środa, 26 stycznia 2022

Wojciech Zygmunt: "Wpadamy w sidła sieci, która nie daje nam podstawowych potrzeb"

 Wojciech Zygmunt: "Wpadamy w sidła sieci, która nie daje nam podstawowych potrzeb"



























fot. zdjęcie nadesłane

Z Wojtkiem Zygmuntem miałam przyjemność spotkać się podczas mojego pobytu w Warszawie. Rozmawiamy o serialu "Na Sygnale", największych wyzwaniach i trudnościach w kreowaniu postaci ratownika medycznego, o przyswajaniu terminologii medycznej, ale również o tym, co dają, a co zabierają nam social media. 

Zacznijmy jednak od...początku. Co spowodowało, że wybrał Pan akurat aktorstwo?

Spodziewałem się tego pytania i zastanawiałem się, jak na nie odpowiedzieć. (Śmiech.) 
Kiedy w liceum przyszedł moment wypełniania testów z kompetencji, uświadomiłem sobie, że nic mi nie wychodzi. Nie byłem dobry ani z matematyki, ani z chemii, ani nawet z fizyki. (Śmiech.) W szkole byłem nogą, ale zawsze lubiłem wychodzić do ludzi. 

Czyli można tak stwierdzić, że od najmłodszych lat przejawiał Pan zainteresowanie tym zawodem, lubił wcielać się w różne postaci?

Tak. W podstawówce rozpocząłem swoją przygodę ze śpiewaniem w chórze, a w gimnazjum wraz z kolegami założyłem kabaret. W liceum dalej śpiewałem, trochę też tańczyłem i gdzieś w mojej głowie pojawił się pomysł, by spróbować swoich sił w szkole aktorskiej. 

Do szkoły teatralnej, podobnie jak Janusz Gajos, dostał się Pan za czwartym razem. Czy w trakcie tej drogi rozważał Pan wybranie innego zawodu? Jeśli tak, to z jakimi pomysłami na siebie Pan się mierzył?

(Śmiech.) Kiedy nie udało mi się  zdać za pierwszym razem, myślałem, że nie miałem szczęścia. Za drugim razem postanowiłem, że będę dalej rozwijał swoje umiejętności i wtedy na pewno się dostanę. Kiedy jednak za trzecim razem ponownie nie wyszło, nie byłem pewien, czy się do tego nadaję. Za każdym razem jednak dostawałem się do finału, a nie odpadałem w pierwszych etapach. 

Imałem się różnych zajęć - sprzedawałem marzenia, pracowałem w call center, pracowałem też w Teatrze objazdowym. Zastanawiałem się, czy nie pójść w kierunku psychologii biznesu. Wiedziałem jednak, że jeżeli się na to zdecyduję, to moje marzenia o zostaniu aktorem legną w gruzach. 

Czy wiązał Pan kiedyś swoją przyszłość z medycyną? (Śmiech.) Pytam oczywiście w kontekście roli w serialu "Na Sygnale". 

Anbsolutnie nie. (Śmiech.) Kiedy dostałem się do serialu, byłem nieco przerażony tymi wszystkimi czynnościami medycznymi i fachowym nazewnictwem. Mimo tego, że w ekipie serialu "Na sygnale" jestem już trzy lata, to nadal jest to dla mnie trudne, może też dlatego, że nigdy wcześniej nie interesowałem się medycyną. 

Do obsady dołączył Pan w 197 odcinku, wciela się Pan w  ratownika medycznego Kubę Szczęsnego. Z perspektywy widza mogę stwierdzić, że Kuba jest uparty, profesjonalny i...nieco złośliwy.  No, jednym słowem, nie ma łatwego chatakteru. (Śmiech.) Co Pan powie o swojej postaci?

Zgadzam się z opisem. (Śmiech.) 

Kiedy dołączyłem do obsady, w pierwszej chwili myślałem, że ma w sobie coś mojego, ale teraz już wiem, że na pewno nie.

Co Was dzieli, a co Was łączy?

Na pewno dzieli nas to, że Kuba faktycznie jest złośliwy i ma takie momenty, kiedy lubi robić ludziom krzywdę. A ja, mimo tego, że może się  tak wydawać, bardzo nie lubię uprzykrzać ludziom życia. Oczywiście, w prywatnym życiu bronię przede wszystkim siebie i swoich bliskich, ale z natury nie jestem zły dla ludzi.

Kuba jest z dobrego domu, ma wpływowych rodziców. Ja jestem z normalnego domu, pochodzę z małej wioski, ze Starego Waliszowa. Ma parcie na szkło. Nowemu (w tej roli Kamil Wodka, przyp. red.) zazdrości gwiazdorstwa. Ja, Wojciech Zygmunt, nie mam chyba parcia na szkło. (Śmiech.) 

Jak radzi sobie Pan z przyswajaniem nazewnictwa medycznego?

Nazewnictwo medyczne to moja kula u nogi. Na szczęście nie mam tak dużo tych tekstów, jak Wojtek Kuliński, czy Tomek Piątkowski, ale jak się zdarzają, to wtedy muszę się ich uczyć w ogromnym skupieniu. 

Proszę przytoczyć terminy medyczne, które sprawiają Panu najwięcej trudności. Ma Pan jakieś sprawdzone metody na ich zapamiętanie?

Nie pamiętam ich zbyt wiele. (Śmiech.) Tak za ciosem, kojarzy mi się jedynie lista urgensowa. To określenie pojawiło się w wątku z Tadziem, (w tej roli Noah Culbreth, przyp. red.) który dotyczył przeszczepu. Czym jest ta lista, wytłumaczyła mi Justyna Sieniawska, czyli nasza doktor Górska. Zapytałem jej wtedy, jak to wszystko zapamiętuje. Powiedziała, że kluczowe jest rozumienie tych słów. 

Ma Pan jakieś swoje sposoby na zapamiętywanie najtrudniejszych zbitek językowych?

Na szczęście nie ma ich dużo, ale jeśli już się pojawiają, to po prostu tłukę je na pamięć i podobnie jak Justyna, ja również staram się je zrozumieć. 

Czy trudne jest połączenie zastosowania fachowej terminmologii z wykonywaniem podstawowych czynności medycznyh?

Tak. Jeżeli dużo jest tekstu, a dochodzą do niego czynności medyczne, to wszystko wtedy bardzo się komplikuje. 

Wykonywanie jakich czynności medycznych sprawia Panu najwięcej frajdy, a co najwięcej trudności?

Strasznie nie lubię zakładać ciśnieniomierza.

Z czego to wynika?

Jest bardzo skomplikowany. Przy wykonaniu pomiaru, pacjenta trzeba rozbierać bez względu na to, jaka jest akurat pogoda. 

Od 9 września serial  można oglądać w TVP1. Czy zanim Pan trafił do serialu, zdarzało się Panu go oglądać? Miał Pan swoje ulubione wątki? Ulubionych bohaterów?

To bardzo ciekawe pytanie. Jeszcze zanim pojawiłem się na stałe w tym serialu, wystąpiłem w jednym z odcinków jako epizodysta. Moja postać nazywała się Czarny, byłem wtedy chyba na pierwszym roku studiów aktorskich. 

Wasz serial niewątpliwie pełni funkcję edukacyjną, co zostało już wielokrotnie udowodnione. Wiele razy dzięki temu, co pokazujecie na szklanym ekranie, ktoś uratował życie sobie lub komuś. Czy Pan również spotkał się z opiniami osób, które przyznały, że dzięki serialowi wiedzą jak zachować się w sytuacji zagrażającej życiu?

Ostatnio spotkałem dwójkę ratowników medycznych. Poznali mnie, zagdali. Chwilę rozmawialiśmy. Odnoszę takie wrażenie, że ratownicy nie za bardzo lubią nasz serial. Wiadomo, to tylko serial, a nie prawdziwe życie. Jednak ich opinia była pozytywna. Jeden z dni stwierdził, że jest to dla niego studium chorób, które poznaje. To jest fajne w tym serialu. Usłyszałem, że poszerza to jego wiedzę medyczną, kiedy dowiaduje się o jakimś przypadku i próbuje się dowiedzieć czegoś więcej.

Teraz sytuacja w Polsce i na świecie nie należy do najłatwiejszych. Wszystko oczywiście spowodowane jest panującą pandemią koronawirusa. Jak zniósł Pan izolację?

To były dwa miesiące siedzenia w domu, ale muszę przyznać, że był to fajny czas.

Umiał Pan go ciekawie wykorzystać? Czego nauczył Pana ten trudny czas?

Uczyłem się poszukiwać nowych miejsc na mapie. (Śmiech.) Kiedy było już można wyjść z domu, wtedy z dziewczyną staraliśmy się znaleźć miejsce, które możemy odwiedzić. Działało to tak, że włączałem mapę w podglądzie niesatelitarnym i szukałem "niebieskich plam" dookoła Wrocławia, które mogły być zbiornikami wodnymi. W ten sposób znaleźliśmy wiele fantastycznych miejs, gdzie udaliśmy się na odpoczynek.

Co Pana zachwyciło?

Pod Wrocławiem jest piękne jeziorko o nazwie Szczodre. Wiele jest takich miejsc. 

Chciałabym porozmawiać jeszcze o social mediach. Czego Pan w nich poszukuje, a od jakich treści stroni?

Kolejne dobre pytanie. (Śmiech.) Ostatnio próbuję odcinać się od social mediów. Kiedy przed naszym spotkaniem scrollowałem Instagrama, doszedłem do wniosku, że nie ma tam nic, co mnie interesuje. Pomyślałem, że to bardzo nudne miejsce. (Śmiech.) Cały czas walczę ze sobą. Chciałbym coś wrzucać, ale jestem bardzo krytyczny wobec swoich zdjęć. Z drugiej strony, nie mam potrzeby zbierania lajków. Powinniśmy być przede wszystkim przez ludzi z naszego najbliższego otoczenia. Wpadamy w sidła sieci, która nie daje nam podstawowych potrzeb. Życzę przede wszystkim dzieciakom, by relacje rodzinne były dla nich ważniejsze od tego, co dzieje się na Facebooku, czy Instagramie.

5 listopada miała miejsce premiera filmu "LOVE STORY. KRIME STORY". Tu podobnie, jak w serialu "Na Sygnale" wciela się Pan w rolę ratownika. Czym różnią się Ci dwaj z pozoru tacy sami bohaterowie?

Są zupełnie inni. (Śmiech.) Do tej pory widziałem jedynie fragmenty, w których jestem. W serialu ma się ciągłość postaci, ale w filmie trzeba grać ją nieco krócej, a zarazem intensywniej, bo tu dzień zdjęciowy nie składa się z dwunastu, czy szesnastu scen, ale na przykład z czterech. W każdej musimy zagrać coś innego i pokazać coś interesującego. 

Jak wyobraża Pan sobie sytuację polskich kin i teatrów w najbliższych miesiącach? 

Wydaje mi się, że jesteśmy w tym coraz lepsi i bardzo mnie to cieszy. Jest masa fantastycznych reżyserów, którzy robią coraz lepsze kino. Uwielbiam polskie kino. Jeśli ktoś mówi, że kino polskie nie dorasta do pięt amerykańskiemu, absolutnie się z tym nie zgadzam. 

Wiele osób "przerzuca" się na platformy streamingowe. Z jakich platform to Panu zdarza się korzystać?

Najczęściej korzystam z Netflixa i HBO. Seriali staram się unikać. Bardzo lubię mini - seriale. Ostatnio zachwycił mnie film "Małe kobietki" z genialną Meryl Streep. Jest fantastyczny. To piękna historia kilku kobiet. Polecam wszystkim czytelnikom naszej rozmowy.

Najbliższe plany. 

Chciałbym zagrać dużą rolę w jakimś pięknym filmie, który dostanie nagrodę w Gdyni. (Śmiech.) 

czwartek, 13 stycznia 2022

Cykl #mariolapoleca (3): "Koniec świata, czyli Kogel-Mogel 4" [RECENZJA FILMU]

  Cykl  #mariolapoleca (3): "Koniec świata, czyli Kogel-Mogel 4" [RECENZJA FILMU]

W tym przedziwnym czasie warto znaleźć coś, co poprawi nasze samopoczucie, będzie gwarancją pojawienia się uśmiechu na twarzy. Jedni znajdują takie czynniki w książkach, drudzy w filmach, a jeszcze inni w serialach, czy w muzyce. 

Propozycjami, które (w moim odczuciu) takie czynniki posiadają, chciałabym się dzielić z Wami w moim najnowszym cyklu #mariolapoleca. Serdecznie Was zapraszam.

Dziś zachęcam do lektury recenzji filmu "Koniec świata, czyli Kogel – Mogel 4" w reżyserii Anny Wieczur – Bluszcz. Pierwsza część miała swoją premierę 34 lata temu. Autorką scenariuszy do wszystkich części jest Ilona Łepkowska. W jednym z wywiadów, którego udzieliła w 2020 roku zdradziła, że nie planuje już napisania piątej odsłony losów dobrze wszystkim znanych, a także nowych postaci. Można więc zakładać, że film, który miał początkowo trafić na ekrany kin w całej Polsce na początku 2021 roku, a jego premiera w związku z panującą sytuacją pandemiczną odbyła się dopiero    7 stycznia 2022, będzie pożegnaniem z tytułem.

***

Cykl  #mariolapoleca (3): "Koniec świata, czyli Kogel Mogel 4" [RECENZJA FILMU]

PREMIERA KINOWA: 7 stycznia 2022

GATUNEK FILMU: film fabularny

SCENARIUSZ: Ilona Łepkowska

REŻYSERIA: Anna Wieczur – Bluszcz

PRODUKCJA: MTL Maxfilm

DYSTRYBUCJA: Nextfilm

OBSADA: Grażyna Błęcka – Kolska, Zdzisław Wardejn, Aleksandra Hamkało, Nikodem Rozbicki, Katarzyna Skrzynecka, Maciej Zakościelny, Dorota Stalińska, Arkadiusz Smoleński, Wojciech Solarz, Marian Opania, Katarzyna Łaniewska, Paweł Nowisz i inni.































fot. mat. pras./ oficjalny plakat filmu "Koniec świata, czyli Kogel Mogel"

 
Marcin Zawada (w tej roli Nikodem Rozbicki) dalej jest w szczęśliwym związku z Agnieszką (Aleksandra Hamkało), ale to nie wystarczy babci Solskiej, która mimo tego, że na samym początku filmu prosi Kasię (Grażyna Błęcka – Kolska), by wezwała księdza (Dariusz Toczek)  w celu udzielenia jej ostatniego namaszczenia, to już chwilę później deklaruje, że nie umrze, zanim Marcinek się nie ożeni. W jednej chwili czar pryska, bo na drodze do szczęścia Marcina staje jego dawna kochanka Bożena (Anna Mucha), która nie cofnie się przed niczym, byle tylko rozdzielić go z Agnieszką. Kiedy Marcinowi grunt pali się pod nogami, podejmuje wiele nieprzemyślanych decyzji. Pożycza od kumpla motor, ale znacznie przekracza prędkość, co skutkuje wieloma zabawnymi wydarzeniami. Przed jednym z funkcjonariuszy ucieka w pole kukurydzy.
                                              
Drugi policjant (w tej roli Arkadiusz Smoleński) wykazuje się większym poczuciem humoru, w zabawny sposób opisuje Kasi okoliczności tego, co przytrafiło się jej synowi, a potem okazuje się, że był kiedyś jej uczniem, który bardzo miło ją wspomina i jest nią zauroczony. 

Z kolei Wolańska (Ewa Kasprzyk) dąży do tego, by radykalnie coś zmienić w swoim życiu i w tym celu znika w tajemniczych okolicznościach. Kiedy Agnieszka ją odnajduje, dochodzi do wniosku, że również jest bardzo zmęczona i podobnie jak jej mama, też potrzebuje wyciszenia. 

W wątku Marlenki (Katarzyna Skrzynecka) i Piotrusia (Maciej Zakościelny) też nie brakuje zwrotów akcji. Do ich życia wraca jej mama, która swoim przybyciem uruchamia nie tylko wspomnienia, ale i lawinę zabawnych zdarzeń. Przyznaje, że przyjechała do narzeczonego, którego...nie widziała jeszcze na oczy. 

BOHATEROWIE FILMU  —  co wiadomo?

Katarzyna Solska (Grażyna Błęcka – Kolska) – jedna z tych bohaterek, która pojawia się we wszystkich czterech częściach filmu. Partnerka docenta Wolańskiego. Pasjonatka pedagogiki. Oddana rodzinie. 
Syn, Marcin Zawada jest jej oczkiem w głowie.

Docent Wolański (Zdzisław Wardejn) – kolejny z grona bohaterów, obecnych we wszystkich czterech odsłonach filmu. Kiedy zakochał się w Kasi Solskiej, która niegdyś była jego studentką, odszedł od żony. U boku Kasi Solskiej ułożył sobie życie. Ich uczucie jest coraz silniejsze, co można wywnioskować chociażby z romantycznych gestów wobec Kasi, na które co jakiś czas się zdobywa. W jednej ze scen najnowszej części można zobaczyć moment, kiedy wchodzi do stawu i zrywa dla niej kwiaty lilii wodnej.

Agnieszka (Aleksandra Hamkało) – Agnieszka, córka docenta Wolańskiego, partnerka Marcina, z którym się zaręcza. Pod wpływem Bożeny, która robi wszystko, by do ich ślubu nie doszło, prawie go traci.
 
Marcin Zawada (Nikodem Rozbicki) – syn Kasi Solskiej, ukochany wnuczek babci Solskiej, partner Agnieszki. Kiedy babcia mówi, że nie umrze wcześniej, niż on weźmie ślub, decyduje się jej  oświadczyć, ale droga do ich szczęścia jest wyboista. Pod wpływem zdjęć, które niespodziewanie wychodzą na światło dzienne, o mały włos nie traci narzeczonej. To wydarzenie jednak powoduje wiele zwrotów akcji i zabawnych scen. Z jednym z policjantów, który zatrzymuje go, kiedy ten jedzie motocyklem i znacznie przekracza prędkość, wdaje się w bójkę w...polu kukurydzy. 

Adaś Majerski (Arkadiusz Smoleński) – bohater trochę zabawny, a trochę poważny. Policjant, który wraz ze swoim kolegą próbuje zatrzymać rozpędzonego Marcina. Kiedy dociera do domu Kasi, by opowiedzieć, co przytrafiło się jej synowi, okazuje się, że była ona kiedyś jego nauczycielką, a on ciągle się w niej podkochuje. 

Marlenka (Katarzyna Skrzynecka) swojego partnera traktuje jak małego chłopca. Posiada pozytywną powierzchowność. Kiedy do jej życia wraca mama, spędza z nią wiele czasu, pomaga jej wybrać suknię ślubną. 

Mama Marlenki (Dorota Stalińska) prowadzi ze swoją córką zabawne dialogi, prosi ją o pomoc w wielu kwestiach, opowiada, że poszukuje w Polsce swojego narzeczonego, którego nie zna, ale wkrótce bierze z nim ślub. 

Leopold Kapusta (Marian Opania) – narzeczony mamy Marlenki. Nienagannie ubrany. Zabawny, a jednocześnie ułożony i w gruncie rzeczy sympatyczny człowiek. Widać, że od pierwszych minut spotkania coś go przyciąga do narzeczonej.

#mariolapoleca, CZYLI KILKA SŁÓW PO OBEJRZENIU FILMU Z PERSPEKTYWY WIDZA:

W związku z sytuacją pandemiczną, na czwartą część "Kogla" trzeba było długo czekać. Jednak coś w tym jest, że wyczekiwane najlepiej smakuje. Z perspektywy widza mogę stwierdzić, że część czwarta jest swoim stylem najbardziej zbliżona do pierwszej odsłony tej niewątpliwie kultowej komedii, która miała swoją premierę 34 lata temu. Choć po niektórych bohaterach nie ma już śladu, bo nie zdecydowali się na kontynuację swojej filmowej przygody przy kolejnych częściach, to rodzaj gagów, które się pojawiają, jest najbardziej zbliżony do początków produkcji. W dalszym ciągu śledzimy losy kultowych postaci, ale pojawiają się także nowi bohaterowie, którzy wprowadzają świeżość w tę historię. To wybitne role Grażyny Błęckiej – Kolskiej, Zdzisława Wardejna, Katarzyny Łaniewskiej, czy chociażby Małgorzaty Rożniatowskiej i Pawła Nowisza, ale warto wspomnieć też o aktorach, którzy w "Koglu" pojawili się po raz pierwszy.

Tak naprawdę w tym momencie powinnam wyróżnić tutaj prawie wszystkich, bo jako uważny widz, w prawie każdej z ról znalazłam coś, co mnie do pewnego stopnia zachwyciło lub spowodowało, że w końcowej ocenie mogę stwierdzić, że to jeden z najlepszych filmów, które z początkie roku zadebiutowały na ekranie kinowym.

Na słowa uznania zasługuje Anna Mucha, która brawurowo wcieliła się w Bożenę. Idealnie łączyła rysy bohaterki nieco komediowej z graniem postaci żądnej zemsty. Zaprezentowała całą gamę emocji – od względnego spokoju, przez furię, aż do momentów opętania. Była nieprzewidywalna. Z jednej strony wiadomo było, że coś zrobi, a z drugiej widza dopadała niepewność, co za chwilę w jej wątku się zdarzy i lawinę, jakiego rodzaju z darzeń spowodują jej posunięcia.

Kolejnym aktorem, którego warto w tym miejscu wyróżnić, jest Arkadiusz Smoleński, który w tej historii zagrał jeden z epizodów, ale zrobił to tak umiejętnie, że bohater, pojawiający się w filmie praktycznie na chwilę, jest zapamiętywany przez widza, niczym postacie pierwszoplanowe. Strona komediowa przeplata się u niego z graniem na poważnie, co daje świetny efekt końcowy i wywołuje na sali kinowej wiele pozytywnych reakcji. 

Dorota Stalińska i Marian Opania stworzyli role, które łączą się w jedną całość. Bohaterka Stalińskiej wprowadza do filmu wiele zabawnych sytuacji, a wcielający się w Leopolda Kapustę Opania świetnie na nie reaguje oraz okrasza je inteligentnymi reakcjami i dowcipem szytym na miarę. 
"Koniec świata, czyli Kogel Mogel 4", w premierowy weekend zgromadził w kinie ponad 290 620 tysięcy widzów, co zaowocowało najlepszym wynikiem otwarcia polskiej produkcji od początku pandemii. 

Dla trójki aktorów było to pożegnanie z widzami. W ostatnich rolach można zobaczyć tutaj Katarzynę Łaniewską, Pawła Nowisza i Krzysztofa Kiersznowskiego. 

Do jakich widzów skierowany jest film?

Film zaadresowany jest do tych widzów, którzy w kinie lubią się śmiać, szukają zabawnych wydarzeń, zwrotów akcji. Jest też fajną opcją dla tych, których zachwyciły poprzednie części. Każdy znajdzie w nim coś dla siebie, bo każdy przecież potrzebuje radości i uśmiechu. Idźcie do kina. Nie pożałujecie. Ja byłam, świetnie się bawiłam, a może nawet momentami śmiałam się najgłośniej w całym kinie. Znów jest (jakby) luksusowo! Serdecznie polecam. 

poniedziałek, 3 stycznia 2022

Cykl #mariolapoleca (2): "Sonata" [PRZEDPREMIEROWA RECENZJA FILMU]

 Cykl  #mariolapoleca (2): "Sonata" [PRZEDPREMIEROWA RECENZJA FILMU]

W tym przedziwnym czasie warto znaleźć coś, co poprawi nasze samopoczucie, będzie gwarancją pojawienia się uśmiechu na twarzy. Jedni znajdują takie czynniki w książkach, drudzy w filmach, a jeszcze inni w serialach, czy w muzyce. 

Propozycjami, które (w moim odczuciu) takie czynniki posiadają, chciałabym się dzielić z Wami w moim najnowszym cyklu #mariolapoleca. 

Serdecznie Was zapraszam. Dziś zachęcam do lektury przedpremierowej recenzji filmu "Sonata" w reżyserii debiutującego Bartosza Blaschke. Na ekranach w całej Polsce film miał debiutować już 21 stycznia 2022 roku, ale zmieniono datę premiery ogólnopolskiej. Historia Grzegorza Płonki ostatecznie do widzów trafi 4 marca.

***

Cykl  #mariolapoleca (2): "Sonata" [PRZEDPREMIEROWA RECENZJA FILMU]

PREMIERA FESTIWALOWA: 25 września 2021, 46. FESTIWAL POLSKICH FILMÓW FABULARNYCH W GDYNI

PREMIERA KINOWA: 4 marca 2022

GATUNEK FILMU: dramat biograficzny, oparty na faktach, historia pianisty Grzegorza Płonki

OBSADA: Michał Sikorski, Łukasz Simlat, Małgorzata Foremniak, Lech Dyblik, Barbara Wypych, Irena Melcer, Jerzy Stuhr i inni. 
































fot. mat. pras. / oficjalny plakat filmu "Sonata"

U Grzegorza (w tej roli Michał Sikorski) w wieku dziecięcym błędnie zdiagnozowano autyzm. Chłopak w związku z tym żyje w swojej rzeczywistości, a nawiązanie kontaktu z kimkolwiek sprawia mu ogromną trudność. 

Kiedy jego losem zaczyna interesować się nauczycielka Krystyna, (w tej roli Barbara Wypych) okazuje się, że zachowanie chłopaka, który izoluje się od ludzi, wcale nie jest związane z pierwotną diagnozą, ale z niedosłuchem, pod którym skrzętnie ukrywa się jego wielki talent muzyczny.
 Rodzice Grzegorza (Małgorzata Foremniak jako Małgosia i Łukasz Simlat jako Łukasz) w pierwszej chwili nie wierzą w to, że ktoś mógł postawić błędną diagnozę. Podświadomie bronią się ilością wyników badań, które na przestrzeni lat wykonywano chłopcu. Kiedy jednak informacja o nowej diagnozie wreszcie do  nich dociera, zabierają Grzesia do lekarza, (w tej roli Jerzy Stuhr) który zakłada mu aparat słuchowy, dzięki któremu poznaje dźwięki, muzykę i słowa. W pierwszej chwili wydaje się być nieco przerażony, ale po paru momentach bez pamięci zakochuje się w zupełnie nowym dla siebie świecie. 

Każdą wolną chwilę spędza przy pianinie. Najpierw uczy się muzyki po swojemu, a potem trafia pod skrzydła Alicji, nauczycielki muzyki w szkole dla głucho-niewidomych (w tej roli Grażyna Sobocińska), której na swój sposób wyznaje, że marzy, by się nauczyć "Sonaty Księżycowej" Ludwiga van Beethovena, a także zostać pianistą i wystąpić w filharmonii. Nikt poza nim, Alicją i jego rodzicami nie daje wiary, że to, przy wsparciu nowoczesnej technologii, się kiedyś spełni. 

BOHATEROWIE FILMU  —  co wiadomo? 

Grzegorz  (M. Sikorski) - chłopak, który do czternastego roku życia diagnozowany jest jako dziecko autystyczne

Małgorzata (M. Foremniak) -  Matka Grzegorza, która początkowo nie wierzy, że lekarze mogli się pomylić. Kiedy jednak to do niej dociera, wraz ze swoim mężem Łukaszem robi wszystko, by ich syn mógł chodzić do szkoły i być traktowany na równi z innymi uczniami. 

Łukasz (Ł. Simlat) - Ojciec Grzegorza, który wraz z matką walczy o godne warunki do nauki dla swojego syna, a także znajduje nauczyciela, który w domu uczy chłopaka nut i gry na fortepianie.

Krystyna (B. Wypych) - Nauczycielka, próbująca dotrzeć do nastolatka. Odkrywa, że nie choruje on wcale na autyzm, ale zmaga się z niedosłuchem. 

Profesor  Henryk Skarżyński (J. Stuhr) - Lekarz, dzięki któremu Grzegorz poznaje dźwięki otaczającego go świata, ale również człowiek, któremu zawdzięcza swój pierwszy występ w filharmonii.

Alicja (G. Sobocińska) - Nauczycielka w szkole dla głucho-niewidomych, ucząca chłopaka "Sonaty Księżycowej".  Jako pierwszy pedagog z wykształceniem muzycznym, uwierzyła w jego możliwości. 

Nauczyciel gry na fortepianie w szkole muzycznej (C. Łukaszewicz) - z początku nie wierzył w talent muzyczny Płonki, ale przekonał się o nim po czasie.

#mariolapoleca, CZYLI KILKA SŁÓW PO OBEJRZENIU FILMU Z PERSPEKTYWY WIDZA:

Za główną rolę w "Sonacie", Michał Sikorski na FPFF w Gdyni został nagrodzony za najlepszy debiut aktorski 2021 roku. To w pełni zasłużone wyróżnienie. Aktor młodego pokolenia miał utrudnione zadanie, ponieważ w filmie zobrazował nie tylko żmudną pracę, jak i wyboistą drogę, jaką pierwowzór musiał przejść, a która zaprowadziła go na sam szczyt. Pokazał także niepełnosprawność. Ta jednak nie zdominowała całego obrazka, a była jedynie  dopełnieniem.  Najważniejszy był Grzegorz, wyznaczony przez niego cel, jego bliscy oraz muzyka. 

Nie można pominąć brawurowo wcielających się w rodziców chłopaka, Małgorzaty Foremniak i Łukasza Simlata. Do filmu wnoszą nie tylko swoje imiona, ale też całą gamę emocji — od tych gorzkich, po radosne. Czasami są w stanie zareagować bezsilnością, (tak jak w scenie przed domem zrobiła to Małgorzata Foremniak), a innym razem rozbrajającym śmiechem, który można było kilka razy usłyszeć w wykonaniu głównego bohatera, czyli wcielającego się w Grzegorza, Michała Sikorskiego. 

Kolejnymi aktorkami, które warto tu wyróżnić, są niewątpliwie wcielające się w nauczycielki, Barbara Wypych (Krystyna) i Grażyna Sobocińska (Alicja). Obydwie aktorki pokazały w ciekawy sposób, jak można dotrzeć do osoby niepełnosprawnej i jak ją zrozumieć. Bohaterka grana przez Wypych udowodniła, jak ważna w stawianiu ostatecznej diagnozy jest obserwacja osoby, która zmaga się z niepełnosprawnością, a Sobocińska rolą Alicji pokazała, że dopingowanie osób niepełnosprawnych w wyznaczonych przez nich celach jest wręcz kluczowe.

Nie można przejść też obojętnie obok kreacji stworzonych przez Jerzego Stuhra, Lecha Dyblika, Cezarego Łukaszewicza i wielu innych. Z perspektywy widza śmiem twierdzić, że nie ma tutaj przypadkowych aktorów i postaci. Każdy coś wnosi w tę historię i gdyby tak usunąć z niej, chociażby jednego z bohaterów, już byłaby niepełna. 

Dodatkowym plusem są malownicze lokalizacje, które wybrano do filmu. Główna akcja rozgrywa się w pięknychTatrach, m.in. w Kościelisku. Pojawia się też Murzasichle, rodzinna miejscowość Grzegorza Płonki i Światowe Centrum Słuchu w Kajetanach. 

Do jakich widzów skierowany jest film?

"Sonata" skierowana jest przede wszystkim do tych, którzy lubią sięgać po książki i filmy biograficzne. To prawdziwa historia, która pokazuje, że droga na szczyt wymaga poświęceń, ale widoki są tego warte. Udowadnia, że marzenia się spełniają. Wystarczy jedynie chcieć. Upartość popłaca, ale nie ma nic cenniejszego, od wsparcia bliskich.

Jeśli więc lubicie biografie, spełniacie swoje marzenia lub zastanawiacie się, od czego zacząć, ten film jest dla Was. Dajcie mu szansę. Bo warto. Dobrego odbioru w kinie. Gratulacje dla twórców. 

ZWIASTUN: dostępność YouTube TVP VOD



Nagrody:

2021: Gdynia (Festiwal Polskich Filmów Fabularnych)  —  Nagroda Publiczności
2021: Gdynia (Festiwal Polskich Filmów Fabularnych) —  Nagroda za debiut aktorski
Michała Sikorskiego

poniedziałek, 27 grudnia 2021

Błażej Michalski: "Energia, płynąca z zespolenia "aktor-widz" jest nie do podrobienia"

  Błażej Michalski: "Energia, płynąca z zespolenia "aktor-widz" jest nie do podrobienia"






















fot. zdjęcie nadesłane

Z Błażejem Michalskim spotkałam się w Cieszynie. Rozmawiamy o spektaklu "Akt równoległy", o rolach komediowych, ale też o "Pierwszej miłości", o tym, czy seriale szufladkują i o rodzinnych świętach oraz zimowych filmach.

Spotykamy się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie, gdzie zostanie odegrany spektakl "Akt równoległy". Jak samopoczucie na chwilę przed wejściem na scenę?

Doskonale, jak zawsze przed tym spektaklem. 

W związku z panującą sytuacją pandemiczną, to już drugi rok kiedy spektakle odbywają się w reżimie sanitarnym, przy ograniczonej ilości widzów. To prawda, że teraz ta energia, która jest odczuwalna ze strony widzów, jest jeszcze silniejsza? Jak Pan to odbiera?

Tak mówią? Być może. Chyba nie ma znaczącej różnicy. Wydaje mi się, że to wszystko zależy od tego, że widzowie chcą przychodzić na spektakle, nie boją się i przeważa w nich chęć obcowania ze sztuką. Trafiamy na widzów, którzy umieją się cieszyć tym, co przygotowujemy. Energia, która płynie z widowni zawsze uskrzydla aktora.

Czym jest dla Pana kontakt z widzem? 

Kontaktu z widzem nie da się niczym zastąpić. Energia, płynąca z zespolenia "aktor-widz" jest nie do podrobienia. Ciężko byłoby  mi wyobrazić sobie pracę przy bardziej skrajnych obostrzeniach, gdyby okazało się, że znowu musimy obcować bez widowni. 

Jakim to Pan jest widzem, czego poszukuje w sztuce? Czego unika?

Ostatnio częściej jestem aktorem, niż widzem, ale raczej nie jestem szczególnie wymagający. Raz w życiu zdarzyło mi się wyjść w trakcie spektaklu, ale nie powiem nic więcej. (Śmiech.)
Oglądam spektakle, na których podejrzewam, że będę się dobrze bawił oraz te, na które jestem zapraszany. 

Z perspektywy widza wybiera Pan podobne gatunki spektakli, w których występuje, czy coś zupełnie innego?

Sepktrum spektakli, w których występuję jest tak szerokie, że mieszczą się w nim spektakle komediowe, ale też trochę bardziej poważniejsze tytuły. Jest coś z klasyki, fars, a nawet spektakli muzycznych, więc to, co wybieram, musi być po prostu dobre. Jeśli takie jest, to wtedy z przyjemnością to wybieram. 

Kiedy zasiada Pan na widowni, zastanawia się, jak zachowałby się Pan w danej scenie, jakich środków wyrazu mógłby użyć?

Tak się dzieje chyba tylko wtedy, kiedy spektaklowi czegoś brakuje i kiedy jest na tyle słaby, że zaczynam myśleć nie o fabule, ale o czymś innym. 

Kiedy spektakl jest naprawdę dobry, potrafi pochłonąć mnie całkowicie. 

"Akt równoległy" to spektakl komediowy, którego akcja rozgrywa się w małym hoteliku na peryferiach, do którego z pewnością nie trafi nikt znajomy... Proszę opowiedzieć coś więcej. Co opowie Pan o Rogerze?

To typowy, angielski lord z wyższch sfer. Przy pracy nad tym spektaklem posiłkowaliśmy się delikatnie postaciami z "Monty Pythona". Pewnie nie oddałem go dokładnie, bo wszystko filtrowane jest przez moją wrażliwość i pojmowanie rzeczywistości.

W tę postać wciela się Pan na zmianę z Kazimierzem Mazurem. Każdy z Was buduję ją swoimi środkami, czy udzielacie sobie wskazówek? Czym różni się Pana podejście do swojego bohatera od podejścia Kazika?

Oczywiście, że tak. Wytyczne były podobne, ale próbowaliśmy to na zmianę, każdy trochę po swojemu. Pewne rzeczy przejmowaliśmy od siebie, inne nie. Spektakl za każdym razem jest różny. 

Ogromną wartością "Aktu równoległego" jest to, że warto się na niego wybrać kilka razy, by dzięki temu zobaczyć, jakie rozwiązania w przypadku swoich bohaterów proponują koledzy. 

Co łączy Pana z Rogerem?

Nie wiele, jeśli w ogóle cokolwiek. (Śmiech.) Ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie. W bardzo wielu rzeczach się różnimy.

W czym?

(Śmiech.) Różnimy się w ogólnym podejściu do życia, bardziej konsumpcyjnym. Ja mniej uwagi zwracam na takie rzeczy, ale jeśli już coś miało by nas łączyć, to może to, podobne przeżywamy stan upojenia alkoholowego. (Śmiech.) 

Lubi się Pani wcielać przede wszystkim w postaci komediowe, czy te, które mają pewną rysę na życiorysie?

Najbardziej lubię grać w komediach. Wtedy, kiedy widz reaguje śmiechem, można poczuć tę szczególną więź, między nim, a aktorem. Kiedy sztuka się podoba, jest to dla mnie uskrzydlające. 
Lubię grać też te poważniejsze tytuły. 

Jeśli chodzi o te "zarysowane" postacie, jest nią zdecydowanie Mikser z "Pierwszej miłości". Czy seriale szufladkują? Czuje się Pan zaszufladkowany przez tę rolę?

Oczywiście, że seriale szufladkują. Odpowiadając jednak na drugą część tego pytania, ja nie czuję się zaszufladkowany przez rolę, którą gram.

 Spotykam się z fanami w wielu miejscach w Polsce, którzy rozpoznają mnie również z spektakli teatralnych i innych produkcji. Jednak to prawda, że znacząca większość fanów kojarzy mnie z tym serialem. Tego nie da się uniknąć. 

Nigdy nie rozważał Pan odejścia z serialu?

Nie było takiej potrzeby, natomiast nigdy nie wiadomo, jak się życie potoczy. Mieszkam we Wrocławiu, więc na pewno łatwiej mi uczestniczyć w tym serialu, niż jeździć do Warszawy, czy innego miasta. 

Uważa Pan Miksera za nieco mroczną postać? W czym Pana zdaniem zawarty jest największy sukces "Pierwszej miłości"?

Nie uważam Miksera za stricte mroczną postać, ale przyznam, że ostatnio w tym wątku faktycznie było trochę mroku. 

Osoby, które oglądają "Pierwszą miłość", mają chyba w sobie głęboką potrzebę ucieczki w świat wykreowany w serialu, mają swoich ulubionych bohaterów. Sukces tkwi w jego długowieczności.

Jakie są Pana ulubione świąteczne filmy?

Bardzo lubię film "Love Actually", o którym jak słyszałem, wspominała przed chwilą Kasia Maciąg. Zawsze odświeżam go sobie w czasie Świąt Bożego Narodzenia. Polskich filmów oglądam mało, a kiedy nadchodzi ten świąteczny czas, prawie w ogóle nie oglądam telewizji. Staram się go spędzić z rodziną. To dla mnie najważniejsze. 

czwartek, 23 grudnia 2021

Katarzyna Maciąg: "Kontakt z widzem jest dla mnie spotkaniem, wspólnym przeżyciem"

 Katarzyna Maciąg: "Kontakt z widzem jest dla mnie spotkaniem, wspólnym przeżyciem"














fot. zdjęcie nadesłane

Z Panią Katarzyną Maciąg spotkałam się w Cieszynie, przed spektaklem "Akt równoległy". Rozmawiamy o samym spektaklu, ale też o sile, która płynie z widowni. Aktorka przyznaje, że nie lubi grać bohaterek utrzymanych w jednym tonie. Woli różnego typu postaci i wyzwania.

Ponadto zdradza, jakie filmy świąteczne lubi i o czym marzy w tym szczególnym czasie.

Spotykamy się w Teatrze im. Adama Mickiewicza w Cieszynie, gdzie zostanie odegrany spektakl "Akt równoległy". Jak samopoczucie na chwilę przed wejściem na scenę?

Czuję się świetnie. Piękne miasto, piękny Teatr. Bardzo się cieszę, że tutaj gramy.

W związku z panującą sytuacją pandemiczną, to już drugi rok kiedy spektakle odbywają się w reżimie sanitarnym, przy ograniczonej ilości widzów. To prawda, że teraz ta energia, która jest odczuwalna ze strony widzów, jest jeszcze silniejsza?

To pytanie skierowane przede wszystkim do osób, które przychodzą nas oglądać.

Za każdym razem, kiedy gramy spektakl, jestem bardzo wdzięczna za to, że publiczność przychodzi na spektakle mimo sytuacji, jaką obecnie mamy. Uważam, że energia płynąca od widzów, jest jeszcze silniejsza, niż zazwyczaj.

Czym jest dla Pani kontakt z widzem?

Kontakt z widzem jest dla mnie spotkaniem, wspólnym przeżyciem. To dwie godziny, które wspólnie spędzamy.

Jakim Pani jest widzem, czego poszukuje w sztuce?

W sztuce poszukuję przede wszystkim śmiechu. (Śmiech.)

Z perspektywy widza wybiera Pani podobne gatunki spektakli, w których występuje, czy coś zupełnie innego?

Kiedy jestem widzem, bywa różnie.

Kiedy zasiada Pani na widowni, zastanawia się, jak zachowałaby się Pani w danej scenie, jakich środków wyrazu mogłaby użyć?

Nie, nie oceniam, nie zastanawiam się.

"Akt równoległy" to spektakl komediowy, którego akcja rozgrywa się w małym hoteliku na peryferiach, do którego z pewnością nie trafi nikt znajomy... Proszę opowiedzieć coś więcej.

To bardzo fajna i śmieszna komedia, której reżyserem jest Olaf Lubaszenko. Mamy świetną obsadę. Jest zabawnie, a widzowie to potwierdzają.





















fot. zdjęcie nadesłane

Pani wciela się w Helen. Co opowie Pani o swojej postaci?

Helen jest żoną, która postanowiła zaszaleć na boku. (Śmiech.) Los jej nie sprzyja, pojawia się seria perturbacji, a wszystko jest oczywiście utzymane w żartobliwym tonie. Warto zobaczyć nasz spektakl. Zapraszam.

W tę postać wciela się Pani na zmianę z Joanną Balasz. Każda z Was buduję ją swoimi środkami, czy udzielacie sobie wskazówek? Czym różni się Pani podejście do niej od podejścia Joasi?

Nie. Każda z nas buduje Helen swoim środkami, ale kiedy któraś z nas wymyśla coś fajnego, obie z tego korzystamy.

Co łączy Panią z Helen, a czym się różnicie?

(Śmiech.) Nie zastanawiałam się nad tym, naprawdę.

Lubi się Pani wcielać przede wszystkim w postaci komediowe, czy te, które mają pewną rysę na życiorysie?

Z tym bywa różnie, ale najlepiej, kiedy takie role pojawiają się na zmianę. Wtedy pojawia się równowaga.

Jednym z takich "zarysowanych" charakterów była Izabela Malisiak, w którą wcieliła się Pani w drugim odcinku serialu "Komisarz Mama". Jak wspomina Pani tę przygodę?

Była to krótka przygoda, pojawiłam się jako bohaterka drugiego odcinka pierwszej serii serialu. To był epizod, inny gatunek, inne emocje do zagrania. Lubię wszystkie role. (Śmiech.)

Seriale jakiego gatunku są według Pani najbardziej lubiane przez widzów?

Zdecydowanie są to seriale komediowe.

Korzysta Pani z platform streamingowych? Jakie seriale komediowe są Pani ulubionymi?

Tak, korzystam. Nasuwa mi się serial "Przyjaciele", ale nigdy nie byłam jego fanką. Bardzo lubiłam za to "Alfa". Więcej nie powiem tak z marszu. (Śmiech.)

Jakie są Pani ulubione świąteczne filmy?

Jeśli chodzi o świąteczne filmy, uwielbiam "Holiday" z Kate Winslet i Cameron Diaz oraz "Love Actually".

O czym marzy Pani w tym szczególnym, przedświątecznym czasie?

Marzę o tym, by ten szczególny czas był przede wszystkim spokojny. Wszystkim czytelnikom naszej rozmowy życzę Wesołych Świąt.

środa, 15 grudnia 2021

Ofelia Iga Krefft: "Od dzieciństwa powtarzono mi, by zawsze być sobą, bez względu na wszystko"

 Ofelia Iga Krefft: "Od dzieciństwa powtarzono mi, by zawsze być sobą, bez względu na wszystko"
























fot. Zuzanna Krefft

Z Ofelią Igą Krefft spotkałam się w Królestwie w Katowicach, gdzie zagrała zagrała koncert ze #słonatrasa. Rozmawiamy o trasie koncertowej, muzycznych inspiracjach, ośmiu twarzach z płyty "Osiem", ale też o serialu "M jak miłość" i środkach wyrazu, po które sięga, występując w emocjonalnych scenach. 

Wokalistka? Aktorka? Kogo z tych dwóch wcieleń jest w Tobie więcej w chwili obecnej? Mam wrażenie, że zdecydowanie wokalistki.

W tej chwili zdecydowanie więcej jest we mnie wokalistki. Mam wrażenie, że twórczość muzyczna daje mi dużo większą wolność, możliwość ekspresji, wyrażania siebie. Przez ostatni czas, dużo bardziej się na tym skupiam, przede wszystkim z tego względu, że dzięki temu mogę w pełni wyrażać siebie. 

Seriale szufladkują, to prawda, a zwłaszcza te, w których występuje się od małego. Czy w dalszym ciągu dalej jesteś częściej kojarzona z serialem "M jak miłość", niż ze swoim alter ego, czyli z Ofelią?

Tak. Taką myśl mam zawsze z tyłu głowy i liczę, że kiedyś to się zmieni, mocno nad tym pracuję. Stąd też wzięło się to, że muzyka stała się dla mnie czymś większym, bo właśnie dzięki temu nie jestem zaszufladkowana. W tym momencie chciałabym już częściej być kojarzona z muzyką niż z serialem, bo nie da się ukryć, że przykleił mi sporą łatkę. 

Mogłoby się wydawać, że Ula i Bartek wreszcie wyszli na prostą, a znowu przeżywają trudne chwile. Mowa oczywiście o śmiertelnym wypadku Marzenki i Andrzejka. Możesz uchylić rąbka tajemnicy, jaki wpływ będzie to miało na Wasz wątek? Emocji nie zabraknie.

W życiu naszych bohaterów nastąpi wiele zmian. Nie mogę więcej zdradzić. Powiem jedynie, że będzie to dla nich trudne doświadczenie, ale jestem pewna, że Ula będzie wspierać Bartka, (w tej roli Arkadiusz Smoleński, przyp. red.) bo przeżyła śmierć swojej Mamy i przez większość życia miała pod górkę. 

Jak wygląda u Ciebie proces przygotowawczy do trudnych, bardzo emocjonalnych scen? Po jakie środki wyrazu sięgasz?

Ważna jest dla mnie skupienie, ale też przedyskutowanie tego, co mamy do zagrania z osobami, które akurat towarzyszą mi w danej scenie. Kiedy gram ze wspominanym Arkiem Smoleńskim, który gra mojego męża, wspieramy się i robimy wszystko, by osiągnąć cel, który sobie wyznaczamy. Dialog i wspólna praca jest dla mnie bardzo ważna. 

Gdyby nastała taka konieczność, pewnie łatwiej byłoby Ci zrezygnować z aktorstwa, niż z muzyki, prawda?

Tak, na ten moment zdecydowanie tak. 



















fot. Zuzanna Krefft

W środę, 24 listopada rozpoczęłaś SŁONA TRASĘ. Podobno tylko Dawid Podsiadło stosuje podobną zasadę i decyduje się na takie zabiegi. (Śmiech.) 

To pytanie do mojego managementu, ponieważ ja nie miałam wpływu na daty. (Śmiech.) Dostałam informację, kiedy gramy i ruszyłam w trasę. 

To Twoja pierwsza oficjalna trasa koncertowa. Jak sama pokazujesz w mediach społecznościowych, od pierwszego koncertu spotykasz się z niesamowitymi reakcjami ze strony fanów. Co do tej pory najbardziej Cię zaskoczyło?

Nie spodziewałam się, że moi fani będą znali wszystkie moje piosenki. Wszystkie teksty śpiewają z pamięci, stojąc naprzeciwko mnie.  Sytuacje, kiedy gram na gitarze i nie muszę śpiewać, bo tłum robi to za mnie, są niesamowite, wręcz magiczne. Nie spodziewałam się takiej reakcji, to dla mnie szok.

Prezentujesz utwory z dwóch płyt - "Ofelia", wydanej w 2019 roku oraz płyty "Osiem", której premierę zapowiadasz na 2022 rok. Opisz w kilku słowach przemianę, jaka nastała w Twojej twórczości na przestrzeni tworzenia tych dwóch krążków?

Album "Osiem", który teraz tworzymy, jest na pewno dojrzalszy. Mam wrażenie, że podchodzę do niego bardziej świadomie. Zawsze mówię, że płyta "Ofelia" była trochę pamiętnikiem, taką laurką dla moich nastoletnich lat, więc na pewno dużo więcej dojrzałej i świadomej mnie, jest w materiale z płyty "Osiem". 

Te albumy różnią się energetycznie. 

Pierwsza płyta była bardziej liryczna i spokojna, a tutaj bardziej bawimy się rytmem. Mam wrażenie, że za dziesięć lat, będę patrzeć z nostalgią na te dwa albumy, bo są obrazem tego, jak rozwinęłam się przez te lata. 

Na płycie "Osiem" zaprezentujesz siebie w ośmiu różnych odsłonach. Co było dla Ciebie najważniejsze w ich tworzeniu? Jakie emocje będziesz chciała pokazać?

Ta płyta jest o kobietach, które mnie tworzą. Jest obrazem tego, czym dla mnie, mając 26 lat, jest kobiecość. Tak naprawdę, nie jest zdefiniowana niczym konkretnym i nie powinna być. Mam wrażenie, że kiedy byłam nastolatką, chciałam obserwować kogoś takiego, by mieć poczucie, że nie muszę być jakąś wersją siebie, ale mogę czuć tę wolność, o której wspominałyśmy. 

Wiadomo już coś na temat daty premiery Twojej drugiej płyty?

Jeszcze nic nie wiadomo na temat daty premiery nowej płyty.

Czy planujesz odkrycie kolejnego singla i teledysku?

Planujemy. Nastąpi to pewnie po nowym roku. Trasa bardzo nas zaangażowała i nie mieliśmy przestrzeni na to, by móc go sfinalizować. W moim życiu szykuje się trochę zmian, więc mam nadzieję, że nastąpi czas, kiedy będę mogła skupić się typowo na rzeczach związanych z Ofelią.

Na ten moment znane są dwa utwory z dwoma świetnymi teledyskami. "Zakochana w bicie / Miranda" oraz "Słony Kiss". Do którego z tych wcieleń jest Ci bliżej?

Nie umiem tego określić. Cała ta płyta jest o tym, że każda z tych postaci jest bardzo mi bliska. Wszystkie te postaci mnie tworzą.

Tu nic nie jest grane. W każdym klipie i utworze pokazujesz najprawdziwsze emocje. 

Kiedy sama obcuję z artystami, w pierwszej kolejności zwracam uwagę na to, że mogę się z nimi utożsamić, bo są autentyczni i wyrażają siebie. Od dzieciństwa powtarzono mi, by zawsze być sobą, bez względu na wszystko. Stąd bierze się moje podejście, że nie chciałabym skazić muzyki czymś, co nie będzie w 100% mną.

Bardzo utożsamiasz się ze "Słonym Kissem". Prezentując go premierowo, powiedziałaś, że każda z nas jest czasem takim "Słonnym pocałunkiem". Opowiedz coś więcej. 

To piosenka, która odzwierciedla charakter i moment życia, w którym na pewno i młodzi mężczyźni, i młode kobiety są, dorastając.  

Czy odzwierciedla problemy z depresją?

Na pewno w jakiś sposób też, ale myślę, że to nie jest aż tak poważne. Chciałam pokazać tą piosenkę, że zamiast zamęczać się, będąc nastolatkami i wchodzić w takie trudne momenty, to lepiej znaleźć w tym siłę i starać się przekuć to w coś fajnego, a nie zostawać pogrążonym w kompleksach. Mam wrażenie, że "Słony Kiss" jest tego odzwierciedleniem. 

Jeśli chodzi o płytę "Ofelia", byłaś pandemiczną debiutantką, bo trasa, zaplanowana na 2020 rok została odwołana z oczywistych powodów.

Tak. Wszyscy mowią, że miałam potwornego pecha, ale mam nadzieję, że jakoś się z tego wygrzebiemy. Pomimo tego, że pandemia trwa, wyniki sprzedaży są lepsze, niż były wtedy, więc cieszę się, że wszystko się udaje. 

"Księgi Ofeliowe" nagraliście w studio nagraniowym w Krakowie. 

Tak, to płyta koncertowa, którą zrealizowaliśmy w studio. Znaleźliśmy takie wyjście z sytuacji, by mimo tego, że słuchacze nie mogli być z nami na fizycznym koncercie, jednak coś im od siebie dostarczyć. 























fot. Zuzanna Krefft

Czy realizacja tego projektu pomogła Ci nieco lżej znieść czas izolacji? Jak sobie radziłaś?

Bardzo dobrze sobie radziłam. Wtedy w moim prywatnym życiu tyle się działo, że kwestie zawodowe były gdzieś tam daleko w tle. W czasie pandemii zaczął powstawać materiał na kolejną płytę. To bardzo mnie cieszyło, mimo tego, że wcześniej chciałam pojechać do Azji i tam tworzyć nową płytę, ale tak mnie, pochłonęły wakacje, że dopiero po moim powrocie, kiedy wybuchła pandemia, zaczęłam tworzyć. Wierzę, że tak miało być. 

Co najbardziej podtrzymywało Cię na duchu, oprócz Twojego ukochanego Pinia? (Śmiech.)

(Śmiech.) Co ciekawe, w czasie pandemii bardzo dużo pracowałam. Nowe wyzwania zawodowe, które się pojawiły, były dla mnie dużym motorem. Tak naprawdę, w ogóle nie odczułam skutków lockdownu. W domu siedziałam tylko przez chwilę. Wiedziałam, że muszę podwinąć rękawy, pracować nad moim materiałem. Kiedy czułam, że boję się o finanse, to dodało mi przestrzeń i powera do tego, by się rozwijać.

Na "Księgach Ofeliowych" pojawił się cover utworu "U stóp szklanych gór z repertuaru Bajmu. Dlaczego wybrałaś akurat tę piosenkę?

To moja ulubiona piosenka Bajmu. 

W jednym z artykułów czytałam, że cenisz Beatę Kozidrak i jej twórczość. To prawda? Jacy artyści jeszcze są dla Ciebie inspiracją? 

Beata Kozidrak jest dla mnie najlepszą polską wokalistką wszechczasów. Uważam, że ich twórczość reprezentuje światowy poziom.  Śmiem twierdzić, że gdyby Beata urodziła się w Stanach, byłaby międzynarodową gwiazdą, na miarę Beyoncé, czy Whitney Houston.

Artystów, którzy mnie inspirują, jest bardzo dużo.  Tak naprawdę, lubię skrajności - od Radiohead, po Miley Cyrus. Czym jestem starsza, tym więcej znajduję inspiracji. Lista takich osób byłaby bardzo długa. 

W Twoim autorskim repertuarze znajdują się tylko polskie utwory. Nigdy nie korciło Cię, by napisać coś po angielsku?

Kiedyś pisałam tylko po angielsku, potem zaczęłam pisać po polsku i trochę do tego przylgnęłam, ale teraz mam taki zamiar, by na trzecim albumie było trochę anglojęzycznych utworów. Chciałabym też trochę pomieszkać za granicą, więc siłą rzeczy, gdybym chciała też zacząć tam trochę koncertować, to z materiałem anglojęzycznym byłoby mi na pewno wygodniej. 

O czym marzy Ofelia?

O tym, by móc dotrzeć do jak największej ilości ludzi oraz o tym, by coraz więcej osób śpiewało ze mną piosenki. 

Opowiedz o najbliższych planach zawodowych.
 
Mam nadzieję, że uda nam się zrealizować kolejne klipy. Chciałabym, by każda piosenka z płyty "Osiem" doczekała się swojego obrazu. Wierzę, że album uda się wydać na wiosnę, a przy okazji zagrać jeszcze dłuższą trasę niż ta, którą skończyliśmy 7 grudnia.
 
Chciałabym też zagrać na Opene'rze i widzieć ze sceny, jak ludzie śpiewają moje piosenki. Takie są moje plany. Zobaczymy, jak będzie z ich realizacją.

wtorek, 14 grudnia 2021

Beata Fido: "Jestem osobą pozytywnie nastawioną do ludzi i świata. Taka się urodziłam. Staram się pielęgnować w sobie te cechy, które ułatwiają życie"

 Beata Fido: "Jestem osobą pozytywnie nastawioną do ludzi i świata. Taka się urodziłam. Staram się pielęgnować w sobie te cechy, które ułatwiają życie"






























fot. zdjęcie nadesłane / archiwum prywatne

Z Beatą Fido spotkałam się w Warszawie.

Rozmawiamy o serialu "Leśniczówka" i "Komisarz Aleks". W serialu o czworonożnym psim detektywie wciela się w rolę policjantki, profilerki. "Strzelanie na pewno sprawia przyjemność, ale w brew pozorom, nie jest takim prostym zadaniem. Fachowiec od razu odróżni, że ktoś źle trzyma pistolet, źle składa się do strzału. O tym decydują detale" - mówi aktorka.

Poruszamy też temat predyspozycji, które sprawiają, że często obsadzana jest w rolach lekarzy. Nie przechodzimy też obojętnie obok pozytywnego nastawienia do życia, którym aktorka wręcz emanuje. 

Ponad rok temu świat zatrzymał się z dnia na dzień. Wszystko spowodowane jest oczywiście pandemią koronawirusa. Jak zniosła Pani izolację?

Czas izolacji zniosłam zaskakująco dobrze. Nie spodziewałam się, że tak dobrze od strony psychicznej sobie z tym poradzę. Wykorzystałam go dla rodziny. Wydaje mi się, że tego czasu na bycie z rodziną i poświęcenie go najprostszym życiowym sprawom, na codzień ciągle nam brakuje, a ponieważ pandemia wszystkich nas zaskoczyła i zmusiła do ograniczenia aktywności zawodowej, to czułam się usprawiedliwiona, z pożytkiem dla najbliższych.  

Czego nauczył Panią ten czas?

Potwierdził to, czego uczę się przez ostatnie lata, czyli, by docenić to, co się ma i korzystać z chwili, która jest teraz. Trzeba umieć cieszyć się tym, co jest. Warto stawiać sobie cele i wymagania oraz oczekiwać od siebie najwięcej, ile się da, ale trzeba patrzeć na to, co nas otacza. 

Czego dowiedziała się Pani o sobie w ostatnich miesiącach?

Ciekawe pytanie. (Śmiech.) 

Dowiedziałam się, że powinnam zajmować się tym, czego naprawdę pragnę. A także że to, co robię, jest właśnie tym, co chcę robić, a nie tym, co muszę. To jest bardzo ważne i daje specyficzny komfort w działaniu i w dokonywaniu pewnych wyborów. 

Już na pierwszy rzut oka sprawia Pani wrażenie osoby niezwykle pozytywnie nastawionej do ludzi i świata. Czy taka postawa pomaga w dzisiejszej niełatwej dla nas wszystkich rzeczywistości?

Tak. Nie wiem dokładnie, z czego wynika moje pozytywne nastawienie i otwartość do ludzi. Wydaje mi się, że taka byłam od zawsze. Staram się pielęgnować w sobie te cechy, które ułatwiają życie.

Jakie to cechy?

Praca nad sobą, praca nad charakterem, dobre relacje z ludźmi. Nie warto zaprzątać sobie głowy rzeczami, na które nie mamy wpływu, chociaż na pewno jest ich mnóstwo. 

Trzeba pogodzić się z tym, że zawsze pojawiać się będą w naszym życiu trudne chwile, czy kłopoty. Każdy je ma. Sposób, w jaki rozwiązywałam problemy trzydzieści lat temu zapewne jest inny, niż ten, w jaki podchodzę do nich teraz. 























fot. "W krainie baśni", zdjęcie nadesłane

Gra Pani w dwóch czołowych serialach ramówki TVP - "Komisarz Alex" oraz "Leśniczówka". W "Komisarzu Alexie" od 2016 roku wciela się Pani w nadkomisarz Martę Grabską. Jak w kilku słowach opisałaby Pani przemianę, którą przeszła na przestrzeni sezonów?

Z racji tego, że wchodziłam w zespół, który był już w jakiś sposób uformowany, przyszłam z entuzjazmem, ale też z pewnym szacunkiem, respektem i ostrożnością, chociaż niektóre koleżanki czy koledzy wchodzą do takich produkcjibrawurowo, czego można jedynie pozazdrościć. (Śmiech.) 

Starałam się odnaleźć dla siebie miejsce, które nie zaburzyłoby pewnej harmonii, czy pewnych relacji. Myślę, że na przestrzeni tych kilku lat moja postać troszeczkę dojrzała, jest bardziej swobodna w wyrażaniu siebie.

Gram policjantkę profilerkę. Jej zadaniem jest zarysować profil poszukiwanej osoby. Dobrze czuję się grając postaci, gdzie pojawia się wątek psychologiczny. Zależy mi na tym, by Marta nie była sztywniarą zza Oceanu. Z sezonu na sezon widać, jak ona się zgrywa z całym zespołem. 

Nabycie jakich umiejętności okazało się dla Pani konieczne, by mógła wiarygodnie wcielać się w swoją postać?

Przydała mi się sprawność fizyczna. 

Jak pracuje Pani nad sprawnością fizyczną?

Powiedziałabym nieprawdę, gdybym stwierdziła, że się za siebie wzięłam, ale to mój plan. (Śmiech.)

Kiedy mieszkałam jeszcze w Stanach Zjednoczonych i byłam bardzo młodą osobą, byłam bardzo aktywna fizycznie. Codziennie uprawiałam jakiś sport, który można było praktykować w mieście. Chodziłam na fitness, aerobik, zajęcia taneczne. Na potrzeby własne przez rok uczyłam się boksować, kopać worek. To było fantastyczne. Dziś to procentuje.

Czy uzyskana sprawność fizyczna pomaga Pani na planie?

Aktor musi być świadomy swojego ciała. Niezależnie od tego, czy jest mały, drobny, szczupły, czy ma nadwagę, musi zarządzać swoim ciałem, bo gra całym sobą. Nasze ciało jest bardzo wyrazistym narzędziem pracy, więc im lepiej nim władamy, tym nasza praca jest bardziej komunikatywna. Sprawność fizyczna w przypadku roli Marty jest na pewno niezbędna. 

Na większy komfort może sobie pozwolić nasz komendant, czyli Zbyszek Lesień, (mam nadzieję, że nie obrazi się za to, co tu powiem, (Śmiech.) ale on również czasem uczestniczy w różnych akcjach łapania przestępców, ale nie jest to zbyt częste i nie jest tak eksploatowany fizycznie. 

Przydaje się też pewien rys, który zawsze w większości moich ról jest potrzebny, a mam tu na myśli dbałość o wiarygodność psychologiczną. Uważam, że w przypadku Marty, która jest profierką, jest to bardzo przydatne.

























fot. Fotografia Małgorzata Wielicka

Które czynności policyjne sprawiają Pani największą frajdę, a które największą trudność? Podobno strzelanie i prowadzenie dochodzeń daje najwięcej satysfakcji. (Śmiech.) 

Strzelanie jest interesujące. 

Pani jest raczej pacyfistką?

Kiedy mój syn był malutki, podjęłam decyzję, że nie będzie się bawił bronią, ale życie szybko to zweryfikowało, bo wszyscy jego koledzy biegali z różnymi pistoletami. Biorąc pod uwagę nasze realia, myślę, że to jest przydatne i w tym, że ktoś dobrze posługuje się bronią, nie ma nic złego. Żyjemy w takich czasach, kiedy powinniśmy się z bronią psychicznie oswoić. 

Strzelanie na pewno sprawia przyjemność, ale w brew pozorom, nie jest takim prostym zadaniem. Fachowiec od razu odróżni, że ktoś źle trzyma pistolet, źle składa się do strzału. O tym decydują detale. 

Nie jestem aż taką perfekcjonistką, ale pracuję nad tym, by mój margines błędu był coraz mniejszy. Staram się wykonywać wszystkie czynności dobrze i wiarygodnie. Podsumowując – z jednej strony posługiwanie się bronią jest frajdą, a z drugiej strony stawia pewien próg trudności. 

W czym upatruje Pani największy sukces serialu?

Mamy fantastyczną gwiazdę, czyli psa, którego wszyscy kochają. Uważam, że (bez urazy dla kolegów), jesteśmy pewnego rodzaju tłem dla Niego. To on jest fantastycznym komisarzem, który rozwiązuje wszystkie zagadki i od razu wszystko wie. (Śmiech.)

Do tej pory mieliśmy trzech psich komisarzy – Rockiego, Iwo i Wafla, a teraz do naszego teamu dołączył czwarty piesek.

Seriale kryminalne, podobnie jak seriale medyczne, są tymi najbardziej lubianymi przez widzów. Jak Pani myśli, z czego to wynika?

Wynika to z opowiadanych historii. Dużo się dzieje, jest pewne napięcie emocjonalne, które widzów ciekawi i wciąga. Większość tych opowieści dobrze się kończy. Jest jakaś koda, jakaś otucha dla widza.

Jakie seriale kryminalne najbardziej Pani lubi? Czy ogląda je również dlatego, by czerpać inspiracje do kreowania postaci Marty?

Nie oglądam ich dlatego, by czerpać inspirację. Robię to raczej z ciekawości. Myślę, że dobrze jest zobaczyć pracę kolegów, czy to z Polski, czy moich kolegów z Hollywood, z czasów gdy mieszkałam i pracowałam w Stanach. Ci drudzy mają do dyspozycji trochę większe budżety a okres przygotowawczy, który jest z reguły kluczowy, jest dłuższy, umożliwia staranniejsze przygotowanie do roli. Kiedy oglądam wywiady z aktorami z całego świata, którzy mówią, że mieli do dyspozycji najlepszego trenera i mogli mieć go tylko na własne potrzeby przez pół roku, to im zazdroszczę. Też bym tak chciała. (Śmiech.)

Korzysta Pani z platform streamingowych? Jakich?

Korzystam z Netflixa. 

Zdarza mi się także używać platformy WOW, na której jest wiele ciekawych programów. To początkujący serwis streamingowy. W chwili obecnej jest jakiś istny wysyp, pojawia ich się bardzo dużo i mocnokonkurują ze sobą o widza. Ciekawe, czy ten rynek zmieni się na tyle, że telewizja, którą znamy, będzie zredukowana do minimum. Wszystko przesuwa się w kierunku platform. Nasz tryb życia, sposób pracy, determinuje to, że chcemy oglądać filmy, czy seriale wtedy, kiedy mamy na to czas i ochotę, a nie wtedy, kiedy jest akurat emisja. 

Do obsady "Leśniczówki" dołączyła Pani w 29 odcinku. Jak wspomina Pani swoje początki w tym serialu?

Bardzo dobrze. Komfort wchodzenia w ten projekt był troszeczkę inny, ponieważ był to nowy serial.

W "Leśniczówce" gram lekarkę. Przyznam, że w takiej roli byłam obsadzana już wielokrotnie. Ostatnio na planie próbowaliśmy to zliczyć, ale nam się nie udało. (Śmiech.)  

Z czego to wynika, że tak często jest Pani obsadza w roli lekarza?

Być może miałam iść na medycynę. (Śmiech.) Może to jakiś znak od losu.

To bardzo ciekawe role. Zawód lekarza, to zawód zaufania publicznego, bo przecież lekarz, nie tylko reperuje nasze zdrowie, ale czasem też ratuje nasze życie. 
























fot. Fotografia Małgorzata Wielicka

Jednym z takich przełomowych momentów w życiu Magdy i Jacka, było na pewno adoptowanie Pati, (w tej roli Ala Warchocka, przyp. red.) Jak pracuje się z dzieckiem na planie? Widać, że prywatnie też bardzo się lubicie. 

To prawda, bardzo się lubimy. Ala jest uroczą dziewczynką, bardzo inteligentną i bardzo zdolną, młodą aktorką.

Myślę, że wszyscy na planie potwierdzą, że praca z Alą jest niezwykle przyjemna. Z dużym podziwem i pewnego rodzaju zaskoczeniem, zauważam, że Ala tak dobrze radzi sobie z zadaniami aktorskimi, jest tak subordynowana i mam wrażenie, że jest to dla niej bardzo komfortowa sytuacja. Nie wiąże się to dla niej z żadnym stresem, dyskmofortem. Dobrze radzi sobie podczas konsultacji z reżysrem.

Macie za sobą bardzo trudne sceny...

Tak, to prawda. 

Informacja o jednym z najmocniejszych wątków bieżącego sezonu w mediach pojawiła się już w czerwcu, ale zanim dojdzie do tej tragedii, która na pewno zmieni życie rodziny Mądrasiuków, to jeszcze bardzo wiele się wydarzy. W życiu Magdy pojawi się Oskar. (w tej roli Szymon Kuśmider, przyp. red.) 

W nowym sezonie kontynuowany będzie wątek uzależnienia Pati od telefonu komórkowego. To bardzo powszechny problem wśród młodzieży w dzisiejszych czasach. Czy można jakoś temu zapobiec?

(Śmiech.) Dobre pytanie. Nie wiem, czy zabranie telefonu nastolatce, to dobry pomysł. Wszyscy przyzwyczailiśmy się już do tego, że jest znacznym ułatwieniem komunikacji. Żyje się szybciej, więc komunikacja też jest szybsza. Możliwość gromadzenia aplikacji i korzystanie ze wszystkich ich funkcji, jest bardzo wygodne. 

Dzieci szybciej się uzależniają, niż osoby dorosłe. Styl życia jest bardzo ważny. My swoim przykładem możemy pokaywać młodzieży, że życie z telefonem jest możliwe, ale w takim stopniu, byśmy mieli to pod kontrolą. Tak samo jest z innymi przyjemnościami. Co komu wygodnie, byle bez przesady. 

Zdarza się Pani oglądać serial? Lubi Pani oglądać siebie na ekranie, czy tak, jak większość aktorów, ma tendencję do myślenia o poprawkach?

Podobnie jak większość, ja również myślę o poprawkach. Bardzo często towarzyszy mi myśl, że mogłam zagrać coś nieco inaczej. Chociaż mówi się, że lepsze jest wrogiem dobrego. Trzeba się nauczyć też to akceptować i kiedy coś jest dobre, uspokoić się. Nie zawsze warto być perfekcjonistą, bo to czasami przeszkadza w życiu.

Oglądam siebie przede wszystkim po to, by zobaczyć, czy mój zamysł się sprawdził. Traktuję to z dużą rezerwą.

Zaimponował mi kiedyś Johnny Depp, którego wywiad widziałam parę lat temu. Powiedział, że on siebie w ogóle nigdy nie oglądał i nigdy nie był w kinie na swoim filmie. Nie wiem, czy to jest prawda, ale pamiętam, że takie słowa padły.

Zastanawia się Pani czasami, jak by się zachowała w danej scenie, gdyby była na miejscu swoich kolegów?

Raczej nie. Uważam, że każdy aktor, czy twórca, powinien mieć taką swobodę działania, by nie wchodzić sobie w kompetencje. Od dawania wskazówek jest reżyser. Ja staram się unikać takich dywagacji, mnie one nie służą. Chyba, że pojawia się konretna prośba o rozmowę, czy konfrontację. 

Jest Pani bardzo aktywna na swoim profilu na Instagramie. Jakimi treściami lubi się Pani dzielić?

Swoją przygodę z Instagramem zaczęłam dopiero kilka miesięcy temu. Po wielu latach pewnego rodzaju negacji, uznałam założenie profilu na Instagramie oraz Facebooku za konieczne. Dojrzałam do tego dopiero niedawno. Do mediów społecznościowych mam niejednoznaczny stosunek. Doceniam ich wagę. Podziwiam kolegów i koleżanki, którzy doskonale tam sobie radzą. Dobrze wykorzystane media społecznościowe mogą być walorem. Ja nie łączę życia prywatnego z pracą. Jeżeli mogłabym opowiadać tam jedynie o pracy, to podejrzewam, że mogłabym ględzić godzinami, natomiast o życiu prywatnym nie mówię. Nie wiem, czy jest ciekawe, każdy ma swoje. 

Czego poszukuje Pani w sieci?

(Śmiech.) Kolejne ciekawe pytanie. Sprawdzam maile, ponieważ w ten sposób otrzymuję propozycje zawodowe oraz zaproszenia na wywiady. (Śmiech.) Poszukuję informacji z różnych dziedzin. Ostatnio Szymon zaimponował mi na planie, ponieważ powiedział, że śledzi kurs złota. Może ja też powinnam? (Śmiech.) 

Częstym zjawiskiem, które pojawia się w sieci, jest niestety, hejt. Mierzy się Pani z nim czasem? Jak temu zaradzić? 

Mierzę się. Nie wiem, czy można z nim walczyć. Już samo to słowo zakłada jakąś agresję. Hejt jest wynikiem zubożenia relacji międzyludzkich oraz natłoku informacji, które śledzimy. Kilka lat temu ludzie pielęgnowali w sobie te cechy, które czyniły ich ludźmi bardziej szlachetnymi. To zjawisko dramatyczne i szalenie dotkliwe. Jego konsekwencje mogą być tragiczne w skutkach. 

Najbliższe plany. 

Mam nadzieję, że uda nam się kontynuować "Leśniczówkę".  Rozpoczynamy zdjęcia do kolejnej transzy "Komisarza Aleksa", więc muszę popracować nad kondycją fizyczną, tężyzną i przeczytać więcej książek. 

Cieszę się tym, co jest.