poniedziałek, 21 grudnia 2020

Dariusz Lewandowski: "Pomysł wydania książki kiełkował już dawno"

Dariusz Lewandowski: "Pomysł wydania książki kiełkował już dawno"                                           















fot. zdjęcie nadesłane


Dariusz Lewandowski - Aktor z przypadku, reżyser z doświadczenia, dziennikarz z wykształcenia, pisarz z zamiłowania.

Rozmawiamy przede wszystkim o książce "Darek z Klanu", która na rynku pojawiła się 1 grudnia 2020 roku. 

Jak powstała? Czy każdy znajdzie w niej coś dla siebie? Które teksty zawarte w książce lubi najbardziej? 

"Przyznam, że pośród wszystkich tekstów najbardziej lubię te abstrakcyjne, odjechane, fantazyjne, wktórych bawię się nie tylko formą, ale i treścią"

Czy Dariusz Lewandowski spełnił obietnicę daną czytelnikom i  znajdziemy go na Instagramie?

Aktor z przypadku, reżyser z doświadczenia, dziennikarz z wykształcenia, pisarz z zamiłowania.Pierwsze recenzje Pana książki możemy znaleźć na tylnej okładce. Z jakimi opiniami spotyka się Pan od czytelników, którzy właśnie książkę zakupili?
 Ostatnia opcja chyba w tym momencie najtrafniej Pana opisuje, prawda? (Śmiech.)

To opcja dość mocno zaznacza się przez ostatnich kilka lat. Zaczęło się od przydługawych, jak na standardy mediów społecznościowych, postów, a następnie przerodziło w miarę regularny blog, na którym od dłuższego już czasu pojawiają się różne formy mojej piśmienniczej twórczości. Finał, to "Darek z Klanu" książka.

 Swoją premierę miała w ostatnich dniach. Tak naprawdę, pisał ją Pan kilka lat...

 Nie chciałem wydawać byle czego, być postrzeganym jako kolejny celebryta, który wypuszcza na rynek poradniki „jak żyć”. Dość długo, właśnie przez te kilka lat, pisałem opowiadania, eseje, wiersze satyryczne, felietony i wiele innych rzeczy, mając swoich stałych blogowych czytelników. Zacząłem od kilkuset czytelników, a po kilku latach niektóre wpisy cieszyły się popularnością kilkudziesięciu tysięcy osób. Ich udział, odbiór, reakcje zwrotne, aż wreszcie namowy wprost, by pisanie blogowe zamienić na książkę, skłoniło mnie do zebrania materiału na potrzeby debiutu książkowego.

















fot. zdjęcie nadesłane

Wszystkie teksty zawarte w książce, w krzywym zwierciadle, ale też, nie bez dozy czarnego humoru, odwzorowują rzeczywistość, ubraną nie w tani blichtr świata celebrytów, ale w ostre spojrzenie człowieka, ujmującego swoje spostrzeżenia w nieoczywisty sposób. Czy ma Pan swój ulubiony fragment? Czego dotyczy?

Przyznam, że pośród wszystkich tekstów najbardziej lubię te abstrakcyjne, odjechane, fantazyjne, w których bawię się nie tylko formą, ale i treścią. Jednym z ulubionych opowiadań jest na przykład krótka nowela o małej rosyjskiej wiosce, w której miejscowa gospodyni pędzi halucynogenne napitki i nosi je na staję kolejową, gdzie raz na tydzień zatrzymuje się pociąg z dużego miasto do dużego miasta. Pasażerowie najpierw nieco na próbę i przypadkowo kupują domowe wyroby gospodyni, by po kilku tygodniach specjalnie udawać się w kolejową podróż, tylko już w tym jednym celu. Tego typu opowiadania są już bardziej dla koneserów literatury absurdu, ale największą popularnością cieszą się oczywiście te ‚bliższe rzeczywistości’, dotyczące mnie samego czy mnie jako postaci „Darek z Klanu”.

Czy powstał również tekst zainspirowany obecną sytuacją pandemiczną?

Generalnie siłą mojego bloga jest nie odnoszenie się i nie komentowanie bieżących wydarzeń, polityki, gorących spraw. Życie pokazuje, że większość tych pozornie ważnych i super ciekawych tematów blednie w krótkim czasie. Ale pandemia… To już trochę co innego. Nie da się nie zauważyć i przemilczeć. I tak. Powstały trzy teksty. Jeden o absurdach rządowych nakazów i zakazów, które często sprzeczne same z sobą poddawane były naszej społecznej interpretacji i często doprowadzały do kuriozalnych sytuacji. Drugi, o monterze sprzętu AGD,  modelarzu replik wielkich jachtów, który oderwany od rzeczywistości idzie przez swoje życie, nie wiedząc, że jest jakiś wirus… I trzeci, to już bardziej intymna narracja, w której dotykam tematyki śmierci. W tym miejscu chciałbym podkreślić, że nie zawsze w "Darku z Klanu"’ jest na wesoło. Jest też sporo sentymentalizmu, zwierzeń czy przekazów serio i wprost. Teksty o pandemii nie znalazły się w książce. Może posłużą za materiał do kolejnej.

Czy powstał również tekst zainspirowany obecną sytuacją pandemiczną?

Generalnie siłą mojego bloga jest nie odnoszenie się i nie komentowanie bieżących wydarzeń, polityki, gorących spraw. Życie pokazuje, że większość tych pozornie ważnych i super ciekawych tematów blednie w krótkim czasie. Ale pandemia… To już trochę co innego. Nie da się nie zauważyć i przemilczeć. I tak. Powstały trzy teksty. Jeden o absurdach rządowych nakazów i zakazów, które często sprzeczne same z sobą poddawane były naszej społecznej interpretacji i często doprowadzały do kuriozalnych sytuacji. Drugi, o monterze sprzętu AGD,  modelarzu replik wielkich jachtów, który oderwany od rzeczywistości idzie przez swoje życie, nie wiedząc, że jest jakiś wirus… I trzeci, to już bardziej intymna narracja, w której dotykam tematyki śmierci. W tym miejscu chciałbym podkreślić, że nie zawsze w ‚Darku z Klanu’ jest na wesoło. Jest też sporo sentymentalizmu, zwierzeń czy przekazów serio i wprost. Teksty o pandemii nie znalazły się w książce. Może posłużą za materiał do kolejnej.


Można tak stwierdzić, że do wydania "Darka z Klanu" w formie papierowej niejako przyczyniła się pandemia, która ze dnia na dzień spowodowała, że świat się zatrzymał? Jak jeszcze wykorzystał Pan ten czas? Czego Pana nauczył?


I tak i nie. Pomysł wydania książki kiełkował już dawno. Sytuacja z pandemią może tylko przyspieszyła decyzję. Na marginesie, muszę szczerze dodać, że dla mnie życie nie zmieniło się aż tak bardzo. Zawsze byłem domatorem raczej, często poświęcającym czas dzieciom, znajdującym chwile na książki, muzykę, media kulturalne, czyli to wszystko z czym większość ludzi jednak dopiero teraz ma częstszy kontakt. Tak naprawdę, odrzucając banały, mogę              powiedzieć, że pandemia nauczyła mnie tylko jednego - że nikt nas nie      ochroni, nikt nad nami nie czuwa, nie ma instytucji, ludzi, podmiotów, które w razie czego biorą świat w swoje ręce, na których możemy polegać, które nas, prostych tu na dole wezmą pod ochronę i przeprowadzą przez wzburzone morze. To iluzja. 


fot. zdjęcie nadesłane                                      

Kiedy jedni nadrabiali książkowe zaległości, Pan stworzył własną. (Śmiech.) Proszę w kilku słowach opowiedzieć o całym procesie. Co okazało się dla Pana najtrudniejsze, a co sprawiło Panu najwięcej frajdy?

Proces powstawania książki polegał przede wszystkim na zebraniu materiału, jego selekcji, zdystansowanej ocenie oraz ułożeniu w tematyczne zbiory, rozdziały tak, by wszystko tworzyło integralną i spójną całość. Wielką frajdę sprawiły mi natomiast ilustracje, które specjalnie powstały na potrzeby oprawy graficznej pojawiających się w książce wierszy. Wykonała je znakomita artystka Edyta Mądzelewska. Zależało mi, by książka nie była tylko ciekawa pod względem treści, ale też i formy, wizji estetycznej. To się bardzo udało!

Pierwsze recenzje Pana książki możemy znaleźć na tylnej okładce. Z jakimi opiniami spotyka się Pan od czytelników, którzy właśnie książkę zakupili?

Że jest "grubo" że dobrze się to czyta, że są zaskoczeni in plus. Cieszy mnie to.

Zastanawiał się Pan nad tym, do jakich odbiorców przeznaczona jest Pana książka?

 Nie jest to książka dla każdego. Zresztą, rzeczy dla każdego są najczęściej ‚do niczego’. Każdy ma swój gust i wrażliwość albo ich brak. Wydawca powiedział mi, że jest to książka miejska, żeby nie powiedzieć mieszczańska. Ma rytm dużego miasta i punkt widzenia obserwatora, który przy takim dużym mieście mieszka. Do tego jest w niej sporo mocnego poczucia humoru, igrania ze świętościami czy poprawnością, nie gryzę się w język po prostu i walę, co myślę bez zastanawiania się czy inni uważają podobnie. Ale na tym chyba polega szczerość. Dodatkowo ‚pieprzu’ dodaje fakt, że w ogromnej większości sytuacje opisywane w książce miały swoje miejsce naprawdę, jak to o nich mówię - są ,mniej więcej prawdziwe’. Warto się samemu przekonać. Książkę można kupić na stronie www.dariuszlewandowski.pl.

Pan już po lekturze. (Śmiech.) Jest Pan dla siebie autorem raczej pobłażliwym, czy wymagającym?

 Jestem wobec siebie wymagający i upierdliwy. Dużo poprawiam, cofam, zmieniam, poleruję. Na studiach dziennikarskich nauczono mnie dogłębnie czytać to, co się pisze… Niby to oczywiste, a mam wrażenie, że niekoniecznie powszechnie stosowana zasada. Ja czytam pierwsze zdanie, zanim napiszę drugie, potem czytam pierwsze i drugie, zanim napiszę trzecie. I tak do końca całości. Trudne to i żmudne, ale bardzo pomocne. 

Uważa Pan, że obecny czas sprzyja czytaniu, moblilizuje do odkrywania nowych tytułów? 

 Trochę tak, chociaż nie jestem tutaj zbytnim optymistą. Pandemia daje wielu ludziom potrzebny ‚czas’, ale czy wszyscy wykorzystają go na czytanie… Nie jestem pewny. Zamiłowanie do czytania, to funkcja intelektu, potrzeby wewnętrznego przeżycia, rozwoje, wejścia w grę z własną wyobraźnią. Nie wszyscy mają takie potrzeby i predyspozycje.

Wskaźnik czytelnictwa z dnia na dzień wzrasta. Po jakie książki sięga Pan z perspektywy czytelnika, a od których tytułów Pan stroni?

Wzrasta pozornie, bardziej patrzyłbym nie na to ile się czyta, tylko co… Ja czytam akurat sporo i przede wszystkim autorów, którzy mają ciekawy styl, przykładają wagę do sposobu formułowania myśli, gdzie czasem styl i forma dominują nad treścią. Nie interesuje mnie np. literatura kryminalna, mizerne powieści obyczajowe, poradnictwo. Lubię raczej krótsze formy. Mrożka, Masłowską, Tokarczuk (też nie całą), Szczygła i innych reportażystów, felietonistów, z chęcią sięgam po opowiadania, czasem po książki docenionych autorów, zdobywców literackich nagród, lubię poezję. Czytam dużo i po kilka książek na raz. Są porozkładane po całym domu w różnych miejscach.

"A jak się rozbujam na tej huśtawce, to może nawet i Instagrama założę - A co! I...założył Pan. Co jest dla Pana najważniejsze w prowadzeniu profili social media?
 
Instagram założyłem niejako z musu, na wyraźną prośbę wydawcy. To w sumie smutne, że aby poinformować o wydaniu książki lub zachęcić do jej zakupu, jedynymi skutecznymi kanałami przekazu informacji pozostały social media, gdzie wzmianki o literaturze, ale i całej kulturze mieszają się z ogromem newsów showbiznesowych i tonami zwykłego badziewia. Założyłem więc konto książce, nazwałem je jej tytułem, czyli „Darek z Klanu” i wszystko, co tam zamieszczam dotyczy tej książki lub ma jakiś jej kontekst. 

Co najbardziej podoba się Panu na Instagramie, a co uważa za jego najciemniejsze strony?

 Instagram nie podoba mi się w ogóle. Jest totalnie sprzeczny z moimi potrzebami odbioru innych i dawania siebie. Miałem jak dotąd jedynie prywatne konto na Facebooku, gdzie staram się nie przekroczyć 222 realnych znajomych, z którymi mam mniejszy lub większy kontakt. Potem dołączyłem otwarty profil „Darek z Klanu”, ale właśnie jako blog paraliteracki, bez zdjęć prywatnych, bez prywaty, bez marketingu. Tylko teksty. A jeśli już jakieś zdjęcia, to wyłącznie do cyklu „Codziennie Jeden Wiersz’, gdzie wrzucam rymowanki inspirowane konkretnym zdjęciem, które również załączam. Do Instagrama miałem sporo nieufności, oglądanie cudzych zdjęć, najczęściej autopromocyjnych lub towarzyszących promocji produktów wydawało mi się totalnie nieinteresujące. Jest jakąś niesmaczną próżnością, szczególnie osób popularnych, ta ustawiczna i często przemyślana akcja prezentacji siebie i swojego życia prywatno-zawodowego. Dobrze, jeśli to życie jest jeszcze ciekawe czy zajmujące, gorzej jak jest powtarzalne, sztucznie kreowane i bezgranicznie nudne. Jednak najbardziej obrzydliwe wydaje mi się na instagramie to udawanie przez osoby znane i lubiane, że interesuje ich życie followersów, to pozorowanie wirtualnej znajomości, fajnej relacji, to automatyczne lajkowanie komentarzy, te pytania ‚co u was słychać?’, ‚ja spędzam weekend tak, a wy jak?’. Ci podatni ludzie, często młodzi ulegają iluzji znajomości z ‚gwiazdą’, nie czując do końca, że są jedynie potrzebni dla statystyk, algorytmów Instagramowych, miar zasięgów, nie wyczuwają, że ‚gwiazda’ traktuje ich instrumentalnie, merkantylnie, że wrzuca niby fotki ze swojego spaceru po Starówce, ale buty od tego, płaszczyk od tamtego, to kupcie, tamto zamówcie. Pseudo artyści wobec braku swojej realnej twórczości sprzedają produkty innych firm, są jak aktorzy jakiegoś internetowego sklepu online 24h.

Jakimi treściami lubi Pan się dzielić?

 Najczęściej, w ramach moich 222 znajomych, udostępniam twórczość ciekawych artystów, czasem pozwalam sobie na komentarz dotyczący polityki czy życia po prostu. Prowadzę też studio artystyczne dla dzieci ART NOW! pod Warszawą i wrzucam stamtąd co ciekawszą twórczość młodych artystów. Na fejsbukowym „Darku z Klanu” dzielę się moimi tekstami. Rzeczy prywatnych, rodzinnych nie upubliczniam prawie w ogóle, nie ma zdjęć moich dzieci etc. Nie mam fanpejdży, kont ‚official’ itp. Nie potrzebuję tego, nie potrzebuję fanów. Nie jestem dla nikogo idolem, autorytetem czy Gwiazdą. Chciałbym by ludzie znali mnie i szanowali poprzez różne dokonania twórcze, artystyczne, czasem sportowe.

Czego poszukuje Pan na Instagramie, a od jakich treści stroni?

To ciekawe, kiedy założyłem profil ‚Darek z Klanu’ zastanawiałem się kogo wyszukać, kogo obserwować, kogo podglądać. I praktycznie nie miałem pomysłu… Jeśli interesuje mnie jakiś aktor, to śledzę jego filmy, to jaki jest prywatnie, co je, z kim śpi, kompletnie mnie nie interesuje. Podobnie z pisarzami, malarzami, muzykami, piosenkarzami - twórczości mówię TAK, informacjom prywatnym, zdjęciom selfie etc, plotkom - NIE. Kompletnie mnie to nie interesuje. Proszę mi uwierzyć, ale nigdy w swoim życiu nie otworzyłem strony ‚pudelek’. Nie ufam Instagramowym samozwańczym lanserom, krytykom kulturalnym, recenzentom, influenserom, niby-dziennikarzom, niby-ekspertom. Żeby była jasność, wierzę, a nawet wiem, że jest dużo profili interesujących, ciekawych z jakiegoś punktu widzenia, ale jest też taka masa tych okropnych, które wyłażą z każdej dziury, że mnie to po prostu zniechęca.

Wróćmy jeszcze do..."Darka z Klanu", w którego wciela się Pan od ponad 20 lat. Za co najbardziej lubi Pan swojego bohatera? Chyba lubi, bo przecież wybrał Pan też imię swojego bohatera na nazwę swojej książki.

Tę postać ma lubić przede wszystkim widz albo przynajmniej mieć do niej jakiś konkretny stosunek emocjonalny. Ja staram się tę postać kreować, czasem zupełnie niezgodnie z moim prywatnym odczuciem, ale aktor nie jest od tego by lubił swoją postać i się dzięki niej dowartościowywał. Książce dałem tytuł „Darek z Klanu”, bo taki jest cały koncept mojego pisania w mediach. Ja absolutnie nie funkcjonuję w szołbiznesie jako Dariusz Lewandowski, nie ma mnie prywatnie nigdzie. Udzieliłem przez ostatnie 20 lat może trzech wywiadów. Nie chodzę do telewizji, nie tańczę i nie śpiewam na ekranie, nie radzę nic nikomu. Wśród ludzi na ulicy jestem wyłącznie Darkiem z Klanu, bo tylko taką postać o tej fizjonomii znają albo jestem dla nich po prostu obcą osobą. I ten Darek z Klanu spotyka innych ludzi, jeździ pociągiem lub lata samolotem, obserwuje, konstatuje, ma swój rozum i swoje przemyślenia. Najczęściej skrajnie różne od postaci serialowej. I ten dysonans, ta dekonstrukcja postaci jej podstawą konceptu „Darek z Klanu” na fejsbuku.

W czym w Pana odczuciu tkwi fenomen serialu "Klan"?

Chyba w tym samym, co fenomen jajecznicy czy zupy pomidorowej. Przepraszam produkcję, jeśli uraziła ich ta analogia (śmiech). A mówiąc serio, Klan jest chyba najmniej ‚telewizyjnym’ produktem pośród tych telewizyjnych. Telewizyjna rozrywka, czyli iluzja, oszustwo, manipulacja widzem, koloryzowanie, kreacja emocji, kreacja lajfstajlu, kreacja i popularyzacja ludzi bez właściwości, wyciskanie łez, pobudzanie śmiechu, cukrzenie lukru, itp. itd. Klan chyba w najmniejszym stopniu sięga po tego typu techniki. Jest prosty i w jakimś sensie bezpretensjonalny, i chyba w tym tkwi jego siła. 

Jest Pan często  przez widzów utożsamiany z Darkiem? Co Was dzieli, a co Was łączy?

 Jak wspomniałem, jestem wyłącznie utożsamiany z postacią z Klanu, bo jako JA nie istnieję pośród widzów, a i niejako z wyboru, a może braku ciekawych propozycji, nie kreuję innych telewizyjnych postaci. Nie łączy mnie z tą postacią chyba nic, poza fizjonomią, mimiką i wadą wymowy. Ale lubię ją. Mam do niej przychylny stosunek. Rozumiem jej funkcję w serialu.

Proszę na koniec sprecyzować swoje najbliższe plany zawodowe. 

W szufladzie leży gotowy scenariusz sztuki teatralnej, gdzie w charakterystycznej dla siebie formie i stylu poruszam dość ważne wątki społeczne. Cały projekt zakłada dość ciekawe rozwiązania sceniczne, nietypową grę aktorską, ruch, dźwięk, światło. To będzie przedstawienie na styku ‚fałszywego performancu”, teatru tańca i dramatu. Bardzo chciałbym zrealizować ten projekt, w którymś ze współczesnych teatrów. 

poniedziałek, 16 listopada 2020

Marzanna Graff i Aleksander Mikołajczak: "W czasie przymusowej izolacji rozwinęła się nasza kreatywność"

 Marzanna Graff i Aleksander Mikołajczak: "W czasie przymusowej izolacji rozwinęła się nasza kreatywność" 















fot. zdjęcie nadesłane

Z Marzanną Graff i Aleksandrem Mikołajczakiem rozmawiam o udziale w Virtual Polish Festival w Melbourne w Australii, który w związku z panującą sytuacją epidemiologiczną odbył się jedynie online. To właśnie Mam Teatr jako jedyny reprezentował w tym przedsięwzięciu polską kulturę. Można było zobaczyć spektakl "Czas na miłość" w reżyserii Karola Stępkowskiego. 

 Poruszamy również temat czasu przymusowej izolacji, słuchowiska "Zagubiony Mikołaj" i bajek, dzięki którym każdy się uśmiechnie. 

Już na pierwszy rzut oka sprawiają Państwo wrażenie osób niezwykle pozytywnie nastawionych do ludzi i świata. Czy takie podejście do życia ułatwia funkcjonowanie w obecnej sytuacji?

Marzanna Graff: W każdej sytuacji. Nie wyobrażamy sobie życia, gdzie wciąż mielibyśmy narzekać albo obarczać innych winą za nasze problemy.

Jak znoszą Państwo izolację? Czego nauczył Was ten trudny czas?

MG: Na pewno rozwinęła się nasza kreatywność. Gdy z początkiem kwietnia wróciliśmy do Polski i trafiliśmy na kwarantannę to najpierw – jak wiele osób – sprzątnęliśmy całe mieszkanie.

Aleksander Mikołajczak: Kilka razy.

MG: Tak, kilka razy. Później kilka dni czytania zaległych książek.

No właśnie, dla jednych pierwsza fala pandemii była okazją do nadrobienia zaległości czytelniczych, dla drugich zaległości filmowych. Po jakie książki sięgali Państwo? Wracacie do sprawdzonych tytułów, czy lubicie przede wszystkim odkrywać nowe?

AM: Lubimy dobrą sensację. Zawsze kupujemy gdy jakiś tytuł nas zaciekawi a nie zawsze jest czas na czytanie. Na wiosnę można było sięgnąć z półki „do przeczytania“

MG: Czytaliśmy, sprzątaliśmy aż wreszcie przyszedł strach i szepnął nam „co dalej?“. Wtedy powstał pomysł „Bajka w prezencie“, jeszcze będziemy o nim rozmawiać. . Trudno było się przemieszczać, odwiedzać przyjaciół, rodzinę. Pomyśleliśmy więc, że stworzymy taki prezent, który można podarować w każdym wieku i na każdą odległość. Gdy chcesz, by ktoś otrzymał wyjątkowy dar, to opisz nam tego, dla kogo  ma on być. My stworzymy bajkę o tej osobie. Gdy treść zostanie zakceptowana, nagrywamy wraz z życzeniami w formie video i wysyłamy plik do zamawiającego.

AM: I to się sprawdziło. 

MG: Oj tak. W dodatku przyniosło mnóstwo wzruszeń i zamawiającym i temu dla kogo była bajka napisana i nam samym. Dzięki tym bajkom poznaliśmy wielu ludzi i ich serca.

AM: Bajki trafiły do odbiorców na całym świecie: Polska, Norwegia, Anglia, Szwecja, Ukraina, USA, Afryka, Australia.

Australia. Mimo, że w związku z pandemią koronawirusa świat zatrzymał się z dnia na dzień, Państwo nie zwolnili tempa. 15 listopada w ramach Virtual Polish Festival Federation Square w Melbourne w Australii, (choć online ze sceny w Polsce). Mam Teatr to jedyny Teatr z Polski, który zakwalifikował się do festiwalu. Jakie emocje towarzyszą Wam tuż po  występie? 

MG: Same pozytywne. Po pierwsze sercem i duchem znów mogliśmy przenieść się do Melbourne, na Federation Square gdzie zawsze lubiliśmy przesiadywać z kubkiem kawy lub kieliszkiem wina w ręku. Po drugie znaleźliśmy się tam w gronie wielu innych teatrów z różnych części świata z aktorami, których podziwiamy i z których czerpiemy np z Australii Marta Kaczmarek, z Teatru Exit Kristof Kaczmarek ale też zaprzyjaźnione teatry z Australii np Teatr Fantazja czy Teatr Miniatura. 




















fot. zdjęcie nadesłane


AM: Festival ten to również muzyka, taniec. Tu też  wielu wspaniałych wykonawców. Sami ich słuchaliśmy i oglądaliśmy.


















fot. zdjęcie nadesłane


















fot. zdjęcie nadesłane

W ramach festiwalu transmitowany był spektakl komediowy "Czas na miłość". W czym Państwa zdaniem zawarty jest sukces tej sztuki, a za co najbardziej w Waszym odczuciu cenią go widzowie?

MG: Najczęściej powtarzana recenzja brzmi „samo życie“ i to jest siłą tego spektaklu.

AM: Jak wielu, które pisze Marzanna, bo to ona jest scenarzystką „Czasu na Miłość“.

Do jakich widzów skierowana jest sztuka "Czas na miłość"? 

MG: Jest to historia małżeństwa z pewnym stażem, które przestało już uwodzić się wzajemnie, każde zajmuje się swoimi sprawami. To przestaje wystaczać Annie, postanawia zmienić ten stan rzeczy. Jej mąż to poważny pan mecenas. W dodatku, w tym związku jest ktoś jeszcze. Czy uda się Annie rozpalić namiętność w Pawle? Trzeba obejrzeć, żeby się dowiedzieć.

To może być trudne, bo teatry zamknięte.

AM: Na to też  znaleźliśmy rozwiązanie: Powstała filmowa wersja komedii „Czas na Miłość“. Można ją zamówić na mamteatr@o2.pl.

















fot. zdjęcie nadesłane

















fot. zdjęcie nadesłane

Podzielają Państwo opinię większości aktorów, którzy przyznają, że komedia jest najtrudniejszym gatunkiem do grania? W czym zawarta jest ta trudność?

MG: Żeby widzowie dobrze się bawili, my musimy grać „na serio“. Wszystko musi być prawdziwe. Każdy fałsz od razu jest wyczuwalny. 

AM: Próby też są bardzo trudne, bo nie znamy reakcji widzów i dopóki nie zaczniemy grać, możemy tylko zgadywać, co i jak. Komedię weryfikuje widz.

MG: Dlatego tak trudno jest ze spektaklami online. To reakcje widzów nas niosą. Bez tego jest nam źle.

Komedia podobno jest najtrudniejsza, ale sprawia najwięcej frajdy aktorom. (Śmiech.) 

AM: Nie jest łatwo sprawić, że w teatrze widz się śmieje,  a po wyjściu zastanawia się nad sztuką, coś w nim zostaje. Taka komedia jest najciekawsza, dlatego tak nas cieszy, gdy widzowie mówią nam, piszą „zupełnie jak w naszym życiu“, „zrobię tak samo“, „podpowiedzieliście mi doskonałe rozwiązanie“.

W jednym z wpisów na Facebooku przyznają Państwo, że Australia jest bliska szczególnie Waszemu sercu. Proszę opowiedzieć coś więcej. Co z perspektywy podróży najbardziej Państwa w niej zachwyca, a co odwrotnie, nie spełnia Waszych oczekiwań?

MG: Nie jesteśmy obiektywni, bo poznajemy Australię poprzez naszych przyjaciół. Każdego roku jesteśmy tam ok. trzech miesięcy, a wciąż mamy wrażenie, że zaledwie liznęliśmy tego, co możemy odczuć. To ogromny kraj. Nas fascynuje zapach i przestrzeń.

AM: Przyroda jest inna i stosunek ludzi do niej jest fascynujący.  Gdy są gdzieś węże to jest tabliczka „uwaga węże“, „uwaga żmije tygrysie“ i już. Ludzie wkraczają na ich teren, więc niech ludzie uważają. Są pająki? Tak. To ich środowisko. Sydney wybudowali ludzie na wylęgarni pająków, więc ludzie niech uważają. Jest szacunek do przyrody i dzięki temu jest tam tak niebywale pięknie.

Podróże to też okazja do poznawania nowych smaków. Panie Alku, jakie jest Pana ulubione danie z tamtejszej kuchni?

AM: W każdym mieście mamy inne ulubione potrawy, ulubione restauracje. Do tego w każdym mieście jest jakaś zaprzyjaźniona najlepsza gospodyni, która potrafi nas nakarmić tak, że nie chce się wstać od stołu.

Pani zapytam nieco inaczej. (Śmiech.) Na co dzień piecze Pani wyśmienite ciasta, czy jeśli chodzi o kuchnię australijską, próbowała już Pani coś przyrządzić?

MG: Oczywiście. Jeśli mieszka się gdzieś tygodnie to jest się tam traktowanym jak domownik. Tak więc zdarza się gotować, piec. Jak w domu, bo tam jest nasz drugi dom.



















fot. zdjęcie nadesłane

Jakie jest Pani ciasto popisowe? (Śmiech.) 

MG: Lubię wyzwania. Moja córka czasem się złości, że trudno zrobić coś według mojego przepisu, bo ciągle coś zmieniam, dodaję. To prawda. Ja patrzę co mam i ogarniam z tego danie, ciasto. Popisowe jest więc to, które akurat upiekłam. (Śmiech.) 

AM: Ja nie jadłem nigdy dania, casta, które by się jej nie udało. Kocham te eksperymenty kulinarne.  Ja jestem u niej podkuchennym, krojczym i ...degustatorem. (Śmiech.) Dziś zajadam pyszny makowiec rumowy.

W ostatnich dniach dołączyliście do akcji "Kup Obiad Medykowi". Jak można dołączyć do akcji? 

MG: Najprościej na świecie. Trzeba wejść na profil tej akcji na Facebooku, polubić i na prośbę Ewy Pląsek: "kto jutro pomoże?" należy odpowiedzieć „ja“ i zapytać „jak?“

Wiele osób potrzebuje wsparcia w tym czasie. Wsparcie poprzez ciepły posiłek jest ważne, ale czasami trzeba dobrego słowa lub...bajki ze szczęśliwym zakończeniem. Pani bajki pisze, a Pan Alek je interpretuje. Wiek odbiorcy nie jest tutaj ważny, bo każdy potrzebuje uśmiechu. Zgodzą się Państwo z tym stwierdzeniem? 

MG: Nikt nie jest za stary na bajkę. Każdy jej czasem potrzebuje. Ostatnio wysłałam bajkę  do zmęczonej pielęgniarki. Powiedziała, że to jej bardziej pomogło niż setka słów i pięć obiadów.



















fot. Tom Koprowski

Najnowszym słuchowiskiem, które proponujecie jest "Zagubiony Mikołaj". To świetny pomysł na życzenia z okazji Mikołajek. Skąd pomysł na powstanie słuchowiska?

AM: Znów ten problem z odwiedzaniem przyjaciół, rodziny. Pomyśleliśmy, że zamiast zamawiać kolejną „durnostójkę“ w internecie można by wysłać marzenia, uśmiech, dobre myśli, a czy jest lepszy przekaźnik tych idei niż Mikołaj? Powstała opowieść pełna śmiechu, wzruszeń i dobrych przesłań opowiadana różnymi głosami z mikołajowymi dzwonkami w tle...

Można zamówić też bajkę o żyrafie, świstaku, czy szczygle. Czym najczęściej inspiruje się Pani przy ich powstawaniu?

 MG: No cóż...taka głowa, że czasem w niej powstaje opowieść 

AM: I bardzo dobrze, że powstaje. Ja sam, czytając te bajki przed nagraniem wzruszam się ogromnie.

Oprócz bajek dla dzieci jest też słuchowisko "Taki Men" skierowane do dorosłych. Czym kieruje się Pani tworząc słuchowiska dla dorosłych? Jakie czynniki są tu ważne?

MG: Do powstania tego słuchowiska przyczynił się nasz menager i przyjaciel z Melbourne – Jerzy Krysiak. Prowadzi audycje w radiu w Australii. Namawiał nas do tworzenia radosnych, lekkich tekstów mówiąc, że ludzie muszą się czasem po prostu pośmiać. I taki jest cel słuchowiska „Taki Men“.

Czy powstają już kolejne bajki? Moja ulubiona to właśnie ta o szczygle. (Śmiech.)

MG: Tak, wciąż coś nowego dzieje się w mojej głowie. (Śmiech.)

Czy myśleli Państwo o powstaniu bajki inspirowanej obecną sytuacją?

AM: Powstała taka. Nazywa się „Optymistyczna mini bajka na czas pandemii“. Zapraszamy do obejrzenia i wysłuchania. 



























fot. zdjęcie nadesłane

Obecnie pracujecie nad spektaklem "Pozamiatane". Proszę opowiedzieć o pracy nad nim. Czy znana jest data premiery? 

MG: Zawsze dobrze jest mieć taką datę, nawet w tak szalonych czasach. „Pozamiatane“ w reżyserii Karola Stępkowskiego ma mieć premierę 24 stycznia 2021.

Coś jeszcze się dzieje w zawodowym życiu? Proszę opowiedzieć o najbliższych planach Waszego Teatru.

AM: Powstaje filmowa wersja spektaklu „Działka“. Tym razem nie jest to komedia. Gra z nami młody aktor Julian Kulpiński,  a młody kompozytor Damian Chmielewski stworzył muzykę. Praca z nimi daje nam wiele satysfakcji.

środa, 11 listopada 2020

Ewelina Strycharczuk: "Walizki wpisane są w moją codzienność"

 Ewelina Strycharczuk: "Walizki wpisane są w moją codzienność"

 














fot. zdjęcie nadesłane

Z Eweliną Strycharczuk, odtwórczynią roli Eweliny w serialu "Gliniarze" spotkałam się w Warszawie. Rozmawiamy o fenomenie serialu, tym, co sprawia, że seriale kryminalne są tak lubiane przez widzów, ale również o zamiłowaniu aktorki do podróży i pozytywnym nastawieniu do życia w tym trudnym czasie pandemii. 

Lingwistka, dziennikarka, blogerka, aktorka. Do czego jest Pani w tym momencie najbliżej, a z czego, gdyby nastała taka konieczność, byłoby Pani najprościej zrezygnować?

Najdalej mi do lingwistyki, ponieważ był to jeden z pierwszych etapów mojego rozwoju i kariery. W życiu człowiek wraca do swoich pasji i tego, co było w nim od dziecka. Jeśli na pewnym etapie nie pójdzie za pierwotnym głosem serca, to i tak to się w nim obudzi prędzej, czy później i musi dojść do materializacji. 

Ja od zawsze byłam za tym, żeby zostać aktorką. Tak układa się moje życie, że obieram różne kierunki. Lingwistyka wzięła się stąd, że bardzo dużo podróżuję. Walizki wpisane są w moją codzienność, więc stwierdziłam, że lingwistyka ułatwi mi życie. Teraz swoje siły zawodowe koncentruję na prowadzonym przeze mnie biznesie - mam swoją markę modową i na aktorstwie właśnie.

Czy od najmłodszych lat przejawiała Pani zainteresowanie tymi dziedzinami, czy wręcz przeciwnie, pasjonowało Panią zupełnie coś innego?

Absolutnie. Zawsze było to aktorstwo, były podróże i...piłka nożna. Skończyłam dziennikarstwo, zrobiłam specjalizację właśnie dziennikarstwa sportowego, więc jest we mnie sportowa żyłka. Staram się być na wszystkich meczach naszej reprezentacji, często z nimi wyjeżdżam, pracuję. Mam bardzo szeroki krąg zainteresowań, ale powiedziałabym, że wzajemnie się uzupełniają. 

Już na pierwszy rzut oka sprawia Pani wrażenie osoby niezwykle pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. W krótkiej charakterystyce na swoim blogu "By Evelyn" sama siebie określa Pani mianem pasjonatki życia. Z czego na co dzień czerpie Pani najwięcej siły?

Najwięcej siły czerpię z energii wewnętrznej. Urodziłam się z wewnętrzną pogodą ducha. Bez względu na to, co się dzieje, moja szklanka jest zawsze do połowy pełna. Zawsze staram się dzielić swoją energią z ludźmi. Optymizm nie jest u mnie wyczerpnany. Nie zanosi się na to, by miało się coś w tej kwestii zmienić. Energię czerpię z wnętrza, ale mam też wspaniałych przyjaciół. Staram się otaczać ludźmi, którzy mają albo taką samą energię, jak moja, albo mają jeszcze więcej. Otoczenie zawsze pomaga. 

Skąd pomysł na stworzenie bloga "By Evelyn"?

Pomysł na stworzenie bloga "By Evelyn" wziął się u mnie z zamiłowania do podróży. Od najmłodszych lat podróże były wpisane w moje życie. W lipcu co drugi tydzień byłam w Grecji. Jak tylko otworzyły się granice, korzystałam z każdej możliwości wyjazdu. 

Czy otwartość na drugiego człowieka, jego drogę i historię też może działać na nas budująco?

Myślę, że zdecydowanie tak. Gdyby dalej przyszło mi kontynuować pełnowymiarową pracę dziennikarki, czerpałabym przede wszystkim z ludzi. Historie ludzi są zawsze najciekawsze. Człowiek zawsze ma najwięcej do przekazania. Jest największą inspiracją.
















fot. zdjęcie nadesłane

Spotyka Pani wiele inspirujących ludzi. Czy czyjaś historia w ostatnim czasie szczególnie Panią urzekła?

Z pewnością, tylko czyja. (Śmiech.) 

Na co dzień spotykam wiele inspirujących osób, ale w tym momencie nie umiem przybliżyć jednej konkretnej historii. 

Wiele ułatwia umiejętność cieszenia się małymi rzeczami. Już chociażby obserwując Pani profile w mediach społecznościowych można stwierdzić, że Pani tę umiejętność posiada. Mam rację?

Uważam, że życie składa się z detali, które tworzą całość. 

W związku z pandemią koronawirusa świat z dnia na dzień się zatrzymał. Dla osób, będących w ciągłym ruchu był to podwójnie trudny czas. Czego nauczyły Panią miesiące, które upływały pod znakiem wyzwania #zostańwdomu?

Miałam zupełnie inne plany na marzec i kwiecień. Miałam być w Stanach Zjednoczonych, ale w ostatnim dniu musiałam tę podróż odwołać. Zbiegło się to z moimi urodzinami. Był to jeden z tych momentów, w którym faktycznie było mi trudno. Jednak bardzo szybko znalazłam wsparcie w moich przyjaciołach, rodzinie i w partnerze. Byli bardzo pomocni w tej sytuacji. Plany nam się zmieniły, ale głęboko wierzę, że wszystko w życiu dzieje się po coś. O tym, po co się dzieją, dowiadujemy się po czasie. 

Po pierwszych dwóch tygodniach żyłam na tyle normalnie, na ile było to możliwe. Unikałam bombardowania mnie złymi emocjami i negatywnymi wiadomościami. W pewnym momencie przestałam śledzić już dane dotyczące pandemii, ponieważ mam świadomość tego, jak negatywny wpływ na ludzką psychikę mają negatywne bodźce i emocje. Tylko normalne funkcjonowanie pozwoliło mi zachować pogodę ducha. 

Mówi się, że takie zwolnienie tempa jest czasami potrzebne każdemu z nas. Uważa Pani, że obecna sytuacja może zmienić społeczeństwo na lepsze i spowodować, że ludzie będą patrzeć na życie z większym dystansem i bardziej przychylnie? 

Tu kończy się mój optymizm. (Śmiech.) Myślę, że owszem, ale niestety, tylko na chwilę. Jesteśmy na takim etapie rozwoju technologicznego na świecie, że taka izolacja na jakiś czas zmieni światopogląd i mentalność ludzi, ale docelowo uważam, że nie. 

Pewnie tak, jak wszyscy, Pani również nadrobiła wszystkie zaległości książkowo - filmowe. Jest Pani typem odkrywcy, czy lubi Pani raczej wracać do sprawdzonych pozycji?

Tak. Jeśli chodzi o książki, to faktycznie wracam do sprawdzonych tytułów. Jeżeli chodzi o filmy, cały czas wracam do "Jedz, módl się i kochaj". Za każdym razem jest dla mnie bardzo inspirujący. Kiedy mam gorszy dzień, siadam, odpalam i wraca mi cała energia. To absolutnie mój ulubiony film. 

Lubię literaturę faktu, tego bakcyla złapałam na dziennikarstwie. Historie ludzi zawsze były mi najbliższe. 

Czego poszukuje w kinie i książkach? 

Prawdziwych historii. One są zawsze najbardziej inspirujące. Stąd też moje zainteresowanie do literatury faktu, ale też do reportażu. 

Zdarza się Pani wyjeżdżać w podróż śladami jakiegoś filmu, bądź książki?

Nie. Zwykle podążam za spontanicznym głosem serca. Moich podróży nie planuję z dużym wyprzedzeniem. Pakuję się i wyjeżdżam. Tak te moje podróże wyglądają.

Jest Pani zwolenniczką przede wszystkim zagranicznych podróży, czy lubi Pani odkrywać także inspirujące miejsca w Polsce?

Ze wstydem przyznaję, że jestem przede wszystkim zwolenniczką zagranicznych podróży. Trochę jest tak, że cudze chwalicie, swego nie znacie. Jeśli chodzi o podróże po Polsce, mam wiele do nadrobienia. W tym roku po raz trzeci w życiu byłam na Mazurach i nieśmiało przyznaję, że zaczynamy się lubić, choć wcześniej nie byłam Mazurami zachwycona. Z pewnością za to kocham mój Śląsk, mam tam rodzinę, tam są moje korzenie. Małymi krokami odkrywam polskie krajobrazy. 

Podróż marzeń Eweliny Strycharczuk to...

Chętnie wróciłabym do Peru. Pracowałam tam jako wolontariuszka w Domu opieki społecznej. Niesamowite doświadczenie. Podróżowałam, ale byłam też w kontakcie z ludźmi, którym mogłam pomóc. To niesamowita lekcja pokory. Uczy tego, co jest naprawdę ważne. Każdemu młodemu człowiekowi radziłabym spróbować. Chętnie wróciłabym tam i dowiedziała się, co teraz słychać u ludzi, których wtedy poznałam. Spędziłam tam cztery miesiące. Z wielkim sentymentem wspominam ten czas. 

Przejdźmy o krok dalej. W serialu "Gliniarze" wciela się Pani w rolę Eweliny, żony Krystiana Górskiego, (Tomasz Skrzypniak, przyp. red.) Jak trafiła Pani do serialu?

Wcześniej grywałam w innych serialach. Zadzwonił telefon i powiedziano mi, że jest dla mnie rola. Zapytano, czy zagram. Miałam wystarczające doświadczenie, więc nie przechodziłam już przez casting, wystarczyła rozmowa. Miałam pojawić w dwóch odcinkach, a jestem w tym serialu już trzeci sezon. (Śmiech.) Tak czasami bywa w życiu. 

Co oprócz imienia łączy Panią ze swoją bohaterką? (Śmiech.) 

Jeśli chodzi o różnice, mamy zupełnie inne pasje. Łączy nas jednak to, że obydwie troszczymy się o ludzi. Ewelina ma na względzie dobro swojego serialowego partnera. (w tej roli Tomasz Skrzypniak, przyp. red.) 

"Gliniarze" cieszą się ogromną sympatią wśród widzów. W czym Pani zdaniem tkwi fenomen tej produkcji?

Myślę, że sukcesem "Gliniarzy" są prawdziwe historie ludzi oraz to, że pokazują życie prywatne i zawodowe. Pokazany jest balans. Serial udowadnia, że różnymi konfliktami można zarządzać. "Gliniarze" pokazują wszystkie sfery życia, a nie tylko to, co jest słodkie.


























fot. zdjęcie nadesłane

Czy rola Eweliny w "Gliniarzach" przyniosła Pani rozpoznawalność?

Tak, ludzie mnie rozpoznają. 

Zdarza się Pani dostawać listy, czy wiadomości od fanów serialu? Jakie jest najczęstsze pytanie, które w nich pada?

Najczęściej zdarza mi się otrzymywać prośby o autograf. 

Przemiłe są wiadomości, w których ludzie piszą, że bardzo cenią grę aktorską. To najwspanialsze wiadomości, choć lubię wszystkie. Zawsze miło jest usłyszeć ciepłe słowo na temat swojej pracy. Zdarzają się też wiadomości napisane z zazdrości o Krystiana. (Śmiech.) Bywa i tak. 

Czy zanim trafiła Pani do serialu, zdarzało się Pani go oglądać? 

Zdarzało mi się trafiać na ten serial, ale przyznam, że należę do aktorów, którzy mają problem z oglądaniem siebie.  Zwracam wtedy uwagę na błędy. Jestem perfekcjonistką, nie mam więc dla siebie litości, odcinki z moim udziałem oglądam bardzo krytycznym okiem. Przez te dwa lata zaprzyjaźniłam się już z Eweliną. Ma w tym momencie w sobie więcej kolorów, myślę, że także dla widzów. 

Seriale kryminalne są tuż obok seriali medycznych gatunkami najbardziej lubianymi przez widzów. Jak Pani myśli, dlaczego?

Myślę, że większość z nas ma w sobie coś z detektywa. W wielu z nas jest ogromna chęć do rozwiązywania sekretów, tajemnic. Dzięki naszemu serialowi można poczuć się tak na chwilę i rozwiązać jakąś sprawę. To pozwala widzowi poczuć się jak Sherlock naszych czasów. (Śmiech.) 

Najbliższe plany. 

Jestem również przedsiębiorcą, mam swoją markę odzieżową, więc poświęcam się też temu. Regularnie pojawiam się na planie "Gliniarzy", kręcimy nowe odcinki. W międzyczasie realizuję moje wyjazdy. Mam napięty grafik, ale tak lubię żyć. Uwielbiam to tempo. To mój świadomy wybór, to moja droga. Gdybym miała siedzieć na kanapie, nie wytrzymałabym i była najbardziej nieszczęśliwym człowiekiem. 

piątek, 23 października 2020

Mariusz Ochociński: "Nie dajmy umrzeć kulturze, nie uciekajmy z teatrów..."

 Mariusz Ochociński: "Nie dajmy umrzeć kulturze, nie uciekajmy z teatrów..."




















fot. zdjęcie nadesłane

Z Mariuszem Ochocińskim spotkałam się w Warszawie. Rozmawiamy o aktorstwie, wcielaniu się w czarne charaktery oraz o przebranżowieniu do którego zmusiła go sytuacja związana z pandemią.

Spotykamy się w Warszawie, w dobie pandemii, ale o obecnej sytuacji będziemy jeszcze rozmawiać. Zacznijmy od początku. Opowiedz proszę o najciekawszych, a może nawet najzabawniejszych pomysłach na siebie. Kim chciałeś zostać jako kilkuletni chłopiec?

Nie myślałem o takich rzeczach. Kiedy byłem mały, interesowały mnie dwie rzeczy - zabawa i piłka nożna. W piłkę gram do dzisiaj. Wtedy na pewno nie myślałem o tym, że zostanę aktorem.   Czas, w którym nie wiedziałem, co będę robił, trwał tak naprawdę do samego końca, do czasu gdy po maturze musiałem zdecydować się na wybranie kierunku studiów. Chodziłem kiedyś do kółka teatralnego, dobrze czułem się na scenie. Byłem raczej typem popularnego chłopaka, który lubi robić wokół siebie szum. Szkolne przedstawienia w gimnazjum, czy liceum były do tego najlepszym miejscem.  Dlatego po egzaminie dojrzałości zaryzykowałem i jako jedną z dwóch szkół, które brałem pod uwagę, wybrałem właśnie aktorstwo. Nie do końca wiedziałem, na co się piszę. 

Co było momentem kluczowym, w którym wybrałeś aktorstwo?

Na pewno czas spędzony w kółku teatralnym i pozaszkolnej grupie teatralnej do której należałem. To właśnie tam poznałem koleżankę która pojechała ze mną do Wrocławia, by wspierać mnie przy egzaminach do szkoły teatralnej. Myślę, że przyczyniła się w dużym stopniu do tego, że zdałem.  Spędziliśmy tam fajnych kilka dni. Dzięki niej nie odczuwałem żadnej presji, czy stresu. 

Nie było więc tak, że od samego początku przejawiałeś zainteresowanie tym zawodem...

Absolutnie nie. Nigdy nie myślałem o tym, że zostanę aktorem.

Niewątpliwą popularność przyniosła Ci rola Michela w "Na Wspólnej". Czy zanim trafiłeś do obsady, zdarzało Ci się oglądać serial? Miałeś swoje ulubione wątki, ulubionych bohaterów?

Naturalnie. Ciężko znaleźć kogoś, kto nie widział chociaż jednego odcinka tego serialu. (Śmiech.) To filar telewizji. Emitowany jest już od siedemnastu lat. 

Wiemy, jak to jest z serialami. Wiele osób mówi, że ich nie ogląda, ale kiedy pada imię jednej z kluczowych postaci, każdy wie, kto to jest. (Śmiech.) 





















fot. zdjęcie nadesłane

Z perspektywy widza stwierdzam, że Michel wcale nie ma łatwego charakteru. Jak go oceniasz? Co w nim lubisz, a co najchętniej byś zmienił?

Michel bywa trudny. Trzeba jednak podkreślić, że ukształtowała go sytuacja, w której się znalazł. Przyjechał do Polski, miał wiele problemów z odnalezieniem się w tej rzeczywistości. Rasizm, trudności prawne, samotność. Znalazł przyjaciół, ale czuje, że cały czas szuka swojego miejsca. Nie jest mu łatwo tutaj żyć. Najjaśniejszym punktem jego życia jest na pewno Sandra, żona Michela. Choć bywało różnie jest w niej zakochany bez pamięci i nie wyobrażam sobie rozstania między nimi. Co mi się w Michelu nie podoba? Gdyby był bardziej zdecydowany i skory do brania odpowiedzialności na siebie uniknąłby wielu problemów, przez które przechodził. Ale czy nie za łatwo nam wszystkim oceniać przeszłość?

Lubisz oglądać siebie na ekranie, czy reagujesz wtedy jak większość aktorów i masz tendencję szukania tego, co mógłbyś zagrać inaczej, czy lepiej?

Tak, jak wszyscy, ja również nie lubię siebie oglądać na ekranie. (Śmiech.) Na początku zmuszałem się do oglądania, by zobaczyć efekt końcowy mojej pracy. Oglądałem po to, by porównać prace na planie z tym, co widzą widzowie.  To dużo uczy. Teraz już tego nie robię. Jestem już na innym poziomie. Buduję swoją świadomość pracy przed kamerą w inny sposób. 





















fot. zdjęcie nadesłane

Kolejnym serialem o którym warto przez chwilę porozmawiać w kontekście Twojego nazwiska jest "M jak miłość". Tam w 1424 odcinku pojawiłeś się jako Mirek Kowalik, kolega Bartka (Arek Smoleński przyp. red.) z więzienia. Mirek to chłopak z problemami, mroczną przeszłością. Co było dla Ciebie najtrudniejsze w graniu go?

Wcielanie się w postać Mirka Kowalika, to sama przyjemność. (Śmiech.) To postać bardzo charyzmatyczna. Każdy aktor, prócz delikatnego grania na małych akcentach, czasami lubi wcielić się w postać, która jest napisana grubą kreską. Mirek taki jest. Po prostu działa. To gość, który wywodzi się z tzw. "ludzi zaradnych". (Śmiech.) Taki jest, ale nie zawsze wychodzi mu to na dobre. Z pewnością odbiega charakterem od mojego własnego.

Znam osoby z trudną przeszłością. Praca nad taką rolą bywa wymagająca, ale istnieje wiele materiałów, które opisują przeszłość i życie takich ludzi. To bardzo ciekawe historie. Nie chciałbym jednak, by spotkało mnie to, co Mirka. Wolę tworzyć jego życie przed kamerą. 

To postać z rysą, pewnym złamaniem. Ewidentnie czarny charakter. Czy wcielanie się w takie postaci jest dla Ciebie do pewnego stopnia urozmaiceniem pracy w tym zawodzie?

Zdecydowanie. To nie jest stricte czarny charakter. Nie postępuje źle z premedytacją. Działa w sposób którego nauczył się na tzw. ulicy. Chciał ratować siebie, mamę i swojego przyjaciela. Oczywiście, decyzje, które podejmuje pod wpływem chwili są katastrofalne w skutkach, ale mogę zapewnić, że nie jest złym człowiekiem. To dla mnie ogromne urozmaicenie. W każdej postaci staram się szukać powodów jej postępowania, bronić, usprawiedliwiać jej czyny. To zbliża do roli, pozwala uchwycić perspektywę osoby granej i daje szansę na autentyczność.

Co dzieli, a co łączy te dwie postaci?

To dwóch mężczyzn którzy swoje nowe życie zaczynają z mniej uprzywilejowanej pozycji. Zarówno jeden jak i drugi chce wypracować sobie życie spokojnie i godnie. Różni ich jednak granica przyzwoitości. Mirek działa spontanicznie i nie przejmuje się moralnością, liczy się dla niego cel. Michel jest zupełnie inny. Działa zachowawczo, blokuje go strach, kalkuluje ryzyko. Początek i cel historii mają podobny, ale to inni faceci.

Czy w tym momencie przez scenarzystów "Emki" brana jest pod uwagę kontynuacja tego wątku?

Myślę, że Mirek nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. (Śmiech.) 

Z dnia na dzień świat się zatrzymał, co oczywiście spowodowane jest pandemią koronawirusa. Jak zniosłeś izolację?

Aktorzy mieli trochę inaczej. To freelancerski zawód. Jesteśmy przyzwyczajeni do tego, że dużą część pracy wykonujemy w domu. Mam tu na myśli chociażby uczenie się scenariusza, czy nagrywanie materiałów castingowych. Tutaj pozyskujemy pracę, tutaj czekamy na projekty. Dom dla aktorów jest w pewnym sensie też biurem. 

Czego nauczył Cię ten trudny czas?

Jeszcze bardziej potwierdził to, że aktorstwo jest dla mnie ważne. Jednak, żeby to wszystko napędzić, trzeba też umieć rozglądać się na inne strony i wiedzieć, jak inwestować w siebie w innych aspektach. 

W związku z tym, że wszystkie projekty zostały w marcu wstrzymane, wiele reprezentantów Twojego zawodu zdecydowało się na spróbowanie czegoś nowego, innego. Ty również. W kwietniu rozpocząłeś swoją przygodę ze stolarstwem. Skąd pomysł?

Sytuacja jest cały czas dynamiczna i trudna. Nie wybrałem sobie jej sam, ale trafiła mi się zupełnie przypadkiem. W aktorstwie przeważnie nie pracuje się fizycznie, chyba, że jest to wpisane w tworzenie roli. Kiedy "pobawiłem" się fizycznie z ciężkimi sprzętami, odczułem to na sobie. Polubiłem swój tymczasowy zawód, ale nie zamierzam z nim wiązać przyszłości, choć dzięki niemu znów przypomniałem sobie, ile waży złotówka. 





















fot. zdjęcie nadesłane

Jeszcze nie wszystko wraca do normy, ale wróciłeś już na plan zdjęciowy. Jak przy obowiązujących restrykcjach i obostrzeniach wygląda praca na palnie? Co się zmieniło?

Mamy o wiele prościej niż przedstawiciele innych zawodów, ponieważ kiedy gramy, jesteśmy zwolnieni z obowiązku noszenia maseczek. Dezynfekujemy jedynie ręce i zachowujemy bezpieczną odległość. Ekipa ma najtrudniej, ponieważ po cały czas trwania zdjęć muszą chodzić w maseczkach. 

Jesteś częścią zespołu artystycznego Wrocławskiego Teatru Komedia. Jak wygląda w tym momencie granie spektakli i odmrażanie kultury?

Sytuacja teatrów w całej Polsce jest krytyczna. Granie dla 25% widowni nie jest łatwe, a w wielu przypadkach może docelowo prowadzić do zamknięcia wielu instytucji kulturowych, ponieważ jak wiemy,  nie jest to opłacalne finansowo. Czekam aż będę mógł na stałe wrócić do teatru. Jestem pewien, że dobry czas na pewno kiedyś wróci. Dziś wszyscy powinniśmy zwrócić uwagę nie tylko na teatry, ale na wszystkich artystów. Wsparcie widza, zwykłego obywatela który codziennie  słucha muzyki, ogląda serial czy lajkuje zdjęcie aktora na Instagramie w tym okresie może być kluczowe. Nie uciekajmy z teatrów pomimo czerwonych stref i obostrzeń. Nie dajmy umrzeć kulturze. Teatry, które wciąż decydują się grać, robią to właśnie dla tych obywateli. Robią to po to żeby przetrwać, nie finansowo, ale w świadomości widzów. Zdrowie jest najważniejsze, dlatego z całych sił powinniśmy dbać o to, by przestrzegać wytycznych epidemiologicznych żeby troszczyć się o siebie i o innych. Nie zapominajmy o tym, również w teatrze. 





fot. zdjęcie nadesłane - Wrocławski Teatr Komedia - obsada spektaklu "Damski biznes"

Oprócz stolartswa, w kontekście Twojego nazwiska warto też wymienić Twoje zainteresowania sportowe, m.in. piłkę nożną. Czy sprawność fizyczna ułatwia pracę w zawodzie aktora?

To zawód, który wymaga bardzo dużo zaangażowania twórczego i intelektualnego, ale oparty jest na wyglądzie. Forma jest kluczowa. Piłka nożna jest dla mnie ogromnym motywatorem, by się ruszyć. Uwielbiam być na boisku. 





















fot. zdjęcie nadesłane

Jak dbałeś o formę w czasie izolacji?

Granie w piłkę nie było wtedy możliwe, biegałem po lesie, treningi robiłem w domu. 

Porozmawiajmy jeszcze o social mediach. Jesteś bardzo aktywny na Instagramie. Czym lubisz się dzielić z odbiorcami?

Kiedy widzę moich kolegów, to według ich aktywności, ja nie udzielam się wcale. (Śmiech.) Nie chcę zaśmiecać ludziom głów tym, co nie jest ciekawe. Dzielę się swoim zawodowym życiem. 

Myślisz, że obecna sytuacja może zmienić nastawienie ludzi i sprawić, że spojrzą na życie bardziej przychylnie i z większym dystansem?

Myślę, że wielu osobom zapaliła się czerwona lampka. Wiele osób straciło wszystko. To, co się dzieje na świecie, nie ma raczej dobrej strony. Mam nadzieję, że poradzimy sobie z tym wspólnie jak najszybciej.





















fot. zdjęcie nadesłane


Najbliższe plany. 

Chciałbym zająć się filmowym projektem performatywnym. To koncept, który nigdy się nie przedawni. Narazie powstał w mojej głowie i w dziesiątkach notatek zrobionych w biegu. Dotyczyłby zagadnienia zbiorowości i specyficznych jej aspektów. Oczywiście, przez dystans społeczny nie ujrzy szybko światła dziennego. Koronawirus zatrzymał również dwie moje premiery. W kontekście planów ludziom związanym z kulturą pozostaje na ten moment myślenie życzeniowe. 




niedziela, 18 października 2020

Anna Karolina Gorajska: ”Scena jest dla mnie mobilizująca, a nie paraliżująca”

 Anna Karolina Gorajska: ”Scena jest dla mnie mobilizująca, a nie paraliżująca”

fot. zdjęcie nadesłane

Aktorka, która jako nastolatka próbowała swoich sił w „Szansie na sukces". Ten moment miał znaczący wpływ na jej dalszą karierę. Umocnił ją w przekonaniu, że bez muzyki, skrzypiec i aktorstwa nie wyobraża sobie życia.

W serialu „M jak miłość" wciela się w rolę Kamili Jabłońskiej, która mocno namiesza w tym sezonie w małżeństwie Piotrka i Kingi (Marcin Morczek i Katarzyna Cichopek, przyp. red.)

To rok, zupełnie inny od wszystkich. W marcu świat zatrzymał się z dnia na dzień. Wszystko oczywiście spowodowane było pandemią koronawirusa. Sytuacja zaczyna wracać powoli na właściwe tory, ale zagrożenie cały czas jest. Jak zniosłaś czas izolacji? Jak go wykorzystałaś?

Na co dzień jestem dość aktywna, więc przez ten czas chciałam to utrzymać. Dużo czytałam, biegałam. Uporządkowałam wiele spraw. Udało mi się również trochę odpocząć, ponieważ od września ubiegłego roku miałam bardzo intensywny czas w pracy, odbyły się dwie premiery spektakli z moim udziałem. Pewnie tak, jak wszyscy, Ty również nadrobiłaś wszystkie zaległości filmowe i książkowe. 

Jak to jest w Twoim przypadku, lubisz wracać do sprawdzonych tytułów, czy wolisz odkrywać nowe?

Czytam dużo nowości, zdarza mi się sięgać również po kryminały, ale przyznam, że mam wielu ulubionych autorów i zawsze czekam na ich nowe książki. Jednym z nich jest  Michel Houellebecq. Jego książki oscylują wokół polityki, mają w sobie dużo ironii, ale lubię jego wyobraźnię. 

Jaka książka zachwyciła Cię ostatnio?

Był to zdecydowanie "Stramer" Mikołaja Łozińskiego.  To historia tarnowskiej rodziny, polskich Żydów, zasymilowanych i próbujących odnaleźć się w niełatwej rzeczywistości XX-lecia międzywojennego. 

Książka Twojego dzieciństwa to...

Książka, która kojarzy mi się z dzieciństwem, to zdecydowanie „Dzieci z Bullerbyn". Jako dziecko bardzo lubiłam też Braci Grimm. Z domu rodzinnego pamiętam jeszcze stare wydanie ich bajek, które wyjątkowo pachniało. Uwielbiałam ten zapach. Mój tata też wymyślał dla mnie bajki.

Od najmłodszych lat ciągnęło Cię też do muzyki. W 2003 roku wystąpiłaś w "Szansie na sukces", gdzie zaśpiewałaś "Agnieszkę" zespołu Łzy i wygrałaś. Jak wspominasz tamten czas?

Bardzo miło. Do muzyki było mi zawsze bardzo blisko. Grałam na skrzypcach, na fortepianie, a nawet na trąbce. Pamiętam jeszcze czas, kiedy w Jaśle uczęszczałam na warsztaty sceniczno — muzyczne. Decyzja o występie w programie „Szansa na sukces” była bardzo spontaniczna. Dowiedziałam się, że odbywa się casting. Pojechałam na niego i okazało się, że zakwalifikowałam się i dostałam zaproszenie do programu. Zaśpiewałam wspominany już utwór „Agnieszka”, ale w Sali Kongresowej wykonywałam inną piosenkę z repertuaru zespołu „Łzy". To świetne doświadczenie. Wspaniali ludzie.

Uważasz, że występ w tym programie miał znaczący wpływ na Twoją karierę?

Byłam wtedy dzieciakiem, więc z perspektywy czasu nie umiem stwierdzić, czy występ w tym programie miał znaczący wpływ na moją dalszą karierę, ale na pewno dodał mi sił i wiary w siebie. Uświadomiłam sobie wtedy, że scena jest dla mnie mobilizująca, a nie paraliżująca. 

Mam wrażenie, że "Szansa..." zmieniła coś w Twoim życiu...

Tak. Na pewno miała wpływ na moją odwagę. 

Czy w Twoim  odczuciu programy o takiej formule jak "Szansa na sukces" są szansą na odpowiedni rozwój artystyczny dla młodych twórców?

Absolutnie tak. Uważam, że dużo jest obecnie programów, które tę szansę dają. Takie formaty uświadamiają, jak wielu utalentowanych muzycznie ludzi jest w Polsce i na świecie. Fajnie, że można zaprezentować swój talent.

Wspominałyśmy już o tym, że grałaś też na skrzypcach, w czym również odnosiłaś sukcesy. Co spowodowało, że miłość do śpiewu i instrumentów smyczkowych zastąpiła miłość do aktorstwa?

Nigdy tego nie przerwałam. Oprócz grania na skrzypcach, które kontynuuję m.in. w teatrze, w dalszym ciągu również śpiewam. Tworzę swoją muzykę.

Nie tylko w czasie wolnym i w teatrze, ale na planie serialu „Dziewczyny ze Lwowa” także miałam okazję grać na skrzypcach.

Aktorstwo w pewnym momencie było dla mnie najważniejsze, ale ani ze śpiewu, ani z gry na instrumentach nigdy nie zrezygnuję.

Czy rola Kamili Jabłońskiej w serialu "M jak miłość" jest dla Ciebie zatem większym wyzwaniem?

Nie wiem, czy jest to większym wyzwaniem, ale na pewno innym.

Która z tych postaci wywołuje więcej emocji w widzach? Uliana, czy Kamila?

Tego jeszcze nie wiem, ponieważ odcinki serialu „M jak miłość” z udziałem mojej bohaterki będą dopiero emitowane.

Wątek Kamili i Piotrka (w tej roli Marcin Mroczek, przyp. red.) już w tym momencie wywołuje ogromne emocje wśród widzów. 

W najbliższych odcinkach dowiemy się więcej. Zapraszam do oglądania. 
Która z tych postaci jest dla Ciebie większym wyzwaniem aktorskim, a która przysparza Ci większą popularność? Więcej emocji w widzach wywołuje chyba postać Kamili, prawda? (Śmiech.) 

Sporym wyzwaniem była dla mnie postać Uliany, ponieważ jak wiemy, sporo grałam tam na skrzypcach. Przygotowywałam się do tej roli pod okiem pewnej skrzypaczki, a to było dość wymagające. 

Nie wiem, jak to wygląda z perspektywy widzów. Odpowiem na to pytanie wtedy, kiedy wątek Kamili się rozwinie i pokaże, na co ją stać. (Śmiech.)



fot. zdjęcie nadesłane

Do obsady serialu "M jak miłość" dołączyłaś w 1504 odcinku. Jak zostałaś przyjęta na planie? 

Na planie zostałam bardzo ciepło przyjęta przez wszystkich. Marcin Mroczek to wspaniały aktor, bardzo wspierający. 

Czy zanim dołączyłaś do obsady, zdarzało Ci się oglądać serial, miała swoje ulubione wątki i ulubionych bohaterów?

Bardzo lubiłam Magdę i Kamila. (w tych rolach Ania Mucha i Marcin Bosak, przyp. red.) Z zapartym tchem śledziłam ich losy, które toczyły się na Łowickiej. 

W czym Twoim zdaniem zawarty jest fenomen serialu o sadze rodu Mostowiaków? 4 listopada 2000 roku został wyemitowany pierwszy odcinek, w tym roku minie więc 20 lat, odkąd pojawia się na ekranach telewidzów w całej Polsce oraz za jej granicami.

„M jak miłość” to serial, który opowiada o codzienności. Poruszane tematy są bardzo bliskie polskiemu społeczeństwu. Pewnie dlatego serial jest tak lubiany przez widzów. Na jego sukces składa się wiele czynników.

Co opowiesz o najbliższych losach mecenas Kamili Jabłońskiej? Z tego, co wiem, wątek w nowym sezonie zostanie rozbudowany i wzbudzi wiele kontrowersji...

Tak, jak już wspominałam, Kamila jest silna i pewna siebie, a często bywa też bezwzględna. Zakochała się, w grę wchodzą więc uczucia.

Czy na tle roli Kamili spotykasz się z hejtem?

Nie, nie zdarza mi się spotykać z hejtem z tego powodu. Prywatnie jestem zupełnie inną osobą. Takie zachowania są mi zupełnie obce. Ludzie mnie zazwyczaj nie rozpoznają, bo mój styl bycia i ubierania jest zupełnie inny od serialowego. Cenię sobie wygodę, lubię sportowe ciuchy.

Nawiązując jeszcze do hejtu, zapytam o to, jakich treści najczęściej poszukujesz w sieci, a czego unikasz?

Dzielę się sprawami zawodowymi, akcjami charytatywnymi. Cenię sobie prywatność, zostawiam ją dla siebie.

wtorek, 13 października 2020

Małgorzata Promińska: "Nauczyłam się ufać swojej intuicji"

 Małgorzata Promińska: "Nauczyłam się ufać swojej intuicji"


















fot. zdjęcie nadesłane

Z Małgorzatą Promińską spotkałam się w Warszawie. Rozmawiamy o płycie "Amostorie" i projekcie "Muza na szkle". 

Spotykamy się w Warszawie, w dobie pandemii. Z dnia na dzień czas się zatzymał, co spowodowane jest oczywiście pandemią koronawirusa. Jak zniosłaś izolację?

Izolacja nie była dla mnie problemem. Okazało się, że jestem typem człowieka, który lubi siedzieć w domu. Mam psa, więc byłam zmuszona do regularnych spacerów. 

Jedni czytali książki, drudzy oglądali filmy, a Pani pracowała nad swoją debiutancką płytą "Amostorie", która miała swoją premierę w czerwcu. Skąd pomysł na nazwę?

Cała płyta opowiada o miłości z różnych perspektyw. Opowiada o miłości do świata, drugiej osoby, o miłości do siebie, ale też o miłości do poezji. "Amostorie" to zbitka dwóch słów. Miłość i historia. Upraszczając, są to różne historie o miłości. 

Swój debiutancki album wydałaś samodzielnie, nie zdecydowała się na współpracę z wytwórnią. Dlaczego?

Zastanawiałam się nad tym bardzo długo. Jak wiemy, każda z tych opcji ma dużo zalet i wad. 

Z wytwórnią jest o tyle prościej, że jest ktoś, kto streuje wydaniem płyty, zna się na tym. Wszystko wie, zajmuje się też dystrybucją. 

Gdybym zdecydowała się na współpracę z wytwórnią, jak z automatu godziłabym się również na szeroko zakrojoną możliwość ingerencji w materiał. Nie byłaby do końca moja, a mi zależało, by mieć do niej wszystkie prawa. Chciałam wydać ją całkowicie samodzielnie. Było to straszliwie trudne. (Śmiech.) 

Co okazało się dla Ciebie najtrudniejsze w całym procesie?

Wielokrotnie podczas tworzenia i wydawania płyty pojawiało się coś, co uważałam za najtrudniejsze, a potem pojawiały się kolejne rzeczy, które również zasługiwały na to miano. (Śmiech.) 

Z perspektywy czasu, najtrudniejsza okazała się kwestia sprzedaży, ponieważ nagle okazało się, że jest bardzo dużo rzeczy, o których nie mam pojęcia. Czytałam ustawy, przebrnęłam przez tonę papierów, musiałam się dowiedzieć wielu rzeczy. Z natury jestem legalistką, wszystko muszę mieć poukładane, dokładnie przygotowane. Nie lubię niespodzianek, choć takie się zdarzały również podczas powstawania mojej płyty. Dużo się nauczyłam.

Opowiedz o tym, czego nauczył Cię proces wydania swojej płyty. 

Nauczyłam się przede wszystkim, że muszę ufać swojej intuicji. Ludzie różnie doradzają, trzeba brać pod uwagę ich propozycje i pomysły, ale warto zaufać sobie. To ja podejmuję ostateczną decyzję, to mi musi się podobać, a nie wszystkim dookoła. 

W czym Twoim  zdaniem tkwi wyjątkowość płyty "Amostorie"?

Fajne pytanie. (Śmiech.) Poezja śpiewana to gatunek, który jest bardzo indywidualnie odbierany przez ludzi. Trochę nie wiadomo, o co chodzi w tym gatunku.

Ja najpierw zastanowiłam się, jaki efekt chcę uzyskać. Zależało mi, by warstwa muzyczna i słowna była tak samo ważna. Chciałam, by miało to wartość językową, ale także, by muzyka broniła się sama. Uważam, że mi się to udało. Pozostaje kwestia emocjonalna. Wyjątkowość tej płyty zawiera się w tekstach i ich ułożeniu.

Odnajduję się w każdym z tych pojedynczych utworów. Mimo tego, że każdy z nich opowiada o czymś innym. Mam nadzieję, że osoby, które będą słuchać tej płyty, będą potrafiły się odnaleźć w tych wszystkich postaciach. Nic nie jest czarno - białe, a ta płyta moim zdaniem potwierdza to i fajnie pokazuje. 

Składają się na nią wiersze znanych i nieznanych polskich poetów, opowiedziane od nowa, waszą muzyką. Znaleźć można na niej wiersze Słowackiego, Asnyka, Leśmiana, Gałczyńskiego, czy Brzechwy. Skąd pomysł na taki dobór poetów i wierszy?

To moje decyzje. 






























fot. zdjęcie nadesłane

Czym kierowałaś się w doborze wierszy?

Ci poeci w większości są z podobnego okresu. Lubię ten styl słowa pisanego. Nikt mi nie pomagał. 

Mój wybór poezji wyglądał tak, że podeszłam do mojej szafy z książkami, którą miałam w poprzednim mieszkaniu. Przekartkowałam wiele książek. Kiedy któryś z wierszy przemówił do mnie w pewien sposób, to wtedy zaznaczał sobie to miejsce kolorową karteczką. Wszystkie książki mam pozaznaczane, a wiersze czekają w kolejce. (Śmiech.) Kiedy przychodzi wena, zawsze coś się znajdzie. (Śmiech.)

Czy od zawsze poezję lubiłaś bardziej, niż inne gatunki literackie?

Nie. Literaturę dobrze jest poznawać z każdej strony. Do poezji tak naprawdę zwróciłam się przez muzykę Grzegorza Turnaua. Byłam też wychowana na twórczości Kabaretu Starszych Panów i Agnieszki Osieckiej. 

Słowo w piosence było dla mnie zawsze bardzo ważne. Ciężko słuchać mi tekstów, które nic za sobą nie niosą. Stwierdziłam, że ja nie umiem pisać tekstów, więc z tym zwrócę się do kogoś, kto umie, a ja będę pisać muzykę. Najbliżej była poezja. 

Czy płyta "Amostorie" może sprawić, że odbiorcy na poezję spojrzą przychylniej i chętniej będą sięgać po nią w tradycyjnej formie?

Mam nadzieję, że tak. To zależy od wielu czynników. Wiadomo, że jeżeli ktoś nie lubi poezji, nie będzie jej słuchać. Myślę jednak, że wtedy muzyka może takiego słuchacza przyciągnąć. (Śmiech.) 


Który z utworów z płyty jest dla Ciebie najważniejszy i dlaczego?

Mam trzy takie utwory. Każdy lubię z innego powodu.

Pierwszym takim utworem jest "Zielony dzień" Jana Brzechwy. To bardzo prosta piosenka, ale bardzo do mnie przemawia. Przypomina mi moment w którym człowieka ogarnia spokój. Ten utwór na płytę trafił zupełnie przypadkiem. Dosłownie w ostatniej chwili. Pamiętam, że muzykę do tego utworu napisałam w kilka minut. 

Drugim utworem jest "Bunt anioła" również ze słowami Jana Brzechwy. To wiersz wesoły i radosny. Bardzo mi się podoba. 

Trzecim utworem jest "Bądź przy mnie blisko" Haliny Poświatowskiej. Stworzyłam go kilka lat temu, ale nikomu się nie podobał. Jest dla mnie bardzo osobisty, napisałam go z myślą o moim partnerze. Wzrusza mnie do tego stopnia, że płaczę za każdym razem, kiedy go gram lub słucham. Aż sama czasami się z siebie śmieję, że działa on na mnie do tego stopnia. (Śmiech.) Jest dla mnie ważny nie tylko muzycznie, ale i osobiście. 

Warto wspomnieć również o Twoim projekcie "Muza na szkle", który został dofinansowany ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach programu "Kultura w sieci". Do jakich odbiorców skierowany jest kanał na YouTube?

"Muza na szkle" (YouTube, KLIKNIJ)   jest skierowana przede wszystkim do osób niezwiązanych profesjonalnie ze sztuką muzyczną. Do amatorów i miłośników muzyki.

Co jest myślą przewodnią, która towarzyszy Ci podczas tworzenia tego kanału?

Uwielbiam opowiadać. Dotyczy to przede wszystkim muzyki. Zauważyłam kiedyś, że o muzyce umiem mówić w interesujący sposób. Ludzi to interesuje, wywołuje reakcje, pytania. "Muza na szkle" jest miejscem, w którym mogę się teraz wyżyć. (Śmiech.)

Uczyłam kiedyś muzyki, choć obecnie nie pracuję już w szkole. Zostało mi jednak to, że w dalszym ciągu lubię przekazywać wiedzę. 

Czujesz się youtuberką? (Śmiech.)

Tak, teraz już tak.

Kanał traktuje o muzyce poważnej,  i rozrywkowej, a także kulturze wyższej i popkulturze. Każdy znajdzie coś dla siebie...

Tak. Pojawią się opowieści o muzycznym lifestyle-u, o tym, jak wszystko wygląda po drugiej stronie sceny. Będzie też trochę teorii. Słuchacze będą mogli się dowiedzieć, jak pisać nuty. Będzie wiele tematów, ponieważ nie chciałam nigdy ściśle się ukierunkowywać. 

Skupiasz się  w tym momencie przede wszystkim na promocji płyty i rozwoju kanału "Muza na szkle", czy planujesz nowe projekty?

Obecnie skupiam się na tych dwóch projektach. Czerwiec był szalonym czasem. Pewnie wkrótce wymyślę coś nowego. (Śmiech.)