czwartek, 30 maja 2024

Z Nowickim po drodze, z Nowickim w Cieszynie [WYWIAD]

Z Nowickim po drodze, z Nowickim w Cieszynie  [WYWIAD]













fot. Małgorzata Krawczyk 
1 marca w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie wystawiony został spektakl "Miłość i polityka", wyreżyserowany przez Annę Oberc. Na scenie pojawił się między innymi Łukasz Nowicki, z którym red. Mariola Morcinkova rozmawia o Cieszynie, wspomnieniach z nim związanych, nowych miejscach, które tu odkrywa oraz o podcaście "Z Nowickim po drodze".
Po raz kolejny spotykamy się w Pana ukochanym Cieszynie. O Teatrze im. Adama Mickiewicza za każdym razem mówi Pan jak o miejscu wyjątkowym.
To prawda. Zawsze cieszę się, kiedy tu jestem. Przyznam jednak, że martwię się, ponieważ szykuje się remont. Mam nadzieję, że Teatr im. Adama Mickiewicza zachowa swój styl, elegancję i "Ziemię obiecaną", która przecież była tutaj kręcona. Ufam, że planowane zmiany zostaną przeprowadzone w mądry sposób i sprawią, że cały charakter i energia tego miejsca pozostaną niezmienne. 
O Cieszynie ostatni raz rozmawialiśmy blisko dwa lata temu. Już wtedy nie ukrywał Pan, że choć po polskiej stronie ma wiele ulubionych miejsc, to właśnie z Czeskim Cieszynem ma najwięcej skojarzeń. Lubi Pan Hotel Piast, słynną karczmę, w której przesiadywał Jaromir Nohavica oraz restaurację Da Capo. Jakie są jeszcze miejsca po czeskiej stronie Cieszyna, do których lubi Pan wracać?
W tej kwestii nic się nie zmieniło. Z racji życiowych zmian, moja wiedza na temat Czeskiego Cieszyna się nie poszerzyła. Ostatnio mało tutaj bywam. Nie wiem, czy jest to możliwe od strony technicznej, ale namawiam organizatorów, by zagrać kiedyś jakiś spektakl po czeskiej stronie, w Těšínském divadle, czyli na polskiej scenie Teatru Cieszyńskiego. To jedyny po czeskiej stronie Cieszyna teatr z polskim zespołem, gdzie w ramach abonamentu można oglądać przedstawienia w języku polskim. Mimo że bardzo lubię ten teatr, moim marzeniem jest, by zagrać po tamtej stronie.
Kocham Śląsk Cieszyński niezależnie od tego, czy znajduję się po jednej, czy po drugiej stronie Olzy. Tutaj na szczęście walory przyrodnicze się nie zmieniają. Ostry pozostaje Ostrym, a Kozubowa Kozubową (śmiech).
Niezmiennie zachwycam się architekturą Cieszyna. Zawsze, kiedy tu przyjeżdżam, spaceruję jego uliczkami. Uwielbiam to. Niestety, dziś pada deszcz, więc tego nie zrobię. To miejsce bliskie memu sercu.
Gdyby miał Pan przytoczyć jedno wspomnienie związane właśnie z Cieszynem i okolicami, na jakie mogłoby paść?
Nieopodal, w Kocobędzu, brałem ślub, więc to takie mocne wspomnienie (śmiech). Pamiętam też moment, w którym w jednym z tutejszych hoteli witaliśmy gości. W mojej pamięci zapisały się też chwile, kiedy podróżowałem pociągiem między polską a czeską stroną Olzy. Za każdym razem patrzyłem z radością, że jednak ten piękniejszy Cieszyn jest po polskiej stronie (śmiech). 
Z pewnego rodzaju rozrzewnieniem, które wiąże się z sentymentalizmem i wiekiem, wspominam również budki graniczne na moście i ten moment, kiedy z dozą niepewności sprawdzałem, czy nie zapomniałem dokumentów. Z tyłu głowy miałem zawsze myśl, że musiałbym wracać do Warszawy i ponownie ruszyć w drogę. 
Niedawno po raz pierwszy trafiłem do niezwykle klimatycznej kawiarenki "Kornel i Przyjaciele". To czarujące miejsce, którego wcześniej nie znałem. Można więc powiedzieć, że cały czas odkrywam i poznaję tu nowe zakamarki.
W cieszyńskim teatrze zagrana została francuska komedia Pierre’a Sauvila "Miłość i polityka" w przekładzie Barbary Grzegorzewskiej i w reżyserii Anny Oberc. W czym, Pana zdaniem, tkwi sukces tej sztuki?
Mam bardzo nieobiektywny stosunek do tego tytułu. Jestem tutaj już z czwartym spektaklem i o żadnym nie mógłbym powiedzieć, że tak bardzo go lubię. Wcielam się w rolę premiera Francji Bertranda Guérauda, potwornego łotra, skorumpowanego cwaniaka z dużą ilością wdzięku. To człowiek, który milionami euro operuje na lewo i prawo, rozstawiając wszystkie pionki na szachownicy polityki.
Tekst tej francuskiej sztuki jest niezwykle współczesny i aktualny. Każde zdanie, które w niej pada, można przenieść na polski grunt. Choć padają w niej proste zdania, widowni bardzo się to podoba. W spektaklu "Miłość i polityka" pojawia się również wiele metafor. Łotrów gra się przyjemnie (śmiech).
Za pośrednictwem spektaklu, widz przenosi się do miejsca, gdzie miłość, władza i pieniądze stanowią stawkę w nieustannej walce. Proszę opowiedzieć coś więcej.    
Intryga jest oczywiście typowo komediowa. Pojawia się Bouladon, którego na zmianę z Jackiem Kopczyńskim gra Mariusz Drężek. To on znalazł coś na Bertranda Guérauda i go szantażuje. Mój bohater w ogóle się go nie boi, bo jest prawdziwym rekinem oszustw. Jednak okazuje się, że Bouladon ma dokumenty, które mogą premiera Francji, w którego się wcielam, pozbawić stanowiska. W zamian za nieopublikowanie tych dokumentów, Bouladon żąda jego żony. W tej roli zobaczyć można Marysię Wieczorek lub Melanię Grzesiewicz. To dość orginalny szantaż, ponieważ nie chce on pieniędzy, które tak naprawdę mógłby dostać bez problemu.
To człowiek, który jak Pan mówi, co prawda kocha ojczyznę i żonę, ale mam wrażenie, że najbardziej zakochany jest w... pieniądzach. 
Zdecydowanie. Najśmieszniejsze jest to, że jest do tego stopnia zdeprawowany, że nie rozumie problemu. Jest zakochanym w sobie kabotynem.
Czy jest jakaś cecha, którą świadomie podarował Pan premierowi? 
Oboje bardzo lubimy wino. On ma mnóstwo posiadłości na całym świecie, a ja mam mieszkanie w Albanii. To, co nas dzieli, to chociażby to, że ja nie gram w golfa. No i zdecydowanie bardziej kocham swoją żonę niż on (śmiech).
Jak zachęciłby Pan do obejrzenia spektaklu "Miłość i polityka"? 
Uwielbiam ten spektakl, ten tekst i lubię grać tę rolę. Kiedy wchodzę na scenę, jestem zawsze z tego powodu szczęśliwy. Nie wiem, czy to wystarczająca zachęta, ale proszę mi wierzyć, że warto usiąść na widowni i zobaczyć aktorów, którzy lubią to co robią. Nie robimy tego ani dla pieniędzy, ani dlatego, by odfajkować kolejny tytuł w swoim dorobku.
Dla mnie ten spektakl jest jedną z ważniejszych rzeczy, które zrobiłem. To komedia lekka, ale dająca do myślenia. Zapraszam do teatrów w całej Polsce.
Mimo że woli Pan, kiedy to Panu zadaje się pytania, a nie odwrotnie, to na początku 2023 roku postanowił Pan zaryzykować i powołać do życia podcast "Z Nowickim po drodze". 
Gościem pierwszego odcinka był Sebastian Mikosz, były prezes LOT-u i Kenya Airways.
W zapowiedzi tego odcinka użył Pan ciekawego sformułowania, nazywając siebie "gawędziarzem marzeń". Mam wrażenie, że kiedy pojawił się pierwszy odcinek, zmienił Pan status z "gawędziarza" na realizatora swoich marzeń.
 Jest dokładnie tak, jak pani to ujęła. Stałem się realizatorem marzeń. Przez czternaście lat prowadziłem program, w którym zadawałem pytania. Nie były one tworzone przeze mnie, a długość rozmowy była mocno ograniczona czasem antenowym.
Nie jestem dziennikarzem z zawodu, ale marzyłem, by móc przeprowadzić rozmowę na własnych warunkach. Nie chciałem w żaden sposób ograniczać jej czasu. Czułem, że chcę zrobić to, na co mam ochotę i to zrealizować. Pomyślałem, że chciałbym przyjeżdżać do swoich gości. Kiedy jesteśmy zapraszani do jakiegoś programu, trzeba dojechać pod dany adres. Tu jest inaczej. Lubię campery i podróże. Uwielbiam być w drodze, więc to ja przemierzam trasę, by przyjechać do gościa.
Fascynujące jest dla mnie to, że mogę zapraszać kogo chcę. To podcast, który powolutku zdobywa swoją przestrzeń. Nie jest klikalny, bo nie zapraszam topowych gwiazd. Nie mam gigantycznych zasięgów. Nie mam za sobą mocnego wsparcia w postaci portalu, gazety lub rozgłośni. Sam wybieram gości, sam montuję, sam piszę wstępniaki. Jadąc do Cieszyna, montowałem kolejny odcinek. Przeniosłem się do Urugwaju i na Wyspy Owcze. To właśnie tam żyje moja gościni, Kinga Eysturland.
To taki projekt, do którego dopłacam, nie zarabiam na nim. Realizuję swoją pasję. Nie wiem, na jak długo starczy mi paliwa. Obecnie realizuję trzeci sezon. Ostatnio nagrałem kolejne dwie rozmowy. Jednym z moich gości będzie wspaniały botanik, Artur Zagajewski. Ciekawie zapowiada się także podcast, którego twarzą będzie człowiek podróżujący po Polsce ze swoim kotem i pomagający ludziom. Chciałem, by mój program przybliżał też sylwetki osób, które nie są znane, a mają ciekawe historie. Każdy z gości może stać się inspiracją dla innych, co z kolei może pomóc mu w rozwijaniu swojej pasji. 
Mam oczywiście ludzi, którzy mi pomagają i jestem im za to bardzo wdzięczny. 
Jestem ciekaw, w którą stronę to pójdzie. Czy w stronę moich marzeń i uda mi się kiedyś pojechać w Bieszczady do jakiegoś drwala, usiądziemy na pniu i porozmawiamy, czy raczej program zostanie utrzymany w stylu warszawskim.
Oczywiście pojawiają się też tacy goście jak polski dziennikarz, pisarz i popularyzator historii Bogusław Wołoszański czy himalaista Piotr Pustelnik. Uwielbiam ten program.
W ten sposób połączył Pan dwie miłości - tę do podróżowania i rozmów z drugim człowiekiem. Jaka była droga od pomysłu do realizacji?
Pomysł rozwijał się we mnie przez długi czas. Jestem mistrzem planowania i gadania o tym, co zrobię (śmiech). Tu jednak na gadaniu się nie skończyło. 5 lutego 2023 roku mój podcast wystartował. Jako pierwsza światło dzienne ujrzała rozmowa z listopada 2022 roku, ponieważ z racji tego, że umarł mój ojciec, premiera została przesunięta w czasie.
Za mną już dwadzieścia trzy rozmowy, dwa odcinki "The best of". W tym sezonie nagram jeszcze pięć odcinków. Łącznie będą dostępne trzydzieści dwa odcinki. Jest szansa, że powstanie z tego książka.
To moje największe szczęście, największa pasja. Moment, w którym zbieram materiały, przygotowuję się i robię research, jest moim ulubionym. Nie lubię natomiast promocji, wrzucania postów do mediów społecznościowych i reklamowania się. Nie umiem tego robić. Promowanie mnie nie kręci. Akurat w tej kwestii byłoby łatwiej, gdyby stał za mną jakiś potężny koncern.
Rozmowy realizowane są w camperze, miejscu, które na pierwszy rzut oka nie nadaje się do nagrań. 
Jest idealne.
Jak camper jako miejsce rozmów odbierany jest przez gości?
Bardzo pozytywnie. Szczególnie gdy podjeżdżam pod czyjś dom. Gość wychodzi w kapciach, najczęściej z kawą. Studio jest przygotowane. Najpierw robimy sobie parę zdjęć i zaczynamy rozmawiać. Godzę się na to, by ten podcast nie był idealny. Zdarza się, że w tle naszej rozmowy słychać przejeżdżające samochody. Czasem ktoś do nas zapuka. To wszystko zostaje w tych rozmowach zachowane. Tak ma być. Rozmowa ma być w drodze, a kiedy w niej jesteśmy, nie jesteśmy w sterylnych, studyjnych warunkach. Samochód ma dobre właściwości tłumiące. Akustyka jest dobra.
Mam wrażenie, że rozmowa w camperze dla gości jest zdecydowanie mniej stresująca, niż gdyby miała się odbywać przed kamerą.
Dokładnie tak. Każdy to podkreśla. Gdybym myślał o zasięgach, byłaby to rozmowa wideo. W dzisiejszych czasach liczy się obraz. Nagrania audio są mniej popularne. Upieram się jednak, aby było to radio w starym stylu. Żebyśmy nie musieli wyglądać idealnie. A radio to nie tylko głos, ale też pewnego rodzaju tajemnica.
Ile przejechał już Pan kilometrów, zmierzając do swoich rozmówców?
Oj, to były setki kilometrów. Gdybym zarabiał na swoim programie, mógłbym zrealizować swoje marzenie, jeździć po Polsce, odwiedzić Bieszczady, a nawet Cieszyn i realizować rozmowy na terenie całego kraju. 
W 22. odcinku rozmawiał Pan z Łukaszem "Knopkiem" Konopką, lektorem Netflixa. Rozmawialiście o potędze ludzkiego głosu i urządziliście bitwę na głosy. Kto wygrał?
Ja (Śmiech). Łukasz "Knopek" Konopka jest wybitnym lektorem. Jest jednym z najbardziej pracowitych ludzi, których spotkałem na swojej drodze. Jest tancerzem. Swego czasu w ogóle nie zajmował się głosem. Wszystkiego nauczył się sam.
Pana najbliższe plany zawodowe to przede wszystkim trasa ze spektaklami oraz realizacja kolejnych odcinków podcastu. Może szykuje się coś jeszcze?
Ruszamy w kolejną trasę ze spektaklem "Miłość i polityka". Skupiam się także na moim podcaście "Z Nowickim po drodze". Być może czekają mnie też próby do nowej sztuki, ale nic więcej powiedzieć nie mogę. Zaczynam już myśleć o mojej wakacyjnej wyprawie do Norwegii i Serbii. Podróże są chyba dla mnie teraz najważniejsze.

Artur Gadowski nie tylko o muzyce [WYWIAD]

Artur Gadowski nie tylko o muzyce  [WYWIAD]

















fot. Paweł Lacheta

1 lutego w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie zespół Ira zaprezentował repertuar koncertu "Ira - Akustycznie", który jest kontynuacją jubileuszu 35-lecia zespołu.

Artur Gadowski opowiadał nie tylko o koncertach. Pokusił się również o krótkie podsumowanie dotyczasowej działalności zespołu, choć jak sam przyznał, zamiast żyć wspomnieniami, woli skupiać się na tym, co tu i teraz.

Frontman grupy zdradził również, jak ważną rolę w powrocie zespołu na scenę po przerwie, która nastąpiła w drugiej połowie lat 90. ubiegłego roku, pełnił...internet.

Lider legendarnego zespołu Ira, muzyk, kompozytor, autor tekstów a prywatnie - kolekcjoner płyt. Słowem wstępu - wszystko się zgadza? (Śmiech)

Wszystko się zgadza (Śmiech.) Z tym kolekcjnowaniem płyt bym nie przesadzał, bo nie mam ich znów w tak strasznie dużej ilości. Choć to prawda, że wspominałem o nich ostatnio na swoim profilu na Facebooku, bo od czasu do czasu trzeba je przewietrzyć i ich posłuchać.

Czy jak na frontmana legendarnego zespołu rockowego przystało, słucha Pan właśnie przede wszystkim rocka, czy jednak gustuje w innym gatunku muzycznym?

Nie. Słucham bardzo różnej muzyki. W kręgu moich zainteresowań nie ma disco polo, nie ma elektronicznego popu, muzyki techno i hip-hopu, ale cała reszta - jak najbardziej.

Cieszyn i okoliczne miasta często znajdują się na koncertowej mapie Iry. Jak wraca się w te strony?

Z przyjemnością. Gdyby tak nie było, nie przyjeżdżalibyśmy tutaj. Od lat przywozimy stąd dobre wspomnienia. Zawsze wracamy z przyjemnością.

Akustyczne wersje swoich największych przebojów, ale także nowsze utwory zagraliście w Teatrze im. Adama Mickiewicza. Mówi się, że to miejsce magiczne...

Po próbie miałem przyjemność obejrzeć tutejszy teatr, bardzo mi się podoba.

Trasa ta jest kontynuacją jubileuszu 35-lecia zespołu. Kiedy to minęło? (Śmiech.)

Choć kontynuujemy obchody 35-lecia, na scenie jesteśmy już od trzydiestu sześciu lat. Staram się o tym nie myśleć, ponieważ to taka ilość czasu, że wszystkiego nie można zapamiętać, a jak wiemy, pamięć płata figle. Czasem, niektóre rzeczy zapamiętujemy inaczej niż to miało miejsce. Kiedy rozmawiam z kolegami, często łapiemy się na tym, że każdy z nas zapamiętuje zupełnie inne szczegóły. Choć oczywiście wracamy do pewnych momentów, to staramy się żyć dniem dzisiejszym a nie wspomnieniami. (Śmiech) 

Gdyby miał Pan te 35 lat zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

 Oj, nie da się. (Śmiech) 

Wróćmy na moment do przeszłości. W drugiej połowie lat 90. zespół Ira zawiesił działalność, a Pan rozpoczął karierę solową. W wielkim skrócie - do powrotu zespołu na scenę mobilizowały dwa czynniki - fani i... raczkujący wówczas internet. Zastanawiał się Pan kiedyś nad tym, czy gdyby nie pojawiło się wtedy nowe medium, moglibyście już nie wrócić na scenę jako zespół?

Na pewno nie wrócilibyśmy na scenę w tym składzie. Dowiedzieliśmy się wtedy, że nadal istnieją fani zespołu Ira. Nie były to tylko osoby, które nas znały i widziały nas wcześniej na koncertach i słyszały nasze płyty, tylko były to zupełnie nowe osoby, które wcześniej nie miały okazji być na naszych koncertach. Śledziliśmy ich rozmowy na czatach internetowych, które prowadzili na stronie, którą sami założyli. Zorientowaliśmy się, że kiedyś chcieliby być na naszym koncercie. Postanowiliśmy wtedy z kolegami, że musimy to naszym sympatykom dać, musimy wrócić na scenę i dalej grać koncerty.

W 2002 roku wróciliście, a wraz z Wami pojawiła się płyta "Tu i teraz".

 Mogliśmy ogłościć swój powrót i zagrać stare piosenki, ale chcieliśmy być uczciwi. Postanowiliśmy, że powodem naszego powrotu będzie nowa, wspominana podczas naszej rozmowy płyta "Tu i teraz".

"Jutro" to Wasz dwunasty już album studyjny. Na rynku pojawił się w czasie pandemii, 14 maja 2021 roku, czyli blisko pięć lat po wydaniu Waszej ostatniej płyty. Do tego, że trzeba było tak długo czekać, przyczyniła się m.in. pandemia. Co jeszcze?

Pandemia była na pewno czynnikiem spowalniającym wydanie płyty. Jednak, jeśli chodzi o tę warstwę muzyczną, to nam dobrze zrobiło, ponieważ dopisałem kilka piosenek, które pewnie, gdyby nie pandemia, prawdopodobnie w ogóle by nie powstały. To jedyny plus z tego czasu, kiedy wszyscy siedzieliśmy w zamknięciu, bez wykonywania swojej pracy. (śmiech)

Gdyby miał Pan wskazać swój ulubiony utwór z płyty "Jutro", na jaki mogłoby paść?

 Bardzo lubię "Piękny kraj".

Na pewno wyjątkowym dla Pana utworem jest "Zimowa", albowiem poza tym, że napisał Pan do niej słowa, wyreżyserował Pan również teledysk. Mówi Pan, że nie umie opowiadać o piosenkach, ale może jednak coś Pan o "Zimowej" powie. (Śmiech) 

Teledysk również zmonotowałem, bo nie było chętnych. Lubię tę piosenkę. Ma zimowych klimat, choć zimy nie lubię, ale piosenki o takim klimacie od zawsze do mnie przemawiały. Dużo jest takich wykonawców, których lubię za to, że są smutni. (Śmiech)

(Śmiech) Z czego to wynika?

Lubię smutne piosenki.

Jaka jest Pana ulubiona smutna piosenka?

Nie wiem, czy mam taką. Tu chodzi raczej o sam klimat. To są wszystkie piosenki, które mają jakiś taki smutek w sobie. Zawsze chwyta mnie to za serce.

Skąd pomysł na taką realizacje teledysku do utowru "Zimowa"? Czym Pan się inspirował?

Teledysk powstawał bardzo spontanicznie. Znajomy, który dysponuje teatrem, udostępnił nam salę, w której nakręciliśmy zdjęcia zespołu. Kolejna osoba zaproponowała, że możemy wykorzystać jego zabytkowe auto... Gdyby ekipa zawodowców zobaczyła, w jaki sposób ten teledysk powstawał, wyśmiałaby nas. (Śmiech) Jednym słowem - korzystaliśmy z tego, co było dostępne.

Skupiacie się teraz przede wszystkim na trasie akustycznej i kontynuacji oobchodów 35-lecia zespołu, czy jednak myślicie już o kolejnym krążku? W jakim klimacie będzie utrzymany?

Przygotowujemy nowe wydawnictwo, ale jeszcze nic nie powiem, bo prace nam się na ten moment zatrzymały. Nikt i nic nam nie pomaga, pracujemy nad metariałem, który sobie wymarzyliśmy. Efekty będzie można poznać pod koniec roku.

Na koniec wspomnijmy jeszcze o piosence "Wiara", która z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy związana jest od drugiego finału. Sentyment do utworu pewnie pozostał, prawda?

Tak, oczywiście. Podczas koncertu w Cieszynie "Wiara" również wybrzmiała.

Pan 32. finał wsparł m.in. poprzez wystawienie na aukcję kolacji w swoim towarzystwie. Wylicytowana została za 3 750 zł.

Strasznie droga ta kolacja (Śmiech) Będę się dwoił i troił, by to był świetny czas.


środa, 8 maja 2024

Tomasz Dedek o teatrze i "Rodzinie zastępczej" [WYWIAD]

Tomasz Dedek o teatrze i "Rodzinie zastępczej" [WYWIAD]




























fot. Agencja Gudejko / archiwum

Od 21 do 23 marca w Ustroniu odbywały się 25. Ustrońskie Spotkania Teatralne - USTa. W sobotę, 23 marca jako ostatni wśród festiwalowych propozycji wystawiony został spektakl "Prezent urodzinowy". Miałam okazję rozmawiać z aktorem. Opowiedział, w jakich okolicznościach założył konto na dawnym Twitterze, czyli portalu X. Przyznał również, czy otrzymał kiedyś nietypowy prezent i co, jego zdaniem, najfajniejszego jest w obdarowywaniu.

Na próżno szukać Pana oficjalnego profilu na Instagramie i Facebooku, ale za to, można Pana znaleźć na Portalu X, dawnym Twitterze. Dlaczego akurat to miejsce wybrał Pan do komunikowania się ze światem?

To był odruch. Nie pamiętam, ile lat temu założyłem tam konto, ale zapadło mi w pamięć, że zrobiłem to nad morzem, na plaży w Chałupach.

Czy jest szansa, że założy Pan kiedyś konto na Instagramie? (Śmiech) Może po naszym dzisiejszym spotkaniu coś się zmieni i zdecyduje się Pan na ten krok.

Kiedyś moja córka próbowała mi tam założyć konto. Wydaje mi się jednak, że właśnie Portal X, czyli dawny Twitter, jest dla mnie odpowiedni, by za jego pośrednictwem przekazywać różne treści.

Może po prostu jest również tak, że nie przekonuje Pana cukierkowa rzeczywistość, którą usilnie społeczeństwo lubi pokazywać na Instagramie? Nie wszystko jest tak cukierkowe, jak może się wydawać.

No właśnie. Tam wszystko wygląda trochę tak, jak byśmy nie wierzyli sami sobie i upiększali nie tylko świat, ale też swój wizerunek.

Dziś spotykamy się na 25. Ustrońskich Spotkaniach Teatralnych - "USTA". Czym jest dla Pana teatr?

Kiedyś teatr był dla mnie bardzo ważny, bo zaraz po ST trafiłem do Teatru Ateneum, z którym związany byłem ponad dwadzieścia lat. Moje życie jednak tak się potoczyło, że przez jakiś czas byłem tzw. wolnym strzelcem. Zawodowo nie był to mój najlepszy okres, ponieważ po zakończeniu moich serialowych przygód, wszystko ucichło, ale mimo to, był to bardzo fajny czas. Później dostałem propozycję współpracy od stołecznego Teatru Komedia, z którym związany jestem od ponad dziesięciu lat. Z Teatrem Capitol robimy przedstawienia, z którymi jeździmy po Polsce i dajemy ludziom radość. Przez wiele lat, kiedy byłem związany z Teatrem Ateneum, nie miałem okazji zagrać spektaklu komediowego, a teraz, na stare lata, dopadły mnie farsy. (Śmiech)

Nie jest to Pana pierwsza wizyta ze spektaklem w Ustroniu i okolicach, albowiem miał Pan też już okazję grać kilka lat temu m.in. w Cieszynie. Jak wraca się w te strony?

Cudownie się tutaj wraca. Moje pierwsze spotkanie z Cieszynem nastąpiło, kiedy przed laty, z Ateneum, w ramach Dni Teatru zagraliśmy spektakl "Trans-Atlantyk". Teatr w Cieszynie jest cudowny. To bez dwóch zdań wyjątkowe miejsce. Z tego, że mogę być tutaj po raz kolejny, jestem bardzo zadowolony.

Dziś zagrany zostanie spektakl "Prezent urodzinowy", który znajduje się w repetuarze stołecznego Teatru Capitol.

Spektakl wyreżyserował Jerzy Bończak, znakomity aktor, który od kilku lat bardziej skupia się na reżyserii.

Cała akcja toczy się w dwóch bliźniaczych apartamentach luksusowego hotelu.

W tych dwóch identycznych pokojach następuje pewne zabawne nieporozumienie, ponieważ do jednego z nich trafia zupełnie inna osoba niż ta, która miała się w nim pojawić. W trakcie akcji dowiadujemy się, o co w tym wszystkich chodzi. Więcej nie powiem. (Śmiech)

Pan wciela się w Boba, czyli jednego z dwóch bohaterów spektaklu, którzy otrzymują nietypowy prezent, jakim jest kolacja z kobietą swobodnych obyczajów.

Okazuje się, że tej kobiety tak naprawdę nie ma, bo to wszystko to spisek, który został uknuty przez jego przyjaciela. Bob jednak dobrze na tym wychodzi, ponieważ poznaje nową kobietę, z którą być może łączyłby swoją przyszłość, ale w ostateczności dochodzi do wniosku, że jednak spędzenie dwudziestu lat z żoną było czymś pięknym.

Jaki najbardziej nietypowy prezent Pan dostał na urodziny?

Dostaję zazwyczaj typowe prezenty lub też nie dostaję ich w ogóle.

Jak wynika z ankiety, na którą natknęłam się, kiedy przygotowywałam się do naszej rozmowy, aż 64 proc. Polaków woli dawać niż dostawać prezenty. Pan jest w której grupie?

Ja uwielbiam dawać prezenty. Wszystko jedno, czy to są prezenty-niespodzianki, prezenty zamawiane. Lubię sprawiać ludziom radość. Mam nadzieję, że "Prezent urodzinowy", z którym przyjechaliśmy do Ustronia, również okaże się być trafionym podarunkiem dla tutejszej publiczności.

Co takiego ma w sobie "Prezent urodzinowy", czego nie mają inne spektakle?

Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, ale to fantastyczne przedstawienie. Przede wszystkim ma… mnie w szpilkach (śmiech). Tak, przyznaję, że chodzę w tej sztuce w dwunastocentymetrowych szpilkach (Śmiech).

Jak Pan się w nich czuje?

Niedobrze. Nie wiem dlaczego, strasznie bolą mnie biodra (Śmiech). 

Zaprośmy wszystkich na tę sztukę.

Z tym spektaklem jeździmy po całej Polsce. Obsada jest wymienna. Zapraszamy serdecznie. Szczegółowy terminarz znajduje się na stronie Teatru Capitol.

W roli Jerzego Olewicza w serialu "M jak miłość" pojawił się Pan po raz pierwszy w 1460 odcinku serialu. Co ciekawe, nie jest to Pana pierwsza rola w tym serialu, albowiem na samym jego początku, wcielał się Pan w rolę Roberta Kozielskiego, który razem z Krzysztofem Zduńskim (w tej roli Cezary Morawski, przyp. red.) prowadził hurtownię. Jak wspomina Pan tamten czas?

Ojej, to było tak dawno temu. Nie pamiętam za bardzo tego czasu, ale zapadło mi w pamięć, że Robert wylądował w końcu za kratkami. Moim największym zdziwieniem było to, jak oni to wymyślili. Interesowało mnie, jak Kozielski zostanie zlikwidowany, by Olewicz nie był tą samą postacią, ale kiedy wszedłem na plan po raz drugi, przeczytałem w scenariuszu, że Jerzy do jednego z bohaterów mówi, że w życiu robił różne złe rzeczy i… był w więzieniu. No, trzeba powiedzieć, że wyszło dosyć zgrabnie. Wierni widzowie serialu mogliby przypuszczać, że pojawienie się Jerzego w serialu jest kontynuacją wątku sprzed lat.

Jak wraca się na plan, na którym pracowało się przed laty?

To już zupełnie inny plan, ponieważ w serialu co rusz pojawiają się nowi bohaterowie. Jeśli ten serial nadal podoba się ludziom, to znaczy, że jest dobrze.

Mam wrażenie, że są dwie postacie, z którymi do tej pory jest Pan kojarzony przez widzów. To "Mały", człowiek "Dzikiego" z "Poranka Kojota" oraz Jędrula z "Rodziny zastępczej". Czy się mylę?

Tak, najczęściej jestem łączony z tymi dwiema postaciami. Powiedziałbym nawet, że z Jędrulą jestem kojarzony o wiele częściej niż z "Porankiem Kojota". Z Joasią Trzepiecińską, która w "Rodzinie zastępczej" wcielała się w Alutkę, mam okazję grać teraz w spektaklu "Jak Zabłocki na mydle".

Pamięta Pan jeszcze jakiś kultowy tekst z filmu "Poranek Kojota"?

Pamiętam, ale nie powiem. (Śmiech)

Co jakiś czas powtarzają się pytania widzów, czy jest jeszcze szansa na powrót "Rodziny zastępczej" po latach. Gdyby dostał Pan taką propozycję, zdecydowałby się ponownie zagrać Jędrulę?

Całą ekipą musielibyśmy się nad tym zastanowić.

wtorek, 16 kwietnia 2024

Dominika Suchecka nie tylko o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]

 Dominika Suchecka nie tylko o serialu "M jak miłość" [WYWIAD]




















fot. Dariusz Wnuk 

Z Dominiką Suchecką, aktorką młodego pokolenia, studentką ostatniego roku na Wydziale Aktorskim łódzkiej Filmówki, miałam przyjemność rozmawiać podczas mojego ostatniego pobytu w Warszawie. 

Czy otrzymanie stałej roli w "M jak miłość" było spełnieniem jej marzeń? Jak reaguje, kiedy widzi przedstawicieli służb mundurowych? Jak czuje się w mundurze? Czy wyobraża sobie siebie w innym zawodzie? Aktorka odpowiada na to i wiele innych pytań.  

Wiele jest zawodów na "A". (Śmiech.) Co spowodowało, że wybrała Pani akurat aktorstwo? 

Od zawsze lubiłam śpiewać, tańczyć, wcielać się w różne postaci, ale kiedy byłam mała, nie wiedziałam, że chcę być aktorką.  Odkąd pamiętam, bardzo chciałam mieć długie włosy. Kiedy mieszkałam z babcią, podkradałam jej chusty, które zakładałam, by jakoś te włosy wydłużyć. (Śmiech.) 

Pamiętam jednak taki moment, w którym stwierdziłam, że może aktorstwo będzie tym zawodem, dzięki któremu te wszystkie moje pasje uda się jakoś połączyć. 

Nie wyobraża Pani sobie siebie w innym zawodzie? (Śmiech.) 

Bardzo chciałabym móc dalej uprawiać aktorstwo i bardzo cieszę się, że ta moja przygoda się rozwija. Przyznam jednak, że lubię też filozofię i język hiszpański, ale nie tak mocno, jak aktorstwo. (Śmiech.)

Chciałaby Pani móc wykorzystać na ekranie swoje umiejętności językowe?

Jeśli tylko pojawiłaby się taka szansa, to oczywiście. 

W 2018 roku, zdarzało się Pani pracować przy kilku projektach krótkometrażowych.

Tak, było kilka takich projektów. Studenci reżyserii i operatorki łączyli się w grupy i szukali ludzi do zespołu.

Choć przyglądała się Pani montażowi, mam wrażenie, że cały czas miała Pani świadomość, że jej miejsce jest przed kamerą, a nie za nią. (Śmiech.)

Praca każdego z pionów produkcyjnych jest trudna i wymagająca. Nieważne, po której stronie kamery się znajdujemy. Ważne, by we wszystko, co robimy, wkładać serce i to lubić. 

Przełomową była na pewno chwila, w której dowiedziała się Pani, że dostała rolę w kultowym serialu "M jak Miłość". Jakie towarzyszyły Pani emocje? To pierwsza Pani tak duża rola w dotychczasowej karierze. 

Tak. (Śmiech.) Casting odbył się w zeszłym roku. Zniecierpliwiona czekałam na informację, czy dostałam tę rolę. Dzwoniłam do mojej agentki, która uspokajała mnie, że trzeba jeszcze poczekać. (Śmiech.)

Od początku było wiadomo, że Pani rola będzie kontynuacją wątku Natalii, w którą wcielała się Marcjanna Lelek?

Nie. Na początku wiedziałam jedynie, że to casting do roli kobiecej. Byłam przekonana, że będzie to nowy wątek. 

Czy zanim trafiła Pani na plan serialu, zdarzało się Pani go oglądać? Miała Pani swoich ulubionych bohaterów, ulubione wątki? Może razem z domownikami śledziła Pani nowe losy rodu Mostowiaków i ich przyjaciół?

Oczywiście. Kiedy byłam mała, "M jak miłość" najczęściej oglądałam z mamą i babcią. Najbardziej lubiłam Annę Muchę, czyli serialową Magdę oraz Martę, Dominikę Ostałowską. Kojarzy mi się, że kiedy miałam jakieś dziewięć lat a na ekranie pojawiały się jakieś zbliżenia i pocałunki, mama zasłaniała mi oczy i strofowała mnie, bym nie patrzyła w stronę ekranu. (Śmiech.) 

Czy kiedy już wiedziała Pani, że zostanie aktorką, zdarzało się Pani myśleć o tym, że chciałaby zagrać kiedyś w tym serialu? No cóż, marzenia się spełniają. (Śmiech.)

Od zawsze myślałam, że tak kultowe seriale, jak "M jak miłość" są już raczej obsadzone i jeśli już pojawiają się w nich jakieś nowe postaci, to tylko na chwilę. Szczerze mówiąc, nie liczyłam na nic więcej, po za jakimś małym epizodem. (Śmiech.) To, że dołączyłam do stałej obsady "Emki" jest dla mnie do tej pory czymś niesamowitym. 

Pani w serialu po raz pierwszy pojawiła się w 1758 odcinku, zastępując w roli Natalii Mostowiak Marcjannę Lelek, która z serialem pożegnała się kilka lat temu, na starcie miała więc Pani utrudnione zadanie. Czy zdarzało się Pani konfronotować z głosami widzów, którzy porównywali Panią do swojej poprzedniczki?

Tak. Byłam przekonana, że wejdę w ten serial z czystą kartą i wszystko, co będę robiła, pójdzie na moje konto. Niestety, tych porównań ze strony widzów i internautów jest dosyć dużo. Staram się nie przywiązywać do tego zbytniej wagi, ale to zawsze gdzieś tam obija się o uszy. 

Skupia się Pani na tym, by postać Natalii od początku budować po swojemu, czy jednak, oglądała Pani archiwalne odcinki, by podejrzeć, jak tę postać kreowała Marcjanna?

Natalię pamiętam jako bohaterkę, która czasami była zagubiona. Była delikatna, miała w sobie wrażliwość, ale też dozę niepewności. 

Nawet przez myśl nigdy mi nie przeszło, by próbować grać tak, jak ona. Moim celem jest, by do wszystkiego, co ją spotyka, podchodzić po swojemu. 

Natalia wróciła z Australii, zdawać by się nmogło, tylko na chwilę. Wszystko potoczyło się jednak tak, że zdecydowała o powrocie, razem z Hanią, do Grabiny na stałe. Wróciła też do pracy w policji. Mam wrażenie, że mundur Panią lubi. (Śmiech.) Jak Pani czuje się w mundurze?

Z tym wiąże się pewna anegdota. (Śmiech.) Nagrywane są teraz odcinki, w których w mundurze pojawiam się dość często, więc kiedy po zejściu z planu spotykam przedstawicieli służb mundurowych, mam wrażenie, że to moi ludzie. (Śmiech.) Kto wie, może to początek jakiegoś skrzywienia zawodowego? (Śmiech.)

Wątek służbowy, to jedno, ale równie ciekawie zapowiadają się jej prywatne perypetie. Z jednej zbliża się do Bartka, (w tej roli Arek Smoleński, przyp. red.) ale ma również dobry kontakt z nowym komendantem policji w Lipnicy, Adamem Karskim, (w tej roli Patryk Szwichtenberg, przyp. red.) Może zdradźmy czytelnikom, w którą stronę to wszystko pójdzie. 

Odnoszę wrażenie, że idzie to w...obie strony. (Śmiech.) Dzieje się na tyle dużo, że Natalka ma problem, by w tym wszystkim się odnaleźć i zdecydować, czego tak naprawdę chce. Prywatnie lubię, kiedy los decyduje, w którą stronę warto pójść. Może w serialu będzie podobnie i los podpowie Natalii, co robić? 

Chociażby po relacjach na Instagramie, widać, że świetnie się bawicie. Mam wrażenie, że najwięcej relacji w sieci pojawia się wtedy, kiedy ma Pani wspólne sceny z Arkiem Smoleńskim. (Śmiech.) 

Mój telefon zazwyczaj zostaje w garderobie, bo zapominam, by zabrać go na plan. Dokładnie tak jest, że Arek co chwilę proponuje, by coś nagrać lub zrobić zdjęcie. (Śmiech.) Chętnie udostępniam jego relacje. 

Gołym okiem widać, że jest Pani życiową optymistką. Dla Pani szklanka, zawsze jest do połowy pełna. 

Kiedy tylko mogę, skupiam się na pozytywach. 

Takie nastawienie na pewno ułatwia codzienne funkcjonowanie, ale czy można się go nauczyć? Istotne jest też cieszenie się z małych rzeczy, prawda? 

Tak. Pandemia była takim czasem, gdzie dużo było samotności i przebywania w odizolowaniu. Miałam dużo czasu, by siebie polubić.

Czego dowiedziała się Pani o sobie w czasie pandemii?

Zrozumiałam swoje emocje. Uświadomiłam sobie, że nie zawsze muszę się czuć dobrze, ale że taki stan mija. 

Istotne jest również, by cieszyć się z małych rzeczy.

Dokładnie tak.

Co ucieszyło Panią ostatnio? 

Uśmiech pojawił się na mojej twarzy, ponieważ, nie było tak zimno, jak zakładałam i mogłam pójść na rower. 

Pani nie tylko cieszy się z małych rzeczy, ale także z bliskich i dalszych podróży. Jakie miejsce zachwyciło Panią ostatnio?

Ostatnio zachwycił mnie Nieborów oraz tamtejszy park. Podczas tej wycieczki spotkałam nawet łabędzia, którego...pokazałam na Instagramie. (Śmiech.) 

Podróż marzeń Dominiki Sucheckiej...

Bardzo lubię Włochy, ale chciałabym też zwiedzić bardziej egzotyczne miejsca. Może Zanzibar? (Śmiech.) 

poniedziałek, 8 kwietnia 2024

Jan Peszek nie tylko o Kwartecie [WYWIAD]

Jan Peszek nie tylko o Kwartecie  [WYWIAD]


















fot. Paweł Wodnicki 

11 marca w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie zagrany został "Kwartet" w reżyserii Mikołaja Grabowskiego, na podstawie tekstu Bogusława Schaeffera. Z Janem Peszkiem, który niedawno obchodził 80. urodziny, miałam okazję porozmawiać m.in. o wyjątkowości "Kwartetu" 

To prawda, że nie planował Pan artystycznej kariery? Podobno będąc nastolatkiem, wydawało się, że zostanie Pan stomatologiem i przejmie po ojcu gabinet dentystyczny w Andrychowie. Ile w tym prawdy?

To cała prawda. Właśnie tak było. Jako pierworodny z szóstki rodzeństwa miałem przejąć gabinet, ale stało się tak, że zostałem aktorem. 

Próbuję sobie przypomnieć, czy kiedyś w jakimś filmie przyszło zagrać Panu lekarza...

Nie, lekarza faktycznie nie grałem (Śmiech).

Dziś spotykamy się w cieszyńskim Teatrze im. Adama Mickiewicza, gdzie miał Pan okazję wystąpić już kilkakrotnie.

Występowałem tutaj m.in. z Teatrem Polonia. Grałem tutaj również w spektaklu "Scenariusz dla trzech aktorów", którego autorem jest Bogusław Schaeffer, a reżyserem Mikołaj Grabowski. Pamiętam, że przyjechałem tutaj z jeszcze jakąś sztuką, ale gram tak dużo, że już nawet nie wiem, co to było.

To właśnie z okazji 50-lecia spektaklu, zagrany zostanie dzisiaj "Kwartet". Zacny jubileusz.

Uściślijmy, że gramy ten tytuł już pięćdziesiąt jeden lat, ponieważ premiera miała miejsce w Łodzi w 1973 roku. Zagraliśmy wtedy w tamtejszym Biurze Wystaw Artystycznych. 

Gdyby miał Pan w jednym słowie lub zdaniu podsumować te lata z "Kwartetem" na scenie, jakie mogłoby paść?

To przygoda życia. Mało jest spektakli, które mają taką żywotność. To wybitny utwór, w którym z jakością muzyczną miesza się jakość teatralna, ponieważ autor jest przede wszystkim kompozytorem muzycznym. Utwór ten powoduje, że aktorzy nigdy się nie nudzą, zawsze mają przed sobą nowe wyzwania i nowe doświadczenia. Mam wrażenie, że dopóki się ruszamy, będziemy to grać (śmiech).

To nie jest powtarzalny spektakl. 

To prawda. Jest za każdym razem inny, o czym w dużym stopniu decyduje publiczność. 

Na scenie przedstawione są perypetie artystów poszukujących ideału sztuki i formy, która zadowoliłaby ich wszystkich. To się jednak nie udaje, bo panowie nie potrafią się ze sobą dogadać. Proszę opowiedzieć coś więcej.

To kompozycja, która składa się z ponad dwudziestu akcji.  Wszystkie się nie udają. Ostatnim zdaniem, które zamyka cały spektakl, jest stwierdzenie, że najważniejsza jest intencja, czyli to, żeby chcieć coś zrobić, nawet jeżeli w perspektywie są nieudane próby.

W czym Pana zdaniem zawarty jest sukces "Kwartetu", a za co najbardziej cenią go widzowie?

Na pewno należy podkreślić tu oryginalność kompozycji, niezwykle wrażliwą reżyserię Mikołaja Grabowskiego. Nie będę ukrywał, bo bym kokietował, że jest to jakość aktorska. Mamy bardzo długie doświadczenia przebywania z Bogusławem Schaefferem. Jesteśmy aktorami Schaefferowskimi. Pracując w Awangardzie Muzycznej, nabraliśmy tego, czego nie doświadczają aktorzy po tzw. "normalnych" szkołach teatralnych. Oczywiście, my też je skończyliśmy, ale to doświadczenie i spotkanie z awangardą powoduje ostrość pewnych sytuacji, odmienność pewnych zachowań. Energia jest podstawą tych poszukiwań. "Kwartet" ma się dobrze. Publiczność jest zadowolona, więc my też.

Ma Pan w tej sztuce jakiś swój ulubiony moment? Czego dotyczy?

"Kwartet" składa się z wielu moich ulubionych momentów. Tu wszystko jest na styku pewnego rodzaju prowokacji. To nie jest coś skończonego. Kompozycja otwarta zawsze stawia przed aktorem nowe wyzwania. Ten rodzaj aktywności nie pozwala się nudzić.

Głównym celem inscenizacji jest tu improwizacja aktorska. Mam wrażenie, że zdecydowanie więcej przestrzeni na improwizację niż w filmie jest na scenie.

Tak. Kamera ma swoje prawa. Trzeba się dostosować do jej wymogów. Natomiast żywy aktor w żywym teatrze może sobie swobodnie pohasać, co sprawia, że ma poczucie o wiele większej wolności. 

Niedawno świętował Pan 80. urodziny. Podobno jest Pan osobnikiem deklarującym niechęć do jubileuszy. Jak zatem spędził Pan ten wyjątkowy dzień?

Poddałem się ciśnieniu. Doceniłem wysiłek organizatorów i pamięć wielbicieli. Nie można tego nie doceniać, ale niechęć w dalszym ciągu we mnie jest, ponieważ nie uważam, że jest się z czego cieszyć, kiedy kończy się osiemdziesiąt lat. Nigdy nie rozumiałem, dlaczego ludzie tak się cieszą w sylwestra, skoro minął kolejny rok, a nie wiadomo, co wydarzy się w następnym. Moje odczucia dotyczące wszelkiego rodzaju jubileuszy się nie zmieniają, ale absolutnie doceniam pamięć innych o moich 80. urodzinach.

wtorek, 5 marca 2024

Marta Walesiak o teatrze, optymistycznym podejściu do życia i Mariuszu Sabiniewiczu [WYWIAD]

 Marta Walesiak o teatrze, optymistycznym podejściu do życia i Mariuszu Sabiniewiczu  [WYWIAD]



















fot. Karolina Golis

Z Martą Walesiak-Łabędzką spotkałam się w Cieszynie, mieście, do którego zawsze wraca z uśmiechem. Rozmawiamy o Teatrze, spektaklach dla najmłodszych, ale też sztukach i lekturach, obok których nie przechodzi obojętnie jako widz i czytelnik.

Wspomina też pracę z nieodżałowanym Mariuszem Sabiniewiczem, którego podstępna choroba zabrała 26 kwietnia 2007 roku. Rola Klary, którą otrzymała przed laty w kultowym serialu "M jak Miłość", była pierwszą tak dużą w jej ówczesnej karierze. 

Aktorka teatralna, od początku swojej drogi artystycznej związana z Teatrem Syrena, współpracująca z Teatrem Polonia. Czym jest dla Ciebie teatr?

Wszyscy aktorzy uwielbiają to pytanie. (Śmiech.) Jest dla mnie miejscem pracy. Między pracą na planie a na deskach teatralnych, odczuwam ogromną różnicę. Teatr daje o wiele większy komfort, ponieważ możemy sobie pozwolić na próby. W serialach i filmach nie ma takiego komfortu. 

Od zawsze był mi bardzo bliski, ponieważ moja mama jest aktorką-larkarką, a mój tata, Janusz Walesiak, który zmarł w 1999 roku, też realizował się w tym zawodzie. Wychowałam się w Teatrze Polskim w Bielsku-Białej. Latałam za kulisy, przesiadywałam u akustyków, spędzałam czas w charakteryzatorni. Siłą rzeczy było to dla mnie naturalne środowisko.

Nigdy nie myślałam, by wybrać taką drogę. Pierwszy raz o realizowaniu się w tym zawodzie pomyślałam, kiedy byłam nastolatką. Myślałam też o innych kierunkach, m.in. o filologii. 

Kiedy poczułaś, że chcesz w pełni poświęcić się aktorstwu?

To przyszło dość  naturalnie. Choć jeszcze wtedy nie ciągnęło mnie do występowania na scenie, pod koniec liceum zapisałam się do teatru amatorskiego. Mówienie tekstów i występowanie w sztukach teatralnych było dla mnie dość stresujące. 

Pamiętam, że kiedy przygotowywałam się do egzaminów w ST, prosiłam tatę, by przesłuchał mnie, ale byłam odwrócona tyłem. Wtedy można było pomyśleć, co wyrośnie ze mnie za aktorka, skoro tak się wstydziłam. (Śmiech.) W głębi czułam, że chcę to robić. 

Jesteś także aktorką filmową i telewizyjną. Lektorką audiobooków, a przede wszystkim szczęśliwą mamą.  Słowem wstępu —  wszystko się zgadza? (Śmiech.)

Wszystko się zgadza. (Śmiech.) Kiedy przytrafiają mi się nowe wyzwania teatralne, serialowe i filmowe, czuję się fantastycznie. Śmieję się, że jedną z moich miłości, oprócz dzieci i męża, są audiobooki. Gdybym miała więcej zleceń w tej materii, byłabym maksymalnie usatysfakcjonowana. Daje mi to ogromną frajdę. Lubię pracować w cichym studio, sam na sam z realizatorem (Śmiech.) i książką. Jako mama, na czytanie nie zawsze mam czas. Najczęściej czytam w studio i w podróży. 

Częściej słuchasz audiobooków, czy sięgasz po książki w wersji papierowej?

Sięgam po książki w wersji papierowej. Z ust lektorki książek może to zabrzmieć paradoksalnie, ale nie słucham audiobooków. 

Jaką książkę ostatnio przeczytałaś?

Bliskie są mi reportaże. Bardzo lubię Wydawnictwo Mariusza Szczygła, Wrzenie Świata. 

Przeczytałam też ostatnio "27 śmierci Toby'ego Obeda". Autorką tej książki jest Joanna Gierak-Onoszko. To bardzo trudna pozycja, ale uważam, że każdy powinien ją przeczytać. To lektura, która porusza do głębi, ale uświadamia wiele mechanizmów, którymi rządzi się obecny świat. 

Obecnie czytam "Pogo", autorstwa Jakuba Sieczko. To wyznania pracownika pogotowia. To pozycja, która również jest bardzo poruszająca. Ostatnio obejrzałam również monodram Marcina Hycnara, który powstał właśnie na podstawie tej książki. Można go zobaczyć w Teatrze Polonia. Polecam, warto wybrać się na ten tytuł. 

Zawód aktora jest trudny, chociażby ze względu pracowania na emocjach. Jednak porównywanie poziomu tych trudności z pracą w pogotowiu, byłoby grzechem. Jestem pełna podziwu dla osób, które pracują w tym zawodzie, balansujących cały czas na granicy życia i śmierci.

Do której z zawodowych ścieżek jest Ci w tym momencie najbliżej?

Najbliżej jest mi jednak do bycia aktorką teatralną. Tak już chyba zostanie. Cieszę się, że od dwudziestu trzech lat należę do zespołu Teatru Syrena. Niektórzy się śmieją, że zasiedziałam się w tym miejscu. Jestem szczęśliwa. Jestem osobą, która łaknie świata i rozwoju. To wszystko daje mi angaż w tym miejscu. 

Każda inna przygoda jest równie fajna. Za wszystko, co spotyka mnie na zawodowej drodze, czuję ogromną wdzięczność. 

Na szczęście nie trzeba (Śmiech.), ale gdyby jednak pojawiła się taka konieczność, z czego byłoby Ci najłatwiej zrezygnować?

Już jakiś czas temu zrezygnowałam z dubbingu. Z niczego innego nie potrafiłabym zrezygnować. Niezależnie od tego, w jakim projekcie się realizuję, za każdym razem spotykam na swojej drodze niesamowitych ludzi. 

Spotkałam się ostatnio z kolegą, który kiedyś był aktorem, ale jego życie tak się potoczyło, że został oświetleniowcem i do pierwotnego zawodu już nie wrócił. Kiedy tylko jest okazja, lubię rozmawiać z nim pomiędzy ujęciami. (Śmiech.) 

Na pewno nie umiałabyś zrezygnować z grania w spektaklach dla dzieci. (Śmiech.) Mówi się, że dzieciaki są najbardziej wymagającą publicznością. Czy to się zgadza? 

To prawda. Kiedy gramy "Kota w butach", publiczność zawsze jest wypełniona po brzegi. Niestety, w Warszawie jest mało spektakli, które skierowane są do dzieciaków. 

Dzieciaki są wdzięczną, ale faktycznie, bardzo wymagającą widownią. Jeśli spektakl jest nudny, dorosły widz będzie jedynie ziewał lub myślał o czymś innym. Mały widz zacznie się wiercić i gadać. Nikt go nie przekrzyczy. (Śmiech.)

Nie jest tajemnicą, że Twój synek, Wawrzek, jest wielkim fanem Karczmarki ze spektaklu "Kajko i Kokosz. Szkoła latania". To również kultowa seria komiksowa stworzona przez Janusza Christę. Uważasz, że dzieciaki, po obejrzeniu spektaklu chętniej sięgną po tę i inne lektury szkolne? 

(Śmiech.) Co jest niesamowite, sztukę "Kajko i Kokosz. Szkoła latania", nie gramy tylko dla dzieci, ale też dla dorosłych. Wtedy przychodzą do nas fani komiksów. Jest to równie zaskakujące, jak cudowne. Całość została świetnie wyreżyserowana, co sprawia, że tak naprawdę każdy widz znajduje tu coś dla siebie. To jest trochę tak, jak z filmami Disneya, które też można oglądać w każdym wieku. (Śmiech.) 

Chciałabym, by  dzieci chętniej sięgały po książki. Moi synowie nie mają z tym problemu. Nawet Wawrzek już czyta. Wiem jednak, że dzieciaki często mają problem z tym, by sięgnąć po jakąkolwiek lekturę. 

Jak to było w Twoim przypadku - w latach szkolnych chętnie sięgałaś po lektury?

Tak. Byłam dosyć obowiązkową uczennicą. Choć wiedziałam, że niektóre lektury bywają nudne, czytałam je. Brnęłam to, choć czasem w połowie traciłam wątek. (Śmiech.) 

Jakie książki pamiętasz z dzieciństwa?

Lubiłam wiersze Danuty Wawiłow. Do dziś pamiętam "Daktyle", z serii "Poczytaj mi, mamo". Pamiętam też "Karolcię" Marii Krüger. 

Wawrzek bardzo lubi czytać, ale każdą książkę musi przejrzeć, by dowiedzieć się, czy ta pozycja go zainteresuje. Jako wierny czytelnik, uwielbia też zbierać naklejki, które otrzymuje za przeczytane pozycje. 

Ostatnio przeraziła mnie pani, która zapytała mnie o mechanizm działania biblioteki, do której chodzę razem z synkiem. Informacja o tym, że wypożyczenie książek jest darmowe, bardzo ją zdziwiła. Rozumiem, że książki są drogie. Nie każdy może sobie pozwolić na ich kupno, ale w dzisiejszych czasach, brak znajomości tak podstawowych informacji, zadziwia.

(Śmiech.) To bardzo ważne, by od najmłodszych lat dzeci oswajały się ze sztuką i literaturą. W jakim wieku był Twój młlodszy synek, kiedy pierwszy raz zabrałaś go do Teatru?

Nie pamiętam, ile miał wtedy lat, ale pierwszy raz było to wtedy, kiedy musiał usiąść na widowni, bo akurat grałam spektakl. (Śmiech.) 

Wawrzek jest dzieckiem bardzo energicznym. Bardzo wcześnie zrezygnował z popołudniowych drzemek. W Teatrze Syrena, siedząc na kolanach swojej ukochanej babci, zasnął już kilka razy w trakcie spektaklu. (Śmiech.) 

Sama już nie wiem, czy myśleć, że teatr jest dla niego miejscem kojącym, czy męczącym. (Śmiech.)

Pierwszym spektaklem, na który poszedł był, jeśli dobrze pamiętam, "Kot w butach". 

Sztuka nas ratuje. Potrafi oderwać od przytłaczających spraw, wywołać radość, zmusić do przemyśleń i refleksji. 

Jacy są jego ulubieni teatralni i książkowi bohaterowie? 

Choć regularnie chodzimy na bajki, pozycji teatralnych jeszcze zbyt wielu nie zobaczył, więc ulubieni bohaterowie, to Kajko i Kokosz. 

Jest pożeraczem książek. Mimo, że ma dopiero sześć lat, czyta biegle. Podsuwam mu tytuły, które pełnią funkcję edukacyjną. 

Pamiętasz, który spektakl był pierwszym, jaki to Ty zobaczyłaś, będąc kilkuletnią dziewczynką? 

Pierwszy spektaklem który zobaczyłam, był "Niebieski piesek", w którym zagrał mój tata. Jeśli się nie mylę, obejrzałam go w Teatrze Dzieci Zagłębia w Będzinie. 

Mimo, że życie Cię nie oszczędza, to Twój świadomy wybór, by  optymistycznie do niego podchodzić. Namawiasz też do tego innych. Co daje Ci najwięcej siły?


















fot. Karolina Golis

Najwięcej siły daje mi słoneczny dzień, taki, jak dzisiejszy, który wcale tak się nie zapowiadał. Kiedy zmierzałam do Cieszyna, uśmiech pojawiał się na mojej twarzy automatycznie. Czego chcieć więcej? (Śmiech.) Spotkania z ludźmi, filmy i książki, dają mi moc. 

Gdybym nie miała przy sobie najbliższych, nie wiem, czym wypełniłabym swoje życie. Może miałabym więcej wolności, ale to nie zawsze jest fajne. 

Swoje pozytywne cechy cały czas rozwijasz. Jak nad nimi pracujesz?

Kiedy nachodzą mnie negatywne myśli, staram się nie poddawać. 

Pozytywne nastawienie ułatwia funkcjonowanie w tej niełatwej codzienności?

Zawsze. Kiedy się do kogoś uśmiechniesz, ludzie patrzą na ciebie przychylniej. Drobne gesty są ogromnie ważne. 

Mam wrażenie, że optymizm, wrażliwość, chęć pomagania innym i empatię odziedziczyłaś po swoim śp. tacie. Co jeszcze? 

Mój ukochany tata odszedł, kiedy miałam 21 lat. Zaczynam zapominać. Muszę często rozmawiać o Nim z mamą i młodszą siostrą, bo mają lepszą pamięć. 

Mojego tatę bardzo przypominam. Ludzie wspominają Go jako osobę niesamowicie otwartą, przyjazną. Prywatnie wszystkim bardzo się przejmował. To też po Nim odziedziczyłam. 

O chorobie taty dowiedziałaś się w wieku osiemnastu lat. Zmarł dwa lata później. Najbardziej  żałowałaś, że nie doczekał Twojego pierwszego spektaklu. To prawda, że do tej pory, przed każdą premierą teatralną, spozierasz gdzieś tam w niebo i kierujesz do Niego swoje myśli, by trzymał za Ciebie kciuki i był dumny?

To prawda. Jego śmierć była ciosem dla całej rodziny. Nie spodziewaliśmy się tego. W życiu nie myślałam, że tak to się skończy. Był ze mnie bardzo dumny, bardzo cieszył się, kiedy dowiedział się, że dostałam się do Filmówki. Cały czas o Nim myślę, wiem, że gdzieś jest i wspiera mnie w różnych sytuacjach. 

Kolejnym ciosem, jaki dostałaś od życia, była informacja, która pojawiła się pod koniec Twojej drugiej ciąży. Dowiedziałaś się o tym, że Twój synek jest chory. 

Nigdy nie myślałam, że spotka mnie coś takiego. Zawsze szerokim łukiem omijałam szpitale, ale życie napisało dla mnie inny scenariusz. Optymizm doprowadził mnie jednak do miejsca, w jakim jestem teraz, ale też do miejsca, w którym jest mój młodszy synek. On siłę odziedziczył po nas. 

Wawrzek wkrótce skończy 7 lat. Zna prawie wszystkie stolice świata, kocha warzywa. Optymizm odziedziczył po Tobie? Jakim jest dzieckiem?

Wawrzek jest fenomenalny. Oczywiście, nie chcę w żaden sposób umnmiejszać mojemu starszemu synowi, który jest również fantastycznym, zdolnym młodzieńcem. Wiadomo jednak, że przez pryzmat jego choroby, na Wawrzka patrzymy trochę inaczej. 

Wawrzek ma wspanmiałą energię. Każdy dzień wyciska, jak cytrynę. Każdego dnia musi się czegoś nauczyć, dowiedzieć. Ma niesamowitą wrażliwość. 

Pojawiasz się w wielu filmach i serialach, ale mam wrażenie, że rolą, z która najczęściej jesteś kojarzona do tej pory przez widzów, jest Klara, studentka Norberta, (w tej roli nieodżałowany Mariusz Sabiniewicz), w którą wcieliłaś się w serialu "M jak Miłość". Jak wspominasz zmarłego 26 kwietnia 2007 roku aktora? 

Rola Klary w "M jak Miłość" była dla mnie pierwszym, większym wyzwaniem aktorskim. Nie zapomnę pierwszego dnia na planie. Byłam zestresowana i spięta. Pani reżyser zasugerowała mi wtedy, że powinnam uprawiać jogę. (Śmiech.) 

Miałam świadomość tego, że z Mariuszem będziemy odgrywać scenę pocałunku. Był niesamowity. Oswajał mnie ze sobą. Był przemiły, ciepły, wspierający. Przed scenami pocałunku, wybrał się ze mną na sushi, co jeszcze wtedy nie było aż tak popularne. Chciał, żebyśmy poza planem trochę ze sobą poobcowali. 

Informacja o Jego śmierci była dla mnie ogromnym szokiem. Nie mogłam dojść do siebie. 

Cały czas powtarzam, że każdy dzień jest cenny i po prostu trzeba się nim cieszyć. 

Nie tak dawno, po 18 latach do serialu "M jak miłość" powrócił Robert Gonera, czyli Jacek Milecki. Czy wyobrażasz sobie powrót Klary do serialu? Nigdy nie dostałaś takiej propozycji?

Nie było takiej propozycji. Wątek został zamknięty. Najważniejszy był w nim ich związek. Myślę, że wprowadzanie po latach tej postaci, nie miałoby sensu. 

Na pewno oglądałaś "Emkę", kiedy w niej występowałaś a czy teraz zdarza Ci się śledzić, co po tylu latach zmieniło się w serialu i co słychać u tych bohaterów, którzy są z serialem od początku?

Nie mam telewizji. Wybieram, co oglądam, najczęściej korzystam ze streamingów. Najbardziej lubię filmy dokumentalne. 

Czasem zerkam. Dużo się w tym serialu pozmieniało. Doszło bardzo dużo nowych twarzy. Najbardziej kojarzoną aktorką z tym serialem jest nadal Teresa Lipowska, z którą swego czasu miałam ogromną przyjemność grać w Teatrze Syrena. 

Opowiedz na koniec o swoich najbliższych planach zawodowych. 

Wkrótce pojawię się w jednym z odcinków serialu "Na dobre i na złe". Zagram rodzinę jednej z pacjentek. 


Marta Tymińska o książce "Zabrała mi wszystko, ta podstępna anoreksja" i zaburzeniach odżywiania [WYWIAD]

 Marta Tymińska o książce "Zabrała mi wszystko, ta podstępna anoreksja" i zaburzeniach odżywiania  [WYWIAD]

















fot. archiwum prywatne Marty Tymińskiej

Marta to dziewczyna z niezwykłą historią, którą za pośrednictwem swojej debiutanckiej książki postanowiła podzielić się ze światem. Zgodziła się opowiedzieć mi o sobie, ale też o anoreksji, podstępnej chorobie, która zabrała jej naprawdę wiele. Mówi o tym, co na temat zaburzeń odżywiania każdy wiedzieć powinien, ale też o tym, czy zaburzenia odżywiania można całkowicie wyleczyć. 

Byłaś nastoletnią dziewczyną, pełną pozytywnej energii. Nie były Ci obce spontaniczne zachowania. Niewiele planowałaś. To, co zgotował Ci los, spowodowało, że stałaś się dziewczyną z niezwykłą historią. Czego, co zabrała Ci ta podstępna choroba, najbardziej Ci brakuje?

Czego mi brakuje? Trudne pytanie. Myślę, że zdecydowanie łatwiej byłoby mi na nie odpowiedzieć, na początku tej drogi, kiedy postanowiłam rozpocząć taką prawdziwą walkę z anoreksją. Bo obecnie, ja już chyba się nauczyłam - albo inaczej - przyzwyczaiłam się do tych zmian w moim życiu, które wywołały zaburzenia odżywania. Mogłabym tak wyliczać, czego najbardziej żałuję lub czego mi brakuje, ale mam świadomość tego, że ja chcę walczyć o swoją przyszłość i o siebie. Nawet jeśli pewne nawyki, przyzwyczajenia czy braki, które były konsekwencją choroby, nadal są w moim życiu. Chciałam się rozwijać, poszerzać swoją wiedzę, pracować, niezależnie od tego, czy wszystko wróciło do normy, czy nie. Ja wiedziałam, że to będzie wymagało czasu, ale nie wiedziałam, ile mam na to czekać. I ja nie chciałam czekać. Każdy kolejny dzień oczekiwania zabierał mi szansę na to, by móc zacząć się spełniać.

A ja zasługiwałam i zasługuję na to, by być szczęśliwa! Tak jak każdy z nas. 

Ja się ciągle zmieniam, moje myślenie się zmienia, więc bardzo się cieszę, że mogę aktualizować informacje z książki czy z poprzedniego wywiadu. Bo ja wiele rzeczy zrozumiałam, a przede wszystkim to, że wszystko dzieje się po coś. 

Ale jakbym miała wybrać jedną stratę, odpowiedziałabym – spontaniczność. Tak, to właśnie jej najbardziej mi brakuje po zaburzeniach odżywiania. 

Spontaniczne wyjścia, spontaniczny wypad do restauracji, spontaniczny wyjazd, spontaniczny poczęstunek – to są pozytywne, przyszłe efekty mojej pracy, którą obecnie nad sobą prowadzę. 

Kiedy poczułaś, że tym, co Cię spotkało, chciałabyś podzielić się z innymi?

Tak jak wspominałam, nie rozpoczęłam pisania z myślą, że kiedyś moja historia przejdzie proces wydawniczy, aby później oprawiona w okładkę, mogła stanąć na półkach bibliotek czy sklepów stacjonarnych. Dopiero gdy zaczęła przypominać ona książkę, ja miałam coraz więcej pomysłów na grafiki i wiersze, w mojej głowie zaczęło pojawiać się pytanie „A może kiedyś to wydam?”. 

Gdy już skończyłam pisać, za każdym razem, gdy otwierałam laptopa było mi szkoda. Było mi szkoda, że tak duża część mojego życia, pełna wskazówek, porad jest dostępna tylko dla mnie. Wtedy już byłam pewna i powiedziałam: „Moja historia rusza w świat! Jestem gotowa!” 

Zanim jednak Twoja historia trafiła pod strzechy czytelników, do pewnego momentu jej pisanie traktowałaś jako formę terapii. Powiedz coś więcej. 

Tak, dokładnie. To była terapia. Zdecydowanie najlepsza, jakiej doświadczyłam. Opisywałam wszystko - po kolei, każde wydarzenie. Od momentu, kiedy podjęłam decyzję o odchudzaniu, i co ją poprzedzało, aż do dnia, kiedy wypowiedziałam, to ważne dla mnie, zdanie w ośrodku: „Chcę wyzdrowieć i zrobię wszystko, aby to osiągnąć“. 

Z każdą kolejną sytuacją, którą przelałam na papier – było mi lżej. Czułam jak ciężar, który powodowała, ze mnie schodzi, a na jego miejscu pojawia się spokój i taka dobra myśl. Nie planowałam nigdy, ile stron mam napisać danego dnia. To było bardzo zróżnicowane. Bo niestety, nie jest łatwo opisywać siebie i swoją przeszłość. Czasem już po jednym zdaniu musiałam kończyć, bo nie byłam w stanie nic więcej sobie przypominać. I to było cudowne, że nie narzucałam na siebie takiej presji. Nie wyznaczyłam sobie konkretnego dnia, do kiedy mam skończyć. Wtedy, kiedy potrzebowałam – siadałam do laptopa.

Ciekawie było także z  wierszami, ponieważ powstawały one podczas wykonywania codziennych czynności lub w pracy. W pewnej chwili poczułam taką wenę, więc brałam kawałek kartki, czasem nawet na szybko wyrwaną z zeszytu, aby zapisać wszystkie swoje myśli, które ułożyły się w rymowany wiersz. Potem, przychodząc do domu, miałam kieszenie zapełnione takimi właśnie małymi karteczkami. Przepisywałam z nich fragmenty tekstu w odpowiednie miejsce do książki, tak, aby pasowały do danej sytuacji, której dotyczą. Kilka wierszy napisałam też w środku nocy, kiedy nie mogłam zasnąć, bo źle się czułam. W takich chwilach, w moim notatniku w telefonie, pojawiał się problem, który mnie dręczył, opisany w dość nietypowy sposób.

Dlatego długo trzymałam to w tajemnicy, bo na początku to nie była książka - tylko taka moja prywatna terapia.

Pamiętasz ten moment, w którym poczułaś, że swoich zapisków nie chcesz już trzymać w szufladzie?

Tak, nawet bardzo dobrze. To był październik. Rozmawiałam z siostrą cioteczną i wspomniałam o książce. Ona jako pierwsza dostała ją do przeczytania. Wtedy też poinformowałam pozostałych członków mojej rodziny. Każde ich pozytywne słowo na temat tego, co napisałam, udzielało mi odpowiedzi na pytanie „Czy dobrze robię?“. Choć na pewno dla nich, to też nie było łatwe. 

Kilka dni przed, podjęłam też inną trudną decyzję. Czułam się z nią źle i pragnęłam zrobić coś dobrego. Chciałam zrobić coś, co przyniesie mi dużo satysfakcji i zadowolenia, a jednocześnie pomoże innym uniknąć tego, co przeszłam. Stąd decyzja o wydaniu książki. 

Czego było w Tobie wtedy więcej - nadziei, że u osób, które podobnie jak Ty, zmagają się z zaburzeniami odżywiania, jej ukazanie coś zmieni? Czy jednak obaw przed tym, że możesz być oceniana przez pryzmat tego, co przeszłaś?

I nadziei i obaw. Mieszane uczucia mi towarzyszyły, mimo że byłam pewna. Nie mogłam się też doczekać, kiedy książka trafi do osób, które tego potrzebują. W momencie gdy zdałam sobie sprawę, jak trudno pozbyć się myśli związanych z zaburzeniami odżywiania i jak bardzo potrafią niszczyć jakość naszego życia, ja bardzo pragnęłam ostrzec innych. Do wydawnictwa wysłałam książkę z nadzieją, że pomoże ona choć jednej osobie. Liczyłam na to, że podzielenie się moimi przeżyciami stanie się ogromną motywacją do działania. Miałam w sobie tyle determinacji, że zrobiłabym wszystko, aby wielu osobom udało się uniknąć negatywnych skutków anoreksji, zanim na dobre zostaną w ich życiu. Bo sama wiem po sobie, że im dłużej mi towarzyszyły, tym trudniej jest mi się ich pozbyć. Natomiast nie spodziewałam się tak ogromnego odzewu. Pozytywne słowa, pozytywne opinie powodowały, że ja nie tylko się wzruszałam, ale zaczęły też znikać te obawy, bo naprawdę nikt nie zaczął na mnie patrzeć przez pryzmat anoreksji. Wręcz przeciwnie!

Niedługo minie rok, odkąd moja historia krąży po świecie. I absolutnie tego nie żałuję. 

W jednej z rozmów zdradziłaś, że odczuwałaś swego rodzaju wstyd. Dlaczego?

Często zadawałam sobie pytanie, co inni o mnie pomyślą, kiedy się przed nimi otworzę. Czy zmienią zdanie na mój temat? Jednocześnie miałam nadzieję, że wreszcie zrozumieją, czemu czasami tak się dziwnie zachowywałam albo odmawiałam jedzenia. Po prostu nie wiedzieli, że walczę z  anoreksją. Zawsze to ukrywałam. Swoim uśmiechem maskowałam moje zmartwienia. Uśmiech rekompensował mój wygląd i to, że byłam coraz szczuplejsza. Był taki zgubny. 

Zawsze, kiedy moja siostra wychodziła do koleżanek, ja prosiłam ją: „Tylko nie mów, że idę do psychologa“. Na moją prośbę, choroba była naszą tajemnicą. Bo się wstydziłam. Podobnie było po wydaniu książki. Opisuję w niej bardzo prywatne wydarzenia z mojego życia, o których nawet najbliższe mi osoby nie miały pojęcia. I o niektórych nadal nie mają. To jest tylko część mojej historii. To, czego naprawdę doświadczyłam, wiem tylko ja. A w życiu przeszłam bardzo dużo. I teraz już się tego nie wstydzę. Nie ja pierwsza, i niestety nie ostatnia, zachorowałam na zaburzenia odżywiania, więc myślę, że nie mam i nie miałam powodów do tego, żeby się wstydzić. To nie był wyrok, tylko lekcja.

Gdybyś miała wytyczyć jedno trudne wydarzenie z przeszłości, z którym przyszło Ci się ponownie skonfrontować podczas procesu twórczego, co byś wybrała? Co wtedy czułaś?

Wyjazd do ośrodka. Zdecydowanie. To był dla mnie bez wątpienia najtrudniejszy czas. Nie zapomnę go nigdy. 5 kwietnia jest dla mnie dniem, w którym mam mnóstwo refleksji, porównuję co roku swój stan i to, co się zmieniło. Jak opisywałam ten, powiedzmy rozdział, czułam się dokładnie tak samo. Widziałam siebie. Pamiętam ten dzień ze szczegółami i wszystko, co się działo po kolei. Jakie etapy trzeba było przejść, jakie formalności załatwić, jakie papiery wypełnić, aby potem zostać tam – w miejscu, które bardzo mnie zmieniło i przewartościowało moje życie.

Kto był taką osobą, na której wsparcie mogłaś liczyć na każdym etapie tworzenia Twojej książki?

Ja byłam taką osobą. Nikt nie wiedział, że piszę książkę. To był czas dla mnie. Ja nie chciałam nikomu mówić, żeby nikt się o nią nie pytał i nikt mnie nie pospieszał. Chciałam wydać ją wtedy, kiedy poczuję się gotowa, a nie dlatego, że wiele osób nie może się jej doczekać. Domownicy często mnie pytali, co ja robię, że spędzam tak dużo czasu przy laptopie, ale ja zawsze zasłaniałam się studiami. Po tym, jak już ją skończyłam i przez ten czas, kiedy książka była w wydawnictwie, wiedzieli, co się z nią dzieje i kiedy będzie gotowa. 

Każdy, kto zagłębił się w moją historię czytając książkę, wie, że znajduje się w niej list mojej siostry bliźniaczki. On też nie był umieszczony w niej od samego początku, tylko w połowie procesu wydawniczego. Ale ja czułam, że czegoś w niej jeszcze brakuje. Że pomimo grafik, wierszy, sentencji, potrzebuje jeszcze jednego elementu, abym poczuła taką pewność, że książka jest taka, jaką ja bym chciała przeczytać. I wtedy zapytałam siostrę: „Napiszesz, jak Ty to wszystko postrzegałaś?“. Miała dosłownie dwa dni. I zrobiła to. Gdy dodałam jej perspektywę, byłam pewna, że teraz książka ma w sobie wszystko, czego potrzeba. Moja siostra była mnie najbliżej, chodziłyśmy razem do liceum, więc cieszę się, że miała także swój udział w mojej książce. 

Gdybyś miała pracę nad "Zabrała mi wszystko, ta podstępna anoreksja" zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Uwolnienie. Czułam w środku taki cieżar, i że ta moja przeszłość jest nieuporządkowana. Panował we mnie taki chaos. Chciałam zrozumieć, dlaczego niektóre wydrzenia miały miejsce i jaki był ich cel. Książka mi w tym pomogła, a w efekcie także nie jednej osobie, co mnie bardzo, ale to bardzo cieszy. 

Czy to prawda, że zdarza Ci się czasem wracać do lektury Twojej książki? Co oprócz dumy, że odważyłaś się opowiedzieć swoją historię wtedy czujesz?

Oczywiscie, często do niej wracam. A w ręku, choć na chwilę, trzymam ją prawie codziennie. Oprócz dumny, czuje ulgę, że to już za mną. Jest bardzo dużo takich sytuacji, o których nikt nie zdaje sobie sprawy. To, czym nie odważyłam się podzielić, zostało w moim sercu. Na stronach książki przedstawiłam moją niełatwą drogę. I gdy ją czytam, mam wrażenie, że jeszcze raz nią podążam, ale tym razem świadoma tego, co mnie spotka. Patrzę na to wszystko w inny sposób. Może dlatego, że dopiero całkiem niedawno uświadomiłam sobie, czemu tak się wszystko potoczyło. Moje doświadczenia sprawiły, że jestem osobą, która ma inne spojrzenie na otaczającą mnie rzeczywistość. Nie rozumiem niektórych ludzi i ich poglądów, i napewno są też tacy, którzy nie rozumieją mnie. Staram się na siłę nie przekonywać innych do swoich racji, bo w ich oczach może być to absurdem. Ja po prostu... słucham siebie, bo tylko wtedy widzę najlepsze rezultaty podejmowanych przeze mnie decyzji.

Głównym założeniem jej wydania było, by jak najwięcej osób dowiedziało się, czym tak naprawdę jest anoreksja. Czy są osoby, które po jej przeczytaniu dzielą się z Tobą podobnymi historiami do Twojej?

Tak. Najczęściej piszą, że towarzyszą im bardzo podobne objawy. Co ciekawe, zaczęły mi się też zwierzać osoby z mojego otoczenia. Cieszę się z tego, bo wiem, że rozmowa z kimś, kto nas rozumie, ma zupełnie inne znaczenie. Jednak zdecydowanie najbardziej poruszały mnie pewne słowa. Słowa, które dawały mi takie poczucie, że wyszło tak, jak chciałam. A mianowicie, docierały do mnie opinie od wielu osób, że w momencie gdy czytali, to mieli wrażenie, że siedzę obok nich i opowiadam im to wszystko. Jak taka przyjaciółka, która się zwierza, udziela porad, wskazówek, dzieli się swoimi przeżyciami, aby pomóc. Czuli moją obecność przy sobie. I tak miało być! Dlatego właśnie zastosowałam takie zwroty jak „Ty“, „czujesz“, „musisz“, „możesz“ – zwracam się konkretnie do czytelnika, aby łatwiej mu było zrozumieć, że napisałam to specjalnie dla niego. 

Czy docierają do Ciebie opinie od czytelników, którzy przyznają, że pod wpływem lektury Twojej książki, ich walka z zaburzeniami odżywiania stała się choć trochę łatwiejsza?

Wydaje mi się, że odpowiedź padła już w poprzednim pytaniu, ponieważ w momencie gdy słuchałam lub czytałam historie innych, zawarta w nich była myśl, że wyniosły wiele z książki, a przede wszystkim to, że zdecydowały się sięgnąć po pomoc. Po prostu chcieli uniknąć negatywnych konsekwencji, które mnie dotknęły. Czyli mój cel został osiągnięty. Każda rozmowa z dziewczyną, która odważyła sie do mnie napisać, powodowała radość. Mimo że wcześniej się kompletnie nie znałyśmy. Cieszę się i jestem wdzięczna, że mogłam zamienić z nimi choć kilka zdań. Zawsze starałam się przekazać im dużo wsparcia.

Pisały do mnie też mamy dziewczyn, które walczą z zaburzeniami odżywiania, że „pomogłam im zrozumieć, co siedzi w ich głowie“ - dosłownie takie wiadomości dostawałam. I coś w tym jest, ponieważ definicja anoreksji w internecie, nie oddaje tak naprawdę jej siły. 

Docierały także do mnie komentarze, że dodatkowym atutem książki, jest jej prosty język. Taki właśnie był mój zamysł, aby mimo ciężkiego tematu, możliwe było przeczytanie jej szybko i w lekki sposób. 

Czy jest szansa na drugą część Twojej historii?

Jeśli kiedykolwiek będę chciała podzielić się z Wami dalszą częścią mojej historii, to zrobię to w taki sam sposób, jak za pierwszym razem. Czyli w tajemnicy. Nikt się nie dowie, że piszę, a na pewno nie wszyscy. Muszę też przyznać, że sporo osób powiedziało mi, że czują niedosyt i że po przeczytaniu pierwszej części, mają wrażenie, że będzie druga. Bo faktycznie nie ma tam takiego zakończenia, które dawałoby do zrozumienia, że wyszłam z zaburzeń odżywiania. Decyzja o wypuszczeniu w świat mojej historii nie była spontaniczna, tylko przemyślana. Ale czy odważę się na to po raz kolejny? Jedno jest pewne - to wymagało ode mnie ogrom siły. A czy mam jej na tyle dużo, aby dalej opowiadać o sobie? Tego sama nie wiem. 

Czy to prawda, że zaburzenia odżywiania dotyczą przede wszystkim kobiet? Jak wygląda to u mężczyzn? 

Szczerze? Nie mam pojęcia. Nigdy nie zagłębiałam się w dane, dotyczące tego, czy częściej chorują kobiety czy mężczyźni. Bo dla mnie nie ma to żadnego znaczenia. Anoreksja, to choroba śmiertelna, a jej objawy są takie same u wszystkich, którzy się z nią zmagają. Tak mi się wydaje.  Znam kobiety, poznałam je osobiście, ale mężczyzn nie. Więc nie chcę się wypowiadać i poruszać takich kwesii, których nie jestem pewna. 

Jakie są inne mity na temat zaburzeń odżywiania?

Waga wskazuje, że ktoś ma problem z jedzeniem. A to nie prawda! Waga nie odzwierciedla relacji z jedzeniem. Zaburzeń odżywiania nie wiadać gołym okiem. Uzyskanie prawidłowej wagi nie oznacza wyzdrowienia, i ja jestem tego przykładem. To jest dopiero początek drogi do normalności. I zdecydowanie najtrudniejsza granica, jaką przekroczyłam. Bo w momencie gdy cyferki na wadze wskazywały, że nie zagraża już ona mojemu życiu, ja nadal walczyłam o dobrą relację z jedzeniem, o dobrą relację ze sobą i swoim ciałem. A to nie jest takie proste. Dlatego zmagając się z tym, warto skupić się nie tylko na przywróceniu wagi, lecz także na tym, aby znaleźć przyczynę. Bo przyczyna jest - i z tego też niedawno zdałam sobie sprawę. 

Istnieje wiele mitów na ten temat, na przykład, że zaburzenia odżywiania uniemożliwiają rozwój lub normalne funkcjonowanie. Nic bardziej mylnego. Ja skończyłam liceum, zdałam maturę, zrobiłam prawo jazdy, potem rozpoczęłam studia. Starałam się dopasować do reszty i właśnie to utrudniało innym, dojrzeć u mnie ten problem. Mimo że ciągle narastał. Prowadziłam podwójne życie, tylko w którym to byłam naprawdę ja?

Co na ich temat każdy wiedzieć powinien?

Że jest to bardzo poważny problem, który niesie za sobą mnóstwo konsekwencji zdrowotnych. Naprawdę mało brakowało, a przegrałabym walkę z anoreksją. I ponownie, w tej odpowiedzi, też bym chciała jeszcze raz poruszyć tę kwestię, która moim zdaniem jest bardzo istotna. Tutaj też apeluję do rodziców. Jeśli zauważycie, że Wasze dziecko wygląda już „normalnie“, ma wagę w normie, to mimo wszystko nie odpuszczajcie! Oczywiście, to jest ważne, aby przywrócić zdrową wagę, ale nie gwarantuje ona pokonania anoreksji. Bo nawet po kilku miesiącach, latach nawrót zaburzeń odżywiania jest możliwy. Wiem, co mówię. Ja czasem miałam wrażenie, że każdy chciał ode mnie zmian „na już“, szybko. A problem leży głębiej, i na to lepiej zwrócić uwagę. 

Wszystkich odpowiedzi udzielam w oparciu o swoje doświadczenia. Jestem wdzięczna, że mogę przekazać innym to, czego mi brakowało i to, co ułatwiłoby mi tę walkę. 

Czy zaburzenia odżywiania da się całkowicie wyleczyć, czy jednak ich ślady pozostają w człowieku na zawsze?

Jak zaczęłam tak na poważnie walczyć z zaburzeniami odżywiania, wiedziałam że ta droga będzie trwała co najmniej drugie tyle, ile trwała anoreksja. I gdy to już minęło, śmiało mogę powiedzieć, że ślad zostaje. To ciągła praca nad sobą, nad swoimi myślami. Natomiast mam nadzieję, że jak kiedyś będę miała jeszcze możliwość udzielenia wywiadu, to z pewnością powiem: „Tak, da się całkowicie z tego wyjść“. 

Ale chciałabym też spojrzeć na to z drugiej strony. Mój sposób jedzenia jest inny, dużo osób się dziwi, że ja tak jem. Nie będę tutaj pisała jak to wygląda, bo to nie o to chodzi. Ja po prostu wiem, że patrzę na to jedzenie trochę inaczej niż wszyscy, ale to nie znaczy, że nie umiem z tym funkcjonować. Bo umiem, ale to nie znaczy, że mi to nie przeszkadza. Skomplikowane...prawda? Ale na pewno jest ktoś, kto wie, co mam na myśli. 

Zaburzenia odżywiania na pewno można przezwycieżyć. I na pewno się kiedyś o tym przekonam, ponieważ tego chcę. Dodatkowo, wiem, co leży u ich podstaw i wiem, nad czym powinnam pracować.