piątek, 26 października 2018

Kabaret Hrabi: "Zawsze wstajemy z dobrym humorem"

Kabaret Hrabi: "Zawsze wstajemy z dobrym humorem"



Przed programem "Cyrkuśniki", który został przedstawiony w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie udało porozmawiać się z artystami.

Od jednego z kabareciarzy usłyszałam kiedyś, że osoby pracujące w tym zawodzie są największymi ponurakami w życiu prywatnym. To prawda? Jak jest z Wami?

Tomasz Majer: Myślę, że ktoś powiedział to w żartach. Ludzie podejrzewają, że kabareciarze są w życiu tacy, jak na scenie. Jesteśmy normalnymi ludźmi, obdarzonymi poczuciem humoru, ale wciąż normalnymi.

Joanna Kołaczkowska: W naszym najnowszym programie "Wady i ważki" mamy taki skecz, w którym odwracamy role i patrzymy na widzów jak na aktorów. Zadajemy pytanie, na które odpowiedź brzmi: "Znajdź najsmutniejszą gębę, to będzie on". Coś jest chyba na rzeczy, ponieważ nie jesteśmy bardzo ponurzy, ale nie bawimy też otoczenia w szczególny sposób. Ze sobą czujemy się swobodnie, żartujemy dużo, natomiast gdy znajdujemy się w obcym środowisku, można odnieść wrażenie, że jesteśmy smutni.

Dariusz Kamys: Jest jeszcze jeden trop. Przypominają mi się próby, na których pisaliśmy teksty. Gdyby podczas nikt ktoś otworzyłby drzwi, zobaczyłby skupionych ludzi, kojarzonych się np. z grupą naukową. (Śmiech.)

Wychodzicie z założenia, że wszystko zależy od nas, a każdy dzień może być dobrym? Co jest dla Was gwarancją dobrego dnia?

Joanna Kołaczkowska: Każdy dzień może być dobry. Wszystko zależy od nastawienia. Intensywnie pracuję nad tym, by nie przejmować się rzeczami, na które nie mam wpływu. W miarę mi się to udaje.

Dariusz Kamys: Zawsze wstaję z dobrym humorem. Nawet, kiedy budzę się z bólem głowy, nie przeszkadza mi to. Słońce zawsze ma na mnie zbawienny wpływ.

Mam wrażenie, że nie wszyscy umieją cieszyć się z drobiazgów. Co zrobić, by to zmienić?

Tomasz Majer: Trzeba cieszyć się z drobiazgów. Proste. Zadowolony jestem z dnia, kiedy uświadamiam sobie, że zrobiłem dużo pożytecznych rzeczy.

Spotykamy się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie. Wystąpicie ze swoim programem "Cyrkuśniki". Proszę opowiedzieć coś więcej.

Joanna Kołaczkowska: Program ten wymyśliliśmy z myślą o sytuacjach, w których kabareciarzy widzi się trochę jako cyrkuśników. Postanowiliśmy spełnić marzenie widowni i być podczas programu do ich usług. Przejawia się to w różny sposób - składamy ludziom życzenia, robimy wiele szalonych rzeczy, improwizujemy.

Łukasz Pietsch: Robimy nawet to, czego tak do końca nie umiemy robić. (Śmiech.)

Dariusz Kamys: W wielu momentach zwalniamy się z odpowiedzialności, idziemy na żywioł, robimy wszystko bez względu na to, co wydarzy się za chwilę.

Joanna Kołaczkowska: "Cyrkuśniki" są programem, podczas którego mamy większy kontakt z publicznością niż zazwyczaj.

Skąd wziął się pomysł na tytuł "Cyrkuśniki". Podobno jest z tym związana jakaś historia, a zamieszany jest w nią Pan Dariusz Kamys...

Joanna Kołaczkowska: Darek Wyszedł ze sklepu w rodzinnych Cigacicach, został zaczepiony przez podchmielone towarzystwo i został nazwany "tutejszym cyrkuśnikiem".

Dariusz Kamys: To fajna nazwa, ponieważ podkreśla, że zajęcie takiego człowieka służy ku rozbawianiu, ale delikatnie jest otarta z godności, z jednoczesną dozą życzliwości.

Joanna Kołaczkowska: W tej nazwie jest poezja. (Śmiech.)

Łukasz Pietsch: Już nie artysta, jeszcze nie cyrkowiec. (Śmiech.)

Joanna Kołaczkowska: Zwróćmy tu uwagę na liczbę mnogą. To takie wiejskie określenie słowa "cyrkuśnicy".

Jak wyglądały prace nad "Cyrkuśnikami, jak długo trwały? Może jakieś anegdoty związane z towrzeniem programu?

Joanna Kołaczkowska: Przez prawie rok myślimy o tematyce skeczów, próbujemy i dobieramy najfajniejsze rzeczy. Nigdy nie kończymy pracy.

Dariusz Kamys: Każdy nasz program jest serem dojrzewającym. (Śmiech.)

Do jakich widzów skierowani są "Cyrkuśniki"?

Dariusz Kamys: Do ludzi i delfinów. (Śmiech.)

Łukasz Pietsch: Nie kalkulujemy, do kogo trafimy.

Co jest dla Was najważniejsze w tym zawodzie?

Joanna Kołaczkowska: Rozwijanie się, celowanie wciąż w wyższy poziom.

Tomasz Majer: Dzięki kabaretowi wciąż czuję się młody. (Śmiech.) Ten zawód nie pozwala mi się zestarzeć.

Łukasz Pietsch: Rozwój i progres.

Materiał dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

sobota, 20 października 2018

EXCLUSIVE: Maurycy Popiel: „Każda praca jest trudna w pewnym aspekcie”

Maurycy Popiel: „Każda praca jest trudna w pewnym aspekcie”




























Fot. Ania Powałowska

Po pierwszym spektaklu „Pikantni” w Jastrzębiu – Zdroju miałam ogromną przyjemność rozmawiać ze znanym i lubianym aktorem, Panem Maurycym Popielem. Nie tylko o samej sztuce, ale również o sile mediów społecznościowych oraz najbardziej lubianych polskich serialach.

Spotykamy się w Jastrzębiu - Zdroju po pierwszym spektaklu "Pikantni". Jak wrażenia? Publiczność dopisała? 

Było świetnie. Jesteśmy po wakacyjnej przerwie, więc dawno nie graliśmy. Nie mieliśmy próby, ale było to motywacją do czujnego reagowania na to, co działo się na scenie.

Według widzów wasz spektakl zalicza się do najlepszych sztuk teatralnych w Polsce. W czym w Pana odczuciu tkwi jego siła? 

Największa siła spektaklu „Pikantni“ tkwi moim zdaniem w relacjach międzyludzkich, które są w nim przedstawiane. Zależało nam, by choć są dość ekstremalne, były w miarę prawdopodobne. Chyba się udało.

Wciela się Pan w rolę Christopha. Proszę opowiedzieć coś o swojej postaci. Co najbardziej Pana w nim zaskoczyło? 

Cała jego postać jest dla mnie zaskakująca. (Śmiech.) Jest bardzo niedobrym człowiekiem. Postępuje w sposób, w który ja nigdy bym nie postąpił. Nie jest to bliska mi postać. Niemniej jednak, żeby zagrać Christopha, musiałem jakoś przyswoić wszystkie jego negatywne cechy.

 Mówi się, że komedia jest najbardziej wymagającym gatunkiem do zagrania. Zgadza się Pan z tym stwierdzeniem? W czym, Pana zdaniem, zawiera się ta trudność?

Każda praca jest trudna w pewnym aspekcie. Trudność w komedii polega na tym, że trzeba bardzo restrykcyjnie pilnować rytmu.

Ze spektaklem jeździ Pan po całej Polsce. Wyjazdy są również okazją do spotkań z fanami. Proszę zdradzić, jakie jest najczęstsze pytanie, które słyszy Pan od sympatyków?

Mam wrażenie, że wszyscy pytają mnie, jak nauczyłem się tyle tekstu (Śmiech.) My aktorzy już tak mamy, to podstawa naszej pracy.

Pewnie pojawia się również pytanie o Pana zdanie na temat portali społecznościowych. Na próżno szukać Pana profilu na Instagramie, czy aktywnego fanpage na Facebooku. Nie wierzy Pan w siłę internetu?

Nie chodzi o to, że nie wierzę w siłę internetu. Bardziej nie uważam się za osobę, która ma coś do powiedzenia całemu światu. Chyba że ze sceny, jako postać. (Śmiech.)

Porozmawiajmy o... serialach. Zacznijmy od "Korony królów", w której wcielał się Pan w Arunasa // Brata Szymona. Co spowodowało, że przyjął Pan tę rolę? 

Ważne było dla mnie, że „Korona królów“ jest produkcją kostiumową. Miałem też okazję pojeździć konno i pomachać mieczem. Na co dzień nie mam takich możliwości, ale bardzo to lubię.

Nabycie jakich umiejętności okazało się dla Pana koniecznością, by mógł Pan wiarygodnie wcielać się w swoją postać? Co było najtrudniejsze, a co sprawiało Panu najwięcej frajdy?

Najwięcej czasu poświęciłem na naukę jazdy konnej, którą musiałem opanować. Nie wiem, czy wyszło mi to tak, jak zakładaliśmy na początku, ale z tego, co wiem, produkcja serialu była zadowolona. Ta umiejętność zostanie mi na całe życie.

Uważa Pan, że seriale takie jak "Korona Królów" pełnią funkcję edukacyjną, mają szansę udowodnić, że historia może być ciekawa?

To zależy wyłącznie od tego, jak wierne pozostają historii. Akurat serial „Korona królów“ jest raczej nią tylko  isnpirowany, a scenarzyści mają luźny stosunek do faktów historycznych, niemniej jednak dużo   rzeczy jest tam prawdziwych.

Nie da się obojętnie przejść obok  "M jak Miłość". Co według Pana jest fenomenem tego serialu?  

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, ale 18 lat jego sukcesów niewątpliwie świadczy o tym, że fenomenalny jest.

Szykują się nowe projekty z  Pana udziałem? Gdzie będzie można Pana zobaczyć w najbliższym czasie poza serialami?

Zapraszam do Teatru Bagatela w Krakowie, gdzie występuję regularnie. Tam zawsze można mnie spotkać.

Materiał dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji


piątek, 12 października 2018

Ilona Janyst: "Każda postać jest inna"

Ilona Janyst: "Każda postać jest inna"


















Fot. Paweł Janyst


Ilona Janyst, aktorka młodego pokolenia. Szerszej publiczności znana m.in. z roli Anety Kryńskiej w serialu "M jak miłość". Rozmawiamy o pierwszych zauroczeniach tym zawodem, fenomenie serialu i kreowaniu negatywnych postaci.

 Proszę na początek opowiedzieć, jak to się zaczęło? Aktorstwo od zawsze było zawodem, któremu chciała się Pani poświęcić, czy "po drodze" pojawiały się u Pani także inne pomysły?

Decyzję o tym, że zostanę aktorką podjęłam chyba jeszcze zanim nauczyłam się mówić. Brzmi to zabawnie, ale rzeczywiście tak było, od najmłodszych lat przejawiałam zainteresowanie nie tylko występowaniem na scenie, ale aktorstwem w każdej formie. Podobno pierwszy wiersz recytowałam - tak szumnie nazywa to moje ówczesne gaworzenie rodzina - w wieku jedenastu miesięcy. Z biegiem lat utwierdzałam się tylko w przekonaniu, że to jedyny możliwy zawód dla mnie, także niewiele się zmieniło. Mam tylko nadzieję, że gaworzę już nieco wyraźniej. (Śmiech.)

Proszę opowiedzieć o najciekawszych, bądź najbardziej orginalnych.

Ponieważ od najmłodszych lat miałam już dość sprezycowane zainteresowania, występy były na porządku dziennym. Żadna rodzinna uroczystość nie mogła odbyć się bez pokazu artystycznego przygotowanego przez dwie moje kuzynki i mnie. Przebierania się w różne stroje były naturalnie elementem każdego pokazu. Istotnym, acz nie kluczowym. W późniejszych latach z entuzjazmem brałam udział w szkolnych akademiach i konkursach.

W jakich okolicznościach nastąpiło Pani pierwsze spotkanie z tym zawodem? Miało to miejsce w Teatrze, czy przed kamerą?

Jeżeli chodzi o debiut stricte zawodowy, miał on miejsce we Wrocławskim Teatrze Komedia. Byłam wtedy na drugim roku szkoły teatralnej. Dyrektor teatru Wojciech Dąbrowski zaprosił mnie na rozmowę, poszukiwał młodej aktorki do roli dziennikarki w sztuce "Czysta komercja". Spodobałam się i dostałam rolę. Było to wyzwanie dla drugorocznej studentki, zwłaszcza, że w obsadzie znaleźli się znakomici aktorzy, miałam przyjemność współpracować wtedy między innymi z Panią Emilią Krakowską, czy Maciejem Tomaszewskim. We Wrocławskim Teatrze Komedia gram zresztą do dziś, obecnie w sztuce "Pomoc domowa", na którą oczywiście serdecznie zapraszam.

Każda postać, w którą się Pani wciela jest charakterystyczna, dzięki czemu zapada widzowi  w pamięć. Jak grać, by zostać zapamiętaną? Ma Pani na to jakąś receptę?

Nie mam żadnej recepty. Każda postać jest inna, zatem dobrze znaleźć jej indywidualne cechy. Nie zaczynam jednak tworzenia postaci od myślenia: co zrobić, żeby została zapamiętana, to byłoby bardzo zgubne. Przede wszystkim staram się skupiać na dobrze wykonanej pracy, czyli - interesująco stworzonej roli, nie starając się "przypodobać" widzowi. Poza tym w serialu zazwyczaj nie ma miejsca na szeroko rozbudowane role, tak, jak ma to miejsce w teatrze. W przypadku produkcji serialowych, efekt wielowymiarowości przychodzi z czasem, kiedy historia bohatera trwa już nieco dłużej. Generalnie gramy bardzo konkretne sceny, w obrębie których staram się odnajdywać intrygujące elementy swojej postaci.

Po prześledzeniu Pani ról dochodzę do wniosku, że w znacznej ilości przeważają w Pani dorobku zawodowym czarne charaktery. Czy nie marzy się Pani dla odmiany jakaś pozytywna postać?

Oczywiście, że mi się marzy. Jednym z najciekawszych elementów tego zawodu jest jego różnorodność, zatem po kilku rolach negatywnych przydałoby się zagrać sympatyczniejszą postać. Czarne charaktery są oczywiście zazwyczaj dużo ciekawsze do grania, jednak dla samej równowagi chętnie zmierzyłabym się z nieco innym repertuarem. 

Co jest najtrudniejsze w wcielaniu się w postać z tzw. "rysą", złamaniem? Czy takie postacie są dużym wyzwaniem aktorskim?

Jako wciąż początkująca aktorka nie mam jeszcze odpowiedzi na wiele warsztatowych zagwozdek. Nie wiem na przykład, czy zawsze trzeba lubić postać, którą się gra, choć mam wrażenie, że nie jest to konieczne. Co jest natomiast bardzo ważne - zawsze trzeba ją rozumieć. Najtrudniejsze jest znalezienie motywacji dla negatywnej postaci. W przypadku Anety miałam z tym na początku problem, szczególnie w momentach, kiedy wydawało mi się, że już gorzej się zachować nie może, aż dostawałam nowe odcinki, w których scenarzyści wymyślali dla niej coraz to odważniejsze wyskoki. Mam nadzieję, że udało mi się jej działania jak najbardziej uwiarygodnić.

Pani Anetę lubiła od samego początku, czy przyszło to z czasem? 

Zdecydowanie z czasem. Na początku mocowałam się z nią z powodów, o których wspominałam wcześniej. Ale to dobrze! To kolejny z powodów, dla których zawód, który mam szczęście uprawiać, jest tak interesujący, wieczne zmagania z rolami. Nie ma miejsca na nudę. 

"M jak miłość" jest serialem kultowym. Czy zanim trafiła Pani na plan, zdarzało się Pani oglądać perypetie rodu Mostowiaków?

Naturalnie, że oglądałam, zwłaszcza w początkowych latach emisji. Myślę, że nie ma w Polsce osoby, która, nawet nie oglądając serialu stale, nie zobaczyłaby choć jednego, czy kilku odcinków. 

Co jest według Pani największym sukcesem tego serialu?

Na pewno jest to stała, wierna widownia, utrzymująca się na poziomie ok. 6 milionów widzów oglądających każdy odcinek! Po 18 latach emisji to naprawdę ogromny sukces. 
 
"M jak Miłość" to nie wszystko. Już wkrótce pojawi się Pani w serialu "W rytmie serca". To podobno (znowu) czarny charakter. Co opowie Pani o tej postaci?

Sandra to również negatywna postać, jak już udało nam się ustalić, mam do takich szczęście :) Jest to dziewczyna z mroczną przeszłością, która namiesza w życiu Adama Żmudy z powodów, których zdradzić nie mogę, ale które jednak nie są tak oczywiste, jak mogłoby się wydawać po obejrzeniu pierwszych odcinków z jej udziałem. Praca była bardzo interesująca, scenariusze wciągały mnie już przy czytaniu, także serdecznie zapraszam do oglądania. 

Jakie ma Pani najbliższe zawodowe plany?

Dalsza praca na planie serialu oraz we Wrocławskim Teatrze Komedia. Być może czekają mnie jeszcze inne, ciekawe projekty, ale jest zbyt wcześnie, żeby cokolwiek zdradzać. Pożyjemy, zobaczymy.

Proszę na koniec przytoczyć swoje motto życiowe.

Niejedno. Życie to zbyt rozległa i zbyt poważna sprawa, żeby zawężać je do jednego tylko motta. To już jest temat na zupełnie inną rozmowę :)


Materiał dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji


Danuta Bujok: "Najwięcej siły daje mi samo życie"

Danuta Bujok: "Najwięcej siły daje mi samo życie"



























Sport i motywowanie innych to rzeczy, bez których Danuta Bujok nie wyobraża sobie życia. Założycielka grupy "Życie po amputacji", mówca motywacyjny, uczestniczka Europejskiej Szkoły Biegania w rozmowie ze mną dzieli się receptą na szczęśliwe życie.

"Trzeba wierzyć trochę mocniej i działać trochę bardziej". Tak opisuje Pani siebie na swoim oficjalnym profilu na Facebooku. Czy można uznać te słowa za Pani motto życiowe?

Oczywiście, jak najbardziej.

Sprawia Pani wrażenie osoby niezwykle pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. Proszę powiedzieć, co w codziennym życiu daje Pani najwięcej siły?

Najwięcej siły daje mi samo życie. Jest piękne, choć wiadomo, że trudne. Najważniejsze jest nasze nastawienie. Powinniśmy cieszyć się z chwili, która daje nam ten szczery uśmiech na twarzy i z tych codziennych drobiazgów.
Mam takie wrażenie, że to cieszenie się drobiazgami nie zawsze nam wychodzi. Co zrobić, aby to zmienić?

Tak. To nie jest takie proste jeśli się praktykuje częściej co innego :) Ludziom trudno przełamać swoje bariery, cieszyć się z małych gestów jak małe dzieci, zwłaszcza z czyjegoś szczęścia. Łatwiej jest oceniać i krytykować innych. Najważniejsze jest to, by poznać siebie. Trzeba skupiać się na tym, jacy chcemy być, co chcemy osiągnąć w życiu. Odnaleźć, to co sprawia nam największą radość. To pomoże nam być bardziej szczęśliwymi.

Na czym skupia się Pani obecnie najmocniej?

Przyjechałam z Europejskiej Szkoły Biegania, która odbywała się w Berlinie podczas lekkoatletycznych Mistrzostw Europy osób niepełnosprawnych. Moim priorytetem jest powrót do treningów oraz do codziennej aktywności. Także na grupie którą niedawno stworzyłam  "Życie po amputacji” - grupa działa na Facebooku i skupia się głównie na tym, jak sobie radzić w życiu stricte po amputacji. W głowie mam dużo pomysłów dotyczących osób po amputacji nie tylko w kwestii związanej z bieganiem, które chciałabym rozwinąć w przyszłości. Chodzi o to, by osoby, które tracą kończyny mogły przy pomocy specjalnej protezy wrócić do swoich pasji i treningów.

Coś więcej na ten temat?

Informacje dotyczące tych pomysłów systematycznie pojawiać będą się na moich oficjalnych social mediach.

By być szczęśliwym trzeba mieć pasję, której Pani nie brakuje. Dzieli się Pani nią z innymi, choćby za sprawą tego, że oprócz działań sportowych, spełnia się Pani również jako mówca motywacyjny. Co w motywowaniu innych jest dla Pani najważniejsze?

Najważniejsze… myślę, by ludzie zobaczyli u siebie problem nad którym mogą pracować i nie wyolbrzymiali go, ale starali się go zminimalizować i wierzyli, że mimo wszystko można iść dalej przed siebie z podniesioną głową. Jesteśmy tylko ludźmi, popełniamy błędy, ale zawsze musimy znaleźć w sobie siłę, pozytywne podejście do zmiany przede wszystkim siebie. To my jesteśmy kreatorem swojego życia. Po popełnionych błędach wyciągamy wnioski i zmieniamy to co nam się nie podoba.

Czy zachęcanie innych do działania jest również motywacją dla Pani?

Pewnie. Najbardziej motywuje mnie samo podejście innych ta chęci do zmiany danej osoby po rozmowie ze mną, pomysły i na końcu efekty. Ludzie motywują a raczej inspirują mnie do tego, by tworzyć i zmieniać sposób myślenia i otoczenia a zwłaszcza niwelować problemy.

Jakie jest główne przesłanie, którym dzieli się Pani ze społeczeństwem jako mówca motywacyjny?

Wszystko co jest ważne jest w naszych głowach i sercach. Liczy się to, by za każdym razem być lepszą wersją siebie. Dzielę się  swoimi przeżyciami, które cały czas są częścią mojego życia. Podając swoje przykłady życiowe odbiorca dostrzega zmianę czasem natomiast myśli, że urodziłam się silna i mi łatwiej było przejść przez te traumatyczne zdarzenia, ale niestety tak nie jest. Nie bez powodu się mówi „Człowiek uczy się całe życie”. Mnie życie nauczyło reakcji na pewne zdarzenia, wyrobił się u mnie schemat szybkiej reakcji taki obronny, natomiast każde nowe zdarzenie w naszym życiu jest inne od poprzednich. W danym zdarzeniu wymagana jest od nas inna reakcja, ale gdy poznajemy siebie, zdajemy sobie sprawę z tego w jakiej dziedzinie potrzebujemy pomocy. Wtedy doskonale wiemy co robić i jak reagować, a tym bardziej gdzie się kierować by dostać pomoc.

Porozmawiajmy o sporcie. W latach wcześniejszych była Pani m.in Reprezentantką Polski w siatkówce na siedząco. Pamięta Pani moment, w którym "połknęła bakcyla" i pokochała sport?

Oj, moja piękna i długa historia z życia :) W tym roku mija 10 lat odkąd pierwszy raz trafiłam na sportowców niepełnosprawnych a zarazem uczestniczę w sporcie niepełnosprawnych. Nigdy nie zapomnę tego momentu, w którym pierwszy raz pojechałam na zawody. Pokochałam sport, sportowców oraz całą tą otoczkę. Był to moment, w którym zobaczyłam, że jest nas wielu, a sport daje nam siłę i wolność. Cieszę się ze tak się stało, że nadal jestem wśród aktywnych sportowo.

Jak wyglądają Pani treningi? Proszę opowiedzieć coś więcej...

Obecnie trenuję pięć razy w tygodniu. Moje treningi odbywają się m.in. w Krakowie. Podczas nich skupiam się na wzmocnieniu całej postawy i na wychwyceniu tych pogłębionych wad postaw spowodowanych brakiem rehabilitacji w dzieciństwie ze względu na moją niepełnosprawność. Na pierwszy rzut oka komuś może się wydawać, że nie potrzebuje rehabilitacji, ale niestety ona jest niezbędna przy amputacji, szkoda tylko, ze nie jest dostępna bez 3 - letniej kolejki…


Ma Pani swoje ulubione miejsca, w których trenuje?

AWF w Krakowie. Lubię też widok każdego stadionu lekkoatletycznego...

Bardzo dużo Pani podróżuje. Właśnie wróciła Pani z kolejnego wyjazdu. Czego dotyczył?

Ostatnio firma Ottobock Polska, która zajmuje się tworzeniem części do protez i protez ogłosiła ogólnopolski konkurs. Miał za zadanie zachęcić osoby po amputacjach nóg do prawidłowego przetestowania stóp biegowych oraz pod okiem znanego ambasadora, zawodowego sportowca jakim jest Henrich Popow móc sprawdzić jak to jest prawidłowo stawiać kroki w tak specjalnej protezie do biegania. Europejska Szkoła Biegania, do której się dostałam to niesamowity wyjazd, który osobom po amputacjach z różnych państw pozwolił spotkać się w jednym miejscu i razem sprawdzić swoje możliwości. Były tam osoby, które miały wcześniej styczność z protezami biegowymi, ale były też takie, które właśnie tam testowały je po raz pierwszy. Ten tydzień był kluczowy, choć intensywny. Trwał podczas Mistrzostw Europy Para-atletów. Berlin był w tym czasie ponownie europejską stolicą lekkiej atletyki tym razem osób niepełnosprawnych.
#RunningClinics to Duży projekt firmy OttoBock z którą jestem po części związana ze względu na swoja niepełnosprawność i bardzo się ciesze z tego powodu gdyż uważam że ten projekt jest wart uwagi.

To doświadczenie pokazało mi wiele nowych dróg. Natchnęło do nowych projektów, a przede wszystkim utwierdziło w przekonaniu że moje plany związane z aktywnością są realne i potrzebne choćby do przetarcia szlaków tym młodszym z dużym potencjałem i możliwościami.

Oprócz tego, że był to tydzień trudny i intensywny, jakie ma Pani  wspomnienia związane z Europejską Szkołą Biegania?

Fantastyczne. Był to niesamowity wyjazd. Nauka chodzenia ze sportową protezą. Życie wśród ludzi z tą samą niepełnosprawnością, pasją ale różną narodowością zawsze wzbudza we mnie zainteresowanie z nutką ekscytacji. Razem Mogliśmy zaobserwować nie tylko trening przed startem zawodowego sportowca ,ale też wspólnie każdemu kibicować na żywo i być cząstką tej niesamowitej publiczności oraz zaobserwować jak inni niepełnosprawni sportowcy reagują i radzą sobie gdy wynik nie jest po ich myśli bądź gdy dopada ich kontuzja. Lekkoatletyka jest niesamowicie mocnym sportem. Kocham tą dyscyplinę.

Który z zaprezentowanych tam sportów zrobił na Pani największe wrażenie?

Oj, chyba każda dyscyplina, ale jeśli mam wybrać i wymienić to może: Skok w dal niewidomych, Bieganie i skok w dal w wykonaniu osób, które nie mają kończyn.
Choć jeszcze większym wrażeniem dla mnie są momenty, a nie dyscyplina. Momenty, w których widzisz sportowca podczas startu, zdajesz sobie sprawę jak walczy i widzisz ze zaczyna przegrywać, walczy z samym sobą, w końcu mobilizujesz się i zdobywa zwycięstwo. NIESAMOWITY WIDOK. Ten ułamek sekundy, dreszczyk niepewności a wręcz zmrożenia. Uff...

Materiał dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji


sobota, 6 października 2018

Piotr Witkowski: „Istnieje prawda czasu i prawda ekranu“

Piotr Witkowski: „Istnieje prawda czasu i prawda ekranu“






















Miałam przyjemność rozmawiać z Piotrem Witkowskim. Poruszyliśmy temat pracy nad filmem „Dywizjon 303“. Aktor wiele zdradził również na temat nowego serialu Polsatu „Ślad“. W czym tkwi jego inność i siła?

Zacznijmy od tego, że nie gra Pan tylko w języku polskim, ale również po angielsku i niemiecku. Znajduje Pan coś takiego, czym różni się rynek polski od zagranicznego?


Produkcją. Za zachodnią granicą standardy produkcyjne są zupełnie inne niż u nas. Nie chodzi tu o to, że twórcy (aktorzy, reżyserzy czy scenografowie) tam są zdolniejsi. Ale przykłada się wagę do tego, żeby każdy z nich mógł czuć wolność i zaufanie produkcji. Najczęściej chodzi tu niestety o pieniądze. Ale nie tylko. Chodzi też o dbałość o najmniejsze szczegóły i dobre samopoczucie osób tworzących film.

Za granicą filmy realizowane są z większym rozmachem i bardziej prężnie, niż w Polsce. Zgadza się Pan z tym stwierdzeniem?

To wszystko zależy. Słyszałem recenzje obu Dywizjonów. Podobno polski podoba się bardziej. A co znaczy prężnie? Jeśli ma Pani na myśli „sprężenie” ekipy, to w Polsce ekipy pracują często w ekstremalnie wyśrubowanych warunkach i harmonogramach pracy. Po 14-15h. To są sytuacje w których ludzie mimo największych chęci zaczynają odpuszczać albo chorują. Za granicą raczej panuje większe rozprężenie, jest więcej ludzi więc obowiązki rozkładają się tak, że na jedną osobę przypada mniej pracy, dzięki czemu jest ona lepsza. Ale jak mówiłem, to jest kwestia pieniędzy. Albo scenariuszy. Nie wiem czemu u nas scenariusze często nie są tak dobre, jak za granicą. Chyba ze strachu o porażkę finansową, robimy częściej rzeczy bardziej zachowawczo niż tam. A kiedy tam się coś sprawdzi odtwarzamy częściowo adaptując lub naśladując. Oczywiście chce powiedzieć przy okazji, że sytuacja się cały czas zmienia na lepsze. Uważam, że powstaje coraz więcej świetnych rodzimych produkcji dzięki czemu ogólny poziom bardzo się poprawia. 

Czy logistycznie trudno jest pogodzić pracę nad polskimi i zagranicznymi projektami? Czy obecnie pracuje Pan nad czymś poza Polską?

W tej chwili nie robię nic poza granicami. A jeśli chodzi o godzenie terminów, to często jest łatwiej zaplanować pracę za granicą, ponieważ tam często podają kalendarz pracy dużo wcześniej niż u nas i jako dla aktora przede wszystkim teatralnego, to jest dla mnie szczególnie ważne. 

Przejdźmy do konkretów. 2018 rok jest dla Pana bardzo pracowity. Pojawił się Pan  m.in  w filmach "Podatek od miłości", "Kamerdyner" i "Dywizjon 303".  Czym w kilku słowach różnią się od siebie role w tych poszczególnych produkcjach? Która była dla Pana najbardziej wymagająca?

Z filmem „Podatek od miłości“ sprawa wygląda o tyle zabawnie, że pojawiam się tam dosłownie przez chwilę i dowiedziałem się, że zagrałem w tym filmie tuż przed premierą, ponieważ na początku miał inny tytuł i nie wiedziałem, że zagrałem w tej produkcji.
Jeśli chodzi o film „Kamerdyner“, to w ogóle mnie tam nie widać, mimo scen, które były w scenariuszu, zostały one zminimalizowane do jednego ujęcia na plaży, ale co ciekawe miałem do filmu bardzo porządne przygotowanie jazdy konnej. 2h dziennie przez ponad dwa tygodnie.

31 sierpnia do kin w całej Polsce wszedł film "Dywizjon 303". Zdjęcia trwały od 10 sierpnia 2016 do 17 października 2017. Jak wspomina Pan pracę na planie? 

Praca była naprawdę miła i profesjonalna, głównie dzięki partnerowi scenicznemu oraz reżyserowi. Razem udało nam się chyba stworzyć duet, który ma wewnętrzną dynamikę, będąc jednocześnie w opozycji do głównego wątku.

Oglądał Pan film? Czy lubi Pan oglądać siebie na ekranie, czy tak jak większość aktorów, ma Pan wtedy tendencję wyszukiwania czegoś, co mogło zostać lepiej zagrane?

Jeśli chodzi o oglądanie siebie na ekranie, to lubię  dawać zaskakiwać się montażowi reżyserskiemu. Uważam, ze decyzje Denisa Delicia o niektórych cięciach i rytmie scen były bardzo korzystne dla budowania mojej postaci. Zrobiliśmy ciut więcej niż było potrzeba do stworzenia charakteru i on bardzo mądrze nad tym zapanował.

Pojawił się Pan jako Johann Behr. Co opowiedziałby Pan o swojej postaci?  Czy w ramach przygotowania do roli zgłębiał Pan historię Dywizjonu?Dla wielu aktorów rola w filmie o takiej tematyce byłaby rolą marzeń. Czy dla Pana również?

Moja postać jest postacią fikcyjną, inaczej niż polscy piloci. Ale starałem się o niej myśleć tak, jak o postaci historycznej. Po pierwsze chodziłem na korepetycje z wymowy języka niemieckiego. Konsultowałem każdą kwestię (na szczęście pochodzę z Gdańska, a tam nie było mi trudno znaleźć dobrych specjalistów w tej dziedzinie - śmiech) a jeśli chodzi o przygotowanie merytoryczne, to czytałem historię bitwy o Anglię jak i mocno inspirowałem się powieścią „Łaskawe” J.Littela. Dzięki tej (co prawda niejednoznacznej) książce łatwiej było mi uwierzyć w racje rzeszy.
Co do ostatniego pytania, powiem Pani szczerze, że ja tak kocham swój zawód, że każda rola z potencjałem jest dla mnie marzeniem.

Nie sposób pominąć faktu, że praktycznie w tym samym czasie (18 sierpnia) pojawił się drugi film o tej samej tematyce. Mowa oczywiście o "303. Bitwa o Anglię". Proszę powiedzieć, dlaczego to "Dywizjon 303" jest lepszy? (Śmiech.) Co ma, czego nie ma tytuł konkurencyjny? 

Słyszałem, że mamy lepsze walki powietrzne i prawdziwych Polaków (śmiech) jakkolwiek to brzmi. Ale filmu konkurencyjnego jeszcze nie widziałem.

Przejdźmy o krok dalej, a mianowicie do serialu "Ślad", nowości Telewizji Polsat. Premiera odbyła się 17 września. To podobno serial inny od wszystkich. W czym Pana zdaniem tkwi ta inność? Co opowiedziałby Pan o swojej postaci?

Inny niż wszystkie. Jest na pewno formatem, który jest nowością, bo nie bazuje na bohaterze tylko na historii. Każdy odcinek to inna historia. I to tę historię i bohaterów danej zagadki będą mogli widzowie śledzić, a nie głównych bohaterów serialu. Czyli policjantów prowadzących śledztwa. To jest inność. Nie wiem natomiast jak będzie ona przyjęta. Sam się zastanawiam.
Jeśli chodzi o moją postać - Podkomisarza Bartosza Majskiego, to starałem się stworzyć postać konkretną, mało empatyczną i działająca na granicy zasad. Czasem żartującą w nieadekwatny sposób w nieadekwatnych momentach. 

Pamiętam uwagę w innym - obyczajowym serialu: „widownia musi Cię polubić, uśmiechaj się” - mimo kompletnie nieprzystającej do uśmiechu sytuacji. Tu postanowiłem budować na kompletnej antytezie.

Inaczej niż mili, ładni chłopcy, których do tej pory przychodziło mi grać w serialach. (Nawet w charakteryzacji codziennie nakładaliśmy brud zarówno na ubrania jak i na twarz.)

Nabycia jakich nowych umiejętności wymagała od Pana ta rola?

Przeszliśmy szkolenie z używania broni, a także zbierania dowodów z miejsca zbrodni. Bardzo ciekawe jak bardzo różni się to od naszych wyobrażeń na ten temat. Oczywiście często naginamy zasady dla potrzeb opowieści filmowej, ale jak to się mawia istnieje prawda czasu i prawda ekranu. A to często dwie rozbieżne rzeczy.

Proszę opowiedzieć o najbliższych planach. 

Mam w listopadzie do zrealizowania dwa filmy. Nie chce póki co zdradzać szczegółów, ale będą kompletnie różne. W jednym będę grał „idealnego chłopaka” androida, którego można kupić, z oprogramowaniem bardziej ludzkim niż ludzie. A w drugim chłopaka pochodzącego ze środowisk marginesu społecznego. Oba te filmy to będzie duże wyzwanie i mam nadzieje, kompletnie różne postaci.

Proszę trzymać kciuki.

Materiał dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

środa, 26 września 2018

Wywiad z Sylwią Cegiełą - Kulturalne rozmowy

Wywiad z Sylwią Cegiełą - Kulturalne rozmowy

Sylwia Cegieła - właściecielka portalu Kulturalne Rozmowy, miłośniczka rozmów z drugim człowiekiem, książkoholiczka.


Poznajcie Sylwię, jej osiągnięcia, plany i marzenia.

Marioli Morcinková "Nie wyobrażam sobie życia bez rozmów z ludźmi". To pierwsze zdanie, którym opisujesz siebie na swojej stronie Kulturalne rozmowy. Co daje Tobie rozmowa z drugim człowiekiem?

Sylwia Cegieła: Rozmowa jest jak zdobywanie wiedzy – im więcej rozmawiasz, tym więcej wiesz. Jeśli jej nie przeprowadzisz, niczego się nie dowiesz. Nie wymienisz opinii i nie nawiążesz nowych znajomości. Dla mnie to forma samokształcenia, ponieważ nikt nie jest wszystkowiedzący. Każdy ma inne zdanie na dany temat. Podczas konwersacji – nawet takiej online – dowiadujesz się o istnieniu wielu ciekawych rzeczy, wymieniamy informację wraz z moimi rozmówcami. Wreszcie każde spotkanie skłania drugiego człowieka do myślenia nad własnym zdaniem i pomaga ukształtować nas wewnętrznie. Są więc same plusy.

"Kulturalne rozmowy" (z Sylwią). Skąd pomysł na nazwę?

Sylwia: Jak już wielokrotnie pisałam na moim fanpage i na portalu Kulturalne Rozmowy, nazwa zrodziła się w mojej głowie dopiero po 1,5 roku działalności. Najpierw miałam inny pomysł na moje istnienie w wirtualnym świecie. Chciałam stworzyć coś na kształt wirtualnego CV, ale ta forma szybko mi się znudziła. Nazwa wskazywała na profil profesjonalny specjalisty, ale to było bardzo statyczne i czego mi brakowało, bo ileż można uzupełniać doświadczenie zawodowe i pisać o umiejętnościach. Zaczęłam więc powoli współpracować z portalami muzycznymi i przeprowadzać wywiady z muzykami i wokalistami, ale nie zmieniłam jeszcze nazwy. Do jej zmiany doszłam dopiero po czasie, kiedy wymyśliłam coś odpowiedniego i odzwierciedlającego temat portalu. Tak właśnie powstał portal Kulturalne Rozmowy, a cząstka „z Sylwią“ powstała na potrzeby mediów społecznościowych i niebawem zniknie.

Co spowodowało, że zaczęłaś pisać? Była to przede wszystkim Twoja decyzja, czy ktoś Cię namawiał do podjęcia tego kroku?

Decyzja o uruchomieniu portalu przyszła sama, ale na początku było to raczej zwykłe hobby i zajęcie dodatowe, które wypełniał mi czas poza etatem. Teraz traktuję to bardziej świadomie i profesjonalnie. Zaczęłam się uczyć nowych umiejętności, zdobywać znajomości.

Mówisz o nabieraniu nowych doświadczeń, umiejętności. Czego nauczyło Cię prowadzenie własnego portalu?

Oj, korzyści jest mnóstwo. Od kilku tygodni prowadzę nawet co poniedziałek cały cykl pt.: „Co mi dało blogowanie?“. Jak zbiorę wszystkie części w całość, a planuję dojść do ok. 50, to napiszę to w formie artykułu na portalu.

Jednak, abyś wiedziała, o czym mówię, postaram się podsumować mojego doświadczenia. Moje podejście do biznesu bardzo się zmieniło i teraz caly czas myślę o swoim portalu, nawet podczas niedzielnej kawy mam ochotę zrobić fotkę, aby potem podzielić się moim nastrojem na Instagramie.
Przede wszystkim jednak musiałam nauczyć się obsługiwać platformy bloggera, która na początku nie była dla mnie łatwa. Trzeba ciągle przerabiać stronę, zmieniać szatę graficzną, dodawać zakładki pod menu strony, co jest fajne w procesie samej produkcji portalu, gdyż masz świadomość właśnego rozwoju i ciągłych zmian. Mam nadzieję, że się nie powatarzam, ale raz na rok robię „remont“ na stronie. W tym roku więc powstały nowe zakładki: współpraca, dla wydawcy i pewnie jeszcze coś zmienię.

Chętnie też sięgam po nowe informacje na temat mediów społecznościowych i poszerzam zakres umiejętności oraz moich działań w tym obzarze.

Kolejna ważna umiejętność to komunikacja z innymi oraz zdobywanie nowych kontaktów, które staram się pielęgnować i szanować, ponieważ nigdy nic nie wiadomo w blogosferze, ale to pewnie wiesz sama. Potrafię teraz dotrzeć do wielu osób, do których kiedyś bałam się pisać, więc jestem bardziej otwarta na nowe znajomości. Teraz więcej mam tych wirtualnych, ale taka praca. Oni zaś pomagają mi dotrzeć do innych i tak powoli gromadzę sieć kontaktów.
Hejtu w swojej działalności na szczęcie nie doświadczyłam zbyt dużo (i nie wiem, czy mam się cieszyć czy smucić), ale kilka razy wrzało w sieci z powodu mojego wywiadu czy recenzji, jednak szybko poradziłam sobie z tą sytuacją, ponieważ na takie negatywne zachowania też jestem odporna i potrafię bronić swojego stanowiska, co uczy też większej cierpliwości, wyrozumiałości i lepszego sposobu wyrażania siebie. Znacząco poprawił się mój język pisany (śmiech).
Kolejna wartość, jaka winika z prowadzenia portalu, to współpraca z wydawcami, autorami, więc zawsze dostaję premierowe wydania książkowe i mogę przeczytać je na długo przed tym jak ukażą się w księgarniach.

Co najważniejsze, przy wielości zadań, jakie muszę wykonać, a przecież trzeba też odpocząć, potrafię zorganizować tak czas, aby mieć chwilę na kawę i ulubiony film. Dy robisz coś systematycznie, to harmonigram nie powinien być przeszkodą w działaniu (śmiech).
Jestem też bardziej pewna siebie, swojej wiedzy i umiejętności. Częściej mówię: „chcę, potrafię i uda się“ niż „nie wiem, czy to ma sens“. To dla mnie najważniejsze. To tak w skrócie, bo chyba przynudziłam (śmiech).

Do jakich czytelników skierowana jest Twoja strona? Czy miłośnik każdej "kategorii" kultury znajdzie coś dla siebie?

Zdecydowanie tak. Jak wcześniej wspomniałam, na początku był to portal dla miłośników muzyki, ale ta monotematyczność szybko mi się znudziła. Postanowiłam więc poszerzyć Kulturalne Rozmowy o nowe kategorie, czyli modę, film, sport lifestyle, biznes. Ostatnio dodałam też kulinaria. Na portalu mnóstwo jest też wywiadów pisarzami mającymi na koncie już kilka powieści, ale też z debiutantami literackimi. Chętnie zapraszam młodych pisarzy, aby z nimi porozmawiać o ich pisarstwie. Ponadto, współpracuję w kilkoma wydawcami, dzięki temu mam szansę na ciekawe rozmowy ze znanymi osobami, które wydały książki. Te kontakty umożliwiają mi też dotarcie do autorów zagranicznych, z którymi również udało się przeprowadzić ciekawe wywiady. Mam nadzieję, że się to rozwinie i będę mogła kiedyś uczynić z tego moje główne zajęcie. O tym marzę, stąd ostatnio zrobiłam gruntowny „remont“ i dodałam ofertę oraz opisałam moje osiągniecia dziennikarskie, ale też moje zdobycze patronackie. Uwielbiam pracować nad promocją książki. Czytanie rozwija i zmienia światopogląd. Więcej o mojej działalności możecie więc przeczytać tutaj.

Co zrobić, żeby Twoja działalność wyróżniała się i przyciągała czytelnika? Masz jakieś sprawdzone sposoby?

Sylwia: Nie wiem, czy mam sprawdzone sposoby na wyróżnienie się, ale faktycznie konkurencja jest spora. Jest mnóstwo początkujących portali internetowych. Widać, że każdy chce spróbować coś zdziałaś w blogosferze i to jest fajne, ale czasem dość kłopotliwe z racji wątpliwej jakości treści prezentowanej u niektórych. Nie mówię, że moja jest absolutnie bezbłędna, ale staram się dążyć do perfekcji. Dlatego też wszystkie moje rozmowy są indywidualnie omawiane z gośćmi. Staram się ciągle wprowadzać nowe treści, dlatego ostatnio wpadłam na pomysł, aby zainicjować cykl: „To jest przyszłość biznesu“, w ramach którego rozmawiam o nowych, dopiero powstałych zawodach, jak np. wirtualna asystentka czy mobilna kosmetyczka. jest mnóstwo rozmów z coachami, ponieważ ten zawód od kilku lat jest niezwykle modny i ciekawy. Chcę odkrywać przed ludźmi nieznane, więc internet ciągle przeszukuję w celu znalezienia ciekawych osobowości, nowości.
Prowadzę też wywiady z zagranicznymi autorami książek, które potem publikuję i tłumaczę na język polski. Ćwiczę w ten sposób i takie umiejętności.

W rozmowie bardzo ważne jest słuchanie. Jesteś uważnym słuchaczem? Na co zwracasz uwagę podczas swoich rozmów?

Kulturalne Rozmowy to specyficzny portal, na którym przeprowadzam głownie wywiady korespondencyjne. Wygląda to tak, że najpierw kontaktuję się z wybraną osobą, z którą chcę rozmawiać i pytam, czy znajdzie dla mnie czas. Jeśli dostaję zgodę na wywiad od managera czy bezpośrednio od przyszłego gościa, wysyłam pytania na maila lub za pośrednictwem Facebooka. Jak już dostanę gotowy tekst, wtedy zaczyna się poważna praca redakcyjna, czyli korekta, układanie tekstu tak, aby był spójny i logiczny. Jeśli mi się nasuną dodatkowe pytania, to je dopisuję. Zazwyczaj nikt nie odmawia mi odpowiedzi na nie, więc jestem bardzo wdzięczna moim rozmówcą za poświęcony czas i ciekawe puenty, które mnie inspirują.

Formuła wywiadów nie oznacza jednak – wbrew powszechnej opinii – że wywiad nie jest emocjonalny, ponieważ zwracam uwagę na to, aby coś się w nim działo. Często zmieniam więc w odpowiedzi rozmówcy słowo oraz kolejność wypowiedzi, aby móc potem coś dodać. Staram się również, aby odpowiedzi były merytoryczne i nieco dłuższe niż „tak, nie, nie wiem“, ponieważ niestety wypowiedzi jedno-, dwuzdaniowe również się zdarzają. Wtedy proszę o uzupełnienie. Nie może być przecież tak, że moje pytanie i wprowadzenie do niego jest dłuższe od wypowiedzi rozmówcy. Chyba się ze mną zgodzisz, że byłoby to komiczne, prawda. Jeśli zaś dany wywiad w mojej ocenie nie spełnia krytyriów jakościowych, odmawiam publikacji. Dotychczas zrobiłam to 2 razy, więc chyba nie jestem aż taka surowa (śmiech).

W mojej działalności w ramach Kulturalnych Rozmów i innych współprac zdarzyło mi się też kilka rozmów nagrywanych na żywo. Wtedy faktycznie wymaga to ogromnego skupienia i stalowych nerwów, zwłaszcza jeśli rozmówca nie za bardzo idzie tokiem Twojego myślenia i zbacza z tematu. Wtedy ktoś, kto nie ma zbyt często okazji do rozmowy na żywo może mieć problem z utrzymaniem struktury wywiadu. Fajnie, gdy rozmówca wie, co chce powiedzieć i odpowiada Ci na kilka pytań w jednej wypowiedzi. Masz problem z głowy i przy spisywaniu możesz tylko dopisać pytania. Jednak miałam też wywiad, gdzie mój gość pokreślił połowę wywiadu przeze mnie spisanego i dostałam w połowie zupełnie inny tekst. Takie sytuacje bywają więc frustrujące. Ogólnie nie za bardzo lubię spisywać czyjeś wypowiedzi, ale czasem trzeba, więc to robię. Jednak wiem, że wtedy mój rozmówca jest wart tego czasu.

Po przeczytaniu wielu rozmów Twojego autorstwa wydaje mi się, że cechuje Ciebie indywidualne podejście do każdego z rozmówców. Co jest jeszcze dla Ciebie ważne podczas przygotowania wywiadu? Jak takie przygotowania wyglądają w Twoim wykonaniu?

Bardzo dziękuję, jest to dla mnie ogromny komplement. Nie lubię rozmów, gdzie tylko sucho pytam o przyczynę zaistnienia w danym zawodzie czy innego tego rodzaju częste pytania. Rozmówcy nie mają za dużo czasu i chęci na odpowiadania 10 razy na te pytania. Jak pewnie Ty i wielu dziennikarzy, robię research, ale nie polega on tylko na zebraniu suchych informacji o moim gościu. Oprócz tego, staram się przeanalizować jak najwięcej wywiadów z daną osobą z ostatniego roku czy dwóch lat. Na tej podstawie robię analizę i odrzucam najczęściej pojawiające się pytania. Inspiruję się wypowiedziami oraz tworzę zupełnie nowe pytania. Często udaje mi się zaskoczyć rozmówcę i dotaję potem maila ze słowami podziękowania i wiele pochwał. Wiele z opinii można też przeczytać na moim fanpage’u. Za to lubię swoją pracę.

W jakich kręgach poszukujesz osób, których zapraszasz do rozmowy?

Dobre pytanie (śmiech). U mnie może zagościć każdy. Ze względu na multitematyczność serwisu staram się wybierać osoby z pogranicza wielu specjalizacji. Zawsze stawiam na różnorodność i ciekawy temat. Często z pozoru trudny i niemedialny temat może okazać się bardzo interesujący i po czasie okazuje się, że jest on na mojej liście TOP najchętniej czytanych wywiadów. Odpowiadając na Twoje pytanie, do swojego portalu zapraszam na rozmowę artystów sceny polskiej, czyli wokalistów, muzyków, aktorów, ale też malarzy, modelki, projektantów mody. Dużą uwagę kieruję do pisarzy i wydawnictw, stąd poświęciłam im aż dwie kategorie – recenzje i wywiady z autorami. Uwielbiam kreować literacki PR i pracować nad wizerunkiem czy marką osobistą pisarzy. Swój kącik znajdą też u mnie sportowcy oraz specjaliści ze świata biznesu. Jako że obecnie kulinaria wzbudzają ogromne zainteresowanie, postanowiłam wyjść temu na przeciw i zdarza mi się porozmawiać z blogerką kulinarną. Zastanawiam się nad parentingiem, ale muszę przemyśleć, czy nie zaburzy koncepcji.

Masz ulubioną dziedzinę, w której podczas rozmów najlepiej się czujesz, czy nie ma dla Ciebie to większego znaczenia?

W sumie lubię rozmawiać o ksiażkach, modzie, ale też o biznesie, który wymaga ode mnie dużo głębszej znajomości tematu. Lubię gimnastykę mózgu i wywiady, z których mogę sama wiele się nauczyć. Konstruowanie pytań w dziedzinach dla mnie nowych. Lubię ten moment, kiedy „daję radę“ i wychodzę poza strefę swojego komfortu. Wtedy wiem, że moje wywiady to nie tylko chęć umieszczenia swojego nazwiska przy rozmówcy, ale pokazania czegoś nowego. Uwielbiam moment, w którym wiem, że mogę mieć wpływ na czyjść wizerunek, na kreację marki osobistej.

Nie skupiasz się tylko na samych rozmowach, piszesz także recenzje książek. Według jakich kryteriów wybierasz tytuły, po które sięgasz?

Z tym wiąże się pewna historia. Jedna znajoma namówiła mnie ok. rok temu do próby napisania recenzji ksiażki, która mi się bardzo podoba. Posłuchałam i się udało. Powstały trzy takie recenzje książek, które chyba bardzo się spodobały, ponieważ odzew nastąpił szybko. Niema natychmiast zgłosiły się do mnie dwa wydawnictwa – jedno mniejsze (Psychoskok), a drugie znane na całą Polskę (Edipresse Książki) i zaproponowały udział w promocji książek w postaci wywiadów oraz recenzji, więc się ucieszyłam i podjęłam decyzję o współpracy. Ten stan trwa do dzisiaj i zaowocowała bardzo ciekawymi tekstami recenzenckimi, ale też rozmowami z autorami – również tymi znanymi. W tzw. międzyczasie odezwały się też inne wydawnictwa z prośbami o promocję.

Zanim jednak na dobre rozpoczęłam z nimi współpracę miałam już na koncie szereg ciekawych wywiadów i recenzji ksiażek pisarzy, do których zgłaszałam się sama. Pytałam wtedy, czy nie byliby zainteresowani współpracą ze mną jako recenzentką i po weryfikacji mojej oferty niemal wszyscy się godzili na współpracę. Wtedy nawiązywałam szereg bardzo fajnych znajomości, które procentują do dziś.

Odpowiadając na Twoje drugiej pytanie, chcę podkreślić, że ksiażki do recenzji wybieram po przeczytaniu notki wydawniczej. Wiele z nich potem obejmuję patronatem. Fajnie widzieć logotyp portalu na tyłówce wydania (śmiech).

Będąc recenzentką pewnie sięgasz czasem również po biografie. Masz swoją ulubioną?

Dobre pytanie. Dotychczas nie trafiłam na ciekawą biografię, ale mam zamiar kilka jeszcze przeczytać jak czas pozwoli. Mom głównym źródłem informacji o autorze jest jednak wciąż internet, ponieważ zazwyczaj czas goni i nie ma kiedy czytać opasłych tomów zwiazanych z  twórczością danej osoby. Czytam i oglądam wywiady innych, a potem tworzę własny, unikatowy (a przynajmniej tak mi się wydaje). Nie lubię kopiować rozmów.

Masz swój ulubiony gatunek książek?

Kiedy byłam nastolatką, uwielbiałam książki kostiumowe Jane Austen oraz romanse historyczne i do tej pory mi to zostało. Tyle że teraz raczej oglądam wybrane filmy, ale nie mam na to zbyt dużo czasu. Obecnie gust czytelniczy mi się trochę zmienił. Wolę powieści współczesnych autorów opowiadające o życiu i obecnych czasach. Lubię czytać na temat tego, co mogłoby się zdarzyć lub historie zwyczajnych ludzi, ale z pieprzykiem.

Jak pracujesz nad promocją książek swoich rozmówców? Czy to tajemnica zawodowa (śmiech)?

Nie, to nie jest takemnica zawodowa (śmiech). Wszystko jest opisane na moje stronie, więc nie ukrywam, czego oczekuję od autorów w ramach współpracy. Przede wszystkim, zawsze rozmawiamy o nowej publikacji, a potem piszę recenzję i publikuję to wszystko w sieci. Nastepnie promuję w mediach społecznościowych. Jeśli będzie trzeba, pomogę też w prowadzeniu komunikacji w mediach społecznościowych. Wiele z  tych ksiażek mój portal obejmuje patronatem. Muszę się też pochwalić, gdyż jedna z  młodych, zdolnych autorek – Karolina Klimkiewicz zaproponowała mi, aby została jej managerem literackim, więc – jak widzisz – ciągle się rozwijam. Więcej chyba nie będę zdradzać (śmiech). Po prostu zajrzyjcie do mnie i zapoznajcie się z  moją http://www.sylwiacegiela.pl/p/cennik-usug.html lub napiszcie do mnie, a omówimy strategie.

Mimo tego, że na rynku pojawia się cały czas całe mnóstwo nowych książek, wskaźnik czytelnictwa w Polsce ciągle spada. Jak myślisz, z czego to wynika? Jak temu zaradzić? 

Masz rację, też to zauważyłam, chociaż nie do końca, ponieważ wiele młodych ludzi czyta książki kilogramami, co widać w grupach dla miłośników książek. To prawda jednak, że obecnie więcej się wydaje niż czyta. Oferta jest tak robudowana, że każdy znajdzie coś dla siebie, ale siłą rzeczy nie jesteśmy w stanie przeczytać wszystkiego. Tutaj z pomocą przychodzą audiobooki i nowa technologia, z której chętnie korzystam. W dobie nieograniczonej mobilności nie trzeba mieć przy sobie książki w papierze. Jest wiele innych opcji, jak chociażby wspomniane przeze mnie audiobooki czy wpożyczalnie internetowe. Opłacasz wtedy abonament i masz nieograniczony dostęp do wszystkich książek. Wygoda i użyteczność – to lubię najbardziej. Nie musimy przecież wozić ze sobą biblioteczki, co jest kłopotliwe oraz niekomfortowe, prawda? Wiem, że przeciwnicy mojej teorii zawsze się znajdą, ale szanuję również ich opinie, podobnie jak zwolenników wywiadów na żywo.
Co więcej, rynek chyba jest na tyle specyficzny, że teraz chetniej czyta się literaturę obcą niż wspiera polskich autorów. Obserwuję to też po recenzjach. Jeśli publikuję coś z rodzimego rynku, nie cieszy się to aż tak wielkim zainteresowaniem jak literatura anglojęzyczna. Jednak widzę również poprawę, ponieważ polscy pisarze również czytają tytuły zagranicznych pisarzy i czerpią pozytywne wzorce. Jednak najbardziej mnie zastanawia mnie tematyka powieści, którymi obecnie interesują się kobiety – zazwyczaj są to romanse, które nic nie wnoszą do naszego intelektu. Jednak nie mnie oceniać gust Polek. To one decydują o zasobności swojej biblioteki.

Czy jest tak, że audiobooki wypierają "klasyczną" książkę? Czy jednak można to łączyć? Co o tym myślisz?

Papieru nigdy nie zastąpisz. Sama wychowałam się na trydyjnej książce. Są tacy, którzy wręcz zachwycają się zapachem i dotykiem nowej książki. Jeśli zaś chodzi o starsze egzemplarze, to z racji mojej alergii na grzyby i roztocza, nie mogę za długo ich dotykać, bo potem są tego nieprzyjemne skutki. Osobiście też lubię mieć coś w ręku, ale czas nie pozwala na czytanie wszystkiego w tej wersji, a poza tym żyjemy w dobie, kiedy bycie wszędzie jest na porządku dziennym i taki audiobook czy e-book załadowany do czytnika możemy odtworzyć sobie wszędzie, podczas drogi do szkoły, w autobusie cz jadąc autem do pracy czy nawet w kawiarni przy kawie. Nawet gdy sprzątasz, nie musisz odrywać się od swojej ulubione ksiązki. Technologia więc bardzo pomaga w zdobywaniu wiedzy. Stało się to niemal nawykiem, jak słuchanie muzyki. Chociaż trochę to klaustrofobiczne, ponieważ zamykasz się na świat zewnętrzny, odcinasz się od rzeczywistości i nie polecam, ale takie mamy czasy.

Jakie jest Twoje zdanie na temat akcji typu "W roku X przeczytam X książek". Motywują do czytania, czy jednak przynoszą odwrotny efekt? Może Ty sama brałaś kiedyś udział w podobnym wyzwaniu?

Jakoś nigdy mnie nie przekonały takie akcje. Nie dlatego, że są nieprofesjonalnie, ale z braku czasu. Na to trzeba poświęcać sporo wolnego czasu, angażować się i być regularnym, a przy moim trybie pracy nie jest to możliwe. Muszę połączyć pracę na etacie z prowadzeniem portalu i czytaniem książek od wydawców i autorów, którzy zwracają się do mnie prywatnie. Te zobowiązania ciężko zmieścić, a doba ma tylko 24 godziny i nie chce być dłuższa (śmiech).

Co Ciebie motywuje do czytania? Sięgasz często po takie książki, które są reklamowane w mediach, czy również po takie "zapomniane" tytuły, na które napotykasz się przypadkiem?

Zapomniane tytuły raczej już odkładam na półkę i nie bardzo do nich wracam. Nie mam zbyt dużo czasu na to. Motywacja jest jedna, poznać kolejnego autora, poszerzyć horyzonty i poznać obecną literazturę. Wychowałam się na Mickiewiczu, Słowackim, Fredro i innych „wielkich“, ponieważ tego wymagał kanon lektur szkolnych. Po studiach (skończyłam filologię polską na Uniwersytecie Śląskim) przez wiele lat nie sięgnęłam po żaden tytuł, ponieważ byłam przemęczona. Naczytałam się strasznie. Pewnie sama coś o tym wiesz, skoro studiujesz język polski. Kiedy po latach wróciłam do czytania, doznałam olśnienia. Nagle zobaczyłam, że przez tę dekadę wiele się zmieniło. Również literatura uległa metamorfozie, co bardzo mnie cieszy.

Jaka książka zachwyciła Cię ostatnio?

Mam dość specyficzny gust, ponieważ nie lubię ksiażek o niczym. Lubię natomiast historie „z pieprzem“, które przykuwają moją uwagę. Ostatnio bardzo zachwyciła mnie historia psychopaty porywającego nastolatki, które potem więził i przetrzymywał w celi długie lata. Wiele też zamordował. Są to książk duetu Ker Dukey i K. Webster: „Zaginione laleczki“ i „Skradzione laleczki“. Teraz czytam też książkę o komunikacji z ludźmi pt. „Jak zdobyć przyjaciół i zjednać sobie ludzi“ DALE CARNEGIE partą na wieloletnich badań zachowań ludzkich, którą poleciła mi znajoma autorka. Mam nadzieję, że czegoś się nauczę i porawię relacje z ludźmi, gdyż to jest niezwykle ważny element mojej pracy.

Co, oprócz kultury, daje Ci powera? Co lubisz robić w wolnych chwilach, kiedy ani nie czytasz, ani nie rozmawiasz?

Chyba tak jak wszyscy, lubię się rozluźnić przy dobrym filmie, serialu. Od kiedy pojawiły się tureckie seriale w telewizji, czekam na każdy odcinek z utęsknieniem. To chyba już uzalaźnienie (śmiech). Słucham też muzyki, surfuję po sieci w poszukiwaniu inspiracji i ciekawych rozmówców. Ups..., wychodzi na to, że pracuję nawet kiedy odpoczywam (śmiech). Lubię spontaniczne wypady na shopping – trzeba przecież kiedyś odpocząć od komputera.

Działasz z takim rozmachem, że swobodnie mogłabyś wydać własną książkę. Nigdy o tym nie myślałaś?

Jakbyś czytała mi w myślach. Coraz częściej o tym myślę. Pozostaje pytanie, czy ktoś chciałby czytać rozmowy. Czy ktoś chciałby to wydać, ponieważ nie wiem jeszcze, czy content jest na tyle interesujący, żby od razu wydawać portal w formie książki, ale kto wie... może z czasem i do tego dojdzie. Póki co, nie mówię nie i zbieram ciekawe rozmowy. Zobaczymy, co przyszłość przyniesie. Człowiek przecież nie młodnieje i fajnie wiedzieć, że ma się gościa w postaci znanej gwiazdy niegdyś popularnej, a po latach już legendy. Jejku, zabrzmiało nekrofilnie i mam nadzieję, że nikt się nie obrazi (śmiech), ale takie jest życie.

Jak wyglądają Twoje najbliższe plany? Kiedy najbliższa rozmowa? Z kim?

Nie potrafię odpowiedzieć na te pytanie, ponieważ wszystko zależy od moich rozmówców. Nigdy nie wiem, czy dany gość akurat jest dostępny i znajdzie chwile na wywiad korespondencyjny. Cóż..., muszę się pogodzić z faktem, że niektórzy mi odmawiają (na szczęście takich sytuacji nie jest za wiele) albo że jakiś wywiad nie zostanie zrelizowany z przyczyn ode mnie niezależnych. Osoby, z którymi nawiązuję kontakt są najczęściej bardzo zajęci i robią wiele rzeczy na raz, więc ciężko im podjąć się dodatkowego zadania w postaci wywiadu na Kulturalnych Rozmowach. Mam kilka planów. Na pewno chciałabym rozszerzyć zakres prac dotyczących kreacji wizerunku pisarzy, ale nie tylko. Na wszystko jednak cierpliwie czekam i mam nadzieję, że uda się zrealizować założenia portalu.

Materiał dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

środa, 5 września 2018

Anna Lucińska: „Agent. Gwiazdy? Przygoda życia”

Anna Lucińska: „Agent. Gwiazdy? Przygoda życia”



























Po 12. Biegu po Nowe Życie rozmawiałam z Anną Lucińską.


12. Bieg po Nowe Życie w Wiśle jest Pani debiutem. Proszę powiedzieć, jak dowiedziała się Pani o akcji?

Skontaktowała się ze mną córka głównego organizatora imprezy. Uznałam, że to świetna inicjatywa i chcę ją wspomóc swoją obecnością. Zabrałam ze sobą  koleżankę  - Monikę Wilczak. Stwierdziłam, że im więcej aktorek, tym lepiej. (Śmiech.)

Moim zdaniem udział osób publicznych w całym wydarzeniu bardzo pomaga w budowaniu świadomości jak ważnym tematem jest tranpslantacja i trannpslanotologia. Zgodzi się Pani z tym stwierdzeniem?

Oczywiście. Przyznam się, że przed tą akcją nie miałam zbyt dużej wiedzy na temat transplantologii i tranplantacji. Podczas inauguracji wydarzenia lekarze obecni w Wiśle przedstawili dane na temat przeszczepów w Polsce. Okazuje się, że pod kątem świadomości ważności tego tematu, nasz kraj znajduje się na jednym z ostatnich miejsc. To ważny temat i warto o nim mówić. Cieszę się, że są takie akcje.

W jaki sposób przygotowywała się Pani do dzisiejszego startu? Czy przy Pani trybie życie szczególny trening nie był konieczny.

Intensywny trening rozpoczęłam na kilka tygodni przed startem. Myślałam, że trasa biegu będzie o wiele dłuższa. To był mój mój debiut z kijkami. Nigdy jeszcze nie miałam do czynienia z nordic walking, ale do odważnych świat należy.

BPNŻ ma charakter akcji charytatywnej. Co jest dla Pani najważniejsze w pomaganiu potrzebującym?

Najważniejsze jest szerzenie wiedzy i udział osób publicznych w tego rodzaju inicjatywach. Kiedy pojawia się ktoś znany, ludzie chętniej przychodzą. Najważniejszy jest cel. Wydaje mi się, że transplantacja i transplantologia jest w Polsce tematem TABU, a ja chcę mówić o tym otwarcie.

Jakie akcje oprócz BPNŻ wspiera Pani na tę chwilę?

Wspieram również akcje na portalu Siepomaga.pl. Często dostaję wiadomości od różnych osób na Instagramie z prośbą o wsparcie. Jest tego naprawdę dużo, dlatego wybieram te osoby, które najbardziej potrzebują pomocy.Cieszę się, że w ten sposób mogę przyczynić się do pomocy i sprawić, że dana informacja dotrze do większej ilości osób dzięki mojej działalności w social mediach.

Czy długo zastanawiała się Pani nad przyjęciem propozycji udziału w programie "Agent. Gwiazdy"?

Nie zastanawiałam się długo. Dostałam zaproszenie i je przyjęłam, choć na samym początku upewniałam się, czy to naprawdę o mnie chodzi. (Śmiech.)

Co w formule programu najbardziej się Pani podoba? Co było dla Pani najważniejsze?

Najbardziej podobało mi się to, że byliśmy odcięci od świata. Wszystko mieliśmy zapewnione, pojawił się więc psychiczny luz i w 100% mogliśmy skupić się na grze. To była niesamowita przygoda. Poznałam świetne grono znajomych. Cieszy mnie to, że mamy kontakt.

Tworzycie zgrany team. Z kim z programu najbardziej się Pani zaprzyjaźniła?

Najbardziej zaprzyjaźniłam się z Mają Włoszczowską. Mamy podobną energię. Jest to świetna dziewczyna, pełna pasji i uśmiechu. Bardzo pozytywna osoba.

Czy gdyby po raz kolejny otrzymała Pani propozycję na udział w show zdecydowałaby się Pani?

Oczywiście, że tak. To przygoda życia, która zostanie ze mną na długie lata.

Czy nie było trudne pogodzenie obowiązków wymaganych przez program i tych, które ma Pani jako prezenterka telewizyjna?

Akurat w momencie wyjazdu na program „Agent“ miałam przerwę w nagraniach do „Zaskocz mnie“. Wszystko się udało i nie musiałam z niczego rezygnować.

W lutym 2017 roku została Pani gospodynią porannego programu "Dzień dobry Polsko", a po odejściu z TVP zaczęła Pani współpracę z TVN Style, m.in przy programie "Pojedynek na modę". Czym różni się dla Pani ta współpraca?

To zupełnie coś innego. W TVP nauczyłam się pracować z odsłuchem i kamerą w programie na żywo. Ważna przy tym jest   podzielność uwagi i skupienie. To była istna szkoła życia. Po przejściu do TVN, gdzie wygrałam casting do programu „Zaskocz mnie“, zaczęła się inna współpraca. Prowadzenie programu takiego jak "Zaskocz mnie" to czysta przyjemność. To nawet nie jest dla mnie praca. Mogę spełniać marzenia z miłości, a to wspaniałe uczucie. Na planie czuję się jak ryba w 
wodzie.

W którym z tych wcieleń lepiej się Pani czuje? Jako prowadząca programów, czy aktorka?

Zdecydowanie lepiej czuję się jako prowadząca programów. Mogę być sobą, improwizować. Nie muszę sztywno trzymać się scenariusza, bo wszystko dzieje się na gorąco, na żywo, a scenariusz często zmienia się w trakcie. Uwielbiam tę adrenalinę. Uwielbiam też być po prostu sobą i nikogo nie grać tak, jak to jest w aktorstwie. Tam odtwarza się czyjąś rolę. Jest to oczywiście bardzo ciekawe i trudne zadanie, ale w programach mogę być bliżej ludzi będąc sobą.

Najbliższe plany?

Nowy sezon "Zaskocz mnie" i kontynuacja mojego wątku w serialu "Na dobre i na złe".

Materiał archiwalny z dnia 7 kwietnia 2018 roku do przeczytania również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji