sobota, 15 czerwca 2024

Ziemowit Wasielewski o byciu aktorem i… "kucharzem" [WYWIAD]

Ziemowit Wasielewski o byciu aktorem i… "kucharzem" [WYWIAD]  
















fot. Ziemowit Wasielewski

Z Ziemowitem Wasielewskim spotkałam się w Warszawie. Choć wywiadów nie udziela często, to po otrzymaniu propozycji rozmowy stwierdził, że może warto ponownie tego "doświadczyć" (Śmiech). Opowiadał o przygodach życia, aktorstwie, szkole gastronomicznej i … byciu czarnym charakterem po raz trzeci w tym samym serialu.

Po raz trzeci wraca na plan serialu „M jak Miłość”, w którym to, wciela się w rolę Tomasza, byłego męża Doroty (w tej roli Iwona Rejzner, przyp. red). Ze śmiechem przyznaje, że już dwa razy miał okazję zagrać w tym serialu kogoś w rodzaju stalkera, również serialowy Tomasz ma swoje za uszami -  choć tym razem, jedynie na pozór może się wydawać jednoznacznie negatywną postacią. Jak dalej potoczy się ta historia? Dowiemy się po wakacjach.

Pochodzi Pan z Bielic, a podstawówkę kończył Pan w pobliskich Gębicach. Po za tym, że jest Pan wykształconym aktorem, jest pan też z wykształcenia kucharzem. Czy prawdą jest, że to właśnie w technikum gastronomicznym, kiedy brał pan udział w konkursach recytatorskich, zrodziło się u Pana marzenie by zostać aktorem?

Marzenie zrodziło się dużo wcześniej - ale faktem jest, że to właśnie w szkole gastronomicznej po raz pierwszy pomyślałem o tym na poważnie. Moja mama, która jest pedagogiem zaszczepiła we mnie miłość do literatury - w ogóle, rodzice w młodości, z powodzeniem brali udział w szkolnych konkursach recytatorskich, więc tę chęć do konfrontacji z publicznością musiałem po nich odziedziczyć.

Filmem fascynowałem się od dziecka, a pojmowania kina nauczyłem się dzięki serii programów takich jak "Kocham Kino" i "Gorąco polecam". To właśnie od Tomasza Raczka, Zygmunta Kałużyńskiego i Grażyny Torbickiej, i z filmów, które prezentowali, nauczyłem się odbierać dobre, autorskie, artystyczne kino, a że wychowywałem się na wsi z dala od kina i teatru, ogólnodostępna telewizja okazała się najłatwiejszym narzędziem, by poszerzać tego rodzaju horyzonty, odciętego od większych miast dzieciaka.

Proszę opowiedzieć o swoim dzieciństwie i  rodzinnych stronach.

Jak już wspomniałem wychowałem się na wsi, a dokładniej w osadzie na środku pola, „przyklejonej” do Zespołu Szkół Rolniczych, w której to zatrudnienie miała większość okolicznych, nielicznych mieszkańców - w tym nauczyciele (jak moja mama), oraz rolnicy „obsługujący” szkolne gospodarstwo. Jako mniej liczne grono dzieci nauczycieli, mieliśmy w owym czasie regularnie przechlapane u dzieci rolników, które to, nie specjalnie pałały do nas entuzjazmem. W wyniku owych dziecięcych konfliktów, czas spędzałem w ciągłym ruchu, na świeżym powietrzu, pośród okolicznych pól i lasów, ukrywając się przed "rywalami", organizując "ekspedycje badawcze", budując domki na drzewach i kradnąc owoce z okolicznych sadów (Śmiech).

Mogę śmiało powiedzieć, że dzieciństwo miałem cudowne, i po mimo pewnych braków, niezmiennie widzę je jako przestrzeń, wolność i ruch.

Było bosko. (Śmiech.)

Muszę o to zapytać. (Śmiech). Jakie jest pana danie popisowe?

Nie potrafię tego stwierdzić jednoznacznie. Ale wydaje się (Śmiech.), że kiedy już coś gotuję, to wypada to przynajmniej dobrze. Kiedy jest się po dwóch szkołach gastronomicznych, nie wypada, żeby było inaczej, a po za tym lubię to. W kuchni ciągle uczysz się czegoś nowego - to nie kończąca się opowieść - zawsze może zaskoczyć. Uwielbiam gotować z córką - aktualnie kręci nas  kuchnia azjatycka, te wszystkie „sushi”, „woki” i „rameny” - tego mnie w szkole nie uczyli. Choć nie gotuję w tempie zawodowego kucharza, to wydaje się, że większości na ogół moje potrawy smakują - zakładam że mówią prawdę (Śmiech.)

Jestem przekonana, że jeśli zapytam o wymarzoną rolę, odpowie Pan, że to taka, w której mógłby pan zaprezentować swoje umiejętności gastronomiczne. Czy się mylę?

Oczywiście. Zawsze chętnie sięga się po to, co się potrafi i robi dobrze, ale moje spektrum zainteresowań jest znacznie szersze - oprócz wykształcenia gastronomicznego, jestem też wykształconym stolarzem, wyedukowanym weekendowo. Większość mebli w moim domu to moja sprawka, zdąrzyła się i łódź - a dokładniej canoe - oczywiście wszystko w ramach hobby. W każdym razie działania manualne nie są mi obce i od czasu do czasu muszę coś niecoś „zmajstrować”, uszyć, namalować… „bo inaczej się uduszę”… (Śmiech.) Ciągle - niezmiennie, staram się poszerzać spektrum swoich umiejętności, we wszelkich dziedzinach - nigdy nie wiadomo, kiedy i co może się przydać, tak w życiu, jak i w granej roli, ale może to domena tych co mają „ADHD” - o które się od jakiegoś czasu podejrzewam (Śmiech.)

W latach szkolnych, kiedy rozwijał się Pan już artystycznie, nie odczuwał Pan potrzeby, by rywalizować z kimkolwiek. Odnoszę wrażenie, że nawet teraz, kiedy występuje Pan w tak licznych produkcjach, dalej tego nie czuje. Jak jest?

Nie postrzegam aktorstwa jako rywalizacji. Postacie, które wypełniam staram się tworzyć na podstawie wcześniejszych wyobrażeń, oraz własnych doświadczeń. Jeżeli to się sprawdza jest wspaniale, gorzej kiedy rozjeżdża się z wizją reżysera - bywa frustrujące…  Czasem tekst bywa nieorganiczny, a czasem brakuje czasu by coś dopracować na planie - wtedy trzeba umieć odpuścić, znaleźć luz, oddech i pokonać stres i własne ograniczenia. To momenty, które budują i za które kocham ten zawód. Smakuję życie z różnych stron. Uczę  się mieć dystans do wszystkiego, co mnie spotyka, bo wydaje się, żę tak naprawdę  ważne jest to, co tu i teraz.

Po technikum złożył Pan papiery do szkół aktorskich w Warszawie, Wrocławiu i Krakowie. Za pierwszym razem się nie udało, więc przez rok zaocznie Pan studiował filozofię. Co spowodowało że wybrał pan ten kierunek?

Nic innego nie przyszło mi wtedy do głowy, a „groziło” mi wojsko. To co wpoiła mi moja mama, spowodowało, że byłem ciekaw, czego można się dowiedzieć zgłębiając ten kierunek. Spędziłem na tych studiach jedynie rok - za to kosmologiczne spojrzenie na człowieka z perspektywy kosmosu pozostanie we mnie już chyba na zawsze.

Kiedy ponownie złożył Pan papiery na aktorstwo, zdawał Pan także do Łodzi i to właśnie tam rozpoczął pan studia. Gdyby po latach, miał Pan ten czas podsumować w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogło by paść? 

Wielkie szczęście. Wspaniała przygoda. Świetni towarzysze, pedagodzy.

Przede wszystkim - fuks, bo samo dostanie się na studia jest rodzajem szczęścia, które jednym się trafia, drugim nie. Miałem szczęście że za drugim razem się udało.

Od ogółu, do szczegółu. W serialu „Remiza. Zawsze w akcji” wcielał się Pan w nauczyciela, który służy w Ochotniczej Straży Pożarnej. Był Pan komendantem OSP Brzeziny. Czy chciał Pn kiedyś zostać strażakiem? (Śmiech.) Jakie miał pan pomysły na siebie jako kilkuletni chłopiec?

Nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby walczyć z ogniem, jestem zdecydowanie „zwierzęciem wodnym”, ale samo zgłębianie tej tak niebezpiecznej i pełnej emocji profesji, okazało się interesujące i pouczające.

Sylwia Drzycimska powiedziała mi, że kiedy weszła na plan, myślała o dołączeniu do OSP.

Ja chyba nie miałbym tej odwagi, jaką mają ludzie, którzy na co dzień mierzą się z taką służbą. Czym innym jest grać strażaka, czym innym nim być - to olbrzymia odpowiedzialność - mam nadzieję że nigdy nie będę musiał konfrontować wiedzy, którą nabyłem na planie z prawdziwym życiem. A samych strażaków OSP po prostu podziwiam.

Kręciliście w różnych żywiołach, albowiem pokazane na ekranie zostały m.in. powodzie, pożary i różnego rodzaju wypadki, od tych drogowych po wypadki losowe. Co okazało się dla pana największym wyzwaniem tej produkcji?

Kostiumy (strażackie) - mianowicie znoszenie w nich skrajnie różnych temperatur. Zimą bywało zimno, a latem koszmarnie gorąco… sporo było potu. Zwłaszcza latem, trzeba było sprostać ryzyku odwodnienia. Nieźle wtedy schudłem. Sporym wyzwaniem było wtedy wynoszenie poszkodowanych - a należy pamiętać, że to co widzimy przez chwilę na ekranie, realizuje się najczęściej w kilku dublach.

Pamiętam odcinek, który realizowaliśmy w pełnym słońcu, na żwirowni… dźwigałem wtedy na rękach nieprzytomnego chłopca, pokonując góry piasku niczym na Saharze. Było ciekawie, bo było  to wyzwaniem.

Czy istnieje chociaż cień szansy, że serial jeszcze wróci na antenę?

Nic mi na ten temat nie wiadomo.

Jako Tomasz, były mąż Doroty Kaweckiej (w tej roli Iwona Rejzner, przyp. red.) po raz pierwszy pojawił się Pan w 1767 odcinku serialu „M jak miłość”. Co ciekawe nie jest to Pana pierwsza rola stalkera w tym serialu, albowiem w 2009 roku, jako Dariusz Szewczuk, pojawił się Pan w wątku Sandry (w tej roli Anna Dereszowska, przyp. red.) a w 2017 w wątku Olgi (w tej roli Kasia Grabowska). Jak wspomina pan te dwa pierwsze wejścia w serial?

Pod względem charakterologicznym można stwierdzić że dwie pierwsze postaci są do siebie bardzo podobne, natomiast „ostatnia” moja „serialowa” wersja jest nieco inna i chyba, ta przez swoją nie oczywistość odpowiada mi najbardziej.     

Życzyłbym sobie zagościć w „M jak miłość” na dłużej, bo świetnie czuję się na tym planie, jako „niejednoznaczny” Tomasz. Jednym słowem - jest ciekawie.












fot. MTL MaxFilm 

Jak wraca się na plan serialu, na którym pracowało się już wcześniej?

Za każdym razem jest inaczej i „na nowo”, jest inna ekipa, reżyser, inne metody realizatorskie, a ponieważ jakość tego co jest realizowane cały czas wzrasta pracuje się z niezmiennym entuzjazmem - zresztą - każdy dzień na planie jest niepowtarzalny, a miło jest zawsze.

Pod koniec sezonu potwierdził się że Tomasz „ma swoje za uszami”. Jak postrzega Pan swojego bohatera?

Jeszcze do końca tej postaci nie wyklarowałem, sam ciągle ją poznaję. Co rusz objawia się w nowych odsłonach, co zależne jest od tego co napiszą scenarzyści… a to często zaskakuje - i chyba o to chodzi.

Mimo że na ekranie relacje między Dorotą, Bartkiem i Tomaszem są napięte, to na planie świetnie się bawicie. Widać że świetnie się dogadujecie. Jakimi partnerami aktorskimi są Iwona Rejzner i Arek Smoleński?

To fantastyczni aktorzy, pełni humoru i optymizmu, którzy mają spore doświadczenie. Wspaniale jest z nimi grać, przebywać i podpatrywać ich warsztat. Nic, tylko się od nich uczyć.

Czy zdarza się Panu oglądać serial? Jaki jest Pana stosunek do oglądania siebie na ekranie? Lubi Pan to, czy jednak tego nie cierpi, jak większość aktorów?

Jak większość. Nie lubię. Zadowolony jestem bardzo rzadko. Choć muszę przyznać, że ostatnio zdarza mi się to częściej, ale może to po prostu kwestia wieku i akceptacji siebie takiego jakim się jest. Nie umiem być w tej kwestii obiektywny.

Mimo że ma Pan konto na Instagramie i Facebooku, mam wrażenie, że nieco stroni Pan od social mediów. Nie wierzy Pan w siłę internetu?

Zdaję sobie sprawę z siły internetu, ale nie bardzo mam ochotę i „predyspozycje”, by siedzieć przed ekranem komputera (tym bardziej komórki). Szkoda mi na to czasu. Wolę spędzać go w naturze, z dziećmi. Może jeszcze kiedyś się przekonam, ale jestem człowiekiem starej daty i wolę to co namacalne, pachnące, smaczne i „ludzkie”.

To chyba nie tajemnica, że otaczające nas ekrany to aktualny problem dla człowieczeństwa - za bardzo odkleiliśmy się od prawdy…

No właśnie. Może nie przekonuje też pana cukierkowa rzeczywistość, która panuje na Instagramie. 

Myślę że wciąż nie zgłębiłem dostatecznie tego medium, żeby się wypowiadać… ale tak jak wspomniałem wcześniej - śledzenie tych treści mnie nudzi.

Oprócz tego że jest Pan świetnym aktorem i "kucharzem", nie wyobraża Pan sobie życia bez uprawiania sportów. Jeździ Pan na rowerze, pływa, uprawia kajakarstwo. Który z tych sportów pojawił się u Pana jako pierwszy, a który sprawia Panu największą frajdę?

Całe życie pływam, wychowałem się nad jeziorami. Każde wakacje spędzałem nad wodą. Wodę kocham we wszystkich jej przejawach - pływam kajakiem, wpław, byle w ruchu, a ponieważ jestem kinestetykiem zastój mi po prostu nie służy. Najszczęśliwszy jestem w canoe na rzece pośród trzcin, płaczących wierzb i odgłosów natury.

Czy teraz skupia się Pan przede wszystkim na swojej roli w serialu "M jak miłość", czy pracuje Pan również nad czymś nowym?

Gram Tomasza w "M jak miłość",  ale aktualnie trwają też zdjęcia do serialu "Królowie". Gram tam postać Magnata Litewskiego Gasztolda (doradcy Księcia Kazimierza).  

Jest to okazja, by  "wskoczyć" do innej epoki, co zawsze jest atrakcyjne. Poza tym, zdążają się inne pomniejsze i krótsze role w różnych produkcjach telewizyjnych, co zawsze jest okazją do poszerzenia swojego warsztatu zawodowego i konfrontacji z innymi, nowymi sytuacjami.

środa, 5 czerwca 2024

Mariusz Jakus o serialu "Korona Królów. Jagiellonowie" i wcielaniu się w czarne charaktery [WYWIAD]

 Mariusz Jakus o serialu "Korona Królów. Jagiellonowie" i wcielaniu się w czarne charaktery [WYWIAD]




















fot. Mariola Morcinková

Mariusz Jakus to aktor charakterystyczny. Roozmawiamy o jego pierwszych pomysłach na siebie, ale też o tym, jak ważną rolę w jego życiu odgrywa teatr. W rozmowie nie brakuje też wątków dotyczących serialu "Korona Królów. Jagiellonowie" i wcielania się w czarne charaktery.

Słyszałam, że ze względu na swoją charakterystyczną aparycję, głównie obsadzany jest Pan w rolach czarnych charakterów. To prawda? (śmiech.)

Tak, czasami śmieję się, że to niestety prawda.

Podobno myśl o tym, by zostać aktorem towarzyszyła Panu od zawsze. Nigdy nie miał Pan innych pomysłów na siebie?

Będąc kilkuletnim chłopcem, chciałem być kierowcą tira, ale kiedyś ojciec zabrał mnie do warsztatu samochodowego, którego właścicielem był właśnie taki kierowca. Kiedy zobaczyłem, że przez pół dnia brodzi w smarze po kolana, szybko mi przeszło. Kiedy byłem uczniem VI klasy, zapytałem mamy, czy po ukończeniu podstawówki, mogę od razu pójść do szkoły aktorskiej, więc myśl, by wybrać ten zawód, zaczęła kiełkować we mnie dość wcześnie.

U wielu osób nowe pomysły na siebie i na to, czym mogłyby się zajmować, pojawiały się w czasie pandemii. Czy Pan również w tym czasie, kiedy nie można było grać w teatrach i pojawiać się na planie, myślał o tym, że mógłby się przebranżowić?

Nie, nie miałem takich myśli. Teatry co prawda nie działały, ale akurat w Teatrze Współczesnym, z którym zawodowo jestem związany od 2017 roku, nagrywaliśmy spektakle, by widzowie mogli je oglądać w trybie online. Praca była co prawda mocno spowolniona, ale nie była przystopowana całkowicie. Przed pandemią pracowałem bardzo intensywnie, więc ten wymuszony urlop dobrze mi zrobił.

Jak już wspominaliśmy, zawodowo, od 2017 roku, jest Pan związany z Teatrem Współczesnym, gdzie występuje Pan w spektaklu "Wstyd", ale także ze Sceną Komediową - Teatru Rębacz. Czym jest dla Pan Teatr?

Teatr jest dla mnie wszystkim. Etat w teatrze zawsze był mi opoką. Film to dodatek. Przez ponad dwadzieścia lat byłem związany z Teatrem im. Stefana Jaracza w Łodzi, gdzie grałem najprzeróżniejsze role, zarówno pod względem wielkości, jak i charakteru. W Teatrze jestem obsadzany nie tylko ze względu na warunki zewnętrze. W filmie niestety dzieje się to pernamentnie. Teatr nigdy mnie nie zawiódł. Zawsze chętnie do niego wracałem. Gdyby aktorstwo polegało tylko na graniu w filmach, pewnie nie byłoby mnie już w tym zawodzie.

W sztuce "Diabli mnie biorą", na zmianę ze Sławomirem Orzechowskim, wciela się Pan w rolę despotycznego ojca dorosłego już Józia, emerytowanego czołgisty. Co Pan opowie o swojej postaci?

Do tej pory w spektaklu "Diabli mnie biorą" zagrałem tylko kilka razy. Marek Rębacz zaproponował mi rolę w swojej najnowszej sztuce. W przygotowaniu jest spektakl "Lola".

Mówi się, że komedia jest najtrudniejszym gatunkiem do grania dla aktora. Z czego to wynika?

Są takie zgrabne zdanka, które dobrze brzmią w wywiadach i są powielane przez aktorów. (śmiech) Tak się mówi. Nie jest to łatwe.

Kilka lat temu, w jednym z wywiadów powiedział Pan, że jest człowiekiem bez korzeni. Dalej się Pan z utożsamia z tą myślą?

Tak. To już się niestety nie zmieni. Warszawa od siedmiu lat jest miastem, w którym mieszkam. Jestem raczej typem śródmiejskim, a mieszkam poza Centrum, więc to raczej średnio mi odpowiada. Lubię beton. Tak się złożyło, że mieszkam w fajnej, ale wiejskiej okolicy. Ze względu na dzieci, już się chyba stąd nie wyprowadzę. Jeśli dobrze liczę, w swoim życiu przeprowadzałem się czternaście razy. (śmiech)

W środowisku artycznym, dziennikarskim czy wśród krytyków filmowych, jest Pan nazywany "specem od brudnej aktorskiej roboty". Spotkał się już Pan z tym określeniem? Jak Pan je odbiera? (śmiech)

Nie do końca podoba mi się to określenie. Uważam go za dość powierzchowne. Kiedy ktoś tak mi mówi, bo ma jakąś propozycję zawodową, pytam tylko, ile dni zdjęciowych mi to zajmie. (śmiech)

Pani Grażyna Zielińska powiedziała mi, że każda postać, która nie budzi sympatii w ludziach, jest zawsze ciekawym wyzwaniem aktorskim, ale równocześnie czarny charakter trzeba grać tak, by go obronić. Pan próbuje zrozumieć i  bronić postaci, w które się wciela?

Nie każdą postać można obronić. Zawsze należy skupić się na jej motywacjach do danych działań. Są jednak takie postaci, które faktycznie da się obronić. Zawsze trzeba znaleźć powodód, z jakiego dana postać tak się zachowuje.

Warto porozmawiać też o serialu "Korona Królów. Jagiellonowie". Zdawał Pan sobie sprawę z tego, że wasz serial pełni funkcję edukacyjną i sprawia, że młodsze pokolenie chętniej oswaja się z historią? 

W ogóle o tym nie myślałem. Zadzwoniono do mnie z kolejną już propozycją zagrania w tym serialu. Okazało się, że Lech to postać fikcyjna. Z odcinka na odcinek Lech był coraz fajniejszy. Świetnie mi się go grało. Zabawa na planie była przednia.

Jak na serial historyczny przystało, miał Pan okazję zagrać w stroju z epoki. Jak się Pan w nim odnalazł?

Super. Wykonano kawał dobrej roboty. Jeździłem też konno. Kręciliśmy w pięknych plenerach.

Lech do momentu, w którym na jego drodze pojawił się Sławoj (w tej roli Arek Smoleński - przyp. red.), uważany był za króla krakowskich złodziei.

Lech ostatecznie nie dał odebrać sobie przewodnictwa.

Ogląda Pan produkcje, w których gra?

Bardzo rzadko. Jakoś nie podobam się sobie. Wolałbym wyglądać jak Brad Pitt, a nie jak Jakus. (śmiech) Żebym obejrzał siebie na ekranie, musi minąć długi czas od realizacji danego projektu. To inny rodzaj percepcji. Tak, jak patrzyłbym na inną osobę. Bierze się to z tego, że nie pamiętam już wtedy swoich kwestii.

Na próżno szukać Pana na Instagramie czy Facebooku. Nie wierzy Pan w siłę internetu?

Konto na Instagramie nie jest mi do niczego potrzebne. (śmiech) Nie jestem jednak z epoki kamienia łupanego i z internetu, jak i z telefonu oczywiście korzystam. (śmiech) Nigdy nie interesowała mnie ani głupota, ani chęć zaistnienia za wszelką cenę. Nie interesuje mnie oglądanie pitej kawy w sieci. (śmiech) To pożeranie energii, która mogłaby być spożytkowana w lepszy sposób.

Mam wrażenie, że do tej pory jest Pan najczęściej kojarzony przez widzów z roli Kosiora z "Symetrii", Szymona Rafalskiego z "Fali zbrodni" oraz nadkomisarza Rafała Walczaka ze "Śladu". Czy się mylę?

Dochodzi do tego jeszcze "Tygrys" z Samowolki. Jako wielki kibic sportowy, oglądam w telewizji tylko takie programy. Filmy i seriale śledzę na portalach streamingowych.

Opowiedzmy trochę o spektaklu Teatru Telewizji i filmie "Bokser", w którym będzie można Pana wkrótce zobaczyć.

13 maja widzowie Teatru Telewizji obejrzeć będą mogli spektakl "Powiem wam jak zginął" w reżyserii Marka Bukowskiego, w którym zagrałem. Głównym bohaterem spektaklu jest Joe Alex (w tej roli Grzegorz Małecki - przyp. red.). Rozwiązuje on sprawę tajemniczego morderstwa, którego główny bohater był świadkiem w domu przyjaciół. 

Swoją premierę będzie miał także film "Bokser", inspirowany historią Dariusza Michalczewskiego. Postać, w którą się wcielam zainspirowana jest życiem Kuleja.

Maciej Brzoska o graniu nieoczywistych postaci i serialu "Brzydula" [WYWIAD]

 Maciej Brzoska o graniu nieoczywistych postaci i serialu "Brzydula" [WYWIAD]


















fot. e-talenta

Z Maciejem Brzoską spotkałam się podczas mojego ostatniego pobytu w Warszawie. Rozmawialiśmy o pozytywnym nastawieniu do życia, nieustającej pracy nad sobą, ale nie przeszliśmy też obojętnie obok przyjemności, jaką czerpie z grania nieoczywistych postaci.

Rozmawialiśmy też o serialu "Brzydula", "Na Wspólnej" i "Święty". 

Aktor teatralny, filmowy i telewizyjny. Prywatnie fascynat sportu i muzyki klasycznej. Człowiek bez profilu na Instagramie i oficjalnej strony na Facebooku. Słowem wstępu - wszystko się zgadza? (Śmiech.) 

Wszystko się zgadza. 

W czasach powszechnej autopromocji, która zalewa nas z każdej strony, Pan nie czuje potrzeby dzielenia się swoim życiem z internautami, nie zbiera Pan ani lajków, ani followersów. Nie wierzy Pan w siłę internetu?

(Śmiech.) Trudno nie wierzyć w siłę internetu, skoro ona działa, ale ja profili w social mediach nie potrzebuję. Nie rozumiem tych, którzy mają potrzebę dzielić się wszystkim w sieci. Ja nie mam na to czasu. 

Może dzisiejsza rozmowa coś zmieni i założy Pan jednak swoje konto na Instagramie? (Śmiech.)  

Może tak. (Śmiech.) Myślę o tym, ale jakoś szkoda mi czasu. 

Może po prostu, jest również tak, że nie przekonuje Pana cukierkowa rzeczywistość, którą usilnie społeczeństwo lubi pokazywać w internecie? Nie wszystko jest tak cukierkowe, jak może się wydawać. 

Od zawsze cenię sobie prywatność, chronię ją. Dożyliśmy czasów, w których wszyscy, wszystko pokazują. Ja nie miałbym czego pokazywać. (Śmiech.) Wydaje mi się, że nikogo nie interesuje, co jadłem na obiad. 

Już na pierwszy rzut oka sprawia Pan wrażenie osoby, niezwykle pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. Osoby, dla której szklanka zawsze jest do połowy pełna. Takie nastawienie to Pana świadomy wybór?

To, by się nie poddawać, trzeba w sobie wypracować. W tym zawodzie trzeba myśleć pozytywnie.

Czy zastosowanie takiego podejścia ułatwia funkcjonowanie w dzisiejszej, niełatwej dla nas codzienności?

Tak, takie nastawienie zdecydowanie ułatwia funkcjonowanie. Trzeba myśleć o plusach, nie o minusach. (Śmiech.) 

Zdania w tej kwestii są podzielone, ale często słyszę, że pozytywne nastawienie jest czymś, czego można się nauczyć. Jak Pan to odbiera?

Nie wiem, czy takiego nastawienia można się nauczyć. Uważam, że składa się na to codzienna praca nad sobą. Warto medytować i słuchać siebie. 

Są jednak sytuacje, w których trudno myśleć pozytywnie. Uważam jednak, że ciężką pracą, wszystko można osiągnąć, pozytywne nastawienie do życia również. 

Mam wrażenie, że faktycznie, dość wcześnie wiedział Pan, co chce robić w życiu, bo jeszcze podczas nauki w liceum,  uczęszczał Pan na zajęcia kółka teatralnego przy olsztyńskim Teatrze im. Stefana Jaracza. Nigdy nie miał Pan innych pomysłów na siebie?

To, że ja tam poszedłem, to był kompletny przypadek. 

Kiedy byłem w  drugiej lub trzeciej klasie liceum, pojawiło się ogłoszenie, że poszukiwany jest chłopak, który gra na gitarze. Ja coś tam brzdąkałem, ale poprosiłem kolegę, który z lekka grał lepiej ode mnie, by poszedł ze mną. On uciekł po pierwszych zajęciach, ja zostałem. Wtedy ta chęć działania została we mnie zaszczepiona. Ciągle rośnie. 

Gdyby teraz miałby Pan się zastanowić, co mógłby robić, gdyby nie aktorstwo, to jaka padłaby odpowiedź? (Śmiech.) 

Pewnie działałbym w sporcie. Patrząc na to, jak jeżdżę po ulicach Warszawy, mógłbym być kierowcą rajdowym. (Śmiech.) 

Zainteresowania podobne do postaci, o której zaraz porozmawiamy.

Daniel balansował na skraju bezpieczeństwa. Ja jeżdżę ostrożnie. 

Do obsady serialu "Na Sygnale" dołączył Pan w 518 odcinku. W jednym z wywiadów przyznał Pan, że nie ma swojej wymarzonej roli, ale zagra każdą, która Pana czymś w pewnym stopniu zaciekawi. Co takiego ciekawego, co spowodowało, że Pan tę rolę przyjął, znalazł Pan w Danielu?

Kiedy zagrałem pierwsze sceny w serialu "Na sygnale", nie wiedziałem, jak dalej to się potoczy. Nie wiedziałem do końca kim jest. Nie byłem też świadomy jego życia na krawędzi. 

Z perspektywy widza mam trochę mieszane uczucia. Na pewno Daniel jest osobą, która umie oczarować kobietę. Kolejnym jego atutem jest to, że ma się czym dzielić, więc wspiera potrzebujących, co można było zobaczyć w jednym z odcinków, kiedy razem z Britney, poszedł do małych pacjentów z prezentami. Mam jednak wrażenie, że nosi w sobie pewnego rodzaju złamanie, bo przecież żyje na krawędzi. Jak Pan go odbiera?

Myślę, że tak. Uważam, że nie do końca zdawał sobie sprawę z tego, że tak naprawdę stwarza ogromne zagrożenie dla innych. Przeważnie tak jest, że w takich sytuacjach myśli się przede wszystkim o sobie. On tak robił. Nie liczył się z tym, że coś może się stać, ale tak się wydarzyło. 

Czy takie postaci nieoczywiste, stojące gdzieś, pomiędzy dobrą a złą stroną mocy, tworzą dodatkowy atut do grania? 

Granie niejednoznacznych postaci to dla mnie przyjemność. To przyszło do mnie z wiekiem. 

Od pozytywnych postaci woli Pan te niejednoznaczne?

Takich postaci zagrałem w swoim życiu zawodowym zdecydowanie za dużo. W niejednoznaczności odnajduję fajne czynniki, które można wykorzystać. 

Serial "Święty" zakończył już emisję, ale wcielał się Pan w nim w Bartosza. Jak wspomina Pan tę przygodę?

Fajnie było. Ekipa była świetna. Wszystko szło szybko i sprawnie. Była to dosyć wariacka robota. (Śmiech.) 

Po raz kolejny wróciłem do Wrocławia po latach. To tam studiowałem. Lubię tam wracać. Sentyment to jedno, ale lubię patrzeć, jak to miasto się rozwija. 

Mam wrażenie, że do tej pory najczęściej jest Pan kojarzony przez widzów z rolą Olafa w "Na Wspólnej" oraz z Piotrem Sosnowskim z "Brzyduli". Czy się mylę? (Śmiech.)

Zdecydowanie. Nie zdawałem sobie sprawy, jak dużo ludzi ogląda "Brzydulę". Wtedy mówili, że jestem Piotrem z "Brzyduli" a teraz mówią, że jestem Olafem z "Na Wspólnej". 

Kiedy zadecydowano, że Brzydula będzie po latach kontynuowana, Pan nie dostał propozycji poworotu do serialu?

Nie dostałem takiej propozycji. Chyba nie było pomysłu na to, jak dalej poprowadzić moją postać. 

Co miał on takiego w sobie, że widzowie tak go lubili? I do dziś do Niego wracają?

O to trzeba spytać widzów. (Śmiech.)

Co Pan w nim lubił?

Prostolinijność, twardość i uśmiech. Był człowiekiem, do którego chyba każdy chciałby się przytulić. Zawsze pomocny, uczciwy, prawie święty. (Śmiech.)

Jaki ma Pan stosunek do oglądania siebie na ekranie? Jest Pan w tej większości aktorów, którzy tego nie cierpią? (Śmiech.)

Nigdy tego nie lubiłem, ale już się nauczyłem, że trzeba siebie oglądać, ale nigdy w dużych ilościach. Trzeba patrzeć na błędy. 


Z Katarzyną Żak o miłości, Młynarskim i serialu "Ranczo" [WYWIAD]

 Z Katarzyną Żak o miłości, Młynarskim i serialu "Ranczo" [WYWIAD]



















fot. Marta Machej Photography 

10 lutego na deskach Teatru im. Adama Mickiewicza w Cieszynie wystawiony został spektakl "I love you". Na scenie można było zobaczyć Roberta Rozmusa, Rafała Królikowskiego, Elżbietę Romanowską oraz Katarzynę Żak. Z tą ostatnią o spektaklu i sentymentalnym powrocie do Cieszyna, a także o Wojciechu Młynarskim i serialu "Ranczo" miałam przyjemność rozmawiać. 

Aktorka filmowa, serialowa, teatralna. Wokalistka. Miłośniczka twórczości Wojciecha Młynarskiego oraz osoba, zawsze widząca szklankę do połowy pełną. Słowem wstępu - wszystko się zgadza?

Tak. Wszystko się zgadza (śmiech).

To pozytywne nastawienie to Pani świadomy wybór? Mam wrażenie, że nie mogłaby Pani inaczej.

To nawet nie jest wybór. Ja taka po prostu jestem. 

Czy ułatwia ono  funkcjonowanie w dzisiejszej, niełatwej dla nas wszystkich codzienności?

Uważam, że gdyby ludzie więcej się do siebie uśmiechali, świat byłby lepszy. Empatię i radość życia odziedziczyłam po mojej babci i mamie. Mimo że jestem życiową pesymistką, bo wierzę, że mało mi się udaje w życiu - co wynika z moich doświadczeń - staram się nie tracić pozytywnego nastawienia. Tak łatwiej idzie się przez życie.

Po raz kolejny mamy okazję spotkać się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie. Mówi się, że to miejsce magiczne... Jak wraca się w te strony?

Cudownie. Nie było mnie tu parę lat. Rynek jest wyremontowany, jest pięknie. Spotkałam tu wspaniałych ludzi, odwiedziłam jeden z tutejszych salonów piękności, jeździłam po mieście z miłymi taksówkarzami. Cieszyniacy są empatyczni. Z pasją opowiadają o mieście i chcą dla niego dużo robić, co bardzo mi się podoba. Cieszynowi mogę jedynie pogratulować rozwoju.                    

Muzyczny spektakl komediowy "I love you" podobno jest skierowany przede wszystkim do zakochanych, ale ja mam wrażenie, że każdy znajdzie w nim coś dla siebie. Zgodzi się Pani z tym stwierdzeniem, że to propozycja idealna na walentynki?

Oczywiście, inaczej być nie może (śmiech). Bardzo lubię ten spektakl. Opowiada o tym, że na miłość nigdy nie jest za późno. Opowiada o jej różnych aspektach. Pokazana jest tutaj miłość korporacyjna, ludzi niemłodych, ale bardzo zapracowanych, którzy nie mają na nią czasu i gdzieś wplatają ją w swój grafik. Czas na randkę próbują znaleźć między jednym a drugim spotkaniem, ale nie zawsze to się udaje, bo miłości przecież nie można zaplanować.

Jest też miłość niespełniona, która dotyka ludzi znających się od wielu lat. Są blisko siebie, ale nie potrafią postawić tej przysłowiowej "kropki nad i". W dzisiejszych czasach bardzo często się z tym ścieramy, zwłaszcza wśród młodych.

W spektaklu ukazujemy też miłość małżeńską. Scena, którą uwielbiam grać, to miłość staruszków, którzy zostali sami na tym świecie. On jest wdowcem, ona wdową. Spotykają się na pogrzebie starszej pani. Okazuje się, że jedynym, czego w życiu jeszcze pragną, jest miłość.

Cenię też to, że w jednym spektaklu mam możliwość zagrania kilku epizodów. To są szybkie przemiany, które dotyczą całej obsady. Każdy z nas gra po kilka postaci.

Zadam jedno pytanie, które pada w materiałach promujących sztukę. Zastanawiała się Pani kiedyś, ile jesteśmy w stanie zrobić w dzisiejszych czasach, by usłyszeć wyznanie miłosne?

Uważam, że za mało pracujemy nad miłością, relacjami, związkami. Choć są osoby, które mimo że łatwo rezygnują z uczucia, to często wracają do siebie po latach.

Stawiacie na wartką akcję, świetną oprawę muzyczną, aktorskie metamorfozy, błyskotliwe dialogi i piosenki, które są przebojami. Czy właśnie w tych wszystkich czynnikach tkwi przepis na przebój teatralny?

Myślę, że tak. Mamy dobry tekst, który jest przede wszystkim barwny. Historii jest kilkanaście, one się mienią, ale cały czas kręcą się wokół miłości. Są też świetni muzycy, bardzo fajna obsada. 

Co takiego, czego nie mają inne spektakle, ma "I love you"?

My mamy kilkanaście historii, a nie jedną, jak to bywa w innych sztukach. Są krótkie i dowcipne.

Zmieniając temat: książka "Kobiety, które śpiewały Młynarskiego", która miała premierę 10 stycznia, to wzruszający portret twórcy, który odcisnął ślad na życiu wielu osób. Pani została zaproszona do grona dwunastu artystek, które z nim współpracowały. Jak wspomina Pani opisane na kartach książki artystyczne spotkanie z Wojciechem Młynarskim?

To był dar od losu. Byłam bardzo młodziutką, nikomu nieznaną aktorką Teatru Współczesnego we Wrocławiu. Za namową moich kolegów wzięłam udział w Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, reprezentując tamtejszy Teatr. Doszłam do finału, ale nie zdobyłam głównej nagrody. Jednak Wojtkowi tak się spodobałam, że ufundował mi swoje własne wyróżnienie, które zostało włączone do kapituły nagród i zaproponował mi współpracę. W pierwszej chwili pomyślałam, że to żart. Powiedział, że widzi we mnie potencjał. Była to dla mnie fantastyczna przygoda.

Od Wojciecha Młynarskiego nauczyłam się nie tylko tego, co dotyczyło piosenki i interpretacji, ale pozyskałam też wiedzę dotyczącą bytności na scenie i aktorstwa.

Jakim Wojciech Młynarski był człowiekiem?

Był wielką osobowością. Miał nieprawdopodobnie silny charakter. Był bardzo męski, świadomy swojej wartości, pozycji. Wiedział, że jest świetnym tekściarzem, ale był też fantastycznym poetą. To, jaką zostawił nam spuściznę literacką w postaci kilku tysięcy wspaniałych tekstów, które były fleshbackiem naszej ówczesnej historii, jest niesamowite. Nie tylko w piosenkach, ale też w wierszach, które pisał, komentował wiele bieżących wydarzeń.

Gdyby miała Pani zamknąć jego twórczość w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

Był absolutnie niepowtarzalny. 

W 2023 roku premierę miała Pani płyta "Młynarski. Kocham Cię życie". Wydawnictwo jest podróżą po pięknych, znanych piosenkach Wojciecha Młynarskiego. Można usłyszeć m.in. utwór "Nie ma jak u Mamy". Jaki jest Pani ulubiony utwór z tej płyty?

Najpiękniejszym utworem na tej płycie jest piosenka "Ktoś mnie pokochał", pochodząca z repertuaru Skaldów. Ja śpiewam ją w bardzo przewrotny sposób. Tak, jak ją rozumiem. Dla mnie, jako aktorki, wyjściem do pracy nad piosenką jest tekst i poszukiwanie własnej historii i interpretacji. Tego również nauczył mnie Mistrz Młynarski.

Wiele jest piosenek z repertuaru Wojciecha Młynarskiego, których ludzie nie znają. Jedną z nich jest "Nie ma jasności w temacie Marioli", ale też piosenka "Wow".

Nie sposób ominąć serialu "Ranczo", emitowanego w TVP1 w latach 2006-2016. Co ten serial miał w sobie takiego, że do dnia dzisiejszego przybywa jego sympatyków?

Był cudowną powieścią o Polakach, podaną z przymrużeniem oka. Teksty w nim są ponadczasowe. W materiale wyjściowym mieściło się wiele, mówiąc kolokwialnie, prawd o życiu. Serial jest świetną obserwacją naszego społeczeństwa. Podwójna rola mojego męża okazała się cudownym wyzwaniem aktorskim, z którym poradził sobie wyśmienicie.

Czy postacią, z którą jest Pani najczęściej kojarzona przez widzów, jest właśnie Solejukowa?

Tak. To serial, któremu poświęciłam jedenaście lat. Miałam tam możliwość zagrania wielu stanów emocjonalnych. Ta rola nieprawdopodobnie ewoluowała. Od biednej, zahukanej kobiety stała się taką, która postawiła na swój rozwój, naukę i swoje pasje. Skupiła się na zmianie jej ciężkiego życia, co się absolutnie udało.

Zadam pytanie, które do dziś wraca jak bumerang. Czy istnieje chociaż cień szansy, że serial wróci jeszcze kiedyś na antenę?

Nie, serial z nowymi odcinkami już nie wróci, ponieważ zbyt wielu osób pracujących przy nim nie ma już dzisiaj z nami.

czwartek, 30 maja 2024

Z Nowickim po drodze, z Nowickim w Cieszynie [WYWIAD]

Z Nowickim po drodze, z Nowickim w Cieszynie  [WYWIAD]













fot. Małgorzata Krawczyk 
1 marca w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie wystawiony został spektakl "Miłość i polityka", wyreżyserowany przez Annę Oberc. Na scenie pojawił się między innymi Łukasz Nowicki, z którym red. Mariola Morcinkova rozmawia o Cieszynie, wspomnieniach z nim związanych, nowych miejscach, które tu odkrywa oraz o podcaście "Z Nowickim po drodze".
Po raz kolejny spotykamy się w Pana ukochanym Cieszynie. O Teatrze im. Adama Mickiewicza za każdym razem mówi Pan jak o miejscu wyjątkowym.
To prawda. Zawsze cieszę się, kiedy tu jestem. Przyznam jednak, że martwię się, ponieważ szykuje się remont. Mam nadzieję, że Teatr im. Adama Mickiewicza zachowa swój styl, elegancję i "Ziemię obiecaną", która przecież była tutaj kręcona. Ufam, że planowane zmiany zostaną przeprowadzone w mądry sposób i sprawią, że cały charakter i energia tego miejsca pozostaną niezmienne. 
O Cieszynie ostatni raz rozmawialiśmy blisko dwa lata temu. Już wtedy nie ukrywał Pan, że choć po polskiej stronie ma wiele ulubionych miejsc, to właśnie z Czeskim Cieszynem ma najwięcej skojarzeń. Lubi Pan Hotel Piast, słynną karczmę, w której przesiadywał Jaromir Nohavica oraz restaurację Da Capo. Jakie są jeszcze miejsca po czeskiej stronie Cieszyna, do których lubi Pan wracać?
W tej kwestii nic się nie zmieniło. Z racji życiowych zmian, moja wiedza na temat Czeskiego Cieszyna się nie poszerzyła. Ostatnio mało tutaj bywam. Nie wiem, czy jest to możliwe od strony technicznej, ale namawiam organizatorów, by zagrać kiedyś jakiś spektakl po czeskiej stronie, w Těšínském divadle, czyli na polskiej scenie Teatru Cieszyńskiego. To jedyny po czeskiej stronie Cieszyna teatr z polskim zespołem, gdzie w ramach abonamentu można oglądać przedstawienia w języku polskim. Mimo że bardzo lubię ten teatr, moim marzeniem jest, by zagrać po tamtej stronie.
Kocham Śląsk Cieszyński niezależnie od tego, czy znajduję się po jednej, czy po drugiej stronie Olzy. Tutaj na szczęście walory przyrodnicze się nie zmieniają. Ostry pozostaje Ostrym, a Kozubowa Kozubową (śmiech).
Niezmiennie zachwycam się architekturą Cieszyna. Zawsze, kiedy tu przyjeżdżam, spaceruję jego uliczkami. Uwielbiam to. Niestety, dziś pada deszcz, więc tego nie zrobię. To miejsce bliskie memu sercu.
Gdyby miał Pan przytoczyć jedno wspomnienie związane właśnie z Cieszynem i okolicami, na jakie mogłoby paść?
Nieopodal, w Kocobędzu, brałem ślub, więc to takie mocne wspomnienie (śmiech). Pamiętam też moment, w którym w jednym z tutejszych hoteli witaliśmy gości. W mojej pamięci zapisały się też chwile, kiedy podróżowałem pociągiem między polską a czeską stroną Olzy. Za każdym razem patrzyłem z radością, że jednak ten piękniejszy Cieszyn jest po polskiej stronie (śmiech). 
Z pewnego rodzaju rozrzewnieniem, które wiąże się z sentymentalizmem i wiekiem, wspominam również budki graniczne na moście i ten moment, kiedy z dozą niepewności sprawdzałem, czy nie zapomniałem dokumentów. Z tyłu głowy miałem zawsze myśl, że musiałbym wracać do Warszawy i ponownie ruszyć w drogę. 
Niedawno po raz pierwszy trafiłem do niezwykle klimatycznej kawiarenki "Kornel i Przyjaciele". To czarujące miejsce, którego wcześniej nie znałem. Można więc powiedzieć, że cały czas odkrywam i poznaję tu nowe zakamarki.
W cieszyńskim teatrze zagrana została francuska komedia Pierre’a Sauvila "Miłość i polityka" w przekładzie Barbary Grzegorzewskiej i w reżyserii Anny Oberc. W czym, Pana zdaniem, tkwi sukces tej sztuki?
Mam bardzo nieobiektywny stosunek do tego tytułu. Jestem tutaj już z czwartym spektaklem i o żadnym nie mógłbym powiedzieć, że tak bardzo go lubię. Wcielam się w rolę premiera Francji Bertranda Guérauda, potwornego łotra, skorumpowanego cwaniaka z dużą ilością wdzięku. To człowiek, który milionami euro operuje na lewo i prawo, rozstawiając wszystkie pionki na szachownicy polityki.
Tekst tej francuskiej sztuki jest niezwykle współczesny i aktualny. Każde zdanie, które w niej pada, można przenieść na polski grunt. Choć padają w niej proste zdania, widowni bardzo się to podoba. W spektaklu "Miłość i polityka" pojawia się również wiele metafor. Łotrów gra się przyjemnie (śmiech).
Za pośrednictwem spektaklu, widz przenosi się do miejsca, gdzie miłość, władza i pieniądze stanowią stawkę w nieustannej walce. Proszę opowiedzieć coś więcej.    
Intryga jest oczywiście typowo komediowa. Pojawia się Bouladon, którego na zmianę z Jackiem Kopczyńskim gra Mariusz Drężek. To on znalazł coś na Bertranda Guérauda i go szantażuje. Mój bohater w ogóle się go nie boi, bo jest prawdziwym rekinem oszustw. Jednak okazuje się, że Bouladon ma dokumenty, które mogą premiera Francji, w którego się wcielam, pozbawić stanowiska. W zamian za nieopublikowanie tych dokumentów, Bouladon żąda jego żony. W tej roli zobaczyć można Marysię Wieczorek lub Melanię Grzesiewicz. To dość orginalny szantaż, ponieważ nie chce on pieniędzy, które tak naprawdę mógłby dostać bez problemu.
To człowiek, który jak Pan mówi, co prawda kocha ojczyznę i żonę, ale mam wrażenie, że najbardziej zakochany jest w... pieniądzach. 
Zdecydowanie. Najśmieszniejsze jest to, że jest do tego stopnia zdeprawowany, że nie rozumie problemu. Jest zakochanym w sobie kabotynem.
Czy jest jakaś cecha, którą świadomie podarował Pan premierowi? 
Oboje bardzo lubimy wino. On ma mnóstwo posiadłości na całym świecie, a ja mam mieszkanie w Albanii. To, co nas dzieli, to chociażby to, że ja nie gram w golfa. No i zdecydowanie bardziej kocham swoją żonę niż on (śmiech).
Jak zachęciłby Pan do obejrzenia spektaklu "Miłość i polityka"? 
Uwielbiam ten spektakl, ten tekst i lubię grać tę rolę. Kiedy wchodzę na scenę, jestem zawsze z tego powodu szczęśliwy. Nie wiem, czy to wystarczająca zachęta, ale proszę mi wierzyć, że warto usiąść na widowni i zobaczyć aktorów, którzy lubią to co robią. Nie robimy tego ani dla pieniędzy, ani dlatego, by odfajkować kolejny tytuł w swoim dorobku.
Dla mnie ten spektakl jest jedną z ważniejszych rzeczy, które zrobiłem. To komedia lekka, ale dająca do myślenia. Zapraszam do teatrów w całej Polsce.
Mimo że woli Pan, kiedy to Panu zadaje się pytania, a nie odwrotnie, to na początku 2023 roku postanowił Pan zaryzykować i powołać do życia podcast "Z Nowickim po drodze". 
Gościem pierwszego odcinka był Sebastian Mikosz, były prezes LOT-u i Kenya Airways.
W zapowiedzi tego odcinka użył Pan ciekawego sformułowania, nazywając siebie "gawędziarzem marzeń". Mam wrażenie, że kiedy pojawił się pierwszy odcinek, zmienił Pan status z "gawędziarza" na realizatora swoich marzeń.
 Jest dokładnie tak, jak pani to ujęła. Stałem się realizatorem marzeń. Przez czternaście lat prowadziłem program, w którym zadawałem pytania. Nie były one tworzone przeze mnie, a długość rozmowy była mocno ograniczona czasem antenowym.
Nie jestem dziennikarzem z zawodu, ale marzyłem, by móc przeprowadzić rozmowę na własnych warunkach. Nie chciałem w żaden sposób ograniczać jej czasu. Czułem, że chcę zrobić to, na co mam ochotę i to zrealizować. Pomyślałem, że chciałbym przyjeżdżać do swoich gości. Kiedy jesteśmy zapraszani do jakiegoś programu, trzeba dojechać pod dany adres. Tu jest inaczej. Lubię campery i podróże. Uwielbiam być w drodze, więc to ja przemierzam trasę, by przyjechać do gościa.
Fascynujące jest dla mnie to, że mogę zapraszać kogo chcę. To podcast, który powolutku zdobywa swoją przestrzeń. Nie jest klikalny, bo nie zapraszam topowych gwiazd. Nie mam gigantycznych zasięgów. Nie mam za sobą mocnego wsparcia w postaci portalu, gazety lub rozgłośni. Sam wybieram gości, sam montuję, sam piszę wstępniaki. Jadąc do Cieszyna, montowałem kolejny odcinek. Przeniosłem się do Urugwaju i na Wyspy Owcze. To właśnie tam żyje moja gościni, Kinga Eysturland.
To taki projekt, do którego dopłacam, nie zarabiam na nim. Realizuję swoją pasję. Nie wiem, na jak długo starczy mi paliwa. Obecnie realizuję trzeci sezon. Ostatnio nagrałem kolejne dwie rozmowy. Jednym z moich gości będzie wspaniały botanik, Artur Zagajewski. Ciekawie zapowiada się także podcast, którego twarzą będzie człowiek podróżujący po Polsce ze swoim kotem i pomagający ludziom. Chciałem, by mój program przybliżał też sylwetki osób, które nie są znane, a mają ciekawe historie. Każdy z gości może stać się inspiracją dla innych, co z kolei może pomóc mu w rozwijaniu swojej pasji. 
Mam oczywiście ludzi, którzy mi pomagają i jestem im za to bardzo wdzięczny. 
Jestem ciekaw, w którą stronę to pójdzie. Czy w stronę moich marzeń i uda mi się kiedyś pojechać w Bieszczady do jakiegoś drwala, usiądziemy na pniu i porozmawiamy, czy raczej program zostanie utrzymany w stylu warszawskim.
Oczywiście pojawiają się też tacy goście jak polski dziennikarz, pisarz i popularyzator historii Bogusław Wołoszański czy himalaista Piotr Pustelnik. Uwielbiam ten program.
W ten sposób połączył Pan dwie miłości - tę do podróżowania i rozmów z drugim człowiekiem. Jaka była droga od pomysłu do realizacji?
Pomysł rozwijał się we mnie przez długi czas. Jestem mistrzem planowania i gadania o tym, co zrobię (śmiech). Tu jednak na gadaniu się nie skończyło. 5 lutego 2023 roku mój podcast wystartował. Jako pierwsza światło dzienne ujrzała rozmowa z listopada 2022 roku, ponieważ z racji tego, że umarł mój ojciec, premiera została przesunięta w czasie.
Za mną już dwadzieścia trzy rozmowy, dwa odcinki "The best of". W tym sezonie nagram jeszcze pięć odcinków. Łącznie będą dostępne trzydzieści dwa odcinki. Jest szansa, że powstanie z tego książka.
To moje największe szczęście, największa pasja. Moment, w którym zbieram materiały, przygotowuję się i robię research, jest moim ulubionym. Nie lubię natomiast promocji, wrzucania postów do mediów społecznościowych i reklamowania się. Nie umiem tego robić. Promowanie mnie nie kręci. Akurat w tej kwestii byłoby łatwiej, gdyby stał za mną jakiś potężny koncern.
Rozmowy realizowane są w camperze, miejscu, które na pierwszy rzut oka nie nadaje się do nagrań. 
Jest idealne.
Jak camper jako miejsce rozmów odbierany jest przez gości?
Bardzo pozytywnie. Szczególnie gdy podjeżdżam pod czyjś dom. Gość wychodzi w kapciach, najczęściej z kawą. Studio jest przygotowane. Najpierw robimy sobie parę zdjęć i zaczynamy rozmawiać. Godzę się na to, by ten podcast nie był idealny. Zdarza się, że w tle naszej rozmowy słychać przejeżdżające samochody. Czasem ktoś do nas zapuka. To wszystko zostaje w tych rozmowach zachowane. Tak ma być. Rozmowa ma być w drodze, a kiedy w niej jesteśmy, nie jesteśmy w sterylnych, studyjnych warunkach. Samochód ma dobre właściwości tłumiące. Akustyka jest dobra.
Mam wrażenie, że rozmowa w camperze dla gości jest zdecydowanie mniej stresująca, niż gdyby miała się odbywać przed kamerą.
Dokładnie tak. Każdy to podkreśla. Gdybym myślał o zasięgach, byłaby to rozmowa wideo. W dzisiejszych czasach liczy się obraz. Nagrania audio są mniej popularne. Upieram się jednak, aby było to radio w starym stylu. Żebyśmy nie musieli wyglądać idealnie. A radio to nie tylko głos, ale też pewnego rodzaju tajemnica.
Ile przejechał już Pan kilometrów, zmierzając do swoich rozmówców?
Oj, to były setki kilometrów. Gdybym zarabiał na swoim programie, mógłbym zrealizować swoje marzenie, jeździć po Polsce, odwiedzić Bieszczady, a nawet Cieszyn i realizować rozmowy na terenie całego kraju. 
W 22. odcinku rozmawiał Pan z Łukaszem "Knopkiem" Konopką, lektorem Netflixa. Rozmawialiście o potędze ludzkiego głosu i urządziliście bitwę na głosy. Kto wygrał?
Ja (Śmiech). Łukasz "Knopek" Konopka jest wybitnym lektorem. Jest jednym z najbardziej pracowitych ludzi, których spotkałem na swojej drodze. Jest tancerzem. Swego czasu w ogóle nie zajmował się głosem. Wszystkiego nauczył się sam.
Pana najbliższe plany zawodowe to przede wszystkim trasa ze spektaklami oraz realizacja kolejnych odcinków podcastu. Może szykuje się coś jeszcze?
Ruszamy w kolejną trasę ze spektaklem "Miłość i polityka". Skupiam się także na moim podcaście "Z Nowickim po drodze". Być może czekają mnie też próby do nowej sztuki, ale nic więcej powiedzieć nie mogę. Zaczynam już myśleć o mojej wakacyjnej wyprawie do Norwegii i Serbii. Podróże są chyba dla mnie teraz najważniejsze.

Artur Gadowski nie tylko o muzyce [WYWIAD]

Artur Gadowski nie tylko o muzyce  [WYWIAD]

















fot. Paweł Lacheta

1 lutego w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie zespół Ira zaprezentował repertuar koncertu "Ira - Akustycznie", który jest kontynuacją jubileuszu 35-lecia zespołu.

Artur Gadowski opowiadał nie tylko o koncertach. Pokusił się również o krótkie podsumowanie dotyczasowej działalności zespołu, choć jak sam przyznał, zamiast żyć wspomnieniami, woli skupiać się na tym, co tu i teraz.

Frontman grupy zdradził również, jak ważną rolę w powrocie zespołu na scenę po przerwie, która nastąpiła w drugiej połowie lat 90. ubiegłego roku, pełnił...internet.

Lider legendarnego zespołu Ira, muzyk, kompozytor, autor tekstów a prywatnie - kolekcjoner płyt. Słowem wstępu - wszystko się zgadza? (Śmiech)

Wszystko się zgadza (Śmiech.) Z tym kolekcjnowaniem płyt bym nie przesadzał, bo nie mam ich znów w tak strasznie dużej ilości. Choć to prawda, że wspominałem o nich ostatnio na swoim profilu na Facebooku, bo od czasu do czasu trzeba je przewietrzyć i ich posłuchać.

Czy jak na frontmana legendarnego zespołu rockowego przystało, słucha Pan właśnie przede wszystkim rocka, czy jednak gustuje w innym gatunku muzycznym?

Nie. Słucham bardzo różnej muzyki. W kręgu moich zainteresowań nie ma disco polo, nie ma elektronicznego popu, muzyki techno i hip-hopu, ale cała reszta - jak najbardziej.

Cieszyn i okoliczne miasta często znajdują się na koncertowej mapie Iry. Jak wraca się w te strony?

Z przyjemnością. Gdyby tak nie było, nie przyjeżdżalibyśmy tutaj. Od lat przywozimy stąd dobre wspomnienia. Zawsze wracamy z przyjemnością.

Akustyczne wersje swoich największych przebojów, ale także nowsze utwory zagraliście w Teatrze im. Adama Mickiewicza. Mówi się, że to miejsce magiczne...

Po próbie miałem przyjemność obejrzeć tutejszy teatr, bardzo mi się podoba.

Trasa ta jest kontynuacją jubileuszu 35-lecia zespołu. Kiedy to minęło? (Śmiech.)

Choć kontynuujemy obchody 35-lecia, na scenie jesteśmy już od trzydiestu sześciu lat. Staram się o tym nie myśleć, ponieważ to taka ilość czasu, że wszystkiego nie można zapamiętać, a jak wiemy, pamięć płata figle. Czasem, niektóre rzeczy zapamiętujemy inaczej niż to miało miejsce. Kiedy rozmawiam z kolegami, często łapiemy się na tym, że każdy z nas zapamiętuje zupełnie inne szczegóły. Choć oczywiście wracamy do pewnych momentów, to staramy się żyć dniem dzisiejszym a nie wspomnieniami. (Śmiech) 

Gdyby miał Pan te 35 lat zamknąć w jednym słowie lub zdaniu, jakie mogłoby paść?

 Oj, nie da się. (Śmiech) 

Wróćmy na moment do przeszłości. W drugiej połowie lat 90. zespół Ira zawiesił działalność, a Pan rozpoczął karierę solową. W wielkim skrócie - do powrotu zespołu na scenę mobilizowały dwa czynniki - fani i... raczkujący wówczas internet. Zastanawiał się Pan kiedyś nad tym, czy gdyby nie pojawiło się wtedy nowe medium, moglibyście już nie wrócić na scenę jako zespół?

Na pewno nie wrócilibyśmy na scenę w tym składzie. Dowiedzieliśmy się wtedy, że nadal istnieją fani zespołu Ira. Nie były to tylko osoby, które nas znały i widziały nas wcześniej na koncertach i słyszały nasze płyty, tylko były to zupełnie nowe osoby, które wcześniej nie miały okazji być na naszych koncertach. Śledziliśmy ich rozmowy na czatach internetowych, które prowadzili na stronie, którą sami założyli. Zorientowaliśmy się, że kiedyś chcieliby być na naszym koncercie. Postanowiliśmy wtedy z kolegami, że musimy to naszym sympatykom dać, musimy wrócić na scenę i dalej grać koncerty.

W 2002 roku wróciliście, a wraz z Wami pojawiła się płyta "Tu i teraz".

 Mogliśmy ogłościć swój powrót i zagrać stare piosenki, ale chcieliśmy być uczciwi. Postanowiliśmy, że powodem naszego powrotu będzie nowa, wspominana podczas naszej rozmowy płyta "Tu i teraz".

"Jutro" to Wasz dwunasty już album studyjny. Na rynku pojawił się w czasie pandemii, 14 maja 2021 roku, czyli blisko pięć lat po wydaniu Waszej ostatniej płyty. Do tego, że trzeba było tak długo czekać, przyczyniła się m.in. pandemia. Co jeszcze?

Pandemia była na pewno czynnikiem spowalniającym wydanie płyty. Jednak, jeśli chodzi o tę warstwę muzyczną, to nam dobrze zrobiło, ponieważ dopisałem kilka piosenek, które pewnie, gdyby nie pandemia, prawdopodobnie w ogóle by nie powstały. To jedyny plus z tego czasu, kiedy wszyscy siedzieliśmy w zamknięciu, bez wykonywania swojej pracy. (śmiech)

Gdyby miał Pan wskazać swój ulubiony utwór z płyty "Jutro", na jaki mogłoby paść?

 Bardzo lubię "Piękny kraj".

Na pewno wyjątkowym dla Pana utworem jest "Zimowa", albowiem poza tym, że napisał Pan do niej słowa, wyreżyserował Pan również teledysk. Mówi Pan, że nie umie opowiadać o piosenkach, ale może jednak coś Pan o "Zimowej" powie. (Śmiech) 

Teledysk również zmonotowałem, bo nie było chętnych. Lubię tę piosenkę. Ma zimowych klimat, choć zimy nie lubię, ale piosenki o takim klimacie od zawsze do mnie przemawiały. Dużo jest takich wykonawców, których lubię za to, że są smutni. (Śmiech)

(Śmiech) Z czego to wynika?

Lubię smutne piosenki.

Jaka jest Pana ulubiona smutna piosenka?

Nie wiem, czy mam taką. Tu chodzi raczej o sam klimat. To są wszystkie piosenki, które mają jakiś taki smutek w sobie. Zawsze chwyta mnie to za serce.

Skąd pomysł na taką realizacje teledysku do utowru "Zimowa"? Czym Pan się inspirował?

Teledysk powstawał bardzo spontanicznie. Znajomy, który dysponuje teatrem, udostępnił nam salę, w której nakręciliśmy zdjęcia zespołu. Kolejna osoba zaproponowała, że możemy wykorzystać jego zabytkowe auto... Gdyby ekipa zawodowców zobaczyła, w jaki sposób ten teledysk powstawał, wyśmiałaby nas. (Śmiech) Jednym słowem - korzystaliśmy z tego, co było dostępne.

Skupiacie się teraz przede wszystkim na trasie akustycznej i kontynuacji oobchodów 35-lecia zespołu, czy jednak myślicie już o kolejnym krążku? W jakim klimacie będzie utrzymany?

Przygotowujemy nowe wydawnictwo, ale jeszcze nic nie powiem, bo prace nam się na ten moment zatrzymały. Nikt i nic nam nie pomaga, pracujemy nad metariałem, który sobie wymarzyliśmy. Efekty będzie można poznać pod koniec roku.

Na koniec wspomnijmy jeszcze o piosence "Wiara", która z Wielką Orkiestrą Świątecznej Pomocy związana jest od drugiego finału. Sentyment do utworu pewnie pozostał, prawda?

Tak, oczywiście. Podczas koncertu w Cieszynie "Wiara" również wybrzmiała.

Pan 32. finał wsparł m.in. poprzez wystawienie na aukcję kolacji w swoim towarzystwie. Wylicytowana została za 3 750 zł.

Strasznie droga ta kolacja (Śmiech) Będę się dwoił i troił, by to był świetny czas.


środa, 8 maja 2024

Tomasz Dedek o teatrze i "Rodzinie zastępczej" [WYWIAD]

Tomasz Dedek o teatrze i "Rodzinie zastępczej" [WYWIAD]




























fot. Agencja Gudejko / archiwum

Od 21 do 23 marca w Ustroniu odbywały się 25. Ustrońskie Spotkania Teatralne - USTa. W sobotę, 23 marca jako ostatni wśród festiwalowych propozycji wystawiony został spektakl "Prezent urodzinowy". Miałam okazję rozmawiać z aktorem. Opowiedział, w jakich okolicznościach założył konto na dawnym Twitterze, czyli portalu X. Przyznał również, czy otrzymał kiedyś nietypowy prezent i co, jego zdaniem, najfajniejszego jest w obdarowywaniu.

Na próżno szukać Pana oficjalnego profilu na Instagramie i Facebooku, ale za to, można Pana znaleźć na Portalu X, dawnym Twitterze. Dlaczego akurat to miejsce wybrał Pan do komunikowania się ze światem?

To był odruch. Nie pamiętam, ile lat temu założyłem tam konto, ale zapadło mi w pamięć, że zrobiłem to nad morzem, na plaży w Chałupach.

Czy jest szansa, że założy Pan kiedyś konto na Instagramie? (Śmiech) Może po naszym dzisiejszym spotkaniu coś się zmieni i zdecyduje się Pan na ten krok.

Kiedyś moja córka próbowała mi tam założyć konto. Wydaje mi się jednak, że właśnie Portal X, czyli dawny Twitter, jest dla mnie odpowiedni, by za jego pośrednictwem przekazywać różne treści.

Może po prostu jest również tak, że nie przekonuje Pana cukierkowa rzeczywistość, którą usilnie społeczeństwo lubi pokazywać na Instagramie? Nie wszystko jest tak cukierkowe, jak może się wydawać.

No właśnie. Tam wszystko wygląda trochę tak, jak byśmy nie wierzyli sami sobie i upiększali nie tylko świat, ale też swój wizerunek.

Dziś spotykamy się na 25. Ustrońskich Spotkaniach Teatralnych - "USTA". Czym jest dla Pana teatr?

Kiedyś teatr był dla mnie bardzo ważny, bo zaraz po ST trafiłem do Teatru Ateneum, z którym związany byłem ponad dwadzieścia lat. Moje życie jednak tak się potoczyło, że przez jakiś czas byłem tzw. wolnym strzelcem. Zawodowo nie był to mój najlepszy okres, ponieważ po zakończeniu moich serialowych przygód, wszystko ucichło, ale mimo to, był to bardzo fajny czas. Później dostałem propozycję współpracy od stołecznego Teatru Komedia, z którym związany jestem od ponad dziesięciu lat. Z Teatrem Capitol robimy przedstawienia, z którymi jeździmy po Polsce i dajemy ludziom radość. Przez wiele lat, kiedy byłem związany z Teatrem Ateneum, nie miałem okazji zagrać spektaklu komediowego, a teraz, na stare lata, dopadły mnie farsy. (Śmiech)

Nie jest to Pana pierwsza wizyta ze spektaklem w Ustroniu i okolicach, albowiem miał Pan też już okazję grać kilka lat temu m.in. w Cieszynie. Jak wraca się w te strony?

Cudownie się tutaj wraca. Moje pierwsze spotkanie z Cieszynem nastąpiło, kiedy przed laty, z Ateneum, w ramach Dni Teatru zagraliśmy spektakl "Trans-Atlantyk". Teatr w Cieszynie jest cudowny. To bez dwóch zdań wyjątkowe miejsce. Z tego, że mogę być tutaj po raz kolejny, jestem bardzo zadowolony.

Dziś zagrany zostanie spektakl "Prezent urodzinowy", który znajduje się w repetuarze stołecznego Teatru Capitol.

Spektakl wyreżyserował Jerzy Bończak, znakomity aktor, który od kilku lat bardziej skupia się na reżyserii.

Cała akcja toczy się w dwóch bliźniaczych apartamentach luksusowego hotelu.

W tych dwóch identycznych pokojach następuje pewne zabawne nieporozumienie, ponieważ do jednego z nich trafia zupełnie inna osoba niż ta, która miała się w nim pojawić. W trakcie akcji dowiadujemy się, o co w tym wszystkich chodzi. Więcej nie powiem. (Śmiech)

Pan wciela się w Boba, czyli jednego z dwóch bohaterów spektaklu, którzy otrzymują nietypowy prezent, jakim jest kolacja z kobietą swobodnych obyczajów.

Okazuje się, że tej kobiety tak naprawdę nie ma, bo to wszystko to spisek, który został uknuty przez jego przyjaciela. Bob jednak dobrze na tym wychodzi, ponieważ poznaje nową kobietę, z którą być może łączyłby swoją przyszłość, ale w ostateczności dochodzi do wniosku, że jednak spędzenie dwudziestu lat z żoną było czymś pięknym.

Jaki najbardziej nietypowy prezent Pan dostał na urodziny?

Dostaję zazwyczaj typowe prezenty lub też nie dostaję ich w ogóle.

Jak wynika z ankiety, na którą natknęłam się, kiedy przygotowywałam się do naszej rozmowy, aż 64 proc. Polaków woli dawać niż dostawać prezenty. Pan jest w której grupie?

Ja uwielbiam dawać prezenty. Wszystko jedno, czy to są prezenty-niespodzianki, prezenty zamawiane. Lubię sprawiać ludziom radość. Mam nadzieję, że "Prezent urodzinowy", z którym przyjechaliśmy do Ustronia, również okaże się być trafionym podarunkiem dla tutejszej publiczności.

Co takiego ma w sobie "Prezent urodzinowy", czego nie mają inne spektakle?

Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, ale to fantastyczne przedstawienie. Przede wszystkim ma… mnie w szpilkach (śmiech). Tak, przyznaję, że chodzę w tej sztuce w dwunastocentymetrowych szpilkach (Śmiech).

Jak Pan się w nich czuje?

Niedobrze. Nie wiem dlaczego, strasznie bolą mnie biodra (Śmiech). 

Zaprośmy wszystkich na tę sztukę.

Z tym spektaklem jeździmy po całej Polsce. Obsada jest wymienna. Zapraszamy serdecznie. Szczegółowy terminarz znajduje się na stronie Teatru Capitol.

W roli Jerzego Olewicza w serialu "M jak miłość" pojawił się Pan po raz pierwszy w 1460 odcinku serialu. Co ciekawe, nie jest to Pana pierwsza rola w tym serialu, albowiem na samym jego początku, wcielał się Pan w rolę Roberta Kozielskiego, który razem z Krzysztofem Zduńskim (w tej roli Cezary Morawski, przyp. red.) prowadził hurtownię. Jak wspomina Pan tamten czas?

Ojej, to było tak dawno temu. Nie pamiętam za bardzo tego czasu, ale zapadło mi w pamięć, że Robert wylądował w końcu za kratkami. Moim największym zdziwieniem było to, jak oni to wymyślili. Interesowało mnie, jak Kozielski zostanie zlikwidowany, by Olewicz nie był tą samą postacią, ale kiedy wszedłem na plan po raz drugi, przeczytałem w scenariuszu, że Jerzy do jednego z bohaterów mówi, że w życiu robił różne złe rzeczy i… był w więzieniu. No, trzeba powiedzieć, że wyszło dosyć zgrabnie. Wierni widzowie serialu mogliby przypuszczać, że pojawienie się Jerzego w serialu jest kontynuacją wątku sprzed lat.

Jak wraca się na plan, na którym pracowało się przed laty?

To już zupełnie inny plan, ponieważ w serialu co rusz pojawiają się nowi bohaterowie. Jeśli ten serial nadal podoba się ludziom, to znaczy, że jest dobrze.

Mam wrażenie, że są dwie postacie, z którymi do tej pory jest Pan kojarzony przez widzów. To "Mały", człowiek "Dzikiego" z "Poranka Kojota" oraz Jędrula z "Rodziny zastępczej". Czy się mylę?

Tak, najczęściej jestem łączony z tymi dwiema postaciami. Powiedziałbym nawet, że z Jędrulą jestem kojarzony o wiele częściej niż z "Porankiem Kojota". Z Joasią Trzepiecińską, która w "Rodzinie zastępczej" wcielała się w Alutkę, mam okazję grać teraz w spektaklu "Jak Zabłocki na mydle".

Pamięta Pan jeszcze jakiś kultowy tekst z filmu "Poranek Kojota"?

Pamiętam, ale nie powiem. (Śmiech)

Co jakiś czas powtarzają się pytania widzów, czy jest jeszcze szansa na powrót "Rodziny zastępczej" po latach. Gdyby dostał Pan taką propozycję, zdecydowałby się ponownie zagrać Jędrulę?

Całą ekipą musielibyśmy się nad tym zastanowić.