środa, 11 września 2024

Łukasz Simlat o filmie "Wymyk", "Kos" i "Sonata" [WYWIAD]

 Łukasz Simlat o filmie "Wymyk", "Kos" i "Sonata" [WYWIAD]














fot. Małgorzata Krawczyk / Głos Ziemi Cieszyńskiej

Łukasz Simlat na 26. odsłonę Kina na Granicy przyjechał, by po blisko 13 latach od premiery filmu „Wymyk” spotkać się z widzami. 

To właśnie o tym filmie i jego wyjątkowości rozmawialiśmy. Nie zabrakło też kwestii związanych z filmem „Kos” w reżyserii Pawła Maślony, który również znalazł się w ofercie festiwalowej. Aktor opowiedział m.in. o tym, jak czuł się w kostiumie z epoki i jak budował postać Wąsowskiego.

Choć w stolicy mieszka Pan i pracuje od wielu lat, za „swoje“ miasto w dalszym ciągu uważa Sosnowiec. Warszawy nigdy nie nazwie Pan swoim domem?

Warszawy nigdy nie nazwę ani swoim domem, ani swoim miastem. Dom jest tam, gdzie jest człowiek. Czasami, z konieczności, dom musi być gdzieś indziej. Warszawa mnie nie wychowała. Nie oddawałem jej młodzieńczej energii. Wszystko zostało w Sosnowcu. Uwielbiam patrzeć, jak wyglądają życiorysy słynnych ludzi. Czasami rodzą się w jakimś mieście, a przechodzą niebywałą drogę, czasami nawet przez cały świat. Finalnie jednak lądują tam, gdzie wszystko się zaczęło. Zaczynam rozumieć, czym taka prawidłowość może być spowodowana. To miejsce, na temat którego nie trzeba nigdy niczego tłumaczyć. Po prostu, jest się z niego.

Żałuje Pan czasem, że mimo tego, iż mógł zostać górnikiem, został aktorem? (Śmiech)

(Śmiech) Nie. Mam wielki szacunek do górników. Pamiętam, że podczas realizacji „Żelaznego mostu“, z Bartkiem Topą spędzaliśmy na przodku ćwiczebnie kilka dni, razem z górnikami i brygadzistami. W moim przypadku, klaustrofobicznego odczuwania przestrzeni, konieczność spędzenia kilku dni na tym pokładzie, była dla mnie dużym wysiłkiem. O ten świat ocierałem się od dzieciństwa. Wielokrotnie, w drodze chociażby do szkoły, mijałem górników, idących do kopalni. Kiedy przeczytałem scenariusz „Żelaznego mostu“, w głowie odpalił mi się flesz, jak ten człowiek ma wyglądać, bo ja to wiem.

Czy po tej roli odpowiedział Pan sobie na pytanie, czy mógłby się realizować w takim zawodzie?

Człowiek nie zwierzę, do wszystkiego się przyzwyczai. Myślę, że gdyby zmusiły mnie okoliczności, mógłbym. W dzisiejszym świecie, gdzie mamy możliwość kontaktowania się z osobami, które są na końcu świata, te możliwości nam się poszerzają. Jeśli ma się w sobie pewnego rodzaju mobilizację, że chciałoby się robić coś ponad to, w co wrzucił nas los, wtedy można walczyć o wszystko. Gdyby w latach 80. los zwyrokował mnie do tego, że musiałbym podjąć decyzję, co mam robić, przez jakiś czas radziłbym sobie. Musiałbym tylko znaleźć klucz i wkrętkę, by robić dobrze to, co miałbym tam do zrobienia.

Szkoda, że „Żelaznego mostu“ nie ma w repertuarze 26. Kina na Granicy, ponieważ wielu widzów pewnie chętnie przypomniałoby sobie ten film. Pan lubi wracać do filmów, w których zagrał?

W miarę doświadczeń, stajemy się bardziej dorośli, ale też bardziej opakowani w wiedzę i świadomość. Świat, emocje i ludzi pod wpływem tego zaczynamy trochę inaczej postrzegać. W związku z tym tego nie lubię, ale lubię wyłuskiwać te błędy, by wiedzieć, czego na przyszłość nie robić.

W repertuarze 26. edycji KNG znajdują się dwa filmy z Pana udziałem, „Wymyk“ z 2011 roku oraz „Kos“, który do kin w całej Polsce trafił 26 stycznia tego roku. Zacznijmy od „Wymyku“. Jak ogląda się film blisko 13 lat po jego premierze kinowej? Sentyment pozostaje?

Planowałem obejrzeć „Wymyk“ razem z kolegami, ale ostatecznie się na to nie zdecydowałem. Myślę, że zafunduję to sobie w bardziej prywatnych okolicznościach. Ten film wielokrotnie przemazał mi się na szlaku hotelowym. Sentyment pozostaje. To niebywała radość, że spotkaliśmy się tutaj po latach.

Mam wrażenie, że „Wymyk“ był dość ważnym dla Pana filmem. Czy się mylę?

To prawda, ten film był dla mnie bardzo ważny. To taki film, przy którym już na etapie scenariusza wiedziałem, że mam do czynienia z bardzo mądrą, trafną i pożyteczną historią. „Wymyk“ zostaje w ludziach, bo to film o czymś. Kiedy aktor ma do czynienia z takim rodzajem zarezonowania ze scenariuszem na etapie czytania, to wie, że bardzo chciałby być częścią tego projektu.

Pan często tego doświadcza?

Nie, nie dzieje się to często. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wymagania w człowieku się potęgują. Tak samo miałem w przypadku filmu „Kos“ Pawła Maślony.

Podobno, z biegiem lat, maleje Pana chęć grania złych bohaterów. Z czego to się bierze? 

Chcąc uczciwie coś ludziom opowiadać o tym zawodzie i bohaterach, których zagrania się podejmujemy, to trzeba się nad tym skupić, trzeba temu wydatkować dużo czasu, myślenia i energii. Źli bohaterowie zawsze nas ściągają w dół. Za każdym razem staram się w nich wynajdować, co jest takiego jasnego, bo gdzieś ten jasny punkcik jest w każdym z nas. Nieważne, jak źli byśmy byli. Procentowo jednak przeważa ilość mroku i człowiek nad tym pracuje, próbując te emocje, które trzeba pokazać na planie, skleić z ciałem. Wierzę w to, że nic w przyrodzie nie ginie. To, co zasiewamy, to w nas zostaje. Trzeba jednak poświęcić czas, by się z tego wyczyścić. To zaczyna mi doskwierać.

Co takiego miała postać Wąsowskiego, że jednak przyjął Pan propozycję Pawła Maślony?

Niepodważalną kartą i wartością całego tego przedsięwzięcia jest Paweł. Wiem, że nigdy mu nie odmówię. Przeczytałem scenariusz, który na etapie papieru był matematycznie, genialnie zapisany. Był niebywale aptekarsko wyważony. Bardzo chciałem wziąć udział w tym projekcie. Zacząłem się boksować z myślą, co trzeba z nim zrobić, by znaleźć motywacje, które powodowały, że zachowywał się tak a nie inaczej.

Co Pan znalazł?

Wyszedłem od fizjologii tego bahatera. Chciałem odstręczyć widza od siebie. Przyszła mi do głowy wystająca szczęka, przyszedł mi też do głowy ślinotok. Wymyśliłem też sposób chodzenia Wąsowskiego. Jest wyzuty z jakichkolwiek emocji. Takiego bohatera chciałem stworzyć. W tym całym obrzydzeniu, które proponuję widzowi, jest na tyle miałki sam w sobie, że gdyby go obrać jak cytrynę z tej całej watażki, którą jest obstawiony, nie poradziłby sobie w życiu. Tak naprawdę jest nieudacznikiem. Chciałem dać temu scenariuszowi jakiś rodzaj esencjonalności tematu, o którym „Kos“ opowiada.  Mój bohater był jedynym opozycjonistą, który mógł pokazać, jak dalece skrajnie była przesunięta dewiacja panów folwarcznych.

Jak przepracowuje Pan w sobie trudne emocje, z którymi styka się Pan na planie? Jakie są Pana sposoby na wyjście z nich?

Trzeba wyjeżdżać w przyrodę, spędzać czas z psem, sadzić rośliny, wsłuchiwać się w ciszę, rezygnować z tłumów. Staram się tak robić.

Czy podobnie, jak na innych planach, w pierwszym dniu zdjęciowym towarzyszyła Panu adrenalina, związana z niewiedzą tego, co się za chwilę wydarzy? Były też inne emocje?

Zawsze tak mam. Tak już zostanie. Nigdy nie będę pewny, że to, co wymyśliłem, jest właściwe. Starzejemy się, nasza percepcja się zmienia. Nagle może się okazać, że zorientujemy się w pewnym momencie, że to my jesteśmy odklejeni od rzeczywistości.

„Kos“ jest filmem kostiumowym. Jak czuł się Pan w kostiumie z epoki?

To trudna rzecz, zwłaszcza w upalne dni. Chwilami widziałem, jak po kontuszu spływa pot. (Śmiech) Ważne jest, by przyswoić procedurę zakładania wszystkich warstw. To jest czasochłonne. Tęsknię za takim kinem. Żałowałem, że spędziłem na tym planie tylko sześć dni zdjęciowych.

Odnoszę wrażenie, że jedną z rzeczy, za które ceni Pan ten zawód, jest właśnie możliwość przenoszenia się w czasie. W jednym z wywiadów mówił Pan, że kiedy na planie „Rojsta“ zobaczył Pan zaparkowaną nyskę i malucha, to aż łza w oku się zakręciła.

Najpiękniejszą rzeczą, jaką ten zawód dla mnie niesie, jest zwrot energetyczny od widzów. Zdarza się, że ktoś do mnie podchodzi i pyta, czy może mnie przytulić. To bardzo miłe. Uwielbiam też to, że ten zawód jest każdego dnia inny. Tu nie ma powtarzalności.

Dwa lata temu na festiwalu można było zobaczyć film „Sonata“ w reż. Bartosza Blaschke. Pamiętam, że miał Pan przyjechać i spotkać się z widzami, ale w ostatniej chwili odwołał Pan swój przyjazd. To film oparty na faktach, który opowiada historię Grzegorza Płonki, w którego wcielał się Michał Sikorski. Pan i Małgorzata Foremniak zagraliście jego rodziców. Jak wspomina Pan spotkanie z Grzegorzem?

To jeden z kamyków milowych, którymi człowiek ten zawód mierzy. Są momenty oczekiwań, że właśnie zdarzy się coś fajnego, prawdziwego, a nawet na pograniczu magii. Tak było w przypadku „Sonaty“. Z Małgosią Foremniak i Michałem Sikorskim poczuliśmy, że bez spotkania i przebywania z pierwowzorami tych postaci, nie będzie tak, jak powinno być. To spotkanie bardzo wiele nam dało. Przyjęli nas do domu z otwartymi ramionami. Spędziliśmy świetny czas. Wpuścili nas w domowy krwioobieg, co było najpiękniejsze. Dało nam to motywację i wiedzę, w którą stronę kanalizować zadania, które mieliśmy do wykonania przed kamerą.

Czego nauczył się Pan o sobie podczas pracy na planie „Sonaty“? Co było dla Pana największym wyzwaniem w tej roli?

Poznając Grzegorza Płonkę, poznałem też jakiś rodzaj swojego odbicia. Poznałem starszego człowieka, którego rozumiałem na wszystkich etapach jego życia. Spotkałem człowieka, któremu tak często jak mi, wypadała zawleczka w granacie emocjonalnym. Zaczęliśmy rozmawiać pozawerbalnie. Zrozumiałem, w czym taki rodzaj zachowania może pomóc, ale też, do czego może prowadzić.

Sylwia Drzycimska o serialu "Remiza. Zawsze w akcji", "Pomóż mi" i pomocy młodzieży w kryzysie [WYWIAD]

 Sylwia Drzycimska o serialu "Remiza. Zawsze w akcji", "Pomóż mi" i pomocy młodzieży w kryzysie [WYWIAD]

















fot. Aleks Sobol 

Sylwia Drzycimska, aktorka młodego pokolenia opowiada o swoich licznych pomysłach na życie, wspomina swój udział w  wyborach Miss Ziemi Michałowskiej, ale też opowiada o pracy na planie serialu "Remiza. Zawsze w akcji", serialu "Pomóż mi" i pomaganiu dzieciakom w kryzysie psychicznym.

Aktorka telewizyjna, ale przede wszystkim teatralna. Na co dzień związana z Teatrem Muzycznym w Toruniu, Narodowym Teatrem Edukacji, Teatrem na Bruku i Teatrem na Pradze. Animatorka. Osoba, dla której, przysłowiowa szklanka, zawsze jest do połowy pełna. Słowem wstępu — wszystko się zgadza? (Śmiech.)

Dokładnie tak jest. (Śmiech.)

Mam wrażenie, że takie nastawienie to Twój świadomy wybór, bo po prostu, nie mogłabyś inaczej. Prawda? (Śmiech.)

Jak każdy człowiek, w życiu różne momenty. Czasami, z tej szklanki do połowy pełnej trochę ubywa, ale staram się nastawiać pozytywnie. W tym zawodzie różnie bywa. Bywa tak, że propozycji jest dużo.

Szczerze powiem, że rozmawiamy w momencie, w którym zakończyłam prace na planach kilku produkcji. Są wakacje. To taki czas, kiedy nie gram w teatrze, więc z tyłu głowy pojawiają się myśli, co dalej. Mam jednak nadzieję, że telefon zadzwoni,  pojawi się jakaś ciekawa propozycja i wezmę udział w jakimś fajnym projekcie.

Czy taka postawa wobec świata i ludzi jest ułatwieniem funkcjonowania w dzisiejszej, niełatwej dla nas codzienności?

Tak. Tak trzeba żyć. (Śmiech.)

Już jako kilkulatka występowałaś na scenie Brodnickiego Domu Kultury. Czy zatem już wtedy, brałaś pod uwagę, że możesz zostać aktorką, czy na początku teatr traktowałaś jako dziecięcą przygodę?

Lubiłam to od zawsze, ale na samym początku nie traktowałam tego poważnie. Pochodzę z małego miasta. Kiedyś śmiałam się, że chciałabym być burmistrzem Brodnicy.

Myślałam o musicalu, zdawałam do Studium Wokalno-Aktorskiego im. Danuty Baduszkowej w Gdyni, ale się nie dostałam. Na początku był to dla mnie koniec świata, na szczęście wtedy trafiłam do Sceny 138 i tam nauczyłam się bardzo wiele. W końcu pojechałam na casting do spektaklu i się udało. I tak od 2015 roku gram zawodowo.

Pamiętasz moment, w którym teatr stał się dla Ciebie czymś więcej?

To był czas, w którym zaczęłam grać na scenie razem z amatorską grupą teatralną Scena 138, znaną dziś jako Bałtycki Teatr Różnorodności. Latem wystawialiśmy spektakle na scenie letniej w Orłowie. Byliśmy blisko widza. Było to dla mnie niesamowite przeżycie. Wtedy poczułam, że chcę to robić na poważnie. Wiedziałam, że biuro nie jest dla mnie.

Studiowałam gospodarkę przestrzenną. To też było super, ale w tamtym momencie czułam,  że nie mam siły walczyć z polskim prawem dotyczącym polityki przestrzennej.

Co tu dużo mówić mówić — pomysłów na życie miałaś wiele. Chciałaś zostać... miss.  W wieku dwudziestu lat wystartowałaś w konkursie na Miss Ziemi Michałowskiej.

Wiele osób, które mnie poznają, nie wie o tym, bo gdzieś zakopałam ten wątek. Chciałam wziąć udział w tym konkursie, by zmienić, choć w pewnym stopniu, to stereotypowe myślenie o konkursach piękności.

Byłam znacznie starsza od reszty uczestniczek. Mierzyłam się z trudną dla mnie rzeczywistością. Miałam jeden cel. Chciałam pokazać inteligencję, grację i przedstawić swoje pomysły na życie.

Jak wspominasz ten czas?

Dojeżdżałam z Gdyni. Przy tych młodych dziewczynach czułam się staro. (Śmiech.) Stresowałam się, że nie wygram. Tak się stało. Mierzyłam się z porażką. Uważałam, że zasługuję na to, by zdobyć jakiś tytuł.

Mam wrażenie, że konkursy tego rodzaju cały czas ewoluują. Co, czego w konkursach piękności już się nie praktykuje, miało miejsce wtedy, kiedy to Ty stanęłaś w szramki z innymi kandydatkami?

W dzisiejszych czasach nikt się nie śmieje z kandydatek. Startując wtedy w wyborach miss małego miasteczka, dziewczyny były narażone na śmiechy z tego powodu, że na co dzień wykonują "zwykły" zawód i...chcą zostać miss. Nikomu nie przyszło wtedy na myśl, że w ten sposób spełniają swoje marzenia. Teraz też bardzo liczą się zasięgi w social mediach. Kiedyś tego nie było.

Zasięgi liczą się też w zawodzie aktora. Mnie to przeraża. Człowiek ciągle myśli o tym, co wrzucić do sieci, by zostać zauważonym np. przez reżyserów castingów.

Miałaś też pomysł, by zostać polityczką, co zaowocowało tym, że kandydowałaś na radną Brodnicy. Jednak w końcu ostatecznie wybrałaś  aktorstwo. Odnoszę wrażenie, że ten zawód od początku był Ci pisany. (Śmiech.),

Ciągle coś mnie powstrzymywało, właśnie dlatego, że miałam tyle pomysłów. Myślałam, by zostać florystką, ale też o pracy z seniorami.

Aktorstwo to piękny zawód, choć czasami strasznie denerwujący. (Śmiech.) Ostatnio dostałam rolę w serialu, miałam rozpocząć już zdjęcia, ale to się nie wydarzyło. Wiem, że po udziale w tej produkcji moja popularność powindowałaby do góry.

Co ciekawe, o tym, by zaistnieć na ekranie, a nie tylko na scenie teatralnej, pomyślałaś dopiero w czasie pandemii, kiedy to teatry zostały pozamykane. Myślisz, że gdyby nie pandemia, nie odważyłabyś się na ten krok?

Myślę, że pandemia na pewno się do tego przyczyniła. Cieszyłam się na każdy epizod, każdą, nawet małą rolę i pracę z kamerą. Tak mi już zostało. (Śmiech.)

Skoro miałaś tę niezliczoną ilość pomysłów na siebie, to może był wśród nich też ten, by zostać "panią strażak"? (Śmiech.)

Przed rozpoczęciem zdjęć do serialu "Remiza. Zawsze w akcji" o tym nie myślałam, ale w kiedy kręciliśmy serial, faktycznie miałam takie myśli, by wstąpić do OSP. Mój dziadek był strażakiem-ochotnikiem. Jego zdjęcia z tego czasu oglądałam, dopiero kiedy właśnie rozpoczęłam pracę na planie.

Jedna z moich fanek, właśnie podczas emisji naszego serialu zdecydowała, by wstąpić do OSP. Zrobiła to. Jestem z niej dumna.

 W całej tej historii wcielałaś się w strażaczkę Magdę. Co ze swojej perspektywy i trochę też z dystansu, bo przecież trochę czasu od emisji ostatniego odcinka już minęło, opowiedziałabyś o niej?

To była moja pierwsza, stała serialowa rola. W swoją postać włożyłam wiele serca. Ludzie wspaniale ją odbierali. Lubiły ją nawet dzieci. Marzę, by kiedyś jeszcze ją zagrać. Nigdy nie byłam tak zżyta z żadną ekipą, jak z tą, z którą pracowałam nad "Remizą". Do dzisiaj się spotykamy.

Na planie walczyliście z żywiołami, pokazywaliście też wypadki losowe i drogowe. Jakie są trzy fakty, które każdy, kto stanie oko w oko z żywiołem lub inną sytuacją kryzysową, powinien znać lub wprowadzić w życie?

Trzeba pamiętać o numerach alarmowych. Dzwoniąc na 112, połączenie zostanie przekierowane do odpowiednich służb - policji, straży pożarnej lub pogotowia ratunkowego. Trzeba również znać zasady udzielenia pierwszej pomocy. To bardzo ważne. Na planie przeszliśmy kurs strażacki i kurs pierwszej pomocy. Towarzyszyła nam ratowniczka i strażacy OSP, którzy uczyli nas różnych rzeczy. Strażacy OSP zazwyczaj, na miejscu zdarzenia są jako pierwsi. To oni udzielają pierwszej pomocy. Mam ogromny szacunek do wszystkich ludzi, którzy niosą pomoc poszkodowanym w sytuacjach kryzysowych.

Obecnie, w telewizyjnej Czwórce, emitowany jest serial "Pomóż mi", w którym można oglądać Cię w roli aspirant Kingi Jabłońskiej. Opowiada m.in. o agresji w szkołach, przemocy,  a także próbach samobójczych wśród nastolatków. Odnoszę nieodparte wrażenie, że trochę jest zbliżony swoją formułą do "Remizy".

Temat jest trochę inny. Tu opowiadamy o dzieciakach i ich problemach. To niesamowicie ważny serial. Mam nadzieję, że powstanie kolejny sezon.

Jestem w szoku, że wśród młodzieży dzieją się takie tragedie.

Co takiego ma w sobie paradokument "Pomóż mi", czego nie mają inne tego typu formaty?

To serial, który skupia się na dzieciakach i na tym, jak na przestrzeni lat problemy młodzieży ewoluowały.

W dzisiejszych czasach dzieciaki zabija hejt. Nie radzą sobie z tym, jak ktoś np. wrzuci do sieci ośmieszające ich zdjęcie. Nikomu się nie przyznają. Rodzice takich problemów nie pamiętają, a czasami nawet dziwią się, że internet morze wyrządzić ich pociechom takie szkody.

Czy w ramach pracy nad rolą, poszerzała Pani swoją wiedzę na temat najczęstszych problemów, które występują wśród nastolatków?

Ja mam  tak, że na etapie pierwszego czytania danego scenariusza, interesuję się danym tematem. Z dzieciakami, które przychodzą do nas na realizację odcinków, rozmawiam często o tym, czy problem, który akurat poruszamy, występuje w ich szkołach.

Wyniki dot. prób samobójczych wśród dzieciaków są wręcz alarmujące. W ubiegłym roku życie próbowało sobie odebrać ponad 2 tys. dzieci.

Do tego niestety, przyczyniła się pandemia. To właśnie w czasie pandemii wzrosła liczba dzieciaków, które próbowały odebrać sobie życie. W szkołach te problemy nie są należycie rozwiązywane.

Jakie kroki można podjąć, by zapobiec próbom samobójczym wśród młodzieży?

Trzeba zwracać uwagę na to, co dzieje się z dzieckiem i rozmawiać z nim o jego problemach. Dostęp do specjalistów powinien być łatwiejszy, a depresja powinna być jak najszybciej diagnozowana i leczona.

Spotykasz się z głosami nastolatków i/lub rodziców, że Wasz serial pomógł im w sytuacji kryzysowej?

Zdarzało się, że rozmawiałam z rodzicami, którzy mówili mi, że dobrze się stało, iż nasz serial powstał.

JESTEŚ NASTOLATKIEM W KRYZYSIE? ZNASZ KOGOŚ, KTO ZNALAZŁ SIĘ W TRUDNEJ SYTUACJI? GDZIE DZWONIĆ?

Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży: 116 111

Telefon zaufania młodych: 22 484 88 04

Tumbo Pomaga – pomoc dzieciom i młodzieży w żałobie: 800 111 123

Ogólnopolski telefon zaufania Narkotyk-Narkomania: 800 199 990

Bezpłatny anonimowy telefon i czat zaufania dla dzieci i młodzieży: 800 119 119

Telefon dla rodziców i opiekunów dzieci w kryzysie: 800 800 602

Telefon Pogadania: 800 212 005

Antydepresyjny telefon zaufania: 22 484 88 01

Rozmowa dostępna na Lwice Bizneszu.pl (Kliknij)

czwartek, 29 sierpnia 2024

Magda Agnieszka Pietrzak o zabiegach kosmetycznych nie tylko dla kobiet [WYWIAD]

 Magda Agnieszka Pietrzak o zabiegach kosmetycznych nie tylko dla kobiet  [WYWIAD]


















fot. Jacek Wójcikowski

Szczęśliwa mama, pasjonatka życia i kosmetologii. Studentka pielęgniarstwa. Osoba, która mimo licznych przeciwności, nigdy się nie poddała i uparcie dążyła do upragnionych celów, pracując pod okiem najlepszych. W jej życiu przyszedł jednak moment, w którym uświadomiła sobie, że czas najwyższy, by pracować na swoim. 

Z Magdą Agnieszką Pietrzak, kosmetolog z 15-letnim doświadczeniem, rozmawiam o jej drodze, ale też zabiegach kosmetycznych. Jak się okazuje, nie jest prawdą, że Panowie w dzisiejszych czasach nie korzystają z zabiegów kosmetycznych. W chwili obecnej, m.in. na masaż Kobido, decyduje się ok. 50% przedstawicieli płci przeciwnej. 

Kosmetolog z 15-letnim doświadczeniem, studentka pielęgniarstwa, a przede wszystkim szczęśliwa mama. Jak to wszystko pogodzić? Musisz być nie tylko mistrzynią w swoim fachu, ale też mistrzynią planowania. (Śmiech.)

Tak już od młodości interesowałam się kosmetologią.Tworzyłam też mydełka lawendowe, co robię z resztą do dziś. (Śmiech).

Od początku czułam że to będzie droga, którą będę podążala. Mocno w tym wspierali mnie rodzice, jednak najbardziej chyba tata. (Śmiech).

Nie udzielałam jeszcze wtedy porad w dziedzinie pielęgnacji,ponieważ nie posiadałam takiej wiedzy, jaką mam teraz. 

Pamiętasz, od czego zaczęło się Twoje zainteresowanie dziedziną kosmetologii? Czy już jako nastoletnia dziewczyna, śledziłaś branżowe nowinki i udzielałaś swoich pierwszych porad w dziedzinie pielęgnacji? 

Zaraz po maturze wyjechałam do pracy za granicę. Pomimo dobrze płatnego zajęcia, wiedziałam, że wrócę do Polski, by spełniać swoje marzenia. Tak zrobiłam. Rozpoczęłam studia kosmetologiczne, jednocześnie podejmując się pracy w zawodzie. 

Na przestrzeni lat pracowałaś w wielu miejscach, m.in. w Ulala Day Spa, ale podobno, najwięcej dała Ci praca w  Barberian Estethic by Nergal. To tam, miałaś możliwość zdobywania doświadczenia u boku wybitnych specjalistów i byłaś wielokrotnie wyróżniana. Co z tamtego czasu zostało w Tobie? Może usłyszałaś coś, co pozwoliło Ci śmielej podejmować kolejne wyzwania?

Z tamtego czasu wyniosłam wiele, wyczuwalny szacunek do klienta i pracownika oraz dobrą atmosferę. 











fot. materiały prasowe / onet.pl 

Co spowodowało, że po latach pracy w różnych miejscach zdecydowałaś, że najwyższy czas podjąć pracę u siebie? 

Powodem była właśnie...praca u Nergala. Tam znalazłam to, czego szukałam. Wiele mogłam nauczyć się pod okiem dr. Śmiejkowskiego, za co do dzisiaj jestem Mu ogromnie wdzięczna. 

Jak wspominasz współpracę z Nim?

Był świetnym szefem.Tam mogłam być sobą. Uważam, że ta praca dodała mi skrzydeł, ponieważ wartości, którymi zawsze kierowałam się, znalazły tam miejsce. Praca  z wysokiej jakości produktami, uczciwość wobec klienta i troska o niego to klucz.

Decyzja o tym, że chcesz powołać do życia własne miejsce, w którym będziesz działać, przyszła z dnia na dzień, czy był to jednak proces?

Był to proces. zawsze wiedziałam że przyjdzie czas na własną działalność. Wnikliwie obserwowałam działania osób, z którymi przyszło mi pracować. Wyciągałam wnioski. 

Co daje Ci praca na swoim?

Praca na swoim daje mi spełnienie, zadowolenie i spokój. 

Mówi się, że z zabiegów kosmetycznych korzystają przede wszystkim panie. Ty jednak obalasz ten mit. 

Faktycznie, obalam ten mit. (Śmiech.) Z zabiegów kosmetycznych korzysta ok. 50% mężczyzn. 

Wśród Twoich podopiecznych jest wiele gwiazd. Z jakich zabiegów najczęściej korzystają zabiegów, szykując się do wejścia na czerwony dywan lub plan filmowy?
















Magda Agnieszka Pietrzak i Arek Smoleński / fot. Tomek Łączyński

Artyści często korzystają z zabiegów bankietowych i masażu Kobido.

Na jakie zabiegi najczęściej decydują się Panowie?

Zwykle zabiegi dobieram do potrzeb skóry. Coraz częściej odwiedzają mnie panowie ze skórą problematyczną. Panowie przeważnie decydują się na masaż Kobido.  Często słyszę,  że mam ręce, które leczą. (Śmiech.) 

Co tu dużo mówić - jesteś mistrzynią w swoim fachu. (Śmiech.)

Może coś w tym jest. (Śmiech.) To chyba jedyna dziedzina, w której czuję się, jak ryba w wodzie. 

Pracę łączysz ze studiami, ale też jesteś mamą. Oj, w takim układzie na pewno jesteś też mistrzynią planowania. 

Zdecydowanie nie. (Śmiech.) Wszystko dzieje się tu i teraz. W opiece nad Franiem ogromnie pomaga mi mój partner, ale też dziadkowie. To dzięki nim mogę się realizować. Najważniejszy jest dla mnie jednak balans - czas dla rodziny i siebie, choć wiem, że mogłabym pracować bez przerwy. 

Z jakich zabiegów w okresie letnim najczęściej korzystają Panie? 

W okresie letnim Panie  często korzystają z infuzji tlenowej, mezoterapii igłowej i oczyszczania wodorowego, mezoterapii bezigłowej, biorewitalizacji bez igieł, ale też z zabiegów na przebarwienia. 













Magda  i Natalia Przybysz / fot. archiwum prywatne Magdy

Są też takie zabiegi, z których mogą korzystać jak panie, tak i panowie. Należy do nich m.in. masaż kobido. Na czym polega?

To tzw. "niechirurgiczny lifting twarzy".

To głęboki masaż twarzy, głowy, szyi i karku. Wykonywane ruchy mają odprężyć i zrelaksować, rozluźnić mięśnie, które są stelażem skóry, a ruchy liftingujące powinny pobudzić skórę do pracy i do produkcji kolagenu. Ruchy drenujące usuwają toksyny i usuwają obrzęki.

Efekty po masażu są bardzo spektakularne, masaż działa również antydepresyjnie.

Warto podkreślić, że jesteś jedną z pierwszych specjalistek masażu kobido, działających w kraju. Czy każdy może pójść na taki masaż? Jakie plusy za sobą niesie?

Na taki masaż może przyjść każdy. Ruchy dobieram indywidualnie do potrzeb podopiecznego.

Na chwilę przed naszą rozmową zdradziłaś, że kiedy poszłaś na pielęgniarstwo, często mierzyłaś się z pytaniami, czy wybrałaś takie studia, by wykonywać zabiegi medycyny estetycznej. Jak jest naprawdę?

Na pielęgniarstwo poszłam przede wszystkim, aby poszerzyć swoją wiedzę medyczną i zapewnić maksymalne bezpieczeństwo i wiedzę swoim podopiecznym. Wbrew różnym domysłom, nie zamierzam powiększać ust. (Śmiech.) Interesuje mnie praca z krwią oraz naturalne zabiegi regeneracyjne. 

Kosmetologia to moja pasja, czuję się w niej,  jak ryba w wodzie. Jestem przekonana, że towarzyszyć będzie mi już zawsze. 

Mówi się, że pielęgniarstwo to nie zawód, a  powołanie. Jak się odniesiesz do tych słów? Co takiego dały Ci te studia, czego nie dają inne? 

Pielęgniarstwo daje mi możliwość podniesienia swoich kwalifikacji oraz pozwala na bardziej świadomą opiekę nad moim podopiecznym. Stwarza też możliwość holistycznego podejścia do ich potrzeb. 

Jesteś nie tylko pasjonatką kosmetologii, pielęgniarstwa i życia, ale też miłośniczką Kizomby. Opowiedz coś więcej o tym stylu tańca. 

To tajemnica, którą nie chwalę się często. (Śmiech.) Kizomba,  to zmysłowy taniec, umiejętność porozumiewania się bez słów, to trochę taka część mnie. Nie musisz mówić dużo, a dużo wiesz i widzisz. (Śmiech ) 

Dlugo tańczyłam. Teraz sporo czasu poświęcam rodzinie, a w szczególności mojemu synowi. Ale lubię do niej wracać.

Mam wrażenie, że balans, który starasz się utrzymywać na co dzień, ale też praca, pasja i rodzina sprawiają, że możesz powiedzieć, że jesteś osobą spełnioną i szczęĺiwą.

Czuję się spełniona, mimo trudności, które spotkały mnie w życiu. Jednak nigdy się nie poddałam i uparcie dążyłam do celu. 

piątek, 26 lipca 2024

Małgorzata Rożniatowska o "M jak Miłość" i filmach z serii "Kogel-Mogel" [WYWIAD]

Małgorzata Rożniatowska o "M jak Miłość" i filmach z serii "Kogel-Mogel" [WYWIAD] 



















fot. Piotr Smoliński / Teatr Dramatyczny / 

Małgorzata Rożniatowska to aktorka charakterystyczna, którą wyróżnia m.in. tembr głosu. Jak sama przyznaje, od zawsze marzyła o byciu aktorką, czemu dawała wyraz od najmłodszych lat, bawiąc się w teatr. Czasami żałuje, że nie marzyła więcej...

W Warszawie rozmawiałyśmy nie tylko o egzaminach do szkoły teatralnej i poezji, ale także o serialu "Złotopolscy", "M jak Miłość" i filmach z serii "Kogel-Mogel". Małgorzata Rożniatowska wspominała również czas, który na planie spędziła z śp. Pawłem Nowiszem. 

Nigdy nie myślała Pani o innym zawodzie? Podobno żałuje Pani, że jako dziecko nie sprecyzowała więcej swoich marzeń, bo być może któreś z nich udałoby się jeszcze spełnić. O czym marzyła Pani jako kilkulatka? 

Zawsze marzyłam tylko o aktorstwie. Miałam bardzo dużo zabawek, ale bawiłam się wyłącznie w teatr. Faktycznie, żałuję, że nie marzyłam więcej. Miałam trzy marzenia podróżnicze. Wszyscy wiemy, jakie były czasy, nie wyjeżdżało się za granicę. Tak naprawdę, wszystkie te marzenia spełniły się dzięki temu, że uprawiam ten zawód. Chciałam zobaczyć Niagarę. Marzyłam też o tym, by stanąć pod Ścianą Płaczu w Jerozolimie. Chciałam też wejść na kopułę w bazylice św. Marka. To wszystko mi się udało. Szkoda, że nie wymarzyłam sobie, by znaleźć się jeszcze w kilku miejscach. Pewnie jakieś marzenie do spełnienia z dzieciństwa też by się jeszcze znalazło.

O czym marzy Pani teraz?

Przez te wszystkie lata przestałam marzyć w sensie zawodowym. Uważam, że to, co przyjdzie, należy brać, a takie marzenia rzadko kiedy się spełniają. Zawsze było tak, że kiedy wydawało mi się, że w moim zawodowym życiu już nic się nie wydarzy, to nagle się okazywało, że dzieje się coś fantastycznego.

Są dwie anegdoty, które dotyczą Pani zdawania do szkoły teatralnej. Pierwsza dotyczy tego, jak podczas egzaminu ktoś zapytał, dlaczego przyszła Pani brudna na egzamin, druga zaś tego, jak po całym dniu postanowiła Pani „obudzić“ komisję egzaminacyjną, kiedy jedna z osób zasiadających w niej, zmęczona całym dniem egzaminowania, zleciła, by powiedziała Pani cokolwiek. Wybrała Pani wtedy fragment "Chłopów" Władysława Reymonta.

Nie wiem, jak to się stało, ale jako małe dziecko siedziałam w kojcu i się o niego uderzyłam, w konsekwencji czego została mi taka charakterystyczna plamka na twarzy. Rodzice próbowali wszystkiego, by się tego pozbyć, ale nic nie pomagało. Zniknęło dopiero po latach. Kiedy na egzaminie usłyszałam to pytanie, zaczęłam szukać plamy na białej sukience, którą ubrałam na egzamin. Wtedy ktoś powiedział, że chodzi o ten ślad na twarzy. Spojrzałam, skąd ten głos płynie. Okazało się, że to profesor Jan Świderski. Wtedy widziałam go na żywo po raz pierwszy. Przedtem widziałam go  tylko na scenie. Charakterystycznym dla niego było to, że zawsze miał bardzo mocną charakteryzację stosowną do roli. Na egzaminie był siwy, opalony i miał najpiękniejsze na świecie niebieskie oczy. Spoglądając na niego, oniemiałam, bo jeszcze nigdy nie widziałam tak ładnego mężczyzny. (Śmiech) Musiało to dość komicznie wyglądać, bo nawet komisja zaczęła się śmiać. (Śmiech)

Do szkoły teatralnej zdawałam trzy razy. Kiedy zdawałam po raz ostatni, był już wieczór. W komisji było już tylko parę osób, bo niektórzy grali o tej porze spektakl. Byli zmęczeni, czułam, że zasypiają. Huknęłam "Chłopami" w nadziei, że ich obudzę. I tak się stało. (Śmiech)

Jest Pani miłośniczką poezji, a w szczególności tej pisanej przez Władysława Broniewskiego. Kończąc już temat egzaminów, słyszałam, że przytoczyła Pani fragment jego poematu „Komuna Paryska“. Moim ulubionym jest wiersz Broniewskiego "Lampka". Po czyją poezję zdarza się Pani jeszcze sięgać?

Broniewski zawsze do mnie przemawiał. Lubię poezję klasyczną, ponieważ daje możliwość łatwego czytania i łatwego zapoznania się z utworem. Cenię też poezję współczesną, ale żeby dobrze przeczytać, trzeba ją  przeanalizować i zrozumieć autora. Tego nauczył mnie profesor Wojciech Siemion. Chętnie się podejmuję czytania poezji współczesnej, ale nade wszystko kocham klasykę.

Jakim jest Pani czytelnikiem? Czego poszukuje w książkach?

Jestem czytelnikiem pożerającym. (Śmiech) Mam bardzo mało czasu na czytanie. Stos książek do przeczytania leży obok mojego łóżka, w nadziei, że stopniowo, czytając przed snem, nadrobię te zaległości.

Ja na nasze spotkanie zabrałam książkę „Siła codzienności“ z 2008 roku, autorstwa Marzanny Graff. Jest Pani bohaterką jednej z rozmów na codzienne tematy, z których ta publikacja się składa. Pamięta Pani okoliczności tej rozmowy?

Okoliczności tej rozmowy nie za bardzo pamiętam, ale z Marzanką znamy się całe wieki. Poznałyśmy się, pracując przy różnych akcjach charytatywnych. Był taki czas, że spędzałyśmy ze sobą każdą wolną chwilę. Od premiery tej książki minęło wiele lat.

W maju 2023 roku Stefan Friedmann, z którym gra Pani w serialu "M jak Miłość", wydał swoją mówioną niebiografię „70 lat mojego dzieciństwa, czyli niech Pan powie coś wesołego“. Pani nigdy nie myślała o napisaniu książki o sobie?

Myślałam o tym całe życie, ale nigdy nie miałam na to czasu. Kiedyś, razem z nieodżałowanym kolegą Grzesiem Komendarkiem, który grał ze mną w „Złotopolskich“, współpracowałam z jednym ze znanych supermarketów. Szukali znanych postaci. Kiedy dowiedziałam się, że mam połączyć rozmowę z gotowaniem, powiedziałam, że nie dam rady. Potrafię gotować, ale trudno to pogodzić z czymś innym. (śmiech) Zaproponowałam, że będzie mi towarzyszył Grześ. Akcja się rozwinęła, odwiedziliśmy wszystkie sklepy tej sieci w całym kraju. Wydawali swoje pismo i zaproponowali mi, bym i ja coś dla nich pisała. Zaczęłam opisywać różne wydarzenia z mojego życia, co cieszyło się ogromnym powodzeniem. W którymś momencie pozbierałam te swoje wypociny i spytałam wybitnego poety i dramaturga a mojego przyjaciela Remigiuszowi Grzeli, by ocenił, czy mogłabym napisać książkę. Powiedział, że jak najbardziej. Na tym się skończyło. (Śmiech.)

Od ogółu, do szczegółu. (Śmiech) Do obsady serialu "M jak Miłość" dołączyła Pani w 1028 odcinku, w roli nikogo innego jak Zosi Kisielowej. O żonie Włodka Kisiela mówiono na wiele lat przed tym niż Pani tę rolę otrzymała. Z śp. Jerzym Próchnickim nie spotkała się Pani na planie serialu, ale miała Pani okazję grać z śp. Witoldem Pyrkoszem. Jak go Pani wspomina?

Kiedy przyszłam do serialu, to rzeczywiście, nie grałam z moim serialowym mężem, ale kiedy moja rola w tym serialu się zaczynała, był na planie i miał scenę z śp. Witkiem Pyrkoszem. Obserwowałam ich z daleka. Ze śp. Panem Jerzym Próchnickim mam za to wspólne zdjęcie, które zrobili nam na planie. Z Witkiem Pyrkoszem miałam bardzo dużo scen, pamiętam taką ze wspólnymi tańcami, raz też Zosię upił. Granie z nim to była przyjemność.

Lubi Pani oglądać siebie na ekranie?

Jak każdy aktor - nie. (Śmiech) Za każdym razem jak coś oglądam, myślę o tym, co mogłam zrobić inaczej.

Gdyby miała Pani Kisielową opisać w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Torpeda. (Śmiech) Uważam, że to kobieta o wielkim sercu. Zawsze chce pomagać, co jej co prawda zazwyczaj nie wychodzi, ale zawsze jest wesoło.

Jak opisałaby Pani przemianę, którą przeszła na przestrzeni odcinków?

Jestem bardzo wdzięczna scenarzystom. To oni przecież wymyślają, to, co muszę zagrać. Dzięki nim moja postać może się rozwijać.

Jakie wyzwanie aktorskie, związane z tą rolą jest Pani ulubionym?

Niczego nie można powielać. W każdej sytuacji trzeba szukać nowych rozwiązań. To jest najważniejsze, bo postać nie może stać się nudna.

Kolejną postacią, którą zaskarbiła sobie Pani sympatię widzów, bez dwóch zdań była Kleczkowska ze „Złotopolskich“. Jak po latach wspomina Pani pracę na planie serialu?

Prace na planie „Złotopolskich“ wspominam fantastycznie, z wielką przyjemnością. Byliśmy rodziną. Tak samo jest teraz, na planie „M jak miłość". Wszystko zależy od ludzi. Mam szczęście do cudownych ekip.

Mam wrażenie, że obok Kisielowej, jest ona drugim Pani wcieleniem aktorskim, z którym jest Pani najczęściej kojarzona przez widzów. Czy się mylę? Z jakich jeszcze ról najczęściej kojarzą Panią widzowie?

Seriale dają największą popularność. Widzowie chodzą też do teatru, co bardzo mnie cieszy. Kojarzą mnie z różnych projektów, przy których pracowałam.

Pod koniec stycznia premierę miał „Baby Boom, czyli Kogel-Mogel 5". To już piąta odsłona tego kultowego filmu. Nie kryje Pani, że ma sentyment do pierwszych dwóch części, powstałych w latach 80.

Chyba wszyscy, którzy oglądali te filmy, darzą je sympatią. Jestem szczęśliwa, że mogłam zagrać w trzech następnych częściach. To kolejna charakterystyczna postać. Wspominałam już w którymś z wywiadów, że do "Kogla" weszłam za Stanisławę Celińską, która nie mogła zagrać, bo nie pozwalały jej na to terminy. A najlepszą recenzją było dla mnie to, że  któregoś dnia wracałam z planu „Emki“ i Stasia do mnie zadzwoniła, komplementowała film i nasz duet ze śp. Pawłem Nowiszem.  Był to dla mnie ogromny zaszczyt i przeżycie, bo jest dla mnie niedościgłym wzorem aktorstwa.

Pani w tej historii wciela się w Goździkową. Czy między nią a postaciami Kisielowej i Kleczkowskiej można znaleźć jakiś wspólny mianownik? (Śmiech)

Każdą z ról pisze inny scenarzysta. Staram się, by każda czymś się różniła. Nawet fryzurą lub kostiumem, ale pewne porównania będą się pojawiać zawsze. Nie przejmuję się tym.

Podobno o planach zawodowych nic Pani nie powie, bo jest Pani przesądna, jak każdy w tym zawodzie.

Bardzo jestem przesądna, nic nie powiem. (Śmiech) Zdradzę jedynie, że kroi się coś bardzo fajnego.


Ewa Florczak o serialu "07, zgłoś się" i swoim monodramie [WYWIAD]

Ewa Florczak o serialu "07, zgłoś się" i swoim monodramie [WYWIAD] 




















fot. Mariola Morcinková

Z Ewą Florczak spotkałam się w Warszawie. Aktorka opowiedziała o pracy z nieodżałowanym Bronisławem Cieślakiem, z którym grała w kultowym "07 zgłoś się", ale też o tym, co sprawia, że ten serial dalej jest tak chętnie oglądany.

Nie zabrakło też pytań o pianino, dom rodzinny, monodram i o to, czy… chciałaby napisać książkę.

Choć jako pierwsza w Pani życiu pojawiła się muzyka, to ostatecznie postawiła Pani na aktorstwo. Pół żartem, pół serio, w jednym z wywiadów powiedziała Pani, że nie miała Pani wyjścia, muzykę musiała pokochać, bo urodziła się w domu z fortepianem. (Śmiech) Proszę tę myśl rozwinąć.

Tak było. (Śmiech) W domu fortepian mieliśmy od zawsze, odziedziczony został po kimś z rodziny. Był ogromny. Przychodziła do nas pani, która uczyła nas na nim grać. Okazało się, że mam dobry słuch.

Choć nie gra już Pani na żadnym instrumencie, to mam wrażenie, że wrażliwość muzyczna, wypracowana poprzez granie w przyszłości, zostaje z człowiekiem na zawsze. Podobnie jest u Pani?

Mój brat gra nadal, ale ja już faktycznie nie gram. Lubię słuchać muzyki i śpiewać, kiedy pianista mi akompaniuje. Granie na jakimkolwiek instrumencie uwrażliwia człowieka na muzykę, w konsekwencji czego zaczyna ją nie tylko słyszeć, ale też rozumieć.

Nie mogę sobie przypomnieć, czy przyszło Pani swoje umiejętności muzyczne wykorzystać na planie filmowym. Proszę mi pomóc. (Śmiech)

W paru dubbingowałam część muzyczną. Wyglądało to tak, że jakaś aktorka mówiła głosem postaci, a ja śpiewałam.

Jest Pani kolejną osobą, ze strony której już od pierwszych minut naszej rozmowy bije pozytywna energia. Uśmiech praktycznie nie schodzi z Pani twarzy. Takie nastawienie to Pani świadomy wybór, prawda? Chyba nawet nie mogłaby Pani inaczej.

Taka jestem. Pozytywną energię wyniosłam z domu rodzinnego. Tam zawsze panował uśmiech. Pozytywnej energii nie brakowało. Nie było żadnej agresji. Rodzice byli uśmiechnięci, radośni. Ja również mam taką potrzebę, by być otwartą na ludzi.

Największą popularność przyniosła Pani rola sierż. Ewy Olszańskiej w kultowym „07, zgłoś się“, gdzie przez większość odcinków pojawiała się Pani u boku nieodżałowanego Bronisława Cieślaka. Jak wspomina Pani aktora, który odszedł 2 maja 2021 roku?

Pożegnałam go. Byłam w Krakowie, na pogrzebie. Z ekipy serialu byłam tylko ja. Robili mi zdjęcia. Pytano mnie, dlaczego nie ma ze mną innych kolegów. W czasie ostatniego pożegnania skierowałam do niego parę zdań. Podziękowałam mu za to, że był, za to, że pracowaliśmy razem, ale też za to, że nauczyłam się od niego prawdy i tego, że postacią się jest, a nie się ją gra. To podejście bardzo go wyróżniało. Grałam z nim w dwudziestu jeden odcinkach. Na planie serialu „07 zgłoś się“ spędziliśmy siedem lat.

Niewątpliwie, to za tę rolę widzowie Panią pokochali. To prawda, że mimo tego, że serial przyniósł Pani wiele dobrego, to przez rolę milicjantki czuła się Pani do pewnego stopnia zaszufladkowana?

Tak, to prawda. Nie dostawałam żadnych ról. Jerzy Gruza powiedział mi wprost, że jestem świetna, ale się kojarzę. To zdanie utkwiło mi w pamięci.

To serial ponadczasowy. Co ma takiego w sobie, że widzowie tak lubią do niego wracać?

Nie wiem. (Śmiech) Kiedy odbywały się spotkania z reżyserem i Sławkiem, zawsze zadawano to pytanie. Być może zależy to od tego, że kiedyś kręciło się jednak inaczej. Sceny, które gram teraz, wiążą się z zapamiętaniem maksymalnie jednej strony tekstu. Kiedyś, aby zagrać jedną scenę, aktor musiał przyswoić od ośmiu do dziesięciu takich stron. Siedząc przy stole konferencyjnym, prowadziliśmy dialog. Oprócz tekstu mówionego, w międzyczasie zdarzało mi się pod lampę wydmuchiwać dym papierosowy. Wszystko szło powoli, nikt się spieszył.

Jak patrzy Pani na ten serial po latach?

Bardzo miło. Nie mam czegoś takiego, że osoba, którą grałam lata temu, jest mi obca. To jestem ja. Walorem tego filmu była nasza kostiumograf, nieodżałowana Jola Jackowska, która nas ubierała. By ubrać nas w czasie komuny, trzeba było chodzić do sklepu, gdzie wisiały ubrania z grempliny, która była sztucznym materiałem. Ona tak nie robiła. Na początku, musiałam jej przywieźć ubrania, które miałam w domu. Wybrała z nich te, w których mogłam zagrać. Koleżankom, które jeździły po świecie, mówiła zawsze, że mają jej coś przywieźć. Pamiętam, że przywoziły jej m.in. koszule dla Sławka Cieślaka. Dzięki temu ten film po tylu latach się ogląda. Nie ma wstydu. Serial jest regularnie powtarzany.

Jaki jest Pani stosunek do oglądania siebie na ekranie?

Kiedy mam czas, chętnie oglądam. Lubię to, bo pozwala mi zaobserwować, co mogłam zrobić lepiej.

Choć towarzystwo jest zaprzeczeniem monodramu, to Pani go stworzyła. Porozmawiajmy o „Ja w musicalu. Monodram w towarzystwie“. Jaka była droga od pomysłu, do realizacji?

Chodziłam na różne monodramy. W pewnym momencie stwierdziłam, że też mam coś do powiedzenia. Swój monodram napisałam sama. Opowiadam o fragmentach swojego życia, które zawodowo spędziłam w różnych stołecznych teatrach, na planach filmów, programów rozrywkowych. Pływałam na statkach, gdzie śpiewałam piosenki. Poznałam wiele osób.

Na scenie towarzyszy Pani Janusz Majewski, który odpowiada za warstwę muzyczną przedsięwzięcia oraz Filip Borowski, który przeprowadza z Panią wywiad. Na scenie opowiada Pani o różnych etapach swojego aktorskiego życia.

Taki był pomysł. Na scenie pojawia się dziennikarz, który zadaje mi pytania. Siedzimy tak jak teraz podczas nagrywania tej rozmowy. To wszystko przeplatane jest piosenkami.

Ma Pani swój ulubiony fragment w tym monodramie?

Po prostu go lubię. To moje życie, moje wspomnienia. Fajny jest m.in. fragment, w którym opowiadam, jak dostałam się do Szkoły Teatralnej.

Powiedziała Pani, że monodram stworzyła, bo poczuła, że ma coś do powiedzenia. W maju 2023 roku swoją książkę „70 lat mojego dzieciństwa, czyli niech pan powie coś wesołego“ wydał Pan Stefan Friedmann. Pani nigdy nie myślała, by napisać o sobie lub zgodzić się na wywiad-rzekę, z którego książka mogłaby powstać?

Często słyszę to pytanie. Można ze mną rozmawiać na wiele tematów. Nie tak dawno, moim znajomi rozmawiali o Annie German. Powiedziałam im, że spędziłam z nią sześć tygodni w trasie po Stanach. Śmiali się, że znam prawie wszystkich. (śmiech) Powiedziałam im, że prawie pięćdziesiąt lat uprawiam ten zawód. W związku z tym znam i pamiętam ludzi, rozmawiam z nimi. Wiele anegdot mogłabym opowiedzieć. (Śmiech) Nie wiem, jak pojemna musiałaby być moja książka, gdybym zdecydowała się ją napisać.

Dziś również towarzyszy Pani książka. Jakim jest Pani czytelnikiem? Czego poszukuje w lekturach?

W drodze na nasze spotkanie kupiłam dwie książki. Wybrałam m.in. „Chłopki“ autorstwa Joanny Kuciel-Frydryszak. Kiedy jadę na plan, zawsze muszę mieć przy sobie coś do czytania. Wszystkie zaległe lektury już przeczytałam, więc dużo książek kupiłam.

W 3758. odcinku dołączyła Pani do obsady serialu „Pierwsza miłość“. Oceniając z perspektywy widza, Barbara, babcia Kacpra, jest harda, charyzmatyczna, ale swój charakterek ma. (śmiech) Jak ją Pani postrzega?

Bardzo cieszę się z tej roli. Jest inna od tych, które grałam dotychczas. Scenarzyści mieli fajny pomysł na tę postać. Barbara nie jest typową babcią. Podobna jest do Alexis z „Dynastii“. (Śmiech.) Dobrze mnie ubierają. Jest cudnie.

W najbliższym czasie będzie się Pani skupiać przede wszystkim na pracy na planie „Pierwszej miłości“, czy szykuje się jeszcze jakiś inny projekt z Pani udziałem?

Tak. Nie tak dawno pojawiłam się gościnnie w „Na dobre i na złe", w którym grałam już po raz czwarty. Pamiętam, że na samym początku serialu zagrałam z nieodżałowaną Dusią Trafankowską (Daria Trafankowska, siostra Danuta - przyp. red.).

Jak wraca się na plan, na którym grało się wcześniej?

Niektórzy zostali, ale są nowe osoby. W odcinku, który emitowany był w ramach zakończonego niedawno sezonu, grałam z Michałem Żebrowskim i Katarzyną Skrzynecką.

Gdzie będzie można Panią zobaczyć w jesiennym sezonie?

Zagrałam w serialu „Malanowski. Nowe rozdanie“, premiera zaplanowana jest na wrzesie. Serial ponownie zagości na antenie Polsatu.

Pod koniec sezonu pojawiła się Pani w „Klanie“. To kolejny plan, na który wróciła Pani po latach, ale nie w roli zapamiętanej przez wszystkich Wandeczki, która pojawiała się w aptece przez pierwszych pięćset odcinków...

To prawda. Do „Klanu“ wróciłam w nowej roli. Gram mamę Rafała, (Marcin Kwaśny - przyp. red.) Cieszę się, że jest na mnie i moje role tyle pomysłów. To wspaniały czas.