poniedziałek, 28 marca 2022

Ałbena Grabowska: "Moje imię wyróżnia mnie w literackim świecie"

 Ałbena Grabowska: "Moje imię wyróżnia mnie w literackim świecie"




fot. zdjęcie nadesłane

Pierwsze pytanie, które pada zazwyczaj z ust czytelników, kiedy spotykają się po raz pierwszy z Ałbeną Grabowską - pisarką, autorką sagi "Stulecie Winnych" oraz lekarką – której specjalizacją jest neurologia, dotyczy jej imienia. 

Rozmawiamy o jej pochodzeniu, debiucie literackim, ale także o sadze "Stulecie Winnych" i serialu pod tym samym tytułem, który można oglądać w TVP1 w niedzielne wieczory. W emisji obecnie jest czwarty sezon serialu. 

Ałbena to imię bułgarskie, które oznacza kwitnącą jabłoń. Choć ludzie myślą, że to pseudonim, dostała je Pani od mamy, kiedy przyjechała do swojego ukochanego do Polski. Co ciekawe, to także imię literackie. Uważa Pani, że wyróżnia Panią w literackim świecie?

Uważam, że absolutnie mnie wyróżnia i nawet dzięki temu imieniu, które zawsze lubiłam i nigdy nie dokuczano z jego powodu, odnalazłam dwoje mioch krewnych, z którymi straciliśmy kontakt wiele lat temu. Jedną taką gałąź łódzką, a drugą z Zielonej Góry. Dzięki temu, kiedy poszli do księgarni i zobaczyli książki mojego autorstwa, zobaczyli imię i nazwisko i uznali, że absolutnie, nie może to być przypadek. Tak oryginalne imię jest czasem bardzo przydatne. (Śmiech.) 

Z wykształcenia jest Pani lekarzem, neurologiem, a swoich pacjentów przyjmuje Pani w podwarszawskim Brwinowie. Musi być Pani doskonale zorganizowana. Jaki jest Pani patent na to, by z powodzeniem łączyć bycie lekarzem z pisaniem książek?

To jest bardzo trudne. Rzeczywiście, ja jestem bardzo dobrze zorganizowana, chociaż najtrudniej było w latach 2014-2017, kiedy napisałam "Stulecie" i książka odniosła wielki sukces, a jeszcze pracowałam w szpitalu, w pełnym wymiarze godzin. To było barzdo trudne, natomiast teraz pracuję już tylko ambulatoryjnie. Swoich pacjentów przyjmuję w przychodni w Brwinowie, a przede wszystkim piszę, więc jest już łatwiej. 

Które z zamiłowań jako pierwsze pojawiło się w Pani życiu - medycyna, historia, czy zamiłowanie do literatury i pisania książek?

Szczerze mówiąc, ja nigdy nie chciałam być ani lekarką, ani pisarką. Zawsze chciałam być aktorką, co się poniekąd teraz spełnia. Pamiętam, że nawet przygotowywałam się do egzaminów do PWST, ale nie odważyłam się tam zdawać. Pisanie towarzyszyło mi prawie od zawsze, bo już w podstawówce wygrałam olimpiadę polonistyczną i nie zdawałam egzaminów do liceum. Później przyszedł pomysł na medycynę, może trochę z braku wiary w siebie i  w to, że mogłabym być aktorką i z obawy, żeby powiedzieć rodzinie, że taką właśnie drogę wybrałam, bo też nie byłam przekonana, że to jest to albo nic. Mój ukochany zdawał wtedy na medycynę i był absolutnie przekonany, co do tego, że chce być lekarzem, to ja też stwierdziłam, że tego bardzo chcę. I jak to ja, czyli osoba zdyscyplinowana i zawsze kończąca to, co zaczyna, przez wiele lat oddawałam się temu zajęciu, ale też pewnie tak miało być, że miałam te wszystkie książki napisać, więc zaczęłam to robić. 

W 2011 roku powieścią "Tam, gdzie urodził się Orfeusz" zadebiutowała Pani w roli pisarki. Czy zgodzi się Pani z tym stwierdzeniem, że dla autora debiut literacki jest tą książką, którą wspomina z największym sentymentem?

Tak, dlatego, że on determinuje właściwie wszystko. Ja, pisząc "Orfeusza", nie zamierzałam pisać innych książek. Mój debiut literacki był pomysłem na to, by o mojej drugiej ojczyźnie opowiedzieć moim dzieciom. Nie był to pomysł na to, by zostać pisarką, by zacząć od takiej książki, a potem napisać inne. Był to właściwie przypadek, że po niej pojawiła się propozycja napisania kolejnej książki. Kiedy napisałam książkę dla swojego syna, zrozumiałam, że mam kolejne pomysły. Gdyby nie moja pierwsza książka, to pewnie bym nie zadebiutowała, bo nie przyszłoby mi do głowy, by coś napisać. 

W swoim debiucie literackim spisała Pani swoje wspomnienia oraz podzieliła się tym, co wie o Rodopach, z których pochodzi Pani rodzina. Jakie jest Pani pierwsze wspomnienie z dzieciństwa?

W moich pierwszych wspomnieniach z dzieciństwa przewijają się moje babcie. Z babcią Zosią, która niespecjalnie była taką polską babcią, kojarzy mi się moment, kiedy jedyny raz zabrała mnie na spacer, a ja wtedy spadłam z górki i rozbiłam sobie nos. (Śmiech.)

W Bułgarii raz w tygodniu wybieraliśmy się do łaźni, ponieważ nie było u nas w domu łazienki, więc chodziło się właśnie tam. Pamiętam, jak maszerowałam tam z moją drugą babcią. 

Czy już od najmłodszych lat interesowała się Pani książkami, lubiła kiedy jej się czytało?

Oj, tak. Bardzo dużo czytałam już od najmłodszych lat. W mojej osiedlowej bibliotece przeczytałam prawie wszystkie pozycje, ponieważ wtedy nie kupowało się aż tyu książek, więc biblioteka była takim najpewniejszym miejscem, gdzie można było coś przeczytać. 

W Pruszkowie jestem w kontakcie z takim  panem bibliotekarzem, który mnie zaprasza na wszystkie spotkania i pamięta jeszcze,  jak wyrabiał mi pierwszą kartę biliboteczną. Czytałam zawsze i bardzo dużo. 

Ulubiona książka z dzieciństwa to...

"Momo" autorstwa Michaela Ende. 

Największą popularność zyskała Pani dzięki stworzeniu sagi "Stulecie Winnych", która w 2018 roku doczekała się ekranizacji. Proszę w skrócie opowiedzieć jak wyglądał proces od wydania sagi do powstania ekranizacji.

Gotowa na taką wiekszą, epicką formę w postaci trylogii poczułam się po napisaniu wspominanego "Orfeusza" oraz trzech powieści obyczajowych. Pomyślałam wtedy, że dawno nie było takiej znaczącej sagi. Teraz jest ich bardzo wiele, ale wtedy tak nie było. 

Ostatnią taką, o której się mówiło była saga Marii Nurowskiej, "Panny i wdowy".  Z resztą, Pani Maria mieszkała przez pewien czas też w Brwinowie. To bardzo literackie miasto. (Śmiech.) 

Pomyślałam, że akcję "Stulecia Winnych" osadzę w Brwinowie, tam, gdzie mieszkam, bo będzie mi najłatwiej zderzyć fikcję z faktami, a postacie autentyczne z fikcyjnymi. To się udało. Pierwszy tob  był ogromnym sukcesem, a na drugi i trzeci czytelnicy barzdo czekali. 

Pierwsze sygnały o tym, by to zekranizować, bo jest to świetny materiał na książkę lub film pojawiały się od czytelników. Z wydawcą bardzo się staraliśmy i...udało się. Ktoś natychmiast uwierzył w potencjał tej opowieści. Pojawił się pierwszy sezon, który bardzo się spodobał. Z resztą, jest wspaniale zrobiony. Przyznam, że jestem fanką tego filmu, reżyserów, ról i całej wspaniałej obsady. Scenografia, muzyka, przemiany...wszystko robi ogromne wrażenie. 

Sukces pierwszego sezonu był tak duży, że TVP zamówiło kolejne trzy. Obecnie w emisji jest czwarty sezon, który jeśli chodzi o chronologię, ma być ostatnim sezonem, zakończy się na 1989 roku. 

Staramy się, by zekranizować również prequel "Stulecia Winnych", czyli początek, który wydałam w październiku minionego roku. 

Sama powiedziała Pani, że w roli Stanisława nie wyobraża Pani sobie nikogo innego, jak tylko i wyłącznie Jana Wieczorkowskiego. Ma Pani szczęście do pracowania ze świetnymi aktorami. 

To prawda. Nie miałam żadnych specjalnych oczekiwań, bo też i z chwilą, kiedy sprzedaje się prawa do ekranizacji, praktycznie nie ma się wpływu ani na scenariusz, ani na obsadę. Od razu wiedziałam, że producent jest na tak wysokim poziomie, że to się nie może nie udać. Od razu w ten projekt byli zaangażowani najlepsi. 

Wszyscy aktorzy byli po lekturze książki, co absolutnie nie było wymagane, ale to oni nie wyobrażali sobie takiej sytuacji, że nie przeczytają tej powieści. Z wieloma aktorami zaprzyjaźniłam się i jestem w kontakcie.

Z Lidią Sadową, odtwórczynią roli Anny Iwaszkiewicz pracujemy nad wspólnym projektem charytatywnym, ale na ten moment nie mogę więcej w tej kwestii zdradzić. 

Czy kiedy gra Pani swoje sceny, uczy się od Pani od nich? Występuje Pani we wszystkich sezonach, w czterech różnych wcieleniach. 

Tak, podpatruję ich, jak to należy zrobić, chociaż kiedy grałam wykładowczynię Akademii Medycznej, to nieskromnie powiem, że to oni mogli się ode mnie uczyć, bo to moja życiowa rola. (Śmiech.) 

No właśnie. Nie jest tajemnicą, że jeśli chodzi o rzeczy związane z historią i medycyną, to aktorzy uczą się od Pani. Jest Pani konsultantem medyczno - historycznym na planie. Olafa Lubaszenkę uczyła Pani, jak zagrać doktora z lat 1914-1939, a Mateusza Janickiego, jak umrzeć na zawał serca. Jak wspomina Pani te konsultacje?

Bardzo dobrze. To był drugi dzień zdjęciowy, więc jeszcze wszystko się zaczynało. Ponoć nie ma nic gorszego, jak żywy autor na planie, który patrzy na ręce reżyserowi i powstrzymuje się, by nie krzyczeć - "To nie tak! To trzeba inaczej zrobić!" Tu na szczęście nic takiego się nie stało. (Śmiech.) 

Pierwszy raz weszłam w taką konwencję i natychmiast złapaliśmy porozumienie z Piotrem Trzaskalskim, a potem, za każdym razem było bardzo miło. Aktorzy też mają ogromny szacunek do konsultantów. Może się wydawać, że konstultant wchodzi w kompetencje reżysera, ale to nie tak jest. My po prostu uczymy tajników nie aktorskich, a życiowych. Oni później grają tak, jak powinno to wyglądać. 

Jak już wspominałyśmy, graniem w "Stuleciu" spełniła Pani jedno ze swoich marzeń. 

To prawda. Była to prośba, którą miałam do produkcji. W pierwszym sezonie przyjęli to ze zdziwieniem, ale też z ogromną życzliwością, przyznając, że ze strony marketingowej również jest to bardzo dobry pomysł. Nie wiadomo było za pierwszym razem, jak sobie poradzę, więc na początek dostałam rolę niemą, ale późmiej rozkręciłam się i więcej było dialogów.

Przyjście na plan, wypowiedzenie kwestii, granie jest dla mnie ogromną frajdą. Tym, czym aktorzy są zmęczeni, ja nie męczę się wcale. Dla mnie to wielka atrakcja.

Franek, Pani syn, też zagrał w "Stuleciu". Jak wspomina Pani tę jego przygodę? Zastanawia się nad tym, by zostać aktorem?

Bierze pod uwagę taki scenariusz. Było to dla nas bardzo głębokie przeżycie, ponieważ Franek jest dzieckiem autystycznym. Wiele lat zmagaliśmy się z tym problemem i pamiętam takie moje wspomnienie, kiedy nie chce wystąpić z dziećmi na koniec roku. A później... oglądam go na planie "Stulecia", gdzie on śpiewa i gra. Było to dla mnie czymś niesamowitym i wzruszające, chociażby ze względów lekarskich, ale też macieżyńskich. 

Franek pojawił się w drugim i trzecim sezonie. 

Spotykamy się w Karvinie, gdzie spotyka się Pani z czytelnikami. Z czym kojarzą się Pani Czechy?

Czechy kojarzą mi się z dwoma wyjazdami do Pragi. Po raz pierwszy byłam wtedy, kiedy był koncert Stonesów, ale my zwiedzaliśmy miasto. Drugi wyjazd był związany z konferencją, na której gościłam. Było to w 1998 roku. 

Czechy to też Hrabal i Kino na granicy. (Śmiech.)

To Pani pierwsze spotkanie autorskie po czeskiej stronie...

Tak, to prawda. 

Miała Pani świadomość, że tutaj także wiele osób ogląda "Stulecie Winnych" i czyta Pani książki?

Nie wiedziałam tego, ale jest to dla mnie bardzo miłym zaskoczeniem.

Najbliższe plany.

Pracuję nad trzecią częścią "Uczniów Hipokratesa", ale też nad librettem do jednego z musicali. 

sobota, 12 marca 2022

Kasia Kowalska: "Powrót nadziei, której tak brakowało muzykom"

 Kasia Kowalska: "Powrót nadziei, której tak brakowało muzykom"













fot. zdjęcie nadesłane

Kasia Kowalska na scenie muzycznej pojawia się od 27 lat. Już na początku swojej muzycznej drogi zaskarbiła sobie sympatię słuchaczy, a to dzięki takim piosenkom jak "Antidotum", "Co może przynieść nowy dzień", czy "A to co mam". Grono jej fanów cały czas się powiększa. 

Po koncercie, który odbył się w Cieszynie 14 lutego, miałam przyjemność rozmawiać z Artystką. 

Pojawił się temat samego koncertu, ale również piosenek o miłości, miłości do samego siebie. Wokalistka zdradziła, jaką przemianę jej twórczość przeszła na przestrzeni 27 lat, które spędzza na scenie. Podzieliła się też emocjami, które dostarcza jej windsurfing. 

Spotykamy się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie. Nie jest to Pani pierwsza wizyta w tym mieście.

W Teatrze im. Adama Mickiewicza wystąpiłam dziś po raz pierwszy. To wspaniałe miejsce. Przepiękna akustyka, jeszcze wspanialsza publiczność. Kilka lat temu wystąpiłam na cieszyńskim rynku podczas tutejszych dni miasta, czyli Święta Trzech Braci.

 Z czym kojarzy się Pani to miasto?

Cieszyn kojarzy mi się z górami, ponieważ kiedy wracam z nart, zawsze tędy przejeżdżam. Ostatnio mijałam wasze miasto w drodze do Szczyrku.

W Teatrze im. Adama Mickiewicza właśnie zakończył się pani koncert z okazji walentynek. Jakie towarzyszą Pani emocje tuż po zejściu ze sceny? 

Szczęście, że mam to już za sobą (śmiech), bo jednak każdy występ jest wyzwaniem, chociażby ze względu na to, że przy jednym koncercie pracuje dwanaście osób. Jak to w życiu bywa, zawsze może pójść coś nie tak. Dzisiaj zadebiutował nasz perkusista, więc wszyscy byliśmy podwójnie spięci, ale wszystko się udało. Kiedy schodzę ze sceny, to w pierwszym momencie zawsze oddycham z ulgą. 

Zapowiadając koncert w Cieszynie, powiedziała Pani, że chciałaby, aby każdy o walentynkach nie myślał wyłącznie w kontekście miłości do innej osoby, ale też do samego siebie. Jak Pani pielęgnuje to uczucie?

 Wiele lat próbowałam zaakceptować siebie i myślę, że nadal jest to bardzo wyboista droga. 

Pielęgnowanie miłości do samego siebie jest problemem dla wielu osób, które nie wyniosły pewności siebie z dzieciństwa, z domu, i dla tych, którzy mimo odnoszonych sukcesów, całe życie borykają się z byciem nieszczęśliwymi. W tym gronie jest też wielu artystów. Ludzie cały czas widzą w sobie jakieś niedoskonałości, zamiast skupiać się na rzeczach pozytywnych, cały czas szukają negatywów. Jeżeli ktoś ma ten gen głęboko w sobie zakorzeniony, bardzo trudno go zwalczyć. Bardzo ważne jest, by mówić o tym głośno. Tak samo istotne jest to, by ludzie mieli świadomość, że nie zbudują nic wartościowego w momencie, kiedy sami do siebie nie mają szacunku i takiej zdrowej miłości.

Jakie są Pani ulubione piosenki o miłości?
 
Wychowałam się na Beatlesach, a prawie każda ich piosenka jest o miłości, więc zawsze chętnie słucham m.in. utworu "Something". To jedna z najpiękniejszych piosenek o miłości George'a Harrisona.

Na drodze muzycznej realizuje się Pani już od 27 lat. Co powiedziałaby Pani, gdyby miała podsumować ten czas w jednym słowie?

Nie da się tego podsumować jednym słowem. Czas jest tak ulotny, że nie wiem, kiedy to zleciało, jak w mgnieniu oka. 

Wszystko na przestrzeni lat przechodzi swego rodzaju metamorfozę. Pani twórczość również. Jakie wydarzenia miały wpływ na Pani muzyczną przemianę?

Na moją muzyczną przemianę wpływ mieli na pewno ludzie, z którymi współpracowałam. Nie pracuję z tym samym zespołem od samego początku, to byłoby bardzo trudne. Przez mój zespół przewinęło się wielu doskonałych muzyków, producentów, to oni przynosili czasem piosenki, które nadawały sznyt i charakter danym albumom. To utwory takie jak "Antidotum lub "Pieprz i sól", które stały się moimi evergreenami, a które były kamieniem milowym w mojej karierze.

Podczas dzisiejszego koncertu nie zabrakło takich piosenek jak  „A to co mam", czy "Co może przynieść nowy dzień". Gdyby miała Pani wskazać, który z utworów jest najbardziej wyczekiwany przez fanów na koncertach, na który mogłoby paść?

Na pewno jest to utwór "A to co mam" (Śmiech).

 Który utwór ze swojego repertuaru to Pani najbardziej lubi?

Zdecydowanie jest to utwór "Co może przynieść nowy dzień". 
 
Czego z perspektywy muzyka brakowało pani najbardziej w tych trudnych miesiącach?
 
Nadziei. Momentami nam się wydawało, że to już koniec.
 
Czemu poświęcała Pani czas, kiedy granie koncertów nie było możliwe?
 
2,5 roku uczę się gry na pianinie i gitarze klasycznej. Mój tata zawsze powtarzał mi, żebym nauczyła się czytać nuty, więc po jego śmierci stwierdziłam, że muszę to zrobić. Uczę się tego, bo uważam, że każdy wiek jest dobry na rozwój. 





















fot. zdjęcie nadesłane

Odkryła Pani w sobie jakieś nowe pasje?

Tak, pasję do windsurfingu. W tym sporcie jest kontakt z wiatrem, wodą, ze słońcem i z samym sobą. 

Tak naprawdę w tym momencie jesteś tylko ty i deska. Tam nie ma podpowiedzi, trzeba samemu odpowiednio się wygiąć, dostosować się do wiatru i uszanować jego potęgę. Jeden kiepski ruch i… wylatujesz jak z katapulty (Śmiech). 

Plany koncertowe powoli się klarują, wracają koncerty, które były wielokrotnie odkładane. Czy teraz ta energia ze strony słuchaczy jest bardziej odczuwalna, niż przed pandemią?

Przede wszystkim, nasza energia jest większa. Jesteśmy wygłodniali i to jest niesamowite, z jaką atencją przychodzi nam grać i stać na scenie. To bardzo przyjemne. Oczywiście to nie tak, że tej atencji nigdy wcześniej nie było, ale teraz jest na pewno mocniejsza.

Wszystkim muzykom i zespołom życzę, by wszystko wracało do normalności.
                                    

Amelia Kaczmarczyk: "Śpiew towarzyszy mi codziennie i wszędzie – daje poczucie wolności i pewności siebie"

 Amelia Kaczmarczyk: "Śpiew towarzyszy mi codziennie i wszędzie – daje poczucie wolności i pewności siebie"













fot. zdjęcie nadesłane

Amelia z muzyką i aktorstwem związana jest od najmłodszych lat. Pierwsze kroki na scenie tearalnej stawiała pod okiem Duetu JaHa - Hanny Kochańskiej i Jacka Zawady u których w spektaklu "Czerwony Kapturek w wielkim mieście" wcielała się w rolę tytułową.

W listopadzie 2021 wydała singla "Warto marzyć", który doczekał się także teledysku.

Masz dopiero 15 lat, a od kilku lat poświęcasz się aktorstwu i muzyce. Pamiętam ten czas, kiedy grałaś w "Czerwonym Kapturku" w Teatrze Kamienica. Jak wspominasz współpracę z Hanią Kochańską i Jackiem Zawadą?

Pan Jacek i Pani Hania – jak sami to sami o sobie mówią - są moimi scenicznymi rodzicami. Byliśmy w Teatrze Kamienica jedną wielką rodziną. Jako dziesięciolatka szukałam wzorców do naśladowania – a ta para aktorów dawała mi poczucie, że to co robię jest dobře. Doceniali moje starania i dali poczucie pewności siebie. Do dnia dzisiejszego mamy kontakt – i zawsze jest bardzo wesoło. 

Można tak stwierdzić, że to oni odkryli Twój aktorski potencjał?

Nie zapominajmy o Teatrze Studio Buffo, gdzie pierwszy raz stanęłam na scenie. To tam, w roli Wendy mogli mnie oglądać widzowie. Więc mogę powiedzieć, że to Pan Janusz Józefowicz dał  mi jako pierwszy szansę na aktorską przygodę, co nie zmienia faktu, że w Teatrze Kaminica pod skrzydłami Duetu JaHa rozwinęłam swoje aktorskie skrzydła. 

Czy w chwili obecnej zdarza Ci się jeszcze występować w Teatrze?

Zawodowo - niestety nie. Z roli Wendy oraz Czerwonego Kapturka wyrosłam – czas za szybko gna do przodu i było to nieuniknione. 

Ze sceną nie potrafiłam się rozstać, więc uczęszczam na zajęcia do Teatralnej Akademii Musicalu, co daje mi możliwość występowania na scenie Teatru Roma. To scena i Teatr w którym chciałabym kiedyś pracować – może się uda :)

Gdyby nastała taka konieczność, łatwiej byłoby Ci zrezygnować z aktorstwa, niż z muzyki, prawda?

Czy ja wiem? :) Byłby to na pewno trudny czas i ciężka decyzja. Muzyka jest ze mną od najmłodszych lat i to dzięki niej trafiłam na deski musicalowego teatru. Śpiew towarzyszy mi codziennie i wszędzie – daje poczucie wolności i pewności siebie. Poza tym w śpiewie mogę pokazać to co czuję, jaki mam nastrój, o czym myślę czy co mnie trapi… Do tego potrzebny mi jedynie mikrofon i małe domowe studio. Żeby wyrazić coś aktorsko – trzeba gdzieś się zaczepić do pracy – co już w moim wieku nie jest takie łatwe. 













fot. zdjęcie nadesłane

30 listopada wydałaś swojego singla "Warto marzyć". Jak zdradzasz, piosenka jest o niedoścignionym marzeniu bycia częścią życia swojego idola. Ma swojego adresata, czy potraktowałaś ją ogólnie?

Tak – piosenka „Warto marzyć“ która jest dostępna na wszystkich portalach streamingowych była i jest spełnieniem moich marzeń :) Zawsze chciałam mieć coś swojego, coś w czym będą mogła pokazać cząstkę swojego świata.

A wracając do Pani pytania -  potraktowałam ją ogólnnie – nie kierowałam swoich myśli do konkretnej osoby. Chociaż, jak tak pomyśleć, to każdy ma swojego idola, szuka jakiś wzorców – czasami niedościgniotych – i o tym właśnie jest ta piosenka. Więc założenie było ogólne, ale mimowolnie piosenka kieruje się sama do jakieś naszego idola.

Kto jest Twoim idolem? Kto jest Twoim artystycznym autorytetem, wzorem do naśladowania?

Jak każda „typowa“ nastolatka lubię jazz i tam odnajduję swoich idoli. Aretha Franklin, Etta James, Frank Sinatra to muzycy których cenię i których piosenki, mówiąc w żargonie muzycznym mi leżą. Ale żeby nie być całkowicie „typową“ nastolatką lubię posłuchać współczesnych  artystów tj Ralph Kamiński czy Adele. Oni nadają czasami takiej świeżości w pdbiorze i coś tam podpowiadają, jak zaśpiewać żeby emocje pokazały więcej niż słowa. 

Czyimi fanami są Twoi rówieśnicy? Wspierają Cię w Twoich artystycznych przedsięwzięciach?

Obecnie jestem w klasie 1 LO gdzie króluje POP i muzyka z pierwszych miejsc list przebojów, więc zazwyczaj rówieśnicy nie słuchają tego czego ja. Mój singiel teżnie jest w ih klimacie, ale informacje zwrotne jakie otrzymuje należą raczej do tych bardziej miłych niż niemiłych :) Co mnie oczywiście bardzo cieszy i napawa optymizmem. 

Na przekazaniu jakich emocji słuchaczom za pośrednictwem tekstu się skupiałaś?

Tekst to bardzo ważna część każdego numeru. To dzięki niemu móżemy przekazać to co chcemy i to co czujemy śpiewając. W mojej piosence starałam się uchwycić jak najwiecej tych dobrych emocji które chciałabym  przekazać innym i które leżały mi na sercu.

Bo cóż jest bardziej ważne niż marzenia.... To dzięki nim snujemy plany, realizujemy pewne elementy naszego życia, istniejemy... 

Tekst w piosence musi napawać optymizmem, dawać nadzieję na coś lepszego, dodawać energii i napędzać, a przede wszystkim oddawać nastrój muzyki. Bo najlepsza piosenka to taka,  w której muzyka idealnie współgra ze słowami a słowa dopelniają muzykę. Mam nadzieję, że odbiorcy tak myślą o moim singlu. 

Skąd pomysł na taką realizację teledysku? Mam wrażenie, że pokazujesz w nim miejsca, w których dobrze się czujesz, czy to prawda?

Tak, to prawda. Nagrywając teledysk staraliśmy się pokazać miejsca w których czuję się bezpiecznie i moge pobyć sama ze sobą. Dużym wsparciem okazała się być moja siostra, która co chwile podawała nam różne pomysły i znajdywała miejsca do fajnych ujęć. Nie mogę zapomnieć również o mojej nauczycielce Marcelinie Woźniej, która przez cały czas towarzyszyła mi w tworzeniu teledysku jak i przy nagrywaniu całej piosenki. Wszyscy znajdujący się na planie podrzucali wiele propozycji. Bez nich na pewno nie dałabym rady. Tomasz Glinka – autor tekstu oraz muzyki – czuwał nad wszystkim i zwracał uwagę na najdrobniejsze szczegóły, które dla nas wydawały się mało istotne, co z upływem czasu okazywało się być ważne i trafnie zauważone. 

Planujesz realizację kolejnych utwrów?

Planować można wiele, ale wiadomo, że to kosztuje – i co się okazało – wcale nie mało. No ale warto marzyć, wieć ja tez marzę o kolejnych piosenkach i klipach. Byłoby pięknie…  chciałabym usiąść i wiele swoich myśli przekazać na papier a następnie ubrac w muzykę – mam nadzieję, że z czasem uda mi się coś jeszcze światu pokazać.

O czym marzysz w ten szczególny czas? 

Marzę o tym, aby wszystkie plany i zamierzenia jakie sobie założyłam się ziściły. Aktualnie biorę udział w castingu do kultowego spektaklu i mam nadzieję, ze to będzie początek kolejnej teatralnej przygody. Trzymajcie kciuki. 

wtorek, 1 marca 2022

Hanna Kochańska: "Lombard? Jakość jest siłą tej produkcji"

Hanna Kochańska: "Lombard? Jakość jest siłą tej produkcji"














fot. Lidia Skuza

Do obsady serialu "Lombard. Życie pod zastaw" Hanna Kochańska dołączyła w ósmym sezonie. Wciela się w rolę Anki Wojciechowskiej. Poprzez kreowanie tej postaci sama aktorka, jak i bohaterka, którą gra chce udowodnić, że kobieta może zawalczyć o siebie na każdym etapie życia. 

To moja druga rozmowa z aktorką. 

To już ponad dwa lata od momentu, kiedy świat z dnia na dzień się zatrzymał. Jak zniosłaś izolację?

Nie odczułam tak do końca skutków typowej izolacji. Mam to szczęście, że mieszkam na wsi, w otoczeniu przyrody, natury, zwierząt na wyciągnięcie ręki mam Puszczę Kampinoską. Mam konie, które w każdej chwili mogę pogłaskać, a kawałek od domu jest las, więc to mnie ratuje w czasie tego zawieszenia. Mam swoją własną przestrzeń, a to bardzo pomaga. 

Rok temu najtrudniejsze dla mnie okazało się to, że nie mogłam spotykać się z przyjaciółmi. Z perspektywy zawodowej najbardziej brakowało mi Teatru, wyjścia na scenę, publiczności. 

Mimo panującej pandemii, na brak pracy nie narzekasz. Na początku ósmego sezonu dołączyłaś do stałej obsady serialu "Lombard. Życie pod zastaw". Serial cieszy się ogromną popularnością. W 2021 roku, w konsekwencji otrzymania trzech Telekamer  odebraliście złotą statuetkę. Jakie emocje po odebraniu nagrody towarzyszyły Wam na planie?

W związku z tym, że do ekipy dołączyłam dopiero w ósmym sezonie, grzeję się trochę w ich świetle i sławie, spijam śmietankę sukcesu, który wypracowali przez te siedem poprzednich sezonów. Bardzo miłe jest to, że ekipa umie się tym sukcesem dzielić. Do lombardowej drużyny zostałam bardzo ciepło przyjęta i tak samo mocno mogłam cieszyć się z tej nagrody. Fajnie jest przecież pracować w otoczeniu ludzi sukcesu. (Śmiech.) Wszyscy pracujemy dla widzów. Bez nich nas nie ma. Bardzo cenię nagrody, które przyznaje publiczność. To wyróżnienia bardzo uskrzydlajace twórców. Jestem szczęsliwa, że mam satysfakcjonujaca pracę i że dołączyłam do obsady serialu "Lombard. Życie pod zastaw".

W czym Twoim zdaniem zawarty jest sukces serialu "Lombard. Życie pod zastaw"?

Jakość jest siłą tej produkcji. Udało się zebrać fantastyczną obsadę, która bardzo dużo z siebie daje. Każdy z aktorów tej produkcji ma bardzo ciekawą osobowość, a to jest bardzo ważne, wręcz kluczowe. Te osobowości na ekranie potrafią dobrze pokazać nasi reżyserzy - Piotr Kolski, Dominik Matwiejczyk Błązej Wolny, Piotr Kuciński i inni. Skupiają się nie tylko na realizacji scen w "Lombardzie", ale pokazaniu naszych emocji w zetknięciu z odwiedzajacymi go bohaterami odcinków. Scenariusze tworzone są trochę jak zbiór moralitetów, a ciekawe historie bohaterów poszczególnych odcinków zawsze mają jakąś pointę lub morał, z którym zostawiamy widza. Często to opowieści dramatyczne, ale zakończone happy endem. Coraz częściej jednak scenarzyści wykorzystują komediowy potencjał aktórów, zatrudnianych do serialu. Jestem ogromną admiratorką talentu Pani Małgorzaty Rożniatowskiej, czyli fenomenalnej Pani Kisielowej z "M jak miłość", która w naszym serialu genialnie wciela się w rolę przesympatycznej starszej pani, Filomeny Kociubińskiej. Jej nie da się nie lubić. Jest jedyna w swoim rodzaju. Do tego uwielbiam nasze sprawnie pracujace dwie ekipy z cudownymi operatorami, dźwiękowcami, oświetlaczami, rekwizytorami, scriptem, kierownictwem planu i produkcji po genialne dziewczyny od kostiumów, którzy tworzą rodzinną atmosferę na planie, a to ważne, bo spedzamy tam po dwanaście godzin. Podsumowując – potencjał tego serialu to ludzie, ich spotkanie się w jednym czasie i miejscu, na naszym planie we Wrocławiu, na Nowohuckiej 1, którego nie da się zastąpić żadną transmisją online, ta wymiana na żywo energii i emocji, a potem przeniesiona na ekran to sukces tego serialu. 

To serial fabularno-dokumentalny, a na temat produkcji tego pokroju istnieje wiele stereotypowych opinii, ale Wy udowadniacie, że może być w nich jakość. 

Dołączenie do obsady tego serialu jest dla mnie pewnego rodzaju odmitologizowaniem teorii na temat produkcji fabularno – dokumentalnych. Jak wczesniej wspomniałam, odpowiadajac na pytanie o sukces produkcji , "Lombard" nie jest seialem o niczym. Czasami jest taką kozetką u psychologa. (Śmiech.) Bywa kryminałem, dobrą komedią, fajną obyczajówką. Myślę, że widz potrzebuje takiej różnorodności  W naszym Lombardzie nie można narzekać na nudę. Tu każdy znajdzie coś dla siebie. Jak wiemy, nie wszystkie produkcje fabularno – dokumentalne mają taką jakość, choć oczywiście nikogo tutaj nie krytykuję. 

Filarem naszego serialu zdecydowanie jest Zbyszek Buczkowski. To chodząca historia kina i telewizji. To bardzo ciekawa osobowość. Tak, jak "M jak Miłość" (w którym w latach 2016 - 2017 wcielałam się w rolę Anety Glińskiej, mamy Kuby, która była ofiarą przemocy ze strony męża) ma Panią Teresę Lipowską, tak my mamy wspominanego już wcześniej Zbigniewa Buczkowskiego. 

Czy zanim trafiłaś do obsady, zdarzało Ci się oglądać serial?

Oglądałam go bardzo rzadko, ale nie tak dawno okazało się, że mój mąż oraz starszy syn, Maksio są jego fanami. Oni powiedzieli mi, że "Lombard" jest bardzo fajnym serialem. 

Maks mówi, że to kobiety oglądają seriale, a prawdziwi faceci nie, ale jak widać, do "Lombardu" się przekonał. (Śmiech.) Mam wrażenie, że widz w każdym wieku znajdzie w tej produkcji coś, co go zainteresuje. 

Jak wyglądał casting?

Casting wspominam bardzo pozytywnie. 
W tym zawodzie to nasz chleb powszedni, ale ja akurat nie lubie tego etapu tej pracy. Egzamin zawsze jest stresujący. (Śmiech.) Najbardziej lubię dostawać role i grać. (Śmiech.) 

W pandemii musiałam przyswoić selftape, którego kiedyś nie uważałam za najfajniejszy sposób prezentowania swoich aktorskich możliwości, a teraz najczęściej jesteśmy na niego skazani. 
Moja przygoda z Lombardem rozpoczęła się właśnie od selftape, ale związana z tym jest pewna bardzo fajna historia. 

W październiku w zastępstwie za jedną z aktorek, która zachorowała akurat wtedy na Covid, zagrałam w "Pierwszej miłości". Kocham Wrocław. Studiowałam tam, wiążę piękne wspomnienia z tym miastem. Kiedy przyjechałam na zdjęcia pomyślałam, że dawno tam nie byłam i fajnie byłoby móc przyjeżdżać do Wrocławia częściej. Zadziała się magia. Praktycznie w tym samym momencie dostałam wiadomość z prośbą o nagranie wspominanego selftape do Lombardu. 

Informacja o tym, do kiedy nagranie musi być zrealizowane gdzieś się zawieruszyła, więc moja agentka poprosiła o przedłużenie terminu jego nadesłania. 

Nikt w domu nie chciał mi pomóc, (śmiech.) więc musiałam radzić sobie sama. Wymyśliłam, że będę sama sobie zadawać pytania i sama na nie odpowiadać. (Śmiech.)  Kiedy siebie oglądam, z reguły jestem  bardzo sceptycznie nastawiona, ale tym razem uważam, że to, co stworzyłam, było genialne. Byłam z siebie naprawde bardzo zadowolona.

Produkcji też bardzo się spodobało i w konsekwencji zaproszono mnie do Wrocławia na zdjęcia próbne. Wszystko odbywało się w przemiłej atmosferze. Od samego początku czułam, że wszystko mi sprzyja. Pandemia bardzo dużo rzeczy zweryfikowała i sprawiła, że miałam czas, by dobrze przygotować się do tych zdjęć. 

Kiedy zaczynałam pracę nad moją bohaterką, wyobrażałam ją sobie w różnych sytuacjach. Skupiałam się na tym, jak może wyglądać, jak mogłaby się zachować. 

Po zdjęciach próbnych z poczuciem spełnienia i satysfakcji wracałam do Warszawy. Czułam, że zrobiłam wszystko, co w mojej mocy. 

Trzynastka okazała się szczęśliwa dla mnie, bo pokonałam dwanaście kandydatek. (Śmiech.) 

Wcielasz się w rolę Anki Wojciechowskiej, nowej pracownicy, która weszła do tytułowego Lombardu z przytupem. W jednym z materiałów promocyjnych, które powstały na potrzeby serialu zdradzasz, że wprowadzi do serialu radość, pewność siebie, uśmiech. Anka pokaże, jak ogromna siła drzemie w kobietach. 

Wcielam się w rolę kobiety po 40tce, więc myślę, że w zestawie pracowników, gdzie przeważają przede wszystkim młode osoby, jest to jakaś nowa jakość..Anka rozwodzi się, bo jej mąż okazał się strasznym draniem. Zaczyna nowe życie. Swoją postawą pokazuje, że szczęśliwe życie można rozpocząć po czterdziestce. Ma dorastającego syna,który za chwilę wyfrunie z gniazda, więc czuje się nieco osamotniona, ale udowadnia, że kobieta, która nie jest w związku, nie musi być bezwartościowa. Podejmuje pracę w Lombardzie, bo chce zawalczyć o siebie,, nie tylko na polu prywatnym, ale też zawodowym. 

Uważam, że zmiany mogą być twórcze i rozwijające dla kobiety.
 
Czasami oczywiście ma słabszy moment i potrzebuje się wyżalić, ale umiejętnie kamufluje to promiennym uśmiechem i temperamentem. Swoją pogodą ducha zaraża wszystkich wokół. To bardzo fajna postać do zagrania. Ma pewien bagaż doświadczeń, ale bardzo dużo przed nią. Jej przyszłość to otwarta książka. 

Zauważam w niej wiele Twoich cech. (Śmiech.) Czy Anka jest Ci bliska?

Tak. Jest mi bliska, ponieważ tak, jak ona, jestem kobietą po przejściach. Mogę korzystać z własnego doświadczenia, bo wiem, co czuje się w trakcie rozwodu. Wiele nas łączy. Anka jest postacią, dla której ja jestem w stanie poszukać potrzebnych emocji, czy wspomnień w zakamarkach mojej pamięci. 

Już na tym etapie pracy nad rolą moje doświadczenia z życia prywatnego bardzo mi pomogły. Uważam, że każde doświadczenie życiowe przydaje się aktorowi w odpowiednim momencie.

Jest coś takiego, co Was dzieli? W czym się różnicie? 

Jestem w odróżnieniu od Anki, kobietą spełnioną w związku. Ma dorastającego syna, a ja mam dwóch synów, jednego trzynastoletniego i 5-latka, któremu jeszcze długo będę potrzebna, nie mam więc uczucia osamotnienia , jeśli chodzi o moje spełnienie w macierzyństwie, nadal jeszcze wiele emocji przede mną . Od lat jestem kobietą bardzo czynną zawodowo, można powiedzieć, że nigdy nie miałam przerwy, nawet urlopy macierzyńskie trwały u mnie krótko, a Anka zaczynała od zera. Zagrała vabank i wygrała. Bardzo się cieszę. 

Anka jest bardzo dzielna, a ja w sytuacjach kryzysowych chyba aż tak silna nie byłam. 
Różnimy się i nie różnimy jednocześnie. (Śmiech.) Ja też prywatnie jestem taka, jak ten feniks z popiołów. Kiedy trzeba, odbijam się od dna i idę dalej, nie poddaję się. 

Na przestrzeni odcinków odkrywane będą jednak jej sekrety z przeszłości. Widzowie poznają też problemy z którymi aktualnie przyszło jej się mierzyć. Tajemnica, z którą przychodzi sprawia , że nie jest do końca postacią jednoznaczną, a nawet trochę nieoczywistą. Czy takie role są dla Ciebie uatrakcyjnieniem pracy w zawodzie?

Warto grać takie postacie w serialach, ponieważ jesteśmy wtedy inspiracją dla scenarzystów. 

Kochamy grać czarne charaktery, ale one w serialach nie do końca się sprawdzają, bo później dobro i tak musi zwyciężyć, więc takie postacie w konsekwencji są uśmiercane lub usuwane w inny sposób. 



























fot. zdjęcie nadesłane

Uważasz, że aby wiarygodnie wcielać się w rolę, konieczne jest zaakceptowanie wszystkich zachowań swojej bohaterki i pewnego rodzaju zaprzyjaźnienie się z nią?

Tak. Na pewno niektóre rzeczy są mi w jakimś stopniu narzucane, nie mamy wpływu na to, co scenarzyści dla nas napiszą. 

Czasami mam takie poczucie, że nie powiedziałabym czegoś tak, jak moja postać lub zachowałabym się w pewnych okolicznościach zupełnie inaczej. Uważam, że moim zadaniem jest to, bym ją zaakceptowała, polubiła, a w razie czego nawet obroniła. Staram się Anki nie oceniać, bo wtedy byłoby mi trudniej ją grać. 

Opowiedz o tym, jak budujesz postać Anki Wojciechowskiej. 

Staram się budować ją intuicyjnie, wyczuwać ją. Tworzę relacje z bohaterami. Wraz z serialową Andżeliką staramy się zbudować fajną relację, poprzez którą chcemy udowodnić, że istnieje przyjaźń między kobietami. 

Z serialowym Lolkiem tworzymy kumpelską relację w pracy. Żartujemy, a choć wie, że jestem od niego starsza, ale traktuje mnie tak, jakbyśmy byli rówieśnikami. Jest to dla mnie odmładzające. (Śmiech.) 

Praca na planie serialu wiąże się z regularnymi podróżami między Warszawą i Wrocławiem. Jak sobie z tym radzisz?

Radzę sobie. Nawet nasz wywiad realizujemy przecież w późnych godzinach wieczornych w drodze do Wrocławia. (Śmiech.) 

Śmieję się, że jakby się okazało, że nie mogę dalej uprawiać mojego zawodu, to sprawdziłabym się jako kierowca taksówki, czy Ubera, ponieważ dużo podróżuję. (Śmiech.) Na szczęście lubię jeździć, a trasa do Wrocławia jest dobra, więc daję radę. Bardzo cieszę się, że mam pracę. Traktuję to z pokorą. Każde uniedogodnienie przekładam na plusy. 

Uprawiam koczowniczy zawód, zbudowany na walizkach i byciu w wiecznej podróży. Bardzo dużo dały mi rozmowy ze Zbyszkiem Buczkowskim, który prawie całe życie zawodowe spędzał w hotelach, bo zawsze gdzieś musiał się zatrzymać w czasie trwania planu filmowego. 

Czas, który spędzam na trasie wykorzystuję na przyjemne rozmowy z przyjaciółmi i na udzielanie wywiadów. (Śmiech.)

Jakie są trzy rzeczy, które kojarzą Ci się z tym miastem?

Do Wrocławia zawsze szybciej przychodzi wiosna. (Śmiech.) Z wrocławską Wenecją i moimi studiami. Strasznie boleję nad tym, że w czasie między zdjęciami nie mogę posiedzieć w knajpce, coś dobrego zjeść, czy z kimś się zobaczyć. Zwiedzanie miasta skąpanego w słońcu jest cudowne. Na razie nie mogę w pełni z niego korzystać, ale nie mogę się już doczekać, aż będę mogła to nadrobić. Wrocław kojarzy mi się też z Festiwalem Piosenki Aktorskiej i chórkami, które w czasie studiów robiliśmy artystom, którzy tam występowali. Wspaniałe wspomnienia. 

We Wrocławiu zawsze dzieje się jakaś magia. To takie miejsce, w którym czuję się tak, jakbym przyjechała na wakacje do ukochanej Babci. Ja nie muszę jechać na Zanzibar, bo mam swój Wrocław. (Śmiech.) 

Skupiasz się przede wszystkim na pracy na planie serialu, czy szykują się obecnie jakieś nowe projekty z Twoim udziałem?

W październiku miałam premierę teatralną w nowej przestrzeni na teatralnej mapie Warszawy – na Scenie 11. To nowa scena, otwarta przez Justynę i Tadeusza Chudeckich. Wcielam się tam w postać szalonej Diany w sztuce Nikołaja Kolady „Gąska“ w reżyserii Anny Turowiec. To fantastyczna sztuka,, dająca aktorom możliwość stworzenia aktorskich kreacji i jednocześnie cudowne spotkanie ze świetnymi aktorami  -  Agnieszką Warchulską, Tadeuszem Chudeckim, Bartoszem Wagą i Dominiką Sakowicz. Po roku niegrania, to jak powiew świeżego powietrza i ukojenie tęsknoty za sceną, teatrem i widzami. Czułam się dotąd jak wygłodniałe zwierzę, a teraz mogę poczuć się jak zwierzę sceniczne, które tej teatralnej atmosfery potrzebowało jak powietrza! Poza tym ta rola to spełnienie marzeń, mogę rozwinąć wachlarz zarówno moich komediowych, jak i dramatycznych możliwości.Zapraszam zatem na nasze spektakle „ Gąski“ na Scenie 11 na warszawskich Bielanach.

czwartek, 17 lutego 2022

Ilona Łepkowska: W Bielsku prawie jak w Hotel Merigold - wywiad

Ilona Łepkowska: W Bielsku prawie jak w Hotel Merigold - wywiad























fot. zdjęcie nadesłane

Od 19 do 24 stycznia w Bielsku-Białej i okolicach kręcoby był film "Uwierz w Mikołaja". To ekranizacja powieści autorstwa Magdaleny Witkiewicz o tym samym tytule. Na planie miałam okazję rozmawiać z Iloną Łepkowską, scenarzystką i producentką filmu.

Co ma wspólnego z "Hotelem Merigold"? Jaką rolę zagra Teresa Lipowska? Czym jej postać będzie się różniła od Babci Basi Mostowiak, w którą wciela się w "M jak miłość" od samego początku, czyli od 22 lat?

Spotykamy się w Bielsku-Białej na planie filmu "Uwierz w Mikołaja", który jest ekranizacją książki Magdy Witkiewicz. Co miało największy wpływ na Pani decyzję,by na podstawie tej książki powstał film?

Bardzo lubię świąteczne filmy. Jako scenarzystka i producentka zawsze myślałam, że fajnie byłoby kiedyś taki film zrobić, ale jakoś nigdy się nie składało. Nie miałam pomysłu, nie miałam czasu, ten plan ciągle odsuwany był dalej. Magda Witkiewicz, z którą znamy się od kilku lat i zawsze wysyła mi wszystkie swoje książki, tym razem wysłała mi "Uwierz w Mikołaja". Przeczytałam i natychmiast namówiłam Tadeusza Lampkę, by kupić prawa do tej książki, bo czułam, że będzie z tego świetny świąteczny film. Przekonałam go. Bardzo się z tego cieszę. Od razu usiadłam do pisania scenariusza, był gotowy już w zeszłym roku, ale przez pandemię wszystko się obsunęło. Jest wątek, który dzieje się w domu seniora, grają aktorzy starszego pokolenia. Rok temu nie było jeszcze szczepionek, więc w związku z tym nie mogliśmy ryzykować i narażać aktorów na takie niebezpieczeństwo, więc przesunęliśmy zdjęcia na teraz. 

Długo Pani o ten film walczyła. Pojawiały się głosy, że wątek, który toczy się właśnie w rzeczonym domu seniora, będzie mało atrakcyjny dla widzów. Jako argumentu użyła Pani historię "Hotelu Marigold"...

Uważam, że u nas często wątki ludzi starszych, kojarzą się z historiami smutnymi, przygnębiającymi, takimi jak starość i śmierć. Tu chcemy osiągnąć zupełnie inny cel. Moim zdaniem ten wątek tak został napisany przez Magdę, że ci seniorzy są przede wszystkim ludźmi z charakterem. Mimo, że są w miejscu, które na pierwszy rzut oka można odbierać jako smutne. To akurat prywatny dom seniora, nie żadne przygnębiające miejsce. Mają tam swoje życie, swoje pasje. Mają niesamowicie barwne charaktery. Każdy z nich jest zupełnie inny. Razem tworzą mieszankę wybuchową. To zupełnie inne podejście trochę takie właśnie, jak w Hotelu Marigold. Każdy z tych ludzi, którzy tam zamieszkali, niósł ze sobą jakąś historię, miał swój wątek. Każdego pokazano w jego aktywności i dojrzałości, która wcale nie musi być przygnębiająca. W tej chwili inaczej podchodzimy do życia osób, które są emerytami. Sama jestem na emeryturze, mam 67 lat, a jestem osobą aktywną, pracującą. Nie jestem starszą Panią, która czeka na koniec swojego życia i uważa, że wszystko jest za nią. Denerwuję się na tę pandemię, bo odbiera mi to, co najbardziej lubię, czyli podróże. Wkurzam się na to, bo nadal chcę żyć aktywnie i coś jeszcze zobaczyć. Uważam, że bardzo wiele jest jeszcze przede mną. 

Akcję filmu zdecydowała się Pani umiejscowić w górach. Jak długo trwały poszukiwania odpowiedniej lokalizacji?

Wiedzieliśmy, że to będą góry. W książce są to Kaszuby, ale nie mogliśmy zdecydować się na nie, bo trudno było tam o śnieg. Dla fabuły ma zasadnicze znaczenie to, że jest domek kompletnie zasypany śniegiem i nie można się z niego wydostać. Cała okolica musi być porządnie zaśnieżona. Musi to być wiarygodne, że rzeczywiście bohaterowie są tam uwięzieni. Zdecydowaliśmy się przenieść akcję w góry i potrzebne było nam miasto z górami na wyciągnięcie ręki. Od dłuższego czasu wiedzieliśmy już, że to będzie Bielsko.

Skąd pomysł na Bielsko?

Chcieliśmy, by było to miasto położone blisko gór. Nie chcieliśmy, ani zbyt wielkie, ani zbyt ograne, jak np. Kraków. Wiadomo, że liczą się też rzeczy tak prozaiczne, jak dojazd. Bielsko ma dobry dojazd do centrum Polski i dlatego braliśmy je pod uwagę. Decyzja zapadła po obejrzeniu lokacji. Potem szukaliśmy domku w górach, który znaleźliśmy prawie w ostatnim momencie. To domek, który jest normalnie wynajmowany. Nawet Magda Witkiewicz powiedziała, że chyba go wynajmie i spędzi w nim kilka dni, w dekoracji ze swojego filmu. (Śmiech.) 

Co takiego ma Bielsko w sobie, czego nie mają inne miasta?

Już raz to dzisiaj powiedziałam, więc teraz powtórzę. Uważam, że najbardziej malownicze są miasta, które nie są płaskie. Bielsko spełnia te wymagania. W Warszawie mamy skarpę wiślaną, więc są takie ulice, które zjeżdżają w dół, ale generalnie rzecz biorąc, jest ona miastem płaskim. Takie miasta nie mają takiego uroku, klimatu i czaru. Bielsko ma też bardzo ładną starówkę. Jest miastem pełnym uroku. Mieszkańcy są tutaj niesamowitymi patriotami.

Skąd ta obserwacja?

Rozmawialiśmy wczoraj z osobami, które tutaj z nami współpracują, m.in. z tutejszym wiceprezydentem i osobami z działu kultury. Magda rozmawiała z jednym z taksówkarzy. Wszyscy są tutaj absolutnymi fanami miasta, w którym mieszkają. Moim zdaniem coś musi być na rzeczy.

Czy kiedykolwiek wcześniej realizowała Pani film w tych rejonach?

Tutaj nie, ale pierwszy film według mojego scenariusza, który nazywał się "Wakacje z Madonną" i był moim pierwszym zawodowym wyzwaniem realizowanym na zaliczenie pierwszego roku studium scenariuszowego, kręciłam w Starym Sączu, w Beskidzie Sądeckim. To również bardzo malownicze miejsce. 

W Bielsku jest Pani od kilku dni. Jakie są Pani ulubione miejsca? Czy zdarza się tak, że jeszcze podczas realizowania zdjęć odkrywa Pani takie tutejsze zakamarki, które warto pokazać na ekranie?

Niestety, za krótko jestem w Bielsku. Jutro wyjeżdżam, ale na pewno tu wrócę, bo bardzo mi się tu podoba. Byłam wczoraj w świetnej włoskiej restauracji, a że jest to kuchnia, którą bardzo lubię, wiem już, gdzie się kierować. 

Bardzo mnie rozbawiło, kiedy byłam tu w październiku na spotkaniu autorskim w Książnicy Beskidzkiej i kiedy zatrzymałam się w jednym z hoteli i zeszłam rano na śniadanie, było tam wielu mężczyzn mówiących po włosku. W pierwszej chwili nie wiedziałam o co chodzi, ale potem uświadomiłam sobie, że może to być związane z biznesem motoryzacyjnym. Na pewno tu wrócę!

W postać głównej bohaterki wcieli się aktorka młodego pokolenia, Aleksandra Grabowska. Czym kierowała się Pani przy tym wyborze? Na co zwracała Pani szczególną uwagę?

Ola świetnie wypadła na castingu i wydawało nam się, że ma potrafi pokazać taką mieszankę charakteru głównej bohaterki, która jest delikatna i wrażliwa, a jednocześnie potrafi być stanowcza, zdecydowana i odważna. Widać to po niej, kiedy w śnieżycę wyrusza do domku babci, by sprawdzić, że nic jej się nie stało. Na castingu zawsze sprawdzamy, czy dany aktor ma w sobie wszystkie te kolory, które powinien mieć.

Na ekranie pojawi się prawdziwa plejada gwiazd - będzie Dorota Kolak, Marta Lipińska, Dorota Stalińska i wiele innych. Już sama obsada zachęca do czekania na efekty końcowe.

Mam nadzieję. Wierzę, że widzowie przywitają radośnie fakt, że przypominamy takie aktorki, jak Elżbieta Starostecka, które mało pojawiają się na ekranach. Wspaniałe to jest już dla samych odtwórców, ale wierzę, że dla widzów też będzie to niesamowicie przyciągające.

Jedną z największych niespodzianek dla pasjonatów filmu jest obsadzenie Pani Teresy Lipowskiej w roli babci Helenki. Nie musiała Pani długo namawiać Pani Teresy do udziału w zdjęciach, prawda? (Śmiech.)

Kiedy Teresa przeczytała ten scenariusz, zadzwoniła do mnie i powiedziała, że ma wrażenie, że ma tam nic do grania. Powiedziałam jej, że to jedna z głównych postaci. nie przekonałam jej, stwierdziła, że na pewno znajdę kogoś innego. Powiedziałam o całej sytuacji Tadeuszowi Lampce. Zastanawialiśmy się, co się jej stało, czy jest w złym nastroju, czy ma jakiś problem i dlatego była negatywnie nastawiona.

Po krótkim czasie zadzwoniła do mnie jeszcze raz. Wtedy wyznała, że przeczytała jeszcze raz scenariusz. Przekonała się, że to wspaniała historia i że babcia Helenka to świetna postać. Stwierdziła, że to jej marzenie, by taką rolę zagrać. Może w pierwszym momencie zraził ją wątek w domu seniora, ale potem zobaczyła, że to miejsce jest radosne, a postać, którą ma tu do odegrania jest wspaniała. Czasami musimy podejść do czegoś po raz drugi, by się do tego w pełni przekonać.

Czym jej postać będzie się różnić od babci Basi Mostowiak, w której postać wciela się w serialu "M jak miłość" od ponad 21 lat?

Babcia Helenka jest osobą, która jest samotna. Od wielu lat jest wdową. Córkę i zięcia straciła w wypadku, musiała zaopiekować się swoją wnuczką. Była osobą, która miała w sobie energię i potrafiła podołać temu wyzwaniu, ale też w związku z tym jest taką panią, która chodzi na Zumbę, maluje paznokcie u nóg lakierem z brokatem. Kiedy wkracza do domu seniora, stwierdza, że zanudzi się tutaj na śmierć i musi coś zorganizować. Wprowadza w to miejsce nową energię. Byłam rozczarowana, kiedy za pierwszym razem Teresa tego nie dostrzegała w roli, jaką jej zaproponowaliśmy. Bo przecież babcia Helenka jest  spiritus movens całego  wątku! Ma w sobie energię, dynamikę. Jest zupełnie inna od Basi Mostowiak i myślę, że zagra to zupełnie inaczej.

Jak sama nazwa wskazuje, "Uwierz w Mikołaja" to kolejny świąteczny film. To coś zupełnie nowego, od dotychczasowych świątecznych komedii. W czym, oprócz obsady będzie zawarta największa siła tej produkcji?

Moim zdaniem, największa siła zawarta będzie w tym, że nie jest to typowy film świąteczny, gdzie wszyscy są piękni, młodzi, bogaci i bezproblemowi. We wszystkich wątkach mamy happy end,ale pojawia się historia dziewczyny, która żyje w przemocowym związku  czy wątek domu seniora. To film świąteczny, który dzieje się w nie całkiem oczywistych miejscach i sytuacjach. Są perypetie romantyczne, ale są też takie, które są zupełnie inne w nastroju, ale we wszystkich tych historiach jest niesamowita ilość ciepła. To film, na który trzeba zabrać chusteczki, ale można też się zaśmiać. Ja takie filmy bardzo lubię. 

Jaki jest Pani ulubiony film świąteczny?

Z polskich to pierwsze "Listy do M.", a z zagranicznych oczywiście "To właśnie miłość", który jest absolutnie genialnym filmem, niedoścignionym wzorem.

Kiedy film pojawi się w kinach?

Jesienią. Koniec października, listopad, jak klasyczne filmy świąteczne. 

Najbliższe plany. 

Kończymy prace nad filmem, który też pewnie znajdzie się w kinach jesienią. To ekranizacja mojej powieści "Idealna rodzina", nosi tytuł "Zołza". Główną rolę gra Małgorzata Kożuchowska. 

****
Wyywiad został opublikowany również w wydaniu papierowym "Kroniki Beskidzkiej" z dnia 3 lutego 2022. 

piątek, 11 lutego 2022

Ewa Kasprzyk: "Był taki moment, kiedy myślałam, że nie wrócę już na scenę"

 Ewa Kasprzyk: "Był taki moment, kiedy myślałam, że nie wrócę już na scenę"














fot. zdjęcie nadesłane

Z Ewą Kasprzyk miałam przyjemność rozmawiać  przed spektaklem "Upiór w moherze" w Bielsku-Białej. 

Rozmawiałyśmy o samej sztuce, ale też o tym, czym jest dla aktorki kontakt z widzem. 7 stycznia miał premierę "Koniec świata, czyli kogel mogel 4", a z tej okazji aktorka przytoczyła kilka cytatów z poprzednich części tej niewątpliwie kultowej serii. 

Już na pierwszy rzut oka, sprawia Pani wrażenie osoby pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. Czy taka postawa pomaga Pani w tej niełatwej dla nas wszystkich codzienności?

Bez tego pozytywnego nastawienia w obecnych czasach nie dałoby się przeżyć, ale nie będę tej myśli rozwijać. (Śmiech.) Uważam, że na tym etapie, wszyscy już wiemy, mówiąc kolokwialnie —  z czym to się je i robimy swoje. 

Na pewno dla nikogo nie był to łatwy etap w życiu, ponieważ było to coś naprawdę nieznanego, a tego zawsze się boimy, ale jak widać, mimo wszystko, bije ze mnie optymizm. (Śmiech.)

Pozytywne nastawienie pomogło Pani lżej znieść czas izolacji? Czego nauczył Panią ten trudny czas?

Na szczęście, czas izolacji spędzałam z narzeczonym, więc na pewno było nam łatwiej przez to przejść.Bardzo polecam ten sposób na pandemię i izolację. (Śmiech.) Ratowała mnie Shakira, (mój ukochany pies) z którą musiałam wychodzić. Były to dla mnie bardzo uwalniające momenty. 

W związku z panującą sytuacją pandemiczną, to już kolejny rok, kiedy spektakle odbywają się w reżimie sanitarnym, przy ograniczonej ilości widzów. To prawda, że teraz ta energia, która jest odczuwalna ze strony widzów, jest jeszcze silniejsza?

W tym momencie energia od widzów na pewno nie jest bardziej wyczuwalna, niż przed pandemią. Widzowie są stłamszeni maskami, nie reagują tak, jakby chcieli. Są zakneblowani, zmęczeni całą sytuacją. Kiedy w pewnym momencie ogłoszono, że możemy grać przy 50% obłożeniu sali, powrót na scenę był czymś fantastycznym. 

Proszę mi wierzyć, że był taki moment, kiedy myślałam, że nie wrócę już do grania na scenie. Byłam przekonana, że realizowane będą już jedynie filmy i seriale, któych kręcenie też w pewnym momencie było przerywane, natomiast to, co się stało, to jednak jakiś cud. 

Ostatnio jeden z aktorów w rozmowie ze mną stwierdził, że kontaktu z widzem nie da się niczym zastąpić. Czym dla Pani jest kontakt z widzem?

Kontakt z widzem jest dla mnie jak powietrze. Bez niego my nie istniejemy. Na scenie dostajemy natychmiastowy dowód na to, czy dany spektakl lub scena, są dobrze zagrane, czy nie. Aktor, który gra tylko w kinie, tego nie doświadcza. To cudowne doświadczenie, to nasz tlen.

Spotykamy się przed spektaklem "Berek, czyli upiór w moherze 2". Nie tylko gra Pani w tej sztuce, ale również ją Pani wyreżyserowała. Czy połączenie tych dwóch funkcji nie było trudne?

(Śmiech.) Było. Z jednej strony byłam w środku, a z drugiej musiałam być na zewnątrz. Temat był mi bliski, ponieważ ja grałam już w pierwszej części tego spektaklu dziesięć lat, więc moją rolę miałam już w rękawie. Pracowałam jedynie nad resztą, ale jednak musiałam być w środku i czasem prosiłam też kolegów, by zobaczyli, czy wszystko współgra. 

W takiej sytuacji nie byłam po raz pierwszy, ponieważ reżyserowałam już parę innych sztuk, mi.in. "Czarno to widzę, czyli wymieszani - posortowani" oraz mój monodram "Dalidamore", podczas którego na scenie towarzyszyło mi czterech tancerzy. 

Jak reżyseruje się spektakl, w którym się występuje? (Śmiech.)

Samej siebie ciężko jest oceniać, a nieraz bywa po prostu zabawnie. Ja reżyseruję lekko, bez nacisku. Nie chcę pokazywać, że to ja jestem tutaj najważniejsza. 

Czekam, co aktor ma do zaproponowania, ponieważ ja już wiem, jak to jest. Zdaję sobie sprawę z tego, jak reżyser potrafi stłamsić aktora, więc trzeba najpierw dać mu tę przestrzeń na rozwinięcie skrzydeł, a potem namawiać go do tego, żeby może zbliżył się do tej wizji, którą mam ja.
















fot. zdjęcie nadesłane

To spektakl komediowy, który opowiada o dwójce sąsiadów - Ani, która jest tradycjonalistką i Pawle, wielkomiejskim geju. Postanawiają wzajemnie znaleźć sobie miłość...Czytałam, że po każdym spektaklu widownia to Pani najmocniej bije brawo. Proszę zdradzić, z czego to wynika?

Gdzie to Pani czytała? (Śmiech.) Pewnie dlatego, że wychodzę na końcu...(Śmiech.) Może to przez tę białą suknię jestem taką wisienką na torcie.

Jak buduje Pani swoją postać?

Ja zaczynam od tego, jaką ma fizyczność, potem skupiam się na tym, jak będzie ubrana, a na koniec staram się dopasować do niej psychikę. Często robię to intuicyjnie. Tak, jak teraz. Maluję się, wchodzę w rolę, a przy okazji rozmawiamy. 

"Marian, tu jest jakby luksusowo". To zdanie znają wszyscy miłośnicy "Kogla". Czy pamięta Pani jeszcze jakieś kultowe teksty z tego filmu?

"Piotrusiu bądź grzeczny, bo pójdziesz do przedszkola i znowu będą Cię przywiązywać do kaloryfera!"; "Ja jestem człowiek spokojny, ale do czasu aż się zdenerwuję"; "No przecież dla przyjemności nikt nie pije, tylko jak mus".

Pamiętam dużo tych tekstów, m.i.n. dzięki temu, że fani je przypominają i umieszczają w sieci swoje ulubione cytaty ze wszystkich czterech części.

7 stycznia w kinach w całej Polsce pojawił się film "Koniec świata, czyli Kogel Mogel 4". Jak na przestrzeni wszystkich czterech części zmieniała się Pani Wolańska?

Moja rola w czwartej części ograniczała się prawie do zera. (Śmiech.)

Na planie grała Pani z Shakirą, swoim ukochanym pieskiem. Jak reagowała na to, co działo się na planie?

Powiem szczerze, że miała problemy z dymem. Sceny miałyśmy w klasztorze, a dym, który nam podczas nich towarzyszył, był dla niej bardzo nieprzyjemny. Prawie jej nie widać, ubolewa nad tym. Szczeka do dziś. (Śmiech.)

Pojawienie się przed kamerą z ukochanym pupilem, to prawdziwa frajda i świetna pamiątka, prawda? (Śmiech.) Planuje Pani jeszcze zaangażować ją do jakiegoś filmu?

Tak. Shakira uwielbia grać. Wystąpiła też w sztuce "Otwarcie sezonu" u boku Daniela Olbrychskiego. Myślę, że Shakira jest urodzoną artystką.

Zapytam jeszcze, jak wspomina Pani udział swój i swojego partnera w programie "Power Couple". Przygoda życia?

Tak. Powiem szczerze, że konkurencje były dość dramatycznie trudne i wymagające.

Co było najbardziej ekstremalnym zadaniem, z którym było dane Wam się mierzyć?

Zaczęło się od katapultowania, było też przeciąganie linami... Program był też trudny od strony psychicznej, ponieważ w pewnym momencie zaczęła się rywalizacja między parami. Wszystko odbywało się podczas lockdownu, byliśmy zamknięci, nie mogliśmy wychodzić.

Najbliższe plany. 

Czas pandemii odarł mnie z planów. W kwestii planowania jestem więc ostrożna. Gram w dwóch serialach, czekam na trzy moje premiery - "365 dni", "Chłopów" oraz "Perfect Wedding". 

poniedziałek, 31 stycznia 2022

Magdalena Witkiewicz: "Film na podstawie swojej książki, to marzenie każdego pisarza"

 Magdalena Witkiewicz: "Film na podstawie swojej książki, to marzenie każdego pisarza"














fot. zdjęcie nadesłane

W Bielsku-Białej miałam okazję rozmawiać z Panią Magdaleną Witkiewicz, autorką książki "Uwierz w Mikołaja", na której podstawie w Bielsku-Białej, Goczałkowicach-Zdroju, Milówce i Warszawie powstaje film o tym samym tytule. Jak sama autorka książki przyznaje, wymarzyła sobie, by w rolę babci Helenki wcielała się Teresa Lipowska, która kiedyś wystąpiła w słuchowisku tego tytułu, które zostało zrealizowane. Teraz marzenie Magdaleny Witkiewicz się spełnia. 

Czy kiedy wysyłała Pani swoją książkę Pani do Ilony Łepkowskiej, pomyślała Pani chociaż przez moment o tym, że może zostać sfilmowana?

Panią Ilonę Łepkowską poznałam już jakiś czas temu i od tamtego momentu, to w zasadzie chyba wysyłałam jej wszystkie moje książki. Przede wszystkim z sympatii, ale pewnie też i z taką ukrytą wiarą. To, żeby chociaż jedna książka była sfilmowana, jest chyba marzeniem każdego pisarza, więc gdzieś tam taka nadzieja była, ale gdybym miała typować swoje książki, które mogłyby stać się filmem, nie wiem, które wybrałabym. "Uwierz w Mikołaja" to bardzo pozytywna komedia świąteczna, więc myślę, że jak najbardziej będzie ona dobrym wyborem. 

Kiedy dowiedziała się Pani jednak o tym, że Pani Ilona rozpoczyna prace nad scenariuszem, jakie towarzyszyły Pani wtedy emocje?

Te emocje są cały czas takie same. To jak sen, jak marzenie, które się spełni. Mówiłam już w jednym z wywiadów, których tutaj udzieliłam, że Ilona w tej chwili spełnia moje marzenia, niczym taka dobra wróżka, która gdzieś tą różdżką macha i ten śnieg czaruje. To jest coś niesamowitego.

Spotykamy się w Bielsku - Białej, mieście, w którym realizowane są właśnie zdjęcia do filmu na podstawie Pani książki. Czy miała Pani wpływ na wybór lokalizacji, które pojawią się w filmie?

Uważam, że każdy powinien znać się na swojej pracy. Napisałam tę książkę, a kiedy oddałam swoje prawa producentowi, to jestem zdania, że on ma decydujące zdanie w wyborze wszystkich rzeczy i wiem, że na swojej robocie zna się najlepiej, jak tylko może. Jest tu tak pięknie, że wszystko jest super.

Czyim pomysłem było, by wybrać właśnie Bielsko-Białą?

Decydujące zdanie miał Pan Tadeusz Lampka, producent oraz Pani Ilona Łepkowska, scenarzystka filmu. 

Czy Pani w ciągu tych kilku dni zdążyła już poznać miasto, znaleźć zakamarki, które Panią zachwyciły?

To czas intensywnej pracy. Mam umówione spotkania, wywiady, więc za bardzo nie zdążyłam zobaczyć miasta, ale myślę, że atmosfera jest tutaj na tyle fajna i ludzie są tak przyjaźni, że myślę o tym, by następnym razem przyjechać tu nie do pracy, a na wakacje. 

Wiedziała Pani, że w lipcu 2021 roku były tutaj realizowane zdjęcia do serialu "Wojenne Dziewczyny"?

Dowiedziałam się tego z informacji prasowych, które przeglądałam właśnie przy okazji bycia na planie naszego filmu. Z tego, co wiem, to Bielsko udawało wtedy Warszawę.

W filmie pojawi się istna plejada gwiazd. Będzie Marta Lipińska, Teresa Lipowska, Grzegorz Daukszewicz. Czy miała Pani wpływ na to, kto pojawi się w obsadzie?

To tak naprawdę obsada marzeń. Nie mogłam sobie lepszej obsady wymarzyć. Oglądałam m.in. castingi do roli Mikołaja, czy Agnieszki, ale nie wtrącam się, wiem, że będzie wspaniale. Śmieję się, że z wszystkich, którzy tutaj występują, nie znam tylko jednej aktorki, a jest to mała dziewczynka, która jeszcze pewnie nie miała okazji jeszcze zaistnieć. Całą resztę widziałam, znałam. 

Czy chociaż w kwestii jednego z bohaterów ujawniła Pani, kogo widziałaby w którejś z ról?

Tak, to była babcia Helenka, w którą wciela się cudowna Teresa Lipowska. Kilka lat temu powstało słuchowisko do mojej książki i wtedy sobie pomyślałam, że byłaby nie tylko fajną babcią Helenką w wersji czytanej, ale również, gdyby moja książka została sfilmowana. Marzenia się spełniają. (Śmiech.) 

Czy wszyscy odtwórcy ról, z którymi już Pani rozmawiała, przeczytali książkę "Uwierz w Mikołaja"?

Tego nie wiem, nie pytałam. Pani reżyser, autor zdjęć i kierownik planu, dostali ode mnie w prezencie książkę, ale aktorzy jeszcze nie. Jeśli będę miała taką okazję, na pewno im ją podaruję. Czuję, że aktorzy czytają zwykle scenariusz, a od książki raczej stronią, żeby potem im się np. nie pomieszały sceny. 

Jakie to uczucie, słyszeć w wykonaniu aktorów dialogi, które stworzyła Pani do książki?

To coś niesamowitego. Widziałam nawet fragment naszego filmu i miałam okazję zobaczyć na ekranie to, co wymyśliłam. To zupełnie niewiarygodne.

Obserwuje Pani cały proces tworzenia filmu. Co do tej pory było dla Pani największym zaskoczeniem w tej materii?

Wielkim zaskoczeniem jest dla mnie to, że nie trzeba sztucznie dośnieżać, a śnieg pojawił się tutaj naturalnie, jak na zamówienie. (Śmiech.) 

Kiedy film pojawi się w kinach?

Film w kinach pojawi się w październiku.

Najbliższe plany.

23 lutego będzie miała miejsce premiera książki "Córka generała", gdzie akcję przenoszę do wolnego miasta Gdańska w przededniu II wojny światowej.