niedziela, 22 grudnia 2019

Marika Krajniewska: "Tematy, które poruszam mają ogromną siłę działania"

Marika Krajniewska: "Tematy, które poruszam mają ogromną siłę działania" 


















fot. zdjęcie nadesłane

Autorka książek "Och, Elvis", "Ej, mała", "No, Asiu" i wielu innych. Dziennikarka, tłumaczka, założycielka Wydawnictwa Papierowy Motyl. Urodziła się w Sankt Petersburgu, a do Polski przeprowadziła się w wieku lat dwunastu. 

Rozmawiamy o jej dzieciństwie, pierwszych pomysłach na życie, pisarstwie, ale też o tym, jakim jest czytelnikiem i czego w książkach poszukuje. 

Urodziłaś się w Sankt Petersburgu, a do Polski przeprowadziłaś się w wieku lat dwunastu.  Jak wspominasz Petersburg? Czy do dnia dzisiejszego masz tam swoje ulubione miejsca, do których lubisz wracać?

To jedno z moich ulubionych pytań. Będąc nastolatką, znalazłwszy się w Polsce zaczęłam to miasto idealizować. Momentalnie zapomniałam o jego niedogodnościach, zresztą nie zauważałam ich będąc dzieckiem. Skupiłam się na tęsknocie z miejscami, które dobrze znałam, i których mi w Polsce brakowało. To był miszmasz industrialno-kulturowy, którego nieodłącznymi, bardzo ważnymi dla mnie były elementy przestrzeni i wody, czyli wielka przestrzeń i wielka woda, zakuta w granit. W tym miszmaszu tęskniłam zarówno za podwórkiem w blokowisku z wiecznie nie usprzątniętą górą piachu po budowie, jak i za nieskazitelnością Pałacu Zimowego. Takie skrajności, z których utkana jest cała Rosja.

Jakim byłaś dzieckiem? Jak wspominasz swoje dzieciństwo?

Pierwszy raz ktoś mi zadaje takie pytanie, dziękuję za nie z całego serca. Nawet zaniemówiłam i zaniepisałam na moment. O ile swoje dzieciństwo mogę zdefiniować o tyle pierwsza część pytania zaskakuje i zmusza do wglądu w siebie. Taki wgląd jest na wagę złota. Dzieciństwo to tort, zawsze ten sam, z którym jeździliśmy z rodzicami w gości do ich przyjaciół i ich dzieci. To pepsi, którą piłam prawie wyłącznie w dniu urodzin, nie częściej i z tego powodu zapamiętałam jako zachodni element mojego wschodniego święta. Zasypianie u taty na rękach, podczas długich podróży komunikacją miejską. Metro z podwójnymi drzwiami: jedna para drzwi do pociągu, druga do wejścia do tunelu z pociągiem. Długi zjazd ruchomymi schodami do metra pod Newę. Pyszki – znakomite pączki z dziurką, które są wypiekane tylko w Petersburgu i kawa z wiadra, która smakowała nieziemsko i dawała poczucie dorosłości. Pierwszy nauczyciel ten taki prawdziwy z powołania, który zjawił się tak nagle i jeszcze bardziej nagle odszedł, pozostawiając po sobie nie tylko pamięć, ale też dary w postaci budujących przekonań. To także wyczekiwanie powrotu brata z wojska, który wylądował w dalekim Archangielsku – „całe szczęście, że nie w Afganistanie“. Tak bym mogła jeszcze wyliczać długo. Może na chwilę się zatrzymajmy. Czas na pierwszą częśc pytania. Jakim byłam dzieckiem? Zadowolonym, czującym się bezpiecznie w państwie wielu narodów. Tak mnie tam wychowano. Związek Radziecki dał mi poczucie solidarności, tolerancji i ogromnej potrzeby szanowania siebie nawzajem. Nie wnikałam głębiej, to nie było zarezerwowane na czas dziecińtswa. Nie obchodziła mnie historia na tyle, by w nią wierzyć lub nie. Obchodziła mnie na tyle, że była częścią mnie i tak już pozostało. 

Kim chciałaś zostać jako kilkuletnia dziewczynka? Opowiedz o tych najciekawszych pomysłach na siebie. 

Byłam lekarzem, nauczycielką, mamą oczywiście. To jednak wszystko taki standard. Najbardziej ujmującym z obecnej perspektywy była jednak moja „praca“ listonosza i kuriera. Wykonywałam ją bawiąc się zarówno w domu, jak i na podwórku. W domu roznosząc wyprasowane i poskładane ubrania do odpowiednich szaf, a na zewnątrz jeżdżąc na rowerze i stając co chwila na wymyślonych przez siebie „przystankach“. Jak widać pisarką wówczas nie byłam. Choć chyba tu chodziło o coś więcej, o bycie posłanką dobrej nowiny. 

Jeśli chodzi o pisarstwo, pojawiło się ono w Twoim życiu dopiero wtedy, kiedy urodziłaś córkę. Jak sama przyznajesz w jednym z archiwalnych wywiadów, przyszło dość nieoczekiwanie... Opowiedz coś więcej.

Przygotowania były już wcześniej, ale rzeczywiście na dobre pisarstwo się rozpanoszyły gdy moja córka przyszła na świat. Dała mi dar uważności na świat i siebie. Teraz jest osobą, którą bardzo podziwiam. Pisanie wyzwoliło odwagę i wiarę w siebie. Postawiło na mojej drodze wiele sytuacji i ludzi, którzy wyciągali mnie z mojej sterfy komfortu. Dzięki temu stawałam się lepsza. Dla samej siebie. A znaczy to ni mniej, ni więcej, że zaczęłam pytać samą siebie czego tak naprawdę w życiu chcę. Być może to były pierwsze kroki na drodze do poszukiwania własnej duszy.  



























fot. zdjęcie nadesłane

Twoje książki oscylują przede wszystkim wokół relacji międzyludzkich i wokół poszukiwania uczuć w najmniej oczekiwanych miejscach. Z czego czerpiesz inspirację do powstawania historii swoich książek?

Z życia oczywiście. Uważam, że każdy z nas nosi w sobie historie do nie jednej książki. I jeśli tylko chce, jeśli tylko czuje taką potrzebę, by się nią podzielić, niezwłocznie powinien to uczynić. Nie zważając na budzący się w umyśle sprzeciw i na sabotowanie rzeczywistości. Ja nie potrafię lub ja się nie nadaję to tylko wymówki. Zatem opowiadajcie proszę państwa!

Jesteś autorką m.in "Hej, Mała", "No,Asiu" oraz "Och, Elvis". Która z Twoich książek jest dla Ciebie najważniejsza? Chyba tak trudno to rozgraniczyć. (Śmiech.)

Pytanie jest bardzo trudne, ponieważ pomimo faktu, że wewnętrzny głos mi szepcze podpowiedź: „Białe noce“, to jednak gdyby poświęcić chwilę by się zastanowić nad odpowiedzią na to pytanie, to okaże się, że niezwykle cenię każdą książkę, każdy tekst, który napisałam. To są opowieści, które nie powstają dlatego, że nie mam nic lepszego do roboty. Tematy, które poruszam mają ogromną siłę działania. Mam tego świadomość. Co nie oznacza, że są to książki, które spodobają się każdemu czytelnikowi. Wiele w nich treści zawartych między wierszami. Często wymagają uważności. Niemniej jednak moi bohaterowie są tacy jak my. I to jest ich atut. Są tobą, są mną. Czują, kochają, mają wątpliwości, czasami nie chcą już czuć. Poszukują i znajdują.

Twoje książki skierowane są przede wszystkim do kobiet, ale czy zdarza się je czytać również Panom?

To nie jest prawda. Moje książki nie są skierowane przede wszystkim do kobiet. A tytuł „Schronisko“, nominowany do nagrodny Angelus jest bardzo męski, zupełnie niekobiecy. Czytają go przede wszystkim panowie. W tej powieści kobiecości jest może z dziesięć procent. Cała reszta to męski świat. Świat wrażliwości nieokiełznanej. Świat walki z samym sobą. Świat pytań bez odpowiedzi. A reszta powieści i opowiadań? Męski pierwiastek pojawia się w każdej z nich i jest bardzo mocny. Pomimo mojego uwielbienia do współczesności za niezwykłe przebudzenie kobiet i ich transformację, czekam na przebudzenie mężczyzn, którzy wciąż pozostają w uśpieniu. Dla nich też piszę, mam nadzieję, że mój syn będzie znał moje książki tak samo, jak zna je jego tata.


























fot. zdjęcie nadesłane


Nie tylko piszesz książki, ale jesteś także właścicielką swojego wydawnictwa. Mowa oczywiście o Wydawnictwie Papierowy Motyl. Co jest dla Ciebie najważniejsze jako dla wydawcy?

Opieka nad twórcą. Tego jest jak na lekarstwo. Zwłaszcza w wydawnictwach, które oferują wydanie książki za opłatą. Zawyżają swoją ofertę na wstępie zarabiając na autorze, bo przecież na sprzedaż nie ma ci liczyć. A to nie tak. Mentoring przy współpracy z autorem jest z jednej strony na wagę złota, z drugiej powinie być fundamentem współpracy autor-wydawca. No, ale może wie się to i stosuje się gdy się bywa samemu po dwóch stronach takiej współpracy.

Wyniki czytelnictwa w Polsce z roku na rok gwałtownie spadają. Co zrobić, by to się zmieniło?

Tu jestem optymistką. Za chwilę pokolenie smartfonów będzie mieć tak bardzo obciążone stawy kciuków, że nie pozostanie nic innego jak czytanie książek (śmiech). Większa uważność na siebie, swoje potrzeby i bycie tu i teraz otworzy nas na powrót do książek. Zabrzmiałam jak prorok. I dobrze. Tak się stanie. Zobaczycie państwo.

Wiele jest akcji promujących czytelnictwo. Jesteś ich sprzymierzeńcem, czy przeciwnikiem? Czy rzeczywiście motywują do czytania?

Każda akcja coś wnosi, chociażby energia, którą wkładają w nią twórcy. Niech się dzieje! Jestem tylko za!

Jakim jesteś czytelnikiem? Czego poszukujesz w książce?

Absolutnie emocji i prawdy. To jedyne w zasadzie czego potrzebuję. Może być milion stron, niebywałe opisy, język – złoto, ale bez prawdy nie przebrnę. No nie da się. 

1 października wystartowało Halo Radio. Masz tam swoją audycję. Według jakiego klucza zapraszasz gości?

Halo.Radio to projekt niezwykły. To pierwsze radio obywatelskie, które jest finansowane z datków słuchaczy. Praca w takim miejscu to niezwykła odpowiedzialność. Zabrzmiało poważnie, to teraz trochę magii. To medium tworzą dobre dusze. To elfy codzienności, są niestrudzeni i godni wszelkiego zaufania. Móc być częścią haloradiowego zespołu to wielki zaszczyt. A, że to radio jest radiem obywatelskim, ja zapraszam zwyczajnych -nadzwyczajnych, by rozmawiać o ich historiach, inspiracjach, potrzebach. 

Najbliższe plany. 

W lutym pojawi się niezwykła książka mocy. Jej tytuł to „Radosna książka“. To zbiór radosnych opowieści, będące swoistymi lekcjami do odrobienia. Radosna Książka nie jest podręcznikiem, który będzie nauczał jak być szczęśliwym. Jest zbiorem lekcji odnajdowania radości, jakie przerobiły kobiety takie jak ty. Po przeczytaniu książki nie poczujesz się weselej. Poczujesz znacznie więcej: że radość mieszka w Tobie. 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

piątek, 20 grudnia 2019

Kabaret Młodych Panów: "Nie przynosimy pracy do domu"

Kabaret Młodych Panów: "Nie przynosimy pracy do domu" 













fot. zdjęcie nadesłane

W Jastrzębiu - Zdroju na moje pytania odpowiadali Robert Korólczyk i Łukasz Kaczmarczyk z Kabaretu Młodych Panów.

W rozmowie ze mną Krzysztof Respondek przyznał, że kabareciarze są największymi ponurakami w życiu prywatnym. Zgodzą się Panowie z tym stwierdzeniem?

Robert Korólczyk: Nie należymy do ludzi wybitnie wyróżniających się humorem w życiu prywatnym. Nie przynosimy pracy do domu. (Śmiech.) Nie jesteśmy ponurakami, ale nie jest tak, że żart bez przerwy nam towarzyszy. Czasami mamy smutne dni, a czasami "głupawka" nas nie opuszcza. 

Łukasz Kaczmarczyk: Uchodzę za gbura i buca, a taki nie jestem. Taki mam wyraz twarzy. (Śmiech.) 

Robert Korólczyk: Czasami mam grube żarty, ale nas bawią. Jest wesoło.

Wychodzicie z założenia, że wszystko zależy tylko od nas, a każdy dzień może być dobrym? Co jest dla Panów gwarancją udanego dnia?

Robert Korólczyk: Dobry humor i uśmiech naszych bliskich. 

Łukasz Kaczmarczyk: Dystans do siebie i do świata. Uważam, że na pewne rzeczy wpływu nie mamy i mieć nie będziemy. 

Spotykamy się w Jastrzębiu - Zdroju, gdzie zaprezentujecie swój najnowszy  program "To jest chore". Proszę opowiedzieć coś więcej. 

Robert Korólczyk: Program "To jest chore" premierę miał w ubiegłym roku w październiku, jest więc stosunkowo nowy. Granie tego programu sprawia nam wiele frajdy. Cieszymy się, że z okazji piętnastych urodzin kabaretu nie stowrzyliśmy programu "The best of", ale powstał premierowy program, który naprawdę nam się udał. Widownia cudownie się bawi, my również. Trudno będzie nam stworzyć coś nowego, ponieważ poprzeczkę ustawiliśmy sobie naprawdę wysoko. 


























fot. zdjęcie nadesłane

Co jest chore w dzisiejszych czasach? Co uważacie Panowie za największy na ten moment absurd?

Łukasz Kaczmarczyk: Mój szwagier obecnie jest chory, ma grypę. (Śmiech.) A ja mam chore kolano. (Śmiech.)

Robert Korólczyk: Chore sytuacje, z których możemy się pośmiać, na co dzień wcale nie muszą być śmieszne. Jesteśmy od tego, by je przerysować. Za pośrednictwem naszego programu dotykamy tematów, które w bilansie końcowym można podsumować krótko słowami "to jest chore!". 

Łukasz Kaczmarczyk: Sytuacje nie są z gruntu chore, tylko to właśnie podczas patrzenia na nie przez szkiełko naszych norm społecznych i sztywnie wygenerowanych zasad, takimi się stają. 


























fot. zdjęcie nadesłane

Co jest największą siłą Waszego programu "To jest chore"?

Robert Korólczyk: To, że podczas jego tworzenia świetnie się bawiliśmy. Kiedy go gramy bawimy się wspaniale, a publiczność jeszcze lepiej.

Łukasz Kaczmarczyk: Nasze skecze są mądre, niosą za sobą przekaz, ale nie zdradzę jaki, ponieważ o tym przekonacie się Państwo, kiedy zobaczycie nasz program. 

Skąd pomysł na jego nazwę? Czy jest z nią związana jakaś anegdota?

Łukasz Kaczmarczyk: Takiej nazwy jeszcze nie było. (Śmiech.) 

Robert Korólczyk: Program miał nosić inną nazwę, ale jest już zajęta. 

Do jakich widzów skierowany jest Wasz program?

Łukasz Kaczmarczyk: Mamy szeroki handicap wiekowy. (Śmiech.) Od lat ośmiu do osiemdziesięciu.

Robert Korólczyk: Na jednym z naszych występów w Warszawie pojawili się panowie ze swoimi żonami, które nie chodziły na kabarety, były do twórczości kabaretowej sceptycznie nastawione, ale ten wieczór musiały spędzić ze swoimi mężami. Od tego momentu są naszymi fankami. Fajnie to świadczy o naszej twórczości i programie. 

Łukasz Kaczmarczyk:  Zaryzykowałbym stwierdzenie, że na naszym występie często pojawiają się babcie, prababcie i ich wnuczki. (Śmech.) 

Jak wyglądały prace nad programem "To jest chore"? Jak długo trwały?

Robert Korólczyk: Na przestrzeni powstawania każdego programu bardzo intensywnie pracujemy, ale kiedy do premiery jest coraz bliżej, pracujemy po całych dniach. 

W Teatrze jednym z najczęstszych "zabiegów" jest improwizacja. Jak jest w kwestii kabaretu? Zdazrza się Wam często improwizować?

Robert Korólczyk: Tak, często nam się zdarza improwizować.

Łukasz Kaczmarczyk: Nie jest tak, że ratujemy się za pośrednictwem improwizacji, ale często podkładamy sobie świnie. (Śmiech.) 

Czy często angażujecie publiczność do swoich skeczy?

Robert Korólczyk: Przy okazji innych naszych programów widz był z nami na scenie, ale w tej chwili tego nie praktykujemy. Jest trochę inaczej, to też jest fajne. 

Wyobrażacie sobie siebie w innych zawodach? Jak tak, to w jakich?

Robert Korólczyk: Sprawdzałem już swoje umiejętności w innych zawodach. Wyobrażam sobie siebie tylko jako kabareciarza. Chciałbym nim pozostać. 

Łukasz Kaczmarczyk: Z zawodu jestem animatorem społeczno - kulturowym. 

Czy największą nagrodą w pracy kabaretowej jest dla Was to, że macie realny wpływ na poprawienie nastroju swoim widzom i gwarancję,  że wyjdą z Waszego występu roześmiani?

Robert Korólczyk: Nigdy nie ma gwarancji. Mamy jednak taką nadzieję i przez lata zebraliśmy na to sporo dowodów. Dochodziło do sytuacji, które mnie poruszały. Podchodziły do nas osoby, które przyznawały, że nasze skecze dały im wytchnienie w bardzo trudnych życopwych  sytuacjach, nawet po śmierci kogoś bliskiego.  To bardzo porusza. Kiedyś podeszła do nas mama, której syn zmarł. Przyznała, że uwielbiał nasz kabaret, a ona pierwszy raz od pół roku wyszła z domu, by obejrzeć nasz występ. Pamiętam, że była wzruszona. My również. Kiedy to, co robimy sprawia komuś radość, jest to dla nas prawdziwą wartością wykonywanej pracy. 

Przypomniała mi się jeszcze jedna historia, która mnie autentycznie poruszyła. Pewna dziewczyna podziękowała nam, że oglądanie naszych skeczy jest jedynym momentem, w którym spędza czas ze swoim tatą. 

Mama pewnego niepełnosprawnego chłopca przyznała, że kiedy ogląda kabarety, jest to jedyny czas, w którym widzi u niego radość i uśmiech. To są najpiękniejsze recenzje dla nas i najważniejsze wyróżnienia od ludzi, dla których tworzymy. 

Łukasz Kaczmarczyk: Takie sytuacje powodują, że serducho rośnie. 

Najbliższe plany. 

Robert Korólczyk: Wraz z Jerzym Bończakiem stworzyliśmy spektakl "Lany Poniedziałek". To najświeższa propozycja od nas. Mamy jeszcze pewien plan, ale opowiemy o nim, jak wypali. 

W tym roku marzymy już o odpoczynku i smacznym karpiu. Wesołych Świąt życzymy wszystkim czytelnikom. 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji 


środa, 11 grudnia 2019

Kasia Muszyńska: "Warto zwrócić uwagę na drugiego człowieka"

Kasia Muszyńska: "Warto zwrócić uwagę na drugiego człowieka"


























fot. Renata Osińska

Wokalistka. Uczestniczka programu "Fabryka Gwiazd", która po prawie dziesięciu latach wraca do tworzenia i wykonywania własnych utworów. Właśnie światło dzienne ujrzała świąteczna piosenka Kasi Muszyńskiej, "Przytul Anioła". 

Na Koncert Świąteczny serdecznie zapraszamy już 18 grudnia o godz. 17:00 do Kamienicy pod Brunatnym Jeleniem w Cieszynie. Na zakończenie w niezwykle klimatycznych wnętrzach zabrzmi ta klimatyczna piosenka świąteczna. 

Rozpiera Cię niesamowita energia. Czy to muzyka jest tym, co daje Ci w życiu najwięcej siły?

Energia jest moim pewnego rodzaju podpisem. Na co dzień jestem bardzo energiczną osobą. Największą karą byłoby dla mnie, gdybym musiała siedzieć przez cały dzień przed komputerem lub telewizorem. Pewnie bym oszalała. (Śmiech.) Uwielbiam być w ruchu. Kiedy nadchodzi wieczór, a dzieci i psy idą spać,  pozwalam sobie na różne sposoby relaksu. Słucham muzyki, oglądam film, piszę piosenki. Energię czerpię z wielu źródeł. 

Ostatnio bardzo dużo się dzieje. Po prawie dziesięcioletniej przerwie, którą spędziłam na urlopie macierzyńskim, wróciłam do pisania piosenek. Tworzenie dodaje mi powera. Cieszę się, że to co robię, spotyka się z tak pozytywnym odbiorem. 

Już od najmłodszych lat przejawiałaś zainteresowanie muzyką?

Już jako kilkuletnia dziewczynka układałam własne piosenki, które podobno się rymowały. (Śmiech.) Śpiewałam w kościelnej scholi, wszyscy namawiali moich rodziców, by zapisali mnie do szkoły muzycznej. Śpiewanie w domowych warunkach towarzyszyło mi od zawsze. 

W wieku dwunastu lat wzięłam pierwszy raz udział w Festiwalu Piosenki Dziecięcej w Międzyrzeczu. Przygotowywałam się sama, w zaciszu domowym, nikt nie podejrzewał, że coś kombinuję. Potem regularnie brałam już udział w różnego rodzaju muzycznych konkursach. 

Już wtedy wiedziałaś, że muzyka jest tym, czym chcesz się na poważnie zajmować?

Tak. Zdecydowanie. Kiedy miałam szesnaście lat, trzy lata spędziłam w internacie, studiowałam m.in rytmikę.

Wzięłam też udział w programie "Szansa na sukces", wykonałam wtedy piosenkę "Windą do nieba" zespołu 2 + 1. Dwa lata po występie w "Szansie" wystąpiłam w programie "Fabryka Gwiazd". Program trwał od września do grudnia, a ja dotarłam aż do półfinału, pojawiłam się więc we wszystkich odcinkach. 

Potem przeniosłam się do Warszawy, kontynuowałam tam swoją edukację.  Miałam wydać płytę, ale w ostatniej chwili plany się zmieniły. Nie miałam wtedy jeszcze tak ogromnej chęci wydania płyty, więc chyba nie było mi przykro. Po udziale w programie "Fabryka Gwiazd" napisałam piosenkę "Dla Ciebie". Teraz, dziesięć lat po programie, kiedy wiele zmieniło się w moim życiu, znajduję sporo tematów, które nadają się na utwory. Kiedy piszę piosenkę zdarza się tak, że mąż pyta mnie, czy chcę mu o czymś powiedzieć. (Śmiech.) Piszę często pod wpływem zainspirowania się czyjąś historią. W moim życiu i organiźmie zachodzą zmiany, które odczuwalne są również w mojej muzyce. O nowej świątecznej piosence będziemy jeszcze rozmawiać, ale szykuję też nowe. 

Chcę, by moja muzyka trafiała do ludzi. Jestem szczera, w piosenkach zawarte są historie, z którymi wiele osób może się utożsamić. 

Jak wspominasz swoją przygodę z programem "Fabryka Gwiazd"?

Bardzo dobrze, aczkolwiek należę do osób, które łatwo jest zablokować i zniechęcić, a tak się w pewnym momencie wydarzyło. 

Co spowodowało taki obrót spraw? Czy przerażała i blokowała Cię formuła talent show?

Nie blokowała mnie formuła programu, ale pewne opinie na mój temat, które w nim padły. Kayah powiedziała kiedyś, że jestem kwadraturą koła. Przeprosiła mnie, ale przez cały program miały na mnie te słowa ogromny wpływ. Zamiast zrobić krok w przód, zrobiłam krok w tył. 

Przed każdym odcinkiem pracowałam nad tym, aby piosenka, którą mam przygotować, brzmiała po mojemu. Adam Sztaba przyznał kiedyś, że lubi zmiany, których dokonuję w piosenkach. To było bardzo miłe. Muzycznie wspominam ten program jako wspaniałą przygodę. Jeśli chodzi o  otoczkę, jaka mu towarzyszyła, nie lubię  o niej opowiadać. Nie odpowiadały mi diety, ponieważ były dla wszystkich uczestników takie same, a nie zostały dostosowane do naszych indywidualnych potrzeb. Były momenty, w których czułam się wycieńczona. 

Czy formuła talent show przeszła na przestrzeni lat widoczną przemianę? Czym różniły się programy emitowane dziesięć lat temu od tych, które pokazywane są teraz?

Programem, który śledzę regularnie jest "The Voice of Poland". Pojawiają się w nim ludzie, którzy potrafią śpiewać.

"Fabryka gwiazd" była wyjątkowym programem, ponieważ na żywo grała orkiestra mistrza Adama Sztaby. Współpracowaliśmy ze sztabem ludzi. Pokazywaliśmy, jak na co dzień wygląda życie gwiazd. Spotykaliśmy się z aktorami, piosenkarzami, m.im z Alicia Keys, Michaelem Boltonem oraz z tuzami polskiej sceny muzycznej. Śpiewaliśmy z Edytą Górniak, Marylą Rodowicz, czy Braćmi Cugowskimi. Moim zdaniem program był słabo wypromowany. 

Oglądasz "The Voice of Poland". Myślałaś o tym, by w kolejnej edycji spróbować swoich sił jako uczestnik?

Uważam, że etap programów, w których trzeba odtwarzać pewne piosenki, mam już za sobą. "Szansa na sukces" i "Fabryka gwiazd" umocniły mnie w poczuciu, że jestem wokalistką. Piszę własne teksty. 

Myślałam o tym, by wystąpić w programie "Mam talent", by móc właśnie zaprezentować własną twórczość. 

Uważasz, że program tego typu może pomóc w rozwoju dalszej kariery?

To kwestia indywidualna. Kiedy idzie się do jakiegoś programu, to zawsze jest łatwiej, kiedy ma się już na koncie własny materiał. Po "Fabryce" nie miałam na siebie pomysłu. Nie wiedziałam, co mnie czeka. Pomysł na siebie zawsze jest pomocnym. 

Wszystko zależy od tego, kto jest na co gotowy.

Kilka dni temu premierę miała Twoja piosenka "Przytul Anioła". Jak powstawała?

Powstała w kwadrans. (Śmiech.) Miałam dobry czas, w jeden miesiąc napisałam około sześciu piosenek. Usiadłam do pianina i skomponowałam ją. Wojtek Madajski zajął się aranżem, a Izabela Ziółko nagrała piękne chórki. W ten sposób powstała moja przytulaśna piosenka. 

Przekazanie jakich emocji za pośrednictwem tej piosenki jest dla Ciebie najważniejsze?

Główną ideą tej piosenki jest to, abyśmy zwolnili i rozejrzeli się wokół siebie. Czasem w małych gestach ludzie przekazują nam bardzo wiele. To dotyczy rodzin, dzieci, a nawet osób dorosłych. Aniołem, którego mamy przytulać jest każdy z nas. Trzeba otworzyć oczy i serca. 

Co według Ciebie jest największą siłą utworu "Przytul Anioła"?

Przekaz. Zwrócenie uwagi na drugiego człowieka, skomlącego psa, na kogokolwiek i cokolwiek. Warto zatrzymać się i zauważyć to, co omijamy czasem szerokim łukiem. Czasem warto wyzerować pretensje, które mamy do siebie nawzajem. Warto żyć w zdrowych relacjach.

Jakie są Twoje ulubione świąteczne piosenki?

Preferuję polskie piosenki świąteczne. Bardzo lubię kolędy "Cicha Noc" i "Mizerna Cicha". Z zagranicznych oczywiście nie mogę pominąć "All I want for Christmas", czy "Last Christmas". Kiedy słychać je w sklepie, to znak, że Święta już blisko. (Śmiech.)


18 grudnia odbędzie się koncert uczniów Studia Piosenki Cieszyn. Co przygotowujecie?

Na koncercie usłyszymy zagraniczne i polskie piosenki świąteczne oraz tradycyjne polskie kolędy. Nie zabraknie też czegoś dla miłośników "Krainy Lodu". (Śmiech.) W tle podczas występów pokazywać się będą specjalne animacje. Na zakończenie wykonam utwór "Przytul Anioła". 

Co jest dla Ciebie najważniejsze w pracy z umuzykalnioną młodzieżą?

Najważniejsze są dla mnie relacje, one budują dalsze postępy. Z wszystkimi uczniami oraz ich rodzicami mam świetny kontakt. Chętnie o sobie opowiadają. Studio prowadzę od pięciu lat, a u wszystkich uczniów na ich przestrzeni widzę ogromne postępy. 

Na Koncert Świąteczny serdecznie zapraszamy już 18 grudnia o godz. 17:00 do Kamienicy pod Brunatnym Jeleniem w Cieszynie. 

Opowiedz o swoich najbliższych solowych planach.

Skupię się na pracy nad moimi piosenkami. Przygotowałam pięć propozycji, chciałabym, aby jedna z nich została moim singlem. 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl  - Śląskie Centrum Informacji 

piątek, 6 grudnia 2019

Agnieszka Korzeniowska: "Kontakt z żywą publicznością to coś niezaprzeczalnie wyjątkowego"

Agnieszka Korzeniowska: "Kontakt z żywą publicznością to coś niezaprzeczalnie wyjątkowego" 


























fot. zdjęcie nadesłane

Z Panią Agnieszką Korzeniowską spotkałam się podczas swojego ostatniego pobytu w Warszawie. Rozmawiałyśmy o tym, jak szczególne miejsce w jej życiu zajmuje teatr, spektaklaklu "Całe życie", ale także o potędze mediów społecznościowych w dzisiejszych czasach. Z sentymentem wspomniałyśmy również serial "Adam i Ewa". Co negatywna postać wnosi w zawód aktora? Czy jest uatrakcyjnieniem pracy?
 
Na to i wiele innych pytań odpowiedziała Pani Agnieszka. 

Aktorstwo - trudny, a czasami też niepewny zawód. Co spowodowało, że go Pani wybrała?

Mam wrażenie, że do pewnego stopnia to aktorstwo wybrało mnie. (Śmiech.) Od najmłodszych lat lubiłam stwarzać sobie swój własny świat. Jako dziecko nie potrzebowałam zbyt wiele, by przepaść na cały dzień. 

Już od najmłodszych lat przejawiała Pani zainteresowanie tym zawodem, lubiła się przebierać, wcielać w różne postaci. 

Tak. Moje dzieciństwo i wczesna młodość to taki trochę szary czas w tym kraju. Jako nastolatka uciekałam w świat filmu i teatru. Był to dla mnie kolorowy, lepszy i piękniejszy świat. 

W ramach przygotowań do naszej rozmowy czytałam jeden z wywiadów, przeprowadzony z Panią kilka lat temu. Wynika z niego, że teatr jest dla Pani miejscem szczególnym. Pod wpływem naszej rozmowy dochodzę do tych samych wniosków.

Tak, zgadzam się. Teatr jest dla mnie miejscem szczególnym. 

Można stwierdzić, że w Teatrze czuje się Pani lepiej, niż przed kamerą?

Tak - zdecydowanie. W teatrze czas przygotowania do roli jest o wiele dłuższy, dzięki temu analiza postaci jest dokładniejsza - ja tego bardzo potrzebuję. Można też pozwolić sobie na improwizację.

Rola teatralna jest większym wyzwaniem dla aktora, niż rola przed kamerą telewizyjną?

Kontakt z żywą publicznością to coś niezaprzeczalnie wyjątkowego. W swoim dorobku nie mam dużych ról telewizyjnych czy filmowych. W teatrze wszystko tak naprawdę zależy od aktora. Rola reżysera kończy się w dniu premiery. Reszta spoczywa w rękach aktora i jego partnerów scenicznych. 

Teatr jest idealną przestrzenią na improwizację, o której już wspominałyśmy. Pani często zdarza się improwizować?

Staram się improwizować tak, by nie wprowadzić w stan zakłopotania moich kolegów. (Śmiech.) 

W jakich spektaklach możemy Panią obecnie oglądać?

W Teatrze Nowym w Łodzi gram spektaklach "Złodziej" i "Utracona cześć Barbary Radziwiłłówny". Można też zobaczyć mnie w spektaklu "Ślubu nie będzie" oraz "Czego nie widać". W Krakowie gram w spektaklu "Całe życie", który powstał rok temu z okazji stulecia zdobycia praw wyborczych przez kobiety w Polsce. Gramy go w Teatrze Barakah. Początkowo mieliśmy zagrać tylko trzy razy, ale okazało się, że spektakl podoba się na tyle, że wchodzi na stałe w repertuar Teatru Barakah i gramy kolejne spektakle. 

Co opowiedziałaby Pani o kulisach powstania spektaklu "Całe życie"?

Autorką tekstu jest Joanna Oparek,spektakl wyreżyserował Sebastian Myłek To dla mnie bardzo wyjątkowy i ważny tekst - a rola,którą gram została napisana specjalnie dla mnie! Akcja dzieje się w czsie wakacji we Włoszech. Gram dziennikarkę, zajmującą się tematami feministycznymi, a mój mąż pisze kryminały.Wynajmujemy w willli w Tosknii pokój młodym Polakom. Dziewczyna ukończyła aktorstwo, a chłopak to wieczny student. Obie pary przez cały wieczór wymieniają swoje poglądy na temat na temat praw wyborczych, feminizmu, rozmawiają o związkach, zaufaniu, wartościach, o miłości i jej braku. Jednym słowem, poruszają bardzo istotne kwestie. Myślę,że spektakl jest bardzo aktualny i idealnie wpisuje się w dzisiejsze czasy.

Teatr to jedno, ale przejdźmy do ról telewizyjnych. Czy prawdą jest, że do tej pory jest Pani najczęściej kojarzona przez widzów z rolą Kamili Kłos z serialu "Adam i Ewa"?

Myślę, że część widzów zdążyła już zapomnieć o tym serialu Powiedzmy sobie szczerze, to było 20 lat temu. (Śmiech.) Kawał czasu...Ale są osoby, które co jakiś czas mi o nim przypominają.Ci, którzy się na nim „wychowali“, chyba bardzo go lubili.  

Co miał takiego w sobie, że nawet po tylu latach od zakończenia emisji wywołuje tak pozytywne emocje? Pani też zdarza się wspominać z sentymentem pracę na planie?

Tak, wspominam ten czas z sentymentem, przede wszystkim ze względu na pracę z ludźmi. Świetna ekipa pracowała na planie. Poza tym była to moja pierwsza duża serialowa rola - bardzo ją lubiłam. 

Czy wcielanie się w negatywną postać jest dla Pani pewnego rodzaju uatrakcyjnieniem pracy w zawodzie?

„Negatywność“ serialowej postaci przy prawie 200 odcinkach jest czymś idealnym - przynajmniej coś się dzieje. (Śmiech.) Kamila zrobiła wiele złego, ale dzięki temu praca na planie była dla mnie bardzo ciekawa. Granie romantycznej postaci, u której na dłuższą metę nic się nie dzieje  - może stać się nudne.

Wychodzi Pani z założenia, że aktor zawsze, bez względu na wszystko powinien bronić swojej postaci?

Aktor powinien znaleźć powody tego, czym kierował się jego bohater, co spowodowało, że poszedł taką, a nie inną drogą. Nie usprawiedlimy całkowitego zła, ale trzeba iść śladami tego, co wydarzyło się w życiu danej postaci.

Obecnie w serialu "Na Wspólnej" wciela się Pani w mamę serialowej Elizy (Katarzyna Chorzępa). Czy zanim trafiła Pani do serialu, zdarzało się Pani go oglądać?

Od kilkunastu lat nie mam w domu telewizora. Oczywiście widziałam kilka odcinków, ale nie oglądam na bieżąco. Uważam, że trafiłam do fajnej serialowej rodziny, bardzo się lubimy. 

Co według Pani jest największym sukcesem "Na Wspólnej"?

Są blisko codzienności, zajmują się trudnymi tematami. A sukcesem jest przede wszystkim obsada. 

Jest Pani bardzo aktywna na Instagramie. Czym lubi się Pani dzielić z followersami?

Dzielę się tym, co dotyczy mojej pracy, są to zdjęcia z prób, spektakli, planów zdjęciowych,  sesji fotograficznych. Dzielę się radością z rzezczy, które sprawiają mi przyjemność - premiery, imprezy,  a przede wszystkim spotkania z przyjaciółmi. 

Wróćmy do tematu teatru. Podobno spektaklem, który w pewnym stopniu przyczynił się do tego, że wybrała Pani aktorstwo, był "Scenariusz dla trzech aktorów". 

Pierwszym spektaklem, który zachwycił mnie jako widza był "Scenariusz dla trzech aktorów". Myślę, że w dużej mierze spowodował, że dziś wykonuję ten zawód. Chciałabym, aby widzowie, tak samo zachwycali się spektaklami, w których gram i chętnie do wracali do teatru.

Czego w teatrze poszukuje Pani z perspektywy widza?

Głębokiego przeżycia, prawdy, dotykania wyjątkowych tematów w delikatny sposób. Tak,w teatrze szukam emocji. Uwielbiam być poruszona, ale także rozśmieszona do łez - tak, że nie jestem w stanie tego powstrzymać. 

Według mnie taki jest spektakl "Całe życie". Był dla mnie bardzo ważny w czsie jego powstawania, zawarłam w nim całe mnóstwo swoich przemyśleń i emocji. 

Czego w mediach społecznościowych poszukuje Pani jako użytkownik?

Dziś mój Facebook jest społeczno -  polityczno - ekologiczny. Kiedyś był przesiąknięty tematami artystyczno - modowymi (akurat to też mnie interesuje). Często, by odpocząć od codzienności, szukam piękna w przyrodzie, malarstwie, rzeźbie, fotografii, architekturze, czy właśnie w modzie.

Najbliższe plany.  

Zaraz biegnę na drugą część warsztatów fotograficznych z fotografką Różą Sampolińską. Pojawiam się na planie "Na Wspólnej",a przede wszystkim gram spektakle w Łodzi i w Krakowie. 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji 

Liber: "Nad moimi projektami unosi się pozytywna energia"

Liber: "Nad moimi projektami unosi się pozytywna energia"


























fot. zdjęcie nadesłane

Z Liberem spotkałam się w ramach XXI III Jaworzańskiego Września w Jaworzu, gdzie wystąpił z zespołem InoRos.

Spotykamy się w Jaworzu, gdzie  wraz z zespołem InoRos wystąpisz w ramach imprezy XXX III Jaworzański Wrzesień. Jak samopoczucie przed koncertem?

Fajnie. Przeżyliśmy załamanie pogodowe, teraz będzie radość, muzyka i dobra zabawa.

Co zostało przygotowane na dzisiejszy koncert? Usłyszymy również coś z Twojego repertuaru z Sylwią Grzeszczak lub Natalią Szroeder, czy skupiacie się przede wszystkim na Waszym wspólnym repertuarze z InoRos?

Usłyszymy kilka piosenek ze starszego repertuaru. Pojawią się "Skarby", "Co znami będzie" i "Czyste szaleństwo".

Twoja współpraca z zespołem InoRos trwa od 2012 roku, kiedy nagraliście piosenkę "Czyste szaleństwo", która zajęła drugie miejsce na hit biało - czerwonych na Euro. Opowiedz o początkach Waszej współpracy. Jak to się stało, że połączyliście siły?

Nasze drogi po raz pierwszy zeszły się na pewnej imprezie na Pomorzu. Spontanicznie zagraliśmy razem, porozmawialiśmy i w 2012 roku zrobiliśmy razem wymieniony tu utwór na Euro. Po siedmiu latach zaprosiłem chłopaków do Opola, a tam podjęliśmy decyzję o nagraniu nowych piosenek razem.

W marcu 2019 zaprezentowaliście piosenkę "Piękne życie". Mam wrażenie, że piosenka ma charakter motywacyjny. Czy zgodzisz się z tym stwierdzeniem?

Nie zastanawiałem się nad tym. To pozytywny utwór. O tym, co jest ważne. Piosenka napisana jest przewrotnie, lubimy ją grać, przypadła nam do serc.

Teledysk realizowany był w Jordanowie, Nowym Targu i Rabce - Zdroju. Opowiedz coś o kulisach jego realizacji. 

Była to znakomita zabawa, okraszona zimową aurą. Na ostatnią chwilę udało się zaprosić również Kabaret Paranienormalni. Jesteśmy bardzo wdzięczni. Nad tym projektem unosiła się masa pozytywnej energii.

Pod koniec czerwca razem zaprezentowaliście piosenkę "Piątunio". I już wiadomo, który dzień w tygodniu jest najlepszy. (Śmiech.) Co było myślą przewodnią tej piosenki? Co za jej pośrednictwem chcieliście przekazać słuchaczom?

To utwór typowo imprezowy, z przymrużeniem oka. Hymn piątku, najfajniejszego dnia w tygodniu. Większości piątek kojarzy się z weekendem, który chcieliśmy uczcić.

Teledysk bardzo mi się podoba. Skąd pomysł na taką jego realizację?

Chcieliśmy pokazać przedstawicieli różnych zawodów. Pojawił się nawet ksiądz, który też korzysta z weekendu. (Śmiech.) Nie ma żadnej prowokacji.

Teledysk przekroczył już 3 mln wyświetleń na YouTube. To wspaniała liczba...

Bardzo się z tego cieszymy. Wspaniały wynik. Jest fajnie.

Najbliższe plany zawodowe. 

Najbliższe plany są związane z zespołem InoRos. Będziemy kontynuować współpracę.

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji

czwartek, 28 listopada 2019

EXCLUSIVE: Roksana Węgiel: "Nikt nie wierzył, że wygram Eurowizję"

EXCLUSIVE: Roksana Węgiel: "Nikt nie wierzył, że wygram Eurowizję" 


























fot. zdjęcie nadesłane

Po koncercie "Wyśpiewajmy marzenia" w Cieszynie miałam przyjemność rozmawiać z Roksaną Węgiel. Co program "Voice Kids" zmienił w jej życiu? Kto był dla niej największym wsparciem podczas przygotowań do Eurowizji? Na to i wiele innych pytań odpowiada w szczerej rozmowie. 

Spotykamy się po VIII charytatywnym koncertem "Wyśpiewajmy marzenia" w Cieszynie. Jak wrażenia? Publiczność dopisała?

Była cudowna energia. Cieszę się, że mogłam tutaj wystąpić. Było pięknie. 

Który z Twoich utworów jest zazwyczaj najbardziej wyczekiwany przez fanów na koncertach?

Wydaje mi się, że jest to piosenka "Anyone I want to be". 

Czy masz ulubioną piosenkę w swoim repertuarze?

Wszystkie są dla mnie ważne, ale moją ulubioną piosenką jest "Bunt". Z każdą piosenką wiążę cudowne wspomnienia. 

Pod kątem wspomnień, która pioenka jest dla Ciebie szczególna?

Zdecydowanie "Anyone I want to be". 

Trwa rok szkolny, ale Ty nie zwalniasz tempa, koncertujesz, pojawiasz się na eventach, pracujesz w studio. Czy pogodzenie obowiązków szkolnych z muzycznymi bywa dla Ciebie trudne?

Bywa trudno, ale daję radę. 

Jak Twoi rówieśnicy reagują na rozwój Twojej kariery? Bywają raczej wspierający, czy mierzysz się także z krzywdzącymi opiniami? Jak wtedy reagujesz?

Moi rówieśnicy reagują bardzo dobrze, wspierają mnie. 

Jeśli chodzi o internet, tam hejt jest wszeobecny. Kiedy ktoś jest popularny w sieci, zawsze znajdą się osoby, które będą złą opinię  powielać. Nie robię nic, co mogłoby skrzywdzić drugiego człowieka ale to, co kocham. Ludzie komentują, niech to robią. Na mnie nie ma to żadnego wpływu, spływa to po mnie. (Śmiech.) 

Nie mówmy o samych negatywach. (Śmiech.) Mam wielu fanów, którzy mnie wspierają. 

W TVP 2 trwa emisja kolejnej edycji programu "The Voice of Poland". Czy oglądasz program? Masz swoich faworytów?

Na regularne śledzenie programu nie mam za bardzo czasu, ale udaje mi się nadrabiać zaległości w internecie. Duże wrażenie zrobił na mnie Tadeusz Seibert, który zaśpiewał piosenkę "Spragniony". 
W programie pojawiła się również moja koleżanka z "Voice Kids", Karolina Wójtowicz. 
 
Co udział w programie "Voice Kids" zmienił w Twoim życiu? Czy gdybyś miała jeszcze raz możliwość wystąpić jako uczestniczka w tym programie, zrobiłabyś to?

Zmieniło się wszystko. Polecam każdemu tą przygodę. To niesamowite doświadczenie. Nie byłam świadoma, że ten program otworzy mi wrota do dalszych działań oraz do wyjazdu na Eurowizję. Nie spodziewałam się tego. Jestem wdzięczna, że tak się stało. 

W kontekście programu bardzo dużo mówi się o Twojej przyjaźni z Edytą Górniak. Czy obecnie razem pracujecie?

Nagrałyśmy piosenkę "Zatrzymać chwile" do bajki "Hotel Transylwania 3". Cieszę się, że mogłam ją poznać, nie ukrywam, że było to moim marzeniem. 

Z kim  oprócz Karoliny Wójtowicz z uczestników programu "Voice Kids" utrzymujesz jeszcze kontakt?"

Z Milenką Grigorian, z Olivią Klinke, ze Stasiem Szymańskim. 

W październiku ruszyła Twoja wyjątkowa trasa koncertowa "The X Tour". Opowiedz coś więcej.

Była to moja pierwsza trasa koncertowa. Kolejny raz miałam szansę spełnić swoje marzenie. Wymagało to ode mnie dużo pracy, działo się. Przygotowania były bardzo intensywne. 

Jak wspominasz swój udział w Eurowizji Junior 2018? 

Emocje nie do opisania. 

Co było dla Ciebie największym zaskoczeniem tego konkursu?

To, że wygrałam. (Śmiech.) Nikt w to nie wierzył. Wygranie było moim celem, ale wszyscy mówili, żebym się na nic nie nastawiała. I...udało się. Mój Tata był dla mnie największym wsparciem. 

Najbliższe plany. 

Bardzo dużo się dzieje. Jest co robić. (Śmiech.) 

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl  - Śląskie Centrum Informacji 

sobota, 23 listopada 2019

EXCLUSIVE: Michał Malinowski: "W życiu nic nie jest definitywne"

EXCLUSIVE: Michał Malinowski: "W życiu nic nie jest definitywne"


























fot. zdjęcie nadesłane

Dnia 21 listopada 2019 roku odbyło się uroczyste otwarcie Cinema City w Cieszynie. Gośćmi specjalnymi imprezy byli aktorzy - Sonia Bohosiewicz i Michał Malinowski. 

Z Michałem miałam ogromną przyjemność rozmawiać o filmie "Jak poślubić milionera", w którym zagrał główną rolę oraz o życiu na krawędzi i zmianach jakie obecnie zachodzą w jego życiu.          To jeden z ostatnich wywiadów, którego udzielił przed wyjazdem z Polski. 

Spotykamy się na otwarciu Cinema City w Cieszynie. Jaki gatunek filmowy jest Pana ulubionym z perspektywy widza?

Z perspektywy widza lubię bardzo różne kino. Wybieram w zależności od tego, czego potrzebuję w danej chwili. Czasem są to komedie, czasem horrory. 

Czego poszukuje Pan w filmach? Czym cechuje się dla Pana dobre kino?

Dobre kino zaskakuje. Film oglądam z zaciekawieniem i czekam, co się wydarzy. 
Lubię się rozwijać. Nawet fikcyjna historia może nieść ze sobą wartość edukacyjną. 

"Jak poślubić milionera" to najnowszy film, w którym możemy Pana oglądać. Co opowiedziałby Pan o swojej postaci?

Na początku był strasznym cwaniakiem, ale to dobry chłopak. Przez cały czas trwania filmu ta postać ewoluuje. Miłość zmienia go na lepsze. Było to dla mnie fajne wyzwanie aktorskie. 

Proszę opowiedzieć o zakulisowej pracy nad filmem.

Było super. Na planie panowała wspaniała atmosfera. Pracowaliśmy na własnych organizmach i emocjach, nie mogliśmy więc pozwolić na to, by pojawiły się negatywne emocje. Nie było ich. Było świetnie, inspirująco i sympatycznie. Miałem okazję podpatrywać na planie doświadczonych aktorów i czerpać z nich. 

Propozycja skierowana jest przede wszystkim do miłośników komedii, czy każdy w tym filmie znajdzie coś dla siebie?

Film "Jak poślubić milionera" skierowany jest do wszystkich, każdy znajdzie w nim coś dla siebie. 

To jak na razie ostatni film z Pana udziałem. Odszedł Pan z "Pierwszej miłości" i "Na Wspólnej", a zdecydował o wyjeździe z Polski. Czy odejścia z tych dwóch seriali są definitywne, czy zostawił Pan sobie uchyloną furtkę w razie chęci powrotu?

Ciężko powiedzieć. W życiu nic nie jest definitywne. (Śmiech.) Czas pokaże.  

Nie boi się Pan, że zatęskni za aktorstwem? W najlepszym momencie swojej kariery wycofuje się Pan z życia zawodowego.

Aktorstwo to dla mnie człowieństwo. Żeby być dobrym aktorem, trzeba rozwijać się jako człowiek. Mam potrzebę, by rozwinąć się w trochę innych kierunkach. Jeśli zatęsknię, wtedy wrócę. 

Czy decyzja związana jest z tym, że jest Pan miłośnikiem adrenaliny i życia na krawędzi? 

(Śmiech.) Tak trochę jest. Kiedy gramy w serialach codziennych, podpisujemy umowy. Jest w nich punkt, który zabrania narażać swoje życie i zdrowie. Teraz, kiedy ten punkt nie będzie nade mną ciążył, będę mógł puścić wodzę fantazji. (Śmiech.) 


























fot. zdjęcie nadesłane

Jaką szaloną rzecz zrobił Pan ostatnio? (Śmiech.) 

Szaleństwa są u mnie codziennością, trudno więc wybrać coś konkretnego. (Śmiech.) Czuję, że najbardziej szalone rzeczy są jeszcze przede mną. Zamierzam zrobić je w całkiem niedalekiej przyszłości. 

Jest Pan miłośnikiem adrenaliny, ale też odkrywania nowych destynacji. Jakie miejsce zachwyciło Pana ostatnio?

Ostatnio nie podróżowałem za wiele, bo życie zawodowe było bardzo intensywne. Kiedyś bardzo dużo podróżowałem, natomiast destynacje same w sobie są często kwestią przypadku. Ważni są ludzie, których spotykam. Najlepiej wspominam czas, w którym w trakcie studiów jeździłem autostopem po Europie. Wtedy najwięcej się działo. 

Pamiętam, że kiedyś wraz z Dawidem Czupryńskim pojechał Pan do Chin. Jak wspomina Pan tę podróż?

Wszystko działo się bardzo szybko. Na to, by dostać się do Pekinu, mieliśmy tylko 5 tygodni. Byłem w szoku, że się udało. Dziennie przemierzaliśmy ok. 500 km. 

Ma Pan w tym momencie coś, co można określić mianem podróży marzeń?

Nie zawsze chodzi o miejsce. W dzisiejszych czasach bardzo łatwo dostać się wszędzie. W podróży ważne jest to, co robimy po drodze. 

Czego w momencie Pana drogi, która cały czas zaskakuje, można życzyć Panu na koniec rozmowy?

Żeby wszystko to, co sobie zaplanowałem, udało się i mnie zaskoczyło.  

Materiał archiwalny dostępny również na www.sci24.pl - Śląskie Centrum Informacji