piątek, 14 lutego 2025

Aleksander Bożyk o serialu "M jak miłość". Wspomina Kamińskiego i Precigsa [WYWIAD]

 Aleksander Bożyk o serialu "M jak miłość". Wspomina Kamińskiego i Precigsa [WYWIAD]




















fot. z arhiwum prywatnego Aleksandra Bożyka

Z Aleksandrem Bożykiem, dziecięcym aktorem, który ma z tym zawodem do czynienia od najmłodszych lat, rozmawialiśmy o serialu "M jak Miłość". Z  łezką w oku wspominał Emiliana Kamińskiego i Andrzeja Precigsa. Opowiedział też o swoich zainteresowaniach, które nie dotyczą branży. 

Jesteś dziecięcym aktorem, który miał do czynienia z kamerą od najmłodszych lat, albowiem w serialu "M jak miłość" zadebiutowałeś jako malec, w 2018 roku. Pamiętasz, kiedy to Ty pierwszy raz świadomie poszedłeś na casting? 

Mój pierwszy, świadomy casting, to właśnie ten, do serialu "M jak miłość". 

Co Ci się najbardziej podoba w castingach? Jak one wyglądają? Jak się do nich przygotowujesz?

Najbardziej podoba mi się ta miła rywalizacja, która na nich panuje. Na każdy casting trzeba przygotować swoją wizytówkę, uwzględnić w niej swoje zainteresowania. U mnie to przede wszystkim zamiłowanie do sportu i gór.


 
















fot. z archiwum prywatnego Aleksandra Bożyka / kadr powstały po rozmowie w Warszawie

Sprawiasz wrażenie niezwykle pogodnego chłopca, który niczym się nie stresuje. Zdarza Ci się mieć tremę przed kamerą? Jak wtedy pomagają Ci aktorzy, z którymi nagrywasz daną scenę?

Tak, stresuję się czasem, jak każdy normalny człowiek. (Śmiech.)

Pamiętasz casting do filmu "1 800 gramów"? Wystąpiłeś jako Adaś. Razem z Tobą zagrali m.in. Magdalena Różczka i Piotr Głowacki. 

Śmieszna sprawa, ale tego castingu nie pamiętam. 

Rodzice pozwalają Ci czasem oglądać "M jak Miłość" lub inne filmy i seriale, w których się pojawiasz? 

Tak, zachęcają mnie nawet do tego. 

Masz w tym serialu swoich ulubionych bohaterów? 

Wszyscy są świetni, więc nie wymienię nikogo konkretnego. 

Jak to jest, zobaczyć siebie na ekranie? Fajne uczucie, prawda?

Teraz już tak. Przyznam jednak, że na samym początku, kiedy oglądałem odcinki "M jak miłość" lub inne produkcje ze swoim udziałem, wstydziłem się samego siebie. 
















fot. z archiwum prywatnego Aleksandra Bożyka

Największą popularność przyniosła Ci rola Miśka Zduńskiego we wspominanej "Emce". Czy wiesz, że to jeden z najpopularniejszych seriali w Polsce?

Tak, mam tego świadomość i bardzo się z tego cieszę. 

Jak Twoi rówieśnicy reagują na to, że grasz w tak lubianym serialu? Śledzą losy Twojego bohatera? 

Reagują bardzo pozytywnie, ale losów Miśka nie śledzą. 

Co najbardziej lubisz w Miśku, w którego wcielasz się w serialu? Jest niezłym rozrabiaką. Fajnie tak czasami połobuzować na planie? 

Tak. Wspaniale. Właśnie, najbardziej podoba mi się to jego rozrabianie. (Śmiech.)

Oboje lubicie grać w piłkę, spędzać czas na świeżym powietrzu. Łączy Was też pasja do majsterkowania. Co jeszcze? 

Łączy nas też miłość do pupili. 

Kilku sztuczek uczyłeś swojego serialowego psa, Sapera. Jakim jest partnerem na planie?

Jest świetnym psim aktorem. Słucha się. No, i jak każdy pies, ma bzika na punkcie smaczków. 

Jak wabią się Twoje pupile? 

Mam dwa psy. Alutkę i Malećkę. 

Pierwszy raz słyszę imię Malećka. Skąd pomysł?

Imię Malećka wzięło się z przypadku. Mój bratanek, kiedy mówiliśmy na nią "Maleństwo", przejęzyczył się, powiedział "Malecia", no i tak już zostało. 

Która z dotychczasowych scen była dla Ciebie do tej pory najtrudniejsza, a co przyniosło Ci najwięcej frajdy?

Do tej pory najtrudniejsze okazały się dla mnie sceny ze zrzucaniem różnych talerzy, kubków i wazonów. W tej sztuce zawsze może wyjść coś źle, może komuś też coś się stać. (Śmiech.) Powiem jednak, że dużo frajdy sprawiło mi... zrzucanie choinki w odcinku specjalnym, Święta z „M jak miłość”.

Jesteś dość aktywny na swoim profilu na Instagramie, ale rodzice mają to pod kontrolą, prawda? (Śmiech.) 

Moją aktywność w social mediach ma pod kontrolą mój starszy brat. 

Grasz m.in. z Marcinem Mroczkiem, Kasią Cichopek i Dominiką Kachlik. Jakie relacje panują między Wami na planie?

Panują między nami wspaniałe relacje. Czuję się w rodzinie. (Śmiech.) 

 Czy aktorzy często dają Ci wskazówki, lubisz z nich korzystać?

Tak, często dostaję przydatne wskazów. 

Jak wspominasz Emiliana Kamińskiego i Andrzeja Precigsa? Miałeś z nimi wiele wspólnych, czasami nawet wzruszających scen. 

Świetnie się z nimi współpracowało. Mieliśmy wiele wspólnych tematów, na które rozmawialiśmy pomiędzy scenami. Lubiliśmy łowić ryby. Bardzo przeżyłem śmierć obu serialowych dziadków, ale mam wrażenie, że śmierć Emiliana Kamińskiego zabolała mnie ze zdwojoną siłą. Może dlatego, że mieliśmy tak wiele wspólnych scen. W październiku 2022 roku nagrywaliśmy jeszcze wspólne 















fot. z archiwum prywatnego Aleksandra Bożyka

Jak, razem z aktorami, z którymi masz wspólne sceny, umilacie sobie czas oczekiwania między scenami? Pewnie świetnie się bawicie. 

W przerwach bardzo lubię bujać się na hamaku w naszym serialowym ogrodzie. Kiedy towarzyszy mi serialowe rodzeństwo, rozmawiamy i powtarzamy tekst. 

Skupiasz się przede wszystkim na "Emce", czy są na horyzoncie jakieś nowe projekty?

Chciałbym oczywiście wystąpić w jakimś nowy filmie lub pojawić się na planie reklamy, chodzę na castingi, ale jakoś się nie udaje. Trzeba pamiętać, że muszę to wszystko pogodzić z nauką. 

Nie tylko jesteś aktorem serialowym, ale też dubbingowym. 

Tak, to prawda, już kilka postaci przemówiło moim głosem. To kolejna fajna przygoda, ale wolę aktorstwo. 

Zastanawiałeś się kiedyś nad tym, czy z aktorstwem chciałabyś wiązać swoją przyszłość? Kim chciałbyś zostać, jak dorośniesz? 

Tak, zdecydowanie. Chciałbym dalej kontynuować tę przygodę. 

Kiedy nie ma Cię na planie, lubisz wędrować po górach, założyłeś też swoją małą szklarnię. Jakie warzywa w końcu posadziłeś? Pamiętam, że nie tak dawno przeprowadziłeś ankietę i pytałeś o podpowiedzi swoich fanów. 

Posadziłem ogórki. 

Może zostaniesz kiedyś przewodnikiem wycieczek po górach lub ogrodnikiem?

Chciałbym, żeby to jednak zostało w sferze zainteresowań. Wybieram aktorstwo. 

sobota, 8 lutego 2025

Rafał Cieszyński o radości z małych rzeczy, "Barwach" i serialu "Ojciec Mateusz" [WYWIAD]

 Rafał Cieszyński o radości z małych rzeczy, "Barwach" i serialu "Ojciec Mateusz" [WYWIAD]
















fot. Instagram Rafała Cieszyńskiego 

O cieszeniu się z małych rzeczy, korzystaniu z wyjść awaryjnych, powrotach do Cieszyna i pracy na planie dwóch najpopularniejszych seriali w Polsce, specjalnie dla „Głosu Ziemi Cieszyńskiej“, odpowiada najbardziej cieszyński aktor w historii kina i telewizji.

Jest Pan kolejną osobą, od której, od samego początku, bije pozytywna energia. Chyba nawet nie mógłby Pan inaczej, prawda?

Jestem Cieszyński i bardzo się cieszę ze wszystkiego (śmiech), a zwłaszcza z wizyty w pięknym Cieszynie.

Przyjemność sprawiają Panu również małe rzeczy. Co ucieszyło Pana ostatnio?

Mnie wszystko cieszy. Życie mnie cieszy, śniadanie w towarzystwie mojej rodziny mnie cieszy. 

Tak było zawsze, czy jak wiele rzeczy w życiu, przyszło z czasem? 

Różnie w życiu bywa. Od dziecka byłem raczej optymistycznie nastawiony do życia. Im dłużej żyję w optymiźmie, tym mocniej utwierdzam się w tym, że to dobra droga. To sprawia, że to życie toczy się we właściwy sposób. Na świecie czuję się jak w miejscu, które bardzo lubię.

Do Cieszyna dość regularnie jeździ Pan ze swoimi spektaklami. Jak wraca się w te strony?

Bardzo dobrze. Teatr jest przepiękny, publiczność jest wspaniała. Lubię spacerować tutejszymi uliczkami. Kiedy grałem tutaj wczesną wiosną, zrobiłem sobie zdjęcie przy tablicy z napisem "Cieszyn" i napisałem na Instagramie, że… Cieszyn pozdrawia z Cieszyna. (Śmiech)

"Wyjście awaryjne" to spektakl, który udowadnia, że nawet z najbardziej absurdalnych sytuacji, jest jakieś wyjście. W jakich okolicznościach widz zastaje Pana na scenie?

Widz zastaje mnie w okolicznościach… łóżkowych. Tym optymistycznym akcentem zakończmy temat, by nie uchylać rąbka tajemnicy tym, którzy jeszcze go nie widzieli. Zapraszamy na spektakle w całej Polsce.

Co najbardziej podoba się Panu w tym spektaklu? Dlaczego warto go zobaczyć?

Podoba mi się przede wszystkim towarzystwo, z którym mam przyjemność grać w tej sztuce. Gram z Edytą Herbuś, Kasią Kwiatkowską, Olgą Borys i Darkiem Kordkiem. Reżyserem jest mój serdeczny kolega, Tomasz Dutkiewicz. Skład osobowy jest tutaj balsamem na serce i pochmurne dni. Lubię przebywać z tymi ludźmi. Scenariusz był bardzo ciekawy. W przeciwieństwie do wielu fars, gdzie widz ma jednak ogromną przewagę nad bohaterem sztuki, ponieważ wie o wiele więcej,  tutaj okazuje się, że jeden z bohaterów, który wietrzy intrygę zdrady małżeńskiej, jest na pierwszy rzut oka świadomy i bardzo trudno wprowadzić go w błąd.

Mówi się, że komedia to najtrudniejszy gatunek do grania dla aktora. Jak Pan to odbiera?

Trzeba wiedzieć, jak grać komedię. Kiedy grać ją na poważnie, a kiedy można pobawić się formą. W komedii, podobnie jak w farsie, ważne są rytmy, bardzo często, nawet uderzenie drzwi rytmicznie napędza akcję.

Jaka była najzabawniejsza sytuacja, w której to Pan musiał skorzystać z wyjścia awaryjnego, zrobić coś inaczej, niż planował? (Śmiech.)

Dużo mam takich sytuacji, mam nadzieję, że dobrze sobie w nich radzę.

W zawodzie aktora jest ich sporo?

Powiedziałbym, że w tym zawodzie dużo ich było, natomiast proporcjonalnie jest to bardzo mała ilość. Zdarza się zapomnieć tekstu, przytrafiają się też usterki natury technicznej, jak awaria prądu w czasie spektaklu. Wtedy trzeba coś zrobić, zaimprowizować, takie są prawa żywego teatru. 

W 2846 odcinku dołączył Pan do obsady serialu „Barwy szczęścia". To nie jest Pana pierwsza rola w tym serialu, albowiem na samym jego początku, wcielał się Pan w rehablitanta Sławka, który leczył Pawła Zwoleńskiego (Marcin Hycnar). Jak wraca się na plan w nowej roli, po latach przerwy?

Nie postrzegam tego w kategoriach powrotu, ponieważ te lata temu to była bardzo malutka rola. Gra mi się świetnie. Partneruję Kasi Glince, z którą się przyjaźnimy, znamy się od ponad dwudziestu lat. Studiowaliśmy nie na jednym roku, ale praktycznie równolegle. Razem byliśmy w Stanach Zjednoczonych na wyjeździe studenckim.

Mariusz, w którego Pan się wciela, zakochany jest w Kasi, ma swoje gospodarstwo, ale też spore kłopoty. Jak Pan odbiera swojego bohatera? Co opowie Pan o nim ze swojej perspektywy?

Zależało mi, by był to bohater pozytywny. Nie chciałem, by kierowały nim jakiekolwiek złe intencje. Bardzo podoba mi się sposób, w jaki pisane są scenariusze w "Barwach". Przy serialu pracują ludzie, którzy otwarci są na sugestie aktorów. Lubię Mariusza. Myślę, że jemu i Kasi będzie się dobrze żyło.

Czy zdarza się Panu oglądać ten serial? Ma swoje ulubione wątki, ulubionych bohaterów?

Kiedy kręcimy jakąś dłuższą scenę, do której trzeba się bardziej przygotować, wtedy oglądam. Nie jest jednak tak, że oglądam każdy odcinek, często w porze emisji serialu jestem w teatrze. 

Nie sposób nie porozmawiać także o serialu "Ojciec Mateusz", w którym brawurowo wciela się Pan w Przemka Gibalskiego. Pana bohater jest jednym z tych, najbardziej lubianych przez widzów. Jak Pan to robi? (Śmiech)

Sympatyczna pani funkcjonariusz policji, która mnie kiedyś zatrzymała, bo troszkę przekroczyłem prędkość stwierdziła, że mnie kojarzy z  roli policjanta, tylko nie pamięta, którego. Powiedziałem wstedy, że Gram Gibalskiego - sierżanta, który bardzo się stara, ale nie zawsze mu wychodzi. Pani policjant uśmiechnęła się i powiedziała: "To tak jak kolega w radiowozie".  No, właśnie taka postać. Ma w sobie odrobinę dziecięcej naiwności i komediowości. Lubię Gibalskiego, znamy się już szesnaście lat. (Śmiech)

Mam wrażenie, że po tylu latach wcielania się w policjanta, mógłby Pan z powodzeniem realizować się w tym zawodzie. (Śmiech)

Ja odnalazłem się w zawodzie aktora i nie wyobrażam sobie, bym mógł robić coś innego. Mam jednak ogromny szacunek do policjantów, mam wielu kolegów, którzy są funkcjonariuszami policji i naszymi planowymi konsultantami.

Najtrudniejszą czynnością operacyjną jest podobno prawidłowe założenie kajdanek. To prawda?

Tak, dlatego ja ich nie zakładam. (śmiech) Po prostu trudno zrobić to tak, by nie bolało. Kiedy gram z kolegami aktorami, nie chcę ich pokaleczyć tym żelastwem, w związku z tym, odwracam danego delikwenta, tyłem do kamery, by kamera kajdanek nie widziała i po prostu wkładam mu  je w rękę. 

Zdarza się, że ludzie na ulicy zwracają się do Pana "panie władzo" lub "Gibal"? (śmiech) Jak Pan wtedy reaguje?

Kiedyś grałem spektakl i po dwóch godzinach, kiedy dochodziłem do puenty i miałem wyznawać miłość po tym, jak bohaterkę spotyka tragedia, ktoś krzyknął z widowni, "No to, Gibalski masz przechlapane". (śmiech)

Z tego, co kojarzę, jest Pan autorem scenariusza do dwóch odcinków serialu ("Awans" i "La Cucaracha") Czy jest szansa na wcielenie w scenariusz kolejnych Pana pomysłów?

Najpierw napisałem scenariusz, który był później przeredagowany przez jednego z naszych scenarzystów, a do drugiego odcinka miałem pomysł, który został wprowadzony. W zanadrzu mam jeszcze parę pomysłów i mam nadzieję, że będą Państwo mieli szansę obejrzeć kolejne scenariusze mojego autorstwa lub pomysłu.

Był Pan nominowany w Telekamerach, w kategorii "najlepszy aktor". Ostatecznie sympatia widzów spowodowała, że zajął Pan 3. miejsce w swojej kategorii. Serdecznie gratuluję. Emocje nie do opisania, prawda?

To dla mnie ogromne zaskoczenie, ale też niespodzianka i wielkie wyróżnienie. Kiedy dowiedziałem się, że jestem nominowany, byłem bardzo pozytywnie zaskoczony. Dziękuję wszystkim z Państwa, którzy darzą mnie sympatią i na mnie głosowali. 

wtorek, 7 stycznia 2025

Stanisław Banasiuk (nie tylko) o teatrze [WYWIAD]

 Stanisław Banasiuk (nie tylko) o teatrze [WYWIAD]
















fot. z archiwum prywatnego Stanisława Banasiuka / Instagram / 

Aktor Stanisław Banasiuk do Cieszyna na przestrzeni kilku tygodni zawitał już po raz drugi. Powodem obydwu wizyt były oczywiście spektakle, które zagrał w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie.

Opowiedział o tym, jakie cechy charakteru łączą go z jego synem, Mateuszem, ale też o spektaklach w których gra, filmie „Dalej jazda“ i czytaniu dzieciom.

W jednym z wywiadów, Pana syn, Mateusz, powiedział, że zazdrości Panu optymizmu i pogody ducha. Jednak już wtedy przekonałam się, że to u Was rodzinne. Jakie inne cechy łączą Pana z synem?

Łączy nas ambicja i konsekwencja, a na tle zawodowym dochodzi do tego także dyscyplina, determinacja i dążenie do celu.

Bacznie śledzę media społecznościowe obu Panów i bardzo podoba mi się to, jak bardzo jesteście wobec siebie wspierający. Gołym okiem widać, że szczerze sobie kibicujecie.

Tak, to prawda. Konsultujemy też nasze decyzje. Ostatnio syn podesłał mi swój najnowszy scenariusz. Nasza wymiana zdań jest szczera i prawdziwa.

Pamięta Pan moment, w którym pierwszy raz spotkaliście się na jednej scenie, w jednym projekcie?

Pamiętam. Tych spotkań było tak sporo, że to się już zaciera. (śmiech) Spotkaliśmy się w teatrze, przy „Zaklętych rewirach“. To był największy sukces Mateusza, który odniósł zaraz po szkole. Za główną rolę Romka w sztuce Henryka Worcella, w reż. Adama Sajnuka, został nagrodzony „Feliksem Warszawskim".

To przedstawienie było grane z powodzeniem przez wiele lat w stołecznym teatrze WARSawy. Chodziłem na to przedstawienie wielokrotnie, bo było moim ulubionym. W pewnym momencie zaistniała potrzeba, bym wszedł w jedną z ról, więc z przyjemnością podjąłem to wyzwanie. Graliśmy to przez dłuższy czas, potem jeszcze nastąpiła rejestracja telewizyjna i pożegnanie z tytułem.

Jak o swoją pozytywną stronę, o której wspominaliśmy na początku, dba Pan na co dzień?

Trzeba być pogodzonym ze sobą, mieć dla siebie zadania, wyznaczać sobie cele, jednak muszą być one takie, by nie przekraczały możliwości i potencjału. Marzenia są dobre, ale ważne jest, by trzymać się w pewnych ryzach i wiedzieć, co jest możliwe, a co nie. Niestety, aktor w swoim życiu zawodowym sprawuje pewną rolę, jak tancerka, która czeka, aż kawaler poprosi ją do tańca. (śmiech) Aktor przeważnie też jest do wzięcia i czeka na propozycje reżysera, dyrektora teatru czy producenta filmowego.

Gołym okiem widać, że jest Pan także osobą umiejącą cieszyć się z małych rzeczy. Co ucieszyło Pana ostatnio?

Ucieszył mnie przyjazd do Cieszyna. Byłem tutaj miesiąc temu, ze spektaklem „Komedia odlotowa, czyli lumbago" w reżyserii Olafa Lubaszenko. Przyjęcie sztuki przez widzów było znakomite, pogoda była zdecydowanie lepsza. (śmiech) Nie można pominąć tej słynnej, przepięknej loży z „Ziemi obiecanej". Teatr robi ogromne wrażenie.

Jak wraca się w te strony?

Mamy ten komfort, że przyjeżdżamy busem. Na trasę zawsze zabieram jakąś lekturę.

Co czytał Pan w drodze do Cieszyna?

Czytałem scenariusz pewnej sztuki, ale więcej nie zdradzę.

W tutejszym teatrze zagrany zostanie spektakl „Alibi od zaraz". W tym spektaklu przekonujemy się, że przyłapany na zdradzie mąż potrafi wznieść się na wyżyny kreatywności. Jaka jest Pana rola w tym wszystkim?

To dość zamożny pan, przedsiębiorca, który największe sukcesy finansowe ma za sobą. Teraz cieszy się życiem, ale ma problem z synem, więc dokręca mu śrubę. Nie brakuje mu także problemów z ukochaną żoną, która lubi czasem zaglądnąć do kieliszka. Razem przychodzą na kolację do pewnych państwa, którzy skrywają jakąś tajemnicę, ale podczas kolacji przed naszymi bohaterami muszą odegrać wzorową rodzinę.

Dlaczego warto zobaczyć "Alibi od zaraz"?

Ostatnio jest dość spore zapotrzebowanie na przedstawienia, które powodują uśmiech. Ludzie są zmęczeni sytuacją zewnętrzną, polityczną i globalną. W teatrze szukają wytchnienia. Można go znaleźć, przychodząc do teatru na nasz spektakl.

Komedia jest najtrudniejszym gatunkiem do grania?

Spowodowanie uśmiechu i sprawienie, by ludzie zdystansowali się do swoich problemów, jest rodzajem wyzwania.

W Teatrze Capitol występuje Pan także w spektaklach "Projekt Tuwim" i "Brzechwa 2020", które przeznaczone są dla najmłodszych widzów. Uważa Pan, że spektakl, dzięki swojej ciekawej i nieco zabawnej formule, pomaga dzieciom poznać twórczość i postać Juliana Tuwima?

Chodzi przede wszystkim o to, by poszerzać u młodzieży zainteresowania literaturą. Uważam, że bez tego nie ma edukacji. Brzechwę i Tuwima treba mieć blisko łóżka i czytać dzieciom.

Pan czyta wiersze Tuwima i Brzechwy wnukom?

Czytam, z wielką radością! Jestem bardzo szczęśliwy, kiedy proszą, żebym im poczytał. Z wnukami chodzę też do teatru. Zawsze, kiedy są w Warszawie, idziemy na jakiś spektakl. Znają wszystkie pozycje dla najmłodszych widzów i uwielbiają być w teatrze. Edukacja teatralna, która polega na obcowaniu ze sztuką od najmłodszych lat, jest bardzo ważna.

Dzieci są najtrudniejszą i najbardziej wymagającą widownią?

Oj, tak. Są widownią szczerą i prawdziwą. Dzieciaki trzeba zainteresować tym, co się dzieje na scenie.

Gra Pan w tylu spektaklach, że niemal z automatu nasuwa mi się pytanie, czym jest dla Pana teatr?

Można tak powiedzieć, że teatr jest moim drugim życiem. Jestem bardzo szczęśliwy, kiedy mogę grać. W minionym tygodniu miałem aż trzy premiery teatralne.

3 stycznia do kin w całej Polsce trafi niezwykle poruszający film "Dalej jazda". Co spowodowało, że zdecydował Pan przyjąć rolę w tym filmie?

Oj, aktor jest szczęśliwy, kiedy proponują mu rolę. (śmiech) W filmie "Dalej jazda", wspaniałego reżysera Mariusza Kuczewskiego, w którego dorobku znaleźć można takie filmy, jak chociażby „Nie cudzołóż i nie kradnij“ oraz "Listy do M. Pożegnania i powroty", zagrałem epizod lekarza. Film już w kinach. 

piątek, 3 stycznia 2025

Paweł Małaszyński o serialu "Na dobre i na złe" i Cochise [WYWIAD]

 Paweł Małaszyński o serialu "Na dobre i na złe" i Cochise [WYWIAD]















fot. z archwium Pawła Małaszyńskiego 

Z Pawłem Małaszyńskim spotkałam się w Cieszynie, kiedy pod koniec października przyjechał nad Olzę, by dla zgromadzonej w Teatrze im. Adama Mickiewicza publiczności zagrać spektakl „Rodzinne rewolucje”.

W rozmowie nie zabrakło wątków teatralnych, ale również tych muzycznych, bo jakże można inaczej, kiedy od założenia zespołu „Cochise“, którego aktor jest frontmanem, mija 20 lat. Nie mogło się obyć również bez wspomnień z planu „Lekarzy“ i przywitania się z Leśną Górą, w której to jako pediatra Aleks Zagajewski Paweł Małaszyński po raz pierwszy pojawił się w 933. odcinku.

Pan jest kolejną osobą, od której, od samego początku, bije pozytywna energia. Chyba nawet nie mógłby Pan inaczej, prawda?

(Śmiech) To nie takie proste, ale staram się mieć takie życiowe flow. To zawsze pomaga. Nawet w momencie, kiedy problemy się piętrzą, staram się uśmiechać. Staram się, by każdy dzień, bez względu na to, co dzieje się wokół mnie, był dobry. Czasami jednak dopada mnie nostalgia i melancholia, która powoduje, że zapadam się w sobie i potrzebuje chwili samotności, by przemyśleć parę rzeczy, ale robię wszystko, by takich chwili było jak najmniej.

Umie Pan także cieszyć się z małych rzeczy, takich jak spektakl do zagrania. Co ucieszyło Pana ostatnio?

Cieszą mnie zwykłe rzeczy. Życiowe drobiny. Rodzinna codzienność. Uśmiech moich dzieci. Mój dom jako bezpieczna przystań, którą zbudowałem wiele lat temu. Inspirujący ludzie, których wciąż spotykam na swojej drodze. Jestem wdzięczny za każde spotkanie, każdą miłą rozmowę i za to, że zawodowo mogę się cały czas utrzymywać na powierzchni i doświadczać fajnych, nowych emocji. 

Powodów do radości ma Pan wiele, bo nie dość, że przyjechał Pan do Cieszyna ze spektaklem „Rodzinne rewolucje", to jeszcze Pana zespół Cochise obchodzi 20. urodziny. Gdyby miał Pan te 20 lat zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Cochise to rodzina... plemię, które łączy ludzi i umie przyćmić wiele złych rzeczy, a rock and roll powoduje, że mamy pasję i wciąż jesteśmy młodzi i głodni. 20 lat temu spotkały się odpowiednie osoby z odpowiednim myśleniem, z odpowiednią przeszłością i doświadczeniem, które traktują muzykę serio ale z pewnym luzem i dystansem. Muzyka daje nam wolność. Nigdy nie napinaliśmy się na odniesienie sukcesu.

Iluzja sukcesu oddala od rzeczywistości i powoduje, że jesteśmy bardziej napięci na osiągnięcie wyznaczonego celu. To frustrujące doświadczenie. Myślę, że tworzenie muzyki jest celem samym w sobie, bo prawdziwa istota muzyki leży w sercu. Cieszę się, że dalej możemy tworzyć i ciągle nam się chce. To nasz największy sukces.

Jakie przemyślenia i emocje towarzyszą Panu przy okazji 20-lecia zespołu?

(Śmiech) Przede wszystkim to, że udało się nam przetrwać. Trzymamy się razem, wciąż gramy i wciąż mamy nowe pomysły. Muzyka stanowi dla nas przestrzeń, w której jako muzycy się uzupełniamy. Muzyka w pewien sposób ofiarowuje nam wolność i możliwość rozwijania naszej wrażliwości. Cochise nie zatrzymuje się i spokojnie podąża własną drogą, swoim własnym środkiem.

Mam wrażenie, że grupy Pana fanów się przenikają, co można zaobserwować, widując te same osoby nie tylko w teatrze, ale również na koncertach „Cochise".

Tak, to prawda. Z tego co zdążyłem zauważyć to te grupy w naturalny sposób często się przenikają. 

6 września swoją premierę miała płyta „Cochise", która jest Waszą ósmą płytą studyjną. Jak wyglądała praca nad albumem?

Wiele się zmieniło w Cochise od naszej poprzedniej płyty „The World Upside Down" (wydanej w 2021 r.). Najpierw z zespołu odszedł perkusista Adam, z którym zaczęliśmy już tworzyć kolejną płytę. Na szczęście szybko znaleźliśmy zastępstwo i z Grzesiem Hiero (perkusja) zaczęliśmy aranżować utwory na ósmą płytę. Gdy już byliśmy gotowi do wejścia do studia, nasz wieloletni producent i przyjaciel Daniel musiał z powodów osobistych zrezygnować z nagrywania albumu. Skontaktowaliśmy się więc ze starym dobrym znajomym Krzyśkiem Murawskim, producentem, muzykiem i człowiekiem wielu talentów. Szybko opracowaliśmy plan działania i w styczniu 2024 r. zaczęliśmy nagrania. Poszło bardzo sprawnie i efekt końcowy przerósł nasze oczekiwania. 

Uważam, że nagraliśmy najlepszą płytę w naszej karierze. Jesteśmy bardzo zadowoleni. Problemy, które napotkaliśmy na naszej drodze, finalnie zadziałały na plus.

Trzymanie swojego krążka w rękach, w dniu premiery, wywołuje emocje nieporównywalne z czymkolwiek innym, prawda?

(Śmiech) Coś w tym jest. To tak trochę jak z narodzinami dziecka, a to już nasze ósme dziecko. W dodatku po raz pierwszy w formie winylowej. Małymi krokami, może czasami pod górkę, ale ważne, że „Cochise" wciąż idzie do przodu.

Spotykamy się w Cieszynie, na chwilę przed pierwszym spektaklem. Nie jestem pewna, czy był już Pan wcześniej tutaj z jakimkolwiek spektaklem, ale chociażby w 2018 roku grał Pan koncert w Bielsku-Białej. Jak wraca się w te strony?

Jeżeli chodzi o koncertowanie z Cochise i moje wyjazdy teatralne, czasami już sam nie wiem, w którym mieście byłem, a w którym nie. Wasz teatr jest przepiękny. Jestem pod ogromnym wrażeniem. Czuję się jak w teatrze elżbietańskim, takim z prawdziwego zdarzenia. Podziwiam i gratuluję.

Co opowie Pan o swoim bohaterze? W jakich okolicznościach widz zastaje go na scenie?

Mój bohater zderza się z niespodziewaną rodzinną kumulacją, która przewraca życie rodziny Gotyie do góry nogami. Staramy się pokazać, co pieniądze robią z relacjami rodzinnymi.

Zgodzi się Pan z większością aktorów, twierdzących, że komedia jest najtrudniejszym gatunkiem do zagrania dla aktora?

Zdecydowanie tak. Oczywiście, wszystko ma swój poziom trudności, ale uważam, że zagrać dobrze komedię, to wyzwanie. W tym repertuarze trzeba zachować pełną powagę by „dramat" rozgrywający się na scenie, na widowni wywoływał salwy śmiechu.

Na szczęście nie trzeba, ale gdyby musiał Pan z czegoś zrezygnować, łatwiej byłoby Panu zrezygnować z aktorstwa czy z muzyki?

Nie mam i nigdy nie miałem konkretnej odpowiedzi na to pytanie. Aktorstwo i muzyka mają dużo wspólnego, wykluczając się zarazem. Moim zdaniem artysta to egoista, bo zawsze tworzy dla siebie, a dopiero potem dzieli się tym z innymi. Myślę, że robienie czegokolwiek pod publikę jest czymś niestosownym i nieszczerym. Od zawsze uciekałem malując rzeczywistość własnymi kolorami, budując w wyobraźni światy, tworząc postaci, melodie... uciekałem w marzenia.  Scena dała mi poczucie wolności, pozwoliła się otworzyć, odkryć, znaleźć wyjście dla emocji i cieszę się, że mam możliwość realizowania się w tych dwóch przestrzeniach. Jakakolwiek forma artyzmu poszerza moją wrażliwość i światopogląd. Jestem ciekawy i spragniony świata, wystarczy delikatny bodziec, a już mam ochotę tworzyć, działać i nie ważne czy to film, teatr czy muzyka. Dlaczego więc miałbym rezygnować, z którejś z nich?

Nie tak dawno zakończył się pierwszy sezon serialu „Zdrada", w którym wcielał się Pan w rolę Pawła Kamińskiego. Co łączy z mim Pana, oprócz imienia? 

Dobre serce, wspaniała rodzina i piętrzące się problemy (śmiech)

Jest szansa na drugi sezon?

Oryginalny serial posiada trzy sezony. 

Decyzja, czy wszystkie trzy zostaną wyemitowane, należy do stacji Polsat. Wiem, że są zadowoleni z pierwszego sezonu, obecnie dostępnego w Polsat Box Go. Na wiosnę ma pojawić się na antenie. Co będzie dalej? Czas pokaże.

W 933. odcinku „Na dobre i na złe" (emisja miała miejsce 13 listopada – przyp. red.) w Leśnej Górze pojawił się nowy pediatra Aleks Zagajewski, dla przyjaciół "Aleś". W serialu po raz pierwszy pojawił się Pan w 121. odcinku, jako Łukasz Sadowski, pacjent, którego uczucie połączyło ze starszą od siebie kobietą. Do dziś to pamiętam. Jak wraca się do Leśnej Góry?

Prawdę mówiąc nie ma chyba w Polsce aktora, który nie zagrał w „Na dobre i na złe" (śmiech). Ja zagrałem w 153 odcinku, prawie 25 lat temu. Spotkałem wtedy na planie Krzysztofa Pieczyńskiego, Artura Żmijewskiego, Małgorzatę Foremniak i nieodżałowaną Darię Trafankowską. Nie sądziłem, że kiedykolwiek dostanę propozycję powrotu do Leśnej Góry w roli lekarza. Propozycja przyszła w odpowiednim czasie, bo miałem trochę wolnej przestrzeni na nowe wyzwanie. Miło było się spotkać również z kolegami, z którymi dawno się nie widziałem. Nie wiem jak długo potrwa ta przygoda...zobaczymy, co przyniesie przyszłość.

Czy umiejętności, zdobyte na planie serialu "Lekarze", teraz się przydają?

Tak, jak najbardziej. Jak tylko pojawiłem się na planie w Leśnej Górze, zaczęły mi się otwierać różne, zapomniane już szufladki w pamięci. Materiał i klimat dla mnie znany, więc nie mam większych problemów.

Jak radzi Pan sobie z terminologią medyczną?

Nie mam z tym żadnego problemu. To kwestia wcześniejszego, dobrego wyuczenia się.

Czy nadal najczęściej jest Pan kojarzony przez widzów z Piotrem z „Magdy M." oraz właśnie Maksem z "Lekarzy"? (śmiech)

To prawda, że najczęściej jestem kojarzony z Piotrem z „Magdy M.", ale zaraz potem pojawia się nie Maks, ale Grand z "Oficera".

poniedziałek, 23 grudnia 2024

Adrianna Katarzyna Skitek o książce "Świąteczna Gwiazdka Tosi" [WYWIAD]

 Adrianna Katarzyna Skitek o książce "Świąteczna Gwiazdka Tosi" [WYWIAD]













fot. okładka książki "Świąteczna Gwiazdka Tosi" 

Dość często zdarza nam się spotykać przy okazji premier Twoich książek, ale po raz pierwszy ma to miejsce w grudniu. Jak długo dojrzewała w Tobie myśl o napisaniu świątecznej książki? 

Oj, nie pierwszy raz, książki “Miłość do Kameleona”  oraz “Rodzaje miłości. Sposoby wyrażania uczuć” miały swoją premierę 25 grudnia 2022 roku. Co do drugiej części Twojego pytania inspiracją było życie i jego przewrotność.

Jaka była droga od pomysłu, do realizacji?

Pomysł narodził się pod wpływem chwili i silnych wspomnień i w związku z tym realizacja, nie mogła długo czekać.

Patrząc na okładkę "Świątecznej gwiazdki Tosi", mogłoby się wydawać, że to książka dla dzieci, ale nic bardziej mylnego. Opowiedz coś więcej.

Zdradzę tylko, że jest to książka dla każdego, kto chce zrozumieć, co tak naprawdę liczy się w życiu.

Na okładce Twojej świątecznej książki widnieje Św. Mikołaj, który w objęciach trzyma psa. Jak się okazuje, jego ilustracja wykonana została na wzór Twojego ukochanego pupila, Tosi. Skąd pomysł, by bohaterką Twojej książki została właśnie ona?

Gdy byłam małym dzieckiem, obiecałam sobie, że jeśli będzie mi dane wyjść za  mąż, będę miała dzieci i psa. Dzieci jeszcze nie mam, ale mam psa. Swojego, ukochanego, którego jestem jedynym właścicielem i jest też pełnoprawnym członkiem mojej rodziny i mieszkańcem mojego domu. Nigdy nie myślałam, że będę miała również koty, których jako dziecko się bałam, ale teraz nie wyobrażam sobie życia bez nich. Strata jednej kotki  - Basi bardzo się na mnie odbiła. A dlaczego bohaterką jest pies? Tosia była i jest naszym pierwszym zwierzakiem, który wprowadził do naszego życia magię i radość.

Jak dalece, opisane w książce perypetie Tosi, są inspirowane jej losami, a ile jest w nich fikcji literackiej?

Perypetie Tosi w książce są wymieszane z fikcją literacką, której jest oczywiście więcej.

To poruszająca opowieść o magii Świąt, która potrafi rozgrzać najbardziej poranione serca. W czym tkwi największa siła opowiadanej przez Ciebie historii?

Sądzę, że w emocjach bohaterów i ich problemów.

Z perspektywy czytelnika, Ty lubisz zimowe historie, które tworzone są ku pokrzepieniu serc? 

Oczywiście, jest w nich coś magicznego, coś co faktycznie rozgrzewa serca.

Jakie jest Twoje pierwsze wspomnienie, które do Ciebie wraca, kiedy myślisz o Basi - Twoim zmarłym kocie?

Najbardziej wspominam naszą ostatnią “grę w łapki” - dzień przed jej odejściem.

Jaka jest Twoja ulubiona świąteczna lektura, a bez jakiej komedii romantycznej nie wyobrażasz sobie zimowych wieczorów?

Nie mam ulubionych lektur. Lubię jak coś mnie porwie. A co do komedii, kocham oglądać przygody Kewina, ale to mało romantyczny film :)

To historia o poszukiwaniu tego, co naprawdę ważne - wśród zimowych śniegów, w świetle choinkowych lampek i w cieniu codziennych problemów. Uchyl rąbka tajemnicy, co w tych wszystkich okolicznościach i miejscach, znajdują bohaterowie Twojej książki?

Myślę, że próbują odnaleźć siebie w ferworze tego, co ich przytłacza i niszczy uczucia.

Gdyby magia Świąt sprawiła, że w te Święta Basia Cię odwiedzi, o czym chciałabyś porozmawiać z nią w wigilijny wieczór, kiedy to zwierzęta przemawiają ludzkim głosem?

Na pewno bym ją mocno przytuliła, powiedziała, że bardzo tęskniłam i chcę, aby wróciła.

To także opowieść o sile miłości, która potrafi przezwyciężyć wszystko. Kiedy to Ty ostatnio się o tym przekonałaś? W jakich okolicznościach?

Miałam sporo takich momentów, ale ostatnio siłę miłości, udowodnił mi mój mąż, który był ze mną w ciągu mojego ogromnego kryzysu psychicznego. Był i widział mnie w najgorszych, wręcz krytycznych momentach. Kochał i kocha  mnie nadal. Mimo wszystko.

Do jakich czytelników skierowana jest "Świąteczna Gwiazdka Tosi"? Mam wrażenie, że czytelnik w każdym wieku znajdzie w niej coś dla siebie. Czy się mylę?

Ona jest dla wszystkich, którzy chcą się wzruszyć i inaczej spojrzeć na życie.

Napisanie świątecznej książki traktujesz jako jednorazową przygodę, czy jednak nie wykluczasz, że z biegiem lat będzie ich więcej?

Nie wykluczam. Wszystko jest możliwe.

Może w kolejnej książce znajdzie się miejsce dla Twoich ukochanych kotów, Koli i Roszpunki? (Śmiech.) 

Przyznam szczerze, że ostatnio o tym myślałam. Być może będzie cykl ich przygód?... Nie potwierdzam, ani nie zaprzeczam :)

sobota, 30 listopada 2024

Magdalena Turczeniewicz o serialu "M jak Miłość", życiowej harmonii i Tadeuszu Plucińskim [WYWIAD]

 Magdalena Turczeniewicz o serialu "M jak Miłość", życiowej harmonii i Tadeuszu Plucińskim [WYWIAD]

















fot. Patrycja Wiercichowska

Z Magdaleną Turczeniewicz spotkałam się w Warszawie. Rozmawiałyśmy o więzi, którą zbudowała z aktorami młodego pokolenia na planie serialu "Bunt". Nie zabrakło też przestrzeni na to, by powspominać serial "Egzamin z życia" i  porozmawiać o "M jak miłość", w którym pojawiła się ostatnio w roli Martyny.

Aktorka opowiedziała też o spotkaniach ze starszym pokoleniem aktorów. Przytoczyła wzruszającą historię, której bohaterem jest Tadeusz Pluciński. 

Już na pierwszy rzut oka sprawiasz wrażenie osoby niezwykle pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. Chyba nawet nie mogłabyś inaczej, prawda? (Śmiech.) 

Taka chyba jest moja natura. Życie jest za krótkie żeby się negatywnie nastawiać. Staram się szukać jego jasnych stron. 

Lubisz ludzi, a oni odwdzięczają się tym samym. Z młodym pokoleniem aktorów, z którym pracowałaś na planie serialu "Bunt", mimo tego, że nie doczekał się drugiego sezonu, do dziś łączy Cię niezwykła więź. 

Rzeczywiście, z niektórymi z nich do dziś utrzymuje bliski kontakt. Przez to, że moja postać sama miała przeszłość związaną z ośrodkiem wychowawczym, to rozumiała świat tych młodych ludzi i umiała nawiązać z nimi bliskie relacje. W  efekcie to co zbudowaliśmy między sobą na planie przeniosło się na życie prywatne. To wspaniali ludzie. Przeżyłam z nimi drugą młodość. (Śmiech.) 

Chyba można zaryzykować tutaj stwierdzenie, że zżyłaś się z nimi tak, jak nauczyciel z uczniami. (Śmiech.) 

Trochę tak. Przez długi czas, nawet poza planem zwracali się do mnie "Pani Aniu". Bardzo to lubiłam, tak jak lubiłam obserwować ich w pracy. Mam wrażenie, że  to pokolenie ma dużo większą odwagę, i dużo szybciej wchodzi w partnerskie relacje. Wiele się od nich nauczyłam.

Mam wrażenie, że te poniekąd "szkolne" spotkania, uruchamiają w Tobie co jakiś czas wspomnienia o serialu "Egzamin z życia", w którym w latach 2005-2007, od 25 odcinka, wcielałaś się  w postać Tatiany Unger. Jak ta serialowa przygoda zapisała Ci się w Twojej pamięci? 

Rzeczywiście, gdy debiutowałam w serialu, byłam na tym samym etapie życia, co oni. Jednak to dwa różne światy. Siłą w "Buncie"  była grupa, wszyscy praktycznie byli w jednym wieku, z trudną przeszłością i wspólnie rzucali wyzwanie światu. W "Egzaminie z życia", świat młodzieży  był przedstawiony zupełnie inaczej. Byliśmy chyba bardziej subtelni i mieliśmy inną skalę problemów. Przede wszystkim mieliśmy rodziny.

Siłą tego projektu byli też wybitni aktorzy: Krzysztof  Globisz, Jan Frycz, Anna Seniuk czy Wiesław Komasa. To było dla nas młodych duże wyzwanie. Mieliśmy się od kogo uczyć.  

Myślałaś kiedyś o tym, że gdybyś nie przyjęła roli w "Egzaminie z życia", Twoje życie zawodowe mogłoby się potoczyć inaczej? 

Nigdy o tym tak nie myślałam. Ale na pewno praca na planie już na drugim roku studiów, dała mi ogromne doświadczenie. Miałam szczęście, że mogłam być zauważona,  będąc jeszcze w szkole. Przełożyło się to później na angaż w Teatrze Syrena. 

Po wspomnieniach, czas na to, co dzieje się obecnie. Dołączyłaś do obsady serialu "M jak miłość", niebawem odbędzie się także premiera spektaklu "Jutro będzie futro" z Twoim udziałem. Mam wrażenie, że to Twój czas. Masz podobne odczucia? 

Dużo się dzieje. Bardzo to lubię. Droga zawodowa aktora nie jest linearna. Nie zawsze idzie projekt za projektem. Czasem trzeba trochę poczekać. Bardzo się cieszę, że teraz jest tak gęsto. 

Zadebiutowałaś nie tylko w serialu, ale też w jego nowej czołówce. Mocne wejście. (Śmiech.) Czy zanim dołączyłaś  do "M jak Miłość", zdarzało Ci się oglądać serial? 

Szczerze, "M jak miłość "oglądałam na samym początku, kiedy  serial wchodził na antenę. Oczywiście przed dołączeniem do obsady obejrzałam kilka odcinków, by zobaczyć, w jaką konfigurację wchodzę. Z Mikołajem i Michaliną znaliśmy się  już wcześniej. 

To, że znaliście się wcześniej, pomogło Ci, kiedy dowiedziałaś się, że wchodzisz w ich wątek? 

Kiedy choć trochę zna się człowieka prywatnie, to zawsze jest łatwiej. Omijamy etap zapoznawczy i tym samym jesteśmy o krok dalej. 

Czy właśnie te czynniki, o których mówisz, zdecydowały, że postanowiłaś tę rolę przyjąć? 

Przyjmując rolę przede wszystkim  sugeruję się tym, żeby to co mam do zagrania, było dla mnie ciekawe. Tak było w tym przypadku.  Martyna to postać niejednowymiarowa, wyrazista, z mocnym charakterem. Ale jest też uwikłana w swoje problemy, przede wszystkim problemy z alkoholem. Widz zastaje ją w najtrudniejszym momencie. Po śmierci męża odcina się od świata  i traci sens życia. I nagle pojawia się ON, nieoczekiwany zwrot akcji. 

Martyna jest konkurencją dla Kamy (w tej roli Michalina Sosna, przyp. red.) Już podczas kręcenia nowej czołówki, widać było, że świetnie się dogadujecie. Jakimi kolegami z planu są Michalina Sosna i Mikołaj Roznerski? 

Z Michaliną nie mam na razie zbyt częstego kontaktu na planie, nasze wątki obecnie się nie przeplatają, ale  to bardzo pozytywna i ciepła dziewczyna. Mikołaj jest bardzo wspierający i daje duży komfort w pracy. 

Pod wpływem Mikołaja robisz więcej relacji instagramowych? (Śmiech.) 

Nie (śmiech.) Jeśli chodzi o relacje instagramowe z planu, jestem trochę oldschoolem.  Zwykle nie zabieram telefonu na plan, odcinam się od świata i skupiam na tym, co mam do zrobienia. 

Może to dobry czas, byś zwiększyła swoją aktywność w social mediach. 

Być może. Faktycznie, nie prowadzę Instagrama regularnie. Nie mam chyba w sobie takiej jednostki, by dzielić się ze światem wszystkim, co akurat się u mnie dzieje. Lubię tę swoją prywatność. 

Żyjesz w harmonii, blisko natury, kochasz podróże, relaks, dobre książki i Ajurwedę. Odnoszę nieodparte wrażenie, że świat social mediów nie do końca do Ciebie przemawia, czy się mylę? 

Chyba jestem bardziej relacyjna w życiu. 

Ostatnio polecałaś książkę autorstwa Magdaleny Adaszewskiej - "Na wieki wieków amant" - to rozmowa z Tadeuszem Plucińskim. Utkwiła mi w głowie historia o portfelu na drobne, którego szukałaś dla Niego na bazarku. Przytoczmy ją proszę.

To piękna historia. 

Z Tadeuszem Plucińskim spotkałam się w Teatrze Syrena. Graliśmy razem w kilku spektaklach. Siedzieliśmy  kiedyś w charakteryzacji tuż przed świętami Bożego  Narodzenia . Głośno rozmyślałam, co kupić ukochanemu w prezencie. Napomknęłam o portfelu.

Na co Tadek, przysłuchując się, powiedział: "Nic nie kupuj. Ja Ci przyniosę. Mam pełno portfeli. A Ty kupisz mi portfel na straganie, koło metra Wilanowska. Taki, żebym po otwarciu widział drobne. Nie mam siły chodzić po tych straganach". 

No i przyniósł mi cały wachlarz pięknych portfeli. Nowiutkich, eleganckich w każdym kolorze. Jak się okazało  mnóstwo ludzi  dawało mu portfele w prezencie, a on potrzebował takiego, żeby otwierał się do  formy kwadracika.

Tak więc zrobiliśmy deal. Ja latałam po straganach, a on dał mi najpiękniejszy portfel ze swojej kolekcji... 

To było piękne spotkanie. Lubię spotykać się w pracy ze starszym pokoleniem aktorów. Zawsze te spotkania są dla mnie drogie. 

Pamiętasz moment swojej pierwszej fascynacji Ajurwedą? Podobno, wzięła się ona m.in. z faktu, że praktycznie od zawsze interesowało Cię spotkanie z drugim człowiekiem.

Miałam koleżankę, która była  nauczycielką jogi. Co roku jeździła na oczyszczanie ajurwedyjskie Panchakarma do Indii. Zawsze jak stamtąd wracała, nie mogłam się na nią napatrzeć. Przyjeżdżał tak piękny  i zrównoważony człowiek, że pomyślałam, że musi być jakaś siła w tej nauce. Kiedy urodziłam dziecko i miałam przestrzeń, by zgłębić temat, zapisałam się na kurs terapeuty Ajurwedy. Od pierwszych chwil poczułam, że ta wiedza jest  mi bardzo bliska i jest to coś, czego chcę się uczyć. 

Aktorstwo to piękny, ale też trudny i niepewny zawód. Czy Ajurweda pomaga Ci w utrzymaniu życiowej równowagi? 

Tak.

Co daje Ci ta forma relaksu, czego nie dają inne aktywności? 

To nie aktywność, ale bardzo obszerna wiedza o nas samych, obejmująca umysł, ciało, zmysły i duszę.

Dała mi narzędzia do tego jak sobie pomóc kiedy tracę równowagę. 

Niedawno zaczęłaś jeździć po Polsce ze spektaklem "Jutro będzie futro". 

Tak, to prawda. Cieszę się na to doświadczenie. Mamy świetny zespół i czuję dużą  radość z tego spotkania. 

Wielu aktorów teatralnych mówi, że komedia to najtrudniejszy gatunek do grania. Zgadzasz się z tym stwierdzeniem? 

Nie mam jednoznacznej opinii na ten temat, ale możliwe, że tak jest. Komedia wymaga sprawności, skupienia, warsztatu i zachowania rytmu. Trzeba grać tak, by te najbardziej absurdalne sytuacje stały się wiarygodne. 

Czym jest dla Ciebie Teatr? 

Teatr jest dla mnie najpiękniejszym miejscem dla aktora. Na wszystko jest tam czas i miejsce.  Bardzo za nim tęskniłam.

niedziela, 3 listopada 2024

Z Teresą Lipowską (nie tylko) o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]

 Z Teresą Lipowską (nie tylko) o serialu "M jak miłość"  [WYWIAD]















fot. Marta Gostkiewicz - Barańska, Teresa Lipowska na planie filmu "Uwierz w Mikołaja" 

Z Teresą Lipowską, która nie lubi być nazywana gwiazdą, a jedynie uczciwą i lubianą aktorką, spotkałam się w Warszawie. Rozmowa miała wiele wątków, jednak nie mogło w niej zabraknąć pytań dotyczących serialu „M jak miłość“, w którym w nestorkę rodu Teresa Lipowska wciela się od pierwszego odcinka. 25 sierpnia minęły 24 lata od momentu, w którym na planie kultowego serialu padł pierwszy klaps. Pierwszy odcinek na antenie TVP2 widzowie zobaczyli 4 listopada 2000 roku. 

Aktorka opowiedziała również o swojej książce „Nad rodzinnym albumem“, którą napisała razem z Iloną Łepkowską, pracy na planie filmu „Uwierz w Mikołaja“ oraz o kolekcji aniołów. W swoich zbiorach ma ich już około 200. 

Nie lubi Pani określenia "gwiazda". Zdecydowanie bardziej woli Pani, kiedy mówi się o Pani jako o aktorce uczciwej i lubianej, czyli dającej z siebie wszystko i nieidącej na łatwiznę.

Przez te 67 lat aktywności zawodowej nauczyłam się pracować uczciwie, tak jak najlepiej potrafię. Gwiazdą nigdy nie byłam. Wśród nagród, które ostatnio otrzymałam, jest Super Gwiazda Plejady. Zastanawiam się, dlaczego akurat teraz jestem obdarzana takimi wyróżnieniami. Nie zagrałam żadnej wielkiej roli, która ludziom wbiłaby się w pamięć. W moim życiorysie nie ma żadnych ekscesów. Myślę więc, że uczciwą pracą zasłużyłam na to, że teraz chcą mnie, zapraszają i doceniają. W filmie i telewizji zagrałam ponad dziewięćdziesiąt, przeważnie drugoplanowych, ról. Widocznie były tak wyraziście zagrane, że zostały ludziom w pamięci, ponieważ coraz częściej sobie o nich przypominają. Kiedy spotykam się z ludźmi przy różnych okazjach, postrzegają mnie jako aktorkę popularną i lubianą. Zawdzięczam to m.in. serialowi „M jak miłość“, ale na przestrzeni lat udzieliłam też setek wywiadów. 

Jak wspominałyśmy, aktywna zawodowo jest Pani od sześćdziesięciu siedmiu lat. Gdyby miała Pani ten czas zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby być?

Jestem szczęśliwa, że wybrałam ten zawód. Chciałam być lekarzem i do tej pory utrzymuję kontakty z przedstawicielami tego zawodu, ale poniekąd to się chyba udało, bo można tak powiedzieć, że jestem lekarzem dusz.

Nie mogę sobie przypomnieć, proszę mi pomóc, czy kiedykolwiek zagrała Pani lekarkę?

Jest Pani pierwszą osobą, która zadała mi to pytanie. Niestety, lekarki nigdy nie zagrałam.

25 sierpnia minęły 24 lata od momentu, w którym na planie „M jak Miłość“ padł pierwszy klaps. Pierwszy odcinek wyemitowany został  w sobotę, 4 listopada 2000 roku. To prawda, że początkowo serial miał liczyć tylko kilka odcinków?

Tak, to prawda. Miał to być serial rodzinny. Faktycznie, na samym początku brano pod uwagę nagranie jedynie kilku odcinków. Widzowie pokochali jednak ten serial. Zawdzięczamy im to, że jest nadal emitowany. W rankingach oglądalności „M jak miłość“ cały czas utrzymuje się na wysokiej pozycji. Do tej pory są z nami fani, którzy pokochali nas od początku, zaakceptowali tę naszą serialową rodzinę i tematy, które poruszamy. U nas jest tak, jak w życiu. Jest miłość, są radości, ale nie brakuje problemów. Jest też babcia Basia, która to wszystko łączy i robi wszystko, by wszystkim razem i każdemu z osobna, było jak najlepiej.

W wywiadach dość często wraca Pani do momentu, w którym została zaproszona na casting do serialu. Wiedząc, że to jakaś ważna postać, uczesała się Pani elegancko i założyła chustę, a… kazali zagrać Pani wiejską kobietę.

Przypadkowo spotkałam reżysera, Ryszarda Zatorskiego, który powiedział mi, że rozpoczynają się zdjęcia do nowego serialu, a ja jestem zaproszona na casting. Wiedziałam faktycznie tylko tyle, że będzie to jakaś ważna postać. Nie liczyłam się z tym, że może się okazać korzeniem całego serialu. Ubrałam się w elegancką, ażurową sukienkę. Włosy na afro, umalowałam się. Spojrzeli na mnie i dostałam tekst. Okazało się, że w ramach castingu mam zagrać wiejską babę, która każe mężowi wywieźć gnój z owczarni. Więc… zburzyłam ułożone włosy, naokoło bioder założyłam piękny szal i... ochrzaniłam męża. (Śmiech)

Przez blisko 17 lat grała Pani z Panem Witoldem Pyrkoszem. Do dziś pamiętam tę pierwszą scenę w serialu, kiedy Lucjan w sadzie składa Basi życzenia z okazji 40. rocznicy ślubu. Jak wspomina Pani zmarłego w 2017 roku aktora?

Witka znałam jeszcze zanim zaczęliśmy kręcić serial, więc nie był dla mnie zupełnie obcym człowiekiem. Znałam jego możliwości. Ciężko się z nim pracowało, był bardzo zdystansowany, ale dobrze się nam razem pracowało. Kiedy w 2009 roku wydał swoją książkę „Podwójnie urodzony“, podziękował mi na jej łamach za 15 lat naszej współpracy. Uważałam go za dobrego i uczciwego aktora. Bardzo się szanowaliśmy. Kiedy odszedł, było mi bardzo ciężko.

To prawda, że do tej pory, na krześle, na którym siedział zawsze na planie, siada tylko Pani?

Tak, do tej pory tylko ja siadam na tym krześle.

Jak to jest, być ukochaną babcią wszystkich Polaków?

Bardzo przyjemnie. Od pierwszego dnia zdjęciowego minęły już 24 lata, więc teraz takich głosów jest mniej, ale był czas, w którym dostawałam cudowne listy od młodziutkich, nastoletnich widzów, którzy pisali, że chcieliby mieć taką babcię. To, że babcia Basia jest dobra, ciepła, wyrozumiała i serdeczna, jest oczywiście zasługą scenarzystów. Dzięki temu ludzie pokochali moją bohaterkę. Gdziekolwiek się zjawiam, jestem z nią kojarzona.

Kiedy ktoś Panią rozpoznaje, woła w Pani kierunku „Pani Basiu“?

Teraz takich sytuacji jest już mniej. Ja nie zaprzyjaźniłam się z komputerem, więc nie czytam wpisów od internautów, ale kiedy na spotkania ze mną przychodzą młodzi ludzie, słyszę wtedy to, co czytałam niegdyś w listach. Wielu jest chętnych na taką babcię, mamę, a nawet teściową. (śmiech) Życzliwość ludzi i uśmiech, z którym spotykam się na ulicy, jest największą nagrodą. To dużo więcej, niż przyznawane mi nagrody. 

W filmie „Uwierz w Mikołaja“, który powstał na podstawie książki autorstwa Magdaleny Witkiewicz pod tym samym tytułem, zagrała Pani Babcię Helenkę. Co spowodowało, że przyjęła Pani tę rolę?

Ta rola została napisana dla mnie. Pani Magda, kiedy pisała tę książkę, myślała o tym, by cała historia została sfilmowana. Przyznała, że chciała, abym to ja zagrała rolę babci Helenki. Całość bardzo mi się spodobała. To, by główna akcja toczyła się w domu opieki, było świetnym pomysłem. Przyznam jednak, że finalnie, wątki pensjonariuszy zostały mocno ograniczone.

Na nasze spotkanie zabrałam ze sobą książkę autorstwa  Marzanny Graff, „Siła codzienności“. Choć wydana została w 2008 roku, to słowa o tym, że uwielbia się Pani śmiać, dlatego, że z natury jest Pani optymistką i kocha ludzi, nie tracą na ważności. Nie ma co tu kryć, że tak wychowała Panią mama. Jakie jest Pani pierwsze wspomnienie z mamą i domem rodzinnym?

Powtórzę to, co mówiłam już we wcześniejszych wywiadach. Matkę ocenia się, będąc dorosłym. Kiedy była koło mnie, wydawało mi się, że to jest normalne, bo każda matka przecież tak robi. Trudno opowiedzieć o pierwszym wspomnieniu. Bardzo ją kochałam. Mama ofiarowała nam więcej czułości niż tata. To od niej nauczyłam się stosunku do ludzi. Nie potrafiłam się jej odwdzięczyć za to, co przez lata dla mnie zrobiła, bo zabrakło nam czasu.

Najpiękniejsze wspomnienia zostały zawarte w książce „Nad rodzinnym albumem“. Rozmowy na różne tematy, które można w niej przeczytać, przeprowadziła z Panią Ilona Łepkowska. Nie wyobrażała Pani sobie podobno innej osoby, która mogłaby z Panią rozmawiać i spisać te wszystkie historie...

Napisanie tej książki proponowano mi aż trzykrotnie. Odmawiałam. Kiedy skończyłam 80 lat, wydawnictwo skontaktowano się ze mną ponownie. Usłyszałam, że dwa jubileusze, bo dochodziło do tego wtedy również 60 lat pracy artystycznej, są doskonałym momentem na pojawienie się mojej książki na rynku. Przedstawiono mi propozycje osób, które mogłyby ze mną tę książkę stworzyć. Niestety, nikogo z tego grona nie znałam. W pewnym momencie pomyślałam, że jest jedna osoba, z którą mogłabym to zrobić. To właśnie Ilona Łepkowska.

Ma Pani w książce „Nad rodzinnym albumem“ ulubiony fragment? Czego dotyczy?

Nie zaglądam do niej, bo ja to wszystko wiem, wszystko pamiętam. To, co razem z Iloną napisałyśmy, jest tym, co chciałam powiedzieć. Jest przepięknie wydana. Jednym z moich warunków było to, że ma być w niej nie mniej niż 120 zdjęć. Moja książka się podoba ludziom. Jest prosta,  jak to kiedyś mówił Edward Dziewoński, to opowieść “dożylna”. (Śmiech)

W jednym z wywiadów powiedziała Pani, że zbiera anioły. Kiedy się wywiad ukazał, Pani kolekcja zaczęła się rozrastać. Ile jest ich obecnie? 

W mojej kolekcji jest obecnie około 200 aniołów. 95% to wszystko są prezenty. Moje aniołki są bardzo różne. Od pięknych, porcelanowych, do pięknie rzeźbionych w drewnie. Kiedyś dostałam anioła od dzieci ze szkoły, który był zrobiony z lalki Barbie. Mam też anioła-piłkarza. Dla mnie nie ma znaczenia, jak który jest wykonany. To jest coś, co ludzie chcieli mi podarować. To jest piękne.

Czy wśród nich jest taki, do którego ma Pani szczególny sentyment? Chyba wszystkie są dla Pani ważne, prawda?

Wszystkie kocham. Jest jeden, który za każdym razem wywołuje u mnie uśmiech. To anielica. Murzynka, brzydka jak noc, (Śmiech) z mordką z gliny, ale uśmiechniętą. 

„Anioły istnieją, tylko czasem nie mają skrzydeł. Wtedy nazywamy ich przyjaciółmi“. To mój ulubiony cytat. I tymi przyjaciółmi jestem otoczona. To mi pomaga żyć.