wtorek, 16 lipca 2024

Czadoman o swoich największych przebojach i udziale w hitowych programach Polsatu [WYWIAD]

Czadoman o swoich największych przebojach i udziale w hitowych programach Polsatu [WYWIAD]
















fot. Czadoman / Facebook

Paweł Dudek, który stworzył postać Czadomana, był gwiazdą pierwszej odsłony Traktor Power w Hażlachu. Wróciliśmy  wspomnieniami do dwóch hitowych programów Polsatu, których był uczestnikiem. Opowiedział mi też pewną wzruszającą historię, której bohaterką była jego fanka... 

Przygotowując się do naszego wywiadu, przeczytałam coś, co bardzo mnie wzruszyło. Był taki moment, w którym Twoja muzyka, którą tworzysz pod pseudonimem Czadoman, przyczyniła się do wybudzenia się ze śpiączki jednej z Twoich fanek. 

Byłem kiedyś gościem w pewnym programie i pani reżyser powiedziała mi, że córka jej koleżanki, która słuchała mojej muzyki i piosenki „Ruda tańczy jak szalona", zapadła w śpiączkę. Jej mama przyniosła radio, włączyła jej moje utwory i akurat przy tym numerze ta dziewczynka się obudziła. Nie wiem, czy to przypadek, czy te dźwięki stymulowały w jakiś sposób jej mózg, ale to nie jest istotne. Trzeba dziękować Bogu, że się wybudziła. Kiedy wysłuchałem tej historii, oboje mieliśmy łzy w oczach. 

Zanim zacząłeś tworzyć jako Czadoman, byłeś frontmanem jednego z zespołów rockowych. To jednak nie przeszkodziło Ci w tym, by być, jak to ująłeś w jednym z wywiadów - superbphaterem polskiej sceny disco. 

Tak, to prawda (Śmiech). 

Jak to jest z tą muzyką disco i disco-polo? Są tacy, którzy mówią, że jej nie słuchają, a jak przyjdzie co do czego, to i tak wszyscy ją znają. 

Stworzyłem postać Czadomana i utwory, które mają bawić i cieszyć. Chcę dzielić się z ludźmi nie tylko tym, co robię, ale też radością. To mi wychodzi.

Oczywiście, nie jest tak, że od rana do wieczora jestem uśmiechnięty i radosny, ale nawet, jeśli przychodzą depresyjne momenty, nie wolno mi dzielić się nimi z ludźmi. Nie mogę zarażać tymi negatywnymi emocjami. Cieszę się, że mogę przekazywać te pozytywne.

Wiadomo, że to, co robię osadzone jest w takim krzywym zwierciadle. Nie wszystko jest na poważnie. Życie potrafi być czarno-białe, miejmy więc swoje kredki i kolorujmy je na tyle, ile się da. Tak po prostu. Taką właśnie postacią jest Czadoman, którego sobie wymyśliłem i wszystkie utwory, które napisałem. 

Gdybyś miał wyznaczyć utwór, który jest najbardziej wyczekiwany na koncertach, na który mogłoby paść?

„Ruda" najczęściej. Słuchacze czekają też na „Bombę", utwór wydany w minionym roku. Całe stadiony śpiewają ze mną (śmiech). 

5 czerwca 2023 swoją premierę miał utwór „Renia". Podobno, już rządzi na koncertach plenerowych.

 Tak, „Renia" całkiem fajnie się przyjęła. W dwa tygodnie od premiery teledysk został wyświetlony już ponad milion razy. Jest mega fajnie, cieszy mnie to, że miała fajny start. Wiadomo, to kolejny kawałek z żartem. Ma powodować uśmiech na twarzy. Oczywiście, mam też utwory refleksyjne i nieco bardziej nostalgiczne, ale udostępniam je jako Paweł Dudek.

W Twoich tekstach widać, że lubisz do wszystkiego podchodzić na luzie i z pewnego rodzaju dystansem. Czy takie podejście przekłada się również na życie? Ułatwia funkcjonowanie w dzisiejszej, niełatwej dla nas wszystkich codzienności?

W codziennym życiu nie zawsze jestem postacią, która jest takim luzakiem. Dość się przejmuję. Mój śp. tata nauczył mnie, że kiedy coś robisz, trzeba zrobić to jak najlepiej. Jest tu sporo przeżywki, ale na ogół jestem pozytywnie kopnięty (Śmiech).  

Byłeś uczestnikiem trzynastej edycji programu „Twoja twarz brzmi znajomo". Wygrałeś ten program i udowodniłeś, że każdemu muzycznemu wyzwaniu można stawić czoła. Jak z perspektywy czasu oceniasz tę przygodę?

Udział w programie był dla mnie cudowną przygodą. Nie jestem aktorem, ale fajnie było się wcielać się w te postaci. O „Twojej twarzy” i emocjach, które tam panują mógłbym mówić naprawdę długo, ale podsumowując – nie zapomnę tego do końca życia.

Wcielałeś się m.in. w Luciano Pavarottiego, Roda Stewarta i Krzysztofa Cugowskiego. Która z tych metamorfoz była dla Ciebie największym wyzwaniem?

Największym wyzwaniem było wcielenie się w postać pani Magdy Umer i wykonanie utworu „Oczy tej małej". Rozłożył mnie ten kawałek. Podobnie miałem z wcieleniem się w Grzegorza Markowskiego przy utworze „Niepokonani".

Byłeś również uczestnikiem „Tańca z gwiazdami". Jaką trenerką była Walerija Żurawlewa?

Walerija była bardziej przyjaciółką, niż trenerką. Również super przygoda, ale nie jestem tancerzem.

Zastanawiałeś się, w jakim programie o formule talent show mógłbyś jeszcze wziąć udział? Może "Ninja Warrior"? (Śmiech). 

Nie. Wiele propozycji odmawiam, ponieważ bardzo dużo koncertuję. 

niedziela, 7 lipca 2024

Cykl #mariolapoleca (16): "Wieczór kawalerski" [RECENZJA FILMU]

Cykl  #mariolapoleca (16): "Wieczór kawalerski" [RECENZJA FILMU]





















fot. plakat filmu / materiały prasowe Monolith Films

Zawsze warto znaleźć coś, co poprawi nasze samopoczucie, będzie gwarancją pojawienia się uśmiechu na twarzy. Jedni znajdują takie czynniki w książkach, drudzy w filmach, a jeszcze inni w serialach, czy w muzyce. 

Propozycjami, które (w moim odczuciu) takie czynniki posiadają, chciałabym się dzielić z Wami w moim cyklu #mariolapoleca. 

Serdecznie Was zapraszam. Dziś zachęcam do lektury recenzji najnowszego filmu reżysera „Dziewczyny Influencera“ Szymona Gonery. „Wieczór kawalerski“, bo o nim mowa, na ekrany kin w całym kraju trafił 5 lipca.

Uroczysta premiera, którą poprowadziła Anna Wendzikowska, odbyła się w środę 3 lipca  w Multikinie Złote Tarasy w Warszawie. Na pokazie premierowym niestety zabrakło wielu gwiazd, w tym odtwarzającego jedną z głównych ról, Arkadiusza Smoleńskiego. 

***

Cykl  #mariolapoleca (16): "Wieczór kawalerski" [RECENZJA FILMU]

UROCZYSTA PREMIERA MEDIALNA: 3 lipca, Multikino Złote Tarasy, Warszawa

PREMIERA KINOWA: 5 lipca

GATUNEK FILMU: film fabularny/gangsterska komedia romantyczna 

SCENARIUSZ: Szymon Gonera

REŻYSERIA: Szymon Gonera

PRODUCENT: Radosław Jarecki

DYSTRYBUCJA: Monolith Films

OBSADA: Joanna Opozda, Mateusz Banasiuk, Rafał Zawierucha, Patryk Szwichtenberg, Arkadiusz Smoleński, Jan Wieczorkowski, Kinga Jasik, Magdalena Popławska, Marcel Sabat, Magdalena Perlińska i inni. 

O FILMIE:

Głównymi bohaterami filmu są Mario (Mateusz Banasiuk), świadek (Rafał Zawierucha) i pan młody, w tej roli Patryk Szwichtenberg. Mężczyźni postanawiają zorganizować jedyną taką imprezę na pożegnanie “wolności” kolegi, który ma wkrótce stanąć na ślubnym kobiercu. Towarzyszą im trzy atrakcyjne kobiety (Joanna Opozda, Magdalena Perlińska i Kinga Jasik), które za swój udział w realizacji pomysłu inkasują pokaźną sumę pieniędzy. Wydaje się, że wszystkie szczegóły dopięte są na ostatni guzik. Nic bardziej mylnego. Zupełnie nieoczekiwanie perfekcyjny plan bierze w łeb, a pieczę nad rozwojem wypadków przejmuje nieproszony gość – Wolf (Jan Wieczorkowski) wraz ze swoimi kolegami, w gronie których znajduje się m.in. Czarny (Arkadiusz Smoleński). To uruchamia lawinę komiczno – krwawych wypadków i zwrotów akcji. Choć momentami bywa mrocznie, nie brakuje okazji do wybuchów śmiechu. 

Bohaterowie filmu — co wiadomo?

Mario (Mateusz Banasiuk) to on, razem z Jankiem, (w tej roli Rafał Zawierucha), postanawia zorganizować niezapomniany wieczór kawalerski dla swojego przyjaciela (Patryk Szwichtenberg). Obmyśla plan, którego idea wydaje się być prosta – „co dzieje się w Vegas, zostaje w Vegas“.W całe przedsięwzięcie angażuje trzy dziewczyny, w które wcielają się  Joanna Opozda Kinga Jasik i Magdalena Perlińska. Wszystko wymyka się spod kontroli, kiedy to na – wydawać by się mogło – imprezie dopiętej na ostatni guzik, pojawia się nieproszony gość razem z obstawą. 

Wolf (Jan Wieczorkowski) to on puka do drzwi, podczas rozkręcającej się imprezy. Jego charakterystyczny tatuaż wzbudza respekt. Ale dopiero zabawa, którą proponuje, kiedy ginie jeden z towarzyszących mu gangsterów, (Marcel Sabat) uświadamia wszystkim, do czego jest zdolny.

Czarny (Arkadiusz Smoleński)  zasila szeregi obstawy Wolfa. Chłopak od brudnej roboty. Zajmuje się tymi, których Wolf likwiduje. Robi to dość... nieporadnie. Choć nosi w sobie mrok, nie brakuje zabawnych momentów z jego udziałem. 

Roksi (Kinga Jasik) – jedna z dziewczyn, którą na wieczór kawalerski przyjaciela zaprasza Mario. Fajna postać, ale też trochę głupiutka. Dużo mówi, nawet wtedy, kiedy powinna milczeć. Jej obecność powoduje wiele zabawnych sytuacji.

#mariolapoleca, CZYLI KILKA SŁÓW PO OBEJRZENIU FILMU Z PERSPEKTYWY WIDZA:

Zdjęcia do filmu zakończyły się w lutym ubiegłego roku. Kręcono je przede wszystkim w Warszawie, ale też w Lublińcu. To drugi po „Dziewczynie Influencera“ film w reżyserii i ze scenariuszem Szymona Gonery, który doczekał się pojawienia w kinach w całej Polsce w 2024 roku. Reżyser do „Wieczoru kawalerskiego“ zaangażował kilku aktorów, z którymi pracował na planie produkcji, która pojawiła się w kinach w lutym br. W tym gronie znaleźli się: Patryk Szwichtenberg, Szymon Mysłakowski, Magda Perlińska oraz Mateusz Banasiuk, z którym reżyser produkcji zna się od
19 lat. Pracowali razem na licznych planach zdjęciowych. 

Wszyscy na planie wykonali kawał dobrej roboty, więc wskazanie jedynie kilku aktorów,  którzy swoimi kreacjami aktorskimi zrobili na mnie największe wrażenie jest trudnym zadaniem. Najchętniej wyróżniłabym wszystkich, ale wtedy moja recenzja miałaby nie kilka akapitów,  a kilka stron. 

Jako pierwszego, chciałabym wyróżnić tu Mateusza Banasiuka, który wciela się w Mario. Widać, że z Szymonem Gonerą nie pracuje po raz pierwszy. Gołym okiem widać, że największą siłą jego współpracy z Banasiukiem jest zaufanie i partnerstwo. Aktor speecjalnie do tej roli przeszedł spektakularną metamorfozę. Zmienił kolor włosów. Zbudował postać charakterystyczną i waleczną. Na planie spotkał się z Joanną Opozdą, z którą kilka lat temu tworzył jeden z najbardziej lubianych duetów w serialu „Pierwsza miłość“. Aktorzy wcielali się w Jowitę i Radka, a dzięki zaangażowaniu obojga do debiutującej na ekranach 5 lipca produkcji, stworzyli kolejny duet, który zostanie zapamiętany na długo. Gołym okiem widać, że lubią się nie tylko zawodowo, ale też prywatnie. Joanna Opozda stworzyła postać silnej kobiety. To kolejna aktorka, której biję brawo. 













fot. Mateusz Banasiuk w "Wieczorze kawalerskim" / materiały prasowe Monolith Films

Słowa uznania należą się oczywiście Janowi Wieczorkowskiemu, który podobnie, jak Mateusz Banasiuk przeszedł metamorfozę do roli. Na potrzeby produkcji, na jego lewym policzku pojawił się duży, charakterystyczny a nawet mrożący krew w żyłach tatuaż. Aktor stworzył postać, która nie miała skrupułów, a jednocześnie taką, która kiedy odbierał telefon od żony, stawała się łagodna. Scena z jego żoną (Magdalena Popławska), tocząca się na temat porządku w domu i toalecie rozbawiała do łez. Tą sceną pokazał, że każdy medal ma dwie strony a nawet gangster może mieć w sobie coś pogodnego. Kiedy jednak małżonka nie miała go pod kontrolą, likwidował wszystkich, którzy mu nie pasowali. Miał mocną obstawę. Wieczorkowski do filmu wniósł wiele ciekawych rozwiązań. Zaproponował m.in. żeby przemycić do jednej ze scen cytat  z „Seksmisji“ i zagrał go podobnie do Jerzego Stuhra. To jeden ze smaczków, który na pewno ucieszy miłośników kina. Mnie ucieszył bardzo, albowiem bardzo lubię, kiedy aktorzy wnoszą do produkcji, w których grają, coś od siebie. 

Czy postać gangstera można polubić? Okazuje się, że tak. Arkadiusz Smoleński po mistrzowsku łączy mroczną stronę swojego bohatera z dowcipem, czym za pośrednictwem kolejnej już roli, zaskarbia sobie ogromną sympatię widzów. Jak z rękawa sypie żartobliwymi komentarzami opisującymi rzeczywistość. Na podium najlepszych powiedzonek w wydaniu Czarnego  w moim odczuciu plasuje się m.in. to o równouprawnieniu, które kończy się, kiedy lodówkę trzeba wnieść na szóste piętro. Na wielkie brawa zasługuje też scena, w której aktor opowiada  o ciastach i ich nazwach. Robi to tak umiejętnie, że widz nagradza go salwami śmiechu. Pojawiający się w jednej z głównych ról Smoleński, ma również okazję – nie po raz pierwszy – władać na ekranie bronią. Dobrze mu to wychodzi. Od razu widać, że ma na swoim koncie kreowanie postaci policjantów w takich produkcjach, jak chociażby “W rytmie serca”  i “Komisarz Mama”. To kolejna rola, za pośrednictwem której udowadnia, że nie boi się wyzwań. Do każdego z nich podchodzi indywidualnie, zostawiając widza zadowolonego z tego, co przedstawił na ekranie i głodnego kolejnych jego wcieleń aktorskich.
















fot. Jan Wieczorkowski i Arkadiusz Smoleński w "Wieczorze kawalerskim"/materiały prasowe Monolith Films

Ciekawą postać stworzyła również Kinga Jasik, szerszej publiczności znana jako „Wiki“ z serialu „Skazana“. Rys komediowy, który miała w sobie Roksi sprawił, że była bohaterką wielu zabawnych scen. Moją ulubioną sceną w wykonaniu Jasik była ta, w której była przekonana, że... udusiła pana młodego (Patryk Szwichtenberg)

Ostatni akapit, w którym wyróżniam aktorów, chciałabym poświęcić postaciom drugoplanowym. Bartłomiej Firlet postać komornika stworzył tak, że został przeze mnie zapamiętany, ale brawa należą się też Magdalenie Popławskiej – żonie Wolfa. Choć pojawiła się w filmie tylko  w dwóch scenach, była jedyną osobą, która umiała ustawić go do pionu.

Do jakich widzów skierowany jest film?

To „Wieczór kawalerski“, na który wszyscy są zaproszeni. Najnowsza produkcja, której dystrybutorem jest Monolith Films, skierowana jest do widzów powyżej szesnastego roku życia. Ja bawiłam się świetnie, a momentami, śmiałam się najgłośniej z całej sali. Jak wiadomo, śmiech to najlepsza recenzja. Idźcie się pośmiać i przekonajcie się, „Kto dotrwa do rana?“

Polecam gorąco. 

piątek, 5 lipca 2024

Szymon Gonera o filmie "Wieczór kawalerski" [WYWIAD]

 Szymon Gonera o filmie "Wieczór kawalerski" [WYWIAD] 

















fot. z archiwum Szymona Gonery

Reżyser filmu "Superheroes" i "Dziewczyna Influencera" powraca z nowym tytułem. "Wieczór kawalerski" do kin w całym kraju trafił 5 lipca. Szymon Gonera opowiada o największej sile swojej nowej produkcji i współpracy z aktorami. Zdradza również, co do "Wieczoru kawalerskiego" wniósł Jan Wieczorkowski. 

Reżyser filmów "Dziewczyna Influencera" i "Wieczór kawalerski", scenarzysta i człowiek, który... wbrew temu, że w swoim filmie poruszył temat bycia influencerem, nie chciałby zostać nim za żadne skarby. (Śmiech.) Wszystko się zgadza? 

Tak (Śmiech).

Nie jest tajemnicą, że wielu indluecerów się z nim utożsamia. Myśli Pan, że młodzi twórcy mogą traktować go również jako przestrogę? 

Mam nadzieję. Film miał zwrócić uwagę i  pokazać, że idealne życie, które widzimy na Instagramie to często fikcja.

5 lipca na ekrany kin w całej Polsce trafił "Wieczór kawalerski". W kuluarach śmiejecie się, że to swego rodzaju skrzyżowanie "Kac Vegas" z "Pulp Fiction". Jak długa była droga od pomysłu, do realizacji?

Zaczęło się od prawdziwego wieczoru kawalerskiego mojego przyjaciela. Pomyślałem że gdyby dodać do tego tego gadatliwych gangsterów, i silne posatci kobiece, może być ciekawa mieszanka. Scenariusz spodobał się producentowi i dostał zielone światło od Monolith Films – dystrybutora filmu.

W roli Mario, który postanawia zorganizować niezapomniany wieczór kawalerski dla swojego przyjaciela, można zobaczyć Mateusza Banasiuka, z którym pracował Pan też przy "Dziewczynie Influencera". Co jest największą siłą Waszej współpracy? 











fot. Monolithfilm / Mateusz Banasiuk na planie filmu "Wieczór kawalerski"

Z Mateuszem znamy się 19 lat, grał u mnie w wielu projektach, od etiud szkolnych, po teledyski, krótkie metraże, aż po pełnometrażowe fabuły. Jest moim przyjacielem, zawsze we mnie wierzył i mnie wspierał, to on poznał mnie z producentem filmu. Rolę Mario napisałem dla niego. A co jest siłą tej współpracy? Chyba zaufanie i partnerstwo.

Po raz kolejny w Pana produkcji pojawia się również m.in. Magdalena Perlińska. Myślę, że to stawianie na aktorów, z którymi współpracował Pan już wcześniej, to jeden z gwarantów powodzenia filmu. Co jeszcze? 

Poza Mateuszem i Magdą w obu filmach pojawiają się jeszcze Patryk Szwichtenberg i Szymon Mysłakowski. Obu bardzo lubię i cenię ich talent. Magda dała z siebie w tym filmie bardzo dużo, włożyła mnóstwo czasu i wysiłku w przygotowania do scen aktorskich. Co do powodzenia filmu – tego chyba nikt nie wie do końca :) My postawiliśmy m.in. na barwne postaci –  wspomnę choćby o Janku Wieczorkowskim i Kindze Jasik. Grani przez nich bohaterowie - Wolf i Roxi budzili bodaj największy entuzjazm widowni, ale w obsadzie jest jeszcze cała plejada postaci, które odgrywają Asia Opozda, Rafał Zawierucha, Magda Popławska, Arek Smoleński, Marcel Sabat czy wspomniani już Patryk i Szymon.













fot. Monolithfilm / Jan Wieczorkowski i Arkadiusz Smoleński na planie filmu "Wieczór kawalerski"

Nie tylko najwięcej czerpie Pan od aktorów i z pracy z nimi, ale też jest otwarty na ich sugestie. Wiele swoich rozwiązań wniósł do produkcji Janek Wieczorkowski. Które z rozwiązań, zaproponowanych przez niego, najbardziej się Panu spodobało? 

W filmie jest sporo nawiązań do światowej i polskiej kinematografii. Janek wymyślił m.in żeby przemycić do jednej ze scen cytat z Seksmisji, i zagrał go podobnie do Jerzego Stuhra. Mały smaczek, ale ucieszy miłośników kina.

Jak wyglądało dobieranie obsady, wśród osób, z którymi współpracował Pan przy okazji "Wieczoru..." po raz pierwszy? 

Standardowo były castingi i zdjęcia próbne, niektórzy aktorzy ze względu na swój dotychczasowy dorobek dostali po prostu propozycję zagrania roli bez castingu, a część znałem z innych projektów. 

Z pozoru idealna impreza, którą każdy chciałby przeżyć, wymyka się spod kontroli, kiedy pieczę nad rozwojem wypadków przejmuje nieoczekiwany gość.  Proszę opowiedzieć coś więcej. 

Do tej warstwy fabularnej dodałbym jeszcze konflikt gangsterów, którzy utożsamiają patriarchat, z silnymi postaciami kobiecymi.

W filmie wiele jest komiczno-krwawych sytuacji. Gdyby miał Pan przytoczyć scenę, która z Pana perspektywy podczas kręcenia była najbardziej zabawna, na którą mogłoby paść?

Zdecydowanie jest to scena rozmowy Janka Wieczorkowskiego z Magdą Popławską, która w filmie gra jego żonę, na temat porządku w domu i toalecie (Śmiech). 

Mam wrażenie, że w pewnym stopniu, jest to też film o sile kobiet, czyli tzw. #womanpower. Czy się mylę? Tu, bohaterowie, znani z takich produkcji, jak wymienione na samym początku, odchodzą powoli w zapomnienie. 

Dokładnie. Tak jak wspomniałem, zamiast standardowego wieczoru kawalerskiego dostaliśmy wojnę starego z nowym, nie zdradzając zbytnio fabuły mogę zdradzić, że kobiety mocno mieszają w planach panów w tym filmie.

Gdyby miał Pan prace nad "Wieczorem kawalerskim" zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść? 

Bywało ciężko, ale było warto.

Co takiego ma w sobie "Wieczór kawalerski", czego nie mają inne filmy?

Chyba to, że nie da się go zaszufladkować do konkretnego gatunku. Na premierze słyszałem kilkukrotnie, że film zaskoczył widzów, bo bali się odgrzewanych kotletów a la "Kac Vegas" czy "Kac Wawa", a dostali coś zupełnie innego.

Zaprośmy widzów do kin w całej Polsce. 

Wieczór kawalerski to film pełen barwnych postaci, zwrotów akcji, napięcia. Dobra rozrywka, świetna obsada, zmysłowe sceny tańca Asi Opozdy, Magdy Perlińskiej i Kingi Jasik. A do tego gangsterzy, broń i tajemnica nagłej wizyty Wolfa. Warto pójść do kina i przekonać się, kto dotrwa do rana.

niedziela, 23 czerwca 2024

Michalina Sosna o ukochanym Śląsku i serialu "M jak miłość" [WYWIAD]

 Michalina Sosna o ukochanym Śląsku i serialu "M jak miłość" [WYWIAD]




















fot. Pam Grudzinska

Z Michaliną Sosną rozmawiałam podczas mojego pobytu w Warszawie. Poruszyłyśmy wiele tematów. Nie zabrakło pytań dotyczących serialu "M jak miłość", do którego obsady aktorka dołączyła w 1715 odcinku. Jak sama Michalina przyznaje, kultową "Emkę" oglądała już jako dziecko.

Porozmawiałyśmy też o pozytywnym nastawieniu, które odziedziczyła po tacie i jej ukochanym Śląsku oraz mówieniu gwarą. Tę umiejętność wykorzystała na planie drugiego sezonu "Lokatorki".

Już na pierwszy rzut oka sprawiasz wrażenie osoby, niezwykle pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. Jak dba Pani o to na co dzień?

Moja rodzina tak mnie ukształtowała i sprawiła, że jestem tak pozytywną osobą. Zawsze ze wszystkiego się radujemy. Jeśli spotykają nas jakieś gorsze momenty, staramy się je przekuć w coś pozytywnego. Dzięki takiemu nastawieniu, człowiek lepiej się czuje i przyciąga fajnych ludzi. 

Uwielbiam muzykę, ona zawsze dobrze mnie nastraja. Pozytywną energię i muzykę przemycam też na plan. Filmiki na Tik-Toka kręcę czasem z kolegami i koleżankami z planu. Póki co, dają się na to namówić, więc mam nadzieję, że będzie tego więcej. 

Czy takiego nastawienia wobec ludzi i świata można się nauczyć?

Oczywiście, takiego nastawienia można się nauczyć. Pozytywna, śląska, górnicza rodzina wystarczy. (Śmiech.) Dodają mi powera, są moim wsparciem. Kiedy tylko mogę, wracam w rodzinne strony, by naładować baterie. Kiedy nie mam takiej możliwości, rodzice odwiedzają mnie w Warszawie. 

Wiele jest zawodów na "A". Z tego, co wiem, od najmłodszych lat przejawiałaś zainteresowanie dziedzinami artystycznymi, albowiem regularnie uczęszczałaś do kółka teatralnego, brałaś udział w licznych konkursach recytatorskich. Czy to jednak prawda, że choć to wszystko zaczęło się już w szkole, to o aktorstwie jako zawodzie zaczęłaś myśleć dopiero w liceum?

Tak. Robiłam dużo rzeczy, które związane były z aktorstwem. Choć, jak wspominałyśmy, brałam udział w licznych konkursach recytatorskich, to nigdy nie myślałam, że będę pracować w tym zawodzie. 

Na Śląsku żyje się dość przyziemnie. Ślązacy, mimo wykonywanych przez siebie zawodów, które często sprowadzają na ziemie, są wrażliwi na sztukę, mają artystyczne dusze. Taki był też mój dziadek. 

Nie był to jednak Twój jedyny pomysł na siebie, ponieważ rozważałaś również opcję, by zostać lekarzem, złożyłaś nawet papiery na psychologię, ale też, nie zdradzając tego nikomu - do szkół teatralnych w Krakowie i Łodzi. 

Na początku myślałam o zawodzie, w którym będę mogła się realizować od godz. 8:00 do godz. 16:00. Kiedy kończyłam liceum, pojawiła się u mnie myśl, by zostać lekarzem. Po drodze był jeszcze pomysł, by zostać psychologiem. Od zawsze miałam z tyłu głowy myśl, by służyć ludziom.

Faktycznie, złożyłam papiery do szkół teatralnych w Krakowie i Łodzi w tajemnicy przed wszystkimi. Nie wiedziałam, co z tego wyniknie. To, że dostałam się za pierwszym razem, było dla mnie czymś niesamowitym. 

Myślałaś kiedyś o tym, czy gdyby wtedy się na aktorstwo nie dostała, mogłaby teraz mieć swój gabinet psychologiczny?

Patrząc na to z perspektywy czasu, nie wiem, czy nadawałabym się do tego. Jestem szalona, więc to pewnie udzielałoby się  moim pacjentom. (Śmiech.)

Myślę, że ścieżka, którą prowadzi mnie los, jest najlepsza. 

Wszystko się zgadza, bo bez dwóch zdań, aktorstwo jest takim zawodem, który pomaga ludziom, chociażby za pośrednictwem roli teatralnej, czy filmowej, spojrzeć widzowi na życie z dystansem, nadzieją na lepsze jutro. Jak to odbierasz?

Kocham ludzi, jestem ich ciekawa, lubię ich obserwować. Ta wymiana energii, do której dochodzi też w teatrze, jest niesamowita, wręcz mistyczna. Tak samo dzieje się na planie. Spotykamy ludzi, z którymi przez jakiś czas tworzymy projekt. Lubię zmieniać środowiska, poznawać nowych ludzi i się nimi cieszyć. 

Mam takie wrażenie, że prawie wszystkie Twoje role mają w sobie jakiś pierwiastek komediowy. Z czego to wynika? Może wynika to z Twojego pozytywnego usposobienia? 

W szkole powierzano mi dość poważne role, wręcz dramatyczne. Wiadomo jednak, że życie wiele weryfikuje, szczególnie wtedy, kiedy po studiach wpada się do prawdziwego teatru.

 Wiz komica gdzieś tam mi przyświeca. Lubię to. Gram też w sztukach, gdzie dramat miksuje się z komedią. Może przypadają mi takie role, bo mój tata jest niezłym dowcipnisiem. (Śmiech.) Odziedziczyłam to po nim. 

Idąc za ciosem, uważasz tak, jak większość aktorów, że komedia jest najtrudniejszym gatunkiem do zagrania dla aktora? 

Dokładnie tak uważam. Komedia jest w Polsce niedoceniana. Nie każdy aktor dramatyczny odnajduje się w komedii. 

Już jakiś czas temu, Karolina Chapko powiedziała mi, że marzy jej się rola w filmie sensacyjnym, chciałaby mieć przestrzeń, by biegać z bronią, skakać po dachach i walczyć z przeciwnościami. Ty marzysz podobno o zagraniu pani detektyw i rozwiązywaniu zagadek kryminalnych. To prawda?

Tak jest! Pani detektyw figuruje jako pierwsza na mojej liście wymarzonych ról. Ufam, że niebawem to się zrealizuje. 

Chciałabym też być taką superbohaterką, jak Tomb Raider i wykorzystać też to, by się przygotować do takiej roli, nie tylko cieleśnie, ale też poprzez sztuki walki. To byłoby ciekawe, bo ja lubię się rozwijać. Lubię nowe wyzwania, które czasami stawiam sobie sama. Niech się dzieje. (Śmiech.)

Wielu aktorów marzy o tym, by zagrać w kultowym serialu "M jak miłość". 

Do "M jak miłość" trafiłam tak naprawdę przypadkiem, a nie przez casting. Pojawiły się nawet głosy, że do serialu dostałam się dzięki protekcji. To nie było tak. 

Reżyser castingu zaprosiłam na mój spektakl, po którym stwierdziła, że w "Emce" koniecznie trzeba znaleźć dla mnie jakąś rolę. Scenarzyści napisali taką rolę. Kiedy dowiedziałam się, że Kama jest striptizerką i tancerką erotyczną, to od razu pomyślałam, że mi to zawsze trafiają się takie role. (Śmiech.) Kliknęło i... zostałam. (Śmiech.)

Często zdarza się, że aktor ma grać w serialu przez dwa lub trzy odcinki a zostaje na kilka sezonów. Świetnym przykładem tego jest chociażby Aaron Paul z "Breaking bad", choć na polskim podwórku też można znaleźć takie osoby. 

Ty dołączyłaś w 1715 odcinku. Czy  zanim to się wydarzyło, miałaś swoich ulubionych bohaterów, ulubione wątki? 

"M jak miłość" oglądałam bardzo intensywnie jako dziecko. Całą rodziną, po kolacji zasiadaliśmy na kanapie. Mam ogromny sentyment do tego serialu, bo oglądałam go z dziadkami. Naprawdę czekaliśmy na nowe odcinki. Nie było wtedy platform streamingowych, więc siadało się przed telewizorem. 

Po latach przestałam oglądać, bo nie miałam na to czasu. Teraz do tego wracam, ale dzieje się tak przede wszystkim za sprawą moich fanów, którzy obserwują mnie na Instagramie i Tik-Toku. Nawet nie muszę oglądać, by wiedzieć, co się wydarzy. (Śmiech.) W editach, które są do mnie wysyłane i wycinanych scneach widzę, co jest akurat na tapecie.

Nie boisz się zaszufladkowania?

Nie boję się. Kama jest tak różnorodna, że myślę, że producenci to docenią i  dostrzegą, że warto dawać mi szansę też w innych projektach. 

Kolejnym serialem, o którym warto porozmawiać jest serial "Lokatorka". Powstał on na podstawie filmu pod tym samym tytułem, który opowiada o jednej z największych afer reprywatyzacyjnych w Polsce. Na planie spotkałaś się m.in. z Janem Fryczem. Jak wspomina Pani pracę na planie?

Dzięki uprzejmości Janka, przeszliśmy na ty. Bardzo dobrze nam się pracowało. Żałujemy, że tak krótko i tak mało. Janek jest wybitnym aktorem, więc zagrać z nim było dla mnie formą pewnego rodzaju renomy. Miałam pewne obawy jak to będzie, ale pomyślałam sobie, że los stawia mi go na mojej drodze, więc muszę to wykorzystać. Polubiliśmy się i stworzyliśmy fajne sceny.

Lubiłam ten serial też dlatego, że był osadzony w śląskiej rzeczywistości. 

Jak czułaś się z tym, że mogłaś wykorzystać w tej roli swoje pochodzenie i język śląski?

Świetnie się z tym czułam. Mogłam wykorzystać też gwarę, bo godom. (Śmiech.) Wspaniale było tam grać. W scenach statystowali prawdziwi ślązacy. Śląsk to stan umysłu. To pewna egzotyka, której trzeba skosztować. Cieszę się, że ludzie są ciekawi Śląska. Lubią, kiedy zaciągam po śląsku. Wykorzystujemy też to w "Emce".  

Była to rola poważno-dramatyczna. Jak czułaś się w takim wcieleniu?

Bardzo dobrze. Myślę, że role Femme fatale też są dla mnie. Podobało mi się to. Lubię dramatyczne role. Oby jak najwięcej takich ról. 

Chciałabym jeszcze wrócić wspomnieniami do programu "Twoja twarz brzmi znajomo", którego byłaś uczestniczką w 2018 roku. Jak z perspektywy czasu wspominasz udział w tym programie?

To była  niesamowita przygoda. Był to pierwszy tak duży projekt telewizyjny, w którym wzięłam udział. Nigdy nie myślałam, że moja kariera zacznie się od takiego programu. To trudna rzecz, nie ukrywam, że udział w nim wiązał się z pewnego rodzaju stresem, ale przygoda była to naprawdę jedyna w swoim rodzaju. Nauczyłam się tam wielu rzeczy. Nie walczyłam o złote kalesony, bo wiedziałam, że koledzy wokaliści są wybitni. Postaowiłam, że dam sobie szansę, by szersza publiczność mnie poznała.

Wróciłabyś do tego programu?

Zastanowiłabym się. (Śmiech.) 

Wcieliłaś się m.i.n. w Afric Simon, Cleo i Kate Perry. Które z wcieleń było dla Ciebie największym wyzwaniem?

Każde wcielenie było dużym wyzwaniem. Najprzyjemniejsze było dla mnie wcielenie się w Sophie Loren. W tym programie przychodzi moment kryzysu. Dla mnie przyszedł, kiedy wcielałam się w Donnę Summer. Wkradł się w ten występ pierwiastek odpuszczenia i luzu, w wyniku czego otarłam się o wygraną odcinka. Do wygrania czeku brakowało mi dwóch punktów. 

Jesteś bardzo aktywnym użytkownikiem Instagrama. Czym najbardziej lubisz się dzielić z obserwującymi?

Wstawiam to, co mi w duszy gra. Dzieje się to spontanicznie. Nie planuję postów. Lubię czytać komentarze. Dzięki moim fanom istnieję, więc muszę o nich dbać. 

Czego poszukujesz w sieci, a od jakich treści stroni?

Kiedy gdzieś wyjeżdżam, robię research miejsca, do którego się wybieram. Czasami w wyszukiwarce szukam też informacji o ludziach, którzy mnie interesują. 

Jesteśmy gwiazdami, więc jesteśmy narażeni na hejt, ale go nie znoszę. Szanuję konstruktywną krytykę. 

W sieci wiele osób pokazuje, jak ich życie jest piękne, wręcz cukierkowe. Dajesz się czasem nabrać na to, co jest pokazywane w internecie? 

Oczywiście, daję się na to czasem nabrać. Kiedy widzę, że moi znajomi pokazują takie treści, zastanawiam się, czy i ja tego nie zrobię. 

W sieci panują różne trendy. Media społecznościowe nami zawiadują. Tak już będzie. Musimy nauczyć  się z tym żyć. Ważne jest też to, by wyłączyć czasem telefon i pokazać, co się potrafi. Warto mieć jakiś fach w ręku, bo co zrobimy, kiedy odetną nam internet? (Śmiech.) Trzeba mieć do tego dystans i podchodzić do tego tematu z lekkością. 

Artur Dziurman o Teatrze ITAN i pasji do życia [WYWIAD]

Artur Dziurman o Teatrze ITAN i pasji do życia  [WYWIAD] 



















fot. Teatr ITAN

Z Arturem Dziurmanem miałam przyjemność rozmawiać o Integracyjnym Teatrze Aktora Niewidomego oraz o niezwykłej pasji do życia, którą dzieli się z innymi. 

Już na pierwszy rzut oka sprawia Pan wrażenie osoby pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. Z czego czerpie Pan energię? Pewnie też ze współpracy z wyjątkowymi ludźmi, o których zaraz porozmawiamy. 

To na pewno. Związane jest to rzeczywiście z pewną pokorą, którą mam wobec osób z dysfunkcją wzroku, z którymi pracuję od prawie osiemnastu lat. Muszę powiedzieć, że jestem człowiekiem, który od samego początku podchodził energetycznie do życia, począwszy od niepamiętnych już czasów liceum, studiów, aż do teraz. Zawsze próbowałem czegoś więcej, niż tylko tego, na co pozwalają ramy życiowe lub zawodowe.  

Działający od prawie osiemnastu lat Teatr ITAN, którego jest Pan założycielem, daje szansę grać osobom niewidomym i niedowidzącym. 

Integracyjny Teatr Aktora Niewidomego jest jedynym tego rodzaju, w formie, działalności i repertuarze teatrem, skupiającym 21 aktorów niedowidzących i słabowidzących. Integracja polega też na tym, że przy każdej naszej produkcji, czy to filmowej, serialowej, czy teatralnej, bardzo intensywnie korzystamy z aktorów zawodowych. Mówiąc ściślej, do współpracy zapraszamy gwiazdy, legendy. Mam tu na myśli m.in. Krzysztofa Globisza, Dorotę Pomykałę, Annę Korcz, Bohdana Łazukę czy Jacka Fedorowicza. Dużo wspaniałych ludzi z nami współpracuje. Duży pokłon należy się wobec tych moich kolegów-zawodowców, którzy, jeżeli tylko dzwonię do nich z propozycją, by wzięli udział w tego rodzaju produkcji, bardzo chętnie do tego podchodzą. 

Patrząc z boku, mogłoby się wydawać, że zmaganie się z utratą wzroku lub niedowidzeniem może przekreślić marzenia o realizowanie się w zawodzie aktora. Jednak miejsce, które Pan stworzył jest totalnym tego zaprzeczeniem. 

Przytoczę pewną anegdotę. Na samym początku przychodzi do nas Krzysztof, jeden z naszych niewidomych aktorów, który zostaje ułożony na scenie, po czym mówi, że dzięki temu Teatrowi zobaczył kolory. Po jego słowach, kolory zobaczyliśmy wszyscy. Oni po prostu chcą.

To oczywiście droga przez mękę, bo każde przedstawienie trzeba realizować pod względem ich ról od samego początku, układać ich, reżyserować i wytyczać kierunki, natomiast dochodzimy do pewnego momentu, że jeżeli oni już zafiksują sobie pewne ramy aktorskie postaci, to są idealni do końca. 

Nie jest tajemnicą, że aktorzy, zmagający się z szeroko pojętymi problemami ze wzrokiem, muszą np. być wyczulonymi na światło i dźwięki. Na co jeszcze muszą zwracać szczególną uwagę? 

Tak, jak pani wspominała, są bardzo wyczuleni na dźwięk, na muzykę, na intensywność światła, odległość i kroki. Mierzą sobie koniec sceny, ale też jej lewą i prawą stronę. Zwracają też uwagę na odległość od najbliższego rekwizytu, np. stołka lub stołu. To rzeczy, które bardzo pomagają im w graniu. Muszą być realizowane na próbie wznowieniowej, tuż przed przedstawieniem, by nasi aktorzy poznali przestrzeń. 

Zastanawiał się Pan kiedyś nad tym, czy gdyby w 2005 nie składał projektu do Europejskiego Funduszu Społecznego i nie uzyskał dofinansowania dla jednego ze spektakli, którego beneficjentami były osoby z dysfunkcją wzroku, to Teatr ITAN w ogóle mógłby nie powstać?

Tak, mógłby nie powstać, ponieważ była to furtka do tego, by pozyskać pieniądze i zrobić przedstawienie, gdzie wymogiem Europejskiego Funduszu Społecznego była obecność osób z dysfunkcją wzroku i zagranie sześćdziesięciu przedstawień po premierze i realizacji, czyli zatrudnienie tych osób, by dostawali za to wynagrodzenie. To zmobilizowało nas do tego, by robić taki teatr.

Jest Pan reżyserem serialu „Pasjonaci", opowiadającego historie aktorów Pana Teatru. Po obejrzeniu chociażby jednego odcinka, słowo zawarte w tytule nabiera nowego znaczenia. Udowadnia, że pasja jest dla każdego, nie ma w niej  barier. Spotkał się Pan z podobną opinią o serialu?

Powiem szczerze, że jest pani pierwszą osobą, która uświadomiła mi wyraz tego naszego serialu. Bardzo pięknie zostało to określone. Dodam jeszcze od siebie, że w przypadku naszego serialu pasja to teatr, pasja to aktorstwo, ale też dążenie do tego, by ten nasz Teatr wreszcie powstał, by faktycznie budynek i scena dla nas istniały. 

Wielki pokłon i słowo podziękowań za wyrozumiałość,  dla Urzędu Marszałkowskiego Województwa Małopolskiego, ponieważ za pośrednictwem i zgodą Cricoteki, udostępniono nam miejsce po Tadeuszu Kantorze, czyli scenę, gdzie możemy prezentować swój repertuar. Pierwszy spektakl odbył się 11 lipca, a repertuar zaplanowany jest do końca roku. Zaczynamy bajkami, pojawią się również spektakle dla dorosłych. Co prawda gościnnie, ale mamy wreszcie profesjonalną scenę. 

Produkcja odniosła ogromny sukces, więc pytanie o kolejny sezon nie powinno Pana zdziwić. Jest szansa?

W tym roku nie uda nam się ruszyć ze zdjęciami do trzeciego sezonu. Telewizja Polska nie przychyliła się do koprodukcji trzeciej części, która jest absolutnie gotowa, czekaliśmy jedynie na decyzję. Na razie nie ma zgody. Nie wiem, czy damy radę zrobić to w przyszłym roku. Zgromadzone fundusze oddamy i zaczniemy je zbierać od nowa najprawdopodobniej w październiku. W pierwszej kolejności listem intencyjnym musimy mieć zagwarantowaną możliwość realizacji zdjęć i emisji w przyszłym roku przez TVP. 

Spotykamy się przed spektaklem "Kobieta idealna". Mamy do czynienia z komedią. Zgadza się Pan z tym stwierdzeniem, że to najtrudniejszy gatunek dla aktora?

Nie, najtrudniejszym gatunkiem do zagrania jest dramat. Trzeba zrobić go tak, by nie nudzić ludzi. Komedia zawsze jakoś się obroni. Zrobienie przedstawienia wzruszającego, po którym widz wychodzi z niego z refleksją, jest dla mnie dużą sztuką. Uważam, że jeżeli ktoś potrafi wymyślić taką inscenizację i jednocześnie poprowadzić w tym kierunku aktorów, to wtedy jest teatr. 

Na koniec wspomnijmy jeszcze o serialu „Papiery na szczęście", którego emisja zakończyła się 27 czerwca. Jak Pan będzie wspominał tę przygodę? 

Bardzo miło. Na planie panowała świetna atmosfera, będę też miło wspominać moich kolegów aktorów, z którymi przyszło mi grać - Marka Siudyma, Agnieszkę Wosińską, Barbarę Garstkę, która grała moją córkę. Szkoda, że przestaliśmy kręcić ten serial.

Co takiego ma w sobie ten serial, że widzom tak trudno się z nim rozstać? 

Jego akcja toczyła się tu i teraz. Opowiadał o człowieku, który nie ma pieniędzy, ale też o takim, który je ma. Opowiadał też o miłości, ale też o relacjach ojca z córką. Był to serial o życiu.