiedy będziemy tracić czas na zamartwianie się, tym, że coś jest nie tak, to do niczego nie dojdziemy. Staram się nie tracić czasu na narzekanie, tylko szukam rozwiązań, nie obciążając nikogo przy okazji.

Wiele jest zawodów na "A". (Śmiech.) Co spowodowało, że wybrałaś akurat aktorstwo?

Aktorką chciałam być od dziecka. Miałam do tego predyspozycje. Już od przedszkola nauczyciele angażowali mnie do przedstawień. Odnajdywałam się w tym i przede wszystkim dawało mi to wielką przyjemność.

Pochodzę z małej miejscowości, położonej niedaleko Lipska nad Wisłą. Kiedy wyprowadziłam się z domu, miałam szesnaście lat. Przez rok studiowałam chemię bo w liceum byłam w klasie o profilu biologiczno-chemicznym. Interesuję mnie fizyka kwantowa, chemia i biologia. Szukam w tym sposobu na zrozumienie rzeczywistości, która mnie otacza.

Czy można zatem powiedzieć, że miałaś jakiś tzw. „plan B“?

Nie. To nie był plan B, po prostu to, że mogę być aktorką, nawet do mnie nie docierało. Przez to, skąd pochodzę, w ogóle nie miałam styczności z prawdziwym teatrem. Na pierwszym spektaklu teatralnym byłam, kiedy miałam siedemnaście lat. Byłam akurat w Radomiu, kiedy kolega zaprosił mnie na „Skrzypka na dachu“. Poczułam ten klimat, ale ciągle nie myślałam o tym, że mogłabym być aktorką. Studiując chemię na UW, któregoś dnia siedziałam w laboratorium, robiąc jak zawsze doświadczenia chemiczne i nagle pomyślałam, że nie chcę, by tak wyglądało moje życie.

Oświeciło mnie, przyszło do mnie natchnienie i ta myśl, że zawsze chciałam być aktorką. Pomyślałam, że jeżeli teraz nie zaryzykuję, za parę lat będę żałować. Dałam sobie tę szansę. Przygotowywałam się do egzaminów. Poprosiłam Wszechświat, by dał mi jakiś znak. Dostałam się.

Z tym przebieraniem coś w tym jest, bo jedną z pierwszych ról serialowych, a do tego kostiumowych, za pośrednictwem której dałaś się poznać szerszej publiczności, była Cudka w "Koronie królów". Jak podsumowałabyś w kilku słowach zmiany, które nastąpiły w Twoim życiu zawodowym po wcieleniu się w rolę Cudki?

Myślę, że fakt, iż zostałam obsadzona w roli Cudki w „Koronie królów“, w żaden sposób nie wpłynął na moje dalsze życie zawodowe. Ludzie, którzy obsadzają nowe seriale i filmy, patrzą sceptycznie na to, kiedy w dorobku pojawia się już jakaś większa rola, z której aktor jest znany.

Podobno każda aktorka marzy o tym, by zagrać w stroju z epoki, zgadzasz się z tym stwierdzeniem? (Śmiech.)

Tak. Od zawsze chciałam zagrać księżniczkę. To było moje dziecięce marzenie, a tu dodatkowo byłam miłością króla, szkoda, że jedną z wielu. Był to mój pierwszy casting, który od razu wygrałam. Miałam dużo szczęścia. Zrobiłam to.

Wielu aktorów marzy też o tym, by grać w tak kultowym serialu, jak "M jak miłość". Ty do stałej obsady serialu, w którym wcielasz się w rolę Kasi Stawskiej, dołączyłaś w 1534 odcinku. Czy zanim trafiłaś do serialu, zdarzało Ci się go oglądać? Miałaś swoich ulubionych bohaterów, ulubione wątki?

Kiedy byłam młodsza, oglądałam serial. Uwielbiałam wątki w Grabinie, panował tam sielankowy klimat,  prawie w każdym odcinku pojawiała się babcia Basia, (w tej roli Teresa Lipowska, przyp. red.) i dziadek Lucjan, (w tej roli śp. Wiotld Pyrkosz, przyp. red.), do których można było przyjść z każdym problemem. Ten seriál pokazuje jaka moc tkwi w rodzinie.

Jak w kilku słowach opisałabyś przemianę, jaką Kasia przeszła na przestrzeni odcinków?

Każda rola jest tak skonstruowana, że bohater przechodzi przemianę na oczach widzów. Moja bohaterka też ją przeszła. Była to przemiana dość klasyczna, z dziewczyny nieco niedojrzałej, niedoświadczonej, naiwnej, ale tak już się dzieje, że gram postaci, które bywają naiwne, zupełnie nie wiem, z czego to wynika. Kasia jest też pełna nadziei i optymizmu, choć wiadomo, że dużo przeszła. Związek z Jakubem (Krzysztof Kwiatkowski, przyp. red.) tchnął w nią nadzieję, że jednak są wartościowi ludzie.

Obecny sezon serialu przyniósł Twojej bohaterce oraz jej partnerowi, (w tej roli Krzysztof Kwiatkowski, przyp. red.) wiele dramatycznych zwrotów akcji. Gdybyś miała określić, najtrudniejszy moment, który do tej pory miałaś w serialu do zagrania, na który mogłoby paść?

Ciężko znaleźć jeden moment. Nie przepadam za graniem dramatycznych scen w dużej ilości, w krótkim okresie czasu, wraca się z tymi emocjami do domu.

Kiedy schodzisz z planu, zabierasz ze sobą te przebyte na planie emocje, czy starasz się zostawić je za sobą?

Staram się je zostawiać za sobą, ale nie zawsze to się udaje. Na planie jesteśmy czasami po dwanaście godzin i przez cały ten czas musimy grać bardzo emocjonalne sceny. Kiedy schodzę z planu, niby wszystko jest dobrze, odczuwam spokój, ale ciało daje mi sygnały. Boli mnie głowa, mam napięte mięśnie.

Trudne sceny niosą za sobą całą gamę trudnych emocji, jaki jest Twój sposób na wywołanie ich w sobie przed ujęciem? Przywołujesz w sobie trudne momenty, myślisz o osobach, które znajdują się w podobnej sytuacji, czy masz na to jeszcze inny sposób?

Na początku miałam tak, że mimo patrzenia na inną osobę, wyobrażałam sobie kogoś z mojego prywatnego życia i przypominałam sobie trudny moment. Po pewnym czasie to jednak przestaje działać. Kiedy jakąś postać gra się dłużej, zna się jej background, to staje się łatwiejsze. Nie muszę sobie tego dopowiadać, bo to wszystko jest już we mnie.

W emisji są właśnie odcinki, w których na horyzoncie pojawia się Justyna, siostra Kasi (w tej roli Magdalena Wieczorek, przyp. red.), która jak się okazuje, ma za sobą burzliwą przeszłość, m.in. problemy z narkotykami, przyczyniła się też podobno do śmierci mamy. Mam takie wrażenie, że nagle widzowie poznają wiele sekretów z życia Kasi. Kiedy to Ty poznawałaś jej życiorys i odkrywałaś fakty z jej przeszłości, co dla Ciebie było największym zaskoczeniem?

Nie jest jakimś zaskoczeniem to, że po tym, co zrobiła jej siostra, odcięła się od rodziny i chciała o tym zapomnieć, zacząć nowe życie, na nowo zbudować siebie. Ja to rozumiem i uważam, że to całkiem racjonalna i rozsądna decyzja. Kiedy zaczęłam ją grać, nie miałam takiej wiedzy na temat jej przeszłości. Ta postać tworzy się na bieżąco.

Serial "Swaci", którego premiera na platformie Polsat Box Go odbyła się 7 kwietnia, jest polską wersją ukraińskiej produkcji "Svaty", emitowanej od roku 2008. Czy w ramach przygotowania do roli miałaś okazję oglądać ukraińską wersję?

Nie widziałam jeszcze efektów, ale praca na planie była cudowna. Kordian Piwowarski jest świetnym reżyserem, energicznym, pełnym pasji. Beata Schimscheiner, Paweł Koślik, Mariusz Kiljan, Monika Krzywkowska…wszyscy są wspaniali, bardzo profesjonalni, czego ja potrzebuję, a kiedy po raz pierwszy zobaczyłam Amelkę Żuchowską, czyli moją serialową córeczkę, byłam zachwycona.

















fot. Olga Tuz

Wielkim plusem jest narracja głosem dziecka, prowadzona przez Amelkę Żuchowską.

W żadnym polskim serialu chyba faktycznie nie było do tej pory takiego zabiegu.

Oglądałaś ukraiński pierwowzór?

Nie. Kiedy grałam w serialu „Kuchnia“, reżyser prosił, abyśmy inspirowali się tą orginalną wersją. W przypadku „Swatów“ było odwrotnie. Proszono nas, byśmy nie zaglądali do oryginału.

Nie ciągnęło Cię jednak, by to zrobić? (Śmiech.)

Jestem zwolenniczką tego, by inspirować się życiem, literaturą… Teraz pracuję nad spektaklem komediowym w Teatrze Kamienica. Mam zagrać tam postać głupiutkiej dziewczyny, która jest sprytna, przebiegła, interesowna. Szuka sponsora, który będzie ją utrzymywał. Pytałam reżysera, czy mógłby mi podpowiedzieć, czym mogłabym zainspirować się, w trakcie tworzenia tej postaci. Powiedział, bym niczego nie szukała na zewnątrz, a przepuściła to przez siebie. Teraz staram się to zrobić. Nie chcę nieudolnie naśladować.

Co takiego Ania w sobie ma, czego nie miały dotychczas odgrywane przez Ciebie bohaterki? Czym "kupiła" Cię ta postać? Za co ją polubiłaś?

Lubię to, że jest zero-jedynkowa i szuka najłatwiejszych rozwiązań. Życie wydaje jej się proste i przyjemne.  Tam nie ma zbyt skomplikowanej psychologii, moja bohaterka ma też dużo szczęścia bo jest otoczona niebywałą miłością i troską.  

Rys komediowy ułatwia, czy utrudnia pracę nad rolą?

Ja teraz bardzo dużo grałam w komediach. Jeśli chodzi o seriale, to pierwsza była „Kuchnia“, potem „Swaci“, a gram też w teatrze „Lekko nie będzie“. Tak, jak mówiłam, kolejny spektakl z tego gatunku, w którym zagram, jest w próbach. Od dwóch lat wszystkie nowe projekty są komediowe. Kiedy przez dwa lata pracowałam na planie „Korony królów“, robiąc jednocześnie też projekty ciężkie emocjonalnie, marzyłam o komedii właśnie. Nie wiem, czy jest mi trudniej, ale mam na pewno większą przyjemność i lekkość, która przekłada się na życie.

Z tego, co kojarzę, nie grałaś nigdy bohaterki, która stała po złej stronie mocy.

Z tego, co ja kojarzę, możesz mieć rację (Śmiech.) Z Ani, którą gram w „Swatach“, próbowaliśmy zrobić żyletę, ale to bardziej ze względu na jej błogosławiony stan i burzę hormonalną, na którą nie ma wpływu. Generalnie to nie jest zła dziewczyna, może ewentualie lekko rozpieszczona.

Czy marzy Ci się taka rola, tak dla kontrastu? (Śmiech.)

Chciałabym zagrać taką rolę, gdzie miałabym pole do tego, by ćwiczyć, być sprawną, mieć długi okres przygotowawczy. Przede wszystkim przełamywać swoje bariery, przekraczać granice. Dowiedzieć się czegoś nowego o sobie, coś przepracować… W skrócie marzę o roli, która będzie wyzwaniem.

Jeśli chodzi o deski teatralne, obecnie można oglądać Cię w dwóch sztukach - "Lekko nie będzie" oraz "Ciotka Karola 4.1". Którą z tych postaci, kreowanych w Teatrze, darzysz większą sympatią? Można tak to w ogóle rozgraniczyć? (Śmiech.)

Nie lubię porównań. Nie tylko zawodowo, ale i prywatnie. Uważam, że relatywizm jest nieodłączną częścią życia, mimo wszystko nie jestem zwolenniczką tego typu myślenia.

Gdybyś mogła wybrać dowolną postać z dowolnej sztuki teatralnej, w jaką chciałabyś się wcielić?

Byłaby to na pewno bohaterka z jakiegoś dramatu Czechowa.

Kiedy to Ty zasiadasz na widowni w Teatrze, zastanawiasz się czasem, jak Ty zagrałabyś daną scenę? Czy oglądanie swoich kolegów na deskach, pomaga też w pracy, którą ma się do odrobienia, przygotowując się do swojej kolejnej roli? Rozbudowuje warsztat?

(Śmiech.) Niestety, bardzo ciężko jest mi oglądać kolegów. Nie lubię tego robić, bo nie umiem na dany spektakl spojrzeć obiektywnie. Nie podążam za fabułą, bo skupiam uwagę na znajomych i śledzę ich ruchy. (Śmiech.)

Kiedy gasną kamery i opada kurtyna, najchętniej i najefektywniej odpoczywasz w naturze i / lub w podróży. Jakie miejsce zachwyciło Cię ostatnio?

Uwielbiam Wiedeń. Lubię galerie i muzea. Każde miejsce tam jest dla mnie arcydziełem. Lubię też Rzym. W bardzo wielu miejscach jeszcze nie byłam.

W podróży lubisz wracać, czy odkrywać?

Zastanawiałam się nad tym, bo planuję kolejny wyjazd. Mam dylemat, czy pojechać tam, gdzie czuję się dobrze i bezpiecznie, czy do nowego miejsca. Do nowych miejsc wolę jeździć sama, a do sprawdzonych z kimś, bo już wiem, co możemy tam zrobić. Lubię pokazywać ulubione miejsca i smaki, dzielić się nimi.

Sama też czasami lubię gotować, ale nie wiem, czy umiem. Moi goście zawsze mnie chwalą. (Śmiech.) Lubię, kiedy na talerzu jest wiele kolorów, warzywa i owoce. Mam też wielką słabość do słodyczy.

Podróż marzeń Pauliny Lasoty to...

Cały czas o tym myślę. Każde takie marzenie, które miałam, zrealizowałam. Bardzo chciałabym pojechać do Paryża, bo nigdy tam nie byłam. Nie lubię krótkich wyjazdów, nie ma opcji, bym zdecydowała się pojechać gdzieś na trzy dni. Tydzień to minimum, bym wiedziała, gdzie ja byłam. Uwielbiam rozkoszować się pobytem na spokojnie. Generalnie nie znoszę pośpiechu, nigdy się nie spóźniam. Nie wyobrażam sobie, by pobiec na jakieś spotkanie z językiem na brodzie, nie zjeść, nie wypić soku na spokojnie, nie rozkoszować się chwilą.

Najbliższe plany.

W czerwcu mam premierę spektaklu w Teatrze Kamienica. Wracam na plan „M jak miłość“. Marzy mi się rola w filmie, choć wydaję mi się, że widownia jest coraz mniejsza, co oczywiście jest bardzo niepokojące.

poniedziałek, 24 kwietnia 2023

Adam Graf o serialu „Na sygnale“, pierwszej pomocy i muzyce [WYWIAD]

 Adam Graf o serialu „Na sygnale“, pierwszej pomocy i muzyce [WYWIAD]

















fot. Mateusz Stępień 

Z Adamem Grafem spotkałam się w Warszawie. Rozmawialiśmy o serialu „Na sygnale“, w którym wciela się w rolę Alka Klisa, przyswajaniu terminologii medycznej, udzielaniu pierwszej pomocy, ale też o muzyce. Najnowszy utwór w repertuarze Adama to „Superstar“ do którego powstał pastelowy teledysk, w którym obok czerni królował róż i kolor niebieski.

Czy od najmłodszych lat przejawiałeś zainteresowania artystyczne, czy miałeś również inne pomysły na siebie?

Byłem mało spolegliwym i dosyć niegrzecznym dzieckiem, więc chcąc nie chcąc, rodzice zapisywali mnie na różne zajęcia. Nigdy jednak nie trafiłem na zajęcia teatralne. Rozbawiałem klasę, była dla mnie widownią. W liceum zapisałem się na zajęcia i jakoś poszło. Zdałem sobie sprawę, że ST jest tym kierunkiem, którym chciałbym iść. Jakimś cudem się dostałem. (Śmiech.)

Jako pierwsza w Twoim życiu pojawiła się muzyka?

Tak. Sporo ludzi z mojego otoczenia robiło muzykę osiedlową. Moja zajawka muzyczna pojawiła się w czasach gimnazjalnych i licealnych. To zostało ze mną do dziś.

Kiedy uświadomiłeś sobie, że te dwie aktywności całkiem sprawnie można łączyć?

No, nie wiem, czy tak sprawnie można to łączyć. (Śmiech.) Moim marzeniem od zawsze faktycznie było, by te aktywności połączyć. Znam parę takich osób, którym to się udało, więc mam nadzieję, że u mnie również.

Mam takie wrażenie, że Twoja muzyka prowadzi fanów przed telewizory, albowiem wiele osób, które znają Twoją utwory, odkrywa seriale z Twoim udziałem. (Śmiech.)

Ciekawe. Wydawało mi się, że jest odwrotnie. Muszę to rozpoznać, bo nigdy się nad tym nie zastanawiałem.

Może czas na singiel o ratownikach medycznych? (Śmiech.) Pytam oczywiście w nawiązaniu do serialu "Na Sygnale", w którym od 384 odcinka wcielasz się w ratownika, Alka Klisa. Czy zanim trafiłeś do serialu, zdarzało Ci się go oglądać?

Oglądałem. Dwukrotnie wystąpiłem też w rolach epizodycznych, ale o tym zaraz porozmawiamy.

Zanim trafiłeś do Leśnej Góry na stałe, w 88 odcinku zagrałeś rolę epizodyczną, wcielając się w Bogusia, partnera jednej z pacjentek. Czy już wtedy przeczuwałeś, że za kilka lat zagościsz w stacji ratownictwa medycznego na stałe? (Śmiech.)

Nie wiem do końca, czy przeczuwałem, ale miała miejsce dość zabawna sytuacja. Kiedy w jednym z odcinków, w którym zagrałem epizod jechałem w karetce z Leą Oleksiak, powiedziała, że fajnie się ze mną pracuje i fajnie, gdybym dołączył do ekipy serialu na stałe.

Może to był jakiś znak? (Śmiech.)

Może tak. (Śmiech.) Lea przypomniała mi o tym, co powiedziała, kiedy dołączyłem już do obsady jako Alek.

Jak każda postać serialowa, czy filmowa, Alek również wzbudza w widzach różne emocje - od pozytywnych, po skrajne. Jak Ty oceniasz swojego bohatera? Moim zdaniem, stoi jeszcze gdzieś pomiędzy, ale już jest jedną nogą po dobrej stronie mocy. (Śmiech.)

Powiem tak. Mam nadwiedzę w postaci poznanych losów mojego bohatera na kilka odcinków do przodu. Rzeczywiście chyba jest tak, że przechodzę na dobrą stronę mocy. Podoba mi się to, że na początku byłem bohaterem skrajnym, a może nawet negatywnym.

















fot. ARTRAMA / MTL MAXFILM /Adam Graf Turczyk jako Alek Klis na planie serialu "Na sygnale"

Był taki moment, w którym knuł przeciwko swoim kolegom ze stacji, zbierał dowody, by im zaszkodzić.

Bardzo ciekawe jest to, że mimo tego ludzie w miarę mnie lubili.

Czy granie postaci z pewnego rodzaju złamaniem, rysą na życiorysie jest większym wyzwaniem aktorskim?

Na pewno jest to ciekawsze. Ciekawe jest to pod tym względem, że wiele rzeczy mogę kreować. Fajnie jest mieszać smaki, być słodko-ostrym, a nie cały czas tylko słodkim. (Śmiech.) Podobała mi się sinusoida tej postaci. Scenarzyści wspaniale to rozpisali. Mam nadzieję, że moja postać jeszcze wiele razy zaskoczy.  

Czy w konsekwencji grania postaci nie do końca pozytywnej, spotykasz się czasem z hejtem? Jak sobie z nim radzić? Jak sobie z nim radzić?

Tak. Z jednej strony mnie to bawi, z drugiej schlebia. Jeśli ludzie myślą, że naprawdę jestem zły, znaczy to, że uwierzyli w to, co robię na ekranie, więc to mimo wszystko, duży komplement dla mnie.

Zastanawiałeś się kiedykolwiek, czy mógłbyś zostać ratownikiem medycznym?

Kiedy zacząłem grać w „Na sygnale“, to ratownictwo medyczne zaczęło mnie coraz bardziej pociągać. Zacząłem się rozglądać za rozszerzonymi kursami ratownictwa medycznego. Nie ma szans, bym robił studia w pełnym wymiarze godzinowym, ale o kursie naprawdę myślę. Fajnie mieć taką wiedzę i umieć ją zastosować, kiedy nastanie taka potrzeba.

Które z czynności medycznych byłbyś w stanie zastosować w razie potrzeby udzielenia pierwszej pomocy osobie poszkodowanej?

Umiałbym przeprowadzić resuscytację krążeniowo-oddechową. Poradziłbym sobie również z udrożnieniem dróg oddechowych. Wiem również, jak zachować się przy ataku epilepsji. Najważniejsze jest to, by choremu podczas ataku niczego nie wkładać do ust. Takie zachowanie grozi uszkodzeniem zaciskanych zębów, a nawet uduszeniem. Ważne, by podczas ataku trzymać głowę poszkodowanego.

Wykonywanie jakich czynności medycznych na planie sprawia Ci frajdę, a co przynosi trudność?

Przyznam, że niewiele rzeczy sprawia mi frajdę. My czynności medyczne łączymy z graniem i dialogiem.

Kiedy kręciłem odcinek, w którym Britney była zaczadzona, miałem ogrom tekstu do opanowania, a podczas jego mówienia mierzyłem ciśnienie, zakładałem wenflon. Myślałem, że będzie to zabawa, a był to hardcore. (Śmiech.)

Jak radzisz sobie z przyswajaniem nazewnictwa medycznego? Długa pamięć krótkotrwała? (Śmiech.)

Do tej pory nie miałem tego nazewnictwa aż tyle do przyswojenia. Da się jednak tych terminów nauczyć na pamięć.

Najtrudniejsze zbitki językowe z planu to... 

Resuscytacja krążeniowo-oddechowa, aorta brzuszna…

Warto też wspomnieć o serialu "Mój Agent", gdzie wcieliłeś się w samego siebie i trochę też pośpiewałeś. (ŚmiechFajnie tak chyba połączyć swoje dwie największe pasje?

Totalnie. (Śmiech.) To już kolejny raz, kiedy mam szansę coś takiego zrobić. Serial na TVN pojawi się 30 kwietnia, ale w player.pl można oglądać, kiedy się chce.

Cieszę się, że zagrałem w tym serialu. Odlot niesamowity. (Śmiech.) W obsadzie wspaniali aktorzy – Krystyna Janda, Ewa Szykulska, Daniel Olbrychski, Marian Opania, Maciej i Jerzy Stuthrowie. Fantasyczne grono i…ja, rodzynek. (Śmiech.) Będzie fajnie. Polecam.

Ostatnio na Twoim kanale na YouTube pojawił się kolejny utwór. Mowa o "Superstar". Bardzo fajny utwór i jeszcze fajniejszy klip. Skąd pomysł na taką realizację?

Z pomysłem przyszedł Bartek Podkawecki, który ten klip kręcił. Bałem się, że wyjdzie sztampowo, a wyszło super. Moim pomysłem były pastelowe kolory – róż przeplata się z czernią i niebieskimi światłami. Bartek świetnie podkręcił wszystko wizualnie. Jestem zadowolony z efektu końcowego.

Gdybyś miał wybrać, który utwór ze swojego repertuaru lubisz najbardziej, na który mogłoby paść?

Moje ulubione utwory to „Superstar“ i „Kardigan“.

Obecnie skupiasz się na ostatnim singlu, czy pracujesz już nad czymś nowym?

Obecnie mam przygotowane dwa nowe teledyski, więc tempo jest. (Śmiech.)

Jak znajdujesz na to czas przy takiej ilości zajętości?

(Śmiech.) Nie mam pojęcia. Nie śpię.

12 maja mam premierę spektaklu, którego scenariusz do przyswojenia leży właśnie na stole. Bardzo dużo tekstu. To będzie spore wyzwanie.