poniedziałek, 11 kwietnia 2022

Łukasz Nowicki: "Życie jest podróżą. "My Way - Idź swoją drogą", jak śpiewał Frank Sinatra... "

 Łukasz Nowicki: "Życie jest podróżą. "My Way - Idź swoją drogą", jak śpiewał Frank Sinatra... "















fot. Małgorzata Krawczyk

Podczas Komediowych Dni Teatru, które odbywały się w Cieszynie w dniach od 4 do 6 marca, red. Mariola Morcinková, przed spektaklem "A mi to rybka", miała przyjemność rozmawiać z Łukaszem Nowickim, aktorem, podróżnikiem, prowadzącym "Pytanie na śniadanie" i teleturniej "Postaw na milion". 

W rozmowie nie zabrakło sentymentalnych wspomnień o Cieszynie, Teatrze Mickiewicza, czy...fabryce Prince Polo.  Pojawił się też temat Zaolzia, które od lat Łukasz Nowicki darzy ogromną sympatią. 

Spotykamy się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie. Nie jest to Pana pierwsza wizyta w tym mieście. W tutejszym Teatrze grał Pan już w minionych latach. Mówi się, że to miejsce magiczne...

Uwielbiam ten Teatr. To naprawdę magiczne miejsce. Piękna jest również tutejsza okolica, czyli chociażby Wzgórze Zamkowe. Takich miejs jest coraz mniej. Coraz częściej tworzone są jakieś domy kultury, nowoczesne, zasponsorowane przez Unię Europejską wnętrza. Wygodne, praktyczne, eleganckie, duże, a ja jednak kocham takie miejsca. Ostatnio graliśmy też w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi, który też jest piękny. Przyjemnie jest trafiać w takie miejsca.

Ma Pan swoje ulubione miejsca w Cieszynie?

Najwięcej skojarzeń mam z Czeskim Cieszynem. Kojarzy mi się z Hotelem Piast, z restauracją Da Capo oraz z tą słynną karczmą na rogu, gdzie przesiadywał Jaromir Nohavica. 
Mam też wiele wspomnień z teatrem, który tam się znajduje. Bywałem na czesko-polskim spektaklu muzycznym "Těšínské niebo – Cieszyńskie nebe" oraz na wielu innych przedstawieniach abonamentowych.

Polska strona Cieszyna kojarzy mi się z Fabryką produkującą Prince Polo, co od zawsze robiło na mnie ogromne wrażenie. Nie wiem, czy wszyscy wiedzą, ale Prince Polo jest najpopularniejszym deserem na Islandii. Wcale nie jest to Mars lub Bounty, chociaż znaczna ilość osób jest przekonana, że tak. Kiedy tylko jestem na Islandii, opowiadam, że znam dobrze miasto, gdzie właśnie jest ono produkowane. 

Sentymentem darzy Pan również Zaolzie. Często wraca Pan w tamte strony?

 Znacznie lepiej od Cieszyna znam Trzyniec, Jabłonków i Bystrzycę i Nawsie. Teren Zaolzia jest mi bardzo bliski. 

Podczas naszej pierwszej rozmowy, która odbyła się w 2017 roku, powiedział Pan, że "gdyby dokonać pewnej syntezy marzeń, chciałbym wyruszyć w podróż, z której napisałbym świetny materiał, zrobiłbym zdjęcia dla National Geographic, a najpiękniej byłoby mieć możliwość zatrzymać się w trakcie tej wyprawy i coś zagrać. Życie jest podróżą." Czy nadal zgadza się Pan z tym stwierdzeniem?

Z tym, co powiedziałem w 2017 roku, teraz zgadzam się nawet bardziej, niż kiedyś. Po raz pierwszy rozmawialiśmy tuż przed czasem pandemii, a 24 lutego tr. zaczęła się wojna w Ukrainie. Świat stanął na głowie, ale rzeczywiście, życie jest podróżą. W ogóle uważam, że podróż sama w sobie zawsze jest lepsza, niż cel, czyli droga jest dużo ciekawsza, niż podróżowanie i zwiedzanie. "My Way - Idź swoją drogą", jak śpiewał Frank Sinatra... 

Uwielbiam podróż, jej planowanie, marzenia o podróżowaniu, a potem, jak już docieram w te miejsca, to często nie spełniają moich oczekiwań, ale to nie ma znaczenia. Podróż, cel plan, realizowanie fantazji...kiedy wszystko zostaje zrealizowane, czasami pojawia się w głowie myśl - po kiego grzyba ja to wszystko robiłem? (Śmiech.) Wolę być w trakcie, niż u celu.

Dziś jest Pan w podróży ze spektaklem komediowym "A mi to rybka", który zostanie odegrany w ramach Komediowych Dni Teatru, które odbywały się tutaj przez cały weekend. Choć zdania są w tej kwestii podzielone, większość aktorów twierdzi, że komedia jest najtrudniejszym gatunkiem do grania. Jakie jest Pana zdanie?

Ja bardzo lubię grać komedie. Przez pierwsze dziesięć lat uprawiania przeze mnie tego zawodu, nigdy nie grałem komedii. Grałem w Teatrze Ateneum tylko sztuki dramatyczne. Zawsze marzyłem o komedii. Wszystko tak się potoczyło, że teraz gram przede wszystkim w sztukach tego gatunku. Śmiech jest wspaniałą rzeczą, uwielbiam kiedy ludzie się śmieją. 

Granie komedii jest trudne dlatego, że aktor musi być bardzo zdyscyplinowany. 

W tej branży istnieje sformułowanie "szmirzenie", ale to coś negatywnego, polegającego na tym, że jeżeli czujemy, że widz podąża za nami, to mamy ochotę dawać mu więcej i więcej głupich min. Oczywiście, lepsze jest wrogiem dobrego i jak się zrobi czegoś za dużo, to sdaje się to po prostu nieznośne i słabe. Dlatego trzeba grać skromnie, trzeba grać prawdziwie. Tak, jak Brytyjczycy, z tzw. "poker face". Liczy się dobry tekst, fajne okoliczności i kontekst. Można zrobić coś śmiesznego i zawsze będzie jakaś reakcja, ale dobra, wyrafinowana komedia, to gatunek najtrudniejszy z trudnych. 

Dziś rozśmieszać jeszcze trudniej,  a wszystko przez to, co dzieje się na Ukrainie. Nasze serca i głowy pełne są strachu...

Może trudniej, a może łatwiej...Zanim dotarliśmy do Cieszyna, graliśmy w Krakowie. Boimy się teraz grać, ale ludzie chyba teraz jeszcze bardziej potrzebują tych dwóch godzin oderwania się od rzeczywistości. Zostawmy  na chwilę kanały informacyjne, zostawmy internet, nie scrollujmy...

Na Facebooku u Pani Adrianny Biedrzyńskiej przeczytałam wczoraj, że choć wśród aktorów brakuje siły na to, by wchodzić na scenę z zamiarem rozśmieszenia publiczności i wywoływania śmiechu, to mimo wszystko ważne jest nawet chwilowe oderwanie się od tej trudnej rzeczywistości, zapomnienie. Zgadza się Pan z tym stwierdzeniem?

 Tak. Jest ciężko, my nawet w tekście mamy odniesienia, które jeszcze jakiś czas temu nie miały kompletnie żadnego znaczenia. Bardzo często w naszej sztuce, w różnych kontekstach pojawia się sformułowanie "Rosjanin". To normalne. Rosja jest wspaniałym krajem, pełnym fantastyznych ludzi, ale teraz, w obliczu tego, co się dzieje, aż człowieka ponosi... To kontekst, o którym mówię. Francis Veber, który jest autorem tej sztuki, nie miał przecież nic złego na myśli, tworząc bohaterów tej sztuki, a teraz troszkę to przeszkadza, więc nie jest łatwo zapomnieć, ale myślę, że tym bardziej powinniśmy grać. 

To historia małżeństwa z wieloletnim stażem, które postanawia kupić sobie przyjaciela. Żona myśli o rasowym yorku, ale w końcu kupują złotą rybkę. Proszę opowiedzieć coś więcej. 

To małżeństwo, które się kocha, ale tak naprawdę brakuje im bodźców. Myślę, że sporo jest takich małżeństw, gdzie pojawiają się dzieci,  ważna jest praca, kredyt i tak sobie żyją. Mijają lata, kolejne rocznice...Kiedy połowa drogi jest już za nami, potrzebujemy czegoś nowego. Różnie się mówi o kryzysie wieku średniego. Mówi się o zmianie partnerów, o rozwodach, o super-szybkich autach, thriatlonie, bieganiu... "A mi to rybka" to opowieść właśnie o takich ludziach, którym mimo uczuć, jakimi darzą siebie wzajemnie, czegoś brakuje w życiu. York i rybka są takimi pretekstami do tego, by sobie podokuczać, powygłupiać się. Nie chcę zdradzać tu peunty tej sztuki, ale to się wszystko względnie dobrze kończy, natomiast generalnie jest tak, że rzeczywiście wychodzi na jaw, że partnerzy trochę przysnęli, nie dbali o siebie, nie opiekowali się sobą. O związek trzeba dbać, a oni o tym zapomnieli. To rodzi wiele śmiesznych sytuacji. 

To prosta komedyjka, nic wielkiego, natomiast taka bardzo życiowa, momentami nawet trochę w opozycji do reżysera, który chciał, abym niektóre rzeczy mówił inaczej, bardziej komediowo. Przyznam, że są kwestie, które wypowiadam barzdo na serio. 

W jakich okolicznościach widz zastaje Pana bohatera na scenie?

Natychmiast wchodzę z rybą. Zabawne jest to, że przemawia ona głosem Cezarego Pazury i ja z nią dialoguję. To nie jest normalna sytuacja. (Śmiech.) Czasami rozmawiamy ze zwierzętami, gadamy do psa. Od razu powiem, że psy, podobnie jak ryby nas nie rozumieją. (Śmiech.) Czworonogi wyczuwają nasze emocje. Wiedzą, kiedy jesteśmy źli, smutni, wyczuwają choroby. Ryby nie wyczuwają nic. 

Tu pojawia się dialog z rybą, która pomaga naszym bohaterom uzewnętrznić się. Rozmowa z nią nagle uspakaja. Staje się przyjacielem. Nie odpowiada, nie komentuje, nie ocenia. Choć to dość absurdalna sytuacja, przed naszą rybką można się wygadać. 

Kiedy wpisuję tę sztukę w swój kalendarz, używam tylko skrótu "Rybka". Przyznam, że cały tytuł mniej mi się podoba. (Śmiech.) To taka ryba akwariowa, która staje się centralną postacią konfliktu, walki. Jest to kuriozalne, ale ludzie rozwodzą się z różnych powodów. Walczyć można o wszystko, a tutaj prawdziwa walka stoczy się właśnie o przyjaciółkę z akwarium. 

Gdyby Złota Rybka mogła spełnić Pana trzy życzenia, o co zdecydowałby się Pan poprosić w dzisiejszych czasach?

W kontekście ostatnich wydarzeń poprosiłbym o pokój, ponieważ wojna jest czymś obrzydliwym, czymś niezrozumiałym i tym, co kompletnie rozwala na kawałki...Z tym sobie nie radzę.

Jeśli chodzi o mnie, poprosiłbym o rzeczy dość banalne, czyli miłość i zdrowie. Kiedy ostatnio przechodziłem Covid, miałem wrażenie, że moje życie straciło sens. Czułem się fatalnie. Nie jest ważne, czy ktoś ma pieniądze, czy robi karierę. Zdrowie jest ważne. Chciałbym również znacznie więcej podróżować, bo bardzo mi tego brakuje. 

Czy podczas pandemii brakowało Panu podróżowania?

Zwiedzałem i odkrywałem wtedy Polskę. Jeździliśmy wzdłuż śc iany wschodniej. Byliśmy w górach i nad morzem, więc nie czułem tego. W Polsce zorganizowałem też rajd rowerowy, w ramach którego odwiedzalśmy Suwalszczyznę. To było po coś. Bardziej brakuje mi spontaniczności i wolności. Nie wiadomo, co wydarzy się jednego dnia, a co będzie działo się dalej. Nie wiem, co się wydarzy. Ceny wzrastają o 10% dziennie. Nie wiadomo, czy na coś za kilka miesięcy jeszcze będzie mnie stać. 

Moje życie polega na planowaniu. Bardzo dużo pracuję, więc w związku z tym mam zaplanowane dwa lata wprzód. Dokładnie wiem, kiedy i gdzie pojadę w przyszłym roku na wakacje. Spektakle rezerwuje się z rocznym wyprzedzeniem, a ja nie wiem, co nas czeka. To mnie deprymuje. 

Właśnie ruszył kolejny sezon "Postaw na milion", prowadzi też Pan "PNŚ" razem z Małgosią Opczowską. Jaką jest współprowadzącą?

Gosia jest dziennikarką newsową, a ci dziennikarze mają to do siebie, że są zawodowcami. 

Jak radzi Pan sobie na wizji z trudnymi emocjami, chociażby tymi, które pojawiają się w kontekście ostatnich wydarzeń?

Z emocjami sobie radzę, ale moje prowadzenie opiera się na robieniu tzw. show. Czasem robimy z siebie idiotów, niekiedy robimy prowokacje, pojawiają się żarty. Teraz tego nie ma. Teraz trzeba być merytorycznie przygotowanym, odpowiedzialnym za każde słowo, jeszcze bardziej, niż zwykle. Dla mnie to jest trudne.  Z Małgosią świetnie prowadzi się program. Mogę się zdrzemnąć, a ona przejmie pałeczkę. (Śmiech.)  

Najbliższe plany.

Trwać, żyć. Jak wszyscy, jestem teraz w zawieszeniu. Jeśli chodzi o próby, nie pracuję teraz przy żadnym nowym projekcie. Prowadzę swoje programy, robię swoje. Chcę to po prostu przetrwać, pragnę, by to wszystko się uspokoiło. Wierzę, że będzie dobrze. W tej chwili najważniejsza jest dla mnie rodzina. 

Olaf Lubaszenko: "Teatr jako miejsce poszukiwania pocieszenia i oderwania się od zmartwień"

 Olaf Lubaszenko: "Teatr jako miejsce poszukiwania pocieszenia i oderwania się od zmartwień"













fot. Małgorzata Krawczyk 

Podczas Komediowych Dni Teatru, które odbywały się w Cieszynie w dniach od 4 do 6 marca, red. Mariola Morcinková miała przyjemność rozmawiać z Olafem Lubaszenko, aktorem, znanym m.in. z "E=MC2", "Futro z Misia", ale też seriali - "Barwy szczęścia", "Blondynka", Sfora, czy "Odwróceni. Ojcowie i córki". 

Dla tutejszej publiczności wraz z Anną Gornostaj wystąpił w sztuce komediowej "Małżeństwo to morderstwo", której jest także reżyserem. 

Spotykamy się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w  Cieszynie. Nie jest to Pana pierwsza wizyta w Cieszynie, albowiem pojawiał się Pan tutaj w ubiegłych latach. Ostatnio miało to miejsce podczas zeszłorocznej edycji KNG. To jeden z najbardziej znanych i lubianych festiwali filmowych w Polsce. Jak Pan wspomina ubiegłoroczną edycję i pobyt tutaj?

Okazało się, że jest tu wielki, piękny, otwarty, kolorowy świat wyobraźni, pięknie prowadzony przez Jolantę Dygoś i Łukasza Maciejewskiego. Przy okazji festiwalu odświeżyłem sobie wspomnienie tego miasta, które różni się od innych miast w Polsce, ale również od miast na świecie. Dzieje się tak przez jego szczególne położenie, często niełatwą historię i przez niezwykłą energię płynącą z tego, co dzisiaj nabiera zupełnie innych znaczeń. Festiwal był kilka miesięcy temu, a dziś świat całkiem się zmienił. Słowo "granica" znaczy zupełnie co innego, niż w ubiegłym roku...

Festiwal ten sprzyja nie tylko oglądaniu filmów i spotykaniu się z publicznością, ale też odkrywaniu miasta. Czy ma Pan swoje ulubione zakamarki w Cieszynie?

Nie, na to zdecydowanie za wcześnie. Za krótko tu byłem. W pamięci zapadły miza to dwa wydarzenia. Była to debata o polskim kinie, która odbyła się właśnie w Teatrze im. Adama Mickiewicza. Ma on niesamowitą historię, która dzisiaj do nas wróciła, a wszystko to za sprawą niezwykle barwnej opowieści Pana Dyrektora, Andrzeja Łyżbickiego. 

Drugim wydarzeniem była debata o relacjach polsko - czeskich i Europie Środkowej z udziałem m.in. Adama Michnika.

Po dwóch latach przerwy, która spowodowana była sytuacją pandemiczną, na deski Teatru wracają wyczekiwane przez widzów i aktorów Dni Teatru. Od piątku do niedzieli odegrane zostały trzy spektakle komediowe z  repertuaru  warszawskiego Teatru Capitol. Co nie były łatwe w związku z tym, co od ponad tygodnia dzieje się na Ukrainie. Nasze serca i głowy pełne są strachu...

Oczywiście. To pytanie, które zadają sobie pewnie wszyscy, występujący w repertuarze komediowym. Zastanawiamy się, czy w takich chwilach w ogóle mamy prawo do śmiechu i do dostarczania ludziom rozrywki.Otóż, wydaje mi się, że mamy nie tylko takie prawo, ale również uważam, że jest to bardzo potrzebne. W trudnych czasach ludzie poszukują pocieszenia i okazji do tego, aby oderwać się od zmartwień. 

Właśnie. Na Facebooku u Pani Adrianny Biedrzyńskiej przeczytałam wczoraj, że choć wśród aktorów brakuje siły na to, by wchodzić na scenę z zamiarem rozśmieszenia publiczności i wywoływania śmiechu, to mimo wszystko ważne jest nawet chwilowe oderwanie się od tej trudnej rzeczywistości, zapomnienie. 

Zgadzam się z tym, że jest to zarówno oderwanie się dla widzów, jak i też, choć to może pewien paradoks albo rzecz trochę zaskakująca, ale też dla nas, czyli tych, kórzy jesteśmy na scenie. Często powtarzam, że działa to zawsze w dwie strony. My dajemy widzom szansę na ucieczkę od bolesnej codzienności, ale też sami tę szansę mamy, żeby przez dwie godziny pobyć w innym świecie. 

Występuje Pan w sztuce na dwóch aktorów, "Małżeństwo to morderstwo". Na scenie towarzyszyć będzie Panu Pani Anna Gornostaj. Nie tylko gra Pan w tej sztuce, ale jest także jej reżyserem. Czy połączenie tych dwóch funkcji nie bywa czasem trudne?

Sama sobie pani trochę odpowiedziała na to pytanie. Oczywiście, że to jest trudne, ale myślę, że rozważyliśmy plusy i minusy. Pani dyrektor Teatru Capitol Anna Gornostaj, uznała, że w tym wypadku akurat plusów jest więcej... A mówiąc poważnie, dzięki temu, że na scenie jesteśmy tylko we dwoje, to daje nam możliwość zbudowania pewnej szczególnej więzi, w której do efektu dochodzimy inną drogą niż wtedy, kiedy jest obecne tzw. "trzecie oko", czyli reżyser.  Kiedy milknie trzeci dzwonek i podnosi się przysłowiowa kurtyna i zapają się światła, to proszę mi wierzyć, że reżyser zostaje gdzieś daleko. Jesteśmy tylko we dwoje, jesteśmy partnerami. Jest tylko publiczność, tekst i nasze postaci. 

Wciela się Pan w rolę Paula. Co opowie Pan o swojej postaci?

 Tekst sztuki jest punktem wyjścia. Potraktowaliśmy to jako pewnego rodzaju pretekst do tego, by opowiedzieć coś po prostu o ludzkich relacjach. Do pewnego stopnia jest to kryminał, ma też w sobie coś z thrillera, ale nie ukrywam, że dla mnie bardziej interesujące jest to, co jest uniwersalne w tym tekście. To, co mogło przydarzyć się w każdym małżeństwie, nie tylko w małżeństwie pisarzy, którzy tworzą kryminały.  Po prostu dwojga ludzi, którzy raz są dla siebie lepsi, raz gorsi, potem się nienawidzą, a jeszcze innym razem nie mogą bez siebie żyć.  

Niemal od zawsze spotykam się wśród aktorów z opinią, że komedia jest najcięższym gatunkiem do grania. W czym Pana zdaniem zawarta jest ta trudność?

To jest tak mądre zdanie, że aż mnie korci, by się z nim nie zgodzić. (Śmiech.) Rzeczywiście, prawie wszyscy podkreślają to, że jest trudnym gatunkiem, ale w takim razie z przekory powiem, że nie dzieliłbym Teatru na wesoły i smutny, a gatunków na trudne i łatwe. Myślę, że zrobić coś dobrego zawsze jest trudno bez względu na to, czy jest to komedia, czy ciężki, ponury, egzystencjalny dramat. 

Piotr Gąsowski: "Wszyscy piszą o swoich sukcesach, a ja napisałem o tym, co mi nie wychodzi"

 Piotr Gąsowski: "Wszyscy piszą o swoich sukcesach, a ja napisałem o tym, co mi nie wychodzi"














fot. zdjęcie nadesłane

Z Piotrem Gąsowskim miałam ogromną przyjemność spotkać się przy okazji XV Beskid Cup - Turnieju Tenisa Ziemnego Artystów Polskich w Jaworzu. Rozmawiamy o tenisie, ale też o książce co mi w życiu nie wyszło", programie "Family Food Fight - Pojedynek na smaki" i Twoja twarz brzmi znajomo".

Spotykamy się na XV Beskid Cup - Turnieju Tenisa Ziemnego Artystów Polskich w Jaworzu. Jak wraca się na takie imprezy po tak długim czasie?

Na takie imprezy cudownie się wraca, ponieważ wszyscy jesteśmy stęsknieni z racji tego, że przez ostatni rok mało pracowaliśmy. Tenis jest naszym pretekstem do spotkań. Ja słynę tutaj z tego, że zamykam każdą imprezę. (Śmiech.)

11 sierpnia odbyła się gala, podczas której wystąpili wszyscy uczestnicy. Były śpiewy, wiersze, teksty satyryczne. Coś cudownego. Całość trwała dwie godziny. Wszystkim towarzyszyła ogromna radość. To nie było wyreżyserowane, a bardzo spontaniczne. 

Jak przygotowywał się Pan do rozgrywek?

Wstyd powiedzieć, nie przygotowywałem się. (Śmiech.) Wszystko dlatego, że w trakcie jednego ze spektakli mój nadgarstek uległ kontuzji. 

Jest Pan zapalonym graczem tenisa ziemnego. Czy w czasie pandemii udawało się Panu w miarę regularnie grać?

Tak, czasami udawało mi się zagrać w tenisa.  

Jak zniósł Pan izolację?

Czas izolacji spędzałem bardzo rodzinnie. Poznałem Instagrama, gdzie dorobiłem się bardzo fajnej społeczności. Robiłem różne aukcje charytatywne, których celem było wspieranie młodych artystów. To mi pomogło.

Wraz z moim synem, menadżerem Darkiem i moim tatą, często grałem w brydża. Pisałem też moją drugą książkę. 

Czego nauczył Pana ten trudny czas?

W tym trudnym czasie miałem więcej czasu na naukę. Przekonałem się, że kiedy ma się wiele pasji, to nawet nawet w czasie izolacji można je realizować. Teraz jestem o wiele lepszy w graniu brydża, ponieważ poświęcałem mu w ostatnich miesiącach naprawdę dużo czasu. 

W czasie pandemii narodził się pomysł nadawania regularnych relacji live na Pana profilu, ale też w towarzystwie m.in Dowborów. Co najbardziej podobało się Panu w tych spontanicznych relacjach live?

Najbardziej podobał mi się ten kontakt z ludźmi, którego nie ma, kiedy grają coś w telewizji. Ludzie, których zapraszam do siebie na relację live, czują się tak, jakby byli u mnie na imprezie. 

Internauci piszą do mnie listy, które są dla mnie bardzo ważne, staram się im odpowiadać. 

Kiedy na samym początku pandemii powstał pomysł tych spotkań, prawie w ogóle nie spałem, ponieważ relacje kończyły się późno, a wtedy odpowiadałem na listy. 

Jestem dumnym autorem najdłuższego pandemicznego przekazu, który trwał 7,5godz. 

W każdym mieście, w którym teraz gram są grupy, które "wchodzą w Gąsa". To jest bardzo przyjemne. 

Były też livy, podczas których czytał Pan fragmenty swojej książki "Co mi w życiu nie wyszło?" Wydana była co prawda w 2017 roku, ale do teraz zyskuje nowych czytelników. 

Fragmenty książki "Co mi w życiu nie wyszło?" czytałem na Instagramie przez dwa miesiące. Zapraszałem też gości specjalnych, np. w nawiązaniu do rozdziału o "Tańcu z gwiazdami", pojawili się jego uczestnicy. Była to bardzo fajna przygoda.

Przyznaje Pan, że to, co się w niej pojawiło, spisywał 5 lat, ale dlatego tak długo, że robił to sam. (Śmiech.) To prawda?

Tak, to prawda. Przygotowałem ją zupełnie sam. Do wydawnictwa przyniosłem ją gotową, a tam ją jedynie wydrukowali.

Tytuł jest trochę przewrotny, a trochę prawdziwy. Skąd pomysł na niego? 

Tytuł w mojej głowie pojawił się nagle. Wszyscy piszą o swoich sukcesach, a ja postanowiłem napisać o tym, co nie wychodzi (Śmiech.), bo o tym się mało mówi. Okazało się, że to jest też ludziom potrzebne. Czasami warto zobaczyć, że wszyscy jesteśmy tylko ludzi i każdemu z nas może coś nie wyjść. To pozytywna książka, która wywołuje uśmiech na twarzy czytelnika. 

Przepełniona jest anegdotami i historiami z Pana życia. Ma Pan swój ulubiony fragment?

Nie mam jednego ulubionego fragmentu, lubię ją całość. Wiele zależy od mojego nastroju w danym dniu. 

Kiedy ją napisałem, uświadomiłem sobie, że wiele rzeczy jeszcze nie zdradziłem, ale już piszę kolejną. 

Pojawia się jakaś historia, którą na łamach książki opowiada Pan po raz pierwszy?

Tak, oczywiście. O wielu rzeczach przypominałem sobie w trakcie pisania. Przynajmniej połowa przygód, które przeżyłem, na łamach tej książki po raz pierwszy wyszła na światło dzienne. 

Uważa Pan, że pandemia niejako przyczyniła się do wzrostu wskaźniku czytelnictwa w Polsce?

Ostatnie miesiące z pewnością sprzyjały czytaniu, ale też nadrabianiu zaległości filmowych. 

Jakim Pan jest czytelnikiem, czego poszukuje w książkach?

Dobre pytanie. (Śmiech.) Dużo czytam artykułów i felietonów. 

Co przeczytał Pan ostatnio? 

Ostatnio przeczytałem "Ludową historię Polski". Ta książka mnie przeraziła. Mówi o historii chłopów w Polsce. To oczywiście rzuca cień na naszą historię, ale polecam wszystkim. 

Stawia Pan na książki tradycyjne, czy korzysta też z czytników ebook-ów i takich platform jak Legimi?

Czasami w samochodzie słucham e-booków, ale jeżdżę dość szybko, a słuchanie mnie rozprasza. 

Wiadomo już, że szykuje Pan kolejną książkę. Kiedy premiera?

Nic jeszcze nie wiadomo, nie spieszę się, nie mam żadnego terminu, sam wyznaczę go sobie w odpowiednim czasie. 

Jeśli chodzi o tytuł, mam parę pomysłów, ale nie chcę ich zdradzać. 

Już 1 września premiera "Family Food Fight. Pojedynek na smaki", gdzie będzie Pan jednym z trójki jurorów. Będzie Pan surowym jurorem? (Śmiech.)

Staram się nie być surowym jurorem, ale wymagają ode mnie, żebym był. Lubię i umiem gotować, ale ludzie, którzy pojawiają się w tym programie są takimi samymi amatorami, jak ja. Trudno być surowym dla osób, które gotują podobnie do mnie. (Śmiech.)

 Na co u uczestników zwraca Pan największą uwagę?

Na smak i estetykę podanych potraw. 

Jakie są Pana dania popisowe? (Śmiech.) 

Chciałoby się powiedzieć knedličky, ale nie. (Śmiech.) Moim popisowym daniem jest rosyjska zupa, solianka, która wymaga dużo pracy, ale też spaghetti bolognese, tajskie zupy i mięsa na różne sposoby. 

Co Pana zdaniem może być gwarantem sukcesu tego programu?

Program jest już nagrany. Jego formuła jest niezobowiązująca. Pokazuje, że każdy może gotować i w tym właśnie upatruję sukces tego programu. Ekipa była wspaniała, dekoracje są porażająco piękne. 

15 września rusza piętnasta już edycja programu "Twoja twarz brzmi znajomo". 

To będzie wyjątkowa edycja. Zestarzałem się w tym programie, ale zdecydowanie bardziej zestarzał się Dowbor. (Śmiech.) 

Wywiad archiwalny z 12 sierpnia 2022 przeprowadzony podczas Beskid Cup w Jaworzu. 

poniedziałek, 28 marca 2022

Ałbena Grabowska: "Moje imię wyróżnia mnie w literackim świecie"

 Ałbena Grabowska: "Moje imię wyróżnia mnie w literackim świecie"




fot. zdjęcie nadesłane

Pierwsze pytanie, które pada zazwyczaj z ust czytelników, kiedy spotykają się po raz pierwszy z Ałbeną Grabowską - pisarką, autorką sagi "Stulecie Winnych" oraz lekarką – której specjalizacją jest neurologia, dotyczy jej imienia. 

Rozmawiamy o jej pochodzeniu, debiucie literackim, ale także o sadze "Stulecie Winnych" i serialu pod tym samym tytułem, który można oglądać w TVP1 w niedzielne wieczory. W emisji obecnie jest czwarty sezon serialu. 

Ałbena to imię bułgarskie, które oznacza kwitnącą jabłoń. Choć ludzie myślą, że to pseudonim, dostała je Pani od mamy, kiedy przyjechała do swojego ukochanego do Polski. Co ciekawe, to także imię literackie. Uważa Pani, że wyróżnia Panią w literackim świecie?

Uważam, że absolutnie mnie wyróżnia i nawet dzięki temu imieniu, które zawsze lubiłam i nigdy nie dokuczano z jego powodu, odnalazłam dwoje mioch krewnych, z którymi straciliśmy kontakt wiele lat temu. Jedną taką gałąź łódzką, a drugą z Zielonej Góry. Dzięki temu, kiedy poszli do księgarni i zobaczyli książki mojego autorstwa, zobaczyli imię i nazwisko i uznali, że absolutnie, nie może to być przypadek. Tak oryginalne imię jest czasem bardzo przydatne. (Śmiech.) 

Z wykształcenia jest Pani lekarzem, neurologiem, a swoich pacjentów przyjmuje Pani w podwarszawskim Brwinowie. Musi być Pani doskonale zorganizowana. Jaki jest Pani patent na to, by z powodzeniem łączyć bycie lekarzem z pisaniem książek?

To jest bardzo trudne. Rzeczywiście, ja jestem bardzo dobrze zorganizowana, chociaż najtrudniej było w latach 2014-2017, kiedy napisałam "Stulecie" i książka odniosła wielki sukces, a jeszcze pracowałam w szpitalu, w pełnym wymiarze godzin. To było barzdo trudne, natomiast teraz pracuję już tylko ambulatoryjnie. Swoich pacjentów przyjmuję w przychodni w Brwinowie, a przede wszystkim piszę, więc jest już łatwiej. 

Które z zamiłowań jako pierwsze pojawiło się w Pani życiu - medycyna, historia, czy zamiłowanie do literatury i pisania książek?

Szczerze mówiąc, ja nigdy nie chciałam być ani lekarką, ani pisarką. Zawsze chciałam być aktorką, co się poniekąd teraz spełnia. Pamiętam, że nawet przygotowywałam się do egzaminów do PWST, ale nie odważyłam się tam zdawać. Pisanie towarzyszyło mi prawie od zawsze, bo już w podstawówce wygrałam olimpiadę polonistyczną i nie zdawałam egzaminów do liceum. Później przyszedł pomysł na medycynę, może trochę z braku wiary w siebie i  w to, że mogłabym być aktorką i z obawy, żeby powiedzieć rodzinie, że taką właśnie drogę wybrałam, bo też nie byłam przekonana, że to jest to albo nic. Mój ukochany zdawał wtedy na medycynę i był absolutnie przekonany, co do tego, że chce być lekarzem, to ja też stwierdziłam, że tego bardzo chcę. I jak to ja, czyli osoba zdyscyplinowana i zawsze kończąca to, co zaczyna, przez wiele lat oddawałam się temu zajęciu, ale też pewnie tak miało być, że miałam te wszystkie książki napisać, więc zaczęłam to robić. 

W 2011 roku powieścią "Tam, gdzie urodził się Orfeusz" zadebiutowała Pani w roli pisarki. Czy zgodzi się Pani z tym stwierdzeniem, że dla autora debiut literacki jest tą książką, którą wspomina z największym sentymentem?

Tak, dlatego, że on determinuje właściwie wszystko. Ja, pisząc "Orfeusza", nie zamierzałam pisać innych książek. Mój debiut literacki był pomysłem na to, by o mojej drugiej ojczyźnie opowiedzieć moim dzieciom. Nie był to pomysł na to, by zostać pisarką, by zacząć od takiej książki, a potem napisać inne. Był to właściwie przypadek, że po niej pojawiła się propozycja napisania kolejnej książki. Kiedy napisałam książkę dla swojego syna, zrozumiałam, że mam kolejne pomysły. Gdyby nie moja pierwsza książka, to pewnie bym nie zadebiutowała, bo nie przyszłoby mi do głowy, by coś napisać. 

W swoim debiucie literackim spisała Pani swoje wspomnienia oraz podzieliła się tym, co wie o Rodopach, z których pochodzi Pani rodzina. Jakie jest Pani pierwsze wspomnienie z dzieciństwa?

W moich pierwszych wspomnieniach z dzieciństwa przewijają się moje babcie. Z babcią Zosią, która niespecjalnie była taką polską babcią, kojarzy mi się moment, kiedy jedyny raz zabrała mnie na spacer, a ja wtedy spadłam z górki i rozbiłam sobie nos. (Śmiech.)

W Bułgarii raz w tygodniu wybieraliśmy się do łaźni, ponieważ nie było u nas w domu łazienki, więc chodziło się właśnie tam. Pamiętam, jak maszerowałam tam z moją drugą babcią. 

Czy już od najmłodszych lat interesowała się Pani książkami, lubiła kiedy jej się czytało?

Oj, tak. Bardzo dużo czytałam już od najmłodszych lat. W mojej osiedlowej bibliotece przeczytałam prawie wszystkie pozycje, ponieważ wtedy nie kupowało się aż tyu książek, więc biblioteka była takim najpewniejszym miejscem, gdzie można było coś przeczytać. 

W Pruszkowie jestem w kontakcie z takim  panem bibliotekarzem, który mnie zaprasza na wszystkie spotkania i pamięta jeszcze,  jak wyrabiał mi pierwszą kartę biliboteczną. Czytałam zawsze i bardzo dużo. 

Ulubiona książka z dzieciństwa to...

"Momo" autorstwa Michaela Ende. 

Największą popularność zyskała Pani dzięki stworzeniu sagi "Stulecie Winnych", która w 2018 roku doczekała się ekranizacji. Proszę w skrócie opowiedzieć jak wyglądał proces od wydania sagi do powstania ekranizacji.

Gotowa na taką wiekszą, epicką formę w postaci trylogii poczułam się po napisaniu wspominanego "Orfeusza" oraz trzech powieści obyczajowych. Pomyślałam wtedy, że dawno nie było takiej znaczącej sagi. Teraz jest ich bardzo wiele, ale wtedy tak nie było. 

Ostatnią taką, o której się mówiło była saga Marii Nurowskiej, "Panny i wdowy".  Z resztą, Pani Maria mieszkała przez pewien czas też w Brwinowie. To bardzo literackie miasto. (Śmiech.) 

Pomyślałam, że akcję "Stulecia Winnych" osadzę w Brwinowie, tam, gdzie mieszkam, bo będzie mi najłatwiej zderzyć fikcję z faktami, a postacie autentyczne z fikcyjnymi. To się udało. Pierwszy tob  był ogromnym sukcesem, a na drugi i trzeci czytelnicy barzdo czekali. 

Pierwsze sygnały o tym, by to zekranizować, bo jest to świetny materiał na książkę lub film pojawiały się od czytelników. Z wydawcą bardzo się staraliśmy i...udało się. Ktoś natychmiast uwierzył w potencjał tej opowieści. Pojawił się pierwszy sezon, który bardzo się spodobał. Z resztą, jest wspaniale zrobiony. Przyznam, że jestem fanką tego filmu, reżyserów, ról i całej wspaniałej obsady. Scenografia, muzyka, przemiany...wszystko robi ogromne wrażenie. 

Sukces pierwszego sezonu był tak duży, że TVP zamówiło kolejne trzy. Obecnie w emisji jest czwarty sezon, który jeśli chodzi o chronologię, ma być ostatnim sezonem, zakończy się na 1989 roku. 

Staramy się, by zekranizować również prequel "Stulecia Winnych", czyli początek, który wydałam w październiku minionego roku. 

Sama powiedziała Pani, że w roli Stanisława nie wyobraża Pani sobie nikogo innego, jak tylko i wyłącznie Jana Wieczorkowskiego. Ma Pani szczęście do pracowania ze świetnymi aktorami. 

To prawda. Nie miałam żadnych specjalnych oczekiwań, bo też i z chwilą, kiedy sprzedaje się prawa do ekranizacji, praktycznie nie ma się wpływu ani na scenariusz, ani na obsadę. Od razu wiedziałam, że producent jest na tak wysokim poziomie, że to się nie może nie udać. Od razu w ten projekt byli zaangażowani najlepsi. 

Wszyscy aktorzy byli po lekturze książki, co absolutnie nie było wymagane, ale to oni nie wyobrażali sobie takiej sytuacji, że nie przeczytają tej powieści. Z wieloma aktorami zaprzyjaźniłam się i jestem w kontakcie.

Z Lidią Sadową, odtwórczynią roli Anny Iwaszkiewicz pracujemy nad wspólnym projektem charytatywnym, ale na ten moment nie mogę więcej w tej kwestii zdradzić. 

Czy kiedy gra Pani swoje sceny, uczy się od Pani od nich? Występuje Pani we wszystkich sezonach, w czterech różnych wcieleniach. 

Tak, podpatruję ich, jak to należy zrobić, chociaż kiedy grałam wykładowczynię Akademii Medycznej, to nieskromnie powiem, że to oni mogli się ode mnie uczyć, bo to moja życiowa rola. (Śmiech.) 

No właśnie. Nie jest tajemnicą, że jeśli chodzi o rzeczy związane z historią i medycyną, to aktorzy uczą się od Pani. Jest Pani konsultantem medyczno - historycznym na planie. Olafa Lubaszenkę uczyła Pani, jak zagrać doktora z lat 1914-1939, a Mateusza Janickiego, jak umrzeć na zawał serca. Jak wspomina Pani te konsultacje?

Bardzo dobrze. To był drugi dzień zdjęciowy, więc jeszcze wszystko się zaczynało. Ponoć nie ma nic gorszego, jak żywy autor na planie, który patrzy na ręce reżyserowi i powstrzymuje się, by nie krzyczeć - "To nie tak! To trzeba inaczej zrobić!" Tu na szczęście nic takiego się nie stało. (Śmiech.) 

Pierwszy raz weszłam w taką konwencję i natychmiast złapaliśmy porozumienie z Piotrem Trzaskalskim, a potem, za każdym razem było bardzo miło. Aktorzy też mają ogromny szacunek do konsultantów. Może się wydawać, że konstultant wchodzi w kompetencje reżysera, ale to nie tak jest. My po prostu uczymy tajników nie aktorskich, a życiowych. Oni później grają tak, jak powinno to wyglądać. 

Jak już wspominałyśmy, graniem w "Stuleciu" spełniła Pani jedno ze swoich marzeń. 

To prawda. Była to prośba, którą miałam do produkcji. W pierwszym sezonie przyjęli to ze zdziwieniem, ale też z ogromną życzliwością, przyznając, że ze strony marketingowej również jest to bardzo dobry pomysł. Nie wiadomo było za pierwszym razem, jak sobie poradzę, więc na początek dostałam rolę niemą, ale późmiej rozkręciłam się i więcej było dialogów.

Przyjście na plan, wypowiedzenie kwestii, granie jest dla mnie ogromną frajdą. Tym, czym aktorzy są zmęczeni, ja nie męczę się wcale. Dla mnie to wielka atrakcja.

Franek, Pani syn, też zagrał w "Stuleciu". Jak wspomina Pani tę jego przygodę? Zastanawia się nad tym, by zostać aktorem?

Bierze pod uwagę taki scenariusz. Było to dla nas bardzo głębokie przeżycie, ponieważ Franek jest dzieckiem autystycznym. Wiele lat zmagaliśmy się z tym problemem i pamiętam takie moje wspomnienie, kiedy nie chce wystąpić z dziećmi na koniec roku. A później... oglądam go na planie "Stulecia", gdzie on śpiewa i gra. Było to dla mnie czymś niesamowitym i wzruszające, chociażby ze względów lekarskich, ale też macieżyńskich. 

Franek pojawił się w drugim i trzecim sezonie. 

Spotykamy się w Karvinie, gdzie spotyka się Pani z czytelnikami. Z czym kojarzą się Pani Czechy?

Czechy kojarzą mi się z dwoma wyjazdami do Pragi. Po raz pierwszy byłam wtedy, kiedy był koncert Stonesów, ale my zwiedzaliśmy miasto. Drugi wyjazd był związany z konferencją, na której gościłam. Było to w 1998 roku. 

Czechy to też Hrabal i Kino na granicy. (Śmiech.)

To Pani pierwsze spotkanie autorskie po czeskiej stronie...

Tak, to prawda. 

Miała Pani świadomość, że tutaj także wiele osób ogląda "Stulecie Winnych" i czyta Pani książki?

Nie wiedziałam tego, ale jest to dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem.

Najbliższe plany.

Pracuję nad trzecią częścią "Uczniów Hipokratesa", ale też nad librettem do jednego z musicali. 

sobota, 12 marca 2022

Kasia Kowalska: "Powrót nadziei, której tak brakowało muzykom"

 Kasia Kowalska: "Powrót nadziei, której tak brakowało muzykom"













fot. zdjęcie nadesłane

Kasia Kowalska na scenie muzycznej pojawia się od 27 lat. Już na początku swojej muzycznej drogi zaskarbiła sobie sympatię słuchaczy, a to dzięki takim piosenkom jak "Antidotum", "Co może przynieść nowy dzień", czy "A to co mam". Grono jej fanów cały czas się powiększa. 

Po koncercie, który odbył się w Cieszynie 14 lutego, miałam przyjemność rozmawiać z Artystką. 

Pojawił się temat samego koncertu, ale również piosenek o miłości, miłości do samego siebie. Wokalistka zdradziła, jaką przemianę jej twórczość przeszła na przestrzeni 27 lat, które spędzza na scenie. Podzieliła się też emocjami, które dostarcza jej windsurfing. 

Spotykamy się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie. Nie jest to Pani pierwsza wizyta w tym mieście.

W Teatrze im. Adama Mickiewicza wystąpiłam dziś po raz pierwszy. To wspaniałe miejsce. Przepiękna akustyka, jeszcze wspanialsza publiczność. Kilka lat temu wystąpiłam na cieszyńskim rynku podczas tutejszych dni miasta, czyli Święta Trzech Braci.

 Z czym kojarzy się Pani to miasto?

Cieszyn kojarzy mi się z górami, ponieważ kiedy wracam z nart, zawsze tędy przejeżdżam. Ostatnio mijałam wasze miasto w drodze do Szczyrku.

W Teatrze im. Adama Mickiewicza właśnie zakończył się pani koncert z okazji walentynek. Jakie towarzyszą Pani emocje tuż po zejściu ze sceny? 

Szczęście, że mam to już za sobą (śmiech), bo jednak każdy występ jest wyzwaniem, chociażby ze względu na to, że przy jednym koncercie pracuje dwanaście osób. Jak to w życiu bywa, zawsze może pójść coś nie tak. Dzisiaj zadebiutował nasz perkusista, więc wszyscy byliśmy podwójnie spięci, ale wszystko się udało. Kiedy schodzę ze sceny, to w pierwszym momencie zawsze oddycham z ulgą. 

Zapowiadając koncert w Cieszynie, powiedziała Pani, że chciałaby, aby każdy o walentynkach nie myślał wyłącznie w kontekście miłości do innej osoby, ale też do samego siebie. Jak Pani pielęgnuje to uczucie?

 Wiele lat próbowałam zaakceptować siebie i myślę, że nadal jest to bardzo wyboista droga. 

Pielęgnowanie miłości do samego siebie jest problemem dla wielu osób, które nie wyniosły pewności siebie z dzieciństwa, z domu, i dla tych, którzy mimo odnoszonych sukcesów, całe życie borykają się z byciem nieszczęśliwymi. W tym gronie jest też wielu artystów. Ludzie cały czas widzą w sobie jakieś niedoskonałości, zamiast skupiać się na rzeczach pozytywnych, cały czas szukają negatywów. Jeżeli ktoś ma ten gen głęboko w sobie zakorzeniony, bardzo trudno go zwalczyć. Bardzo ważne jest, by mówić o tym głośno. Tak samo istotne jest to, by ludzie mieli świadomość, że nie zbudują nic wartościowego w momencie, kiedy sami do siebie nie mają szacunku i takiej zdrowej miłości.

Jakie są Pani ulubione piosenki o miłości?
 
Wychowałam się na Beatlesach, a prawie każda ich piosenka jest o miłości, więc zawsze chętnie słucham m.in. utworu "Something". To jedna z najpiękniejszych piosenek o miłości George'a Harrisona.

Na drodze muzycznej realizuje się Pani już od 27 lat. Co powiedziałaby Pani, gdyby miała podsumować ten czas w jednym słowie?

Nie da się tego podsumować jednym słowem. Czas jest tak ulotny, że nie wiem, kiedy to zleciało, jak w mgnieniu oka. 

Wszystko na przestrzeni lat przechodzi swego rodzaju metamorfozę. Pani twórczość również. Jakie wydarzenia miały wpływ na Pani muzyczną przemianę?

Na moją muzyczną przemianę wpływ mieli na pewno ludzie, z którymi współpracowałam. Nie pracuję z tym samym zespołem od samego początku, to byłoby bardzo trudne. Przez mój zespół przewinęło się wielu doskonałych muzyków, producentów, to oni przynosili czasem piosenki, które nadawały sznyt i charakter danym albumom. To utwory takie jak "Antidotum lub "Pieprz i sól", które stały się moimi evergreenami, a które były kamieniem milowym w mojej karierze.

Podczas dzisiejszego koncertu nie zabrakło takich piosenek jak  „A to co mam", czy "Co może przynieść nowy dzień". Gdyby miała Pani wskazać, który z utworów jest najbardziej wyczekiwany przez fanów na koncertach, na który mogłoby paść?

Na pewno jest to utwór "A to co mam" (Śmiech).

 Który utwór ze swojego repertuaru to Pani najbardziej lubi?

Zdecydowanie jest to utwór "Co może przynieść nowy dzień". 
 
Czego z perspektywy muzyka brakowało pani najbardziej w tych trudnych miesiącach?
 
Nadziei. Momentami nam się wydawało, że to już koniec.
 
Czemu poświęcała Pani czas, kiedy granie koncertów nie było możliwe?
 
2,5 roku uczę się gry na pianinie i gitarze klasycznej. Mój tata zawsze powtarzał mi, żebym nauczyła się czytać nuty, więc po jego śmierci stwierdziłam, że muszę to zrobić. Uczę się tego, bo uważam, że każdy wiek jest dobry na rozwój. 





















fot. zdjęcie nadesłane

Odkryła Pani w sobie jakieś nowe pasje?

Tak, pasję do windsurfingu. W tym sporcie jest kontakt z wiatrem, wodą, ze słońcem i z samym sobą. 

Tak naprawdę w tym momencie jesteś tylko ty i deska. Tam nie ma podpowiedzi, trzeba samemu odpowiednio się wygiąć, dostosować się do wiatru i uszanować jego potęgę. Jeden kiepski ruch i… wylatujesz jak z katapulty (Śmiech). 

Plany koncertowe powoli się klarują, wracają koncerty, które były wielokrotnie odkładane. Czy teraz ta energia ze strony słuchaczy jest bardziej odczuwalna, niż przed pandemią?

Przede wszystkim, nasza energia jest większa. Jesteśmy wygłodniali i to jest niesamowite, z jaką atencją przychodzi nam grać i stać na scenie. To bardzo przyjemne. Oczywiście to nie tak, że tej atencji nigdy wcześniej nie było, ale teraz jest na pewno mocniejsza.

Wszystkim muzykom i zespołom życzę, by wszystko wracało do normalności.
                                    

Amelia Kaczmarczyk: "Śpiew towarzyszy mi codziennie i wszędzie – daje poczucie wolności i pewności siebie"

 Amelia Kaczmarczyk: "Śpiew towarzyszy mi codziennie i wszędzie – daje poczucie wolności i pewności siebie"













fot. zdjęcie nadesłane

Amelia z muzyką i aktorstwem związana jest od najmłodszych lat. Pierwsze kroki na scenie tearalnej stawiała pod okiem Duetu JaHa - Hanny Kochańskiej i Jacka Zawady u których w spektaklu "Czerwony Kapturek w wielkim mieście" wcielała się w rolę tytułową.

W listopadzie 2021 wydała singla "Warto marzyć", który doczekał się także teledysku.

Masz dopiero 15 lat, a od kilku lat poświęcasz się aktorstwu i muzyce. Pamiętam ten czas, kiedy grałaś w "Czerwonym Kapturku" w Teatrze Kamienica. Jak wspominasz współpracę z Hanią Kochańską i Jackiem Zawadą?

Pan Jacek i Pani Hania – jak sami to sami o sobie mówią - są moimi scenicznymi rodzicami. Byliśmy w Teatrze Kamienica jedną wielką rodziną. Jako dziesięciolatka szukałam wzorców do naśladowania – a ta para aktorów dawała mi poczucie, że to co robię jest dobře. Doceniali moje starania i dali poczucie pewności siebie. Do dnia dzisiejszego mamy kontakt – i zawsze jest bardzo wesoło. 

Można tak stwierdzić, że to oni odkryli Twój aktorski potencjał?

Nie zapominajmy o Teatrze Studio Buffo, gdzie pierwszy raz stanęłam na scenie. To tam, w roli Wendy mogli mnie oglądać widzowie. Więc mogę powiedzieć, że to Pan Janusz Józefowicz dał  mi jako pierwszy szansę na aktorską przygodę, co nie zmienia faktu, że w Teatrze Kaminica pod skrzydłami Duetu JaHa rozwinęłam swoje aktorskie skrzydła. 

Czy w chwili obecnej zdarza Ci się jeszcze występować w Teatrze?

Zawodowo - niestety nie. Z roli Wendy oraz Czerwonego Kapturka wyrosłam – czas za szybko gna do przodu i było to nieuniknione. 

Ze sceną nie potrafiłam się rozstać, więc uczęszczam na zajęcia do Teatralnej Akademii Musicalu, co daje mi możliwość występowania na scenie Teatru Roma. To scena i Teatr w którym chciałabym kiedyś pracować – może się uda :)

Gdyby nastała taka konieczność, łatwiej byłoby Ci zrezygnować z aktorstwa, niż z muzyki, prawda?

Czy ja wiem? :) Byłby to na pewno trudny czas i ciężka decyzja. Muzyka jest ze mną od najmłodszych lat i to dzięki niej trafiłam na deski musicalowego teatru. Śpiew towarzyszy mi codziennie i wszędzie – daje poczucie wolności i pewności siebie. Poza tym w śpiewie mogę pokazać to co czuję, jaki mam nastrój, o czym myślę czy co mnie trapi… Do tego potrzebny mi jedynie mikrofon i małe domowe studio. Żeby wyrazić coś aktorsko – trzeba gdzieś się zaczepić do pracy – co już w moim wieku nie jest takie łatwe. 













fot. zdjęcie nadesłane

30 listopada wydałaś swojego singla "Warto marzyć". Jak zdradzasz, piosenka jest o niedoścignionym marzeniu bycia częścią życia swojego idola. Ma swojego adresata, czy potraktowałaś ją ogólnie?

Tak – piosenka „Warto marzyć“ która jest dostępna na wszystkich portalach streamingowych była i jest spełnieniem moich marzeń :) Zawsze chciałam mieć coś swojego, coś w czym będą mogła pokazać cząstkę swojego świata.

A wracając do Pani pytania -  potraktowałam ją ogólnnie – nie kierowałam swoich myśli do konkretnej osoby. Chociaż, jak tak pomyśleć, to każdy ma swojego idola, szuka jakiś wzorców – czasami niedościgniotych – i o tym właśnie jest ta piosenka. Więc założenie było ogólne, ale mimowolnie piosenka kieruje się sama do jakieś naszego idola.

Kto jest Twoim idolem? Kto jest Twoim artystycznym autorytetem, wzorem do naśladowania?

Jak każda „typowa“ nastolatka lubię jazz i tam odnajduję swoich idoli. Aretha Franklin, Etta James, Frank Sinatra to muzycy których cenię i których piosenki, mówiąc w żargonie muzycznym mi leżą. Ale żeby nie być całkowicie „typową“ nastolatką lubię posłuchać współczesnych  artystów tj Ralph Kamiński czy Adele. Oni nadają czasami takiej świeżości w pdbiorze i coś tam podpowiadają, jak zaśpiewać żeby emocje pokazały więcej niż słowa. 

Czyimi fanami są Twoi rówieśnicy? Wspierają Cię w Twoich artystycznych przedsięwzięciach?

Obecnie jestem w klasie 1 LO gdzie króluje POP i muzyka z pierwszych miejsc list przebojów, więc zazwyczaj rówieśnicy nie słuchają tego czego ja. Mój singiel teżnie jest w ih klimacie, ale informacje zwrotne jakie otrzymuje należą raczej do tych bardziej miłych niż niemiłych :) Co mnie oczywiście bardzo cieszy i napawa optymizmem. 

Na przekazaniu jakich emocji słuchaczom za pośrednictwem tekstu się skupiałaś?

Tekst to bardzo ważna część każdego numeru. To dzięki niemu móżemy przekazać to co chcemy i to co czujemy śpiewając. W mojej piosence starałam się uchwycić jak najwiecej tych dobrych emocji które chciałabym  przekazać innym i które leżały mi na sercu.

Bo cóż jest bardziej ważne niż marzenia.... To dzięki nim snujemy plany, realizujemy pewne elementy naszego życia, istniejemy... 

Tekst w piosence musi napawać optymizmem, dawać nadzieję na coś lepszego, dodawać energii i napędzać, a przede wszystkim oddawać nastrój muzyki. Bo najlepsza piosenka to taka,  w której muzyka idealnie współgra ze słowami a słowa dopelniają muzykę. Mam nadzieję, że odbiorcy tak myślą o moim singlu. 

Skąd pomysł na taką realizację teledysku? Mam wrażenie, że pokazujesz w nim miejsca, w których dobrze się czujesz, czy to prawda?

Tak, to prawda. Nagrywając teledysk staraliśmy się pokazać miejsca w których czuję się bezpiecznie i moge pobyć sama ze sobą. Dużym wsparciem okazała się być moja siostra, która co chwile podawała nam różne pomysły i znajdywała miejsca do fajnych ujęć. Nie mogę zapomnieć również o mojej nauczycielce Marcelinie Woźniej, która przez cały czas towarzyszyła mi w tworzeniu teledysku jak i przy nagrywaniu całej piosenki. Wszyscy znajdujący się na planie podrzucali wiele propozycji. Bez nich na pewno nie dałabym rady. Tomasz Glinka – autor tekstu oraz muzyki – czuwał nad wszystkim i zwracał uwagę na najdrobniejsze szczegóły, które dla nas wydawały się mało istotne, co z upływem czasu okazywało się być ważne i trafnie zauważone. 

Planujesz realizację kolejnych utwrów?

Planować można wiele, ale wiadomo, że to kosztuje – i co się okazało – wcale nie mało. No ale warto marzyć, wieć ja tez marzę o kolejnych piosenkach i klipach. Byłoby pięknie…  chciałabym usiąść i wiele swoich myśli przekazać na papier a następnie ubrac w muzykę – mam nadzieję, że z czasem uda mi się coś jeszcze światu pokazać.

O czym marzysz w ten szczególny czas? 

Marzę o tym, aby wszystkie plany i zamierzenia jakie sobie założyłam się ziściły. Aktualnie biorę udział w castingu do kultowego spektaklu i mam nadzieję, ze to będzie początek kolejnej teatralnej przygody. Trzymajcie kciuki. 

wtorek, 1 marca 2022

Hanna Kochańska: "Lombard? Jakość jest siłą tej produkcji"

Hanna Kochańska: "Lombard? Jakość jest siłą tej produkcji"














fot. Lidia Skuza

Do obsady serialu "Lombard. Życie pod zastaw" Hanna Kochańska dołączyła w ósmym sezonie. Wciela się w rolę Anki Wojciechowskiej. Poprzez kreowanie tej postaci sama aktorka, jak i bohaterka, którą gra chce udowodnić, że kobieta może zawalczyć o siebie na każdym etapie życia. 

To moja druga rozmowa z aktorką. 

To już ponad dwa lata od momentu, kiedy świat z dnia na dzień się zatrzymał. Jak zniosłaś izolację?

Nie odczułam tak do końca skutków typowej izolacji. Mam to szczęście, że mieszkam na wsi, w otoczeniu przyrody, natury, zwierząt na wyciągnięcie ręki mam Puszczę Kampinoską. Mam konie, które w każdej chwili mogę pogłaskać, a kawałek od domu jest las, więc to mnie ratuje w czasie tego zawieszenia. Mam swoją własną przestrzeń, a to bardzo pomaga. 

Rok temu najtrudniejsze dla mnie okazało się to, że nie mogłam spotykać się z przyjaciółmi. Z perspektywy zawodowej najbardziej brakowało mi Teatru, wyjścia na scenę, publiczności. 

Mimo panującej pandemii, na brak pracy nie narzekasz. Na początku ósmego sezonu dołączyłaś do stałej obsady serialu "Lombard. Życie pod zastaw". Serial cieszy się ogromną popularnością. W 2021 roku, w konsekwencji otrzymania trzech Telekamer  odebraliście złotą statuetkę. Jakie emocje po odebraniu nagrody towarzyszyły Wam na planie?

W związku z tym, że do ekipy dołączyłam dopiero w ósmym sezonie, grzeję się trochę w ich świetle i sławie, spijam śmietankę sukcesu, który wypracowali przez te siedem poprzednich sezonów. Bardzo miłe jest to, że ekipa umie się tym sukcesem dzielić. Do lombardowej drużyny zostałam bardzo ciepło przyjęta i tak samo mocno mogłam cieszyć się z tej nagrody. Fajnie jest przecież pracować w otoczeniu ludzi sukcesu. (Śmiech.) Wszyscy pracujemy dla widzów. Bez nich nas nie ma. Bardzo cenię nagrody, które przyznaje publiczność. To wyróżnienia bardzo uskrzydlajace twórców. Jestem szczęsliwa, że mam satysfakcjonujaca pracę i że dołączyłam do obsady serialu "Lombard. Życie pod zastaw".

W czym Twoim zdaniem zawarty jest sukces serialu "Lombard. Życie pod zastaw"?

Jakość jest siłą tej produkcji. Udało się zebrać fantastyczną obsadę, która bardzo dużo z siebie daje. Każdy z aktorów tej produkcji ma bardzo ciekawą osobowość, a to jest bardzo ważne, wręcz kluczowe. Te osobowości na ekranie potrafią dobrze pokazać nasi reżyserzy - Piotr Kolski, Dominik Matwiejczyk Błązej Wolny, Piotr Kuciński i inni. Skupiają się nie tylko na realizacji scen w "Lombardzie", ale pokazaniu naszych emocji w zetknięciu z odwiedzajacymi go bohaterami odcinków. Scenariusze tworzone są trochę jak zbiór moralitetów, a ciekawe historie bohaterów poszczególnych odcinków zawsze mają jakąś pointę lub morał, z którym zostawiamy widza. Często to opowieści dramatyczne, ale zakończone happy endem. Coraz częściej jednak scenarzyści wykorzystują komediowy potencjał aktórów, zatrudnianych do serialu. Jestem ogromną admiratorką talentu Pani Małgorzaty Rożniatowskiej, czyli fenomenalnej Pani Kisielowej z "M jak miłość", która w naszym serialu genialnie wciela się w rolę przesympatycznej starszej pani, Filomeny Kociubińskiej. Jej nie da się nie lubić. Jest jedyna w swoim rodzaju. Do tego uwielbiam nasze sprawnie pracujace dwie ekipy z cudownymi operatorami, dźwiękowcami, oświetlaczami, rekwizytorami, scriptem, kierownictwem planu i produkcji po genialne dziewczyny od kostiumów, którzy tworzą rodzinną atmosferę na planie, a to ważne, bo spedzamy tam po dwanaście godzin. Podsumowując – potencjał tego serialu to ludzie, ich spotkanie się w jednym czasie i miejscu, na naszym planie we Wrocławiu, na Nowohuckiej 1, którego nie da się zastąpić żadną transmisją online, ta wymiana na żywo energii i emocji, a potem przeniesiona na ekran to sukces tego serialu. 

To serial fabularno-dokumentalny, a na temat produkcji tego pokroju istnieje wiele stereotypowych opinii, ale Wy udowadniacie, że może być w nich jakość. 

Dołączenie do obsady tego serialu jest dla mnie pewnego rodzaju odmitologizowaniem teorii na temat produkcji fabularno – dokumentalnych. Jak wczesniej wspomniałam, odpowiadajac na pytanie o sukces produkcji , "Lombard" nie jest seialem o niczym. Czasami jest taką kozetką u psychologa. (Śmiech.) Bywa kryminałem, dobrą komedią, fajną obyczajówką. Myślę, że widz potrzebuje takiej różnorodności  W naszym Lombardzie nie można narzekać na nudę. Tu każdy znajdzie coś dla siebie. Jak wiemy, nie wszystkie produkcje fabularno – dokumentalne mają taką jakość, choć oczywiście nikogo tutaj nie krytykuję. 

Filarem naszego serialu zdecydowanie jest Zbyszek Buczkowski. To chodząca historia kina i telewizji. To bardzo ciekawa osobowość. Tak, jak "M jak Miłość" (w którym w latach 2016 - 2017 wcielałam się w rolę Anety Glińskiej, mamy Kuby, która była ofiarą przemocy ze strony męża) ma Panią Teresę Lipowską, tak my mamy wspominanego już wcześniej Zbigniewa Buczkowskiego. 

Czy zanim trafiłaś do obsady, zdarzało Ci się oglądać serial?

Oglądałam go bardzo rzadko, ale nie tak dawno okazało się, że mój mąż oraz starszy syn, Maksio są jego fanami. Oni powiedzieli mi, że "Lombard" jest bardzo fajnym serialem. 

Maks mówi, że to kobiety oglądają seriale, a prawdziwi faceci nie, ale jak widać, do "Lombardu" się przekonał. (Śmiech.) Mam wrażenie, że widz w każdym wieku znajdzie w tej produkcji coś, co go zainteresuje. 

Jak wyglądał casting?

Casting wspominam bardzo pozytywnie. 
W tym zawodzie to nasz chleb powszedni, ale ja akurat nie lubie tego etapu tej pracy. Egzamin zawsze jest stresujący. (Śmiech.) Najbardziej lubię dostawać role i grać. (Śmiech.) 

W pandemii musiałam przyswoić selftape, którego kiedyś nie uważałam za najfajniejszy sposób prezentowania swoich aktorskich możliwości, a teraz najczęściej jesteśmy na niego skazani. 
Moja przygoda z Lombardem rozpoczęła się właśnie od selftape, ale związana z tym jest pewna bardzo fajna historia. 

W październiku w zastępstwie za jedną z aktorek, która zachorowała akurat wtedy na Covid, zagrałam w "Pierwszej miłości". Kocham Wrocław. Studiowałam tam, wiążę piękne wspomnienia z tym miastem. Kiedy przyjechałam na zdjęcia pomyślałam, że dawno tam nie byłam i fajnie byłoby móc przyjeżdżać do Wrocławia częściej. Zadziała się magia. Praktycznie w tym samym momencie dostałam wiadomość z prośbą o nagranie wspominanego selftape do Lombardu. 

Informacja o tym, do kiedy nagranie musi być zrealizowane gdzieś się zawieruszyła, więc moja agentka poprosiła o przedłużenie terminu jego nadesłania. 

Nikt w domu nie chciał mi pomóc, (śmiech.) więc musiałam radzić sobie sama. Wymyśliłam, że będę sama sobie zadawać pytania i sama na nie odpowiadać. (Śmiech.)  Kiedy siebie oglądam, z reguły jestem  bardzo sceptycznie nastawiona, ale tym razem uważam, że to, co stworzyłam, było genialne. Byłam z siebie naprawde bardzo zadowolona.

Produkcji też bardzo się spodobało i w konsekwencji zaproszono mnie do Wrocławia na zdjęcia próbne. Wszystko odbywało się w przemiłej atmosferze. Od samego początku czułam, że wszystko mi sprzyja. Pandemia bardzo dużo rzeczy zweryfikowała i sprawiła, że miałam czas, by dobrze przygotować się do tych zdjęć. 

Kiedy zaczynałam pracę nad moją bohaterką, wyobrażałam ją sobie w różnych sytuacjach. Skupiałam się na tym, jak może wyglądać, jak mogłaby się zachować. 

Po zdjęciach próbnych z poczuciem spełnienia i satysfakcji wracałam do Warszawy. Czułam, że zrobiłam wszystko, co w mojej mocy. 

Trzynastka okazała się szczęśliwa dla mnie, bo pokonałam dwanaście kandydatek. (Śmiech.) 

Wcielasz się w rolę Anki Wojciechowskiej, nowej pracownicy, która weszła do tytułowego Lombardu z przytupem. W jednym z materiałów promocyjnych, które powstały na potrzeby serialu zdradzasz, że wprowadzi do serialu radość, pewność siebie, uśmiech. Anka pokaże, jak ogromna siła drzemie w kobietach. 

Wcielam się w rolę kobiety po 40tce, więc myślę, że w zestawie pracowników, gdzie przeważają przede wszystkim młode osoby, jest to jakaś nowa jakość..Anka rozwodzi się, bo jej mąż okazał się strasznym draniem. Zaczyna nowe życie. Swoją postawą pokazuje, że szczęśliwe życie można rozpocząć po czterdziestce. Ma dorastającego syna,który za chwilę wyfrunie z gniazda, więc czuje się nieco osamotniona, ale udowadnia, że kobieta, która nie jest w związku, nie musi być bezwartościowa. Podejmuje pracę w Lombardzie, bo chce zawalczyć o siebie,, nie tylko na polu prywatnym, ale też zawodowym. 

Uważam, że zmiany mogą być twórcze i rozwijające dla kobiety.
 
Czasami oczywiście ma słabszy moment i potrzebuje się wyżalić, ale umiejętnie kamufluje to promiennym uśmiechem i temperamentem. Swoją pogodą ducha zaraża wszystkich wokół. To bardzo fajna postać do zagrania. Ma pewien bagaż doświadczeń, ale bardzo dużo przed nią. Jej przyszłość to otwarta książka. 

Zauważam w niej wiele Twoich cech. (Śmiech.) Czy Anka jest Ci bliska?

Tak. Jest mi bliska, ponieważ tak, jak ona, jestem kobietą po przejściach. Mogę korzystać z własnego doświadczenia, bo wiem, co czuje się w trakcie rozwodu. Wiele nas łączy. Anka jest postacią, dla której ja jestem w stanie poszukać potrzebnych emocji, czy wspomnień w zakamarkach mojej pamięci. 

Już na tym etapie pracy nad rolą moje doświadczenia z życia prywatnego bardzo mi pomogły. Uważam, że każde doświadczenie życiowe przydaje się aktorowi w odpowiednim momencie.

Jest coś takiego, co Was dzieli? W czym się różnicie? 

Jestem w odróżnieniu od Anki, kobietą spełnioną w związku. Ma dorastającego syna, a ja mam dwóch synów, jednego trzynastoletniego i 5-latka, któremu jeszcze długo będę potrzebna, nie mam więc uczucia osamotnienia , jeśli chodzi o moje spełnienie w macierzyństwie, nadal jeszcze wiele emocji przede mną . Od lat jestem kobietą bardzo czynną zawodowo, można powiedzieć, że nigdy nie miałam przerwy, nawet urlopy macierzyńskie trwały u mnie krótko, a Anka zaczynała od zera. Zagrała vabank i wygrała. Bardzo się cieszę. 

Anka jest bardzo dzielna, a ja w sytuacjach kryzysowych chyba aż tak silna nie byłam. 
Różnimy się i nie różnimy jednocześnie. (Śmiech.) Ja też prywatnie jestem taka, jak ten feniks z popiołów. Kiedy trzeba, odbijam się od dna i idę dalej, nie poddaję się. 

Na przestrzeni odcinków odkrywane będą jednak jej sekrety z przeszłości. Widzowie poznają też problemy z którymi aktualnie przyszło jej się mierzyć. Tajemnica, z którą przychodzi sprawia , że nie jest do końca postacią jednoznaczną, a nawet trochę nieoczywistą. Czy takie role są dla Ciebie uatrakcyjnieniem pracy w zawodzie?

Warto grać takie postacie w serialach, ponieważ jesteśmy wtedy inspiracją dla scenarzystów. 

Kochamy grać czarne charaktery, ale one w serialach nie do końca się sprawdzają, bo później dobro i tak musi zwyciężyć, więc takie postacie w konsekwencji są uśmiercane lub usuwane w inny sposób. 



























fot. zdjęcie nadesłane

Uważasz, że aby wiarygodnie wcielać się w rolę, konieczne jest zaakceptowanie wszystkich zachowań swojej bohaterki i pewnego rodzaju zaprzyjaźnienie się z nią?

Tak. Na pewno niektóre rzeczy są mi w jakimś stopniu narzucane, nie mamy wpływu na to, co scenarzyści dla nas napiszą. 

Czasami mam takie poczucie, że nie powiedziałabym czegoś tak, jak moja postać lub zachowałabym się w pewnych okolicznościach zupełnie inaczej. Uważam, że moim zadaniem jest to, bym ją zaakceptowała, polubiła, a w razie czego nawet obroniła. Staram się Anki nie oceniać, bo wtedy byłoby mi trudniej ją grać. 

Opowiedz o tym, jak budujesz postać Anki Wojciechowskiej. 

Staram się budować ją intuicyjnie, wyczuwać ją. Tworzę relacje z bohaterami. Wraz z serialową Andżeliką staramy się zbudować fajną relację, poprzez którą chcemy udowodnić, że istnieje przyjaźń między kobietami. 

Z serialowym Lolkiem tworzymy kumpelską relację w pracy. Żartujemy, a choć wie, że jestem od niego starsza, ale traktuje mnie tak, jakbyśmy byli rówieśnikami. Jest to dla mnie odmładzające. (Śmiech.) 

Praca na planie serialu wiąże się z regularnymi podróżami między Warszawą i Wrocławiem. Jak sobie z tym radzisz?

Radzę sobie. Nawet nasz wywiad realizujemy przecież w późnych godzinach wieczornych w drodze do Wrocławia. (Śmiech.) 

Śmieję się, że jakby się okazało, że nie mogę dalej uprawiać mojego zawodu, to sprawdziłabym się jako kierowca taksówki, czy Ubera, ponieważ dużo podróżuję. (Śmiech.) Na szczęście lubię jeździć, a trasa do Wrocławia jest dobra, więc daję radę. Bardzo cieszę się, że mam pracę. Traktuję to z pokorą. Każde uniedogodnienie przekładam na plusy. 

Uprawiam koczowniczy zawód, zbudowany na walizkach i byciu w wiecznej podróży. Bardzo dużo dały mi rozmowy ze Zbyszkiem Buczkowskim, który prawie całe życie zawodowe spędzał w hotelach, bo zawsze gdzieś musiał się zatrzymać w czasie trwania planu filmowego. 

Czas, który spędzam na trasie wykorzystuję na przyjemne rozmowy z przyjaciółmi i na udzielanie wywiadów. (Śmiech.)

Jakie są trzy rzeczy, które kojarzą Ci się z tym miastem?

Do Wrocławia zawsze szybciej przychodzi wiosna. (Śmiech.) Z wrocławską Wenecją i moimi studiami. Strasznie boleję nad tym, że w czasie między zdjęciami nie mogę posiedzieć w knajpce, coś dobrego zjeść, czy z kimś się zobaczyć. Zwiedzanie miasta skąpanego w słońcu jest cudowne. Na razie nie mogę w pełni z niego korzystać, ale nie mogę się już doczekać, aż będę mogła to nadrobić. Wrocław kojarzy mi się też z Festiwalem Piosenki Aktorskiej i chórkami, które w czasie studiów robiliśmy artystom, którzy tam występowali. Wspaniałe wspomnienia. 

We Wrocławiu zawsze dzieje się jakaś magia. To takie miejsce, w którym czuję się tak, jakbym przyjechała na wakacje do ukochanej Babci. Ja nie muszę jechać na Zanzibar, bo mam swój Wrocław. (Śmiech.) 

Skupiasz się przede wszystkim na pracy na planie serialu, czy szykują się obecnie jakieś nowe projekty z Twoim udziałem?

W październiku miałam premierę teatralną w nowej przestrzeni na teatralnej mapie Warszawy – na Scenie 11. To nowa scena, otwarta przez Justynę i Tadeusza Chudeckich. Wcielam się tam w postać szalonej Diany w sztuce Nikołaja Kolady „Gąska“ w reżyserii Anny Turowiec. To fantastyczna sztuka,, dająca aktorom możliwość stworzenia aktorskich kreacji i jednocześnie cudowne spotkanie ze świetnymi aktorami  -  Agnieszką Warchulską, Tadeuszem Chudeckim, Bartoszem Wagą i Dominiką Sakowicz. Po roku niegrania, to jak powiew świeżego powietrza i ukojenie tęsknoty za sceną, teatrem i widzami. Czułam się dotąd jak wygłodniałe zwierzę, a teraz mogę poczuć się jak zwierzę sceniczne, które tej teatralnej atmosfery potrzebowało jak powietrza! Poza tym ta rola to spełnienie marzeń, mogę rozwinąć wachlarz zarówno moich komediowych, jak i dramatycznych możliwości.Zapraszam zatem na nasze spektakle „ Gąski“ na Scenie 11 na warszawskich Bielanach.