środa, 23 października 2024

Piotr Garlicki nie tylko o serialu "Na dobre i na złe" [WYWIAD]

 Piotr Garlicki nie tylko o serialu "Na dobre i na złe" [WYWIAD]














fot. Materiały prasowe Dystrybucji Kinowej TVP / Piotr Garlicki na planie filmu "Zakochany Mickiewicz" 

Z aktorem, Piotrem Garlickim, spotkałam się w Warszawie. W rozmowie nie mogło zabraknąć wątków dotyczących serialu „Na dobre i na złe“, w którym to w postać dr. Stefana Trettera aktor wciela się od 45. odcinka.

Piotr Garlicki opowiedział również o zawodowych początkach, zdradził, co wybór profesji aktora miał wspólnego z górami oraz ujawnił, za co widzowie chcieli wręczyć mu...łapówkę.

13 września do kin w całej Polsce trafił film „Zakochany Mickiewicz“, gdzie aktora można oglądać w roli tajemniczego mnicha. Jak po latach odnalazł się w siodle?

W czasie, kiedy studiowałeś filologię orientalną, wspinałeś się również po górach, działając w klubie wysokogórskim. Twoje zamiłowanie do gór przetrwało do dzisiaj?

Można tak powiedzieć, że moje zamiłowanie do gór przetrwało w stopniu umiarkowanym. Stało się tak przede wszystkim ze względu na wiek. Moją bazą wypadową było zawsze Zakopane, które w moim pojęciu zmieniło się nie do przyjęcia. Dla mnie jest tam zbyt głośno i tłoczno. W górach nie ma miejsca na góry. Wszędzie są tłumy. Kiepsko jest też z miejscami w schroniskach.

Na to, że zostałeś aktorem, również poniekąd wpływ miały góry, ponieważ przyjaźniłeś się z synem Haliny Kosobudzkiej i Jacka Weszerowicza, cenionych wtedy aktorów. To prawda, że kiedy zginął w górach, całą swoją sympatię przekierowali na Ciebie i namówili Cię na ten zawód?

Tak, to prawda, wspinałem się z ich tragicznie zmarłym synem. Wówczas byliśmy do siebie bardzo podobni fizycznie. Przyjaźniliśmy się, trzymaliśmy się razem. Razem z całą grupą kolegów, którzy byli w klubie wysokogórskim, byliśmy częstymi gośćmi w ich domu. Po jego śmierci faktycznie, swoje uczucia i tęsknotę przelali na mnie. Po nieudanych studiach lingwistycznych, z których mnie wyrzucono, ponieważ nie byłem nimi zainteresowany, poszedłem na dwa lata do wojska, a kiedy wyszedłem, nie bardzo wiedziałem, co ze sobą zrobić. Wiedziałem, że nie wrócę na orientalistykę. Wtedy, Halina Kosobudzka podsunęła mi pomysł, by zdawać do szkoły teatralnej.

Czy kiedykolwiek żałowałeś, że rzuiłeś studia i zostałeś aktorem? To piękny, ale co tu dużo mówić, trudny zawód.

Nigdy nie miałem powodu, by żałować. Zwykle dopisywało mi szczęście, tak jest z resztą do teraz. Jestem zadowolony, bo nadal pracuję.

Kiedy byłeś u szczytu popularności, mając w kieszeni jedyne 200 dolarów, wyjechałeś za ocean. Miałeś spędzić tam pół roku, a zostałeś na piętnaście lat. Jak wspominasz ten czas?

W tych czasach popularność związana z odbiorem społecznym nie była tożsama z dobrobytem. Zawód był bardzo kiepsko opłacany. Nie było możliwości, by wyżyć chociażby z etatu w tearze. Od początku aktywności zawodowej taki etat miałem. Rzeczywiście, na rynku byłem we wszystkich możliwych i dostępnych wówczas gałęziach, gdzie aktorstwo mogło być wykorzystane. Aktywny byłem na scenie, w telewizji, filmie, w radiu i dubbingu. Jednak średnia zarobku mnie nie satysfakcjonowała do tego stopnia, że w pewnym momencie musiałem sprzedać samochód, by utrzymać sensowny poziom życia. Przede mną otworzyła się furtka wyjazdu do Ameryki, więc z niej skorzystałem. Myślałem, że pojadę na pół roku, zarobię trochę grosza i wrócę, by dalej kontynuować pracę w zawodzie, ale pół roku nieco się przedłużyło. (Śmiech)

Twoje życie to materiał na książkę. (Śmiech) Nigdy nie myślałeś o wydaniu swojej biografii? To byłby strzał w dziesiątkę. (Śmiech)

Jak ktoś o tym pomyśli, zastanowię się, czy to zrobić. (Śmiech) Przyznam jednak, że mój kolega, reżyser z serialu „Na dobre i na złe“, Grzegorz Lewandowski, zwracał się do Piotra Glińskiego, ówczesnego ministra kultury, o dotację na zrobienie filmu z tego mojego amerykańskiego epizodu, ale propozycja nie została przyjęta.

Jakim jesteś czytelnikiem, czego poszukujesz w książkach i filmach?

Jestem czytelnikiem chaotycznym. Czytam parę książek na raz, bo szybko się nudzę i pewnie dlatego nie jestem w stanie wytrwać przy jednej książce. Doczytuję, ale robię to etapowo. W ciągu ostatnich trzech lat jedyną książką, którą przeczytałem od deski do deski, byli „Bieguni“. Ta lektura zajęła mi trzy dni. Podobnie mam z filmami. W telewizorze mam mnóstwo platform, takie jak m.in. Netflix i Prime Video, a do tego wszystkie kanały, z których mogę korzystać jako użytkownik telewizji kablowej, ale mimo to, bardzo rzadko oglądam jakikolwiek film do końca.

Po Twoim powrocie do kraju, zadzwonił telefon z propozycją roli dr. Stefana Trettera w „Na dobre i na złe“. Czy to, że pochodzisz z lekarskiej rodziny, miało wpływ na to, że tę rolę przyjąłeś?

Możliwe, choć aż tak głęboko w to nie wnikałem. Dziadkowie byli lekarzami, wychowywałem się u nich. Chcieli, abym zainteresował się medycyną, ale miałem jej dość w domu. Propozycja bardzo mi pochlebiła, ponieważ napłynęła, gdy ledwo co wróciłem ze Stanów. Zacząłem pracę w Teatrze Współczesnym. Wtedy „Na dobre i na złe“ było serialem na topie, inne produkcje, takie jak chociażby „M jak miłość“, na ekrany weszły dopiero nieco później. Nie wiem, jak to się stało, że tę rolę dostałem, bo w żaden sposób nie ogłaszałem, że wracam. Zadzwonił telefon, Piotr Wereśniak zakomunikował, że chce ze mną porozmawiać. Pojechałem do Nadarzyna, gdzie była wtedy hala zdjęciowa, spotkaliśmy się i od tego czasu jestem w serialu.

Do serialu dołączyłeś w 45. odcinku. Przeszłość Twojego bohatera była ściśle powiązana z wątkiem siostry oddziałowej, czyli nieodżałowanej Darii Trafankowskiej. Jak wspominasz zmarłą 9 kwietnia 2004 roku aktorkę?

Wspominam ją bardzo ciepło i sympatycznie. W pracy była fantastyczną osobą. Wiedziałem o wszystkich jej perypetiach z życia prywatnego. Nie miałem z nią jednak żadnej styczności poza planem i nie znałem jej prywatnie. Korelacje zawodowe na planie nie zawsze odzwierciedlają stosunki osobiste. Aktorzy są ludźmi zajętymi, nie tylko w serialu, ale mają też inne zobowiązania zawodowe, mają rodziny. Spotkania w pracy są spotkaniami zawodowymi. W pracy z ludźmi nie przebywa się zbyt długo. Nawet, jeśli jestem na planie cały dzień, nie znaczy to, że cały dzień gram z tą samą osobą. Realizowane są różne sceny, z różnych odcinków. Kontakt jest dosyć przelotny, a nawet zdawkowy. Znam bardzo niewiele przykładów, gdzie przyjaźnie z planu przenoszą się na życie prywatne. Są tacy ludzie, ale mnie to nie dotknęło. Mam lepszy kontakt z ekipą realizacyjną niż z aktorami.

Postać siostry oddziałowej jest dotąd co jakiś czas wspominana w serialu. Wzruszające są sceny, w których Stefan patrzy na jej zdjęcie... To od lat ta sama fotografia?

To rzeczywiście cały czas ta sama fotografia. Trzeba sobie jednak zdać sprawę, że to po prostu rekwizyt, który ma widzowi coś mówić, a z racji tego, że oglądają nas coraz młodsze pokolenia widzów, mam wrażenie, że mówi coraz mniej.

Jak radzisz sobie z przyswajaniem terminologii medycznej?

To trochę jak język obcy, którego można się nauczyć, tym bardziej, że ta terminologia jest dosyć ograniczona, ponieważ nazw przypadków medycznych trzeba się po prostu nauczyć. W scenach operacyjnych wiele czynności się powtarza. Nazwy instrumentarium po wielu powtórzeniach zostają zapamiętane.

Myślałeś kiedykolwiek o odejściu z serialu?

Nie, dlaczego?

Rola lekarza szufladkuje?

Tak, ale nie do końca, czego dowodem jest film „Zakochany Mickiewicz“, który do kin trafił 13 września. Nie zagrałem lekarza, o czym można się przekonać, idąc do kina. (Śmiech)

Jesteś nie tylko miłośnikiem wspominanych gór, ale także jazdy konnej. To prawda?

To już rzeczy historyczne, z przeszłości. (Śmiech) Choć prawdą jest to, że ostatnio konno jeździłem na planie filmu „Zakochany Mickiewicz“, ale wydarzyły się to po wieloletniej przerwie.

Jak wraca się do siodła?

Trudno, a jeszcze trudniej się wysiada z siodła. (Śmiech) Kiedyś jeździłem regularnie i tak się złożyło, że moim znajomym przez wiele lat był człowiek, który był trenerem polskiej kadry olimpijskiej na olimpiadzie w Moskwie. Przez kolegę aktora, a także zapalonego koniarza, Marka Siudyma, poznaliśmy się. To do niego jeździłem co wakacje. Wiek jednak sprawia, że z wielu rzeczy trzeba rezygnować, bo nie na wszystko starcza już sił.

Wcieliłeś się w tajemniczego mnicha. Opowiedz coś więcej.

Przede wszystkim wiedziałem, z kim będę pracować, bo Waldemar Szarek pracował przy „Na dobre i na złe“. Z partnerów znałem niewiele osób. Była to bardzo przyjemna praca, choć dla mnie dosyć męcząca z tego względu na to, że najpierw graliśmy na dziedzińcu zamkowym, a później na wieży zamkowej. Podejście pod ten zamek, kilka metrów w górę było ogromnym wysiłkiem.

Grzegorz Daukszewicz, którzy przez kilka lat wcielał się w dr. Krajewskiego, powiedział mi kiedyś, że podeszła do niego Pani, prosząca o receptę. (śmiech) Miałeś podobne sytuacje?

Takie sytuacje zdarzały się nagminnie, szczególnie kiedy w serialu było mnie więcej.

O co wtedy najczęściej prosili widzowie?

Były to nie tylko prośby o recepty, ale też o miejsce w szpitalu w Leśnej Górze. Byli też ludzie, którzy...oferowali łapówki. Bardzo wiele osób nie rozdziela aktora od postaci. W sklepie do dziś zwracają się do mnie „panie doktorze“, choć zwracam wtedy uwagę, że jak już, to panie aktorze. (Śmiech.)

Eleni o muzyce i ukochanej Grecji [WYWIAD]

Eleni o muzyce i ukochanej Grecji [WYWIAD]















fot. zdjęcie nadesłane

Na początku września razem ze zgromadzoną publicznością w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie Eleni obchodziła jubileusz czterdziestu pięciu lat działalności estradowej. Z tej okazji zaśpiewała swoje największe przeboje.

Miałam okazję z nią rozmawiać nie tylko o muzyce, ale też ukochanej Grecji.

Na scenie jest Pani obecna od ponad czterdziestu pięciu lat. Kiedy to minęło? (śmiech)

Minęło jak jeden dzień, ale nie wiem, kiedy. (Śmiech)

Gdyby miała Pani ten czas zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Od czterdziestu pięciu lat mam wierną publiczność, która przychodzi na moje koncerty, chce się ze mną spotkać, śpiewa moje piosenki. To najpiękniejszy prezent po tylu latach pracy na estradzie.

Jakie emocje i przemyślenia towarzyszą Pani przy okazji tak zacnego jubileuszu?

Już kiedyś starałam się to wszystko podsumować, ale nie jest to łatwe, bo tak naprawdę to nie tylko moja aktywność zawodowa, ale też moich muzyków, kompozytorów i autorów tekstów.

Swoich występów nie traktuje Pani jak koncertów, ale jak spotkania z drugim człowiekiem. Kto nauczył Panią takiego podejścia?

Takiego podejścia nauczyli mnie moi rodzice. Zawsze zarażali ludzi pozytywną energią, pomagali im. Te wartości wyniosłam z domu rodzinnego. Pochodzę z wielodzietnej rodziny, było nas dziesięcioro. Byłam najmłodsza, więc tego wszystkiego uczyłam się też od rodzeństwa.

Ważne jest dla Pani, by podczas spotkań muzycznych można było zapomnieć o trudnej codzienności i odpłynąć w podróż sentymentalną. Do którego ze swoich utworów to Pani ma największy sentyment? Czy będzie to utwór „Troszeczkę ziemi, troszeczkę słońca“?

Tych piosenek było i jest wiele. To m.in. „Po słonecznej stronie życia“ i „Nic miłości nie pokona“. Każdemu z etapów mojego życia, czy to prywatnego, czy zawodowego, towarzyszył któryś z moich utworów.

Mam wrażenie, że piosenka „Troszeczkę ziemi, troszeczkę słońca" jest najbardziej wyczekiwana przez słuchaczy na muzycznych spotkaniach z Panią. Czy się mylę?

Tak właśnie jest. Publiczność za każdym razem żywo reaguje od momentu, w którym pada tytuł tego utworu.

Swoją muzyczną przygodę rozpoczynała Pani w 1975 roku, razem z greckim zespołem „Prometeusz“. Podobno ta przygoda miała trwać rok, a przeciągnęła się do ponad 45 lat. (śmiech)

Tak naprawdę chciałam zostać nauczycielką wychowania muzycznego, ale stało się inaczej. Tylko przez rok miałam pośpiewać z zespołem „Prometeusz“, ale no cóż… przeciągnęło się. (śmiech)

Pani urodziła się w Polsce, ale Pani rodzeństwo urodziło się w Grecji. Chętnie wraca Pani w te strony? Co takiego ma Grecja, czego nie mają inne kraje?

W Grecji jestem co roku. Tak naprawdę, mam dwie ojczyzny. Kiedy jestem w Polsce, tęsknię za Grecją, a kiedy jestem w Grecji, tęsknię za Polską. Tak będzie już zawsze.

Trzeba pamiętać, że muzyka grecka to nie tylko Zorba. (śmiech) Grecki klimat wykonywanym przez Panią utworom nadaje instrument buzuki, na którym gra Pan Kostas.

Kostas jest kompozytorem większości utworów, które wykonuję. Bez tego instrumentu, te piosenki nie miałyby takiego charakteru, a jednak buzuki dodaje im grecki smaczek.

Pani gra na jakimś greckim instrumencie?

Gram na gitarze, ale umiem grać też na wspominanym buzuki.

Czy zaczynając swoją przygodę z muzyką, pomyślała Pani kiedykolwiek, że może ona tyle potrwać?

Wydarzyło się to zupełnie niespodziewanie. Z zespołem „Prometeusz“ nagraliśmy pierwszą płytę „Po słonecznej stronie życia“ i tak się zaczęło. Potem nadchodziły kolejne propozyje i tak... zostałam piosenkarką.

Żałowała Pani kiedykolwiek, że nie została nauczycielką muzyki?

Nie myślałam o tym. Kocham śpiewanie i nie potrafiłabym bez niego żyć. Spotkania z publicznością dodają mi energii.

piątek, 11 października 2024

Cykl #mariolapoleca (18): „Pod wulkanem“ [RECENZJA FILMU]

 Cykl  #mariolapoleca (18): „Pod wulkanem“ [RECENZJA FILMU]


















fot. plakat filmu / Dystrybucja Kinowa TVP

Zawsze warto znaleźć coś, co poprawi nasze samopoczucie, będzie gwarancją pojawienia się uśmiechu na twarzy. Jedni znajdują takie czynniki w książkach, drudzy w filmach, a jeszcze inni w serialach, czy w muzyce. 

Propozycjami, które (w moim odczuciu) takie czynniki posiadają, chciałabym się dzielić z Wami w moim cyklu #mariolapoleca. Serdecznie Was zapraszam. 

Dziś zachęcam do lektury recenzji najnowszego filmu w reżyserii Damiana Kocura „Pod wulkanem“, który do kin w całym kraju trafi 11 października. Reżyser, podobnie, jak w swoim równie ciekawym debiucie pełnometrażowym „Chleb i sól“, również porusza temat narastającego lęku, choć robi to nieco inaczej, niż w przypadku poprzedniej propozycji filmowej. 

Wiadomo już, że najnowsza produkcja w dorobku twórcy powalczy o Oscara w kategorii „Najlepszy międzynarodowy film pełnometrażowy“. Tytuł przedpremierowo pokazany był m.in. w Toronto. Stołeczna premiera, w której wzięli udział twórcy i zaproszeni goście, miała miejsce 7 października. 

***

Cykl  #mariolapoleca (18): „Pod wulkanem“ [RECENZJA FILMU]

UROCZYSTA PREMIERA MEDIALNA: 7 października, Warszawa 

PREMIERA KINOWA: 11 października

GATUNEK FILMU: dramat

SCENARIUSZ: Damian Kocur, Marta Konarzewska

REŻYSERIA: Damian Kocur

PRODUCENT: Mikołaj Lizut, Agnieszka Jastrzębska

DYSTRYBUCJA: Dystrybucja Kinowa TVP 

OBSADA: Sofiia Berezovska, Anastasia Karpenko, Roman Lutskyi, Fedir Pugachov, Almira Hryhorets, Mike Mensah, Ada Lorenc i inni.

***

 O FILMIE:

W filmie „Chleb i sól“, czyli swoim pełnometrażowym debiucie, reżyser Damian Kocur na centrum wydarzeń ekranowych wybrał osiedlową budkę z kebabem. Główna akcja jego drugiego filmu toczy się na hiszpańskiej Teneryfie. To właśnie tam, na urlopie, przebywa ukraińska patchworkowa rodzina, dowiadująca się o wybuchu wojny. W tym układzie, szczęśliwi na pierwszy rzut oka turyści, stają się uchodźcami. 

Rodzinę tworzą Nastia (Anastasia Karpenko), Sofia (Sofiia Berezovska), ojciec Sofii Roma (Roman Lutskyi), brat Sofii Fedir (Fedir Pugachov) i Ze względu na zaistniałą sytuację, nie mogą wrócić do domu. 

Z wakacyjnej przystani, Hiszpania staje się przymusowym azylem, a wakacyjne atrakcje, sposobem a przede wszystkim odskocznią, na przetrwanie najtrudniejszych chwil. Rodzina Nastii i Roma nie musi prosić o pomoc, ponieważ właściciel hotelu wyciąga do nich pomocną dłoń, osobiście proponując nocleg, jedzenie a także wychodzi naprzeciw innym ich potrzebom. Choć dzięki tej pomocy mają wszystko, czego akurat potrzebują, nie potrafią się tym cieszyć, bo przecież, kilometry dalej, ich bliscy walczą o przetrwanie, mając świadomość, że lada chwila mogą usłyszeć strzały. 

#mariolapoleca, CZYLI KILKA SŁÓW PO OBEJRZENIU FILMU Z PERSPEKTYWY WIDZA:

Uprzywilejowani turyści, członkowie rodziny, jakich na co dzień wiele, z dnia na dzień stają się migrantami. Jak każdy w takich okolicznościach, z jednej strony nie potrafią odnaleźć się w narzuconej przez inwazję wojsk rosyjskich na Ukrainę sytuacji, z drugiej zaś, starają się być silni dla dzieci. To jednak nie zawsze im się udaje, albowiem dzieci często wyczuwają napięcia między nimi. Sofia (Sofiia Berezovska) – starsza siostra Fedira, (Fedir Pugachov) robi wszystko, by nie był świadkiem napięć w rodzinie. Kiedy tylko może, zabiera go w różne ciekawe miejsca, gdzie pozwala mu na beztroskie momenty dzieciństwa, na które obecnie ma mało przestrzeni. To nie zawsze podoba się jednak Romanowi i Nastii, ponieważ nie wywiązuje się z zasad, które panują wśród domowników. Nie zabiera ze sobą tak często wymienianego, w różnych kontekstach całej tej historii, powerbanka. 

Ogromne brawa należą się filmowym dzieciakom, czyli Sofii Berezovskiej i Fedirovi Pugachovovi. Wcielanie w codzienne czynności trudnych emocji, których wymagał scenariusz wychodziło im świetnie. Byli bardzo autentyczni. Po mistrzowsku stworzyli również bratersko – siostrzaną więź na planie, która była wyczuwalna od pierwszych scen. 

Na słowa uznania zasługuje również Roman Lutskyi, który bardzo dobrze odegrał moment załamania, które było nieuniknione w zaistniałych okolicznościach, choć sama scena, w której się popłakał trwała zaledwie kilka chwil, była bardzo wyrazista i została przeze mnie zapamiętana. Lutskyiemu podobnie jak Anastasii Karpenko należą się również brawa za świetny kontakt z filmowymi dziećmi i autentycznie odegrane sceny, w których władali trudnymi emocjami.

Dużym plusem produkcji jest to, że mimo, że jest to film o wojnie, tak naprawdę słowo „wojna“ wcale w nim nie pada. Zastępują go inne określenia, a najczęstszym słowem, które słychać z ekranu, jest wspominany powerbank. Film przepełniony jest takimi emocjami, jak bezsilność, nieporadność, samotność i tęsknota. 

Choć w filmie „Pod wulkanem“ w reżyserii Damiana Kocura nie występują polscy aktorzy, to tak naprawdę nie zapomniano o Polsce. Kiedy całość chyli się ku końcowi, z ust dwójki głównych bohaterów, przebywających w tym momencie akurat na podwórku, słychać najsłynniejszy stolarski łamaniec językowy. To oczywiście „stół z powyłamywanymi nogami“. 

Do jakich widzów skierowany jest film?

„Pod wulkanem“ w reż Damiana Kocura skierowany jest do wszystkich widzów, którzy zmęczeni są już filmami przepełnionymi przemocą i walką. To tak naprawdę film o wojnie bez wojny, który zbudowany jest co prawda na trudnych emocjach, ale nie na ciężkich wojennych obrazach. 

Na pewno też wszyscy widzowie, którym spodobał się pierwszy pełnometrażowy film w reż. Kocura, znajdą tutaj coś dla siebie. 

To dobry film, który warto zobaczyć. Od 11 października w kinach w całym kraju. Gorąco polecam. 

* Recenzja filmu "Pod wulkanem" powstała we współpracy z Dystrybucją Kinową TVP.

poniedziałek, 30 września 2024

Cykl #mariolapoleca (17): "Idź pod prąd" [RECENZJA FILMU]

 Cykl  #mariolapoleca (17): "Idź pod prąd" [RECENZJA FILMU]



















fot. plakat filmu / Dystrybucja Kinowa TVP

Zawsze warto znaleźć coś, co poprawi nasze samopoczucie, będzie gwarancją pojawienia się uśmiechu na twarzy. Jedni znajdują takie czynniki w książkach, drudzy w filmach, a jeszcze inni w serialach, czy w muzyce. 

Propozycjami, które (w moim odczuciu) takie czynniki posiadają, chciałabym się dzielić z Wami w moim cyklu #mariolapoleca. 

Serdecznie Was zapraszam. Dziś zachęcam do lektury recenzji najnowszego filmu w reżyserii Wiesława Palucha, "Idź pod prąd". Film o legendarnym punkrockowym zespole KSU do kin w całej Polsce trafił 27 września. Przedpremierowo można było go zobaczyć na Festiwalu Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni 24 września. 

Warszawska premiera filmu odbyła się 17 września w warszawskim kinie Cinema City Sadyba. Pojawili się na niej nie tylko aktorzy i twórcy filmu, ale także muzycy KSU, na czele z Eugeniuszem "Siczką" Olejarczykiem. 

To jeden z najbardziej wyczekiwanych polskich filmów tego roku. Nic w tym dziwnego, albowiem zespół KSU jest niekwestionowaną ikoną pukrocka w kraju a utwór "Idź pod prąd", który kilkakrotnie można w filmie usłyszeć, jednym z jego największych hitów. 

***

Cykl  #mariolapoleca (17): "Idź pod prąd" [RECENZJA FILMU]

UROCZYSTA PREMIERA MEDIALNA: 17 września 2024, Cinema City Sadyba, Warszawa

PREMIERA KINOWA: 27 września 2024

GATUNEK FILMU: film fabularny 

SCENARIUSZ: Doman Nowakowski / Wiesław Paluch 

REŻYSERIA: Wiesław Paluch

PRODUCENT: Wiesław Paluch / Tadeusz Król

PRODUKCJA: Superconic Production 

DYSTRYBUCJA: Dystrybucja Kinowa TVP

MUZYKA: KSU / Eugeniusz "Siczka" Olejarczyk 

OBSADA: Ignacy Liss, Maciej Piotrowski, Igor Paszczyk, Bartłomiej Deklewa, Piotr Głowacki, Szymon Kukla, Filip Łannik, Wiktoria Kruszczyńska, Iga Szubelak, Zuzanna Galewicz i inni. 

O FILMIE:

Najnowsza propozycja dla widzów, której reżyserem jest Wiesław Paluch, z punktu widzenia młodego "Siczki", opowiada o legendarnej punkrockowej grupie KSU, której jest frontmanem. Twórcy przenoszą widzów do drugiej połowy lat 70-tych, a główna akcja toczy się w Ustrzykach Dolnych. To właśnie tam, kilku niezdyscyplinowanych uczniów ustrzyckiej szkoły postanawia zostać punkami, tworzyć muzykę, założyć zespół i grać koncerty. W jednego z założycieli zespołu, charakternego, zbuntowanego, nastoletniego "Siczkę" a także głównego bohatera filmu, wciela się aktor młodego pokolenia, Ignacy Liss. Młodzi, dla których inspiracją jest muyzka zespołu Sex Pistols, zasłyszana w Radiu Wolna Europa, wysyłają do radia pismo z prośbą o więcej muzyki tzw. "wolnych ludzi". Ich nieco spontaniczne działania, choć się tego nie spodziewają,  przynoszą wyczekiwane efekty. List zostaje odczytany na antenie a raz w tygodniu emitowana jest audycja program dotyczący muzyki punk. 
















fot. Dystrybucja Kinowa TVP / materiały prasowe

#mariolapoleca, CZYLI KILKA SŁÓW PO OBEJRZENIU FILMU Z PERSPEKTYWY WIDZA:

Młodzi spotykają się  na próbach, na których mimo tego, że mają jasny cel, nie brakuje ich wzajemnego buntu. Często się ze sobą nie zgadzają. Sytuacji nie ułatwia fakt, że ich działania zauważone zostają przez przedstawicieli PRL-owskiego aparatu represji. Jednym z głównych wrogów ich twórczości jest oficer SB, Jerzy Majak (w tej roli Piotr Głowacki, przyp. red.). Kiedy spotyka się z "Siczką" daje mu jasno do zrozumienia, że Ustrzyki Dolne to nie wielki świat i nie ma co liczyć na punk w jego gminie. Na młodych groźby nie robią wrażenia. Mimo to, zakładają zespół KSU. Wyraz swojemu buntowi dają również poprzez wygląd. Policzki przekłuwają agrafkami, noszą łańcuchy. Niektórzy stawiają irokezy, inni zaś farbują włosy na zielono. Z czasem stają się wielkimi gwiazdami tzw. "muzyki drugiego obiegu". Jednym z ich największych przebojów staje się utwór "Idź pod prąd". Kiedy wybucha stan wojenny, mimo usilnych prób "Siczka" w końcu nie unika pójścia do wojska. 

"Idź pod prąd" to film, zdominowany przez młode pokolenie aktorów. Tak naprawdę każdy z nich wnosi do filmu coś, co zasługuje na brawa i uznanie. Jak to u mnie bywa, najchętniej każdemu z nich poświęciłabym osobny akapit, ale to nie jest takie proste, bo w tym wypadku, moja recenzja musiałaby mieć kilka, a może nawet kilkanaście stron. 

W tym miejscu chciałabym wyróżnić filmowego "Siczkę", czyli Ignacego Lissa. Gołym okiem widać, że na planie zostawił nie tylko ogrom energii, ale też kawał serca. Pokazał nie tylko autentyczność, ale też udowodnił, że połknął punkrockowego bakcyla. 

Na słowa uznania zasługuje również Igor Paszczyk, czyli "Ptyś". Na ekranie przeszedł spektakularną metamorfozę. Myślę, że ta rola spowoduje lawinę nowych propozycji zawodowych dla aktora młodego pokolenia. W "Idź pod prąd" udowodnił, że nie ma takiego wyzwania, którego się boi. Już dziś czekam na jego nowe wcielenia aktorskie. 

Na wyróżnienie zasługuje również Piotr Głowacki. To aktor, który zaskakuje widzów za każdym razem, kiedy pojawia się na ekranie. W najnowszym filmie w reżyserii Wiesława Palucha wciela się w oficera SB, który uruchamia akcję "Żyletka", mającą na celu rozpracowanie zespołu. Umiejętnie żongluje trudnymi emocjami i jest kolejnym aktorem w tym projekcie, który udowadnia, że nie ma dla niego takiego wyzwania, które może go przerosnąć. Tworzy bohatera, którego co prawda trudno jest polubić, ale równocześnie takiego, którego działania, dyktowane czasami, w których film jest osadzony, można zrozumieć. 

Choć fundamenty filmu zbudowane są na młodym pokoleniu twórców, w całej historii znajduje się też miejsce dla tych, których na co dzień można oglądać w innych produkcjach, filmowych i serialowych. W rolach epizodycznych pojawiają się m.in. Jakub Gąsowski, Jakub Kamieński i Arkadiusz Smoleński. Każdy z panów, choć w filmie pojawia się na chwile, swoją rolę odgrywa z ogromnym zaangażowaniem i swego rodzaju charakterystycznością a to powoduje, że każdy z tych epizodów do pewnego stopnia zostaje z widzem. 

Dużym plusem nowego filmu w reż. Wiesława Palucha jest to, iż pokazane zostały w nim wszystkie najbardziej istotne momenty z życia zespołu KSU. To wiernym fanom składu pozwala sobie przypomnieć o najważniejszych momentach z ich muzycznego życia a nowym sympatykom, którzy poznają zespół chociażby po obejrzeniu filmu, który na ekranach kin w całym kraju zadebiutuje 27 września, pozwoli ich po prostu poznać. Fajnym rozwiązaniem okazało się również pokazanie fragmentu koncertu KSU  a także moment, w którym Eugeniusz "Siczka" Olejarczyk rozmawia z jednym z wiernych fanów zespołu i podpisuje dla niego zdjęcia. 

Choć w filmie pojawia się dużo przekleństw, są one uzasadnione, albowiem pojawiają się wśród bohaterów zbuntowanych i walczących o swoje, a w tym układzie są jak najbardziej na miejscu, bo przecież wszyscy wiemy, że nawet na co dzień są one objawem buntu i niezgody na zaistniałe okoliczności. 

To film skierowany nie tylko do fanów punkrocka i sympatyków zespołu KSU, ale też dla tych, którzy chcą po prostu zobaczyć nowy film W. Palucha, kochają górą lub chcą przenieść się w drugą połowę lat 70-tych. Idźcie do kina. Fajnie się to ogląda. Serdecznie polecam. 

* Recenzja filmu "Idź pod prąd" powstała we współpracy z Dystrybucją Kinową TVP 


niedziela, 15 września 2024

Robert Stockinger nie tylko o tenisie [WYWIAD]

 Robert Stockinger nie tylko o tenisie [WYWIAD]
















fot. Robert Stockinger / oficjalna strona na Facebooku

W dniach 5-8 sierpnia odbywała się XVIII edycja rozgrywek tenisowych Beskid Cup. Jednym z uczestników był Robert Stockinger. Choć pierwszego dnia imprezy pogoda nie dopisała, swojego pierwszego meczu nie przerwał, walczył do końca w strugach deszczu. Ostatniego dnia tryumfował, zdobywając I miejsce na rzeczonych rozgrywkach.

Rozmawialiśmy nie tylko o tenisie, ale też pozytywnym nastawieniu w sporcie i w życiu.

Już na pierwszy rzut oka sprawia Pan wrażenie osoby pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. Czy uprawianie sportu pomaga w tym, by takie nastawienie utrzymać?

Uprawianie sportu pomaga się zrelaksować, zrzucić z siebie napięcie i negatywne emocje. Ja dobrze się czuję, kiedy się ruszam. Cieszę się, kiedy dzięki temu dobrą energią mogę zarażać innych.

Choć zdania w tej kwestii są podzielone, to niektórzy twierdzą, że takiego nastawienia, choć do pewnego stopnia, można się nauczyć. Jak Pan się do tego odniesie?

Jestem przekonany, że można, jednak wbrew pozorom, to wcale nie jest taka prosta sprawa. Trzeba doceniać to, co się ma i nie mieć zbyt dużych oczekiwań, bo to z nich biorą się rozczarowania.

Podobno, kto uprawia sport, częściej się uśmieha.

Ja po każdym treningu, po każdym meczu się uśmiecham, także zgadzam się z tym maksymalnie. (Śmiech.)

Pasję do sportów zaszczepił w Panu tata...

Na pewno tata zaszczepił we mnie miłość do tenisa. Jako dziecko zapisał mnie na treningi. Bywałem na nich regularnie, bo tata tego wymagał.

Kiedy nastąpił moment, w którym to Pan chciał chodzić na treningi tenisa?

Będąc dzieckiem, wolałem grać w piłkę. Rzeczywiście, z biegiem  czasu, na kortach bywałem częściej niż na boisku. Studiując na Uniwersytecie Warszawskim, grałem w drużynie AZS. Potem na chwilę ten tenis porzuciłem i właściwie to przy okazji Beskid Cup przypominam sobie o istnieniu tenisa. Zawsze kiedy wyjeżdżam z Jaworza, mówię sobie, że do kolejnej edycji będę przygotowywał się bardziej. 

Kiedy nastąpiła taka Pana pierwsza, świadoma fascynacja tym sportem?

Moja pierwsza fascynacja tym sportem nastąpiła, kiedy tata w wieku czterdziestu lat zaczął go uprawiać. Uczyliśmy się go razem.

Teraz pewnie razem kibicujecie Idze Świątek?

Jak wszyscy, trzymamy kciuki za Igę Świątek i Huberta Hurkacza. Karierę Igi śledzę od juniorskich czasów. Kiedy na topie była Agnieszka Radwańska, nagrywałem z Igą repoertaż, wtedy miała około 14 lat. Jeszcze nikt o niej nie słyszał. W domowym „eksperckim“ zaciszu czuliśmy, że do kobiecego tenisa zmierza wielka gwiazda. Na szczęście, to marzenie się spełniło.

Kiedy tylko obowiązki zawodowe Panu pozwalają, zawsze przyjeżdża Pan do Jaworza. Co takiego ma Beskid Cup, czego nie mają inne tego rodzaju rozgrywki?

Beskid Cup to przede wszystkim tradycja ludzi, którzy tutaj bywają. To od osiemnastu lat prawie ten sam skład. Miałem to szczęście, że kiedy byłem nastolatkiem, tata zabierał mnie tutaj, więc ja to towarzystwo pamiętam. To sprawia, że kiedy ci ludzie się tutaj na początku sierpnia spotykają, jest jak w rodzinie. Wszyscy świetnie się znają.

Jako kilkuletniego chłopca, tata zabierał Pana na plan filmowy?

Zabierał mnie na plan, choć szczególnie go o to nie prosiłem. Nie było to coś, co specjalnie mnie fascynowało. Trochę się nudziłem, jak to dziecko. (śmiech)  Lubił zabierać mnie ze sobą w różne miejsca.

Nie miał Pan takiego momentu, że chciał pójść w ślady taty i zostać aktorem?

Nie było takiego pomysłu.

Co daje Panu tenis, czego nie dają inne sporty?

Tenis daje towarzystwo. Wydaje mi się to nawet fajniejsze, niż samo odbijanie piłki. (śmiech) To bardzo dobra wizytówka naszego turnieju. Tu nie tylko gra się w tenisa, ale spotykamy się też towarzysko.

Tak jak Pana tata, Pan też zaszczepia teraz miłość do sportów w swoich dzieciach?

Chciałbym, by moje dzieci były aktywne, natomiast niczego im nie narzucam, na razie moja córka wykazuje talent artystyczny. Jeśli nie będzie chciała uprawiać żadnej dyscypliny, ja to zaakceptuję. Mój synek jest jeszcze mały, ale widzę, że jest bardzo sprawny ruchowo. Może przyjdzie taki czas, w którym weźmie rakietę do ręki, spełni marzenie dziadka i poodbija piłeczkę. 

Od jakiegoś czasu, razem z Joanną Górską prowadzi Pan „Pytanie na śniadanie“. Co jest największą siłą Waszego duetu?

Z Asią bardzo dobrze czujemy się w swoim towarzystwie. Jesteśmy drużyną. Stoimy za sobą. Wspieramy się, rozmawiamy ze sobą. Szczerość i komunikacja to podstawa.

Jaki jest Pana przepis na to, by rano wstać z uśmiechem i powitać widzów?

Nie mam z tym absolutnie żadnego problemu. Do niczego nie muszę się zmuszać. Wstaję wcześnie. Bardzo lubię tę pracę. Uwielbiam o 7.30 budzić naszych widzów. Muszę się raczej hamować, niż pobudzać do dobrej energii. 

Dawid Ogrodnik o filmie "Johny" i "Pie*rzyć Mickiewicza [WYWIAD]

 Dawid Ogrodnik o filmie "Johny" i "Pie*rzyć Mickiewicza [WYWIAD]















fot. Aleksandra Mecwaldowska 

26 maja zakończył się skoczowski festiwal Musica Sacra. Gwiazdą finałowego koncertu był aktor, Dawid Ogrodnik, który czytał słowo. Red. Mariola Morcinková miała okazję rozmawiać z nim o filmie "Chce się żyć", "Johny", który został w Skoczowie wyświetlony, "Pie*rzyć Mikciewicza", ale też o buncie i braku dialogu między ludźmi.

Spotykamy się w Skoczowie na festiwalu Musica Sacra, tuż po koncercie "Dla Ciebie Mamo". To było niesamowite spotkanie ze słowem, prawda?

Po raz kolejny zwracałem się do ludzi z ambony. Rozmawiałem z księdzem i przyznałem, że czuję dualizm, ponieważ z racji filmu "Johny" i roli księdza Kaczkowskiego, trochę się do niej przyzwyczaiłem. Czuję się jak u siebie, a czasami jak gospodarz, jak osoba duchowna. (Śmiech) Takie rzeczy mi pozostały. Faktycznie, to dzisiejsze spotkanie ze słowem w domu Bożym i wspaniale grana muzyka na żywo, budują niesamowitą otoczkę. Ogromne wrażenie robi też historia tutejszego kościoła i wizyta papieża, która miała miejsce 22 maja 1995 roku. Miała wówczas potrwać kwadrans, a trwała dwie godziny. (Śmiech) Piękne miejsce, góry wokół i przepiękna atmosfera. Chciałbym tu wrócić za rok, nawet jako część publiczności.

Można było zobaczyć tutaj również film "Johny". Co było dla Pana największym wyzwaniem w tej roli?

Największym wyzwaniem okazała się wiarygodność duchowa pasterza, który odzwierciedlał to, jak głęboką personą był ks. Jan Kaczkowski. To, co było związane z jego duchowością, było dla mnie istotą.

Było to też swego rodzaju zetknięcie ze śmiercią.

Tak. Trzeba pamiętać, że ks. Jan przeprowadził na drugą stronę około 2000 osób, więc siłą rzeczy, tworząc film, który opowiada o jego życiu i działalności, nie tylko hospicyjnej, ale też kapłańskiej, chcieliśmy tego doświadczyć i opowiedzieć o bliskości umierania oraz dać publiczności narzędzia do oswajania się ze śmiercią, przekazując te nauki, którymi Jan przez całe swoje życie próbował ludziom pokazać, jak sobie z odejściem radzić.

Jest Pan aktorem, który ze wszystkich propozycji, które do Pana przychodzą, świadomie wybiera skomplikowane role. Grając w "Broad Peak" Adama Bieleckiego, wspiął się Pan na wysokość kilku tysięcy metrów, bo na tej wysokości były zdjęcia. Zrobiłby to Pan jeszcze raz? (Śmiech)

Ostatecznie w filmie „Broad Peak“ wspiąłem się na wysokość ok. 3500 metrów. Z fajnymi ludźmi zrobiłbym to chyba jeszcze raz.

Co czuje człowiek, który znajduje się na takiej wysokości?

Czułem się źle fizycznie. Marzyłem, by zjechać na dół i zaczerpnąć trochę tlenu. (Śmiech)

W 2023 roku minęło 10 lat od premiery filmu „Chce się żyć“. Jak z perspektywy czasu ogląda się filmy ze swoim udziałem?

Nie robię tego zbyt często. Chyba że któryś z moich filmów leci w telewizji, a ja załapię się na jakiś fragment. Każdy film, w którym do tej pory zagrałem, zapisał się we mnie głęboko. Często są to historie, do których nie do końca mam ochotę wracać. Wolę oglądać czyjeś filmy niż swoje. (Śmiech)

12 stycznia w kinach w całej Polsce pojawił się film "Pie*rzyć Mickiewicza", w którym wcielił się Pan w belfra z misją niemożliwą, Jana Sienkiewicza. Gdyby miał Pan zamknąć pracę nad tym filmem w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

To niemożliwe, by tak uczynić. (Śmiech)

Z perspektywy widza to film o młodzieży, jej problemach, buncie, ale przede wszystkim o daniu drugiej szansy. Jaka jest Pana definicja buntu?

Bunt rodzi się z braku dialogu. Ten film jest przeze mnie szeroko rozumiany jako to, co znajdujemy i tutaj w kościele, i w relacjach międzyludzkich, ale także w każdym zawodzie, w tym również w zawodzie nauczyciela - to rozmowa lub jej brak.

Pan buntował się w wieku nastoletnim?

Pewnie, że tak. Każdy, komu brakuje rozmowy albo zaczyna myśleć i czuć inaczej, musi się zbuntować. Bunt rodzi akceptację samego siebie i poczucie sensu.

Czy kiedy film trafił do kin, trafiały do Pana listy od zbuntowanej młodzieży, w których młodzi przyznawali, że ten film im pomógł?

Zdarza mi się, że dostaję listy, w których ktoś pisze, że ten film naprawdę mu pomógł i że dzięki niemu, chce coś zmienić w swoim życiu. Cieszę się, że są ludzie, u których ten film zapalił iskrę nadziei. Szereg osób pisze, że chce zagrać w drugiej części, by mieć wkład w tę historię.

W czym, Pana zdaniem, zawarty jest największy sukces tego filmu? 

Film „Pie*rzyć Mickiewicza“ obrazuje tak naprawdę bardzo prosty schemat. Pokazuje, że wystarczy słuchać, rozmawiać, nie oceniać, tylko szukać wspólnie rozwiązań. Ocena jest bardzo niebezpiecznym narzędziem w rękach człowieka.

Wiadomo już, że w wakacje rozpoczną się zdjęcia do drugiej części.

Więcej nie powiem, bo nie znam scenariusza. (Śmiech)

Kolejnym serialem, o którym warto wspomnieć, jest "Zdrada", która w Polsat Box Go zadebiutowała w połowie maja. Wciela się Pan w postać ambitnego prokuratora. Dlaczego warto zobaczyć ten serial?

Ten serial warto zobaczyć z wielu powodów. Pokazujemy rozpad związku, ale też rozpad człowieka, biznesu. Dotykamy tematu szeroko pojętej zdrady, którą ja rozumiem jako zdradę, która polega na tym, że kiedy człowiek przestaje reprezentować siebie i zaczyna siebie oszukiwać, wtedy zaczyna się zdrada, rozumiana na wielu poziomach. Może to być zdrada w biznesie, zdrada rodziny lub zdrada partnerska. Włożyliśmy w ten serial dużo szczerości, autentycznych emocji i sytuacji. Nie szliśmy drogą na skróty. Kiedy zobaczyłem pierwsze trzy odcinki, wciągnąłem się w oglądanie go.

Co spowodowało, że zdecydował się Pan tę rolę przyjąć?

Zadecydowało o tym wiele elementów. Jak wspominaliśmy, moja postać jest prokuratorem, a ja w ogóle nie znałem tej przestrzeni, więc bycie w sądzie i podpatrywanie tego, jak myślą i pracują prokuratorzy, było bardzo ciekawe.

Odnalazłby się Pan w takim zawodzie?

Zdecydowanie tak.

środa, 11 września 2024

Łukasz Simlat o filmie "Wymyk", "Kos" i "Sonata" [WYWIAD]

 Łukasz Simlat o filmie "Wymyk", "Kos" i "Sonata" [WYWIAD]














fot. Małgorzata Krawczyk / Głos Ziemi Cieszyńskiej

Łukasz Simlat na 26. odsłonę Kina na Granicy przyjechał, by po blisko 13 latach od premiery filmu „Wymyk” spotkać się z widzami. 

To właśnie o tym filmie i jego wyjątkowości rozmawialiśmy. Nie zabrakło też kwestii związanych z filmem „Kos” w reżyserii Pawła Maślony, który również znalazł się w ofercie festiwalowej. Aktor opowiedział m.in. o tym, jak czuł się w kostiumie z epoki i jak budował postać Wąsowskiego.

Choć w stolicy mieszka Pan i pracuje od wielu lat, za „swoje“ miasto w dalszym ciągu uważa Sosnowiec. Warszawy nigdy nie nazwie Pan swoim domem?

Warszawy nigdy nie nazwę ani swoim domem, ani swoim miastem. Dom jest tam, gdzie jest człowiek. Czasami, z konieczności, dom musi być gdzieś indziej. Warszawa mnie nie wychowała. Nie oddawałem jej młodzieńczej energii. Wszystko zostało w Sosnowcu. Uwielbiam patrzeć, jak wyglądają życiorysy słynnych ludzi. Czasami rodzą się w jakimś mieście, a przechodzą niebywałą drogę, czasami nawet przez cały świat. Finalnie jednak lądują tam, gdzie wszystko się zaczęło. Zaczynam rozumieć, czym taka prawidłowość może być spowodowana. To miejsce, na temat którego nie trzeba nigdy niczego tłumaczyć. Po prostu, jest się z niego.

Żałuje Pan czasem, że mimo tego, iż mógł zostać górnikiem, został aktorem? (Śmiech)

(Śmiech) Nie. Mam wielki szacunek do górników. Pamiętam, że podczas realizacji „Żelaznego mostu“, z Bartkiem Topą spędzaliśmy na przodku ćwiczebnie kilka dni, razem z górnikami i brygadzistami. W moim przypadku, klaustrofobicznego odczuwania przestrzeni, konieczność spędzenia kilku dni na tym pokładzie, była dla mnie dużym wysiłkiem. O ten świat ocierałem się od dzieciństwa. Wielokrotnie, w drodze chociażby do szkoły, mijałem górników, idących do kopalni. Kiedy przeczytałem scenariusz „Żelaznego mostu“, w głowie odpalił mi się flesz, jak ten człowiek ma wyglądać, bo ja to wiem.

Czy po tej roli odpowiedział Pan sobie na pytanie, czy mógłby się realizować w takim zawodzie?

Człowiek nie zwierzę, do wszystkiego się przyzwyczai. Myślę, że gdyby zmusiły mnie okoliczności, mógłbym. W dzisiejszym świecie, gdzie mamy możliwość kontaktowania się z osobami, które są na końcu świata, te możliwości nam się poszerzają. Jeśli ma się w sobie pewnego rodzaju mobilizację, że chciałoby się robić coś ponad to, w co wrzucił nas los, wtedy można walczyć o wszystko. Gdyby w latach 80. los zwyrokował mnie do tego, że musiałbym podjąć decyzję, co mam robić, przez jakiś czas radziłbym sobie. Musiałbym tylko znaleźć klucz i wkrętkę, by robić dobrze to, co miałbym tam do zrobienia.

Szkoda, że „Żelaznego mostu“ nie ma w repertuarze 26. Kina na Granicy, ponieważ wielu widzów pewnie chętnie przypomniałoby sobie ten film. Pan lubi wracać do filmów, w których zagrał?

W miarę doświadczeń, stajemy się bardziej dorośli, ale też bardziej opakowani w wiedzę i świadomość. Świat, emocje i ludzi pod wpływem tego zaczynamy trochę inaczej postrzegać. W związku z tym tego nie lubię, ale lubię wyłuskiwać te błędy, by wiedzieć, czego na przyszłość nie robić.

W repertuarze 26. edycji KNG znajdują się dwa filmy z Pana udziałem, „Wymyk“ z 2011 roku oraz „Kos“, który do kin w całej Polsce trafił 26 stycznia tego roku. Zacznijmy od „Wymyku“. Jak ogląda się film blisko 13 lat po jego premierze kinowej? Sentyment pozostaje?

Planowałem obejrzeć „Wymyk“ razem z kolegami, ale ostatecznie się na to nie zdecydowałem. Myślę, że zafunduję to sobie w bardziej prywatnych okolicznościach. Ten film wielokrotnie przemazał mi się na szlaku hotelowym. Sentyment pozostaje. To niebywała radość, że spotkaliśmy się tutaj po latach.

Mam wrażenie, że „Wymyk“ był dość ważnym dla Pana filmem. Czy się mylę?

To prawda, ten film był dla mnie bardzo ważny. To taki film, przy którym już na etapie scenariusza wiedziałem, że mam do czynienia z bardzo mądrą, trafną i pożyteczną historią. „Wymyk“ zostaje w ludziach, bo to film o czymś. Kiedy aktor ma do czynienia z takim rodzajem zarezonowania ze scenariuszem na etapie czytania, to wie, że bardzo chciałby być częścią tego projektu.

Pan często tego doświadcza?

Nie, nie dzieje się to często. Apetyt rośnie w miarę jedzenia. Wymagania w człowieku się potęgują. Tak samo miałem w przypadku filmu „Kos“ Pawła Maślony.

Podobno, z biegiem lat, maleje Pana chęć grania złych bohaterów. Z czego to się bierze? 

Chcąc uczciwie coś ludziom opowiadać o tym zawodzie i bohaterach, których zagrania się podejmujemy, to trzeba się nad tym skupić, trzeba temu wydatkować dużo czasu, myślenia i energii. Źli bohaterowie zawsze nas ściągają w dół. Za każdym razem staram się w nich wynajdować, co jest takiego jasnego, bo gdzieś ten jasny punkcik jest w każdym z nas. Nieważne, jak źli byśmy byli. Procentowo jednak przeważa ilość mroku i człowiek nad tym pracuje, próbując te emocje, które trzeba pokazać na planie, skleić z ciałem. Wierzę w to, że nic w przyrodzie nie ginie. To, co zasiewamy, to w nas zostaje. Trzeba jednak poświęcić czas, by się z tego wyczyścić. To zaczyna mi doskwierać.

Co takiego miała postać Wąsowskiego, że jednak przyjął Pan propozycję Pawła Maślony?

Niepodważalną kartą i wartością całego tego przedsięwzięcia jest Paweł. Wiem, że nigdy mu nie odmówię. Przeczytałem scenariusz, który na etapie papieru był matematycznie, genialnie zapisany. Był niebywale aptekarsko wyważony. Bardzo chciałem wziąć udział w tym projekcie. Zacząłem się boksować z myślą, co trzeba z nim zrobić, by znaleźć motywacje, które powodowały, że zachowywał się tak a nie inaczej.

Co Pan znalazł?

Wyszedłem od fizjologii tego bahatera. Chciałem odstręczyć widza od siebie. Przyszła mi do głowy wystająca szczęka, przyszedł mi też do głowy ślinotok. Wymyśliłem też sposób chodzenia Wąsowskiego. Jest wyzuty z jakichkolwiek emocji. Takiego bohatera chciałem stworzyć. W tym całym obrzydzeniu, które proponuję widzowi, jest na tyle miałki sam w sobie, że gdyby go obrać jak cytrynę z tej całej watażki, którą jest obstawiony, nie poradziłby sobie w życiu. Tak naprawdę jest nieudacznikiem. Chciałem dać temu scenariuszowi jakiś rodzaj esencjonalności tematu, o którym „Kos“ opowiada.  Mój bohater był jedynym opozycjonistą, który mógł pokazać, jak dalece skrajnie była przesunięta dewiacja panów folwarcznych.

Jak przepracowuje Pan w sobie trudne emocje, z którymi styka się Pan na planie? Jakie są Pana sposoby na wyjście z nich?

Trzeba wyjeżdżać w przyrodę, spędzać czas z psem, sadzić rośliny, wsłuchiwać się w ciszę, rezygnować z tłumów. Staram się tak robić.

Czy podobnie, jak na innych planach, w pierwszym dniu zdjęciowym towarzyszyła Panu adrenalina, związana z niewiedzą tego, co się za chwilę wydarzy? Były też inne emocje?

Zawsze tak mam. Tak już zostanie. Nigdy nie będę pewny, że to, co wymyśliłem, jest właściwe. Starzejemy się, nasza percepcja się zmienia. Nagle może się okazać, że zorientujemy się w pewnym momencie, że to my jesteśmy odklejeni od rzeczywistości.

„Kos“ jest filmem kostiumowym. Jak czuł się Pan w kostiumie z epoki?

To trudna rzecz, zwłaszcza w upalne dni. Chwilami widziałem, jak po kontuszu spływa pot. (Śmiech) Ważne jest, by przyswoić procedurę zakładania wszystkich warstw. To jest czasochłonne. Tęsknię za takim kinem. Żałowałem, że spędziłem na tym planie tylko sześć dni zdjęciowych.

Odnoszę wrażenie, że jedną z rzeczy, za które ceni Pan ten zawód, jest właśnie możliwość przenoszenia się w czasie. W jednym z wywiadów mówił Pan, że kiedy na planie „Rojsta“ zobaczył Pan zaparkowaną nyskę i malucha, to aż łza w oku się zakręciła.

Najpiękniejszą rzeczą, jaką ten zawód dla mnie niesie, jest zwrot energetyczny od widzów. Zdarza się, że ktoś do mnie podchodzi i pyta, czy może mnie przytulić. To bardzo miłe. Uwielbiam też to, że ten zawód jest każdego dnia inny. Tu nie ma powtarzalności.

Dwa lata temu na festiwalu można było zobaczyć film „Sonata“ w reż. Bartosza Blaschke. Pamiętam, że miał Pan przyjechać i spotkać się z widzami, ale w ostatniej chwili odwołał Pan swój przyjazd. To film oparty na faktach, który opowiada historię Grzegorza Płonki, w którego wcielał się Michał Sikorski. Pan i Małgorzata Foremniak zagraliście jego rodziców. Jak wspomina Pan spotkanie z Grzegorzem?

To jeden z kamyków milowych, którymi człowiek ten zawód mierzy. Są momenty oczekiwań, że właśnie zdarzy się coś fajnego, prawdziwego, a nawet na pograniczu magii. Tak było w przypadku „Sonaty“. Z Małgosią Foremniak i Michałem Sikorskim poczuliśmy, że bez spotkania i przebywania z pierwowzorami tych postaci, nie będzie tak, jak powinno być. To spotkanie bardzo wiele nam dało. Przyjęli nas do domu z otwartymi ramionami. Spędziliśmy świetny czas. Wpuścili nas w domowy krwioobieg, co było najpiękniejsze. Dało nam to motywację i wiedzę, w którą stronę kanalizować zadania, które mieliśmy do wykonania przed kamerą.

Czego nauczył się Pan o sobie podczas pracy na planie „Sonaty“? Co było dla Pana największym wyzwaniem w tej roli?

Poznając Grzegorza Płonkę, poznałem też jakiś rodzaj swojego odbicia. Poznałem starszego człowieka, którego rozumiałem na wszystkich etapach jego życia. Spotkałem człowieka, któremu tak często jak mi, wypadała zawleczka w granacie emocjonalnym. Zaczęliśmy rozmawiać pozawerbalnie. Zrozumiałem, w czym taki rodzaj zachowania może pomóc, ale też, do czego może prowadzić.