niedziela, 4 grudnia 2022

Anna Moskal: "Teatr jest moim domem"

Anna Moskal: "Teatr jest moim domem"



















fot. Paulina Holtz

Podczas odbywającego się w październiku 31. Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Bez Granic/Bez hranic w Cieszynie i Czeskim Cieszynie grany był m.in. spektakl „Sztuka intonacji“ Teatru Dramatycznego w Warszawie.

Miałam okazję rozmawiać z aktorką, Anną Moskal, która w tym spektaklu zagrała.

Spotykamy się w Cieszynie w ramach Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego "Bez granic". Nie jest to pani pierwsza wizyta w tym mieście. Jakie są pani ulubione miejsca w Cieszynie?

Cieszyn znam od niedawna, bo przy okazji festiwalu filmowego „Kino na Granicy“, w zeszłym roku przyjechałam na zaproszenie Łukasza Maciejewskiego, by spotkać się z widzami po filmie „Wolka“, w którym zagrałam. Cieszyn bardzo mi się wtedy spodobał. Zadomowiłam się w kawiarni „Kornel i Przyjaciele“, bo jestem wielką fanką Wisławy Szymborskiej (to moja ukochana poetka - co za tym idzie, czytałam też prozę Kornela Filipowicza) i uważam, że to wspaniałe miejsce z duszą. Bardzo lubię też tutejszy Zamek, jego okolicę i Browar. Teatr też jest wspaniałym miejscem. Mam nadzieję, że będziemy mieć pełną widownię, a nasze przedstawienie będzie ciekawe  dla publiczności.

Czy można stwierdzić, że teatr jest dla pani miejscem szczególnym?

Teatr jest moim domem i takim miejscem, gdzie czuję się bardziej u siebie, niż w innych miejscach.

Dziś wystawiony zostanie spektakl "Sztuka intonacji". To sztuka, która na co dzień gości w stałym repertuarze Teatru Dramatycznego w Warszawie. W małych zadymionych mieszkaniach, przy kawiarnianych stolikach, przy czarnej herbacie i kawie po turecku, przy wódce i winie, toczą się rozmowy o istocie teatru. Zdarza się Pani czasami rozmawiać o istocie teatru także poza sceną?

Oczywiście. Teatr jest dla mnie bardzo ważny i właściwie takie pytanie, czym jest i po co my go robimy towarzyszy mi stale. Mąż jest aktorem a syn licealista zarabia sobie jako bileter, drugi pisze - teatr zawsze był tematem naszych rozmów przy stole.

Tworząc ten spektakl, Tadeusz Słobodzianek zaglądał daleko za kulisy i czerpie inspiracje z historii teatru, aby opowiedzieć o geniuszu i tworzeniu się wielkich idei, ale też o słabościach ludzkich i prozie życia. Czy pani, w ramach pracy nad rolą również czerpała inspiracje z historii teatru? Co panią najbardziej zaciekawiło w tym temacie?

W tekście wszystko jest, więc zapraszam, by obejrzeć spektakl “Sztuka intonacji”, bo to naprawdę kawał historii światowego i polskiego teatru. Gram Asystentkę postać wzorowaną na  Irinie Sergiejewnej–Wulff, pierwszej i zarazem czwartej żonie wielkiego twórcy rosyjskiego teatru Jurija Zawadskiego, którym Grotowski spotkał się dwukrotnie w Moskwie, aktorki i reżyserki, pedagożki aktorstwa. To kobieta,która towarzyszy wielkim mistrzom i uczy nowych mistrzów, można powiedzieć "kobieta z cienia"...

Na scenie spotykamy najciekawsze postaci teatru XX wieku, m.in. Tadeusza Kantora, Jerzego Grotowskiego, Ludwika Flaszena. Kto pani zdaniem był najciekawszą postacią teatru XX wieku?

Nie potrafię wybrać jednej osoby. Nie potrafię też stwierdzić, czy Kantor, czy Grotowski, wywarł silniejszy wpływ na teatr, natomiast na pewno ich obecność w teatrze była bardzo znacząca. Gdybym miała powiedzieć co zostawili po sobie trudno byłoby określić, ale bez ich wkładu inny zupełnie prawdopodobnie byłby proces pracy aktora, reżysera, inne rozumienie estetyki teatralnej. Spotkanie z nimi na scenie, pamięć o nich przez sztukę, ożywienie ich przez Łukasza Lewandowskiego i Modesta Rucińskiego,Adama Ferencego to swego rodzaju hołd dla nich. Koledzy wykonali pracę dokumentalną niemalże. Kiedy Łukasz Lewandowski wchodzi na scenę mamy poczucie, że pojawił się wśród nas żywy Grotowski.

Na przekazaniu jakich emocji ze sceny się pani skupia?

Ja nie skupiam się na przekazywaniu emocji, tylko na przeprowadzeniu postaci, jej tekstu tekstu i wyrażeniu jego sensu. Towarzyszą temu różne emocje, za każdym razem inne, ale bardziej zależy mi na tym, by ze sceny przekazać opowieść i być elementem tego, co ze sceny idzie do widza, a emocje, które temu towarzyszą, są zawsze wypadkową tego konkretnego spotkania.

Czasami rola, czy to teatralna, czy do odegrania przed kamerą, wymaga też pokazania trudnych, czasami nawet skrajnych emocji. Ma pani swoje sposoby na przygotowywanie się do takich scen?

Kiedy oddaję siebie na użytek tekstu i roli i tworzę naturalne środowisko do tego, by przeze mnie przepływały, wtedy po prostu pojawiają się same. Tu gram alkoholiczkę, osobę, którą dużo kosztuje to, że jest w cieniu wielkiego męskiego ego. Mam tu do pokazania trudne emocje, choć wolałabym je raczej nazwać kosztownymi, bo dla aktora nie ma trudnych emocji. Czasem zdarza mi się tracić głos po tym spektaklu - kiedy gram scenę delirium alkoholowego, głośno krzyczę. Spotykam się tutaj z takimi emocjami jak zazdrość, zawiść, nienawiść, poczucie bycia niedowartościowaną, gorszą. Pojawia się tutaj również poczucie odrzucenia, lęk i strach oraz wszystko inne, co towarzyszy nałogowi. To trudne rzeczy, ale bardzo ludzkie, więc z przyjemnością się w to zanurzam i z radością gram ten spektakl. Na scenie przerabiamy różne emocje, ale kiedy  w naturalny sposób dokonuje się katharsis - kończymy ten proces w sobie. Czasami szybciej, czasami wolniej.

Nigdy nie ma pani problemu z wyjściem z roli?

Nie. Nigdy nie mam problemu ani z wejście w rolę, ani z wyjściem z roli, bo jest dla mnie naturalnym, że kiedy kończy się przedstawienie, w trakcie oklasków następuje pewnego rodzaju domknięcie. Kiedy zdejmuję kostium, zmywam makijaż i rozpuszczam fryzurę, wracam do siebie. Dzielenie się nie swoimi historiami i emocjami z widzami jest pewnego rodzaju sposobem na życie. To dla mnie coś tak naturalnego i oczywistego, jak oddychanie czy jedzenie. (śmiech)

Co w tej sztuce najbardziej się pani podoba, a za co, pani zdaniem, cenią ją widzowie?

Najbardziej podoba mi się to, że jest to opowieść o ludziach z pasją i myślę, że to też najbardziej podoba się widzom.  Na początku zastanawialiśmy się, jak taka ilość historii teatru będzie odebrana przez widzów. Obawialiśmy się, że dla widowni może to być hermetyczne i trudne. Okazało się, że wcale tak nie jest. Na nasz spektakl przychodzą widzowie, którzy czasem nie mają żadnej wiedzy na temat Grotowskiego czy Kantora i są bardzo wciągnięci w tę akcję. Mimo, że spektakl trwa prawie cztery godziny, to ogląda się go wartko. Moim zdaniem dzieje się tak dlatego, że to historia o marzycielach. Pasja jest tu głównym motorem naszych bohaterów.

Podobnie jak w przypadku festiwalu „Kino na Granicy“, głównym celem i atrybutem Festiwalu Teatralnego Bez Granic jest łączenie kultury polskiej, czeskiej i słowackiej. Jakie są trzy rzeczy, z którymi kojarzą się pani Czechy?

Czechy kojarzą mi się z dobrym piwem (śmiech), świetną literaturą, zamiłowaniem do czytania i poczuciem humoru, dystansem i lekkością.

Porozmawiajmy jeszcze o innych projektach. "Po sezonie", "Chłopiec z Marsa" oraz "Tylko do świtu", to kilka etiud szkolnych, w których pani zagrała. Czy można zatem stwierdzić, że lubi pani pracować z młodymi twórcami? Co jest dla pani w tej współpracy najważniejsze?

Tak. Bardzo lubię spotykać się z młodymi reżyserami. Przede wszystkim dlatego, że oni lubią się spotykać ze mną. Mają dla mnie ciekawe zadania i propozycje. Zawsze byłam przede wszystkim człowiekiem teatru i szansa sprawdzenia się przed kamerą, która pojawiła się dzięki etiudom, była dla mnie okazją, by z tego teatru trochę wyjść i zacząć pracować dla filmu, co bardzo dużo mi dało. Wiele z tych relacji potem przenosi się na moje życie zawodowe - większość studentów pracuje później w branży i nasze drogi się w różnych momentach przecinają. Uczę się tak samo, jak oni, a etiudy szkolne są fajnym pretekstem do pozwalania sobie na eksperymenty.

W produkcji jest film "Ryfka", w którym pani zagrała. To historia odbudowy trudnych relacji między córką i ojcem. Jaka jest pani rola?

Gram nauczycielkę śpiewu głównej bohaterki - nastolatki, którą w trudnym momencie jej życia otaczają dojrzałe kobiety, a nie do końca potrafią jej pomóc, wesprzeć ją. Oprócz mnie w takich epizodach wzięły udział m.in. Izabela Kuna i Magdalena Cielecka. Ale przede wszystkim cieszę się ze spotkania z reżyserem Kubą Michalczukiem i z Sonią Szyc, która gra główka bohaterkę a Jej tatę gra prawdziwy tata - Borys Szyc. To będzie chemia na ekranie…

Czy lubi Pani oglądać siebie na ekranie, czy tak, jak większość aktorów, tego nie cierpi? (śmiech)

Nie lubię, ale oglądam - trzeba wiedzieć, jakie błędy się zrobiło i co można poprawić, więc traktuję to jako część procesu twórczego.

sobota, 3 grudnia 2022

Iwona Pavlović: „Od każdej edycji oczekuję zawsze czegoś nowego, innego, nietypowego“

 Iwona Pavlović: „Od każdej edycji oczekuję zawsze czegoś nowego, innego, nietypowego“




















fot. zdjęcie nadesłane

Z Panią Iwoną Pavlović spotkałam się przy okazji kolejnej edycji Beskid Cup w Jaworzu. Rozmawiałyśmy o tenisie, ale nie przeszłyśmy obojętnie obok „Tańca z gwiazdami“.

Poruszyłyśmy również temat jej udziału w programie „Wielka ucieczka“. „Nie jest znaleźć się za kratami i czuć, że one nas ograniczają Oby w prawdziwym życiu nikt nie musiał tego doświadczać“ – mówiła.

Dziś spotykamy się na XVI Beskid Cup - Turnieju Tenisa Ziemnego Artystów Polskich. Jest Pani stałym bywalcem tej sportowej imprezy. W czym upatruje Pani jej największy sukces?

Tak naprawdę, rzeczywiście mam przyjemność tutaj być już nie pierwszy raz, ale ile razy już brałam udział w tej imprezie, tego nie pamiętam. Uważam, że sukcesem są tutaj organizatorzy, którzy są bardzo profesjonalni i organizują ten Turniej pod względem technicznym naprawdę spektakularnie. Wszystko jest zapięte na ostatni guzik. Są niesamowitymi gospodarzami, są mili i serdeczni. Większość artystów, którzy są, to nie tylko osoby, które grają w tenisa, ale też przyjaciele organizatorów. Można tu poczuć rodzinną atmosferę. Między nami wszystkimi panuje szczególna więź. Każdy chce tu przyjechać. (Śmiech.)

Jako, iż regularnie uprawia Pani tenis, nie musiała się Pani jakoś specjalnie przygotowywać do tych rozgrywek, prawda?

Grają tutaj mężczyźni. Ja tym razem nie gram, ale kiedy zagrają tutaj kobiety, zrobię to z przyjemnością.

Pamięta Pani moment, w którym po raz pierwszy zauroczyła się tenisem?

Tak, ponieważ byłam na pierwszym Turnieju tenisowym w Niechorzu, u równie znakomitego organizatora, Adama Grochula. Tam błam podobnie jak tu tylko gościem, ale padła nieco żartobliwa propozycja, czy nie zagram, bo było za mało kobiet. W ogóle nie umiejąc wtedy jeszcze grać, a mając dobrą koordynację ruchową, z przyjemnością poruszałam się na korcie i zaczęłam od tego momentu brać lekcje gry w tenisa. Nie gram regularnie, ale często robię to dla przyjemności.

Z programem "Taniec z gwiazdami", który przyniósł Pani rozpoznawalność i sympatię publiczności, jest Pani związana od samego początku. Czego oczekuje Pani od 26. edycji, która w Polsacie startuje już 29 sierpnia?

Od każdej edycji oczekuję zawsze czegoś nowego, innego, nietypowego. Czegoś, co mnie zaskoczy. Mimo tego, że jestem sędzią, który ocenia gwiazdy również pod względem technicznym, to jednak oczekuję też emocji. Chcę, by uczestnik zatańczył tak, by zadziałało to na mnie nie tylko pod względem technicznym, ale też emocjonalnie. Chodzi o to, by ten kto tańczy np. mnie rozbawił lub doprowadził jakąś konkretną emocją do płaczu. Uważam, że kiedy sztuka działa na nas emocjonalnie, spełnia swoje zadanie.

Mam wrażenie, że jest Pani takim jurorem, który docenia postępy, ale umie też zwrócić uwagę. Jak Pani siebie ocenia w tej roli?

Bardzo się cieszę, że tak Pani mnie odbiera. (Śmiech.) Ja siebie w tej roli odbieram dokładnie tak samo. Doceniam postępy w tańcu, ponieważ sama się tego uczyłam i wiem, ile trudu i pracy kosztuje nauczenie się każdego, nawet najmniejszego ruchu. Laicy nie znają tego trudu, wydaje im się, że zatańczyć idzie lekko, łatwo i przyjemnie, a tak nie jest.

Jako sędzia znam wartość techniczną tańca i czasami oceniam też pod tym kątem. Jeżeli ktoś bardzo słabo tańczy, wpada wtedy niestety pod skrzydła mojej negatywnej oceny. Kiedy ktoś tańczy dobrze, dostaje wysokie noty.

Wzięła Pani udział w programie "Wielka Ucieczka", emitowanym w Czwórce. Co Panią do tego skłoniło? Lubi Pani tego rodzaju wyzwania?

Jestem osobą dosyć otwartą, nie boję się nowych wyzwań. Kiedy dowiedziałam się, że będę w tym programie w parze z Ewą Kasprzyk, bardzo się ucieszyłam, bo to pozytywna i radosna kobieta. Choć traktowałyśmy nasz udział w programie bardzo poważnie, nasza ucieczka była radosna i pełna śmiechu. Przeżyłyśmy prawdziwą przygodę.

Start każdej ucieczki rozpoczyna się w więzieniu. Znaleźć się za kratami to ogromny dyskomfort, prawda?

Pomimo, że był to program nagrywany i wiadomo było, że to zamknięcie było na niby, to muszę powiedzieć, że nie jest miłe tam się znaleźć i czuć, że ograniczają nas kraty w oknach. Oby w prawdziwym życiu nikt nie musiał tego doświadczać.

Jak już wspominałyśmy, duet tworzyła Pani z Ewą Kasprzyk, z którą poznałyście się, kiedy w duecie z Janem Klimentem występowała właśnie w "TzG". Czy to pomogło Wam stworzyć bardziej zgrany duet?

Myślę, że nie, ponieważ choć poznałyśmy się przy okazji „TzG“, to nie miałyśmy jakiegoś dużego, prywatnego kontaktu. Wbrew pozorom jesteśmy inne, ale mamy podobne poczucie humoru, z dystansem podchodzimy do życia i to nas łączy.

W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że to właśnie dzięki Pani Ewie ta ucieczka była dla Pani piękną przygodą.

Tak, ze swoich wzajemnych zachowań momentami płakałyśmy ze śmiechu. Było to coś niesamowitego.

Czy teraz, kiedy na własnej skórze przekonała się Pani, na czym polega ta formuła, zdecydowałaby się Pani na ponowny udział w tym programie?

Tak, zdecydowanie. Polecam. (Śmiech.)

Co sprawiło Pani w tym programie największą frajdę, a co było najtrudniejsze?

Trudności nie było, udział w tym programie był dla mnie ogromną frajdą. Nie postanowiłyśmy, że za wszelką cenę uciekniemy. Finalnie nam się nie udało. Postawienie takiego celu zabrałoby nam pewnie z tego wyzwania całą przyjemność.

Na swoim profilu na Instagramie chętnie dzieli się Pani swoim życiem zawodowym, ale również zdjęciami z podróży. Jakie miejsce zachwyciło Panią ostatnio?

Najbardziej jestem zachwycona włoską wyspą, która znajduje się nad Sardynią – Maddalena Island. To wyspa z pięknymi zatokami. Widziana z punktu wody robi wrażenie.

Podróż marzeń Iwony Pavlović to...

Australia. Może kiedyś… Daleko, inaczej i nietypowo.

piątek, 2 grudnia 2022

Sylwia Nowiczewska: „Jestem zmianą, ale cały czas jestem też sobą“

 Sylwia Nowiczewska: „Jestem zmianą, ale cały czas jestem też sobą“ 














fot. zdjęcie nadesłane

Aktorka, lektorka. Lubi ludzi, mówi, że każdy człowiek jest dla niej inspiracją. Pasjonatka życia. Hołduje zasadzie, że życie jest zmianą, wobec której każdy z nas ma dwa wyjścia – zaakceptować ją albo z nią walczyć. Sylwia Nowiczewska nie zatraca jednak w tym wszystkim siebie.   

Na co dzień można oglądać ją w roli Baśki Gromniakowej, w “Leśniczówce”.

Uwielbiam na siebie patrzeć w „Leśniczówce“. Jest to postać, która ma ze mną bardzo mało wspólnego. Jest oczywiście zbudowana na mnie, ale ja nie mam takich cech charakterologicznych jak moja ukochana Gromniakowa. Prywatnie nie muszę wszystkiego o wszystkich wiedzieć - wręcz przeciwnie. Baśka wie wszystko! Jestem nią oczarowana – mówi. 

Już na pierwszy rzut oka sprawia Pani wrażenie osoby niezwykle pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. Z czego na co dzień czerpie Pani najwięcej siły?

Na co dzień najwięcej siły czerpię z ludzi i z piękna . Wokół jest tak dużo piękna, a my na co dzień w ogóle nie zwracamy na niego uwagi. Lubimy epatować tymi negatywnymi rzeczami, które nas otaczają. U nas nie jest popularne mówienie, że jest dobrze. Nie wiem, czy to jest kulturowe, czy wynika z czego innego, ale mam wrażenie, że jak jest dobrze, to nie ma o czym rozmawiać. Czasami jest tak, że kiedy dzwonię do mamy i ona pyta, co u mnie, a ja odpowiadam, że wszystko dobrze, to mama się denerwuje, że jest jak zwykle. (Śmiech.) Uważam, że to wspaniale, że jest fajnie. Czasami sobie myślę, że kiedy tak odpowiadamy, ludzie zastanawiają się, czy nie oszukujemy. (Śmiech.)

Kiedy poświęcamy swoją uwagę jakiejś jednej rzeczy, bardzo ją wzmacniamy. Kiedy myślimy o jej dobrych, pozytywnych stronach, przyciągamy je, wydarzają się.

Kluczowy też jest fakt, że lubi Pani ludzi, prawda?

Uwielbiam się przyglądać ludziom, wręcz gapię się na ludzi. (Śmiech.) Czasami niektórzy źle na to reagują, bo bardzo wiele osób myśli, że przyglądając się komukolwiek, wyglądam ich niedoskonałości. Ja patrzę po prostu na człowieka. Staram się go poczuć. Miałam taki czas, że kiedy ktoś się śmiał,byłam przekonana, że śmieje się ze mnie – wtedy – dawniej,  ja czułam się sama ze sobą źle – dlatego rozumiem taką postawę, pamiętam ją.

Mam przyjemność czytać wykłady  mnicha buddyjskiego Ajahna Brahma. Bardzo pięknie mówi o tym, że kiedy mamy kilkanaście lat, bardzo przejmujemy się tym, że inni o nas pomyślą. Mając ponad dwadzieścia lat przejmujemy się już trochę mniej, a mając pięćdziesiąt lat zdajemy sobie sprawę z tego, że wszyscy nas mają w głębokim poważaniu i nikt o nas nie myśli. (Śmiech.) Gdybyśmy wiedzieli o tym wcześniej, mniej czasu tracilibyśmy na przejmowanie się.

Pani nie chce trwonić energii na przejmowanie się.

Nawet nie, że nie chcę. Ja po prostu tego nie robię. Po prostu.

Jak Pani do tego doszła?

Bardzo lubię to pytanie. (Śmiech.)

Piotr Żyła po jednym z pierwszych swoich bardzo udanych skoków, rozmawiał z dziennikarzem, który zapytał, jak to zrobił, że tak dobrze skoczył. Żyła powiedział wtedy – „Ot tak, o“. Pomyślałam wtedy, że tak właśnie jest. Możemy coś robić długo i mozolnie. Możemy również sobie powiedzieć tak, jak Piotrek – „ot tak, o“. Taka jest więc moja odpowiedź na to pytanie. (Śmiech.)

Jakie osoby Panią inspirują w codziennym życiu?                                  

Inspiracją może być każda osoba, którą spotykamy. Tak jest w moim przypadku. W  każdej osobie jest coś niesamowitego. Nikogo nie spotykamy przypadkiem, wszystko dzieje się po coś. Kiedy coś się dzieje, czasem bardzo trudno nam jest dostrzec sens albo piękno. Być może dostrzeżemy to po jakimś czasie, być może nigdy, ale według mnie, każda osoba z którą się spotykamy, ma dla nas ogromne znaczenie.

Aktorka, lektorka? Które z tych słów najlepiej Panią opisuje w tym momencie?

Bardzo trudno jest mi odpowiedzieć na to pytanie, ponieważ lektorstwo i aktorstwo to moja praca. Staram się robić ją zawsze w danym momencie jak najlepiej potrafię i mogę.

Które z tych zamiłowań jako pierwsze pojawiło się w Pani życiu?

Aktorstwo było pierwsze, ale już w Akademii Teatralnej odkryłam, że mogę także czytać.

Łączyła to Pani już na etapie AT?

Tak. Na trzecim i czwartym roku miałam przyjemność uczestniczyć w audycji „Tylko bez polityki, proszę“. Audycję prowadziła Pani Ania Semkowicz. Zapraszała aktorów, którzy dawali nam uwagi, jak mamy czytać tekst. Nauczyłam się wtedy bardzo dużo, jeśli chodzi o pracę z mikrofonem. To bardzo specyficzna praca. Okazało się, że jestem w tym dobra. To fantastycznie, móc powiedzieć o sobie, że jest się w czymś    naprawdę dobrym. Mogę tak o sobie powiedzieć, jeśli chodzi o lektorstwo, ale jeśli chodzi o inne rzeczy, to nie wiem.





















fot. zdjęcie nadesłane

Bycie lektorem, podobnie jak dubbing, opiera się na pracy głosem. Co w tej pracy głosem jest dla Pani najważniejsze?

Sens. Jeżeli nie widzę sensu reklamowania moim głosem np. produktu albo sprawy, z którą się nie utożsamiam, to tego nie robię. Jestem osobą, która np. nie czyta spotów politycznych, ponieważ absolutnie nie chcę mieć z polityką nic wspólnego.

Wracamy do określenia swoich granic, o których mówiłyśmy na początku.

Tak. Bardzo ważne, by wiedzieć, gdzie ma się te swoje granice.

Uwielbia Pani stwarzać światy czytając audiobooki. Proszę powiedzieć coś więcej. Co kryje się pod tą definicją "stwarzania światów"?

Uwielbiam stwarzać światy. Kiedy czytam jakąś opowieść, jestem w studio tylko ja, mikrofon i to, co mam do przeczytania. Ja czytam te literki, więc ja ten świat stwarzam.  To ode mnie zależy, jak tę postać przeczytam, jaki jej nadam charakter, jaki będzie miała ton głosu, na co położę nacisk. Czytając każde zdanie, można zaakcentować tak naprawdę każde słowo. Oczywiście, jeżeli nie zważa się na zasady języka polskiego, które mówią o tym, który wyraz lub sylaba mają być zaakcentowane. To ja decyduję. Ufam, że udaje mi się te światy stwarzać prawdziwie. Zawsze jednak zaskakuje mnie, kiedy ktoś mówi, że ktoś słuchał jakiegoś audiobooka w moim wykonaniu. Kiedy jestem w studio, nie myślę, że ktoś będzie tego słuchał, w tym momencie zajmuję się tylko i wyłącznie tą określoną historią. Tkwi w tym też głębszy sens, ponieważ jeżeli miałabym myśleć o odbiorcy, to zatraciłabym siebie. Odbiorców jest tak wielu, że trudno byłoby  dopasować swój sposób czytania do jakiegoś konkretnego odbiorcy, słuchacza. Po prostu należy to przeczytać dobrze, zgodnie ze sobą i wtedy to będzie prawdziwe i fajne. Ufam, że tak jest.

Czy ma Pani jakiś jeden, konkretny rodzaj audiobooków, przy których czytaniu najlepiej się czuje?

Nie. Natomiast ogromne wrażenie zrobiła na mnie „Saga o Ludziach Lodu“, autorstwa Margit Sandemo. Było to czterdzieści siedem niedużych tomików. Oj, trochę czasu spędziłam w studio. (Śmiech.) Niektórzy mówią, że to fantasy, bo są tam opowieści o różnych stworzeniach, istotach, czarownicach. Margit uważała, że opisuje świat, który istnieje. Pomyślałam, że jej wierzę. Podczas czytania był to dla mnie świat autentyczny, do tej pory myślę o tym, co dzieje się u tych moich postaci.

Pamięta Pani taki decydujący moment, kiedy postanowiła zawodowo poświęcić się właśnie tym dziedzinom?

Nie było takiego momentu, że od zawsze wiedziałam, że będę aktorką. U mnie było to harmonijne. Przejście od czytania sobie w domowym zaciszu, przez uczestniczenie w akademiach. Potem było kółko teatralne w Radomiu, z Panią Dorotą Kolano, cudowną instruktorką. Później nastąpiła próba dostania się do Państwowej Wyższej szkoły Teatralnej (dawna nazwa Akademii Teatralnej)- przy czym od razu mówię – obiecałam  sobie, że albo się dostanę za pierwszym razem, albo po prostu pójdę w innym kierunku, nie oglądając się za siebie. Gdybym się nie dostała, pewnie byłabym teraz polonistką.

Czyli, był plan awaryjny…

Nie, nie było. (Śmiech.) Tak naprawdę, był to plan mojej mamy, która poprosiła, żebym złożyła papiery na polonistykę i prawo. Jako grzeczna, dobrze ułożona dziewczyna zrobiłam to, ponieważ to, co mówiła, wydawało mi się rozsądne. Natomiast, nie był to mój plan, a coś, z czym się zgodziłam. Postanowiłam, że jeśli mi się nie uda, to faktycznie pójdę w inną stronę, ale w głębi siebie nie brałam pod uwagę takiej możliwości.
























fot. zdjęcie nadesłane

Na pytanie "KIM JESTEM", które pada na Pani oficjalnej stronie, odpowiada Pani m.in., że jest zmianą. Czym jest dla Pani pojęcie zmiany?

Uważam, że życie jest zmianą. Każdy dzień jest inny. Każdego ranka budzimy się inni.  Można oczywiście próbować tkwić w starych schematach albo w wyobrażeniach, że ktoś jest po prostu taki i taki. Można – tylko czy wtedy czegokolwiek możemy się nauczyć? Czy wtedy poznamy w pełni siebie samych? Czy otworzymy się na innych? Czy poczujemy, że żyjemy?   

 Piękno jest w nas, w środku, i nie jest istotne, ile mamy zmarszczek, czy lat.

Przyznaję, że etap pojawienia się zmarszczek dla kobiety może być trudny. Dla mnie również nie było to łatwe. Pamiętam, że kiedy ta pierwsza zmarszczka pojawiła się u mnie, to rozmawiałam z nią. Pytałam, czy ma zamiar długo zostać, czy wpadła tylko na chwilę. Kiedy spostrzegłam, że rozsiadła się na dobre, postanowiłam ją zaakceptować. Wyjścia mamy dwa – zaakceptować zmianę lub z nią walczyć.  Jestem przeciwniczką konfliktu i walki. Uważam, że każdy, kto przystępuje do konfliktu, jest z góry przegrany. Nie walczyłam zatem - pokochałam swoje zmarszczki. Pojawiają się nowe, a ja z nimi rozmawiam. One o dziwo, odpowiadają mi czasem, a czasem ze mną polemizują, czy się polubimy. (Śmiech.)

To, że w naszym ciele następują zmiany, nie znaczy, że nie mamy o swoje ciało dbać i tak po prostu im się poddać. Wiem, że jestem zmianą, ale cały czas jestem też sobą i to akceptuję. To fantastyczna sprawa.

Jak odnajdywała się Pani w czasie pandemii, kiedy to zmieniło się prawie wszystko? Mam tu na myśli m.in. nagrywanie selftapów...Jak Pani sobie z tym radzi?

Nie radzę sobie. (Śmiech.) To dla mnie czarna magia, więc niestety nie biorę udziału w castingach tego typu lub robię to naprawdę rzadko.

Ciągle coś psuję. (Śmiech.) Trzeba nakręcić samego siebie, a to mi nie wychodzi. Czasem perfekcjonizm mi w tym zwyczajnie  przeszkadza. Trzeba umieścić materiał na YouTube, i jeśli nawet sobie z tym poradzę, to wchodzi mi jakiś filtr, którego nie umiem się pozbyć. Pojawiają się nawet jakieś dzióbki. (Śmiech.) Wysłałam kilka takich castingów, ale to dla mnie krew, pot i łzy. Telefon służy mi do komunikowania, innych rzeczy nie ogarniam. (Śmiech.)

Na Pani oficjalnej stronie widnieje lista trzech najbardziej lubianych przez Panią swoich serialowych wcieleń. Według jakiego klucza je Pani wybierała?

Były to trzy seriale, w których grałam główne role i dlatego znalazły się w tym zestawieniu. (Śmiech.)

Wolę siebie słuchać, niż na siebie patrzeć. Jestem perfekcjonistką i to duży kłopot. Zawsze uważam, że coś mogłam zrobić lepiej, więc bardzo rzadko wracam do tego, co zrobiłam. Kiedy przypomne sobie, jak poszczególne projekty robiłam, to wiem, że tworzyłam je z należytą starannością i zaangażowaniem – że włożyłam w nie siebie. Natomiast, kiedy oglądam siebie na ekranie, to jeszcze coś bym dodała, a z czegoś innego zrezygnowała.

Lubi Pani oglądać siebie na ekranie?

Nie za bardzo.

Z czego to wynika?

Uwielbiam na siebie patrzeć w „Leśniczówce“. Jest to postać, która ma ze mną bardzo mało wspólnego. Jest oczywiście zbudowana na mnie, ale ani ja nie mam takich cech charakterologicznych jak moja ukochana Gromniakowa. Prywatnie nie muszę  wszystkiego o wszystkich wiedzieć - wręcz przeciwnie. Baśka wie wszystko o wszystkich, jestem nią oczarowana.


















fot. zdjęcie nadesłane / Sylwia Nowiczewska i Robert Czebotar na planie serialu "Leśniczówka".
















fot. Anna Seniuk, Sylwia Nowiczewska i Robert Czebotar na planie serialu "Leśniczówka". 


Gra się dobrze postać z takimi cechami charakteru?

Fantastycznie. Cudownie się bawię w towarzystwie Basi Gromniakowej.

Lubi wcielać się Pani w postaci, które wymagają cech charakteru, których prywatnie Pani nie posiada?

Tak. Ona jest kompletnie wymyślona. Jest piękna. Kocham ją za to, że tak po prostu mówi to, co akurat w danej chwili myśli. Za pięć minut zmienia zdanie i także z absolutnym przekonaniem o tym mówi. Jest  absolutnie wierna sobie. Zaskakuje mnie za każdym razem. Nigdy nie wiem co też Basieńka wymyśli. Jaka będzie dziś. Wszystko jest w niej spójne, tam nie ma kłamstwa. To przyjemność ją grać.

Ewa z serialu „Lekarze na start“ też była fantastyczna. Podrywała młodych chłopaków, ale była świetnym specjalistą. W formie wypowiedzi była bliższa mnie samej, niż Baśka. Krytykując doktor Golan, łatwiej było urazić mnie samą. Baśka jest kompletnie inną postacią. Wymyka się każdemu określeniu.

W "Lekarzach na start" nie tylko występowała Pani w tzw. "białym kitlu", ale też mierzyła się z nie zawsze łatwą i zrozumiałą terminologią medyczną. Pamięta Pani jeszcze jakieś zbitki językowe?

Broń Boże (Śmiech.) Uczyłam się ich i natychmiast zapominałam. Pamięć aktorska to genialna sprawa. (Śmiech.)

Na próżno szukać Pani profilu na Instagramie. Nie wierzy Pani w siłę internetu?

Kompletnie się nad tym nie zastanawiałam. Wiem, czym jest Instagram, wiem, że jest to jedna z najpopularniejszych aplikacji.

Często jest Pani pytana o to, dlaczego na próżno szukać tam Pani profilu?

Bardzo często, ponieważ chcą mnie w czymś oznaczyć, a nie mogą.

Spotykam się z tym, że profil na Instagramie pomaga w pozyskiwaniu angaży w nowych projektach.

Pewnie tak, ale ja wolę żyć, niż żyć Instagramem. (Śmiech.)

Z nostalgią zdarza mi się wracać do zdjęć, które zrobiłam, ale nie wiem, czy mam potrzebę pokazywać je światu. Chyba nawet nikogo za bardzo by to nie zainteresowało. Zdaję sobie, że jest to forma promocji, reklamy, tylko że wolę położyć nacisk na coś innego w moim życiu.

Kiedy spotykam się z przyjaciółmi, nie chcę ich obfotografowywać i oznaczać na Instagramie. Mam dość nietypowe podejście do takich spraw.

Najbliższe plany zawodowe.

Trudno opowiedzieć człowiekowi, który zdaje się na los,  o najbliższych planach zawodowych. Zobaczymy. Jestem wolnym strzelcem, a to pozwala na dokonywanie różnych wyborów. To jest piękne.               

Kręcimy „Leśniczówkę“, przed Basią nowe wyzwania. Nie zamykam się tylko na aktorstwo i lektorstwo. Odkryłam ostatnio, że mogę być pożyteczna.    W tym kierunku będę kierować swoją uwagę, ale nic więcej nie powiem.