czwartek, 25 sierpnia 2022

Lucyna Malec: "Mimo wszystko, życie jest piękne"

 Lucyna Malec: "Mimo wszystko, życie jest piękne"













fot. zdjęcie nadesłane / VIVA

Lucyna Malec na Biegu po Nowe Życie w Wiśle pojawiła się po raz drugi. Uważa, że wszystkie historie, które można usłyszeć w kuluarach podczas tego wydarzenia, są niesamowite. Sama podczas "Biegu po Nowe Życie" poznała Panią Jadzię, z którą się zaprzyjaźniła.

Poruszamy również temat serialu "Na Wspólnej".

Spotykają się tutaj osoby publiczne oraz osoby po przeszczepach. To okazja do wysłuchania wielu historii. Czyja historia najbardziej Panią poruszyła?

Uważam, że wszystkie te historie są wzruszające. W ubiegłym roku miałam przyjemność w sztafecie wystartować razem z Jadzią z Bielska-Białej, miasta, które jest mi bardzo bliskie, ponieważ stamtąd pochodzę. Jadzia jest po przeszczepie serca. W tym roku znowu się spotkałyśmy, ucałowałyśmy się. Myślę, że zakolegowałyśmy się. To jest cudowne. 

Celem Biegu po Nowe Życie jest nagłaśnianie tematu transplantacji i transplantologii. Co uważa Pani za największy sukces tego przedsięwzięcia?

Każda osoba, która zyskuje nowe życie, jest sukcesem tego przedsięwzięcia. 

Co powiedziałaby Pani tym wszystkim, którzy zastanawiają się nad podpisaniem oświadczenia woli na transplantację narządów?

Absolutnie nie mamy prawa wywierać presji na kogokolwiek, ponieważ uważam, że jest to bardzo trudna decyzja, bardzo bolesna dla ludzi, których odszedł ktoś bliski, a chcą przekazać jego organy dalej. To bardzo delikatna materia, ale oczywiście po to tu jesteśmy, by ludzi z tym oswajać, pokazywać, że to ma sens i że warto. Osoby po przeszczepach, które tutaj są, dają to świadectwo. Warto taką decyzję podjąć, choć jest ona niebywale trudna, wymagająca.

Sprawia Pani wrażenie osoby pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. Co daje Pani najwięcej siły w trudnych momentach?

Staram się żyć każdym dniem i powtarzać sobie jak najczęściej, że chociaż to nasze życie jest takie kruche i ulotne, trzeba się cieszyć każdą chwilą i powtarzać sobie, że życie, mimo wszystko, jest piękne. 

Czym jest dla Pani kontakt z widzem?

Gram przede wszystkim w Teatrze Kwadrat, który jest teatrem komediowym. Wielką siłę daje mi to, że ludziom mogę dać radość, dwie godziny fajnej zabawy, mile spędzonego czasu. To bardzo ważne. 

Nie sposób nie porozmawiać o serialu “Na Wspólnej", w którym od samego początku wciela się Pani w rolę Danki. W czym tkwi fenomen serialu?

W domach Polaków zagościliśmy dwadzieścia lat temu. Ludzie się z nami zżyli. Siłą też jest chyba to, że lubimy grać swoje postaci. 

Czy zdarza się Pani go oglądać? 

Oglądanie siebie na ekranie jest trudne, ale serial “Na Wspólnej" lubię oglądać. Zawsze mam tam do zagrania ciekawe rzeczy. Na plan przychodzę z ogromną przyjemnością.

Czy seriale szufladkują? Zdarza się Pani czasami otrzymywać propozycje ról, utrzymane w typie Danki? 

Nie, chyba nie (Śmiech). Seriale szufladkowały w czasach, kiedy było ich niezbyt wiele. W dzisiejszych czasach, kiedy jest ich naprawdę sporo, nie szufladkują już w tak dużym stopniu.

Pamiętam jeszcze serial "Bulionerzy" z Pani udziałem. Bardzo go lubiłam.

Bardzo dziękuję. Ja również bardzo lubiłam ten serial. Miło go wspominam.

Na próżno szukać Pani na Instagramie czy Facebooku. Nie wierzy Pani w siłę internetu?

Wierzę w siłę internetu, ale po prostu się na tym nie znam (śmiech). Rzeczy techniczne mnie pokonują (Śmiech). 

sobota, 20 sierpnia 2022

Małgosia "Gono" Majerska: "Aktorstwo zawsze opiera się na czerpaniu z siebie"

 Małgosia "Gono" Majerska: "Aktorstwo zawsze opiera się na czerpaniu z siebie"














fot. zdjęcie nadesłane

Małgosia Majerska, znana też pod pseudonimem "Gono", realizuje się nie tylko w aktorstwie, ale też w muzyce. Miłośnikom seriali dała się poznać dzięki roli Niny w serialu "Bunt". Na co buntuje się w dzisiejszych czasach? Czy jej pseudonim artystyczny też jest pewnym rodzajem buntu?

W jednym z wywiadów z Tobą przeczytałam, że śpiewać chciałaś od zawsze. Swoje zamiłowanie do muzyki przejawiałaś już w wieku lat trzech. Czy było to poniekąd konsekwencją tego, że Twój Tata także jest muzykiem?

Nie wiem do końca, czy była to konsekwencja, ale na pewno wyssałam to z mlekiem matki. Tak naprawdę, jak zaczynałam śpiewać, nie miałam nawet trzech lat. Moja mama się śmieje, że podśpiewywałam sobie, zanim w ogóle nauczyłam się mówić. Na VHS uwieczniono masę nagrań, kiedy wychodziliśmy np. na spacer, a kamera była skierowana w moją stronę i...faktycznie, cały czas coś śpiewałam sobie pod nosem. (Śmiech.) Nawet kołysanki na dobranoc śpiewałam sobie sama, więc od dziecka muzyka była obecna w moim życiu.

Nie było jednak tak, że rodzice naciskali, bym zajmowała się muzyką. Moja mama jest po wszystkich etapach edukacji muzycznej i wie, z czym to się je.

Odradzała Ci pójście tą drogą?

Raczej tak, ale ja sama chciałam. W wieku pięciu lat wymyśliłam, że będę grała na skrzypcach.  Poprosiłam, by pozwolili mi zdać do szkoły muzycznej, dostałam się i skończyłam I. stopień w klasie skrzypiec. Chciałam i koniec. (Śmiech.) Wiedzieli, że jak się nie zgodzą, to ja i tak postawię na swoim. 

Czyją twórczość dzięki swoim rodzicom poznawałaś jako pierwszą? Z jakimi wykonawcami lub piosenkami kojarzy Ci się dzieciństwo?

Dzieciństwo kojarzy mi się przede wszystkim z muzyką klasyczną, której najczęściej słuchaliśmy w domu. Kiedy jechałam z tatą do szkoły, prawie zawsze w odbiornikach towarzyszyło nam RMF Classic.
Nawet mam takie nagrania, kiedy w tle słychać "Jezioro łabędzie" Czajkowskiego, a ja biegam po pokoju i tańczę. Słuchałam oczywiście też czegoś innego, ale takie najwcześniejsze wspomnienia związane są faktycznie z klasyką. 

W marcu 2021 roku wydałaś swojego singla "Honda". Mówisz, że zawsze chciałaś tworzyć, tu cyt. "elektronikę masującą mózgi". Co kryje się pod tym pojęciem?

(Śmiech.) Kiedy słucham przede wszystkim muzyki elektronicznej, mam takie poczucie spełnienia. W elektronice najbardziej syntezatory masują mi mózg i powodują poczucie dopełnienia. Choć nie odczuwam tego przy słuchaniu każdego gatunku, to przy muzyce klasycznej mam podobnie. Chodzi mi o taki rodzaj doznania, że człowiek, który słucha danej muzyki, nie jest obojętny. Nie wiem, czy jest to kwestia beatów lub alikwotów, ale muzyka pulsuje. Szukam brzmień, które tak trochę jakby falują. To można wysłyszeć. To jest tzw. "masowaniem mózgu".

Będziemy rozmawiać o serialu "Bunt", ale bunt nie jest Ci obcy również w muzyce. Twoja ksywka sceniczna "Gono" też podobno zrodziła się z pewnego rodzaju buntu. To prawda?

Tak. Związana jest z tym zabawna historia. Dwie moje przyjaciółki, kiedy byłyśmy na wyjeździe i miałyśmy fazę na "suchary", zamieniałyśmy słowa, jak np. bluza = greenza. Jedna z nich powiedziała, by coś mi podać. Vanessa Aleksander zapytała wtedy - "Gosi, czy Gono?" Stwierdziłyśmy, że to takie wcielenie mojego imienia, w którym wszystko jest na nie. To taka ciemna strona, osoby, która przeklina, imprezuje itp. Kiedy zaczęłam używać tej ksywki, okazało się, że to faktycznie, taka moja mroczniejsza strona. 

Pytana o definicję buntu stwierdzasz, że patrzysz na bunt właśnie jako na akt niezgody na niesprawiedliwość czy wyrządzane wokół nas zło. Na co najczęściej buntujesz się w dzisiejszych czasach?

Buntuję się na brak szacunku do drugiej osoby. Buntuję się na chamstwo i brak kultury. Uważam, że każdemu należy się szacunek, rozmawiać można normalnie, nikogo nie obrażając, nawet jak z kimś się absolutnie nie zgadzamy. Denerwuje mnie też obojętność. Reagowanie i wypowiadanie się na ważne tematy jest ważne.



































fot. Fotografia Małgorzata Wielicka

Czy w ramach pracy nad rolą poznawaliście prawdziwe historie tzw. "trudnej młodzieży"? Czy sama zgłębiasz ten temat? Co najbardziej Cię w nim porusza?

W jednym z wywiadów mówiłam, że jako dziecko jeździłam na obozy, które były organizowane przez jedną z Fundacji, która była zaprzyjaźniona z moimi rodzicami. Były to obozy organizowane z myślą o dzieciach z domów dziecka i dzieciach z tzw. "trudnych rodzin". 

Jako że ja też byłam wtedy dzieckiem, poznawałam ich wszystkich nie z perspektywy osoby dorosłej, ale z dziecięcego pułapu. Traktowałam ich jako swoich kolegów. Wiedziałam, że są z domu dziecka, ale traktowałam ich na równi. Oczywiście, zauważałam kilka różnic, ale były przeze mnie zupełnie inaczej postrzegane.

Kiedy trwały zdjęcia do serialu "Bunt", wracałam do tych wspomnień i próbowałam sobie przypomnieć, jak to było, jak te dzieciaki się zachowują, jakie mają charakterystyczne cechy itd.

Przy realizacji serialu starałaś się czerpać ze swoich doświadczeń?

Tak. Aktorstwo polega na tym, aby umieć sobie wyobrazić, co wydarzyłoby się, gdybym to ja znalazła się na miejscu danej postaci. 

Podchodzisz w ten sposób do postaci?

Tak. To szkoła Davida Mameta, twórcy teorii aktorstwa. W swojej książce "Prawda i fałsz" pisze na ten temat. 

Aktorstwo zawsze opiera się na czerpaniu z siebie, ale nie ze swojej egzystencji dzisiaj, bo jednak nie jestem tą postacią i wyznaczam granice, ale chodzi o to, by wiedzieć, jak zachowałabym się w podobnej sytuacji.

Z perspektywy widza, wyczuwam w Waszym serialu przesłania — że każdy jest ważny i potrzebny oraz że nie zawsze nasze losy zależą wyłącznie od nas, ale w każdej chwili możemy o siebie zawalczyć. Zgadzasz się z tymi stwierdzeniami? 

Jak najbardziej. Myślę, że największą uwagę przykuwaliśmy do tego, by swoich bohaterów bronić za wszelką cenę i pokazywać, że świat nie jest czarno-biały. Łatka trudnego nastolatka, kryje pod spodem wiele przyczyn. Dorośli widzowie na pewno mieli tego świadomość, ale nie wiem, czy młodsi widzowie zastanawiali się nad tym w ten sam sposób. Dzieciaki z trudnych rodzin nie są złe. Chcą o siebie zawalczyć, ale rzeczywistość nie zawsze im na to pozwala. 



























fot. TVN, materiały prasowe serialu "Bunt" - na zdjęciu Małgosia Majerska w roli Niny, B.R.O. oraz Maciej Kucharski jako Kajetan

Czy pod wpływem historii, którą opowiadaliście za pośrednictwem "Buntu" zdarzało się, że pisały  do Ciebie dzieciaki z podobnych ośrodków, jak ten, który pokazujecie w serialu?

Nie, jeszcze mi się nie zdarzyło, by napisał ktoś, kto jest w MOWie. Dostałam kiedyś wiadomość od wychowawczyni, która pracuje z taką młodzieżą. Pisała, że oglądała. 

Wcielałaś się w Ninę, która ponosiła konsekwencje nienawiści swojej matki do jej ojca. To, jak była traktowana zaowocowało serią różnych jej zachowań. Piła, wracała w środku nocy... Co było dla Ciebie największym wyzwaniem w budowaniu tej postaci?

Kiedy wcielałam się w Ninę, nie zapominałam o jej przeszłości. Nina była jedną z najbardziej pozytywnych osób, które zamieszkiwały ośrodek. Nie była jak Jajko (w tej roli Maciej Kosiacki, przyp. red.) lub Zośka, (w tej roli Iga Górecka, przyp. red.), którzy czasem reagowali agresywnie. 

Zośka i Jajko należeli do tych postaci najbardziej zbuntowanych, a Nina była trochę inna. Jednym z najtrudniejszych dla mnie momentów było zagranie tej trudnej relacji z mamą. 

Trudna przeszłość i jej konsekwencje to jedno, ale gdzieś w tym wszystkim jest też jej ogromna miłość do muzyki. Na planie spotkałaś się m.in. z B.R.O., z którym nagrywaliście piosenkę "Bunt". Jak wspominasz te dni zdjęciowe?

Było bardzo fajnie, śmiesznie. Dla Kuby też było to czymś nowym, bo nigdy wcześniej nie grał w serialu. Kiedy kręciliśmy teledysk, byłam chora. Patrzę na te sceny i na szczęście tam tego nie widać, ale pamiętam, jak fatalnie się wtedy czułam.

Połączenie dwóch pasji, (w tym przypadku aktorstwa i muzyki) daje Ci jako wokalistce jeszcze większą satysfakcję, prawda?

Tak. Bardzo się cieszę, że w serialu "Bunt" pojawił się taki wątek, pozwalający mi połączyć aktorstwo z muzyką. Obydwoma tymi rzeczami zajmuję się na co dzień. Obydwa te nurty są dla mnie tak samo pociągające.

























fot. Fotografia Małgorzata Wielicka

Co łączyło Cię z Niną, a co Was totalnie dzieliło?

Łączyła nas pasja do muzyki, ale każdą z nas ciągnęło do innego nurtu. Nina traktowała ją jako - tu użyję mocnego określenia - "wyrzyg emocjonalny", w sposób rockowy i punkowy, oparty na darciu, a ja traktuję ją jako rodzaj wypłukania ze swoich traumatycznych doświadczeń. 

Oprócz tego, że nasze historie są kompletnie różne, dzieli nas też to, że bywam od niej bardziej spokojna. 

Czy dzięki serialowi przybyło także fanów Twojej muzyki?

Nie odczułam tego jakoś bardzo, ale to też dlatego, że swoją muzykę dopiero rozkręcam. 

Do czego obecnie jest Ci bliżej? Do bycia aktorką, czy wokalistką?

To bardzo trudne pytanie. (Śmiech.)

Z czego byłoby Ci łatwiej zrezygnować?

Z niczego nie chciałabym rezygnować. Jako aktorka i wokalistka pracuję już od kilku lat i to jest jedno, ale moja muza, to osobny rozdział, który dopiero buduję.

Jest szansa, że w najbliższym czasie pojawi się jakiś Twój nowy utwór?

Jest szansa. (Śmiech.) Wydarzy się to w niedalekiej przyszłości. Nie mogę się doczekać, kiedy się ukaże. 

W jakim klimacie utwór będzie utrzymany?

Będzie to klimat elektroniczno-rapowy. Utwór będzie inny niż "Honda". Będzie można przy nim pokiwać nóżką.

Jesteś też aktywna na Instagramie. Czym lubisz się dzielić?

Jestem aktywna na Instagramie, ale są granice, których nie przekraczam. Nie mam oporów, by czymś dzielić się w sieci. Większość obserwatorów to moi znajomi. Teraz to się zmienia, ale różnica nie jest drastyczna. Followersów traktuję jak grono znajomych, których to, co robię, interesuje. 

Czego poszukujesz w sieci?

Szukam różnych rzeczy. To zaczyna się na muzyce, inspiracji. 

Czy dotykają Cię czasem ciemne strony internetu? Zmagasz się z hejtem?

Na szczęście zdarza mi się to bardzo rzadko. Nie pamiętam, kiedy ostatnio miałam przypadek typowego hejtu w internecie. Mam jednak masę koleżanek aktorek, które niestety często zmagają się z hejtem. 

Co daje Ci w dzisiejszych niełatwych czasach najwięcej radości?

Muzyka i spędzanie czasu z osobami bliskimi mojemu sercu i tenis. 

Jeśli chodzi o inne sporty, sezonowo jeżdżę konno. 

Sprecyzuj najbliższe plany.

Trwają próby do nowego spektaklu W Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie, premiera odbędzie się w połowie listopada. Już nie mogę się doczekać. 

wtorek, 2 sierpnia 2022

Mikołaj Roznerski: "Aktor jest przekaźnikiem emocji"

Mikołaj Roznerski: "Aktor jest przekaźnikiem emocji"










fot. zdjęcie nadesłane

5 czerwca w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie zagrany został spektakl "Dwoje na huśtawce", który tym sposobem wrócił na afisz teatralny po trzech latach przerwy.

Na scenie pojawili się - Anna Dereszowska i Mikołaj Roznerski. Tego wieczoru był obecny również Jerzy Gudejko, reżyser spektaklu. Z Mikołajem Roznerskim rozmawiałam nie tylko o prawie premierowych emocjach i samym spektaklu, ale również o filmie "Poskromienie złośnicy".

Wraz z Anią Dereszowską "Dwoje na huśtawce" zagraliście po trzech latach przerwy. To prawie jak premiera, prawda? (Śmiech.)

Granie spektaklu po takiej przerwie, to faktycznie, prawie jak premiera. Trochę się z Anią denerwowaliśmy, ale mieliśmy ten tekst już jednak we krwi,w swoich organizmach. Okazało się, że wszystko pamiętamy i...poszło w Cieszynie. (Śmiech.) Było widać, że wiodwnię też trochę poniósł nasz spektakl, były owacje na stojąco. To jest bardzo miłe. Grałem tu już wcześniej, ale nie pamiętam, który to był spektakl.

To słodko-gorzka komedia romantyczna z tekstem, który liczy już ponad 60 lat, a jest szyty jakby na miarę. Wręcz ponadczasowy.

Zgadzam się z tym w 100%. Taka historia może przydarzyć się ludziom w każdym wieku. Mówimy o miłości, czyli o czymś naturalnym, co nas dotyczy. Opowiadamy o emocjach i o tym, jak dawać sobie z nimi radę. Poruszamy też temat samotności i poszukiwania szczęścia. To kwestie aktualne, wręcz uniwersalne.

Przez  dwie godziny serwujecie widzom sceny, jak stwierdzono w jednej z recenzji - "z nie zawsze wesołego miasteczka". Spotkałeś się już wcześniej z podobnymi opiniami?

Tak. Nie opowiadamy tu o dwojgu na huśtawce w parku, ale o huśtawce emocji. (Śmiech.) Nasz spektakl ma co prawda zabawne momenty, ale nie brakuje w nim też słodko-gorzkich chwil.

Wywoływanie w sobie tylu emocji w tak krótkim czasie musi być wymagające. Masz swoje sposoby?

Emocji nie uczymy się w Szkole Teatralnej, ale jesteśmy ich przekaźnikami. Nie wiem, jak sobie z tym radzę. Po prostu to robię.

Cieszyńska publiczność wyczekiwała tego teatralnego spotkania z Wami. W czym Twoim zdaniem, oprócz obsady i ponadczasowego tekstu, zawarty jest jeszcze sukces spektaklu?

Wydaje mi się, że to po prostu fajny spektakl, który zmusza do myślenia. To sztuka z bardzo mądrym tekstem, w której poruszane są bardzo bliskie nam wszystkim problemy. Widzowie identyfikują się z naszymi bohaterami.

"Poskromienie złośnicy", to nowa polska produkcja Netflixa, która miała swoją premierę 13 kwietnia. Długo utrzymywaliście się w czołówce najchętniej oglądanych netflixowskich produkcji nie tylko w Polsce, ale i na całym świecie. Liczyłeś na tak duży sukces filmu?

Tak duży sukces "Poskromienia złośnicy" był dla mnie ogromnym pozytywnym zaskoczeniem. W Polsce przez krytyków nasz film został bardzo słabo przyjęty, ale przez przez świat i ludzi, którzy lubią kino rozrywkowe został bardzo dobrze przyjęty. To dla mnie najważniejsze.

Obejrzałeś "Poskromienie..."? Jak to jest - lubisz oglądać siebie na ekranie, czy należysz to tych aktorów, którzy wręcz tego nie cierpią? (Śmiech.)

Oglądanie siebie na ekranie jest bardzo trudne i przyznam, że mam czasem opory. Najtrudniejsze jest oglądanie siebie w czymś po raz pierwszy, bo wtedy aktor siebie ocenia, nic mu się nie podoba. Widzi kogoś obcego, z nie swoim zachowaniem.

Wydaje mi się, że w "Poskromienie złośnicy" zrobiłem wszystko, co w mojej mocy, by skonstruować bohatera według wytycznych, które otrzymałem. Poszło w świat. (Śmiech.)

Jak w kilku słowach opisałbyś Patryka, w którego się wcielasz?

To uroczy lekkoduch ze stolicy, który myśli, że jak pojedzie do Zakopanego, to je zawojuje. (Śmiech.) Zachowuje się czasami nieco głupkowato, ale moim zamiarem było skonstruowanie bohatera, który będzie lekki, przyjemny i którego będzie się po prostu lubić.

Dałeś tej postaci też coś od siebie?

(Śmiech.) Swoje oczy, swoje włosy, swoje ciało...Dużo mu dałem od siebie. (Śmiech.)

Niewątpliwie częścią składową sukcesu filmu są krajobrazy Podhala. Na materiałach zza kulis widać było, że świetnie tam się czułeś. Kiedy masz już czas dla siebie, często uciekasz w góry?

Nie. Kiedy mam chwilę wolnego czasu, spędzam go z bliskimi i uciekam wtedy daleko.

Najbliższe plany.

Mam szczęście, że gram w wielu fajnych spektaklach, które gram w całej Polsce. Trwają zdjęcia do kolejnej produkcji Netflixa. Dużo czasu spędzam też na planie "M jak miłość", gdzie kręcimy nowy sezon, na który zapraszam już od września.

sobota, 30 lipca 2022

Cleo: "Moc biorę z koncertów"

 Cleo: "Moc biorę z koncertów"













fot. zdjęcie nadesłane

Jako pierwsza wystąpiła na scenie plenerowej nad Olzą podczas 30. Święta Trzech Braci. W rozmowie zdradza, jakie marzenie z dzieciństwa ostatnio spełniła, jakie są jej pierwsze wspomnienia z tego czasu i czym są dla niej tytułowe "Żywioły", których dotyczy ostatni singiel.

Spotykamy się tuż po zakończonym koncercie, który zagrałaś dziś w Cieszynie z okazji Święta Trzech Braci, które wróciło, jak wiele innych imprez, po pandemicznej przerwie. Jak samopoczucie po zejściu ze sceny?

Bardzo dobrze. Oprócz gorącej pogody, towarzyszyła nam świetna energia, która unosiła się tu świetna energia.

Z tego, co kojarzę, to Twój pierwszy koncert w Cieszynie...

Nie byłabym tego taka pewna. (Śmiech.) Na pewno graliśmy blisko Cieszyna już wcześniej, ale nie pamiętam, czy był to koncert klubowy, czy plener.

Kiedy przy okazji 53. Dni Skoczowa rozmawiałam z Sarsą, powiedziała mi, że mimo tego, że wróciliście już na dobre na scenę, cały czas jesteście wygłodniali kontaktu z publicznością i koncertów. Tak jest też w Twoim przypadku?

Zgadza się. Co prawda ja grałam mimo tych wszystkich obostrzeń. Koncerty odbywały się przy obowiązującym wtedy rygorze. Było dość dziwnie. (Śmiech.) Tak, jak mówi Sarsa, jako twórcy jesteśmy wygłodniali tej energii, która płynie ze strony publiczności.

Rozpiera Cię dziś niesamowita energia, nie tylko na scenie, ale także poza nią. Koncertować będziesz przez cały weekend. Zastanawiałaś się, ile w ciągu najbliższych dni przemierzysz kilometrów? (Śmiech.)

Ojej, nie mam pojęcia. Trzeba spytać mojego kierowcy. (Śmiech.) Powiem tylko, że jest hardcore. (Śmiech.)

"Czasem mniej znaczy więcej", to piosenka, którą stworzyłaś do filmu "Detektyw Bruno". Jest spełnieniem Twoich marzeń.

Stworzenie utworu “Mniej znaczy więcej” jest spełnieniem moich marzeń. Zawsze chciałam usłyszeć moją muzykę w kinie. Przyznam, że myślałam o tym od dziecka. Kiedy lecą napisy końcowe, a piosenka rozlega się z głośników…wspaniałe uczucie

Kochasz kino, najbardziej lubisz horrory, ale nie ukrywasz, że kiedy byłaś mała, z Mamą najczęściej wybierałaś pozycje właśnie z kina familijnego. Pamiętasz swój ulubiony film z dzieciństwa?

Filmy z serii "Kevin sam w domu" znam na pamięć do tej pory. Ogólnie bardzo lubiłam filmy z końcówki lat 90-tych. Serial "Friends" też był mi bardzo bliski. Wychowałam się na takim klimacie.

Tu bohaterem jest Bruno, Iwo Rajski. Jest dzieciakiem poszukującym przygód. Jakim to Ty byłaś dzieckiem?

Byłam dzieckiem rozśpiewanym i tańczącym, ale bywałam też skryta. Lubiłam siedzieć sobie nocami w ukryciu, malować na płótnie, projektowałam... Od zawsze towarzyszyło mi artystyczne ADHD.

Jakie jest Twoje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa?

Nie przytoczę nic konkretnego, ale pamiętam, że zawsze miałam u boku swojego brata bliźniaka. Byliśmy nierozłączni.

Twoim najnowszym singlem jest utwór "Żywioły". Czym są dla Ciebie tytułowe "Żywioły"?

Utwór jest w pewnym stopniu opowieścią o moich rodzicach. To idealny dowód na to, że przeciwieństwa się przyciągają. Moi rodzice mają różne gusta, a mimo to, kochają się przez całe życie. Moim zdaniem wiele jest takich par. O tym są "Żywioły".

To kolejny singiel z płyty "vinyLOVA". Ulubiona piosenka z niej to...

Ciężko wybrać, ale największy sentyment mam do "Za krokiem krok", bo właśnie ten utwór był pierwszą iskierką na tę płytę.

Najbliższe plany.

Dużo koncertów, dużo kilometrów i praca nad nowym materiałem. Nie zdradzę jeszcze w jakim klimacie, ale ja lubię, po perfumach powąchać trochę kawy. (Śmiech.)

Grażyna Zielińska: "Nie każdy aktor lubi oglądać siebie na ekranie"

Grażyna Zielińska: "Nie każdy aktor lubi oglądać siebie na ekranie"













fot. zdjęcie nadesłane

Z Panią Grażyną Zielińską miałam przyjemność rozmawiać w Cieszynie, przed spektaklem "Klimakterium i...już", gdzie wciela się w Zosię. Rozmawiałyśmy o tym, czy sztuka pomaga oswoić niektóre tematy i podejść do nich bardziej na luzie. 

Nie zabrakło też wspomnień z planu "Na dobre i na złe" oraz kilku słów o filmie "Uwierz w Mikołaja", który jest ekranizacją książki Magdaleny Witkiewicz o tym samym tytule. 

Spotykamy się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie na chwilę przed spektaklem "Klimakterium...i już. Jak samopoczucie?

Przed spektaklem zawsze trzeba mieć dobre samopoczucie. Wcześniej trzeba się skupić, przygotować, bo to ma być rozrywka.

Z "Klimakterium", gdzie wciela się Pani w rolę Zosi, jest związana od samego początku. Jak w kilku słowach opisałaby Pani przemianę, jaką Pani bohaterka przeszła na przestrzeni poszczególnych części spektaklu?

Tak, od początku wcielam się w rolę Zosi.Od tego czasu wcieliłam się też w inne role w tym przedstawieniu, wchodząc w zastępstwa w miejsce koleżanek.

Nie wydaje mi się, że Zosia przeszła jakąś szczególną przemianę. Ani nie można powiedzieć, że zmądrzała, ani nie podjęła żadnych decyzji jeśli chodzi o jej małżeństwo i jej męża Heniutka. Dalej go kocha. Nie oznajmiła nagle, że idzie szukać kochanka. (Śmiech.) Nic gwałtownego się nie stało. Spotkała się z przyjaciółmi, pogadała, wyżaliła. Opowiedziała trochę prawdy i trochę nieprawdy, jak to w życiu bywa i szczęśliwie wróciła do domu. (Śmiech.)

Proszę w kilku słowach opowiedzieć o Niej.

Wszystkie te dziewczyny nie są z jednej klasy, bo są w różnym wieku, ale są z jednej kamienicy. Spotykały się, a ta moja Zośka była wśród nich taką dziewuchą, która wyszła za mąż i mieszka w Białymstoku. Stamtąd przyjeżdża na spotkania z nimi. Jest zaradna, ale jest też taką typową Matką-Polką, co to wszystko przygotuje. Ciasto w dwóch tonacjach, jak to mówi moja koleżanka - i brązowe i inne, ale swoje marzenia, pragnienia oczywiście ma. Są to rzeczy związane z emocjami, uczuciami. Jest wierna swojemu mężowi, co jest bardzo piękne, ale jak to zwykle w małżeństwie bywa, są też tam złe momenty. Inaczej byłoby dziwnie i nikt nie uwierzyłby, że przez cały czas wyjadają sobie z dzióbków. (Śmiech.)

Zosia jest osobą życiową, optymistyczną, energiczną. Ma do siebie dystans, do życia podchodzi z humorem. Dzięki mnie to bardzo fajna postać. (Śmiech.)

To spektakl komediowy. Kiedy rozmawiam z aktorami, znaczna część stwierdza, że to najtrudniejszy gatunek do grania. Zgadza się Pani z tym stwierdzeniem? W czym Pani zdaniem zawarta jest ta trudność?

Tak się mówi, że to trudny gatunek, ponieważ przyjęło się, że trudno rozbawić publiczność. To taki sam gatunek, jak inne. Grać należy dobrze.

W komedii być może to sprawia trudność tym, co tak mówią, nie ma miejsca dla aktora na miny, komikowanie, robienie oczek. To nie estrada. Grać trzeba poważnie. To publiczność ma się bawić, a nie ja.

Komedia komedią, ale czy nie marzy się Pani rola teatralna lub filmowa, która będzie totalnym przeciwieństwem dotychczasowych? Może jakiś czarny charakter? (Śmiech.)

Tak, to jest zawsze ciekawe.

Wszyscy mówią - "Boże, Pani taka miła, taka ciepła, ojej"... a tu nagle, diabeł za skórą, czarny charakter, przedstawicielka, która ma pod sobą pięciu, sześciu chłopa, wysyła ich na zadania. (Śmiech.)

Każda postać, która nie budzi sympatii ludzi jest zawsze ciekawym wyzwaniem. W aktorach powinno być coś takiego, że każdy czarny charakter zagrają tak, by go wybronić.

Czy każdą postać można wybronić?

Nie wiem tego.

Nie pamiętam, by kiedykolwiek grała Pani w jakimkolwiek projekcie stricte złą kobietę...

Chyba nie, ale też takich anielic grzecznych, co to tylko do rany przyłóż, też nie. Każdą rolę staram się zagrać barwnie, żeby była ciekawa, bo jak jest taka jednowymiarowa, taka dobra i ciepła, to z nudów można zdechnąć i chcieć oddania forsy za bilet. (Śmiech.)

Nie sposób nie porozmawiać o filmie "Uwierz w Mikołaja". Jest on ekranizacją książki pod tym samym tytułem, której autorką jest Magdalena Witkiewicz. Zna Pani jej książki? Czytała Pani tę zimową powieść?

Nie, nie czytałam. Magdę poznałam właśnie na tym planie filmowym. Fajna z niej dziewucha, jest bardzo popularna.

Byłam jeden dzień na planie na Stawisku, tam, gdzie dom Iwaszkiewiczów. Nigdy wcześniej tam nie byłam.

Kiedy przyjechałam na plan, zgromadzili się na nim tacy aktorzy, że aż zaniemówiłam z wrażenia. Był Bohdan Łazuka, Maciej Damięcki, Ewa Szykulska, Teresa Lipowska, Marta Lipińska, Elżbieta Starostecka, Dorota Stalińska, Dorota Kolak. Bardzo się cieszyłam, że jestem wśród nich. Było bardzo przyjemnie.

W jaką postać się Pani wcieli? Proszę powiedzieć więcej.

Wcieliłam się w kuzynkę postaci granej przez Elżbietę Starostecką, która jest jedną z pensjonariuszek Domu Spokojnej Starości. Ja, Ela Jodłowska i Jerzy Rogalski graliśmy razem w tym wątku. Przyjechaliśmy tam, by bohaterkę graną przez Elę stamtąd zabrać. Ona odmawia, nie chce.

Zostajemy na wieczorze kolęd, który przygotowali emeryci. Wspaniała przygoda. Świetnie było.

Pani Ilona Łepkowska długo o ten film walczyła. Pojawiały się głosy, że wątek, który toczy się właśnie w rzeczonym domu seniora, będzie mało atrakcyjny dla widzów. Jako argumentu użyła wtedy historię "Hotelu Marigold"...Jakie jest Pani zdanie?

Nie mnie oceniać, ponieważ ja na tym planie spędziłam tylko jeden dzień. Nie wiem, jak będzie. Jestem takim samym widzem i oczekiwaczem, jak wszyscy.

Od Magdy dostałam książkę z autografem, ale jeszcze jej nie przeczytałam.

Jak to w ogóle jest w Pani przypadku - lubi Pani oglądać siebie na ekranie, czy raczej za tym nie przepada?

Jezu, nie bardzo. (Śmiech.) Patrzę na siebie i mam tak - "Co ja takie miny robię?; Matko, co ja tak lezę jak krowa?" (Śmiech.) Rzadko zdarza mi się, że jestem z siebie zadowolona.

Boję się siebie oglądać, psuje mi to humor. Chciałabym się sobą zachwycać i słyszeć to czasem też od męża lub syna, to słyszę czasem, że mogłam się bardziej postarać. (Śmiech.)

Serial "Na dobre i na złe", w którym wciela się Pani w rolę Marii Zbieć, mamy Mareczka, ma już 22 lata. Ogląda Pani serial?

Oglądałam, jak jeszcze w nim nie grałam.

Podobali mi się - Artur Żmijewski, Krzysztof Pieczyński, Małgosia Foremniak. śp. Bogdan Baer grał hrabię, bardzo zaprzyjaźnionego z Markiem ( w tej roli Paweł Wilczak, przyp. red.)

Nie znałam ich wcześniej. W tym serialu po raz pierwszy zobaczyłam właśnie Pawła. Zastanawiałam się, skąd wzięli takiego fajnego aktora.

Kiedy zatelefonowali do mnie z produkcji, abym zagrała jego matkę, powiedziałam, że zrobię to z ogromną przyjemnością. Później poznaliśmy się na planie. Fajnie nam się razem grało.

Jak wspomina Pani swoje pierwsze spotkanie ze swoim serialowym synem?

Mieliśmy fajną scenę. Początkowo miałam zagrać tylko w jednej, gdzie tłumaczę Bożence, że mój syn jest dobrym człowiekiem i zastanawiam się, dlaczego go nie chce.

Po tym, jak się zgubił, odnalazł się w szpitalu, miał złamaną nogę. Przyszłam do niego i pamiętam, że karmiłam go pierogami, a on mi przytakiwał, a zdanie "co, mamusia" weszło nam w dialog.

Który wątek ze wszystkich dotychczasowych określa Pani jako przełomowy dla swojej postaci?

Pamiętam ślub Mareczka i Bożenki w więzieniu. Ładnie mnie wtedy ubrali i uczesali.

Te sceny kręciliśmy w prawdziwym więzieniu. Pamiętam, że musieliśmy zostawić telefony, sprawdzali nas. Jak tylko człowiek tam wejdzie, czuje się jak przestępca. (Śmiech.)

niedziela, 10 lipca 2022

Maciej Raniszewski: "W górach człowiek walczy nie tyle z naturą, co z samym sobą"

 Maciej Raniszewski: "W górach człowiek walczy nie tyle z naturą, co z samym sobą"

















fot. Dreamteam Agencja Aktorska

Z Maciejem Raniszewskim spotkałam się podczas mojego ostatniego pobytu w Warszawie. 

Miłośnikom seriali nie trzeba go przedstawiać. W "Barwach szczęścia" wciela się w Hermana, niewidomego masażystę. Rozmawiamy o tym, czego nauczył się od wcielającej się w niewidomą aktorki z filmu "Czerwony smok", o tym, jak "wyłączyć" jeden ze zmysłów i skupiać się na całej reszcie oraz o tym, co imponuje mu w osobach niewidomych i niedowidzących.

Poruszamy również temat serialu "Korona królów. Jagiellonowie", w którym wcieli się w Zyndrama z Maszkowic. "Na ten plan chodzę, jakbym szedł do Disneylandu. (Śmiech.) Jest to fantastyczna zabawa. Spełniam swoje marzenie z dzieciństwa. Jestem rycerzem, mogę pojeździć na koniu" - mówi z uśmiechem. 

Rozmawiamy też o niezwykle wymagającym filmie "Broad Peak", którego premiera już na jesieni na platformie Netflix. 

Zacznijmy od...początku wiele jest zawodów na "A". (Śmiech.) Co spowodowało, że wybrał Pan akurat aktorstwo?

To tak trochę wydarzyło się z przypadku. O aktorstwie nigdy nie myślałem. Owszem interesowałem się teatrem, ale bardziej, jako formą wyrazu w sztuce. 

Z wyboru studiowałem geografię na UW. Interesowała mnie geografia społeczna, ekonomiczna, polityczna, natomiast na studiach trudzliśmy się przede wszystkim geografią fizyczną, a to nie bardzo mnie interesowało. Po pierwszym roku wiedziałem, że to nie to, co chcę robić w życiu. Wtedy poznałem ludzi z Teatru Akademickiego UW.

To wtedy dopiero uświadomił Pan sobie, że jest zainteresowany tym zawodem? Nigdy wcześniej nie przejawiał Pan zainteresowania aktorstwem?

Nie, nigdy. Chodziłem do teatru, interesowałem się nim, natomiast nigdy nie myślałem o tym, by być aktorem. 

Dopiero, jak poznałem tych ludzi, z którymi przyjaźnię się do dzisiaj, to oni zaprosili mnie do wspólnego występu. Wtedy zrobiło mi się bardzo gorąco, spociłem się jak szczur, (Śmiech.) ale po tym pierwszym razie zrozumiałem, że chyba to jest to, co chcę robić. 

Namówili mnie też do tego, abym zdawał do Szkoły Teatralnej. Wtedy postanowiłem, że to będzie moja droga. Teraz wiem, że to był dobry wybór. 

Kiedy nastąpiło Pana pierwsze poważne spotkanie z tym zawodem?

Na egzaminach. (Śmiech.) Wtedy zorientowałem się, że przede mną bardzo dużo pracy i zrozumiałem tak naprawdę, czym ten zawód jest. Na samym początku nie traktowałem tych egzaminów poważnie. Na dwa dni przed nauczyłem się sześciu tekstów na pamięć i poszedłem na nie z marszu.

W Warszawie od razu mnie odrzucili, w Krakowie przeszedłem do ostatniego etapu. Kiedy zobaczyłem Pana Krzysztofa Globisza, Panią Annę Dymną, Pana Jerzego Trelę i wielu innych, towarzyszyły mi ogromne emocje. Miałem blackout i do dzisiaj nie umiem opowiedzieć o tym, co tam robiłem. (Śmiech.) 

Oczywiście się nie dostałem, ale wtedy już wiedziałem, że nie wyobrażam sobie siebie w innym zawodzie i poszedłem do Lart studiO, Policealnego Studio Atorskiego w Krakowie. 

Od 2013 roku występuje Pan w Teatrze im. Horzycy w Toruniu, a to świetny moment na rozmowy o Teatrze, ponieważ nie tak dawno był właśnie Międzynarodowy Dzień Teatru. Czym jest dla Pana kontakt z widzem?

Kontakt z widzem jest dla mnie źródłem bardzo pozytywnej energii, z możliwością dialogu. To możliwość powiedzenia tego, co mamy gdzieś w środku, wyrzuceniatego z siebie i zbadania, jak to rezonuje, jaki wpływ ma to na ludzi, jak na to odpowiadają, jak reagują. Bardzo często okazuje się, że mylę się w swoich założeniach. Myślę, że wiem, jaka będzie reakcja, po czym jest ona zupełnie inna. To zaskakujące. Dzięki temu ta relacja z widzem jest cały czas żywa i stanowi źródło nieustającego zaskoczenia i nieustającej nauki. 

Gdzie czuje się Pan lepiej - na deskach teatralnych, czy przed kamerą telewizyjną?

To zależy od projektu.

W jakich obecnie spektaklach możemy Pana oglądać?

Obecnie w żadnym. Ze względu na produkcję "Jagiellonów" mam przerwę w graniu w Teatrze im. Horzycy w Toruniu. 

W 2033 odcinku dołączył Pan do obsady serialu "Barwy szczęścia". Czy zanim trafił Pan do serialu, zdarzało się Panu go oglądać? Miał swoich ulubionych bohaterów, ulubione wątki?

Nie. Nigdy nie oglądałem "Barw szczęścia", bo do niedawna nie miałem nawet telewizora. (Śmiech.) 

Coraz częściej słyszę od aktorów, że nie mają telewizora. (Śmiech.) 

W młodszych pokoleniach tak. To się zdarza dosyć często, z tego względu, że teraz jednak coraz większa aktywność serialowo-filmowa przenosi się do internetu i tak naprawdę wystarczy mieć komputer. 

Szczerze mówiąc, wchodziłem w tę produkcję trochę w ciemno. Nie znałem bohaterów, nie znałem historii, przynajmniej jej część poznałem dopiero po fakcie. 

W serialu wciela się Pan w rolę niewidomego masażysty, Hermana. Czy w ramach pracy nad rolą konsultował się Pan z niewidomymi, poznawał ich świat? 

Sporo o tym czytałem. Bardzo dużo dał mi wywiad z aktorką Emily Watson, która w "Czerwonym smoku" wcielała się w niewidomą Rebę. Grała to bardzo wiarygodnie.

Wzorował się Pan na niej w jakiś sposób?

Tak. W tym wypadku chodziło mi przede wszystkim o technikę, bo tak naprawdę telewizja posługuje się obrazem. Tu chodziło o wzrok, o to, jak używać tego narzędzia, a właściwie jak go wyłączyć. Biorąc pod uwagę, że jest to nasz podstawowy zmysł, wydawało mi się to bardzo trudne, natomiast jeszcze przed castingiem udało mi się dotrzeć do wspominanego wywiadu, w którym Watson wspominała pracę nad swoją rolą i po prostu technicznie opisała, w jaki sposób udało jej się to wypracować. Poszedłem tą samą drogą i chyba w którymś momencie też udało mi się to załapać. Początki były trudne, ale praktyka czyni mistrza. (Śmiech.) Długo ćwiczyłem i w końcu się udało. 





























fot. Dreamteam Agencja Aktorska

Co najbardziej imponuje Panu w niewidomych, którzy mają jasno wytyczone cele w życiu i mimo wszystkich przeciwności do nich dążą?

Najbardziej imponuje mi w nich odwaga. Wydaje mi się, że trzeba być niewyobrażalnie odważnym, żeby żyć normalnie i cieszyć się życiem, postrzegając świat zupełnie inaczej, niż większość ludzi. 

Czy spotyka się Pan z opiniami osób niewidomych lub z wadami wzroku, które sygnalizują, że to ważny wątek?

Tak. Pamiętam, że były odcinki, w których kręciliśmy wątek z dziećmi z Ośrodka dla Niewidomych i ich rodzice, oraz te dzieci mówili, że to jest ciągle taką białą plamą na mapie serialowo-filmowej w Polsce. 

O tym się niewiele mówi. W ogóle, w przestrzeni społecznej też problem osób niewidomych jest obecny, ale tylko w niewielkim zakresie. Scenarzyści w którymś momencie zorientowali się, że ten wątek może mieć właściwości edukacyjne, bo zaczyli w scenariuszu zwracać uwagę na takie szczegóły, które mogą uczyć ludzi, jak zachowywać się wobec osoby niewidomej i niewidzącej. 

Wydaje mi się, że ja sam sporo się przy tym nauczyłem. Okazuje się, że jeżeli podchodzi się do osoby niewidomej lub częściowo niewidzącej i chce się jej pomóc, to najpierw wypada o potrzebę tej pomocy zapytać, poinformować ją o tym. To jest coś, o czym większość z nas nie myśli, a wydawałoby się to oczywiste.

Herman ostatnio zbliżył się do Malwiny, (Joanna Gleń, przyp. red.) ostatnio zaprosił ją do dość nietypowego miejsca - restauracji, gdzie panuje całkowity mrok. Czy kiedykolwiek wcześniej był Pan w takim miejscu i doświadczał podobnych wrażeń?

Nigdy wcześniej nie doświadczyłem podobnych wrażeń. W ramach pracy nad rolą próbowałem wykonywać różne czynności, zasłaniając sobie oczy. To jest strasznie trudne.

Czy tym sposobem opanował Pan już jakieś czynności?

Tak. M.in. nalewanie wody do szklanki, jedzienie. To są rzeczy, które musiałem opanować już z myślą o konrektnych scenach. 

Co jest dla Pana największym wyzwaniem w kreowaniu tej roli? Czego dzięki niej się Pan nauczył?

Nauczyłem się korzystać z innych zmysłów w grze z partnerem. Zazwyczaj pierwszy kontakt i większość analizy, jaką przeprowadzam w głowie opiera się na wzroku, natomiast tutaj nauczyłem się niejako ten zmysł odłączać i skupiać się na innych wrażeniach, przede wszystkim słuchowych. 

To nie jedyny plan serialu, na którym obecnie Pan pracuje. Trwają zdjęcia do "Korona Królów. Jagiellonowie". To kontynuacja "Korony Królów". Czy oglądał Pan kiedyś ten serial?

Też nie, nie miałem jeszcze wtedy telewizora. (Śmiech.) 

Rola kostiumowa jest marzeniem wielu aktorów. Pana również?

Tak, absolutnie. Na ten plan chodzę, jakbym szedł do Disneylandu. (Śmiech.) Jest to fantastyczna zabawa. Spełniam swoje marzenie z dzieciństwa. Jestem rycerzem, mogę pojeździć na koniu, dostałem zbroję, broń i miecz, więc...jestem w raju. (Śmiech.) 

W Polsce aktorzy nie mają zbyt wielu okazji pograć w filmach lub serialach kostiumowych. Jeżeli już, to zazwyczaj są to czasy, niewykraczające poza XX wiek. Jest to niebywała przygoda, na pewno. 

Czy w ramach pracy na planie tej produkcji zgłębia Pan źródła historyczne? 

Tak, aczkolwiek, jeśli chodzi o moją postać, to nie znalazłem zbyt wielu informacji, więc większość wątków musiałem sobie wymyślić. Przeczytałem książkę "Polska Jagiellonów" autorstwa Pawła Jasienicy.


































fot. Dreamteam Agencja Aktorska

Czy ta lektura pomogła Panu w pracy nad rolą?

Tak, na pewno pomogło mi to w wykreowaniu sobie w głowie pewnego świata, który potem można było przełożyć na konretne sceny, aczkolwiek jest to książka, która nie jest książką stricte naukową, ale na pewno była pomocna.

Sporo przygotowań było też związanych z samą fizycznością, z resztą przygotowujemy się nadal, m.in. ćwicząc jazdę konną i szermierkę. 

Wcieli się Pan w postać  Zyndrama z Maszkowic. Jaką rolę pełnił on w historii Polski?
 
Zyndram z Maszkowic był jednym z członków dworu królewskiego. Podczas Bitwy pod Grunwaldem był odpowiedzialny za organizację obozu, ale też prowadził jedną z głównych chorągwi w natarciu. Po Bitwie pod Grunwaldem popadł w niełaskę Jagiełły. Ten wątek zostanie pokazany w serialu.

Z tego, co udało mi się zorientować, był osobą bardzo mocno oddaną słożbie koronie. Co ciekawe, nie był Polakiem z krwi i kości. Z tego, co wiem, jego rodowód wywodził się z Niemiec. Sługą był bardzo lojalnym. 

Pierwsze odcinki powinny być emitowane od września. 

W filmie "Broad Peak" wcieli się Pan w Tomka Kowalskiego. Jakim był człowiekiem?

Praca na planie filmu "Broad Peak" była dla mnie chyba największą z dotychczasowych przygód zawodowych i jednocześnie dużym wyzwaniem aktorskim. Tomek Kowalski, w którego rolę się wcieliłem, był hiperaktywną osobą. Żył tak, jakby jego doba miała 48 godzin. Jednocześnie studiował, trenował, startował w zawodach sportowych, wspinał się, prowadził firmę, podróżował i prowadził bardzo bujne życie towarzyskie. Wywierał znaczący i pozytywny wpływ na życie wielu ludzi, jego energia była zaraźliwa. Miał duszę dokumentalisty, co mocno ułatwiało mu pracę. Tomek ciągle pisał, nagrywał, robił mnóstwo zdjęć. Chciałem jak najlepiej przygotować się do tej roli, bo chociaż nie było nam dane się poznać, to Tomka bardzo polubiłem. Był wspaniałym człowiekiem i czułem, że w jakimś sensie jestem mu to winien. 

Dla roli można wiele zrobić. Pan, by wiarygodnie wcielać się w postać Kowalskiego, uczył się wspinać. Proszę opowiedzieć coś więcej. 

Nigdy wcześniej się nie wspinałem, więc tej dyscypliny uczyłem się od podstaw. To była niezapomniana przygoda. Góry i wspinaczka mają w sobie coś czystego, prostego i bardzo pociągającego. Potrafią uzależnić. Człowiek walczy tam nie tyle z naturą, co z samym sobą. Himalaiści to wojownicy, a walka, którą toczą, jest niewyobrażalnie trudna. Wymaga ogromnej siły charakteru oraz odporności fizycznej i psychicznej. 

Proszę opowiedzieć coś o warunkach,  które panowały na planie filmowym. 

Warunki na planie filmowym były momentami bardzo ciężkie, zdarzały się sytuacje niebezpieczne, a i tak w porównaniu z rzeczywistością Himalajów, kręciliśmy w warunkach niezwykle komfortowych. 
Premiera ma się odbyć tej jesieni na platformie Netflix.