Dorota Pomykała: „Czasem też rozśmieszam“
Dorota Pomykała, aktorka znana z takich seriali jak "To nie koniec świata", czy "Szpilki na Giewoncie". Jak sama mówi, kiedy nic nie robi, zaczyna się wiercić, dlatego lubi, kiedy się dzieje. Uwielbia też podróże...
Cały czas jest Pani bardzo aktywna w zawodzie aktorki, czy czasem nie ma Pani ochoty zwolnić tempa?
Nie, zaczynam się wiercić, kiedy nic nie robię. Czuję się wtedy źle.
Teraz występuje Pani w całkiem nowym serialu TV Polsat, „To nie koniec świata“, czy już zdążyła Pani polubić swoją rolę?
Tak. Halina, to taka nadgorliwa mama i żona. Pewnie trochę denerwująca, ale ma dobre serce.
Zdjęcia do „TNKŚ“ są realizowane w Białej Podlaskiej oraz okolicach. Jak się tam Pani czuje?
Tam jest pięknie i cicho. Dużo przyrody, dużo spokoju. Słyszy się własne myśli i dobrze odpoczywa w przerwach.
Czy jeszcze w innych miejscach Polski są realizowane zdjęcia do tej produkcji?
W Warszawie i okolicach…
Czy już natknęła się Pani na jakiś komentarz ze strony widzów odnośnie swojej roli w „TNKŚ“?
Nie. Wierzę, że czasem też rozśmieszam. Mam taką nadzieję.
Jak Pani myśli, w czym tkwi sukces serialu? Została wyemitowana już cała pierwsza transza, a zainteresowanie kolejną jest już ogromne…
Myślę, że serial ma pewną lekkość, jest bardzo dobrze grany przez wszystkich kolegów. My, jako ekipa się bardzo lubimy i to pewnie emanuje z ekranu. A poza tym dużo jest w serialu miłosnych perypetii, a to się zawsze podoba.
Czy jest coś, czym zaskoczy Pani widzów serialu?
Na pewno będzie kolorowo…
Z kim z obsady dogaduje się Pani najlepiej, czy z kimś z tych aktorów spotkała się Pani we wcześniejszych produkcjach?
Mam bardzo dobry kontakt właściwie ze wszystkimi. Ale z racji scen, największy z moją serialową córka. czyli Magdą Lamparską. Lubimy się też bardzo z Karoliną Gorczycą i Konstancją Bułhak. Z tą ostatnia grałam w „Blondynce“, a z Pawłem Królikowskim (burmistrz) w „Szpilkach na Giewoncie“.
Proszę zdradzić jeszcze, jak lubi Pani odpoczywać po męczących dniach zdjęciowych?
Lubię podróżować, nawet do jakiegoś miasta, czy miasteczka, którego nie znam. Wszystko mnie wtedy zachwyca.
Materiał archiwalny z dnia 5 grudnia 2013
środa, 1 listopada 2017
Maia Lasota: "Lubię wyzwania"
Maia Lasota: "Lubię wyzwania"
Maia Lasota to uczestniczka programu "Voice of Poland", która walczyła w drużynie Edyty Górniak. Z programu odpadła jakiś czas temu, ale muzyka jest dla niej najważniejsza. O swoim życiu i pasjach opowiada w rozmowie.
Kto wpadł na pomysł, abyś wzięła udział w przesłuchaniach w ciemno do „Voice of Poland“?
Właściwie to moja mama z ojczymem w porozumieniu z trenerem wokalnym wpadli na ten pomysł i tak naprawdę, gdyby nie oni, to pewnie nie odważyłabym się tam wybrać!
Jakie emocje towarzyszyły Tobie, kiedy dowiedziałaś się, że przechodzisz dalej?
Nieopisane. Za każdym razem miałam wrażenie, że to się dzieje gdzieś poza mną, że te marzenia się spełniają komuś innemu a nie mnie! Potem budziłam się kolejnego dnia rano i dopiero do mnie docierało...
Dlaczego wybrałaś akurat Edytę Górniak jako swoją trenerkę? Czy od samego początku chciałaś trafić pod Jej skrzydła?
Od początku wiedziałam, że jeśli tylko się odwróci to wybiorę właśnie panią Edytę. Cóż...jest najlepszą wokalistką w Polsce, niesamowicie wrażliwą osobą i przede wszystkim również debiutowała w wieku 17 lat, więc wiedziałam, że zrozumie mnie jak nikt inny...
Czy rady Edyty były dla Ciebie ważne? Lubisz stosować się do nich?
Oczywiście, są na wagę złota! To cudowna możliwość, uczyć się od tak niesamowitej osoby!
Czy sama masz pomysł na to, w jakim repertuarze chciałabyś wystąpić?
Zawsze mam, ponieważ mam określone swoje preferencje, ale lubię również podejmować wyzwania i próbować czegoś nowego.
Czy udział w programie jest dla Ciebie pewnego rodzaju spełnieniem marzeń?
Zdecydowanie tak!
Czy od momentu pierwszego występu coś zmieniło się w Twoim życiu?
Całkiem sporo, ponieważ był to pierwszy krok na drodze do wiary w siebie, no i rozpoczęła się na dobre moja muzyczna droga.
Udało Ci się już znaleźć jakieś przyjaźnie podczas trwania programu?
O tak... i to nawet całkiem szybko. Najbardziej zżyłam się z Martą Maksimiuk oraz z Jagodą Kret i myślę, że te znajomości przetrwają znacznie dłużej, niż tylko czas trwania programu.
Jesteś zaskoczona zainteresowaniem ze strony fanów?
Nadal nie mogę wyjść z podziwu! Tylu cudownych ludzi się wokół mnie zgromadziło, reagują na każdą próbę kontaktu z mojej strony, dają tyle wsparcia, wiary, nadziei...są cudowni!
Co jest dla Ciebie najprzyjemniejsze w kontakcie z fanami?
Chyba to, że jesteśmy dla siebie praktycznie obcymi osobami a wytwarza się miedzy nami niesamowita więź, tylko dzięki muzyce! To niesamowite.
Co jest dla Ciebie najważniejsze w muzyce?
Możliwość przekazania emocji ludziom, którzy mnie słuchają, to dla mnie najwspanialszy moment, gdy czuję, że oni dobrze rozumieją, co chcę im powiedzieć!
Czy nie jest dla Ciebie trudnością pogodzenie muzyki, programu, a szkoły? Jesteś przed maturą…
Bywa ciężko, ale nauczyciele są bardzo pomocni a po drugie, przy odrobinie chęci da się wszystko! :)
Materiał archiwalny z dnia 29 listopada 2013
Maia Lasota to uczestniczka programu "Voice of Poland", która walczyła w drużynie Edyty Górniak. Z programu odpadła jakiś czas temu, ale muzyka jest dla niej najważniejsza. O swoim życiu i pasjach opowiada w rozmowie.
Kto wpadł na pomysł, abyś wzięła udział w przesłuchaniach w ciemno do „Voice of Poland“?
Właściwie to moja mama z ojczymem w porozumieniu z trenerem wokalnym wpadli na ten pomysł i tak naprawdę, gdyby nie oni, to pewnie nie odważyłabym się tam wybrać!
Jakie emocje towarzyszyły Tobie, kiedy dowiedziałaś się, że przechodzisz dalej?
Nieopisane. Za każdym razem miałam wrażenie, że to się dzieje gdzieś poza mną, że te marzenia się spełniają komuś innemu a nie mnie! Potem budziłam się kolejnego dnia rano i dopiero do mnie docierało...
Dlaczego wybrałaś akurat Edytę Górniak jako swoją trenerkę? Czy od samego początku chciałaś trafić pod Jej skrzydła?
Od początku wiedziałam, że jeśli tylko się odwróci to wybiorę właśnie panią Edytę. Cóż...jest najlepszą wokalistką w Polsce, niesamowicie wrażliwą osobą i przede wszystkim również debiutowała w wieku 17 lat, więc wiedziałam, że zrozumie mnie jak nikt inny...
Czy rady Edyty były dla Ciebie ważne? Lubisz stosować się do nich?
Oczywiście, są na wagę złota! To cudowna możliwość, uczyć się od tak niesamowitej osoby!
Czy sama masz pomysł na to, w jakim repertuarze chciałabyś wystąpić?
Zawsze mam, ponieważ mam określone swoje preferencje, ale lubię również podejmować wyzwania i próbować czegoś nowego.
Czy udział w programie jest dla Ciebie pewnego rodzaju spełnieniem marzeń?
Zdecydowanie tak!
Czy od momentu pierwszego występu coś zmieniło się w Twoim życiu?
Całkiem sporo, ponieważ był to pierwszy krok na drodze do wiary w siebie, no i rozpoczęła się na dobre moja muzyczna droga.
Udało Ci się już znaleźć jakieś przyjaźnie podczas trwania programu?
O tak... i to nawet całkiem szybko. Najbardziej zżyłam się z Martą Maksimiuk oraz z Jagodą Kret i myślę, że te znajomości przetrwają znacznie dłużej, niż tylko czas trwania programu.
Jesteś zaskoczona zainteresowaniem ze strony fanów?
Nadal nie mogę wyjść z podziwu! Tylu cudownych ludzi się wokół mnie zgromadziło, reagują na każdą próbę kontaktu z mojej strony, dają tyle wsparcia, wiary, nadziei...są cudowni!
Co jest dla Ciebie najprzyjemniejsze w kontakcie z fanami?
Chyba to, że jesteśmy dla siebie praktycznie obcymi osobami a wytwarza się miedzy nami niesamowita więź, tylko dzięki muzyce! To niesamowite.
Co jest dla Ciebie najważniejsze w muzyce?
Możliwość przekazania emocji ludziom, którzy mnie słuchają, to dla mnie najwspanialszy moment, gdy czuję, że oni dobrze rozumieją, co chcę im powiedzieć!
Czy nie jest dla Ciebie trudnością pogodzenie muzyki, programu, a szkoły? Jesteś przed maturą…
Bywa ciężko, ale nauczyciele są bardzo pomocni a po drugie, przy odrobinie chęci da się wszystko! :)
Materiał archiwalny z dnia 29 listopada 2013
Elena Leszczyńska: "Całe moje życie to wakacje"
Elena Leszczyńska: "Całe moje życie to wakacje"
Elena Leszczyńska, aktorka, która studia aktorskie zaczynała w Sankt-Petersburgu, ale jak sama mówi, to, że przeniosła się do Polski, wcale nie przeszkodziło jej w realizacji planów. W rozmowie zdradza więcej...
Czym jest dla Pani aktorstwo? Czy myślała Pani zawsze o podjęciu się tego zawodu?
Od dziecka wiedziałam, że zostanę aktorką, chociaż chodziłam do szkoły plastycznej i mówiłam, że teraz jestem rysownikiem, a jak dorosnę to zostanę gwiazdą filmową.
Miała Pani kiedyś inny pomysł na siebie, czy cały czas było nim aktorstwo?
Po zakończeniu liceum dostałam się na studia aktorskie w Sankt-Petersburgu i od tego czasu uprawiam ten zawód. I nawet nie przeszkodziło mi to, że przeniosłam się do innego kraju.
Czy ktoś z Pani rodziny również zajmował się aktorstwem?
Nie. Chociaż moja rodzina jest dość kreatywna w pomysłach na życie.
Aktualnie gra Pani m.in w serialu „Barwy Szczęścia“, co najbardziej polubiła Pani w charakterze i zachowaniu Ludmiły? Czy pojawia się czasem coś takiego, co Panią w niej irytuje?
Podoba mi się jej dążenie do zrozumienia każdego człowieka i jej chęć niesienia pomocy innym. Nic mnie irytuje, bo ja uwielbiam swoje bohaterki, które z natury są irytujące, nie irytują mnie, bo ja kocham swoje postacie. Wszystkie, nawet jak są wredne, złe, nieznośne, okropne. Ja muszę zrozumieć każdą i myśleć jak ta postać w momencie kiedy gram. A po zdjęciach, to ja już w ogóle o tym nie myślę. Bo ja to ja, i jestem zupełnie innym człowiekiem niż moje postaci.
Z kim z obsady dogaduje się Pani najlepiej?
Na planie najczęściej spotykam się z Kostkiem (Adam Cywka) i bardzo dobrze nam się współpracuje, również z serialową Edytą (Agnieszka Wosińska) mam dobry kontakt, uważam, że mam szczęście do serialowych partnerów. Są bardzo dobrymi aktorami i fajnymi ludźmi. U nas na planie jest bardzo dobra i wesoła atmosfera.
Jakie losy czekają Ludmiłę i jej bliskich w najbliższych odcinkach serialu oraz przez cały nowy sezon?
Nie mogę tego zdradzać. Proszę oglądać!
Co myśli Pani na temat długiego okresu czasu wcielania się w jedną postać? Czy nie myśli Pani, że nie jest to dobre dla aktora?
To nie jest tak, że pracuję na planie „Barw” dzień w dzień, więc nie widzę żadnych powodów, żeby uznać pracę w tym serialu za coś, co może być niedobre dla aktorstwa. Mam czasem tygodniowe przerwy między zdjęciami i nawet zdarza mi się zatęsknić za byciem Ludmiłą.
W jakich jeszcze produkcjach będzie można zobaczyć Panią teraz w trwającym sezonie? Szykuje się jakaś nowa, stała rola, czy epizodyczna?
Myślę, że w następnym roku wejdzie na ekrany nowy film Waldemara Krzystka „Fotograf”, w którym zagrałam, więc zapraszam do kin:)
Jak spędziła Pani minione wakacje, czy były one spędzane na planie zdjęciowym?
Całe moje życie to wakacje. Bo zawsze robię tylko to co chcę.
Proszę jeszcze powiedzieć, czy często bywa Pani na imprezach branżowych? Lubi Pani gale i tego typu eventy?
Nie, nie bywam często na takich imprezach. Eventy lubię, ale najbardziej te, gdzie nie ma więcej niż dwie osoby :)))
Proszę na koniec zdradzić, jakie ma Pani marzenia?
Nie mam marzeń. Mam pomysły.
Materiał archiwalny z dnia 24 listopada 2013
Elena Leszczyńska, aktorka, która studia aktorskie zaczynała w Sankt-Petersburgu, ale jak sama mówi, to, że przeniosła się do Polski, wcale nie przeszkodziło jej w realizacji planów. W rozmowie zdradza więcej...
Czym jest dla Pani aktorstwo? Czy myślała Pani zawsze o podjęciu się tego zawodu?
Od dziecka wiedziałam, że zostanę aktorką, chociaż chodziłam do szkoły plastycznej i mówiłam, że teraz jestem rysownikiem, a jak dorosnę to zostanę gwiazdą filmową.
Miała Pani kiedyś inny pomysł na siebie, czy cały czas było nim aktorstwo?
Po zakończeniu liceum dostałam się na studia aktorskie w Sankt-Petersburgu i od tego czasu uprawiam ten zawód. I nawet nie przeszkodziło mi to, że przeniosłam się do innego kraju.
Czy ktoś z Pani rodziny również zajmował się aktorstwem?
Nie. Chociaż moja rodzina jest dość kreatywna w pomysłach na życie.
Aktualnie gra Pani m.in w serialu „Barwy Szczęścia“, co najbardziej polubiła Pani w charakterze i zachowaniu Ludmiły? Czy pojawia się czasem coś takiego, co Panią w niej irytuje?
Podoba mi się jej dążenie do zrozumienia każdego człowieka i jej chęć niesienia pomocy innym. Nic mnie irytuje, bo ja uwielbiam swoje bohaterki, które z natury są irytujące, nie irytują mnie, bo ja kocham swoje postacie. Wszystkie, nawet jak są wredne, złe, nieznośne, okropne. Ja muszę zrozumieć każdą i myśleć jak ta postać w momencie kiedy gram. A po zdjęciach, to ja już w ogóle o tym nie myślę. Bo ja to ja, i jestem zupełnie innym człowiekiem niż moje postaci.
Z kim z obsady dogaduje się Pani najlepiej?
Na planie najczęściej spotykam się z Kostkiem (Adam Cywka) i bardzo dobrze nam się współpracuje, również z serialową Edytą (Agnieszka Wosińska) mam dobry kontakt, uważam, że mam szczęście do serialowych partnerów. Są bardzo dobrymi aktorami i fajnymi ludźmi. U nas na planie jest bardzo dobra i wesoła atmosfera.
Jakie losy czekają Ludmiłę i jej bliskich w najbliższych odcinkach serialu oraz przez cały nowy sezon?
Nie mogę tego zdradzać. Proszę oglądać!
Co myśli Pani na temat długiego okresu czasu wcielania się w jedną postać? Czy nie myśli Pani, że nie jest to dobre dla aktora?
To nie jest tak, że pracuję na planie „Barw” dzień w dzień, więc nie widzę żadnych powodów, żeby uznać pracę w tym serialu za coś, co może być niedobre dla aktorstwa. Mam czasem tygodniowe przerwy między zdjęciami i nawet zdarza mi się zatęsknić za byciem Ludmiłą.
W jakich jeszcze produkcjach będzie można zobaczyć Panią teraz w trwającym sezonie? Szykuje się jakaś nowa, stała rola, czy epizodyczna?
Myślę, że w następnym roku wejdzie na ekrany nowy film Waldemara Krzystka „Fotograf”, w którym zagrałam, więc zapraszam do kin:)
Jak spędziła Pani minione wakacje, czy były one spędzane na planie zdjęciowym?
Całe moje życie to wakacje. Bo zawsze robię tylko to co chcę.
Proszę jeszcze powiedzieć, czy często bywa Pani na imprezach branżowych? Lubi Pani gale i tego typu eventy?
Nie, nie bywam często na takich imprezach. Eventy lubię, ale najbardziej te, gdzie nie ma więcej niż dwie osoby :)))
Proszę na koniec zdradzić, jakie ma Pani marzenia?
Nie mam marzeń. Mam pomysły.
Materiał archiwalny z dnia 24 listopada 2013
Maria Rybarczyk: "Unikam generalizowania"
Maria Rybarczyk: "Unikam generalizowania"
Aktorka teatralna i filmowa, prywatnie pasjonatka medytacji i gry w SKIP BO. W rozmowie opowiada o pracy na planie serialu "M jak Miłość", rolach w Teatrze i kolejnych najbliższych planach zawodowych.
Pani Mario, co jest dla Pani najważniejsze w byciu aktorką?
Profesjonalizm i zespołowość w pracy.
Czy przed podjęciem aktorskiej drogi myślała Pani kiedyś o innym zawodzie?
Tak. Myślałam o studiach dziennikarskich; to wydawało się realne.
Jaki inny zawód fascynowałby Panią?
Moim marzeniem było zostać lekarzem medycyny sądowej. Niestety, na etapie liceum przedmioty ścisłe odmówiły współpracy. Może dzięki temu zawód ten nie stracił dla mnie nic ze swojej atrakcyjności - nie dane mi było zmierzyć się z nim, więc wciąż mnie fascynuje.
Oprócz filmu i telewizji gra Pani także w Teatrze Nowym w Poznaniu. W jakich sztukach obecnie można Panią oglądać?
Miejscem mojej pracy jest przede wszystkim teatr. Od dłuższego czasu jest to Teatr Nowy w Poznaniu. Film i telewizja są w moim życiu epizodami (czasami czymś „ciut” więcej). "Mr. Barańczak" w reż. Jerzego Satanowskiego, "Lekcja" Ionesco, "Peep Show" w reż. Piotra Kruszczyńskiego, "Wnętrza" wg. scenariusza Woody Allena, "Namiętność" w reż. Krystyny Jandy – to przedstawienia, w których aktualnie występuję. Biorę też udział w sesjach czytania współczesnych dramatów.
W serialu „M jak Miłość“ pojawia się Pani również od pewnego czasu. Akurat tak wyszło, że grała Pani w towarzystwie Julki Paćko, a potem na plan przyszła Weronika Wachowska. Czy długo Pani trwało, aby przyzwyczaić się do zmiany obsadowej?
Nie. Z Julią Paćko spotykałam się bardzo rzadko, chociaż zdaję sobie sprawę, że widz może odnieść inne wrażenie. Montaż i sposób narracji stwarzają dla odbiorcy inną perspektywę niż to ma miejsce w czasie pracy na planie.
Mówi się wśród aktorów, że najbardziej wymagającą pracą aktora jest praca z dziećmi. Zgadza się Pani z tą teorią?
Unikam generalizowania. Każdy z nas jest inny i każdemu z nas różne rzeczy sprawiają trudności, radości, kłopoty czy satysfakcję. Dla wielu praca z dziećmi może być czymś przyjemnym i bardzo twórczym z zawodowego punktu widzenia. Dla wielu - nie.
Jak pracuje się Pani z takimi aktorami jak Krystian Wieczorek, czy Dominika Ostałowska, Ewa Bukowska?
Fantastycznie.
Czym jeszcze zajmuje się Pani obecnie w życiu zawodowym?
-Poza pracą w teatrze i na planie serialu uczę zasad poprawnej wymowy i wiersza w STA’ ( studio aktorskie założone w Poznaniu przez aktora Teatru Polskiego - Łukasza Chrzuszcza). Jak lubi Pani odpoczywać po zakończonym intensywnym dniu pracy? -Najchętniej czytam (parę książek równolegle), gram w SKIP BO (karty), rozmawiam z przyjaciółmi albo medytuję.
Wracając do Teatru, często panują aktorskie przesądy, czy Pani wierzy w nie? Czego Pani przestrzega, do czego się stosuje?
Przesądy są dla mnie częścią tradycji i zwyczajowych praw teatru - mają dla mnie nieodparty urok. Zresztą, wiele z nich (żeby nie powiedzieć przesadnie - wszystkie) ma swoje uzasadnienie.
I pytanie na koniec, gdyby dostała Pani ode mnie złotą rybkę, jakie wypowiedziałaby Pani życzenia?
Po pierwsze, drugie i trzecie: żebym mądra, zdrowa i radosna żyła w mądrym, zdrowym i radosnym świecie.
Materiał archiwalny z dnia 23 listopada 2013
Aktorka teatralna i filmowa, prywatnie pasjonatka medytacji i gry w SKIP BO. W rozmowie opowiada o pracy na planie serialu "M jak Miłość", rolach w Teatrze i kolejnych najbliższych planach zawodowych.
Pani Mario, co jest dla Pani najważniejsze w byciu aktorką?
Profesjonalizm i zespołowość w pracy.
Czy przed podjęciem aktorskiej drogi myślała Pani kiedyś o innym zawodzie?
Tak. Myślałam o studiach dziennikarskich; to wydawało się realne.
Jaki inny zawód fascynowałby Panią?
Moim marzeniem było zostać lekarzem medycyny sądowej. Niestety, na etapie liceum przedmioty ścisłe odmówiły współpracy. Może dzięki temu zawód ten nie stracił dla mnie nic ze swojej atrakcyjności - nie dane mi było zmierzyć się z nim, więc wciąż mnie fascynuje.
Oprócz filmu i telewizji gra Pani także w Teatrze Nowym w Poznaniu. W jakich sztukach obecnie można Panią oglądać?
Miejscem mojej pracy jest przede wszystkim teatr. Od dłuższego czasu jest to Teatr Nowy w Poznaniu. Film i telewizja są w moim życiu epizodami (czasami czymś „ciut” więcej). "Mr. Barańczak" w reż. Jerzego Satanowskiego, "Lekcja" Ionesco, "Peep Show" w reż. Piotra Kruszczyńskiego, "Wnętrza" wg. scenariusza Woody Allena, "Namiętność" w reż. Krystyny Jandy – to przedstawienia, w których aktualnie występuję. Biorę też udział w sesjach czytania współczesnych dramatów.
W serialu „M jak Miłość“ pojawia się Pani również od pewnego czasu. Akurat tak wyszło, że grała Pani w towarzystwie Julki Paćko, a potem na plan przyszła Weronika Wachowska. Czy długo Pani trwało, aby przyzwyczaić się do zmiany obsadowej?
Nie. Z Julią Paćko spotykałam się bardzo rzadko, chociaż zdaję sobie sprawę, że widz może odnieść inne wrażenie. Montaż i sposób narracji stwarzają dla odbiorcy inną perspektywę niż to ma miejsce w czasie pracy na planie.
Mówi się wśród aktorów, że najbardziej wymagającą pracą aktora jest praca z dziećmi. Zgadza się Pani z tą teorią?
Unikam generalizowania. Każdy z nas jest inny i każdemu z nas różne rzeczy sprawiają trudności, radości, kłopoty czy satysfakcję. Dla wielu praca z dziećmi może być czymś przyjemnym i bardzo twórczym z zawodowego punktu widzenia. Dla wielu - nie.
Jak pracuje się Pani z takimi aktorami jak Krystian Wieczorek, czy Dominika Ostałowska, Ewa Bukowska?
Fantastycznie.
Czym jeszcze zajmuje się Pani obecnie w życiu zawodowym?
-Poza pracą w teatrze i na planie serialu uczę zasad poprawnej wymowy i wiersza w STA’ ( studio aktorskie założone w Poznaniu przez aktora Teatru Polskiego - Łukasza Chrzuszcza). Jak lubi Pani odpoczywać po zakończonym intensywnym dniu pracy? -Najchętniej czytam (parę książek równolegle), gram w SKIP BO (karty), rozmawiam z przyjaciółmi albo medytuję.
Wracając do Teatru, często panują aktorskie przesądy, czy Pani wierzy w nie? Czego Pani przestrzega, do czego się stosuje?
Przesądy są dla mnie częścią tradycji i zwyczajowych praw teatru - mają dla mnie nieodparty urok. Zresztą, wiele z nich (żeby nie powiedzieć przesadnie - wszystkie) ma swoje uzasadnienie.
I pytanie na koniec, gdyby dostała Pani ode mnie złotą rybkę, jakie wypowiedziałaby Pani życzenia?
Po pierwsze, drugie i trzecie: żebym mądra, zdrowa i radosna żyła w mądrym, zdrowym i radosnym świecie.
Materiał archiwalny z dnia 23 listopada 2013
Mariusz Wawrzyńczyk: „Lubię zaskakiwać“
Mariusz Wawrzyńczyk: „Lubię zaskakiwać“
Mariusz, wokalista, aktywny uczestnik talent show, (m.in "Bitwa na głosy", "Szansa na sukces") Wspierają go w muzycznej drodze znani artyści, m.in Urszula Dudziak oraz Krzysztof Kiljański. 1 października wydał singla "Jeszcze wierzę".
Często pojawiasz się w programach typu alent show, czy uważasz, że program o takiej formule pomagają w karierze?
Jest to dość skomplikowane zagadnienie :). Tak, często pojawiałem się w programach tego typu („Spiewaj i walcz“, „Must be the music“, „Szansa na sukces“, „Bitwa na głosy“), ponieważ myślałem, że takowy występ pomoże mi w dalszej działalności muzycznej. Rzeczywiście, początkowo tak było. Dzięki tym programom, dotarłem do szerszego grona odbiorców i moja twarz w mniejszym lub większym stopniu nie była już anonimowa. Nauczyłem się ciężkiej pracy, obycia przed kamerą, nabrałem doświadczenia. Jednak w show ważne są emocje i aby widz się nie nudził. Tak naprawdę nie jest ważny uczestnik. W trakcie tych programów mój warsztat wokalny nie wzbogacił się, nie śpiewałem lepiej. Techniki śpiewu i interpretacji nauczyłem się w dwuletnim Policealnym Studium Piosenkarskim im. Czesława Niemena w Poznaniu, u boku wspaniałej kadry pedagogicznej. Podsumowując programy typu talent-show tworzone są, ponieważ liczy się oglądalność i rosnące słupki stacji, a dla jurorów ważne jest wypromowanie swojej nowej płyty czy teledysku, a nie odkrycie nowego talentu.
Który z odwiedzonych przez Ciebie programów uważasz za najlepszy?
Każdy program, w którym miałem przyjemność wystąpić wspominam pozytywnie. Nie mogę odpowiedzieć, który był dla mnie najlepszy. W każdym z nich dawałem cząstkę siebie. Najmilej jednak wspominam mój czas spędzony w „Bitwie na głosy“ u boku genialnej osoby i wokalistki Urszuli Dudziak. Z Ulą do tej pory mam świetny kontakt, uwielbiam ją!!! To co pozostanie mi z tych programów to przede wszystkim przyjaźnie, które się zawiązały między uczestnikami. Wspieramy się i kibicujemy sobie nawzajem.
Czyja opinia np. podczas „Must be the music“ była dla Ciebie tą najważniejszą, a czyjej opinii najbardziej się obawiałeś?
Z perspektywy czasu stwierdzam, że żadna opinia nie była dla mnie zbyt ważna i nie wpłynęła na moje dalsze losy. Słowa, które padały w wypowiedzi „jurorów“ czy jak kto woli „trenerów“, to były „tylko“ nic nie znaczące słowa... Z reguły są rzucane na wiatr albo były wyreżyserowane. Nie niosą za sobą nic konstruktywnego. Wyjątkiem wśród jurorów telewizyjnych stanowi Elżbieta Zapendowska, z którą w przeszłości miałem przyjemność pracować. To niezwykle mądra kobieta, doceniłem jej uwagi dopiero po czasie. W śpiewaniu najważniejsza jest interpetacja utworu i przekazanie emocji, a nie jak się wielu wydaje zaśpiewanie najwyższych dźwięków i krzyk. Do tego typu stwierdzeń trzeba jednak dorosnąć, kiedyś tego nie wiedziałem.
Czy po wystąpieniu w tych programach zauważyłeś większe zainteresowanie ze strony mediów swoim wokalem?
Tak, zainteresowanie mediów było dużo większe. Jednak trwało ono przez mniej więcej dwa, trzy miesiące po programie. Jeżeli ktoś myśli, iż dzięki takiemu programowi osiągnie sukces to się myli. Bez ciężkiej pracy i wytrwałości w dążeniu do osiągniecia celu nic się nie zdziała. Gdy gasną światła kamer i program dobiega końca, nikt nie martwi się co będzie dalej z wykonawcą. Dzięki własnym staraniom udało mi się wstąpić w „Pytaniu na śniadanie“ wykonując swój pierwszy solowy singiel „Lepiej bez słowa“ skomponowanym przez Adama Abramka i Pawła Sota, kompozytorów BAJMu, Piaska, czy Kasi Kowalskiej, oraz w programie „Dzień dobry TVN“ ze swoim drugim singlem „Jedyny raz“. Nikt mi w tym nie pomógł.
Teraz wydałeś singla pod tytułem „Jeszcze wierzę“. Czy pojawi się teledysk do piosenki?
Na razie nie mogę tego zdradzić. Niech to pozostanie tajemnicą :). Moje najnowsze poczynania można śledzić na fanpage oraz stronie internetowej www.mariuszwawrzynczyk.pl, na które serdecznie zapraszam.
Czy planujesz również wydanie płyty?
Nagranie płyty nie jest moim piorytetem, choć nie ukrywam, że bardzo bym tego chciał. Byla by ona moim takim zwieńczeniem muzycznej drogi, takim „dzieckiem“. Obecnie nie jestem w stanie sfinansować z własnej kieszeni kosztów związanych z wydaniem płyty, a niestety wytwórnie nie pomogają w tym. Dlatego też na razie będe wydawać kolejne single, mam nadzieję, że coraz lepsze. W obecnych czasach nikt już nie kupuje płyt, ponieważ są zbyt drogie. Ludzie wolą posłuchać piosenek za darmo w internecie.
Jeśli tak, to w jakim klimacie ona zostanie zrealizowana?
Jezeli powstanie, to chciałbym, aby była utrzymana w klimacie pop-rockowym. Taka muzyka we mnie drzemie i taką muzykę lubię śpiewać. W swojej muzyce łącze muzyke pop-rockową z nowinkami elektronicznymi np. syntezatorami i innymi ciekawymi, nowoczesnymi loopami. Dobrze spisuję sie w balladach, więc takich piosenek nie może zabraknąć na mojej plycie. Jestem energetycznym facetem, dlatego też będą również piosenki z mocą i energią. Taka będzie moja płyta!!! :)
Czy przygotowujesz nowy materiał? Szykują się jakieś duety?
Nie wykluczam duetów, znam dużo ciekawych i uzdolnionych wokalistów, z którymi z chęcią bym zaśpiewał wspólnie jakiś song, ale jak na razie nie planuję takowych. Marzy mi się duet z Beatą Kozidrak, ale to niestety mało realne.
Opowiedz coś o swoim najnowszym singlu zatyłowanym „Jeszcze wierzę“…
-Podobnie, jak przy piosence „Jedyny raz”, do współpracy zaprosiłem Przemka Puka. Tekst napisałem we wspólnie z moją wieloletnią koleżanką, bardzo dobrą piosenkarką, Pauliną Urynowicz. Piosenka „Jeszcze wierzę” to romantyczna popowa piosenka o miłości. Myślą przewodnią w niej jest, iż każdy znajdzie dla siebie odpowiednią osobę, z która spędzi swoje życie. Na każdego przyjdzie odpowiedni czas. Po zakończonym związku nie należy się poddawać, lecz iść do przodu, aż w końcu znajdziemy swoją drugą połówkę. Mam nadzieję, że słuchacz w słowach piosenki „Jeszcze wierzę” odnajdzie swoją interpretację i będzie się z nią utożsamiał.
Materiał archiwalny z dnia 13 listopada 2013
Mariusz, wokalista, aktywny uczestnik talent show, (m.in "Bitwa na głosy", "Szansa na sukces") Wspierają go w muzycznej drodze znani artyści, m.in Urszula Dudziak oraz Krzysztof Kiljański. 1 października wydał singla "Jeszcze wierzę".
Często pojawiasz się w programach typu alent show, czy uważasz, że program o takiej formule pomagają w karierze?
Jest to dość skomplikowane zagadnienie :). Tak, często pojawiałem się w programach tego typu („Spiewaj i walcz“, „Must be the music“, „Szansa na sukces“, „Bitwa na głosy“), ponieważ myślałem, że takowy występ pomoże mi w dalszej działalności muzycznej. Rzeczywiście, początkowo tak było. Dzięki tym programom, dotarłem do szerszego grona odbiorców i moja twarz w mniejszym lub większym stopniu nie była już anonimowa. Nauczyłem się ciężkiej pracy, obycia przed kamerą, nabrałem doświadczenia. Jednak w show ważne są emocje i aby widz się nie nudził. Tak naprawdę nie jest ważny uczestnik. W trakcie tych programów mój warsztat wokalny nie wzbogacił się, nie śpiewałem lepiej. Techniki śpiewu i interpretacji nauczyłem się w dwuletnim Policealnym Studium Piosenkarskim im. Czesława Niemena w Poznaniu, u boku wspaniałej kadry pedagogicznej. Podsumowując programy typu talent-show tworzone są, ponieważ liczy się oglądalność i rosnące słupki stacji, a dla jurorów ważne jest wypromowanie swojej nowej płyty czy teledysku, a nie odkrycie nowego talentu.
Który z odwiedzonych przez Ciebie programów uważasz za najlepszy?
Każdy program, w którym miałem przyjemność wystąpić wspominam pozytywnie. Nie mogę odpowiedzieć, który był dla mnie najlepszy. W każdym z nich dawałem cząstkę siebie. Najmilej jednak wspominam mój czas spędzony w „Bitwie na głosy“ u boku genialnej osoby i wokalistki Urszuli Dudziak. Z Ulą do tej pory mam świetny kontakt, uwielbiam ją!!! To co pozostanie mi z tych programów to przede wszystkim przyjaźnie, które się zawiązały między uczestnikami. Wspieramy się i kibicujemy sobie nawzajem.
Czyja opinia np. podczas „Must be the music“ była dla Ciebie tą najważniejszą, a czyjej opinii najbardziej się obawiałeś?
Z perspektywy czasu stwierdzam, że żadna opinia nie była dla mnie zbyt ważna i nie wpłynęła na moje dalsze losy. Słowa, które padały w wypowiedzi „jurorów“ czy jak kto woli „trenerów“, to były „tylko“ nic nie znaczące słowa... Z reguły są rzucane na wiatr albo były wyreżyserowane. Nie niosą za sobą nic konstruktywnego. Wyjątkiem wśród jurorów telewizyjnych stanowi Elżbieta Zapendowska, z którą w przeszłości miałem przyjemność pracować. To niezwykle mądra kobieta, doceniłem jej uwagi dopiero po czasie. W śpiewaniu najważniejsza jest interpetacja utworu i przekazanie emocji, a nie jak się wielu wydaje zaśpiewanie najwyższych dźwięków i krzyk. Do tego typu stwierdzeń trzeba jednak dorosnąć, kiedyś tego nie wiedziałem.
Czy po wystąpieniu w tych programach zauważyłeś większe zainteresowanie ze strony mediów swoim wokalem?
Tak, zainteresowanie mediów było dużo większe. Jednak trwało ono przez mniej więcej dwa, trzy miesiące po programie. Jeżeli ktoś myśli, iż dzięki takiemu programowi osiągnie sukces to się myli. Bez ciężkiej pracy i wytrwałości w dążeniu do osiągniecia celu nic się nie zdziała. Gdy gasną światła kamer i program dobiega końca, nikt nie martwi się co będzie dalej z wykonawcą. Dzięki własnym staraniom udało mi się wstąpić w „Pytaniu na śniadanie“ wykonując swój pierwszy solowy singiel „Lepiej bez słowa“ skomponowanym przez Adama Abramka i Pawła Sota, kompozytorów BAJMu, Piaska, czy Kasi Kowalskiej, oraz w programie „Dzień dobry TVN“ ze swoim drugim singlem „Jedyny raz“. Nikt mi w tym nie pomógł.
Teraz wydałeś singla pod tytułem „Jeszcze wierzę“. Czy pojawi się teledysk do piosenki?
Na razie nie mogę tego zdradzić. Niech to pozostanie tajemnicą :). Moje najnowsze poczynania można śledzić na fanpage oraz stronie internetowej www.mariuszwawrzynczyk.pl, na które serdecznie zapraszam.
Czy planujesz również wydanie płyty?
Nagranie płyty nie jest moim piorytetem, choć nie ukrywam, że bardzo bym tego chciał. Byla by ona moim takim zwieńczeniem muzycznej drogi, takim „dzieckiem“. Obecnie nie jestem w stanie sfinansować z własnej kieszeni kosztów związanych z wydaniem płyty, a niestety wytwórnie nie pomogają w tym. Dlatego też na razie będe wydawać kolejne single, mam nadzieję, że coraz lepsze. W obecnych czasach nikt już nie kupuje płyt, ponieważ są zbyt drogie. Ludzie wolą posłuchać piosenek za darmo w internecie.
Jeśli tak, to w jakim klimacie ona zostanie zrealizowana?
Jezeli powstanie, to chciałbym, aby była utrzymana w klimacie pop-rockowym. Taka muzyka we mnie drzemie i taką muzykę lubię śpiewać. W swojej muzyce łącze muzyke pop-rockową z nowinkami elektronicznymi np. syntezatorami i innymi ciekawymi, nowoczesnymi loopami. Dobrze spisuję sie w balladach, więc takich piosenek nie może zabraknąć na mojej plycie. Jestem energetycznym facetem, dlatego też będą również piosenki z mocą i energią. Taka będzie moja płyta!!! :)
Czy przygotowujesz nowy materiał? Szykują się jakieś duety?
Nie wykluczam duetów, znam dużo ciekawych i uzdolnionych wokalistów, z którymi z chęcią bym zaśpiewał wspólnie jakiś song, ale jak na razie nie planuję takowych. Marzy mi się duet z Beatą Kozidrak, ale to niestety mało realne.
Opowiedz coś o swoim najnowszym singlu zatyłowanym „Jeszcze wierzę“…
-Podobnie, jak przy piosence „Jedyny raz”, do współpracy zaprosiłem Przemka Puka. Tekst napisałem we wspólnie z moją wieloletnią koleżanką, bardzo dobrą piosenkarką, Pauliną Urynowicz. Piosenka „Jeszcze wierzę” to romantyczna popowa piosenka o miłości. Myślą przewodnią w niej jest, iż każdy znajdzie dla siebie odpowiednią osobę, z która spędzi swoje życie. Na każdego przyjdzie odpowiedni czas. Po zakończonym związku nie należy się poddawać, lecz iść do przodu, aż w końcu znajdziemy swoją drugą połówkę. Mam nadzieję, że słuchacz w słowach piosenki „Jeszcze wierzę” odnajdzie swoją interpretację i będzie się z nią utożsamiał.
Materiał archiwalny z dnia 13 listopada 2013
Wojciech Wysocki: "Jestem zadowolony z tego, co jest"
Wojciech Wysocki: "Jestem zadowolony z tego, co jest"
Moim gościem w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie dnia 27 października 2013 przed spektaklem „Długi Łykend“ był aktor, Pan Wojciech Wysocki. Odpowiedział na kilka pytań.
Jest Pan jednym z najbardziej rozpoznawalnych i znanych aktorów w Polsce. Jak Pan myśli, która z ról ma w tym największą zasługę?
Odpowiedź na to pytanie jest prosta. Najważniejsze jest to, co robimy teraz, a skoro jestem rozpoznawany teraz, to chyba jest to zasługa seriali „Ranczo“, gdzie występuję jako Dr. Wezół oraz „Na Wspólnej“, gdzie wcielam się w rolę Jerzego Dudka, pisarza. Są to seriale, które mają ogromną oglądalność, a moje postaci szczęśliwie wzbudzają sympatię.
Czyli wnioskując, jedną z takich ról jest Dr. Wezół w „Ranczo“ właśnie.
Przyczyną tego jest fakt, że role w „Ranczo“ są bardzo dobrze napisane, z dobrymi dialogami. Wystarczy je jedynie dobrze zagrać, żeby były zapamiętane i dobrze kojarzone przez widzów.
W „Ranczo“, serialu o którym cały czas rozmawiamy, pokazał Pan siebie z bardzo komediowej strony. Czy lubi Pan to wcielenie?
Kiedyś miałem taki kompleks, że chciałem bardzo rozśmieszać ludzi a nie umiałem. Teraz to wszystko potoczyło się w zupełnie innym kierunku. Gram prawie same role komediowe, więc chętnie wróciłbym do ról dramatycznych, ale aktorstwo to zawód usługowy, robimy to, co nam proponują, albo odmawiamy i głodujemy, ale ja wolę pierwszy wariant (Śmiech).
Gdyby serial został zdjęty z anteny, brakowałoby Panu tej roli?
Bardzo. Zdradzę tajemnicę, że scenarzysta serialu „Ranczo“ napisał dla mnie oraz dla trójki innych bohaterów sztukę teatralną “Cud medyczny w Wilkowyjach“, właśnie rozpoczynamy próby, a może pod koniec stycznia będziemy grali już spektakl. Jest to forma widowiska komediowo-estradowego.
Przechodząc do spektaklu „Długi Łykend“, proszę powiedzieć, czy lubi Pan bardziej występować w Teatrze, czy jednak woli występy przed kamerą TV?
Wszystko zależy od tego, co gram oraz w jakim towarzystwie. Nie ma dla mnie zasadniczej różnicy. Występuje tak przed kamerą, jak i w Teatrze, wszystko zależy od tego o czym już wspominałem, czyli od tego, jak rola jest napisana oraz czy są fajni zawodowi partnerzy, a także, czy reżyser jest odpowiedni. Kiedy te trzy warunki są spełnione, to nie ma dla mnie większej różnicy, czy gram w Teatrze, filmie, czy serialu. Komedia Norma Fostera „Długi Łykend“ jest bardzo dobrze napisana. Mam przyjemność grać w jeszcze jednej sztuce tego autora, a jest to spektakl „Premiera“, który gramy w Teatrze Komedia, w Warszawie.
Który z tych spektakli, w których aktualnie Pan gra, najbardziej Pan lubi?
Rola w spektaklu „Długi Łykend“ daje pewne pole do popisu oaz w spektaklu „Premiera“ już tu wspominanym. Te role lubię najbardziej.
W jakich nowych projektach pojawi się Pan w czasie najbliższym, jak wyglądają Pana najbliższe plany?
Jestem w próbach do widowiska „Cud medyczny w Wilkowyjach“ a zaczynamy również pracę nad sztuką „Konserwator“, której premiera odbędzie się w Sylwestra. Czy w chwili obecnej może Pan powiedzieć, że czuje się spełniony i szczęśliwy jako aktor? -Tego nigdy nie można powiedzieć. Jestem zadowolony z tego, co jest, bo mam pracę, mam jej aż nadto ale chciałbym wreszcie zagrać dramatyczną rolę. Jest dobrze.
Materiał archiwalny z dnia 11 listopada 2013
Moim gościem w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie dnia 27 października 2013 przed spektaklem „Długi Łykend“ był aktor, Pan Wojciech Wysocki. Odpowiedział na kilka pytań.
Jest Pan jednym z najbardziej rozpoznawalnych i znanych aktorów w Polsce. Jak Pan myśli, która z ról ma w tym największą zasługę?
Odpowiedź na to pytanie jest prosta. Najważniejsze jest to, co robimy teraz, a skoro jestem rozpoznawany teraz, to chyba jest to zasługa seriali „Ranczo“, gdzie występuję jako Dr. Wezół oraz „Na Wspólnej“, gdzie wcielam się w rolę Jerzego Dudka, pisarza. Są to seriale, które mają ogromną oglądalność, a moje postaci szczęśliwie wzbudzają sympatię.
Czyli wnioskując, jedną z takich ról jest Dr. Wezół w „Ranczo“ właśnie.
Przyczyną tego jest fakt, że role w „Ranczo“ są bardzo dobrze napisane, z dobrymi dialogami. Wystarczy je jedynie dobrze zagrać, żeby były zapamiętane i dobrze kojarzone przez widzów.
W „Ranczo“, serialu o którym cały czas rozmawiamy, pokazał Pan siebie z bardzo komediowej strony. Czy lubi Pan to wcielenie?
Kiedyś miałem taki kompleks, że chciałem bardzo rozśmieszać ludzi a nie umiałem. Teraz to wszystko potoczyło się w zupełnie innym kierunku. Gram prawie same role komediowe, więc chętnie wróciłbym do ról dramatycznych, ale aktorstwo to zawód usługowy, robimy to, co nam proponują, albo odmawiamy i głodujemy, ale ja wolę pierwszy wariant (Śmiech).
Gdyby serial został zdjęty z anteny, brakowałoby Panu tej roli?
Bardzo. Zdradzę tajemnicę, że scenarzysta serialu „Ranczo“ napisał dla mnie oraz dla trójki innych bohaterów sztukę teatralną “Cud medyczny w Wilkowyjach“, właśnie rozpoczynamy próby, a może pod koniec stycznia będziemy grali już spektakl. Jest to forma widowiska komediowo-estradowego.
Przechodząc do spektaklu „Długi Łykend“, proszę powiedzieć, czy lubi Pan bardziej występować w Teatrze, czy jednak woli występy przed kamerą TV?
Wszystko zależy od tego, co gram oraz w jakim towarzystwie. Nie ma dla mnie zasadniczej różnicy. Występuje tak przed kamerą, jak i w Teatrze, wszystko zależy od tego o czym już wspominałem, czyli od tego, jak rola jest napisana oraz czy są fajni zawodowi partnerzy, a także, czy reżyser jest odpowiedni. Kiedy te trzy warunki są spełnione, to nie ma dla mnie większej różnicy, czy gram w Teatrze, filmie, czy serialu. Komedia Norma Fostera „Długi Łykend“ jest bardzo dobrze napisana. Mam przyjemność grać w jeszcze jednej sztuce tego autora, a jest to spektakl „Premiera“, który gramy w Teatrze Komedia, w Warszawie.
Który z tych spektakli, w których aktualnie Pan gra, najbardziej Pan lubi?
Rola w spektaklu „Długi Łykend“ daje pewne pole do popisu oaz w spektaklu „Premiera“ już tu wspominanym. Te role lubię najbardziej.
W jakich nowych projektach pojawi się Pan w czasie najbliższym, jak wyglądają Pana najbliższe plany?
Jestem w próbach do widowiska „Cud medyczny w Wilkowyjach“ a zaczynamy również pracę nad sztuką „Konserwator“, której premiera odbędzie się w Sylwestra. Czy w chwili obecnej może Pan powiedzieć, że czuje się spełniony i szczęśliwy jako aktor? -Tego nigdy nie można powiedzieć. Jestem zadowolony z tego, co jest, bo mam pracę, mam jej aż nadto ale chciałbym wreszcie zagrać dramatyczną rolę. Jest dobrze.
Materiał archiwalny z dnia 11 listopada 2013
Jan Jakub Należyty: „Sukces sztuki tkwi w temacie“
Jan Jakub Należyty: „Sukces sztuki tkwi w temacie“
Przed spektaklem „3 razy łóżko“, który odgrywany był 6 października w Czechowicach-Dziedzicach udało mi się zadać kilka pytań autorowi sztuki, Panu Janowi Jakubowi Należytemu.
"3 razy łóżko" to spektakl komediowy. Autorem sztuki jest Jan Jakub Należyty. W Jego autorskim dorobku znajdują się m.in takie sztuki jak "Dieta cud", czy "Ta cisza, to ja...".
Spektakl podany jest w bardzo dowcipny, a jednocześnie inteligentny sposób. Opowiada historię małżeństwa, które podejmuje trzy ważne rozmowy, są to przełomowe momenty w życiu tej pary. Rozmowy odbywają się w sypialni. W rankingu mebli, które są ważne w życiu człowieka, w spektaklu na pewno wygrywa łóżko.
To kolejna komedia w Pana autorskim dorobku. Dlaczego wybrał Pan akurat ten gatunek sztuki?
Komedia jest najtrudniejszą sztuką do napisania i zagrania, ale ludzie komedii oczekują. Mam taki charakter, że nawet na tematy poważne lubię pisać w formie zabawnej. Nie lubię tragedii i dramatów psychologicznych, ludzie zmartwień mają bardzo dużo, a do kina, bądź Teatru przychodzą, aby oderwać się od rzeczywistości. Chodzi o to, aby wywołać uśmiech. Mam nadzieję, że moje sztuki wyzwalają takie emocje. Nie mówię, że nie napiszę nigdy rzeczy odmiennej od komedii, ale na razie piszę komedie i jest mi z tym bardzo dobrze.
W czym, według Pana uznania tkwi sukces spektaklu „3 razy łóżko“?
Sukces na pewno tkwi w temacie, czyli w historii, która się dzieje podczas sztuki. Takie historie jak tu, dotykają wszystkich. Często spotykam się z opiniami, że historia napisana jest tak, jak byłbym u kogoś w sypialni. Padają też pytania skąd wiem, że akurat tak się dzieje. Odpowiadam wtedy, że jestem mężem, a historie biorą się z samego życia. Trudno na to pytanie odpowiedzieć, ale na pewno sukces tkwi również w obsadzie. Występuje m.in: Adrianna Biedrzyńska, Lucyna Malec, Anna Cieślak, Emilia Komarnicka, Antoni Pawlicki, Marek Siudym i inni. Nie ma recepty na sukces. Sukces przychodzi sam. Chwytliwa historia jest też na pewno częścią sukcesu sztuki.
Z jakimi recenzjami i opiniami widzów spotyka się Pan?
Na szczęście spotykam się z samymi dobrymi recenzjami odnośnie spektaklu, mam nadzieję, że to się nie zmieni.
Ile miast odwiedzicie ze sztuką do końca roku?
Chcemy do końca roku odwiedzić ok. 40 miast.
Proszę jeszcze powiedzieć, czy w chwili obecnej pracuje Pan nad nową sztuką? Jeśli tak, nad jaką?
Kończę pracę nad sztuką „Wiagra i chryzantemy“ w której zagram wraz z Adrianną Biedrzyńską. Próby zaczynamy w styczniu, przedstawienie będzie grane od marca.
Materiał archiwalny z dnia 2 listopada 2013
Przed spektaklem „3 razy łóżko“, który odgrywany był 6 października w Czechowicach-Dziedzicach udało mi się zadać kilka pytań autorowi sztuki, Panu Janowi Jakubowi Należytemu.
"3 razy łóżko" to spektakl komediowy. Autorem sztuki jest Jan Jakub Należyty. W Jego autorskim dorobku znajdują się m.in takie sztuki jak "Dieta cud", czy "Ta cisza, to ja...".
Spektakl podany jest w bardzo dowcipny, a jednocześnie inteligentny sposób. Opowiada historię małżeństwa, które podejmuje trzy ważne rozmowy, są to przełomowe momenty w życiu tej pary. Rozmowy odbywają się w sypialni. W rankingu mebli, które są ważne w życiu człowieka, w spektaklu na pewno wygrywa łóżko.
To kolejna komedia w Pana autorskim dorobku. Dlaczego wybrał Pan akurat ten gatunek sztuki?
Komedia jest najtrudniejszą sztuką do napisania i zagrania, ale ludzie komedii oczekują. Mam taki charakter, że nawet na tematy poważne lubię pisać w formie zabawnej. Nie lubię tragedii i dramatów psychologicznych, ludzie zmartwień mają bardzo dużo, a do kina, bądź Teatru przychodzą, aby oderwać się od rzeczywistości. Chodzi o to, aby wywołać uśmiech. Mam nadzieję, że moje sztuki wyzwalają takie emocje. Nie mówię, że nie napiszę nigdy rzeczy odmiennej od komedii, ale na razie piszę komedie i jest mi z tym bardzo dobrze.
W czym, według Pana uznania tkwi sukces spektaklu „3 razy łóżko“?
Sukces na pewno tkwi w temacie, czyli w historii, która się dzieje podczas sztuki. Takie historie jak tu, dotykają wszystkich. Często spotykam się z opiniami, że historia napisana jest tak, jak byłbym u kogoś w sypialni. Padają też pytania skąd wiem, że akurat tak się dzieje. Odpowiadam wtedy, że jestem mężem, a historie biorą się z samego życia. Trudno na to pytanie odpowiedzieć, ale na pewno sukces tkwi również w obsadzie. Występuje m.in: Adrianna Biedrzyńska, Lucyna Malec, Anna Cieślak, Emilia Komarnicka, Antoni Pawlicki, Marek Siudym i inni. Nie ma recepty na sukces. Sukces przychodzi sam. Chwytliwa historia jest też na pewno częścią sukcesu sztuki.
Z jakimi recenzjami i opiniami widzów spotyka się Pan?
Na szczęście spotykam się z samymi dobrymi recenzjami odnośnie spektaklu, mam nadzieję, że to się nie zmieni.
Ile miast odwiedzicie ze sztuką do końca roku?
Chcemy do końca roku odwiedzić ok. 40 miast.
Proszę jeszcze powiedzieć, czy w chwili obecnej pracuje Pan nad nową sztuką? Jeśli tak, nad jaką?
Kończę pracę nad sztuką „Wiagra i chryzantemy“ w której zagram wraz z Adrianną Biedrzyńską. Próby zaczynamy w styczniu, przedstawienie będzie grane od marca.
Materiał archiwalny z dnia 2 listopada 2013
Subskrybuj:
Posty (Atom)






